Sezon Lato 2021
Relacje meczowe: 5 Liga
Choć Ajaks przystępował do tej kolejki jako lider tabeli, mało kto, kto uważnie śledzi zmagania 5. ligi, stawiał go w roli murowanego faworyta przed starciem z Q-Ice. Zwłaszcza że rywale przyjechali w mocnym składzie, a Łukasz Mróz dysponował solidną kadrą – nie brakowało kluczowych graczy, co automatycznie dawało przewagę Q-Ice.
Spotkanie zaczęło się wyrównanie – obie ekipy badały swoje możliwości i grały ostrożnie. Jako pierwsi przełamali się jednak zawodnicy Q-Ice, którzy w krótkim odstępie czasu zdobyli dwa gole. Ajaks zdołał odpowiedzieć jednym trafieniem, ale to było zdecydowanie za mało. Co więcej, rywale wciąż stwarzali groźne sytuacje, w tym okazję sam na sam, a gospodarzy w grze utrzymywała głównie nieskuteczność przeciwników.
Ajaks próbował prostych rozwiązań, najczęściej długich piłek kierowanych do Bartka Kopacza. Niestety, tym razem snajper lidera nie miał swojego dnia – nie dochodził do tylu okazji co zwykle, a w kluczowych momentach zawodziło go wykończenie. To sprawiło, że wynik zaczął uciekać Ajaksowi. Przy stanie 1:3 drużyna miała jeszcze dobry fragment gry i złapała trochę tchu, ale wtedy Bartek Kopacz zmarnował stuprocentową sytuację. Chwilę później było już 5:1 i jasne stało się, że Q-Ice tego meczu nie odda.
W końcówce, przy krótkiej ławce rezerwowych i widocznym braku sił, Ajaks zdołał jeszcze strzelić bramkę na 2:6, lecz to było tylko kosmetyczne zmniejszenie rozmiarów porażki. Tego dnia lepszy zespół po prostu zasłużenie wygrał.
Na szczęście dla Ajaksu ta przegrana nie miała poważnych konsekwencji – drużyna wciąż pozostaje liderem tabeli i do zapewnienia sobie końcowego triumfu potrzebuje tylko remisu w ostatniej kolejce z Mistrzami Chaosu. Z kolei Q-Ice dopisali do swojego konta bardzo cenne zwycięstwo. Szkoda jedynie, że na taką dyspozycję wzięli się dopiero w drugiej części sezonu, bo gdyby od początku prezentowali taki poziom, dziś walczyliby o złoto. Najprawdopodobniej jednak zakończą rozgrywki dopiero na 5. miejscu.
W 5. Lidze rywalizacja o top 3 jest naprawdę zacięta. W miniony weekend swoją pozycję na podium chcieli ugruntować zawodnicy Kresovii Warszawa, którzy podejmowali zawsze groźny zespół Lepanes F.C. Goście przystąpili do spotkania w bardzo solidnym składzie, gospodarze natomiast – grając bez zmian – już na starcie postawili się w trudnej sytuacji.
Spotkanie rozpoczęło się dynamicznie i to gospodarze prowadzili grę w początkowej fazie. Kresovia szukała swoich szans strzałami z dystansu oraz szybkimi kontrami. Żadna z ekip nie potrafiła jednak znaleźć drogi do siatki. Otwarcie nadeszło dość niespodziewanie – jeden z zawodników Lepanes skierował piłkę do własnej bramki. Od tego momentu inicjatywę przejęli goście, którzy z każdą minutą powiększali swoją przewagę. Jeszcze przed przerwą Kresovia wypracowała solidną zaliczkę na drugą połowę i wydawało się, że spokojnie dowiezie korzystny rezultat. Lepanes grał nieźle, ale brak zmienników wyraźnie odbijał się na kondycji zespołu. Do przerwy było 2:5.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ znaczącej zmianie. Gospodarze dobrze rozpoczęli drugą odsłonę, zdobywając bramkę na 3:5, jednak to Kresovia dyktowała tempo. Goście szybko odpowiedzieli kolejnymi trafieniami, co mocno podcięło skrzydła rywalom. Na wyróżnienie zasłużył bramkarz Kresovii, który nie tylko świetnie bronił na linii, ale też dwukrotnie wpisał się do protokołu – notując asystę oraz zdobywając pięknego gola bezpośrednio z rzutu wolnego.
W końcówce spotkania pojawiło się sporo niepotrzebnych emocji po obu stronach, ale wynik nie uległ już zmianie. Ostatecznie Kresovia Warszawa zwyciężyła 8:4. Dzięki temu drużyna Daniila Mikulicha w ostatniej kolejce powalczy o drugie miejsce w tabeli 5. Ligi (na pierwsze nie ma już szans). Wszystko rozstrzygnie się w niedzielę, kiedy aż cztery zespoły będą rywalizować o czołowe lokaty.
Jakby nie patrzeć, sporym zaskoczeniem okazało się spotkanie Oldboysów z Broke Boys – i to wcale nie ujmując niczego ekipie Marcina Wiktoruka. Czerwono-żółci od samego początku imponowali organizacją gry i boiskową dojrzałością, czego niejednokrotnie brakowało nieco chaotycznym piłkarzom gości. I choć te cechy nie były dla gospodarzy niczym nowym, to po raz pierwszy w tym sezonie tak szybko zaprocentowały – już w 2. minucie Łukasz Łukasiewicz wymusił błąd na broniącym dostępu do bramki Broke Boysów Danilu Gotsyku, po czym sam przechwycił futbolówkę i umieścił ją w siatce.
Wprawdzie dwie minuty później, po świetnie rozegranej akcji na jeden kontakt, wyrównał Aliaksandr Kurbatski, ale odpowiedź rywali – a konkretniej duetu Piątkowski–Kurowski – była równie błyskawiczna. Na 3:1 trafił Artur Gacoń, wykorzystując znakomite podanie Marcina Chmielewskiego, który kątem oka dostrzegł kolegę ustawionego sam na sam z bramkarzem.
Nadszedł w końcu moment mocniejszego doskoku ze strony zawodników grających na czarno i wtedy mogliśmy sobie przypomnieć, jak klasowym golkiperem dysponują gracze z osiedla Derby. Jednak, jak mawiają, „co się odwlecze, to nie uciecze” – wyższy pressing gości zmusił starszego z Łukasiewiczów do niecelnego przerzutu wprost na klatkę piersiową Mikołaja Tiuryna, który huknął nie do obrony. Oldboysi nie zamierzali jednak oddawać prowadzenia i w myśl tej zasady przeprowadzali kolejne, bardzo przemyślane ataki. Na listę strzelców wpisywali się młodszy Łukasiewicz, Chmielewski i Kurowski. Przed przerwą białorusko-ukraińska drużyna zdołała odpowiedzieć jedynie jednym trafieniem – przerzut Ivana Grakhovskiego wykończył przy słupku Kurbatski i mieliśmy 7:3.
Druga połowa wciąż obfitowała w ciekawe akcje ofensywne, niemniej przy tak komfortowym prowadzeniu gospodarze przyjęli swoje tradycyjne oblicze, czekając na kontry po błędach rywali i stałe fragmenty gry. Pozwoliło im to dobić do dziesięciu bramek. W tym samym czasie ich oponenci także zdobyli trzy trafienia, lecz nawet ofiarna gra Nesterenki i Nazaruka ostatecznie nie przyniosła większych efektów.
Może i indywidualności były w tej rywalizacji po stronie Broke Boys, lecz wobec tak poukładanej ekipy, jaką tego wieczoru okazali się Oldboys Derby, nie miało to większego znaczenia. Tym samym gospodarze sięgnęli po swoje premierowe punkty w letniej edycji rozgrywek, choć zarówno oni, jak i pozostawieni w pokonanym polu przeciwnicy, zakończyli marzenia o opuszczeniu strefy spadkowej.
Spotkanie KK Wataha Warszawa z Mistrzami Chaosu od samego początku zapowiadało się na jedną z największych atrakcji kolejki – i dokładnie tak było. Pojedynek okazał się niezwykle zacięty i pełen zwrotów akcji.
Już w pierwszej minucie goście wyszli na prowadzenie po trafieniu Serafina, a chwilę później Owczarek wykorzystał sytuację sam na sam, podwyższając na 0:2. Wataha odpowiedziała błyskawicznie – w następnej akcji Korzeniewski świetnie opanował wysoką piłkę i zdobył kontaktowego gola. Gospodarze próbowali narzucić swój styl gry, lecz Mistrzowie Chaosu skutecznie kontrowali. Najpierw Faltynowski po efektownym dograniu wpakował piłkę do siatki, a następnie Cieślak dał swojej ekipie prowadzenie 1:4. Wilki nie zamierzały się jednak poddać i jeszcze przed przerwą doprowadziły do kontaktu. Suracki trafił z rzutu wolnego, a Korzeniewski wykorzystał jedenastkę, zmieniając wynik na 3:4.
Po zmianie stron gospodarze ruszyli jeszcze mocniej. Korzeniewski pięknym strzałem z lewej nogi doprowadził do wyrównania, a chwilę później Czernecki, po kapitalnym podaniu od bramkarza, wyprowadził Watahę na prowadzenie 5:4. Mistrzowie zdołali jeszcze odpowiedzieć za sprawą Cieślaka, który uderzył zza pola karnego i ustalił remis. Końcówka należała jednak do Watahy: rajd i fenomenalny gol Korzeniewskiego z ostrego kąta, a następnie rzut karny Surackiego przypieczętowały zwycięstwo 7:5.
To był mecz, w którym ekipa Wilków pokazała ogromny charakter, całkowicie odwracając przebieg spotkania. Mistrzowie Chaosu wciąż pozostają w grze o medale, ale czeka ich niełatwe zadanie w ostatniej kolejce.







)
)
)
)
)
)
)
)