Sezon Lato 2021
Relacje meczowe: 11 Liga
W meczu z faworytem Borowiki miały być jedynie tłem dla walczących o mistrzostwo Force Fusion, ale gospodarze wcale nie zamierzali oddać punktów bez walki. Spotkanie było intensywne, z dużą liczbą bramek i solidną dawką emocji.
Już na początku goście otworzyli wynik po przechwycie Szpilarewicza, ale gospodarze szybko odpowiedzieli – Jankowski wykorzystał świetne podanie i będąc w polu karnym wyrównał stan meczu. Radość Borowików nie trwała długo – Pliakin trafił po rzucie rożnym, a chwilę później Szpilarewicz po efektownej klepce z kolegą zdobył swojego drugiego gola. Force Fusion zaczęli dominować i regularnie stwarzać zagrożenie. Tuż przed przerwą Leshchyshyn podwyższył na 1:4, trafiając z dystansu po ziemi – uderzenie warte zapamiętania. Jeszcze przed końcem pierwszej połowy doszło do spięcia między zawodnikiem F.F. a arbitrem, za co gracz gości zobaczył żółtą kartkę.
Po zmianie stron Borowiki próbowały wrócić do gry – ponownie błysnął Jankowski, który przejął piłkę, minął bramkarza i zdobył drugiego gola. Ale goście szybko odpowiedzieli – Churukonov i Paradowski dołożyli po bramce i znów przywrócili bezpieczną przewagę.
Gospodarze odpowiedzieli jeszcze jednym trafieniem – dobitką Anishchenkova – ale to było już wszystko, na co ich tego dnia było stać. Paradowski zakończył mecz efektownym rajdem przez pół boiska i golem strzelonym z piętki. Niestety, w końcówce jeszcze raz doszło do słownej przepychanki między zawodnikiem Force Fusion a sędzią – druga żółta kartka zakończyła jego występ.
Ostatecznie Force Fusion wygrywa 7:3 i mimo czerwonej kartki zachowują pełną kontrolę nad swoim marszem po tytuł mistrzowski.
W ramach 16. kolejki 11. Ligi Fanów, na Arenie Grenady rozegrano bardzo ciekawe spotkanie – aspirujące do tytułu Shitable podejmowało walczący o utrzymanie Boiskowy Folklor. Mecz rozpoczął się już o godzinie 10:00 i od pierwszych minut nie brakowało emocji.
Zaczęło się od szybkiej wymiany ciosów. Goście jako pierwsi otworzyli wynik – Aleks Miriuk wykorzystał nadarzającą się okazję i dał Folklorowi prowadzenie. Gospodarze odpowiedzieli błyskawicznie – Fedir Ivanchenko doprowadził do wyrównania, było 1:1. Goście nie zamierzali odpuszczać – ruszyli odważnie i zdołali zdobyć dwa kolejne gole. Shitable znalazło się w trudnym położeniu, ale końcówka pierwszej połowy należała do nich – gospodarze zintensyfikowali ataki i jeszcze przed gwizdkiem doprowadzili do remisu.
Niestety dla Folkloru, kontuzji doznał ich kluczowy zawodnik – Aleks Miriuk, który musiał opuścić boisko. Jego brak był widoczny po przerwie, bo druga połowa należała już wyraźnie do Shitable.
Po zmianie stron błysnął duet Stas Krayeuski – Fedir Ivanchenko. Krayeuski zaliczył trzy świetne asysty, a Ivanchenko bezlitośnie zamieniał je na gole. Gospodarze szybko odskoczyli na 6:3. W końcówce padły jeszcze trzy bramki – po jednej dla Shitable i dwie dla Folkloru – ale nie zmieniło to faktu, że mecz zakończył się wynikiem 7:5 dla gospodarzy.
To było jedno z najbardziej widowiskowych spotkań kolejki. Shitable wciąż pozostaje w grze o mistrzostwo – do lidera tracą tylko trzy punkty. Boiskowy Folklor, mimo walecznej postawy, wylądował w strefie spadkowej, choć do bezpiecznej pozycji brakuje im zaledwie dwóch oczek.
Do końca sezonu zostały dwa mecze – a emocji na pewno nie zabraknie, bo walka o wszystko potrwa do ostatniego gwizdka.
Piąte w tabeli Lisy Bez Polisy podejmowały czwarty Legion UA, co teoretycznie zapowiadało całkiem ciekawe starcie – tym bardziej, że różnica punktowa między obiema drużynami wynosiła zaledwie dwa oczka. Szanse na medal były już raczej czysto matematyczne, podobnie jak zagrożenie spadkiem, więc gra toczyła się głównie o miejsce w TOP 5 i udział w Pucharze Ligi Fanów.
Niestety dla gospodarzy, tuż przed meczem okazało się, że mają spory problem kadrowy – Lisy stawiły się na spotkanie z zaledwie szóstką zawodników. Wobec tego ich taktyka była dość oczywista – cofnięcie na własną połowę i gra z kontry. Legion musiał prowadzić grę, budować ataki pozycyjne i próbować z dystansu – co długo nie przynosiło efektów, bo strzały albo były blokowane, albo mijały bramkę. Plan Lisów działał tylko do 7. minuty – wtedy sędzia podyktował rzut karny, który pewnie wykorzystał Dima Vysotskyi. Gospodarze musieli się otworzyć, co – przy braku zmienników – zaczęło błyskawicznie odbijać się na ich fizyczności. Jeszcze przed przerwą Legion trzykrotnie trafiał do siatki, ale to Lisy ustaliły wynik po pierwszych 25 minutach na 1:4.
Druga połowa to kontynuacja dominacji gości, choć Lisy próbowały jeszcze nieco śmielej atakować. Była nawet szansa na bramkę na 2:4, ale uderzenie zatrzymał słupek. Chwilę później Legion zdobył dwa gole… grając w osłabieniu. To praktycznie zakończyło emocje w tym meczu.
W końcówce Legion mógł jeszcze podwyższyć wynik – były sytuacje, ale brakowało precyzji albo interweniował bramkarz gospodarzy. Mimo to wynik 2:13 mówi sam za siebie. Legion UA zgarnia pewne zwycięstwo, a Lisy mimo ambitnej postawy w okrojonym składzie muszą przełknąć gorzką pigułkę.
Starcie drużyn z dolnych rejonów tabeli 11. ligi – Dżentelmenów i Jogi Bonito – od samego początku nie zapowiadało się na wielkie piłkarskie fajerwerki. Przez pierwsze minuty mecz toczył się w ospałym tempie, a pierwsza bramka padła dopiero w 10. minucie, kiedy Sebastian Kluczek otworzył wynik i dał gościom prowadzenie. To trafienie dodało Jodze pewności siebie, a chwilę później na 0:2 podwyższył Klimaszewski.
Dżentelmeni nie zamierzali jednak oddawać tego meczu bez walki – szybka odpowiedź Marcina Pardy i gol kontaktowy na 1:2 na moment tchnęły w gospodarzy nieco nadziei. Niestety – tylko na moment. Po tej jednej jaskółce nie było już wiosny. Z każdą kolejną minutą gospodarze wyglądali coraz gorzej fizycznie, a goście skrupulatnie to wykorzystywali. Joga Bonito zaczęła dominować – zarówno w posiadaniu, jak i w tempie gry. Tuż przed końcem pierwszej połowy do siatki trafił jeszcze Mateusz Bubrzyk, a zaraz po przerwie dołożył kolejne trafienie, pokazując, że tego dnia jest w znakomitej dyspozycji.
Druga połowa to już pełna dominacja gości. Dżentelmeni próbowali się bronić, ale byli bezradni wobec rozpędzonej ofensywy rywala. Każda strata, każde spóźnienie – natychmiast wykorzystywane przez Jogę, która z impetem sunęła do przodu. Gospodarze z czasem skupili się już tylko na przerywaniu akcji i ograniczaniu strat.
Spotkanie zakończyło się pewnym i w pełni zasłużonym zwycięstwem Jogi Bonito. Goście zrobili dokładnie to, co powinna zrobić drużyna w lepszej formie – zgarnęli trzy punkty, nie pozostawiając złudzeń kto był tego dnia lepszy.
To był dziwny mecz. Zagrały w nim przecież dwie drużyny, które przyzwyczaiły nas do ofensywnej gry i bramkostrzelności, a tymczasem… niewiele się działo. Niewiele goli, mało jakości z przodu, gra nijaka – ale za to miłośnicy sensacji mogli być wniebowzięci. Bo ostatnie w tabeli Furduncio urwało punkty liderowi, czyli FC Astanie. I zrobiło to całkiem zasłużenie.
Początek jeszcze zapowiadał coś bardziej przewidywalnego – gospodarze weszli w mecz mocniej, a aktywny od pierwszych minut był Jakhongir Khayrullaev. I to właśnie Astana otworzyła wynik, po szybkim kontrataku wykończonym przez Zhasulana Kamantaya, któremu dogrywał Seidulai Madiyar. Furduncio długo nie potrafiło odpowiedzieć niczym konkretnym. Dopiero po faulu Khayrullaeva na Rafaelu Andrade (i żółtej kartce) dostali szansę z rzutu wolnego – niestety dla nich, bez efektu. Ale „co się odwlecze, to nie uciecze” – wyrównanie dał Caio Barbosa, który po golu odpalił taką euforię, że oblał chyba połowę ławki rezerwowych wodą.
Po przerwie Astana wciąż była stroną aktywniejszą, ale zaczęła się gubić w szczegółach. Słupek, niedokładne podania, brak wykończenia. A Brazylijczycy? Twardo w obronie, z momentami sprytu jak przy lobie Donniego Williamsa. I mimo rosnącej przewagi Kazachów, potrafili się odgryźć.
Na 2:1 znów wyszła Astana – rzut z autu, błyskawiczna wymiana podań i Khayrullaev ponownie na liście strzelców. Ale to nie był jeszcze koniec. Furduncio odpowiedziało błyskawicznie – Rafael Andrade znów w roli głównej, tym razem po asyście Julio Katza. Strzał zza zasłony, Seidakhmet bez szans. Przy 2:2 Brazylijczycy poczuli, że to może być ich dzień. Walczyli, blokowali, przerywali akcje – czasem nawet zbyt ostro. Julio Katz za zbyt zdecydowane zatrzymanie przeciwnika obejrzał żółty kartonik. I wtedy nadeszły ostatnie emocje. Duet Andrade–Katz znowu dał o sobie znać – najpierw precyzyjne dogranie, potem setny (!) gol Rafaela na boiskach Ligi Fanów i eksplozja radości. 2:3 dla Furduncio! Ale to jeszcze nie koniec. W ostatniej akcji meczu Khayrullaev po raz trzeci znalazł drogę do siatki – i skończyło się na 3:3.
Furduncio mogło ten remis świętować jak zwycięstwo – bo każdy punkt to dla nich złoto. FC Astana? Straciła znacznie więcej – fotel lidera, kontrolę nad sytuacją i poczucie, że wszystko jest w ich rękach. Dwie kolejki przed końcem sezonu – i gra o wszystko znów się otwiera.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)