Sezon Lato 2021
Relacje meczowe: 4 Liga
Dynamo Wołomin w meczu ze dziesiątkowaną Rodziną Soprano od pierwszych minut ruszyło z pełną determinacją i chęcią szybkiego strzelenia pierwszego gola. Po kontrolowanym naporze na bramkę rywala szybko zdobyli trafienie z najbliższej odległości, by po chwili po przechwycie wyjść na prowadzenie 2:0. W związku z tym, że gospodarze utracili koncentrację, to bardzo szybko doświadczeni rywale strzelili gola uderzeniem z daleka. Kolejne minuty to krótkie wymiany ataków z obydwu stron, raz kontrolę nad atakami pozycyjnymi miało Dynamo, a po chwili Rodzina. Nie brakowało także świetnych interwencji Radka Kani, który miał momentami też sporo szczęścia. W ekipie gości prym wiódł Damian Starosta. Wyrównana pierwsza połowa i sprawiedliwe 3:3. W drugiej połowie Dynamo znowu rzuciło się do ataków. Częsta wymiana podań, dłuższa ławka rezerwowych zaprocentowała w tej części. Wydaje się, że mecz ‘zabiła’ sytuacja, w której Michał Fijołek doznał kontuzji i w efekcie braku zmian zamienił się pozycją na boisku z bramkarzem. Od tego czasu puścił siedem bramek, ale nie da się ukryć, że koledzy mu nie pomagali, nie potrafili dłużej przytrzymać piłki w grze, brakowało im również pomysłu na rozgrywanie akcji. Świetnie grał Kubik, Wolski, czy Dorsz. Przy wyniku 11:3 gospodarze myśleli, że wynik jest przesądzony, ale nic bardziej mylnego, ponieważ goście strzelili cztery bramki z rzędu. W odpowiedzi jednak Dynamo potrafiło zdusić trwające zagrożenie i napór rywala, czym ustaliło wynik spotkania na 12:7. Najzwyczajniej zabrakło Rodzinie Soprano czasu i sił na więcej. To tylko pokazuje, że w lidze amatorskiej liczy się nie tylko jakość, ale czasami również ilość.
Spotkanie walczącego o „pudło” Furduncio Brasil F.C. z aspirującym do podium Oldboys Derby II – to chyba jedno z najciekawszych spotkań, jakie mieliśmy do tej pory okazję oglądać. Dynamiczne zwroty akcji, pojedynki jeden na jeden i przede wszystkim twarda i sportowa rywalizacja, zdecydowanie dodały kolorytu temu spotkaniu. Jednakże po kolei… Po sześciu rozegranych kolejkach ekipy dzieliły zaledwie trzy „oczka”, co w przypadku zbliżającego się bezpośredniego starcia bez wątpienia rozbudziło emocję wśród jednych i drugich. Początkowe wzajemne badanie rywala relatywnie szybko przerodziło się w otwartą i pasjonującą wymianę ciosów. Pierwsi do głosu doszli gracze z Brazylii, za sprawą dwóch trafień fenomenalnego Luciano. W tym momencie zdawać by się mogło, że drużyna Przemysława Białego i Marcina Wiktoruka skazana jest na porażkę. Nic bardziej mylnego! Od momentu objęcia dwubramkowego prowadzenia, zawodników w żółtych strojach zaczęły dotykać urazy, z ich powodu dwóch graczy musiało przedwcześnie zakończyć zawody. Skorzystali na tym Oldboysi, których najpierw z marazmu wyciągnął Jacek Łukasiewicz, a później Artur Gacoń. Przy bramkach dających remis ogromny udział miał również Wojciech Nowak, który zanotował w pierwszej połowie aż dwie asysty. W drugiej odsłonie tego pojedynku padło co prawda o jedno trafienie mniej, jednakże emocje chyba przebiły pierwszą połowę widowiska. Finalnie to goście po zaciętej walce zdołali zdobyć cenne punkty, za sprawą wygranej 3:4. Ich pomeczowej radości wcale się więc nie dziwimy.
W tym meczu obie drużyny postarały się, aby emocji nie zabrakło do - i to dosłownie - ostatniego gwizdka sędziego. W kontekście układu tabeli był to bardzo istotny mecz, więc obie ekipy stawiły się na placu z szeroką ławką rezerw. Wynik w 4 minucie po asyście Patryka Steca otworzył Michał Janowicz. Dziki atakowały, ale brakowało skuteczności i zmarnowały dwie, niemalże stuprocentowe okazje. W 11 minucie zawodnik gospodarzy został ukarany żółtym kartonikiem, a dosłownie minutę później drugi obrońca Vikersonn musiał opuścić plac, co było dla Dzików nie lada prezentem, którego... nie bardzo potrafili rozpakować. Wprawdzie w 13 minucie na 0:2 trafił Jan Napiórkowki, ale był to jedyny gol zdobyty w przewadze. Co więcej, gospodarze również mieli okazję na zdobycie trafienia, ale po strzale szczypcami piłka odbiła się od słupka. Kiedy składy wyrównały się Vikersonn zaczął atakować coraz śmielej i w 19 minucie gola kontaktowego strzałem z ostrego kąta zdobył Vadym Butenko. W końcówce pierwszej połowy zrobiło się bardzo ciekawe, bo najpierw Vikersonn wyrównał golem Andrija Kramarenki, Dziki momentalnie zripostowały trafieniem Patryka Steca, ale w dosłownie ostatniej akcji połowy wyrzut z autu Vadyma Butenki na gola zamienił Yevhenii Kyrii. Drugą połowę Dziki musiały rozpoczynać w pięciu, bo wcześniej żółtym kartonikiem został ukarany Michał Janowicz. Goście przetrzymali grę w osłabieniu, a przy równych składach w 28 minucie na 3:4 trafił Konrad Adamczyk. Zawodnik ten był wyjątkowo aktywny na boisku i inspirował kolegów do walki, ale nie był w stanie być wszędzie i w 30 minucie padło wyrównanie, kiedy po strzale Vadyma Butenki piłka odbiła się od obrońcy i wpadła do bramki. Widać było zaangażowanie w obu ekipach i na boisku robiło się nieco nerwowo, nie brakowało fauli. Z napiętą atmosferą nie poradził sobie Michał Janowicz i za pyskowanie do sędziego obejrzał drugi żółty kartonik. Paradoksalnie jego zejście spowodowało, że goście nieco ochłonęli i skupili się na zdobywaniu goli. W 40 minucie na 5:4 trafił Michał Ossowski, a po chwili podwyższył Antoni Herman. Wydawało się, że Dziki mają zwycięstwo w zasięgu, ale w końcówce zabrakło trochę koncentracji i zwyczajnego szczęścia. W 49 minucie golkiper Dzików wybijał piłkę w pole, ale trafił w nogi Yevhenija Syrotiuka i piłka z impetem wpadła do siatki. Vikersonn rzucił się do ataku i w ostatniej akcji meczu sędzia odgwizdał rzut wolny w okolicach pola karnego. Podchodzący do piłki Ruslan Kosmach wiedział, że czasu zostało tylko na oddanie strzału – strzelił sprytnie przez nogi obrońców, piłka skozłowała i oszukała Macieja Bilińskiego, a sędzia odgwizdał koniec meczu! Trzeba przyznać, że było to nie lada widowisko i remis wydaje się tu sprawiedliwym wynikiem.
W spotkaniu w ramach siódmej kolejki, na czwartym szczeblu rozgrywkowym mierzyły się ze sobą ekipy Polskiego Drewna oraz Santiago Remberteu. Gospodarze jak dotąd zdołali zdobyć zaledwie jeden punkt w starciu z niezwykle wymagającym Furduncio. Goście natomiast, po sześciu spotkaniach wciąż czekali na swoje debiutanckie punkty. Z tego powodu mogliśmy się spodziewać bardzo wyrównanego pojedynku. Spotkanie zdecydowanie nie zawiodło obserwatorów, ponieważ mimo przewagi ofensywnej graczy w zielonych strojach, drużyna z Rembertowa przez długi okres broniła skutecznie dostępu do swojej bramki. Czołową postacią gości bezapelacyjnie był bramkarz, Mariusz Linkiewicz, który niejednokrotnie popisywał się kapitalnymi interwencjami. Niestety, nic nie trwa wiecznie, a Polskie Drewno w końcu znalazło drogę do bramki wychodząc na aż pięciobramkowe prowadzenie. Rywale jednak nie zamierzali pozostawać dłużnymi, zdobywając dwa trafienia, które pozostawiały ich w grze. Mimo przebudzenia pod koniec pierwszej połowy, w drugiej odsłonie goście nie zdołali podjąć równorzędnej walki tracąc kolejne dwie bramki. Niezwykle istotna w tym meczu była dyspozycja Pawła Szydziaka, który zdołał pokonać bramkarza rywali aż czterokrotnie. Tym samym gospodarze odnieśli swoje pierwsze ligowe zwycięstwo w stosunku 7:2. Jednakże punkty z minionej niedzieli raczej nie wniosą zbyt dużo w kwestii ewentualnej zmiany pozycji na koniec rozgrywek. Drużyny nad nimi zdołały bowiem wygrać swoje spotkania, zamykając raczej szanse na ewentualny awans w ligowej hierarchii.
Jeszcze dwie kolejki temu Scorpiony znajdowały się na podium i przy odpowiednim układzie wyników meczów drużyn przeciwnych mogły zbliżyć się pierwszego miejsca. Coś się jednak w teamie Artura Kałuskiego popsuło, bo w spotkaniach, w których po prostu trzeba zdobyć punkty Scorpions zawodzą. Z drugiej strony Fuszerka utrzymuje stabilną formę i powoli pnie się w ligowej tabeli. Do tej rywalizacji chłopaki podchodzili z dystansem wiedząc, że nawet skromne zwycięstwo przybliży ich do podium, a mimo to byli stroną przeważającą przez cały czas trwania tych zawodów. Już w 1 minucie meczu Konrad Dudek popisał się świetną obroną, a w całej pierwszej połowie wielokrotnie jego refleks i dobre ustawienie w bramce było czymś, co ratowało gospodarzy od straty bramki. W 11 minucie wynik otworzył Jakub Półchłopek, który świetnym strzałem z rzutu wolnego nie dał szans golkiperowi oponentów. Fuszerka konsekwentnie odcinała gospodarzy od możliwości podejścia pod swoją bramkę i wszelkie ataki rozbijały się praktycznie w środku boiska. W 15 minucie Paweł Poniatowski wyszedł z kontratakiem, ale koszmarnie zawiodło wykończenie. Fuszerka za to spokojnie budowała przewagę, a w dwie minuty Jakub Półchłopek skompletował hat-tricka i na przerwę goście schodzili z bardzo bezpiecznym prowadzeniem 0:3. A w drugiej połowie Fuszerka nie przestawała atakować i już w kolejnej minucie Adam Piekarniczek dołożył kolejne trafienie dla gości. Scorpions potrzebowali jakiegoś przebłysku, ale drużynie Artura Kałuskiego jakby brakowało odwagi w ofensywie. Juri Łukjanec jak zwykle dwoił się i troił, próbując wypracować kolegom klarowną sytuację strzelecką, ale defensywa Fuszerki była czujna. Przełamanie przyszło dopiero w 34 minucie, kiedy zamieszanie pod bramką wykorzystał Adam Kłos. W 41 minucie Juri Łukjanec został sfaulowany w polu karnym i bez mrugnięcia okiem "jedenastkę" zamienił na gola. Gospodarze wyraźnie się ożywili, ale było już zbyt późno na realny come back. W 46 minucie Łukasz Półchłopek, a minutę później Michał Kwater pogrzebali jakiekolwiek szanse na dogonienie wyniku i choć ostatnie dwa trafienia należały do gospodarzy, Scorpions wyraźnie ulegli Fuszerce 4:6, a ich sytuacja w tabeli znacznie się pogorszyła. Kapitan zdecydowanie musi coś zmienić w formacji ofensywnej swojego teamu. Fuszerka za to stawiła się na czwartym miejscu w tabeli i przy zachowaniu takiej formy jest w stanie powalczyć o coś więcej, co przecież jeszcze kilka kolejek temu wydawało się mało realne.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)