reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
DECATHLON CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga
ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
09:00

Awantura Warszawa mimo że ostatnio nie jest w najwyższej formie nadal liczy się w walce o medale. Rywalem w tej kolejce był zespół Wilków, który zdecydowanie dominuje w lidze i pewnie kroczy po mistrzostwo. Już przed pierwszym gwizdkiem w obozie gości widać było, że skład jest daleki od optymalnego. Kilku zawodników niestety z powodu kontuzji nie mogło zagrać co dodatkowo stawiało zespół Awantury w trudnym położeniu. Od początku gospodarze grali swoją grę, często wymieniając podania i na efekty nie trzeba było długo czekać. Znakomicie współpracowała para Sergei Pankiv i Borys Ostapenko. Szybkie prowadzenie dało spokój Wilkom, którzy z minuty na minutę powiększali swoją przewagę. Kontuzja Grzegorza Himkowskiego w pierwszej połowie dodatkowo całkowicie podcięła skrzydła gościom, którzy bez zmian musieli sobie radzić już do końca meczu. Do przerwy było 7:0 i było jasne, że na emocje w drugiej połowie nie mamy co liczyć. Wilki konsekwentnie podwyższały wynik i trener dał grać więcej zawodnikom drugiego planu. Dodatkowo bramkarz Awantury po jednej z akcji nie wytrzymał i w niecenzuralnych słowach zwrócił się do przeciwnika, za co został czerwoną kartkę. To już totalnie pogrążyło gości. Na placu zameldował się Patryk Królak, który tak naprawdę z powodu kontuzji nie był do gry. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 16:1, a honorowe trafienie dla Awantury zdobył Artur Dębski. Wilki po raz kolejny pokazały jak mocną są drużyną. Awantura ma dwa tygodnie przerwy na to by się zmobilizować i wrócić do gry o najwyższe cele.

2
11:00

Spotkanie pomiędzy Old Eagles Koło a drużyną Wierny Służewiec zapowiadało się bardzo ciekawie i mogło być kluczowe w walce o utrzymanie w lidze. Oba zespoły stawiły się w dość ubogich składach i w szeregach zarówno jednych jak i drugich brakowało kilku kluczowych zawodników. Mecz od początku zaczął się pod dyktando graczy ze Służewca. Ich ataki były prowadzone szybko i często kończyły się groźnymi strzałami. Pierwsi na prowadzenie wyszli zawodnicy Wiernego, akcje dwóch weteranów warszawskich boisk wykończył Adam Biegaj. W kolejnej akcji panowie zamienili się rolami i tym razem z bramki mógł cieszyć się Marcin Kowalski. W pierwszej połowie gra gospodarzy zupełnie się nie kleiła, widać było sporo problemów w akcjach ofensywnych i brak zrozumienia w grze obronnej. Gdy już jednak Orzełki wyprowadziły jakąś groźną akcje, świetnie na bramce spisywał się Michał Kowalski. Kilka minut później było już 0:3, a po chwili 0:4. Obrona gospodarzy była dziurawa jak szwajcarski ser, a swojego dnia nie miał też bramkarz Eagles. Jeszcze przed upływem pierwszych 25 min, po jednej z akcji i faulu w polu karnym Wiernego sędzia dyktuje „jedenastkę”. Niestety dla gości i w tym pojedynku górą był bramkarz rywali. Na przerwę schodziliśmy przy wyniku 0:5. Po zmianie stron Wierny Służewiec kontynuował swoją dobrą grę, gospodarze podbijali sobie statystyki strzeleckie a goście bezradnie patrzyli na zegarki, odliczając już tylko minuty do końca meczu. W samej końcówce spotkania, kiedy wynik był już ustalony goście nieco spuścili z tonu a Old Eagles Koło zdobywa dwie honorowe bramki. Niestety było to zdecydowanie za mało na dobrze dysponowany zespół braci Kowalskich. Mecz ostatecznie kończy się wysoką wygraną gości 9:2, dzięki czemu Wierny oddala się od strefy spadkowej zrównując się punktami ze swoim niedzielnym przeciwnikiem.

3
11:00
( 0 : 2 )
4 : 7
Raport

Starcie East Team z AFC Goodfellas zapowiadało się bardzo intensywnie. Oba zespoły słyną z nieustępliwej gry oraz fizyczności na murawie. Faworytem tego spotkania byli goście, którzy nadal liczą się w walce o mistrzostwo, jednakże gospodarze nie raz pokazali, że potyczki z wyżej notowanymi przeciwnikami nie są dla nich wyzwaniem. Niemniej, dużo lepiej w mecz weszli gracze w żółtych strojach, którzy rozpoczęli strzelani od akcji Yaraslaua Sycheuskiego, który w dwójkowej akcji nie zmarnował sytuacji wykreowanej przez Maksyma Hlushchenko. Bramka ustalająca wynik pierwszej odsłony dzieło Yana Galeckiego, który wykazał się świetnym wyczuciem w destrukcji i po przeczytaniu zagrania rywali przejął piłkę, a następnie popędził na bramkę rywali, gdzie jeszcze złapał na wykroku golkipera, podwyższając na 0:2. O niemałym pechu mogą mówić gracze East Teamu, gdyż mogli zredukować deficyty do przerwy, jednak w 100% sytuacji, na pustą bramkę z kilku metrów, jeden z ich graczy strzelił...obok długiego słupka. Po zmianie stron inicjatywa była nadal po stronie AFC Goodfellas, którzy swoją doskonała dyspozycję udokumentowali trzema trafieniami z rzędu, a ich autorami byli: Pawel Michaliuk, Yaraslau Sycheuski oraz Yan Galecki. Było 0:5 i w wielu przypadkach w tym miejscu losy meczu bywały przesądzone. Gracze East Team jednak przypomnieli sobie, że nie są chłopcami do bicia i wzięli się za odrabianie strat. Strzelanie zaczął Daulet Niyazov, a jak się później okazało, rozwiązanie worka z bramkami napędziło szczególnie jednego z jego kolegów - Zhasulana Kamantaya. Fantastyczny fragment gry szybkiego napastnika East Teamu, w trakcie którego zapisał na swoim koncie klasycznego hat-tricka sprawił, że wynik meczu brzmiał już tylko 4:6 ! Końcówka meczu była niesamowicie intensywna i emocjonująca. Gospodarze, aby móc myśleć o choćby punkcie, postanowili się nieco odkryć i niestety dla nich, nadziali się na kontrę, w której Yan Galecki dograł do Maksyma Hlushchenko, a ten pewnym strzałem ustalił wynik spotkania na 4:7. Zasłużone, aczkolwiek dowiezione z lekką dawką stresu zwyciuęstwo AFC Goodfellas pozwoliło im się umocnić na trzecim miejscu. 

4
11:00
( 1 : 2 )
3 : 6
Raport

Chociaż FC Freedom zajmuje niską pozycję w tabeli 3.ligi, to podoba nam się podejście tej drużyny do rywalizacji. Nikomu nie odpuszczają, zawsze mają szeroki skład, no i bardzo przeżywają swoje występy. Nie inaczej było w niedzielę, gdy podejmowali faworyzowany FC Ballers. Bo chociaż w tabeli dzieli te zespoły sporo miejsc, to długo tej różnicy nie było widać na boisku. Co więcej - to FC Freedom w naszej ocenie prezentowali się trochę lepiej. Ich problem polegał jednak na niewykorzystywaniu swoich okazji strzeleckich, co spowodowało, że zamiast prowadzić po premierowych 25 minutach, to przegrywali 1:2. A gdy na początku drugiej odsłony stracili kolejnego gola, wydawało się, że to jest ten moment, w którym faworyci odjadą z wynikiem. Ale nic takiego nie nastąpiło. To gracze Freedom wzięli się do roboty i po naprawdę dobrym okresie zanotowali dwa trafienia z rzędu, doprowadzając do wyrównania. Ich przeciwnicy chyba poczuli, że jeśli za chwilę nie wezmą się w garść, to mogą tutaj zaliczyć zawstydzającą wpadkę. Sygnał do ataku dał Artiom Pastushyk, który zdobył pięknego gola w samo okienko i o ile takie trafienie gracze Freedom musieli zaakceptować, to w wielu innych sytuacjach niestety pomagali swoim przeciwnikom bardzo prostymi błędami w defensywie. No i niestety - z meczu, w którym wydawało się że powalczą o coś więcej, skończyło się na porażce 3:6. Szkoda takiego spotkania, szkoda wielu niewymuszonych strat, natomiast ta ekipa wciąż się uczy, wciąż zbiera doświadczenie i jesteśmy przekonani, że niedługo takie potyczki będzie zapisywała na swoje konto. Co do FC Ballers, to chociaż wygrali mecz, to nie zachwycili. I chociaż najważniejsze są oczywiście punkty, to jakość ich gry musi iść w górę. Bo to co ledwo wystarczyło na FC Freedom będzie zdecydowanie za mało w spotkaniach, które zdecydują o medalowych aspiracjach ekipy Artioma Pastushyka.

5
16:00
( 1 : 1 )
1 : 3
Raport

Konfrontacja Smoczej Furiozy z Kanonierami była dla jednych i drugich niezwykle ważna w kontekście utrzymania trzecioligowego bytu. Obydwie ekipy terminują bowiem w strefie zaznaczonej w tabeli na czerwono, więc bezpośredni mecz należało traktować w kategorii za sześć punktów. Ciężko było też wskazać faworyta, bo po obydwu stronach barykady była zarówno niezła jakość drużynowa, jak i indywidualna. Tę drugą pokazał w pierwszej połowie zwłaszcza Adam Domidowicz, którego piękny gol z rzutu wolnego okazał się jedynym w tej części gry. W drugiej odsłonie częściej przy piłce byli gracze Smoczej Furiozy, tyle że długo nie przekładało się to na jakiekolwiek konkrety. Ekipie Aleksandra Janiszewskiego udało się jednak wreszcie przełamać strzelecką niemoc i po bramce Daniela Grzegorego mieliśmy remis. I było jasne, że w tej sytuacji bliżej zwycięstwa będzie ekipa, która zanotuje bramkę na 2:1. Okazji nie brakowało, natomiast to trafienie padło w kuriozalnych okolicznościach, bo źle zachował się bramkarz Furiozy i z jego błędu rozpoczęło się całe nieszczęście, zakończone golem dla ferajny Artura Baradzieja-Szczęśniaka. Smoki próbowały po raz kolejny doprowadzić do remisu, lecz pod presją czasu ciężko im było zbudować coś konkretnego. Widać, że na nowym dla siebie obiekcie nie czuli się tak dobrze jak na Arenie AWF. I gdy tak bili głową w mur, oponenci poczęstowali ich kontrą na 3:1 i takim wynikiem zakończyło się to spotkanie. Ogólnie był to równy mecz i wygrał zespół, który popełnił mniej błędów. Kanonierzy zagrali solidne zawody i dzięki trzem punktom mają w tej chwili cztery oczka straty do bezpiecznej strefy. Furioza ma ich aż sześć i jeśli szybko nie włączy punktowego przyspieszenia, to do ostatnich kilku kolejek będzie już przystępowała jako przyszły czwartoligowiec…

Reklama