Sezon Lato 2025
Relacje meczowe: 4 Liga
Hit 4 ligi nieco zawiódł, ale głównie za sprawą dyspozycji gości. Już pierwsze minuty wskazywały na LTM, bo na samym początku powinno być 2:0 dla gospodarzy. Wierny jakby myślami został jeszcze poza boiskiem, nie był w stanie dobrze wejść w mecz i złapać odpowiedniego rytmu gry. LTM przeważał i właściwie kwestią czasu było objęcie przez nich prowadzenia. Tak też się stało za sprawą Krzysztofa Kulibskiego. Wierny próbował nawiązać walkę, ale rywal nie dał za bardzo rozwinąć się gościom w ofensywie. Do tego LTM jeszcze przed przerwą podwyższył na 2:0. Po zmianie stron Wierny próbował krycia na całym boisku, ale cały czas był gdzieś o jedno tempo za wolny. Dopiero przy stanie 3:0 ekipa Piotra Gratkowskiego zaczęła grać na swoim poziomie, stwarzała sobie sytuacje bramkowe, ale świetnie między słupkami spisywał się Mateusz Karpiński, który odbijał wszystkie strzały przeciwników. Skapitulował dopiero wtedy, gdy piłka odbiła się rykoszetem od jednego z obrońców. Bramka na 3:1 dała nadzieję gościom na odrobienie strat, ale LTM szybko te nadzieje zgasił. W krótkim odstępie czasu zdobył dwie bramki, zamykając tym samym mecz. Team ze Służewca zdawał już sobie sprawę, że tego dnia nie da się nic więcej ugrać, ale walczył jeszcze o to, by zmniejszyć rozmiary porażki. To się nie udało i LTM pewnie wygrał 5:1, będąc zespołem zdecydowanie lepszym. Tym samym zapewnił sobie pierwsze miejsce po rundzie jesiennej, Wierny natomiast musi wygrać w ostatniej kolejce, w przeciwnym razie może skończyć rundę nawet poza podium.
Relacje ze spotkań 4 ligi musimy zacząć od zaległej relacji z poprzedniej kolejki i meczu, który rozegrany został między Popalonymi Stykami, a Radlerem Świętokrzyskim. Gospodarze byli murowanym faworytem, bo tabela ligowa była nieubłagana i Radler przed tym spotkaniem nie miał na koncie żadnych punktów. Początek meczu to istna wymiana ciosów, a obie ekipy wymieniały się argumentami, które miały przesądzić o zwycięstwie w tym spotkaniu. Gospodarze trzykrotnie trafili do bramki rywali, ale Radler odpowiadał za każdym razem. Przed przerwą Adrian Romańczyk zaskoczył wszystkich i sprawił, że Radler wygrał pierwszą połowę 3:4. Nie wiemy co mamy napisać, bo szczerze mówiąc sporo dalibyśmy za możliwość wejścia za kulisy przemowy trenera Radlera, ale goście w drugiej połowie wyglądali jak armia rycerzy Jedi, którzy kasują wszystkie ataki rywali. Popalone Styki zupełnie zapomniały, że są faworytem w tym spotkaniu. Przegrywali pojedynki, brakowało im pomysłu na rozmontowanie obrony Radlera, a tymczasem goście pokazali, że potrafią grać bardzo dobrze w piłkę. Strzelenie 5 bramek, przy zachowaniu czystego konta, to prawdziwy wyczyn zespołu gości. Wygrana 3:9 stała się faktem, a gracze w żółtych strojach mogli zacząć świętować.
Będące w coraz lepszej formie Byczki Stare Babice konfrontowały się ze swoim ligowym sąsiadem z tabeli – Awanturą Warszawa, która ten sezon rozgrywa jak w ruletce - raz wygrana, raz przegrana, ale jednak częściej się przegrywa z kasynem. Boisko co prawda to nie kasyno, ale analogie widać gołym okiem. W pierwszej części mecz był niezwykle wyrównany, akcje przenosiły się z jednego pola bramkowego, pod drugie. Gospodarzom udało się wyjść na prowadzenie za sprawą swojego najlepszego zawodnika w tym meczu, strzelca łącznie czterech bramek w spotkaniu – Dawida Głowackiego. Awantura jednak ma w swoim zespole sporo indywidualności, którym udało się doprowadzić do wyrównania, a w przeciągu dwóch kolejnych minut oba zespoły zdobyły jeszcze po jednym golu i do przerwy był remis 2:2. W drugiej połowie zaczęła się zarysowywać coraz większa przewaga zawodników ze Starych Babic. Kolejne bramki zdobywał Dawid Głowacki, a skutecznie w akcjach ofensywnych wspierał go Maciej Piasecki. W ekipie gości starał się jak mógł niezwykle dynamiczny, ale wciąż próbujący odnaleźć swoją formę sprzed kontuzji Damian Sawicki, jednak nawet popularny Bąbel nie był wstanie wpłynąć na wynik meczu. Byczki spotkanie wygrały 7:4 odskakując bezpośrednim rywalom w ligowej tabeli.
Spotkanie między Virtualnym Ń, a Margeritą zapowiadało się bardzo ciekawie, bo obie ekipy mają w swoich szeregach graczy, którzy z całą pewnością wyróżniają się na swoim poziomie rozgrywkowym. Okazało się jednak, że Margerita tego dnia świetnie wiedziała jak wyłączyć Szymona Kolasę, a ich obrońca – Piotr Pielak, przebiegł chyba ze 3 maratony, goniąc napastnika Virtualnych. Od początku spotkania to goście mieli więcej z gry. Wspomniany Pielak otworzył wynik spotkania, po podaniu od własnego bramkarza, który... asystował również przy drugiej bramce dla Margerity. Nie wiemy skąd zawodnicy Olka Celucha biorą tych bramkarzy, ale praktycznie każdy z nich wykazuje walory ofensywne, co jest sporym ułatwieniem dla tej ekipy. Mecz trochę się wyrównał po bramce na 0:3, bo Szymon Kolasa pewnie wykorzystał rzut karny i Virtualne otworzyło swoje konto bramkowe. To jednak nie pomogło, bo dosłownie chwilę później Mateusz Baka, który był zamieszany w sprokurowanie rzutu karnego dla Virtualnych, odegrał się na rywalach i sam pokonał bramkarza gospodarzy. Przed przerwą mieliśmy jeszcze karnego dla Margerity i na odpoczynek schodziliśmy przy stanie 2:5. Druga połowa była odrobinę kuriozalna. Gospodarze grali lepiej, ale gonienie rywali utrudniali sobie we własnym zakresie. Dwa samobóje, z czego ten drugi był naprawdę groteskowy, bo piłka rzucona z autu leciała wzdłuż bramki, a bramkarz niefortunnie interweniując, wbił ją sobie do „prostokąta". Ostatecznie Margerita wygrała 3:7 i zanotowała awans w ligowej tabeli. Virtualne ma natomiast nad czym myśleć.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)