Sezon Lato 2021
Relacje meczowe: 1 Liga
Mecz dwóch ekip, które w poprzednim sezonie grały jeszcze na ekstraklasowych boiskach. Po spadku zdecydowanie lepiej radzi sobie Contra, która zajmuje 5 miejsce ze stratą dwóch oczek do miejsca premiowanego awansem. Dopiero na 7 miejscu, trzy punkty nad strefą spadkową znajduje się Narodowe Śródmieście. Powyższe informacje pokazywały, że jednym i drugim zdobycz punktowa jest bardzo potrzebna. Dość szybko, bo w 5 minucie meczu na prowadzenie za sprawą Arkadiusza Kiblera wyszli goście, co wyraźnie rozwścieczyło gospodarzy, który w następnych kilku minutach zdobyli aż 4 bramki! Co ciekawe przy trzech z nich asystował Tomasz Zagórski. I jakby ta przewaga sprawiła, że zawodnicy Contry poczuli się zbyt pewnie, bo to ich przeciwnicy doszli do głosu i stwarzali sobie sytuacje podbramkowe, czego efektem były trzy trafienia i wynik do przerwy 4:4. Wydawało się, że po takiej pierwszej połowie będziemy mieli wiele emocji w kolejnych 25 minutach. I przez pierwsze kilka minut faktycznie było ich sporo, bo jedni i drudzy mieli swoje szanse na wyjście na prowadzenie. Udało się to gospodarzom po golu Raciborskiego i można powiedzieć, że od tego momentu obrona Narodowego Śródmieścia się posypała, bo to ich rywale dokładali kolejne gole. Najwięcej ich bo aż 4 w całym spotkaniu zdobył Dawid Biela, swoją bramkę zanotował też Zagórski, a ostatecznie faworyt zwyciężył 9:4.
Explo Team do momentu spotkania z FC Otamany mimo, że nie miał na swoim koncie żadnej porażki, to zajmował trzecie miejsce w tabeli, podczas gdy ich najbliższy rywal był o szczebel wyżej. Mieliśmy więc do czynienia ze spotkaniem niemal na samym szczycie i zwycięzca na najbliższych kilka miesięcy miał się usadowić tuż za liderującym Warsaw Bandziors. Początkowo wydawało nam się, że do tego pozytywnego scenariusza bliżej będzie Explo. Początek był niezły, chłopaki fajnie dzielili się piłką, mieli przewagę w jej posiadaniu, tyle że zupełnie nie mogli się wstrzelić. Otamany potrzebowały trochę czasu, by dostosować się do tempa zaproponowanego przez rywala, ale z biegiem czasu ich organizacja gry była coraz lepsza. A kluczowy moment nie tylko pierwszej połowy, lecz i całego spotkania miał miejsce przy stanie 1:1. Wtedy to ekipa z Ukrainy zdobyła szybko trzy gole z rzędu i zbudowała sobie bardzo bezpieczną przewagę. To musiało wpłynąć na morale rywali. Drużyna nieobecnego Łukasza Dziewickiego pod koniec pierwszej części straciła jeszcze jedną bramkę i nie napawało to optymizmem przed drugą połową. Mimo, że zawodnicy Explo mówili między sobą, że cztery gole różnicy na tak małym boisku to nie jest żadna wielka przewaga, to jednak słowa to jedno, a boiskowa rzeczywistość drugie. Trzeba było jednak spróbować i drużyna ze stolicy miała swój fajny moment w drugiej połowie. Od stanu 1:6 zanotowała trzy trafienia z rzędu i było tylko 4:6! Ale jak się później okazało – to było wszystko, na co było stać trzecią ekipę w tabeli 1.ligi. Otamany szybko się otrząsnęły, kontrola spotkania wróciła w ich posiadanie i końcówka meczu to już „one team show” i starcie skończyło się wynikiem 9:4. Ale ten rezultat był zdecydowanie za wysoki jak na to, co widzieliśmy na placu boju. Sugeruje on różnicę klas, a wcale tak nie było. Owszem – triumfatorzy byli lepsi, konkretniejsi i swoim wybieganiem oraz siłą fizyczną nie dawali Explo za dużo miejsca, ale przegrani też mieli swoje okazje i na pewno nie oddali tego meczu za bezcen. Szkoda, że nie mogli skorzystać z usług swojego kapitana, bo właśnie w defensywie, a więc formacji za którą odpowiada Łukasz Dziewicki, było najwięcej problemów. Mówi się trudno, co prawda strata do pierwsza miejsca wydaje się być nie do nadrobienia wiosną, ale do drugiego jak najbardziej. Otamany muszą więc być czujne, bo chociaż odniosły ważne i zasłużone zwycięstwo, to wciąż muszą się oglądać za siebie. Chociaż z taką dyspozycją jaką ekipa z Ukrainy zaprezentowała w niedzielę, to będzie prawdopodobnie jedyny zespół, który może jeszcze zagrozić wspomnianym wcześniej Warsaw Bandziors.
Na arenie AWF-u Warszawska Ferajna podejmowała zespół Mixamator. Mecz zapowiadał się bardzo ciekawie, bo obie ekipy dzieliły zaledwie trzy punkty. Spotkanie od początku zapowiadało się na zacięte, gdyż nie można był wskazać wyraźnego faworyta. W spotkanie lepiej weszła drużyna Mixamator, która od pierwszych minut tworzyła groźne akcje pod bramką rywala. Ich konsekwentna postawa pozwoliła wyjść dość szybko na prowadzenie po trafieniu Kamila Kamińskiego. Po straconej bramce goście nie cofnęli się jednak na swoją połowę i cały czas atakowali. Konsekwentna gra i napór zaprocentował kolejną zdobytą bramką Kamińskiego. W dalszej fazie meczu, gospodarze otrzymali żółtą kartkę a grająca w przewadze drużyna gości podwyższyła wynik na 0-3. Warszawska Ferajna nie grała źle, często wyprowadzała groźne akcje jednak brakowało dokładności i wykończenia. W akcjach ofensywnych gospodarzy brylował Adrian Dębiński, który często z własnej połowy wypracowywał sytuacje bramkowe swoim kolegom. W 13 minucie po jednej z takich akcji bramkę zdobył Kacper Michaluk i mieliśmy 1-3. W kolejnych minutach gra toczyła się głównie w środku pola, a zawodnicy walczyli o każdy metr boiska. Jedno z wysokich wyjść Ferajny skończyło się golem drużyny gości, która po stracie piłki przez rywala szybko wyszła z kontrą. Tym razem egzekutorem był Dawid Skup. Po chwili usłyszeliśmy gwizdek i na przerwę schodziliśmy przy wyniku 1-4. Druga część spotkania zaczęła się dobrych akcji Mixamatora. Goście nie chcieli pozostawić nic przypadkowi i zaledwie kilka minut później powiększyli swoją przewagę na 1-5. Z gry Warszawska Ferajna miała swoje sytuacje, jednak cały czas brakowało im ostatniego podania, które otwierałoby drogę do bramki przeciwnika. Jedyna szansa nadarzyła się dzięki Łukaszowi Niedźwiedziowi, który wpakował piłkę do bramki rywala. Radość gości została szybko stłumiona, bo kilka minut później Kamil Gadomski zdobył gola na 2-6. W ostatnich minutach meczu sposób na pokonanie bramkarza rywali znalazł jeszcze Adrian Dębiński. Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 3-6. Zawodnicy Warszawskiej Ferajny muszą poważnie zastanowić się nad poprawą stylu gry, który w kolejnej rundzie da im odpowiednią skuteczność do zdobywania bramek. Mixamator dzięki trzem punktom przerwę zimową spędzi w środku tabeli 1 ligi.
4 drużyna 1 ligi Fc Almaz podejmowała na swoim terenie 8 ekipę Green Lantern. Punkty w tym meczu były jednym i drugim potrzebne jak tlen. Fc Almaz walczą o pudło a Green Lantern bardzo chcą wyjść ze strefy spadkowej. Pierwsi w tym spotkaniu bramkę zdobyli zawodnicy gospodarzy - dokonał tego MVP spotkania Yevhen Syrotenko, dla którego było to pierwsze z sześciu trafień! Po ładnym podaniu Valeriia Timchenko (3 asysty i 1 bramka) bez problemu pokonał bramkarza gości. Mieliśmy wiec szybkie 1-0. Kilka minut później ponownie do siatki trafili zawodnicy gospodarzy i wydawało się że nikt nie jest w stanie ich zatrzymać. Jednak Zieloni to nie nowicjusze, więc wzięli się szybko za odrabianie strat. Zagęścili środek pola, postawili na mocny pressing i szybko przyniosło to oczekiwany efekt. Adrian Rzepecki ładnie wykończył prostopadle podanie od bardzo aktywnego w tym spotkaniu Mikołaja Wysockiego (1 bramka i 3 asysty). Padła bramka kontaktowa, gospodarze próbowali kontrować, ale to goście przy zacieśnionym środku pola zdobyli druga bramkę i w 22 minucie mieliśmy remis 2-2. Mecz zaczął się więc od początku, fizyczna walka trwała na całym boisku, lecz to gospodarcze trafili jako ostatni w tej połowie. Niezawodny Yevhen Syrotenko wykończył akcję sam na sam i Almaz prowadził. Druga odsłona tego ciekawego spotkania to dwa szybkie trafienia gospodarzy na 4-2 i 5-2. Zieloni nie poddawali się i atakowali zaciekle na całym boisku, gra delikatnie się zaostrzyła, ale w ramach sportowej walki i zebrani kibice nie mogli narzekać na brak emocji. Almaz trochę zwolnili a rywale bardzo szybko to wykorzystali i trafili dwa razy, mieliśmy więc 5-4 i mecz na styku. Ciągle jednak nie dawał zapomnieć o sobie najaktywniejszy zawodnik gospodarzy. Mowa o wspomnianym wcześniej Yevhenim Syrotenko. Szanowny Pan Piłkarz nie potrzebował wiele aby ponownie trafić do bramki rywala i Almaz prowadził 6-4. Walka trwała w najlepsze i goście ponownie zdobyli bramkę kontaktową, lecz to gospodarze ostatecznie dopięli swego. Yevhenii Syrotenko, przy pomocy kolegów z drużyny, bezpardonowo wypunktował rywali jeszcze dwoma trafieniami i jak wspominaliśmy zakończył swój festiwal strzelecki z 6 trafieniami na koncie. Mecz zakończył się wynikiem 8-5, ale Green Lantern nie maja się na pewno czego wstydzić, zagrali naprawdę dobre spotkanie. Gospodarze po prostu byli lepiej dysponowani tego dnia i mieli w swoich szeregach snajpera z bardzo dobrze ustawionym celownikiem. Fc Almaz biją się o pudło, natomiast Green Lantern będą musieli dać od siebie jeszcze więcej, aby wydostać się ze strefy spadkowej.
Spotkanie Warsaw Bandziors ze Zjednoczoną Ochotą okazało się znakomitym spektaklem futbolowym. Potężna dawka dramaturgii i niespodziewane zwroty akcji to coś, czego raczej nikt nie spodziewał się w meczu lidera z drużyną, która zajmuje ostatnie miejsce w tabeli, a jednak Zjednoczona Ochota pokazała w tym spotkaniu coś, czego dawno u nich nie widzieliśmy i mimo bardzo słabej frekwencji, goście przypomnieli nam, dlaczego tak chwaliliśmy ich w poprzednim sezonie. Mecz rozpoczął się raczej przewidywalnie – już w 2 minucie Wojciech Konieczny wyprowadził Bandziors na prowadzenie. Minutę później Ochota miała szansę z rzutu wolnego i sprytne podanie o centymetry minęło pędzącego w kierunku bramki Rafała Popisa. Wiedząc, że goście grają z zaledwie jedną zmianą Bandziors nastawili się na długie utrzymanie przy piłce i męczenie przeciwnika. Goście bronili się ofiarnie i w pierwszej połowie udało się Bandziorsom zapunktować jeszcze tylko dwukrotnie, a gole strzelili odpowiednio Maciej Cichocki i Szymon Kołosowski. Prowadzenie 3:0 zapowiadało, że gospodarze będą kontrolowali to spotkanie i początek drugiej połowy zdawał się to potwierdzać. Szybko padła bramka na 4:0 autorstwa Szymona Kołosowskiego i mogło się wydawać, że jest już po meczu, ale tutaj rozpoczął się pierwszy zwrot akcji. Ochota zmieniła bramkarza i między słupkami stanął Adrian Wroński, a Przemysław Morawski wszedł w pole. Ochota wywalczyła rzut wolny w okolicach pola karnego, a silne podanie Rafała Popisa sprytnym zagraniem na zakładkę Przemysław zamienił na pierwszego gola dla Ochoty. W 31 minucie trafił Marcin Garbacz, a minutę później Rafał Popis przelobował bramkarza zza połowy i nagle zrobiło się 4:3. W obozie gospodarzy dało się zauważyć lekkie nerwy, które przekładały się na kiepską skuteczność ataków, ale spora w tym też zasługa Adriana Wrońskiego, który okazał się rewelacyjnym zmiennikiem na pozycji golkipera. W 35 minucie zobaczyliśmy kolejny tego wieczoru zwrot akcji - żółty kartonik obejrzał Maciej Bartha, a po chwili Norbert Stachura nie zapanował nad słownictwem i sędzia po raz drugi sięgnął po żółty kartonik. Grając w dwuosobowej przewadze Ochota po prostu musiała strzelić gola i w 38 minucie mieliśmy remis po golu Patryka Trybułowicza. Sensacja wisiała w powietrzu, ale prawdziwych mistrzów poznaje się po charakterze w sytuacjach kryzysowych. Kapitan Bandziors Szymon Kołosowski uspokoił swoich zawodników, poukładał grę zespołu i sam również harował na boisku. W efekcie Bandziors z minuty na minutę coraz bardziej przypominali pewny siebie zespół z pierwszej połowy. Na dwie minuty przed końcem Szymon huknął z dystansu w długi róg, a kiedy piłka wpadła do siatki kamień z serca spadł wszystkim zawodnikom Bandziors. Maciej Cichocki i Norbert Stachura dołożyli jeszcze po jednym trafieniu i rzutem na taśmę Warsaw Bandziors wygrali ze Zjednoczoną Ochotą 7:4. Obu drużynom należą się brawa za ten mecz – gospodarze pokazali, że potrafią się odbudować w wyjątkowo ciężkiej sytuacji, a Zjednoczona Ochota przypomniała, że jest to drużyna z ogromnym potencjałem i sercem do gry.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)