Sezon 2020/2021
Relacje meczowe: 6 Liga
W meczu siedemnastej kolejki, na warszawskim AWF-ie, stanęły naprzeciwko siebie ekipy sąsiadujące ze sobą w ligowej tabeli. Spotkanie pomiędzy drużynami Saskiej Kępy oraz Tornado Squad zdecydowanie obfitowało w ogrom piłkarskich emocji, a tempo tego widowiska połączone z pięknymi bramkami, sprawiło, że na długo nie będziemy mogli wymazać tego cudownego obrazu z naszej pamięci. Pierwsza odsłona tego spotkania upłynęła pod znakiem dominacji gości, którzy to od samego początku pewnie bronili się przed naporami rywala, cierpliwie czekając na swoje szanse. Efektem tego były cztery bramki, które do przerwy sugerowały jednostronny przebieg całej rywalizacji. Nic bardziej mylnego! Mimo stanowczego prowadzenia 0:4, ekipa Tornada zdecydowanie uległa rozluźnieniu, które wdzierając się w ich szeregi, ułatwiło rywalowi dostęp do bramki strzeżonej przez kapitalnego tego dnia, Sebastiana Szajkowskiego. Jednakże mimo usilnych starań oraz naporu ze strony Saskiej Kępy, to właśnie rywale okazali się być minimalnie lepsi w finalnym rozrachunku. Nie sprawiło to jednak, że obyło się bez emocji. Do samego końca ważyły się bowiem losy potencjalnego remisu, a co za tym idzie podziału punktów, który zdecydowanie ułatwiłby ekipie w zielonych strojach walkę o strefę medalową. Niestety dla nich, z powodu zwycięstwa Popalonych Styków, najbliższa (ostatnia) kolejka okażę się decydująca w kwestii promocji do piątej ligi.
Slavic Warszawa po wielu perypetiach, w ostatnich tygodniach w końcu zaczął grać na miarę swoich możliwości. Niestety, ich sytuacja w tabeli nie jest wesoła, bo przed spotkaniem tracili 6 punktów do strefy niezagrożonej spadkiem. Nie przeszkadzało im to jednak w spotkaniu z Łazarskim, w którym udowodnili, że ich gra na wiosnę wygląda w końcu tak, jak sami tego oczekiwali od siebie. Za sprawą Arka Zarzyckiego dość szybko wyszli na prowadzenie, ale wyrównać zdołał Aleks Kochonen. Jak się później okazało, do przerwy istniała już tylko drużyna Slavicu, która absolutnie zdominowała swoich rywali. Do przerwy pokonała bramkarza rywali pięciokrotnie i było 1:6. Wiemy, że comebacki zdarzają się w naszej lidze niejednokrotnie, ale w tym wypadku nie mogło być o tym mowy. Gospodarze robili co mogli, ale Slavic świetnie rozbijał ich ataki i nie pozwalał na zbyt dużo w ofensywie. Druga połowa toczyła się już w trochę spokojniejszym tempie, a goście dokończyli dzieła zniszczenia, trafili trzykrotnie i wygrali całe spotkanie 9:3. Gospodarze ten sezon od dawna mogą spisać na straty, ale widać, że starają się zbudować coś nowego na przyszłe rozdanie. Goście nadal walczą, bo w teorii, wciąż mają szansę na utrzymanie, więc wydaje nam się, że nie odpuszczą do ostatniej kolejki i będą chcieli się dobrze zaprezentować na boisku.
Niezwykle emocjonującym widowiskiem był pojedynek pomiędzy ADP Wolską Ferajną, a Perłą WWA. Goście mogli już po tym meczu świętować mistrzostwo, musieli tylko i aż wygrać. Biorąc pod uwagę ostatnią formę ADP wydawało się to zadaniem dość prostym, jednak tego dnia gospodarze zagrali naprawdę solidnie i z dużym zaangażowaniem. To właśnie oni wyszli na prowadzenie za sprawą Rafała Wilkowskiego, jednak nie cieszyli się z niego zbyt długo, bo już chwilę później wyrównał Mateusz Socha, a następnie za sprawą Arkadiusza Króla Perła wyszła na prowadzenie. To nie podłamało Wolskiej Ferajny, która tym razem w dużej mierze skupiła się na grze i to przyniosło wymierne efekty. Udało im się przed przerwą jeszcze dwukrotnie doprowadzić do remisu. Najpierw świetną akcję wykończył Rafał Wilkowski, a gdy rywal znów wyszedł na prowadzenie, tuż przed przerwą do siatki trafił Mateusz Nejman. Biorąc pod uwagę, że Perła grała bez zmian, ADP mogło liczyć, że z każdą minutą przeciwnik będzie opadał z sił i w tym Ferajna mogła upatrywać swoich szans. Po zmianie stron gospodarze szybko objęli prowadzenie, ale w dalszej części meczu mimo wszystko przeważała Perła. To do niej należały kolejne trzy bramki i po około 35 minutach spotkania prowadziła 4:6. ADP miała spory problem z upilnowaniem zawodników rywala i często musiała uciekać się do fauli. Szczególnie Arkadiusz Król nękał defensorów przeciwnika. Dobra passa Perły jednak dobiegła końca i w ostatnich minutach inicjatywę przejęła Wolska Ferajna. Najpierw gospodarze wykorzystali karnego na 5:6, a potem popis skuteczności dał Bartek Oleksiewicz. Najpierw popisał się świetnym strzałem z dystansu, a potem wyprowadził swój zespół na prowadzenie 7:6! Swoją drogą ilość zmarnowanych „setek” przez Perłę przy stanie 6:6 była niewiarygodna, bo w tamtym momencie mogli spokojnie zamknąć mecz. Na dwie minuty przed końcem mieliśmy znów remis 7:7, a na minutę przed końcem żółtą kartką został ukarany gracz ADP. Perła ruszyła do ataku, ale nadziała się na kontrę i Wolska Ferajna grając w osłabieniu zdobyła zwycięską bramkę! Naprawdę byliśmy świadkami świetnego widowiska, gdzie walka toczyła się do ostatnich minut, a wynik zmieniał się jak w kalejdoskopie.
Do końca sezonu każde starcie dla Dzików z Lasu jest meczem „o życie” w kontekście pozostania w walce o mistrzostwo 6-tej Ligi Fanów. Z kolei A.D.S Scorpion’s wciąż mieli szanse na uplasowanie się w górnej części tabeli, co uprawnia do udziału w Pucharze Ligi Fanów, a więc obu ekipom nie brakowało motywacji. W pierwszej połowie obydwa zespoły grały mocno zachowawczo, z lekkim wskazaniem na gospodarzy. Goście skupili się na szczelnej obronie i kontratakach, jednak ich taktyka nie przyniosła efektu w postaci bramki. Strzelecki impas trwał bardzo długo i dopiero na trzy minuty przed końcem pierwszej odsłony obejrzeliśmy pierwsze trafienie, gdy piłkę na raty do bramki wbił Tymek Kuroczko. Wynikiem 1:0 zakończyła się pierwsza połowa, a patrząc na przebieg gry byliśmy bardzo ciekawi, z jakim zaangażowaniem drużyny wyjdą po zmianie stron. Nie zawiedliśmy się. Tempo meczu nadal było bardzo wysokie, a przez długi czas, głównie dzięki dobrej postawie Łukasza Pacochy oraz Piotrka Arendta, bramek nie oglądaliśmy. Jednak po kilku minutach doszło do podwyższenia, gdy po indywidualnej akcji Konrada Adamczyka, którego sprytny strzał dał wynik 2:0. Bardzo ciekawie zrobiło się, gdy po podaniu Patryka Szewczuka piłkę obok golkipera rywali posłał Paweł Poniatowski i mieliśmy 2:1. Gol na 3:1 to dość kuriozalna sytuacja, gdyż po mocnym strzale gracza Dzików piłka została odbita przez bramkarza wysoko w górę, a mocno świecące słońce sprawiło, że Piotrek Arendt nie widział jak spada z powrotem pod nogi Tyma Kuroczko, a ten strzałem główką wpisał się na listę strzelców po raz drugi tego dnia. Kiedy po akcji Michała Janowicza swojego drugiego gola zdobył Konrad Adamczyk wydawało się, że sprawa zwycięstwa jest przesądzona. Sygnał do pogoni dał jednak jeszcze Adam Wierzbicki, które bardzo ładne podanie „w uliczkę” przekuł na gola skracającego dystans do stanu 4:2. Ostatnie słowo należało jednak do gospodarzy, którzy swój sukces przypieczętowali za sprawą strzału z ostrego kąta Kajetana Jasińskiego. Dziki z Lasów pokonały A.D.S. Scorpion’s 5:2 i nadal mają tylko jeden punkt straty do lidera, a więc wszystko rozstrzygnie się w ostatniej kolejce!
Dla Popalonych Styków niedziela nie mogła się rozpocząć lepiej. Część zawodników pewnie jeszcze spała, gdy Tornado Squad ogrywało Saskę Kepę, a to oznaczało, że Styki miały okazję wskoczyć na podium pod warunkiem pokonania Radlera. O determinację faworytów byliśmy więc spokojni i raczej nie wyobrażaliśmy sobie, że może im się tutaj stać krzywda. Radler ostatnio wyłącznie przegrywa, jest to również zespół który zdobywa stosunkowo małą liczbę bramek, więc nie zakładaliśmy, że Stykom noga może się powinąć. Ale trzeba to było jeszcze udowodnić na boisku. Początek starcia był taki, jak sobie go wyobrażaliśmy. Dużo więcej okazji dla Popalonych, którzy mieli zdecydowanie większą łatwość prowokowania zagrożenia pod polem karnym oponenta. To poskutkowało dwoma golami, na które Radler nie potrafił znaleźć odpowiedzi. Dopiero pod koniec premierowej części spotkania, przegrywającym udało się wejść na odpowiedni poziom, wreszcie zaczęli niepokoić świątynię Krzyśka Grabowskiego i chociaż ostatecznie gola nie zdobyli, to z pewnymi nadziejami przystępowali do drugiej odsłony. No ale niestety – chęci nie przełożyły się na jakość. Styki wróciły do swojej dobrej gry, powiększały przewagę, a jednocześnie zależało im, by nie stracić choćby jednego gola. Z kolei dla Radlera zdobycie trafienia honorowego było praktycznie jedynym realnym celem w tej potyczce. Ale mimo kilku okazji, z których niektóre naprawdę można nazwać "setkami", nie byli w stanie zmusić do kapitulacji golkipera oponentów. Natomiast bilans Styków zatrzymał się na sześciu trafieniach, co nie pozostawiło złudzeń, czy trzy punkty trafiły w godne ręce. Triumfatorzy wskoczyli więc na najniższy stopień podium i w niedzielę powalczą o jego utrzymanie, a ich rywalem będzie wspomniana na wstępie Saska Kępa. Radler musiał się z kolei pogodzić z kolejną, dość przykrą porażką, bo to już trzeci mecz w tej edycji, gdzie nie zdobywają choćby jednej bramki. Pewnym usprawiedliwieniem mogła być nieobecność Huberta Korzeniewskiego, bo pod jego nieobecność nie było komu wziąć na siebie odpowiedzialności za strzelone gole. Mówi się trudno i teraz trzeba po prostu powalczyć w ostatniej kolejce z Wolską Ferajną, by ten raczej słaby dla siebie sezon, zakończyć optymistycznym akcentem. Łatwo nie będzie, ale na pewno nie są w tej konfrontacji bez szans.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)