Sezon 2024/2025
Relacje meczowe: 5 Liga
Starcie Lisów ze Skorpionami było dla nas jedną wielką niewiadomą. Z jednej strony gospodarze, którzy przystąpili do ligi letniej w niemal niezmienionym składzie, z drugiej team Artura Kałuskiego, który mocno przemeblował kadrę na letnią rywalizację. W przedmeczowych zapowiedziach trudno było wskazać jednoznacznego faworyta, tym bardziej byliśmy ciekawi jak potoczy się ta rywalizacja. Początek meczu to obopólne badanie przeciwnika, ale wraz z mijającym czasem coraz mocniej zaczęła się zarysowywać przewaga gości. Widać było, że jeszcze brakuje pełnego zgrania pomiędzy poszczególnymi zawodnikami, ale jest to element, który z czasem będzie ulegał poprawie. Skorpiony oddawały znacznie więcej strzałów niż przeciwnicy – to, że po 15 minutach utrzymywał się wynik 0:1 dla gości, to w dużej mierze zasługa bramkarza Lisów – Krystiana Załuckiego. Jednak i jego dobra postawa nie wystarczała i Skorpiony podwyższyły wynik na 0:2. Do tego goście mieli okazję, by trafić do siatki po raz trzeci, niestety dla nich rzutu karnego nie wykorzystał Sebastian Dydecki. To mógł być moment zwrotny w tym meczu, bo zamiast przy wyniku minimum 0:3, obie ekipy schodziły na przerwę przy stanie 1:2, po bramce Jakuba Anasiewicza. Po zmianie stron Lisy ruszyły z mocnym pressingiem na rywala i to się opłaciło, bo chwilę po rozpoczęciu drugiej części gospodarze doprowadzili do wyrównania. Nadal jednak podopieczni Artura Kałuskiego byli w tym meczu lepsi, co przełożyło się na kolejne trafienia dla tej ekipy – dobrze współpracował duet Sebastian Zwierzchowski – Szymon Zawadzki, który był autorem dwóch kolejnych trafień. Trudno było sądzić, że Lisy jeszcze w tym meczu coś ugrają, widoczny był brak Damiana Borkowskiego, który potrafił w trudnych momentach pociągnąć zespół. Lisy potrzebowały kogoś, kto choć w małym stopniu zajmie jego miejsce i kimś takim w pewnym sensie był Jakub Anasiewicz, który robił największe zamieszanie w obronie rywala. Po tym jak Jan Siulkowski zdobył bramkę na 3:4, to właśnie Jakub postawił kropkę nad i, dając Lisom jeden punkt w samej końcówce spotkania. Skorpiony mogą być mocno zawiedzione, że nie udało im się zdobyć kompletu punktów na starcie, jednakże wydają się drużyną, która może mocno zamieszać na tym poziomie. Natomiast Lisy nie mają na co narzekać, bo punkt w tym meczu, biorąc pod uwagę jego przebieg, można uznać za umiarkowany sukces.
Na starcie zmagań w 5 lidze stanęły na przeciw siebie ekipy KS Centrum oraz BRD Young Warriors. W zestawieniu tych dwóch drużyn ciężko było znaleźć wyraźnego faworyta, tym bardziej, że letnie rozgrywki rządzą się swoimi prawami. Spotkanie od samego początku toczyło się pod dyktando młodych zawodników w żółtych koszulkach. To oni dość szybko narzucili swój styl gry, dzięki czemu kontrolowali sytuację boiskową. Już po kilku minutach po składnej akcji wyszli na prowadzenie, a chwilę po zdobyciu gola KS Centrum podwyższyło na 2-0. Goście nie składali broni i mimo dość wyraźnej przewagi oponentów, im też udało się strzelić dość przypadkową bramkę. Patryk Zawada wstrzelił piłkę w pole karne, żadnemu z zawodników nie udało się przeciąć toru jej lotu i zmylony bramkarz zmuszony był wyciągać futbolówkę z siatki. W końcówce pierwszej połowy spotkanie się wyrównało a BRD zaczęli śmielej atakować bramkę rywali. Nie zraziła ich nawet strata bramki na 3-1. Goście z każdą minutą coraz to groźniej atakowali bramkę strzeżoną przez Piotra Bąkowskiego i jeszcze przed przerwą zdobyli gola kontaktowego, a w samej końcówce pierwszej odsłony pięknym strzałem z dystansu popisał się Damian Nabit i na przerwę schodziliśmy przy wyniku 3:3. Po zmianie stron goście grali swoją piłkę i zaczęli regularnie powiększać przewagę. Mając w swoich szeregach naprawdę doświadczonych zawodników z każdą kolejną minutą coraz bardziej zagrażali bramce konkurentów. Liczne ataki w końcu przyniosły efekt i dzięki bramce Marcina Tarasa goście po raz pierwszy wyszli na prowadzenie. Gracze KS Centrum próbowali wrócić do swojej dobrej postawy z początku spotkania, ale brakowało im pomysłu na dobrze dysponowaną obronę BRD. To co nie udawało się gospodarzom, świetnie wychodziło graczom Adama Wojciechowskiego. W samej końcówce spotkania goście dołożyli jeszcze dwie bramki i dzięki temu ostatecznie wygrali mecz 3:6. I choć to dopiero początek zmagań w letnich rozgrywkach, to przy zmniejszonej liczbie ekip każda strata punktów może mieć znaczenie. Dlatego KS Centrum musi się szybko wziąć do roboty.
W kolejnym meczu 5 ligi naprzeciw siebie stanęli gracze Ajaksu i Mistrzów Chaosu. W naszej ocenie faworytem tego spotkania byli gospodarze, którzy świetnie spisywali się na finiszu niedawno zakończonego sezonu, gdzie o mały włos nie zajęli miejsca na podium. Czy zatem dobra forma z wiosny mogła się utrzymać również latem? Po części odpowiedź na to pytanie miała nam dać rywalizacja z teamem Jakuba Spławskiego. Goście kończyli minioną kampanię w znacznie gorszych nastrojach, choć trzeba oddać, że taktycznie to całkiem dobrze ułożony team. Faworytem wydawał się Ajaks, ale goście jakby chcieli zadać kłam naszym przedmeczowym przewidywaniom i odważnie ruszyli do ataku. Dość napisać, że w pierwszych minutach zdążyli już mocno obić słupek i poprzeczkę bramki strzeżonej przez Krystiana Kontka, ale jak to się mawia, do trzech razy sztuka i w końcu Tomek Faltynowski popisał się na tyle mocnym i precyzyjnym strzałem, że Mistrzowie Chaosu objęli prowadzenie. Były to jednak miłe złego początki, a Ajaks miał tego dnia w składzie kapitalnego Bartka Kopacza. Goście chyba nie do końca odrobili pracę domową, bo nie jest tajemnicą, że właśnie ten zawodnik jest niezwykle bramkostrzelny i zwyczajnie nie można mu zostawiać zbyt dużo miejsca. Do tego Bartek dołożył świetnie wykonywane stałe fragmenty gry – raz trafił bezpośrednio z rzutu wolnego i raz… z rzutu rożnego. Nagle z 0:1 zrobiło się 5:1, a wszystkie pięć goli dla Ajaksu były autorstwa właśnie Bartka Kopacza. Mistrzowie po tych ciosach zdołali się trochę podnieść, bo zamiast zapowiadanego pogromu, udało się nieco odrobić straty i do przerwy wynik brzmiał 6:4. Po takiej pierwszej połowie spodziewaliśmy się równie mocnego strzelania po zmianie stron, ale obie ekipy nieco spuściły z tonu. Gościom znów udało się strzelić jako pierwszym, niwelując straty do zaledwie jednej bramki (6:5), ale to było wszystko, na co było ich stać w tym meczu. Do końca spotkania do bramki trafiali już tylko gracze Ajaksu, i ostateczny wynik to 10:5. Zgodnie z przewidywaniami trzy punkty trafiły na konto gospodarzy, a Bartek Kopacz szybko wyrasta na głównego kandydata do korony króla strzelców.
Jeśli zestawimy naszą zapowiedź tego meczu z tym, co wydarzyło się na boisku, należałoby mówić o spektakularnej niespodziance. Choć goście byli stawiani w roli murowanego faworyta, to mecz rozstrzygnął się w praktycznie kilka minut na korzyść gospodarzy. Nie minęło nawet 5 minut, a Broke Boys prowadzili już 3:0! Początkowy szok nie mijał i po kwadransie gry Heroes przegrywali już pięcioma oczkami. Defensywa ekipy Daniela Dudzińskiego miała potężne kłopoty, aby nadążyć za rozpędzonym Mikhailem Velko, przez co Amadeusz Boryło broniący dostępu do bramki Herosów musiał się mieć non-stop na baczności. Równie ciężki do zatrzymania był Anton Liashuk, który choć rozgrywał drugi mecz z rzędu miał niespożyte siły i pakował gola za golem. Dopiero w 21 minucie goście obudzili się z letargu i bramkę zdobył Piotr Stefaniak, ale jeszcze przed przerwą hat-tricka skompletował wspomniany wcześniej Anton Liashuk. W drugiej połowie Broke Boys dość szybko dołożyli kolejne trafienie, ale Heroes w końcu złapali swój rytm i coraz śmielej atakowali na bramkę Luki Danylenko. Choć były to groźne ataki wyraźnie brakowało wykończenia, a czasem zwyczajnego szczęścia. Można powiedzieć, że HH obudziło się zdecydowanie zbyt późno. Wprawdzie ostateczny wynik 8:3 sugerowałby dominację ze strony Broke Boys, to druga połowa wyglądała już dużo lepiej w wykonaniu gości i gdyby nie fatalna dyspozycja z początku meczu, jego losy mogłyby się potoczyć nieco inaczej.







)
)
)
)
)
)
)
)