Sezon 2024/2025
Relacje meczowe: 5 Liga
Junak przed trzecią kolejką miał na koncie wygraną i remis. Ekipa Krzyśka Krzewińskiego chciała wygrać kolejny mecz, by utrzymać się w czołówce ligowej tabeli. Bartolini Pasta po tym jak przed tygodniem zdobyła pierwszy punkt miała nadzieję na korzystny wynik. Początek spotkania to szybkie trafienie gospodarzy. Andrzej Groszkowski kapitalnie podał do kapitana ekipy z Pragi, a Krzysiek Krzewiński nie zmarnował świetnej okazji i było 1:0. Goście nie mogli w pierwszych fragmentach spotkania złapać rytmu gry i często mieli problemy z konstruowaniem ataków. Junak dominował, a efektem tego była kolejna bramka po samobójczym trafieniu Piotra Winka. Pod koniec pierwszej połowy Bartolini Pasta przebudziła się i za sprawą Mateusza Brożka strzeliła gola kontaktowego. Niestety po chwili ponownie straciła bramkę. Analogicznie do pierwszego trafienia Junaka Andrzej Groszkowski posłał piłkę przez całe boisko na głowę Pawła Groszkowskiego, a ten strzałem głową pokonał dobrze spisującego się tego dnia Piotra Szczypka. Do przerwy zatem mieliśmy wynik 3:1. Po zmianie stron gra się wyrównała. Bartolini Pasta próbowała atakować, lecz szczelna defensywa Junaka nie pozwalała na wiele rywalom. Goście nie mając nic do stracenia ponosili ryzyko związane z kontrami. I właśnie po jednej z nich Yuriy Trush podwyższył wynik. W końcówce spotkania Adam Kubajek strzelił gola na 4:2 co jeszcze dawało nadzieję na odrobienie strat. Jednak to gospodarze potrafili zamknąć ten mecz strzelając bramkę na 5:2. Junak wygrywa i umacnia się w czołówce tabeli. Bartolini Pasta musi szukać punktów w kolejnych meczach bo jak na razie okupuje miejsce w dole tabeli, choć ich gra na pewno jest lepsza niż wskazuje na to miejsce w tabeli piątej ligi.
Do ciekawej konfrontacji doszło niedzielnego poranka w piątej lidze. Sportowe Zakapiory podejmowały Munję, która nie zdobyła jeszcze punktów w tej kampanii. Gospodarze w pierwszym fragmencie spotkania przejęli inicjatywę i to oni mieli kilka okazji do strzelenia bramki. Wynik otworzył Piotr Maciuk i to ekipa Patryka Kowalczyka prowadziła po niespełna 10 minutach. Goście po tym jak w poprzedniej kolejce mieli spore problemy ze składem, tym razem dysponowali kilkoma zmianami i starali się odrobić jednobramkowy deficyt. Mimo, że prowadzili grę to nie potrafili sobie stworzyć na tyle dogodnej sytuacji by pokonać bramkarza przeciwników. W końcówce pierwszej połowy zagotowało się na boisku. Po jednej z akcji ucierpiał zawodnik Zakapiorów, ale bez winy przeciwnika po niefortunnej interwencji. Zawodnicy niepotrzebnie próbowali sami wyjaśniać sobie zaistniałą sytuację i doszło do małych przepychanek. Sędzia jednak opanował szybko wydarzenia na placu gry i najbardziej zagrzanych zawodników upomniał kartkami, co ostudziło emocje i do końca meczu nie było już żadnych incydentów. Do przerwy gospodarze skromnie prowadzili. Po zmianie stron emocji tym razem czysto piłkarskich było wiele. Najpierw Zakapiory strzeliły szybko dwie bramki. Przy stanie 3:0 wydawało się, że goście już się nie podniosą. Jednak cierpliwość i znakomita forma Kacpra Drozdowicza który asystował i sam strzelił bramkę i był praktycznie w każdym sektorze boiska doprowadziła do remisu na niespełna trzy minuty przed końcem. Przy stanie 3:3 ponownie Piotr Maciuk strzelił gola dającego prowadzenie. Gdy wydawało się, że jednak gospodarze wygrają to w ostatniej akcji meczu Kacper Drozdowicz dograł znakomicie do Roberta Rzący i ponownie był remis 4:4. Gwizdek kończący spotkanie oznaczał podział punktów w tym spotkaniu. Sportowe Zakapiory pewnie czują niedosyt, a Munja zapewne cieszy się z pierwszych punktów w tym sezonie.
Mecz Bulbezu z BJM Development był poniekąd pojedynkiem ligowego doświadczenia z młodzieńczą fantazją. Do fantazji goście musieli dołożyć również końską kondycję, bo BJM stawiło się w składzie zaledwie sześciu osób, co w zestawieniu z szeroką ławką rezerw Bulbezu nie wróżyło zbyt dobrze. Drużyna Marcina Osowskiego rozpoczęła mecz w swoim stylu – spokojne budowanie akcji od bramki, dalekie wyjścia golkipera i strzały z dystansu. Goście cierpliwie czekali na swoją okazję i taka nadarzyła się w 7 minucie. Marcin Osowski wykonywał rzut wolny w okolicach pola karnego, ale przestrzelił. Filip Odoliński błyskawicznie wznowił grę dalekim podaniem do Adama Rękawka, który uderzył z pierwszego kontaktu, a bramkarz gospodarzy nie zdążył się wrócić i BJM objęło prowadzenie. W 14 minucie goście mogli podwyższyć, ale tym razem Marcin Osowski był bezbłędny i w sytuacji jeden na jednego nie dał się pokonać. Mimo to trzy minuty później BJM przejęło piłkę i Patryk Ciborski uderzył nie do obrony. Po chwili zamieszanie pod bramką wykorzystał Adam Rękawek, a minutę później było już 0:4 dla gości. Wynik co najmniej zaskakujący i dla gospodarzy był to chyba moment otrzeźwienia, bo w końcu gola zdobył Marek Solecki, ale już akcję później było 1:5 kiedy trafił Olivier Aleksander. Pierwsza połowa zakończyła się więc wyraźnym prowadzeniem BJM Development, lecz przypomnijmy, że goście grali tylko w sześciu i w drugiej połowie mogło zwyczajnie zabraknąć sił. Bulbez dość szybko rozpoczął strzelanie w finałowych 25 minutach, ale BJM było tego dnia absolutnie zabójcze w ofensywie. Rzut rożny wykonany przez Patryka Ciborskiego zakończył się strzałem z pierwszej piłki w wykonaniu Adama Rękawka i zrobiło się 2:6. Inicjatywa była zdecydowanie po stronie zespołu Piotra Sobieszka. Chłopaki rozpracowali dość statyczny styl gry Bulbezu i nie szczędzili sił na ataki w pełnym galopie. W 36 minucie żółtą kartką został ukarany Patryk Ciborski i gra w osłabieniu dała się zawodnikom BJM mocno we znaki, a Bulbez był w stanie zapunktować w tym czasie dwukrotnie po golach Oliviera Wójcika. Gdy tylko składy wyrównały się BJM wycisnęło siódme poty i dołożyło jeszcze trzy trafienia, a wynik na 5:10 w ostatniej minucie ustalił Leszek Zalewski. Zdecydowanie nie był to dzień ekipy z Bemowa i zderzenie z tak świetnie przygotowaną motorycznie drużyną okazało się bardzo bolesne. Nie ukrywajmy jednak, że BJM Development mimo braku rezerwowych wytrzymało fizyczny ciężar tego spotkania i za to należą się chłopakom szczególne brawa!
Zderzenie dwóch światów, czyli pojedynek weteranów z FC Melange z ubiegłorocznymi mistrzami 7-mej Ligi Fanów, młodymi graczami Lagi Warszawa. Obie ekipy stawiły się bardzo licznie, co było szczególnie ważne dla gospodarzy, którzy mimo iż są bardziej doświadczeni, to jednak nieco mniej atletyczni od rywali. Obie strony na początku spotkania próbowały się wzajemnie wyczuć, dlatego przez blisko kwadrans nie padła żadna bramka. Znakomitą sytuację mieli gospodarze, jednak 100% okazja ostatecznie została zmarnowana. Jak powszechnie wiadomo, niewykorzystane sytuacje się mszczą, co się ziściło chwilę później, gdy po podaniu Wojtka Burasia, piłkę do siatki skierował Jerzy Żółtowski. Bramka jakich wiele? Otóż nie! Jerzy przyjął w powietrzu podciętą piłkę i będąc odwróconym tyłem do bramki, uderzył piętą z półwoleja. Gol z cyklu „słowa tego nie oddadzą” ! O swoich umiejętnościach przypomniał jednak po chwili, powracający w szeregi FC Melange, Filip Junowicz. „Juno” zdecydował się na rajd przez całe boisko, a akcję wykończył celnym, mocnym uderzeniem, dając gospodarzom wyrównanie. Laga nie przestawała jednak w swoich atakach i jeszcze w pierwszej połowie po golach Szymona Dudzika oraz Karola Pawełka wyszła na prowadzenie 1:3. Wynik tej odsłony na 2:3 ustalił tuż przed gwizdkiem Adrian Zegar, który nie zmarnował dobrego podania od Łukasza Słowika. Druga połowa rozpoczęła się odjechaniem z wynikiem przez zespół gości. Aleksander Muszyński na 2:4 oraz Wojtek Buraś na 2:5 to bramki, które padły po świetnie wykreowanych sytuacjach przez Jerzego Żółtowskiego. „Melanżownicy” nie złożyli jednak broni i po bramce Adriana Zegara oraz fantastycznym „rogalu” Bartka Podobasa wrócili do gry przy stanie 4:5. Świetne zawody rozgrywał jednak Jerzy Żółtowski, który po raz kolejny, tym razem po podaniu od Janka Bajka, wyprowadził „Lagersów” na dwubramkowe prowadzenie (4:6). Kiedy na parę minut przed końcem świetną egzekucją rzutu wolnego popisał się Bartek Podobas, zrobiło się 5:6 i byliśmy świadkami bardzo emocjonującej końcówki. Melange miał doskonałą okazję na wyrównanie, jednak świetną interwencją popisał się Antek Duda i ostatecznie to Laga Warszawa wygrała to zacięte spotkanie 5:6.
Ostatnim meczem na arenie AWF było spotkanie Sante i Mikstury. Ze względu na porę nie spodziewaliśmy się jakiejś specjalnej dramaturgii i rzeczywiście obie drużyny zagrały dość zachowawczo, co nie znaczy, że nic się na placu nie działo. Wręcz przeciwnie - zderzenie dwóch taktyk – kombinacyjnego rozegrania po stronie gości i ciasnej obrony połączonej z szybkimi kontrami po stronie gospodarzy dało bardzo wyrównane spotkanie. W pierwszej połowie goście skupili się na budowaniu ofensywy od własnej bramki, wymieniali dużą ilość podań, ale klarownych sytuacji strzeleckich było jak na lekarstwo. Patryk Zych popisał się kilkoma błyskotliwymi wyłożeniami piłki kolegom, ale jak na złość szwankowało wykończenie. Dało się zauważyć, że głęboka i zacieśniona defensywa Sante zdecydowanie nie leżała drużynie klanu Jochemskich. Mimo oblężenia bramki Grzegorza Kozłowskiego Miksturze udało się pokonać golkipera gospodarzy dopiero w 12 minucie. Rafał Jochemski uderzył z dystansu, a piłkę musnął Mateusz Skowroński zmieniając tor lotu, co zaskoczyło bramkarza Sante. W porównaniu do Mikstury w grze gospodarzy brakowało świeżości i rzadko zapuszczali się pod bramkę Adriana Sosnowskiego, ale dobra okazja nadarzyła się w 16 minucie. Patryk Zych nieco zbyt teatralnie wyraził swoją dezaprobatę w stosunku do decyzji sędziego, za co obejrzał żółty kartonik. Mikstura zmuszona do gry w osłabieniu cofnęła się do obrony, ale jedna z kontr omal nie skończyła się golem i Sante swojej przewagi nie wykorzystało. Pierwsza połowa skończyła się więc skromnym prowadzeniem gości, którzy drugą połowę zaczęli z przytupem – Rafał Jochemski znów uderzył z dystansu i tylko wyśmienita interwencja Grzegorza Kozłowskiego uratowała Sante przez utratą drugiego gola. Za to chwilę później przejęcie w środku pola zakończyło się golem Adama Lewandowskiego i nagle zrobiło się 1:1. Mikstura wróciła do planu z pierwszej połowy, wymieniała dużą ilością podań i w pewnym momencie ogromna przewaga w posiadaniu piłki była widoczna gołym okiem, ale nie przekładało się to na zdobywanie goli. Od 35 minuty rozpoczęło się regularne oblężenie bramki gospodarzy, a gra gości ograniczała się do pojedynczych kontrataków, które choć groźne, również nie przynosiły efektu. Spora w tym zasługa czujnej postawy Adriana Sosnowskiego. Punkt kulminacyjny miał miejsce na dziesięć minut przed końcem. Patryk Zych w 100% zrehabilitował się za żółtą kartkę i w krótkim odstępie czasu dwukrotnie wyłożył piłkę Rafałowi Jochemskiemu, który nie dał szans bramkarzowi Sante. Gospodarzom zabrakło pomysłu na odwrócenie losów spotkania i prowadzenie Mikstury 1:3 utrzymało się do gwizdka kończącego mecz.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)