Sezon 2020/2021
Relacje meczowe: 2 Liga
Dla East Crew mecz z Warsaw Hunters miał duże znaczenie, bo tydzień wcześniej przegrali po raz pierwszy w sezonie i nie chcąc stracić tego, co wypracowali sobie w pierwszej części sezonu, musieli jak najszybciej wrócić na zwycięski szlak. Rywal to ekipa ze środka tabeli, ale będąca bardzo groźna, zwłaszcza jeśli zostawi jej się miejsce do gry. I trzeba przyznać, że w wielu fragmentach meczu, tego miejsca Łowcy mieli więcej niż można się było spodziewać. Tylko co z tego, skoro w niedzielny wieczór ich celownik był kompletnie rozregulowany. Mimo, że stworzyli sobie naprawdę wiele okazji, by ich licznik bramkowy wyglądał okazale, to skończyło się na zaledwie dwóch trafieniach. Rywal był dużo bardziej skuteczny, co najbardziej dało się odczuć od stanu 2:2. Wówczas obydwie ekipy miały swoje okazje, mecz był naprawdę wyrównany, ale do końca spotkania już tylko jedna drużyna cieszyła się po zdobytych bramkach. East Crew wykorzystali fakt strzeleckiej indolencji rywala i inkasując cztery gole z rzędu, wygrali mecz w stosunku 6:2. Wynik tego starcia jest jednak mylący. Warsaw Hunters byli równorzędnym przeciwnikiem dla faworytów, ale jeśli traci się bramki po strzale bramkarza z kilkudziesięciu metrów, czy też nie potrafi się tyle razy znaleźć sposobu na golkipera oponentów, to pretensje można mieć tylko do siebie. A szkoda, bo tutaj naprawdę można było ugrać więcej, niż honorowa porażka. Co do East Crew, to dzięki wygranej wrócili na szczyt i widząc ich terminarz, to sprawę mistrzostwa mają tylko w swoich nogach. Jeśli nie popełnią żadnego błędu, to za tydzień będą się cieszyć ze swojego pierwszego, dużego sukcesu w Lidze Fanów.
W niedzielny wieczór świetnie radząca sobie w tym sezonie drużyna Młodzieżowców podejmowała ostatnią w tabeli ekipę Virtualne Ń. Goście mimo wzmocnień nie mogą złapać odpowiedniego rytmu i mają duże problemy z punktowaniem. Ekipa z takimi zawodnikami jak Kolasa, Zych czy rodzina Jochemskich przeżywa kryzys, dlatego wielu ekspertów w roli faworyta stawiało młodą drużynę gospodarzy. Spotkanie rozpoczęło się dość spokojnie, a przewagę na boisku dość szybko przypieczętował Szymon Kolasa, który dobijając piłkę wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Pierwsza odsłona spotkania była bardzo zacięta, a po stracie gola starcie się wyrównało i zarówno jedni jak i drudzy co jakiś czas zagrażali bramkarzom rywala. Na pauzę schodziliśmy przy wyniku 0-1. Druga część meczu miała już zupełnie inny przebieg, oba zespoły otworzyły się, co dawało zdecydowanie więcej miejsca napastnikom obu ekip. W tę część widowiska zdecydowanie lepiej weszli gospodarze, którzy dość szybko doprowadzają do wyrównania. Piękne podanie Michała Kowalskiego wykończył Kamil Mata. Młodzieżowcy poszli za ciosem i już po chwili mieliśmy 2-1, a potem 3-1. Doświadczeni zawodnicy Virtualnego Ń jednak nie zamierzali się poddawać i cały czas atakowali licząc na szybkie odrobienie strat. Kiedy już dochodzili do klarownych sytuacji na bramce gospodarzy świetnie spisywał się jednak Wiktor Sławiński, który tego dnia wyprawiał cuda między słupkami swojej bramki. Nieskuteczność gości wykorzystywali gospodarze i na 4-1 wynik podwyższył Rafał Stefanek. Kilka minut później swojego drugiego gola zdobył Kamil Mata i wynik meczu wydawał się być już rozstrzygnięty. W końcowych minutach rozmiar porażki zmniejszył Szymon Kolasa, ale gości na więcej nie było już stać. Spotkanie kończy się wynikiem 5-2 i po bardzo dobrym widowisku Młodzieżowcy mogą dopisać sobie kolejne 3 punkty, które dzięki rezultatom w innych spotkaniach dają awans ekipie Michała Komorowskiego na trzecią lokatę!
Będąca na najniższym stopniu podium drużyna Korsarzy grała z zespołem Sante, który miał tylko dwa punkty straty do „pudła”. Gospodarze na mecz stawili się w dość okrojonym składzie, dysponując tylko jedną zmianą. Goście natomiast przybyli w szerszej obsadzie, co dawało im mentalną przewagę na samym starcie. Początek spotkania należał do Korsarzy, którzy już w 3 minucie wyszli na prowadzenie. Zawodnicy Sante mimo lepszej gry rywala zdołali doprowadzić do remisu, lecz ich przewaga nie trwała zbyt długo, gdyż przy próbie blokady strzału byliśmy zmuszeni zapisać trafienie samobójcze i Korsarze znów byli o gola z przodu. Oba zespoły próbowały powiększyć swój dorobek bramkowy, lecz bramkarze wywiązywali się ze swojej powinności. Nim pierwsza połowa się zakończyła, każda z drużyn dopisała do swojego licznika po jednej bramce i na przerwę schodziliśmy przy wyniku 3:2. Kiedy zawodnicy wrócili na boisko gospodarze w przeciągu jedenastu minut zdobyli trzy gole tracąc tylko jednego i wydawało się, że mecz mają już pod kontrolą. Jednakże determinacja gości została nagrodzona. Coraz bardziej zmęczeni zawodnicy gospodarzy mieli problem z obroną ofensywnego naporu gości, którzy doprowadzili do wyrównania. Pięć minut przed końcowym gwizdkiem Patryk Orzel po raz ostatni dał szansę na trzy punkty swoim kolegom z drużyny, lecz okazało się to niewystarczające. Sante po tej stracie bramki potrzebowało dwóch minut na wyjście po raz pierwszy w tym meczu na prowadzenie, które dzięki rozsądnej grze w ostatnich minutach przyniosło cenne trzy punkty. Dzięki wygranej Sante awansowało o jedną pozycję oddając swoją wcześniejszą Korsarzom. Ale tak naprawdę to obydwa zespoły mają cały czas szansę na zakończenie rozgrywek w strefie medalowej.
Apetyt rośnie w miarę jedzenia – prawdopodobnie w taki sposób do swojego kolejnego meczu podchodzili zawodnicy KK Watahy, którzy kilka dni wcześniej wygrali pierwsze spotkanie w sezonie. Teraz liczyli na drugie i mogli być dobrej myśli, bo ich najbliższy rywal, czyli After Wola, nie ma ostatnio najlepszej passy. A gdyby ekipie z Woli było mało problemów, to w trakcie spotkania pojawił się kolejny – kontuzji doznał jeden z zawodników, a ponieważ ławka rezerwowych było tego wieczora wyjątkowo krótka, to zespół Pawła Fronczaka musiał sobie radzić bez zmian. Jednak oddajmy After Woli, że chłopaki długimi fragmentami trzymali się bardzo dzielnie. Nie kalkulowali, nie wybijali piłki na oślep, tylko starali się podjąć rękawicę jaką rzucił im los. Było jednak jasne, że z czasem może im zacząć brakować sił i wówczas rywal odjedzie im z wynikiem. I w pewnym sensie tak się stało, bo Wataha tuż po przerwie miała już dwa gole zapasu, ale wtedy piękny gol Bartka Matuszkiewicza przywrócił trochę wiary w zespole z Woli. Na krótko – rywale zorientowali się, że muszą szybko wziąć się w garść, by nie doprowadzić do nerwowej końcówki i w końcu zaczęli regularnie pokonywać Aleksandra Grabowskiego. Wcześniej nie zawsze im się to udawało, bo golkiper rywali bronił bardzo pewnie. Im dłużej jednak mecz trwał, tym częściej bywał pozostawiony sam sobie, co nie mogło się dobrze skończyć. Konkurenci wrócili do bezpiecznego prowadzenia i ostatecznie wygrali mecz 5:2. Mimo wszystko duże brawa dla przegranych, bo ich zaangażowanie i determinacja mogły się podobać. Co do triumfatorów, to całe szczęście, że mieli w swoim składzie Maćka Kiełpsza i Bartka Salomona. To oni zdobywali kluczowe bramki i asysty, które w konsekwencji przełożyły się na drugie kolejne zwycięstwo. Jak również na to, że Wataha wyprzedziła swojego niedzielnego przeciwnika i teraz przed nią kolejny cel, czyli zdążyć przed końcem sezonu wydostać się z czerwonej strefy.
Starcie FC Patriot z Playboys Warszawa od pierwszego gwizdka było utrzymywane na bardzo wysokim tempie. Zawodnicy grali dynamicznie, nie brakowało pojedynków 1vs1, a to zapowiadało wyrównane widowisko! Pierwsze minuty bez bramek aż do fenomenalnego strzału pod poprzeczkę Dominika Kansika, który wsparł kolegów w tym meczu i jego obecność była widoczna. Patrioci dalej pozostawali w grze, byli zdyscyplinowani, pomagali sobie w obronie i grali drużynowo w ataku. To procentowało z każdą kolejną minutą i do przerwy wyszli na zasłużone prowadzenie 2:1. Mecz był ostry, nikt nie uciekał od walki ciałem i gry agresywnej, ale wszystko było kontrolowane przez sędziego. Po zmianie stron szybka skuteczna akcja Ivana Markovycha z Yurii Butsem została zamieniona na gola. Playboys zaczęli ryzykować, grać wyżej, atakowali też większą liczbą zawodników. To jednak na nic się zdało, ponieważ gospodarze kontrolowali przebieg gry, byli zorganizowani, nie odpuszczali, dobrze się komunikowali i kiedy goście, często za sprawą Kansika strzelali bramkę, to po chwili odpowiadali. Grali kolektywnie. Warto odnotować, że obie drużyny były bardzo dobrze przygotowane do rywalizacji, ponieważ zachowywali tempo aż do końca spotkania. A jedyny trudny moment jaki czekał na Patriotów nastąpił przy wyniku 7:4, kiedy bramkę z wolnego strzelił im Kansik, a po chwili również Szymczak po przechwycie. Niestety dla Playboys zabrakło czasu na odrobienie strat, być może fragmentami trochę szczęścia i mecz zakończył się rezultatem 7:6. Najlepszym zawodnikiem gospodarzy był Markovych, natomiast gości Dominik Kansik.







)
)
)
)
)
)
)
)
)