Sezon 2020/2021
Relacje meczowe: 5 Liga
Dla obu ekip stawka tego meczu była szalenie wysoka, choć w zupełnie inny sposób. Dla gospodarzy była to szansa na wydostanie się ze strefy spadkowej, goście za to walczyli o drugie miejsce w tabeli. Dodatkowo w poprzedniej rundzie Bartolini zostało rozgromione 3:9 i mimo słabszej forny na pewno szukało rewanżu za tamto spotkanie. I wzięło się do pracy błyskawicznie, bo nie minęła nawet minuta meczu, a Mateusz Brożek miał już pierwsze trafienie na swoim koncie. Mikstura zaliczyła potężny falstart, ale już po chwili strzał Patryka Zycha obił spojenie bramki i goście zaczęli grać coraz śmielej. W 6 minucie strzał na długi róg Rafała Jochemskiego fenomenalną paradą obronił Piotr Szczypek, ale dwie minuty później Rafał nie dał mu szans i Mikstura wyrównała. Gospodarze zripostowali bardzo szybko drugim trafieniem Mateusza Brożka, ale przy stanie 2:1 to goście byli praktycznie non-stop w natarciu, a Bartolini momentami było zamknięte na swojej połowie i wyprowadzało tylko nieliczne kontry. Mimo to ekipie rodziny Jochemskich brakowało nie tylko skuteczności, lecz również zwyczajnego szczęścia i nie była w stanie znaleźć drogi do siatki przeciwnika. W ostatniej akcji pierwszej połowy mogło być 3:1, kiedy po dośrodkowaniu z rzutu rożnego piłka spadła pod nogi Mateusza Pęczka, ale w 100% sytuacji zawodnik Bartolini koszmarnie przestrzelił. W drugiej połowie Mikstura zabrała się za odrabianie strat, ale odbijała się od obrony gospodarzy i brakowało błyskotliwego zagrania, które byłoby w stanie oszukać defensywę Bartolini. Za to drużyna Michała Cholewińskiego pokazała zabójczą skuteczność w kontratakach. W 32 minucie hat-tricka skompletował Mateusz Brożek, który przejął piłkę w środku boiska i przelobował bramkarza Mikstury. Dwie minuty później było już 4:1, kiedy duet Brożek-Sierpiński praktycznie rozmontował obronę gości. Wydawało się, że Bartolini kontroluje już to spotkanie, ale sygnał do ataku dał Rafał Jochemski i w dwie minuty goście doskoczyli z wynikiem na 4:3. Podobnie jak w pierwszej połowie zabrakło trochę szczęścia i determinacji, ale trzeba również przyznać, że Bartolini zachowało zimną krew do samego końca i w 47 minucie wynik na 5:3 ustalił Mateusz Brożek. W efekcie Bartolini Pasta niezależnie od wyników kolejnej kolejki ma już zapewnione pozostanie w lidze, a Mikstura ma już tylko matematyczne szanse na zdobycie srebrnych medali.
Munja przed tym starciem miała raczej ugruntowaną sytuację, bo choć podium było już poza zasięgiem, to w najgorszym wypadku ekipa Macieja Affka mogła przynajmniej liczyć na występ w Pucharze Ligi Fanów. FC Melanż takiego komfortu nie miał i musiał po prostu wygrać to spotkanie, aby oddalić od siebie widmo spadku. Mimo stawki goście stawili się w dość skromnym składzie i choć w pierwszej połowie radzili sobie całkiem nieźle, w drugiej zabrakło sił, aby dogonić rozpędzonych gospodarzy. Wynik w 6 minucie otworzył Dawid Orzechowski, który wykorzystał zamieszanie pod bramką i sprytnym zagraniem piętą umieścił piłkę w siatce. Goście dość szybko zrewanżowali się golem Łukasza Słowika, a po chwili Łukasz dostał „prezent” w postaci niedokładnego podania między obrońcami, ale zabrakło skutecznego wykończenia. Mimo to napastnik FC Melange nie tracił czujności i po chwili po podaniu Arkadiusza Zegara strzelił na 1:2. Munja atakowała często i groźnie i w 19 minucie praktycznie rozmontowała obronę gości, ale Bartosz Jakubiel popisał się kolejną, świetną interwencją. Wprawdzie skapitulował w 22 minucie, kiedy rzut rożny w wykonaniu Roberta Zająca na bramkę zamienił Kacper Drozdowicz, ale w pierwszej połowie wykonał absolutnie tytaniczną pracę i głównie dzięki niemu udało się Melanżowi nawiązać wyrównaną rywalizację. Jednak obroną meczy się nie wygrywa i druga połowa należała zupełnie do zespołu gospodarzy. W 28 minucie było już 3:2 dla Munji po golu Roberta Zająca, a minutę później karnego wykorzystał Eryk Białecki. Melanżownikom kończyły się pomysły na przełamanie obrony gospodarzy, a na dodatek dawała o sobie znać słabnąca kondycja i w natarciu była już tylko ekipa Munji, która punktowała praktycznie każdy błąd defensywy przeciwnika. Dawid Orzechowski i Kacper Drozdowicz dali popis umiejętności indywidualnych, ale w gruncie rzeczy cały zespół skupił się na dynamicznym i dokładnym rozgrywaniu piłki i goście po prostu nie nadążali za pomysłami ofensywy Munji. Mecz zakończył się wymownym wynikiem 10:2 i w ten sposób Munja wywalczyła miejsce tuż za podium 5 ligi, a FC Melange musi pogodzić się ze spadkiem.
Z perspektywy Sportowych Zakapiorów nie zapowiadało się, że ich seria przegranych meczów zostanie w niedzielę zakończona. Argumentów było kilka, ale głównym była świetna forma Junaka, który na pewno kalkulował zdobycie tutaj kolejnych trzech oczek. Sprawa wydawała się o tyle łatwiejsza, że Zakapiory miały problemy kadrowe i tylko dzięki uprzejmości przeciwnika, nie musiały grać o jednego mniej. Junak zgodził się bowiem zdjąć zawodnika i do 17 minuty drużyny rywalizowały w formacie 5 na 5. Dopiero wtedy na Grenady dojechał Robert Lach. I chociaż wszyscy myśleliśmy, że to wszystko tylko odwlecze porażkę Zakapiorów w czasie, to ten zespół ani myślał godzić się z rolą dostarczyciela punktów. To zaowocował prowadzeniem 2:0, w czym duża „zasługa” obrony faworytów, która tego dnia było wyjątkowo niemrawa. Ale ponieważ jeszcze przed przerwą udało się zaliczyć trafienie kontaktowe, myśleliśmy że zespół Krzyśka Krzewińskiego wróci w drugiej połowie na właściwe tory. Nic takiego jednak nie następowało, w dodatku dwa szybkie gole dla rywali zainkasował Daniel Lasota i wydawało się, że jest po meczu. Dopiero wtedy Junak zaczął przypominać siebie z poprzednich kolejek. Udało mu się zmniejszyć straty do jednego trafienia i ruszył w poszukiwaniu remisu. Jego nadzieję storpedowała akcja duet Kamil Lepianka – Daniel Lasota. Pierwszy dośrodkował, drugi dołożył głowę i mecz zakończył się sensacyjnym zwycięstwem ostatniej ekipy 5.ligi. Dla Junaka to pewnie spory cios, natomiast tej drużynie daleko było do swojej optymalnej dyspozycji. Być może chłopaki po prostu zlekceważyli oponenta, aczkolwiek nie wolno zapominać, że gdyby ten mecz do 17 minuty toczył się w systemie 6 na 5, to Junak prawdopodobnie wygrałby to spotkanie z nawiązką. Sportowe Zakapiory pewnie również miały tego świadomość, natomiast to nie umniejsza ich sukcesu. Bo oni naprawdę zagrali dobre zawody, każdy dał z siebie absolutnego maxa i mimo, że ten sezon jest dla nich nieudany, to takie mecze pokazują, że ten zespół przy lepszej organizacji, mógłby grać o wyższe cele. I mamy nadzieję, iż tak właśnie będzie w kolejnej edycji.
Sante tydzień wcześniej przeciwko Munji zagrało bardzo słabo i przyjeżdżając w niedzielę na Estadio Grenady, na pewno chciało zmazać plamę z tamtego pojedynku. Rywalem ekipy Piotrka Kowalskiego był Bulbez, który w tej rundzie bywa nieobliczalny i sami nie wiedzieliśmy, którą z jego wersji zobaczymy tym razem. Szkoda jednak, że brakowało Rafała Szewczyka, aczkolwiek po drugiej stronie boiska lista nieobecnych też była długa. No i przede wszystkim nie było bramkarza, co spowodowało, że między słupki poszedł Adam Lewandowski i jak się później okazało – była to bardzo dobra decyzja. Zacznijmy jednak od początku. Mecz zaczął się od pięknego gola Łukasza Gawrońskiego, który przeprowadził fantastyczny rajd i spuentował go celnym trafieniem. Bulbez dość szybko odpowiedział, ale potem przewaga była po stronie Sante, gdzie wyróżniał się przede wszystkim Łukasz Wysocki. Dzięki jego dobrej grze, dziewiąty zespół w tabeli zbudował sobie dwubramkowe prowadzenie, które dowiózł do ostatniego gwizdka w pierwszej połowie. Jedną z kluczowych sytuacji była z kolei ta na początku drugiej odsłony. Najpierw sędzia nie uznał gola Bartka Łachowskiego, uznając że ten pomagał sobie przy przyjęciu piłki ręką. I zamiast 3:2 lada moment zrobiło się 4:1, gdy Adam Lewandowski wpierw złapał łatwy strzał przeciwnika, a potem dalekim wykopem przelobował wszystkich (na czele z golkiperem Bulbezu), dając trzy bramki różnicy swojej drużynie. Od tego momentu Sante grało już na dużym luzie, a w sukurs tej ekipie przyszła też decyzja o zmianie Kamila Bieńkowskiego na Marcina Osowskiego, który został lotnym bramkarzem ekipy z Bemowa. Ten manewr początkowo przynosił więcej szkód niż pożytku, w pewnym momencie zrobiło się już 7:1 i było jasne, że tutaj nie ma miejsca na żadną remontadę. W końcówce doświadczyliśmy jeszcze obopólnej wymiany ciosów i mecz skończył się wynikiem 9:4. Brawa dla Sante, bo chociaż wspominaliśmy tutaj o Adamie Lewandowskim i Łukaszu Wysockim, to cały zespół zagrał na bardzo dobrym, równym poziomie i naprawdę dobrze się to oglądało. Z kolei Bulbez od samego początku nie potrafił złapać swojego rytmu i musiał pogodzić się z dość bolesną porażką. Na szczęście w ich wypadku nie ma to większego znaczenia, bo oni swoje przeznaczenie i tak znają już od kilku kolejek.
Laga Warszawa wiedziała już, że Mikstura zgubiła punkty w starciu z Bartolini i w przypadku wygranej z obecnym mistrzem mogła zagwarantować sobie drugie miejsce. BJM stawił się na spotkanie jedynie w sześciu, ale z biegiem minut na obiekcie pojawili się spóźnieni zawodnicy. Choć dobrze znamy ofensywne atuty obu zespołów, to początkowo królowały stałe fragmenty gry. Najpierw na prowadzenie wyszła Laga Warszawa, po tym jak Szymon Dudzik wykorzystał wrzutkę z autu i strzałem głową skierował piłkę do siatki. Parę minut później BJM odpowiedział golem zdobytym po rzucie rożnym. Goście nie cieszyli się z remisu zbyt długo, bo chwilę po rozpoczęciu Laga znów wyszła na prowadzenie. Zespół Jędrzeja Święcickiego cierpliwie budował swoje akcje, zawodnicy wymieniali między sobą sporą liczbę podań, szukając odpowiedniego momentu do finalizacji akcji. Z kolei BJM nie przypominał zespołu, który mogliśmy oglądać w poprzednich kolejkach. Oddali inicjatywę rywalowi, czekając na kontry, ale przez dłuższy czas nie było z tego zbyt dużego zagrożenia pod bramką Antoniego Dudy i dopiero w końcówce pierwszej części BJM miał dogodne sytuację do wyrównania. Jak to bywa w takich momentach, niewykorzystane okazje się zemściły i to Laga przed przerwą jeszcze dwukrotnie skierowała piłkę do siatki. Najpierw Szymon Dudzik trafił bezpośrednio (!) z rzutu rożnego, a minutę później ustalił wynik po 25 minutach na 4:1. Mistrzowie 5 ligi musieli sobie powiedzieć parę słów w przerwie, bo na drugą część wyszli z zupełnie innym nastawieniem. Od razu zabrali się za odrabianie strat i ponownie zdobyli gola po dobrze rozegranym rzucie rożnym. W 35 minucie został podyktowany rzut karny dla BJM. Do piłki podszedł Adam Rękawek i goście złapali kontakt dochodząc rywala na 4:3. Wtedy jednak do akcji wkroczył Szymon Dudzik i po indywidualnej akcji ponownie dał swojemu zespołowi dwubramkowe prowadzenie. Sporo emocji mieliśmy w samej końcówce spotkania. Na 4 minuty przed końcem żółtą kartkę zobaczył zawodnik Lagi, a BJM szybko wykorzystał przewagę trafiając na 5:4, ale zaprzepaścili ogromną szansę na choćby remis, bo chwilę po wznowieniu przez Lagę stracili gola na 6:4 i to grając o jednego zawodnika więcej! Gdy obie ekipy grały już w pełnych składach, Laga wyprowadziła jeszcze jedną kontrę po której Wojtek Buraś ustalił wynik na 7:4, a arbiter chwilę później zakończył to spotkanie.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)