Sezon 2017/2018
Relacje meczowe: 4 Liga
Ciężka przeprawa czekała Virtualne Ń, które stanęło naprzeciwko rozpędzonej ekipy Awantury Warszawa. Jak wiemy kontuzja wyeliminowała Szymona Kolasę do końca tej rundy i team Marka Giełczewskiego stracił swój główny atut ofensywny. Awantura za to utrzymuje świetną formę we wszystkich formacjach, wygrywa mecz za meczem i jest o krok od zdobycia tytułu mistrza 4 poziomu naszych rozgrywek. Goście typowani w roli faworyta bardzo szybko potwierdzili wszelkie przewidywania, bo „usiedli” na przeciwniku już po pierwszym gwizdku i nie minęły dwie minuty, kiedy Damian Sawicki podał do Sebastiana Dominiaka, a ten huknął nie do obrony. W 7 minucie oglądaliśmy niemalże kalkę poprzedniego gola – rozciągnięcie gry na lewe skrzydło i strzał z dystansu – tym razem w wykonaniu Damiana Sawickiego. Po dziesięciu minutach gry było już 0:4 i kompletna dominacja w wykonaniu Awantury powoli stawała się faktem. Virtualne Ń zostało zepchnięte do głębokiej obrony i miało problemy z opuszczeniem własnej połowy boiska. Przez pierwszy kwadrans gry gospodarze oddali raptem jeden celny strzał na bramkę przeciwnika. Dopiero w drugiej części pierwszej połowy Virtualnym udało się wyprowadzić kilka groźniejszych akcji, ale Piotr Białczak wciąż zachowywał czyste konto, za to goście dołożyli piątego gola autorstwa Patryka Królaka. Po zmianie stron Awantura szybko przypomniała kto wykładał karty tego dnia. Zespołowa akcja na jeden kontakt zakończyła się golem Sebastiana Dominiaka, a po chwili mogło być wyżej – Patryk Królak urwał się obrońcom, ale w sytuacji sam na sam górą był bramkarz gospodarzy Jerzy Modzelewski…który po chwili i tak musiał wyciągać piłkę z siatki po trzecim golu Sebastiana Dominiaka. Po tej bramce Awantura nieco uspokoiła grę i kontrolowała przebieg spotkania do samego końca. Ofensywa gości nieco się rozleniwiła, bo żółtym kartonikiem został ukarany golkiper Virtualnego, ale goście nie przekuli przewagi liczebnej na bramkę. Duża w tym zasługa Tomasza Gawraczyńskiego, który wcielił się w rolę bramkarza i popisał kilkoma dobrymi interwencjami. W 41 minucie Patryk Dominiak zdobył ostatniego gola w tym meczu i Virtualne Ń wyraźnie uległo Awanturze 0:8.
LTM Warsaw aby jeszcze myśleć o medalach musiał wygrać z ostatnią drużyną w tabeli Radlerem Świętokrzyskim. Od początku spotkania oglądaliśmy wyrównany mecz i goście wcale nie zamierzali ustępować wyżej notowanemu rywalowi. Gospodarze jednak mozolnie budowali swoją przewagę i w końcu osiągnęli cel. Najpierw Kamil Smoczyński, a później Grzegorz Bogdański i szybko zrobiło się 2:0. To nie zniechęciło gości i mimo, że musieli odrabiać straty już po niespełna dziesięciu minutach. Długo nie dało się pokonać Artura Jedrycha, aż do piętnastej minuty, kiedy to Krzysztof Swieć znakomicie znalazł się w polu karnym i zdobył bramkę kontaktową. Wynikiem 2:1 zakończyła się pierwsza połowa i drugie 25 minut zapowiadało się niezwykle ciekawie. Po zmianie stron ponownie lepiej zaczęli grać gospodarze, co przełożyło się na dwie bramki. Swój kunszt pokazał Krzysiek Kulibski, który najpierw z dystansu, a chwilę później po podaniu Grzegorza Bogdańskiego podwyższył wynik na 4:1. Wydawało się, że nic w tym spotkaniu się już nie może wydarzyć i Radler po dwóch ciosach się nie podniesie. Goście nie poddawali się i bramka na 4:2 Macieja Lisa dała nadzieje na odwrócenie wyniku. W końcówce Wiktor Budzyński strzelił gola na 4:3 i mieliśmy dramatyczną końcówkę. LTM nagle musiał nerwowo się bronić i w ostatnich sekundach meczu mógł stracić zwycięstwo. Jednak napastnik gości pomylił się w dogodnej sytuacji i mecz zakończył się jednobramkową przewagą ekipy Krzyśka Kulibskiego. Radler zasłużył na uznanie za walkę i determinację. LTM przedłuża swoje nadzieje na podium ale nie wszystko od nich zależy i muszą liczyć na korzystne wyniki w meczach rywali.
Margerita Team w niedzielne popołudnie podejmowała walczącą o utrzymanie Iglicę Warszawa. Goście jednak ponownie mieli problem z frekwencją, bo pamiętamy już mecze w tym sezonie gdzie mieli szeroki skład i wówczas potrafili grać znakomicie. Jedyne pocieszenie, że na boisku pojawił się Krystian Zbrzeski, który zawsze prezentuje wysoką formę. Gospodarze jednak tego dnia byli znakomicie dysponowani. Potrafili od pierwszych sekund meczu narzucić swój styl gry i z każdą minutą grali coraz lepiej. Ciekawostką był fakt, że na tym spotkaniu było aż trzech bramkarzy tyle, że między słupkami stanął Bartosz Drzewucki, a pozostali grali w polu. Jeden z nich radził sobie na tyle dobrze że strzelił cztery bramki i zaliczył asystę. Pierwsza połowa wyglądała jeszcze nieźle w wykonaniu gości. Starali się konstruować akcje i widać było jeszcze chęci walki. Wspomniany Krystian Brzeski strzelił dwie bramki, ale gospodarze mieli więcej argumentów i znaleźli sześć razy drogę do siatki rywali. Wynikiem 6:2 zakończyła się pierwsza połowa i z nadziejami na emocje w drugiej połowie czekaliśmy na drugą odsłonę. Niestety dla widowiska Margerita była jeszcze lepsza i skuteczniejsza. Nie ustawała w atakach i Iglica miała problemy by odeprzeć napór przeciwników. Skończyło się 17:2 i ten wynik pokazuje jak gospodarze dominowali na boisku. Iglica niestety straciła szanse na utrzymanie i ponownie jak to ma w zwyczaju lepsze sezony przeplata z gorszymi. Margerita pokazała że jest mocna i mimo że nie ma szans na walkę o czołowe miejsca to może zadecydować o tym kto zdobędzie mistrzostwo. Ma ostatni mecz z Awanturą która gra rewelacyjnie i jeżeli urwie punkty liderowi to Byczki będą się cieszyć z mistrzostwa.
Oldboys Derby chcąc do końca myśleć o zajęciu miejsca premiującego awansem do 3 ligi musiał bezwzględnie wygrać spotkanie z Fc Popalone Styki, którzy mimo trochę słabszej wiosny mają spokojne miejsce w środku ligowej tabeli. Ten mecz wyglądał niemal tak, jakby obie drużyny zagrały ze sobą na dużym, 11 osobowym boisku. Dużo gry w środku pola, nieliczne ataki i skuteczne interwencje bramkarzy. W ataku zawodników gości dużo zamieszania robił jak zawsze Jacek Pryjomski, ale jakby brakowało mu wsparcia. Popalone Styki grały bardziej zespołowo, więcej było akcji całej drużyny niż indywidualnych popisów. Mecz był na tyle zamknięty, że w pierwszej połowie ujrzeliśmy tylko jedną bramkę, którą zdobył Paweł Malec wykorzystując dokładne podanie Filipa Targowskiego. Druga połowa przyniosła nam bramkę znacznie szybciej, po kilku minutach do siatki trafił Łukasz Łukasiewicz doprowadzając do wyrównania. Na kolejne bramki musieliśmy czekać do ostatnich 10 minut spotkania, a dokładnie mówiąc, to do 41 i 42 minuty meczu. Najpierw po raz kolejny na prowadzenie wyszli gospodarze, żeby już w następnej akcji stracić prowadzenie, bo niezawodny Jacek Pryjomski zdobył swoją upragnioną bramkę. Mecz zakończył się wynikiem 2:2 i Oldboys Derby dalej ma szanse na awans, ale nie wszystko jest już w nogach ich samych, muszą uważnie śledzić wyniki innych spotkań.
Obie ekipy wiedziały już, że muszą to spotkanie wygrać, by wciąż liczyć się w walce o swoje cele. To sprawiało, że stawka tego meczu była wysoka i zarówno Byczki Stare Babice jak i Wierny Służewiec musiał zagrać o pełną pulę. Początek należał do gospodarzy, którzy tworzyli sobie groźniejsze sytuacje, jednak defensywa rywala całkiem nieźle sobie radziła. Goście nie pozostawali dłużni, również mieli swoje okazje i to właśnie oni jako pierwsi wyszli na prowadzenie po golu Piotra Gratkowskiego. Po około 5 minutach znów mieliśmy remis i właściwie żadna z drużyn przez ten czas nie wypracowała sobie znaczącej przewagi. Pod koniec pierwszej części Adam Żychliński świetnie wypatrzył w polu karnym Tomasza Adamczyka i ten z bliskiej odległości pokonał bramkarza Byczków. Gospodarze nie byli dłużni, bo minutę później ponownie doprowadzili do wyrównania, dzięki bramce niezawodnego Dawida Głowackiego. Do przerwy mieliśmy wynik 2:2, który oddawał w pełni wydarzenia boiskowe. Po zmianie stron team ze Starych Babic wyprowadził dwa szybkie ciosy po których Wierny długo nie mógł się podnieść. W przeciągu dwóch minut Byczki zagrały dwie bliźniacze akcje – Dawid Głowacki zagrał na prawą stronę na skraj pola karnego do Oskara Kani, a ten w niemal identyczny sposób dwukrotnie umieścił piłkę w siatce. Ekipa ze Służewca musiała już się odkryć, a to była woda na młyn dla rywali, którzy dysponując szybkimi zawodnikami mogli groźnie kontrować. Więcej okazji do zdobycia gola miał jednak Wierny, lecz w fenomenalnej formie był Dominik Trzaskowski, który parował niezliczoną ilość strzałów oponentów. Gościom też czasami zbyt długo zajmowało podjęcie decyzji o strzale, przez co wynik się nie zmieniał. Na 9 minut przed końcem team Piotra Gratkowskiego postawił wszystko na jedną kartę i spróbował gry z lotnym bramkarzem. To okazało się strzałem w „10”. Dzięki przewadze w polu zepchnął rywala do obrony, ale wciąż szwankowała skuteczność. Dopiero w 48 minucie Maksym Wadach, wcielający się w rolę lotnego bramkarza zdobył gola na 4:3, a minutę później Adrian Krzyżański doprowadził do remisu, wywołując wielką radość wśród swoich kolegów jak i oglądających to spotkanie kilku zawodników Awantury Warszawa. Wierny miał jeszcze piłkę meczową, ale nie wykorzystał rzutu wolnego sprzed pola karnego, po którym sędzia zakończył to spotkanie. Podział punktów wydaje się tutaj sprawiedliwym wynikiem, choć ostatnie 10 minut raczej należało do Wiernego.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)