Sezon Lato 2020
Relacje meczowe: 5 Liga
W starciu Lagi Warszawa z Bartolini Pasta, faworytem wydawali się walczący o awans zawodnicy gospodarzy. Niejako chcąc potwierdzić swoją wyższość w tabeli, ochoczo wzięli się do atakowania bramki rywala, z tym że początkowo ich próby nie przynosiły efektów, za to wynik spotkania po jednej z kontr otworzyli goście. Na odpowiedź Lagi nie trzeba było długo czekać, bo nie minęła minuta, a znów mieliśmy remis, a chwilę później gospodarze wyszli na prowadzenie. Dalsza część meczu była dość wyrównana, nie sposób było stwierdzić, która ekipa walczy o awans, a która o utrzymanie. W pierwszej połowie zobaczyliśmy już tylko jedną bramkę, która padła dla Lagi po rzucie rożnym. Co ciekawe przy wszystkich golach gospodarzy w pierwszych 25 minutach asystował Aleksander Muszyński, co stawiało go w roli lidera swojej drużyny w tym meczu. Do przerwy 3:1 dla Lagi Warszawa. Druga część zaczęła się obiecująco dla widowiska. Już na samym jej początku Bartolini zdobyło bramkę kontaktową i wydawało się, że dzięki temu nabierze wiatru w żagle. Tymczasem, to podziałało mobilizująco na przeciwników, którzy w parę minut później znów odskoczyli z wynikiem i to jeszcze bardziej niż wcześniej. Najpierw do odbitej przez bramkarza piłki dopadł Jędrzej Święcicki trafiając na 4:2, a dosłownie sekundy później mieliśmy już 5:2. Zawodnicy Bartolini ledwie zaczęli ze środka boiska, a już chwilę później stracili piłkę na własnej połowie i szybką akcję Lagi wykończył Daniel Kielak. Gdy gospodarze wyszli na prowadzenie 6:2 wydawało się, że jest po meczu. Jednak goście zdobyli się na jeszcze jeden zryw i w przeciągu paru minut zdobyli aż 3 gole doprowadzając do stanu 6:5! Remis był już na wyciągnięcie ręki, ale niestety, dwie żółte kartki dla jednego zawodników w krótkim odstępie czasu sprawiły, że nadzieje o minimum punkcie legły w gruzach. Chociaż udało się przetrwać bez straty gola grając w osłabieniu, to jednak w dużym stopniu te kary uniemożliwiły skuteczną pogoń. Obie drużyny trafiły jeszcze po razie, w tym w samej końcówce Bartolini, ustalając wynik na 7:6. Gościom na pewno szkoda końcowych minut, bo była spora szansa na korzystny rezultat, nie mniej jednak należą im się brawa za podjęcie walki w trudnym momencie. Z taką grą i ambicją powinni spokojnie utrzymać się w lidze. Laga może się cieszyć z kolejnych punktów, choć wygrana przyszła trudniej niż można się było spodziewać.
Mecz we wczesny, niedzielny poranek to dla Junaka praktycznie norma. Zawodnicy tej ekipy przyzwyczajeni są do rannego wstawania, a piszemy o tym nieprzypadkowo, bo podobnej pewności nie mamy w kontekście Munji. Nie dość, że część zawodników tej ekipy przyjechała na to spotkanie spóźniona, to również sama gra drużyny Michała Konopki była bardzo ospała. A Junak czuje się akurat bardzo dobrze w sytuacji, w której nie musi za wszelką cenę grać do przodu. Dzięki temu chłopaki mogą spokojnie ustawić się na swojej połowie i czekać na rozwój wypadków. To wszystko powodowało, że mecz nie miał wielkiego tempa i w tym wszystkim zdecydowanie lepiej odnaleźli się podopieczni Krzyśka Krzewińskiego. Do przerwy po bramce Saula Greena prowadzili 1:0, a mogli wyżej bo strzał w poprzeczkę zaliczył choćby bardzo aktywny Paweł Groszkowski. Munji ciężko było wykreować podobne okazje. Brakowało energii, siły przebicia czy zdecydowania. Junak był z kolei bardzo konsekwentny i po golu Krzyśka Krzewińskego miał już dwubramkowy bufor. Rywale zdołali jednak zmniejszyć straty, po tym jak Eryk Białecki skutecznie wyegzekwował rzut karny, ale mimo próby postawienia wszystkiego na jedną kartę w końcówce, wynik pozostał bez zmian. Nie bez znaczenia była tutaj czerwona kartka dla bramkarza Munji Jakuba Ciuły, co spowodowało, że goniący musieli sobie radzić o jednego zawodnik mniej, co dodatkowo utrudniło im zadanie. No i niestety - strat nie udało się odrobić. Była to zasłużona porażka, bo to nie była ta Munja, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Junak zagrał z kolei bardzo solidnie, wykorzystał swoje największe atuty i po serii trzech remisów z rzędu, mógł się wreszcie nacieszyć premierowym w tej rundzie zwycięstwem. I na pewno nie ostatnim, bo widać że ten zespół wszedł na dobre tory i zrobi wszystko, by szybko ich nie opuścić.
Spotkanie w ramach trzynastej kolejki pomiędzy BJM Development, a Sante należało do niezwykle zaciętych. Mimo pozornej różnicy klas i diametralnej różnicy w zajmowanych miejscach w tabeli, mieliśmy przyjemność obejrzeć nieprawdopodobny scenariusz. Czerwona latarnia ligi zdołała zdobyć swoje jakże cenne trzy punkty, a lider musiał obyć się smakiem, minimalnie uszczuplając swoją przewagę, nad drugą Miksturą. Goście przyjechali na poranne spotkanie niezwykle zmobilizowani i zmotywowani do walki. Świadczy o tym chociażby pokaźna ławka rezerwowych, na której znajdowało się aż czterech zawodników. Gospodarze natomiast sporą część spotkania grali bez zmian, co w zestawieniu z potencjałem kadrowym rywala, okazało się bardzo bolesne w skutkach. Po pierwszej połowie i golach Andrzejszczyka i Kowalskiego było już 0:2. Mimo „posiłków” w drugiej odsłonie tego widowiska, przebieg spotkania nie uległ zmianie. Kolejne dwie bramki, tym razem nie z gry, a z rzutów wolnych, ustaliły wynik meczu na 0:4. Dla BJM’u jest to zaledwie druga porażka na trzynaście rozegranych spotkań. Mimo tak pozornie dobrej sytuacji na zwycięstwo, spotkanie z ostatnią drużyną tabeli powinno zakończyć się innym rezultatem dla drużyny, której celem jest awans do piątej ligi. Jednakże nic straconego, ponieważ przed nami jeszcze pięć kolejek. Sante natomiast zmniejszyło stratę do bezpiecznej siódmej lokaty, zajmowanej przez Bartolini Pastę. Reprezentanci polskiej firmy oferującej zdrową żywność, będą jednak musieli wspiąć się na swoje piłkarskie wyżyny aby nadrobić bardzo przeciętną pierwszą rundę. Wszystko jednak zależy wyłącznie od ich dyspozycji.
Dla Mikstury mecze na odnowionej Arenie Grenady nie były jak dotąd najszczęśliwszym przeżyciem. W dwóch rozegranych tutaj spotkaniach zdołali przegrać z Bulbezem i zremisować z Junakiem, co znacznie ograniczyło możliwości tej ekipy na zdobycie złota. Przeciwko Sportowym Zakapiorom drużyna Mateusza Jochemskiego też była faworytem, natomiast musiała zdawać sobie sprawę, że rywal niczego nie odda jej za darmo. Przeciwnicy mimo że nie są w gronie ekip rywalizujących o najwyższe cele, to potrafią każdemu oponentowi uprzykrzyć życie. I tak było też w ostatnią niedzielę. Tutaj bardzo długo nie było jasne, do kogo trafi komplet punktów, a sprawę dodatkowa skomplikowała sytuacja z pierwszej połowy, w której po czerwonej kartce zobaczyli Patryk Zych i Piotr Maciuk. Ostatecznie po 25 minutach mieliśmy remis 2:2, a potem było też 3:3 i co warte odnotowania, to Zakapiory za każdym razem wychodziły na prowadzenie a Mikstura musiała ich gonić. Ten schemat został złamany dopiero w samej końcówce. Faworyci wykorzystali bowiem fatalny błąd obrony Zakapiorów i Rafał Jochemski po raz pierwszy dał swojej drużynie prowadzenie. Lada moment na przegrywających spadł kolejny cios, bo praktycznie w kolejnej akcji niefortunna interwencja Mateusza Klocha spowodowała, że Daniel Lasota został pokonany przez kolegę z drużyny. Wynikiem 5:3 ten mecz się zakończył, dzięki czemu Mikstura o demonach na Grenady może mówić w czasie przeszłym. To był jednak bardzo trudny mecz dla tego zespołu, styl nadal pozostawia sporo do życzenia, natomiast tutaj najważniejsze były punkty, które pozwolą na złapanie większej pewności siebie. Co do Sportowych Zakapiorów, to oni po ostatnim gwizdku byli wściekli. I wcale im się nie dziwimy, bo byli równorzędnym rywalem dla faworytów, grali naprawdę nieźle, a jeden z niewielu błędów w defensywie popełnili w kulminacyjnym momencie meczu. Gdyby nie on, dziś ten wynik mógłby być inny. I chociaż to tylko gdybanie, to faktem jest, że ta drużyna zasłużyła tutaj na coś więcej niż honorowa porażka.
Pojedynek FC Melange z Bulbez Team Bemowo był dla obu ekip szansą na odbudowanie po porażkach w poprzedniej kolejce. Początek meczu to imponująca gra gości, którzy ze spokojem przejmowali kontrolę nad spotkaniem. Już od pierwszych minut bramkarz FC Melange musiał się solidnie napracować, bo zawodnicy Bulbezu raz po raz ostrzeliwali jego świątynię. Wynik otworzył Rafał Szewczyk, który wykorzystał podanie Michała Rychlika. Z minuty na minuty przewaga gości rosła, a w grze gospodarzy wdarły się demony z poprzedniego spotkania. Melange nie potrafił wyjść z własnej połowy, brakowało dokładności i zrozumienia co często skutkowało utratą kolejnych bramek. Po kilku minutach na tablicy wyników mieliśmy już 0:4 i nic nie wskazywało na to, że zawodnicy gospodarzy nawiążą wyrównaną rywalizację z ekipą Bulbezu. W końcowej fazie pierwszej połowy w grze gości pojawiło się trochę rozprężenia, Melange strzelił 3 bramki i na przerwę schodziliśmy przy wyniku 3:5. W drugiej połowie Bulbez kompletnie zdominował grę i nie dał gospodarzom żadnych szans. Błyskawiczne gole Rafała Szewczyka podcięły skrzydła ekipie Kamila Marciniaka. W tej części meczu widzieliśmy prawdziwą deklasacje, zawodnicy z Bemowa dokładają kolejnych dziewięć bramek i deklasują swojego rywala aż 3:14. Jak wiele dla zespołu z Bemowa znaczy Rafał Szewczyk, tego nie trzeba nikomu przypominać i należy przyznać, że powrót po krótkiej nieobecności wyszedł snajperowi zielonych imponująco. Rafał zdobył osiem bramek i dołożył do tego jedno ostatnie podanie. FC Melange przegrywa drugie spotkanie z rzędu, a oprócz samych porażek martwi też ich rozmiar i styl jaki zaprezentowała ekipa gospodarzy. Do końca rywalizacji w 5 lidze jest jeszcze trochę spotkań i szansa na rehabilitację pojawi się już niebawem po majowym weekendzie.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)