Sezon 2021/2022
Relacje meczowe: 1 Liga
Niezwykle ciekawe spotkanie oglądaliśmy w niedzielny poranek na boiskach AWFu. Contra, która ma aspiracje by walczyć o czołowe lokaty podejmowała vice lidera pierwszej ligi FC Otamany. Od początku spotkania obie ekipy narzuciły wysokie tempo, przez co oglądaliśmy sporo sytuacji bramkowych. Mimo kilku naprawdę znakomitych okazji długo utrzymywał się bezbramkowy remis. Dopiero po akcji w 15 minucie Dmytro Arterchuk znalazł w polu karnym niepilnowanego Vitalija Yakovenko, a ten z najbliższej odległości wpakował piłkę do bramki. Contra rzuciła się do odrabiania strat, ale była nieskuteczna. Kilka strzałów minęło bramkę rywali, a gdy nawet udało się stworzyć zagrożenie i dogodną sytuację to szwankowała skuteczność. Tymczasem goście po okresie słabszej gry podwyższyli wynik. Sasha Targonin otrzymał znakomite dogranie i nie zmarnował swojej okazji. Do przerwy było zatem 0:2. Gospodarze w przerwie mobilizowali się i na drugą odsłonę wyszli z nadziejami na odrobienie strat. Już chwilę po wznowieniu padła bramka kontaktowa. Po dośrodkowaniu w pole karne niefortunnie interweniował Yarosłav Smirnov i wpakował piłkę do własnej siatki. Contra poczuła wiatr w żagle i atakowała jeszcze mocniej. Po jednej z sytuacji piłkę przejął przed polem karnym Radek Parszewski i sprytnym strzałem pokonał golkipera rywali i mieliśmy remis 2:2. Niestety dosłownie chwilę później Adrian Bucki niezadowolony z decyzji sędziego dosłał żółtą kartę. W przewadze Otamany strzeliły bramkę i jak się później okazało - był to gol na wagę trzech punktów. W końcówce Wojciech Osobiński miał sytuację na remis po błędzie bramkarza ekipy z Ukrainy, ale piłkę spod jego nóg zdążył wybić obrońca. Po znakomitym spotkaniu goście wygrywają 2:3 i umacniają się na szczycie ligowej tabeli. Contra mimo dobrego spotkania przegrywa i musi szukać punktów w kolejnych spotkaniach.
Warsaw Bandziors trudno jeszcze nazwać dominatorami 1.ligi, ale widząc jak grają, jak sukcesywnie kompletują punkty, to scenariusz w którym potykają się o Narodowe Śródmieście wydawał się być niesamowicie odległy. Narodowcy nieprzypadkowo są w tabeli zaznaczeni na czerwono i chyba sami zdawali sobie sprawę, że nawiązanie równorzędnej rywalizacji z liderem rozgrywek będzie nie lada sztuką. I nawet jeśli tliła się gdzieś w nich nadzieja, to przeciwnicy bardzo szybko pozbawili ich złudzeń odnośnie tego spotkania. Liczymy, że podopieczni Marka Szklennika się nie obrażą, ale był to trochę wyścig dwóch prędkości. Faworyci grali bardzo szybko, kombinacyjnie, agresywnie doskakiwali do swoich rywali, z kolei przeciwnicy mieli ogromne problemy by wyjść z własnej połowy boiska, a gdy już się to udawało, to byli skutecznie pacyfikowani przez ferajnę Szymona Kołosowskiego. Dość powiedzieć, że na taką pierwszą, poważną sytuację wykreowaną przez Narodowe czekaliśmy aż do 13 minuty, gdzie Bandziory miały już na swoim koncie kilka trafień. Mimo wszystko końcówka pierwszej połowy była już całkiem niezła w wykonaniu przegrywających i chociaż schodzili na krótki odpoczynek z wynikiem 1:4, to mogło się wydawać, że trochę krwi jeszcze oponentom napsują. Nic z tego. Faworyci nie zamierzali się tutaj cackać, błyskawicznie wyrobili sobie taką przewagę, po której mogli zdjąć jednego lub dwóch zawodników, a ich tak dowieźliby pozytywny wynik do samego końca. To co mogło się podobać w tym zespole, to że nawet przez chwilę nie wyglądali na zaspokojonych. Każda akcja była dla nich ważna i czasami, gdy im coś nie wychodziło, to mieli do siebie drobne pretensje. Ale nie powinni być dla siebie zbyt surowi. Zrobili to co mieli zrobić, styl mógł się podobać, podobnie jak to, że od pierwszej do ostatniej minuty wszystko mieli pod kontrolą. Przegrani robili natomiast co mogli, jednak różnica przynajmniej jednej klasy była dostrzegalna gołym okiem. O tym meczu trzeba więc jak najszybciej zapomnieć i szukać punktów tam, gdzie będzie realna szansa na zwycięstwo. Choćby z FK Almaz już w najbliższą niedzielę.
Zjednoczona Ochota na starcie z Green Lantern przybyła w wyjątkowo niecodziennym składzie. Za zgodą organizatorów, a także rywali, w ich szeregach pojawiło się kilku nowych graczy, którzy nigdy wcześniej w Lidze Fanów nie występowali. Z kolei ekipa Mikołaja Wysockiego stawiła się dość licznie, a i jakości nie brakowało, więc przewidywaliśmy dość jednostronny pojedynek. Zaczęło się od dwóch trafień autorstwa Sebastiana Bartczuka, który nie zmarnował podań od Patryka Podgórskiego oraz Adriana Rzepeckiego. W odpowiedzi gracze z Ochoty wyprowadzili kontrę, w której Daniel Lasota popisał się świetnym podaniem do Krystiana Kołodziejskiego, a ten wykorzystał błąd golkipera rywali i zmniejszył dystans do stanu 1:2. O swojej świetnej dyspozycji i potędze w nogach przypomniał wtedy Patryk Podgórski, który po podaniach Mikołaja Wysockiego oraz Adriana Rzepeckiego dwukrotnie popisał się silnymi strzałami, które wyprowadziły "Latarnie" na prowadzenie 1:4. Tuż przed końcem pierwszej połowy wynik tej odsłony ustalił, z rzutu karnego, Krystian Kołodziejski i wydawało się, że dwubramkowy deficyt jest zapowiedzią ciekawej walki po zmianie stron. Niestety, gra Zjednoczonej Ochoty mocno siadła, a goście skrzętnie to wykorzystali, zwiększając prowadzenie do stanu 2:7 po golach Adriana Rzepeckiego, Tomka Ciurzyńskiego oraz popularnego "Mixsona". Do końca meczu, każde trafienie ze strony "Zjednoczonych" spotykało się z odpowiedzią w postaci dwóch lub trzech trafień Green Lantern. Ostatecznie goście wysoko wygrali to spotkanie 4:13, a wyróżnić trzeba trzech graczy: Mikołaja Wysockiego, strzelca trzech bramek oraz autora dwóch asyst, Patryka Podgórskiego, który zdobył hat-tricka oraz dołożył trzy asysty, a także Adriana Rzepeckiego, który do dwóch trafień dorzucił dwa kluczowe podania. Dzięki zwycięstwu "Zielone Latarnie" przybliżyły się do opuszczenia strefy spadkowej. Ochota niestety nadal bez choćby jednego oczka.
Trzymające w napięciu od pierwszej do ostatniej niemal minuty widowisko stworzyły ekipy Mixamatora z Explo Team. Gospodarze aby włączyć się do walki z czołówką musieli najlepiej zdobyć komplet punktów. Explo w tym sezonie straciło przez remisy sporo punktów i nie wyobrażali sobie innego scenariusza jak zwycięstwo. Od początku to goście prowadzili grę i to oni pierwsi strzelili bramkę. Po składnej akcji Marek Pawłowski dograł do Dominika Szarpaka i było 0:1. Miksy dążyły jednak do wyrównania a szczególnie skuteczny tego dnia był Mikołaj Prybiński. W jednej z akcji przyjął piłkę i huknął z niemal z połowy boiska. Piłka wpadła do siatki i mieliśmy remis 1:1. Explo tego dnia miało jednak kilku naprawdę znakomitych graczy w ofensywie. Dużo zamieszania swoimi rajdami robił Daniel Ludynia. Goście ponownie po jednej z akcji wyszli na prowadzenie i gdy udało się strzelić gola na 1:3 wydawało się, że w kolejnych minutach będą starali się jeszcze powiększyć swoją przewagę. Gdy myśleliśmy, że już nic się nie wydarzy w pierwszej połowie mieliśmy gola kontaktowego w ostatnich sekundach premierowej odsłony autorstwa Kamila Kamińskiego. Do przerwy było 2:3 i to zapowiadało spore emocje w drugiej połowie. Ta zaczęła się od kolejnego trafienia Mikołaja Prybińskiego. Ponownie zaskoczył rywali strzelając bramkę z własnej połowy, lobując przy tym zbyt wysoko wysuniętego bramkarza rywali. Od stanu 3:3 mieliśmy wymianę ciosów z obu stron i przy stanie 5:5 wydawało się, że to spotkanie może zakończyć się podziałem punktów. Jednak końcówka należała do Explo Team i dwa trafienia spowodowały, że to goście mogli się cieszyć z kompletu punktów. Miksy zaryzykowały w końcówce, ale mimo że zagrały bardzo dobry mecz musiały uznać wyższość rywali. Szczególnie szkoda ostatniej straconej bramki, bo po stracie Damiana Starosty rywale zamknęli to spotkanie. Explo wygrywa i nadal liczy się w stawce drużyn walczących o mistrzostwo. Miksy muszą z kolei grać na takim poziomie jak w ten weekend, bo na pewno w kolejnych meczach da to efekty w postaci punktów w 1.lidze.
Mecz Warszawskiej Ferajny z FC Almaz wyglądał bardzo podobnie jak rywalizacja gospodarzy sprzed tygodnia, kiedy team Kacpra Domańskiego choć był w niemałych opałach, miał szansę na dogonienie wyniku, ale przeciwnik przejął inicjatywę w odpowiednim momencie i wyraźnie odskoczył z wynikiem. W początkowej fazie spotkania obie drużyny grały w maksymalnym skupieniu, szanując posiadanie piłki, za to skuteczność pozostawiała dużo do życzenia. Spora w tym zasługa obu golkiperów, którzy czujnie bronili dostępu do swoich bramek. Szczególnie Bartosz Wojciechowski miał ręce pełne roboty - goście urządzili istne oblężenie jego bramki, ale Bartosz popisywał się fenomenalnymi interwencjami i nie dawał się pokonać. Ferajna cierpliwa czekała na swoją okazję i po kwadransie gry wynik otworzył Kamil Jaśkowski, który przejął niedokładne podanie i huknął z dystansu. Almaz bardzo szybko zripostował trafieniem Yevhena Syrotenki, a minutę później goście dostali prezent w postaci rzutu karnego. Górą był bramkarz Ferajny, ale cieszył się zaledwie chwilę, bo podanie z rzutu rożnego na gola zamienił Volodymyr Kylnyk. Almaz złapał swój rytm, a Warszawska Ferajna popełniała sporo błędów, głównie w podaniach i zanim sędzia odgwizdał koniec pierwszej połowy było już 1:5. Po przerwie Juri Nievdakh dość szybko podwyższył na 1:6, ale goście stracili koncentrację i inicjatywa przeszła momentalnie na stronę gospodarzy. Michał Kornacki raz, a Adrian Dembiński dwukrotnie pokonał Leonida Isayenię i comeback Ferajny zrobił się całkiem realny. Na drodze do odmienienia losów spotkania stanął Juri Nievdakh - jego zabójcza kontra skończyła się golem, który poruszył lawinę. W krótkim czasie kolejne trafienia dołożyli Yevhen Syrotenko i Juri Rubashny. Gospodarze zupełnie otworzyli się w obronie i przenieśli wszystkie siły do ofensywy, ale przyniosło to efekt raczej odwrotny do zamierzonego. Udało się strzelić dwa gole, ale zdecydowanie częściej trafiali Ukraińcy. Mecz zakończył się wynikiem 6:12, który dość celnie oddaje przewagę Almazu w tej rywalizacji.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)