Sezon 2023/2024
Relacje meczowe: 3 Liga
Patrząc na sytuację w tabeli dla obu ekip było to bardzo ważne spotkanie, ale o ile Freedom ambitnie podszedł do sprawy i stawił się w bardzo silnym składzie, o tyle ekipa ze Służewca nie popisała się frekwencją i braki kadrowe dały o sobie znać już na początku rywalizacji. Niemalże od pierwszego gwizdka goście byli w natarciu i golkiper Wiernego Grzegorz Łapacz musiał być bardzo czujny. Goście momentami zupełnie zepchnięci do defensywy rzadko odwiedzali pole karne Freedomu, za to gospodarze rozkręcali się w ofensywie i w 7 minucie po dośrodkowaniu Oleksandra Kovala wynik otworzył Ivan Timofeev. Nie minęła nawet minuta i było już 2:0, a tym razem trafił Oleksandr. Po tym golu inicjatywa dość niespodziewanie przeszła na stronę gości. Zawodnicy Wiernego wymieniali dużo podań i mądrze utrzymywali się przy piłce, przez co Freedom długo nie mógł w ogóle podejść pod bramkę przeciwnika. Przełamanie nastąpiło dopiero w 17 minucie i gola strzałem z dystansu zdobył Dmitro Oleinikov. Zanim sędzia odgwizdał koniec pierwszej połowy Freedom zapakował jeszcze dwa gole i schodził do szatni z bezpiecznym prowadzeniem 5:0. W drugiej części spotkania rywalizacja nabrała kolorów, bo goście bardzo szybko zabrali się za odrabianie strat. W 28 minucie Marcin Kowalski w końcu przełamał się i precyzyjnym strzałem przy słupku zdobył swoją 251 bramkę w Lidze Fanów. O ile pierwsza połowa toczyła się zupełnie pod dyktando Freedomu, o tyle w drugiej Wierny nawiązał bardzo wyrównaną walkę, a ostatnie 7 minut meczu przerodziło się w niesamowicie emocjonujące widowisko. W przeciągu trzech minut Wierny doskoczył wynikiem na 5:4 i goście poczuli, że comeback jest jak najbardziej możliwy. Zawodnicy ze Służewca ostatkiem sił rzucili się w pogoń za wynikiem i choć w 48 minucie na 6:4 trafił Oleg Borys, Freedom do samego końca musiał zachowywać czujność. Dopiero bramka Dmitriya Tichonenki rozwiała wszelkie wątpliwości i dała bezpieczną przewagę. W ostatniej minucie Marcin Kowalski ustalił wynik meczu na 7:5 i Freedom mógł cieszyć się z trzech punktów, które przedłużają szansę ukraińskiej ekipy na utrzymanie się w 3 lidze. Wierny wciąż może zająć piąte miejsce premiowane grą w Pucharze Ligi Fanów, ale ekipa Piotra Gratkowskiego zdecydowanie musi poprawić frekwencję w kolejnych meczach.
Old Eagles Koło byli przed spotkaniem z Wilkami skazywani na pożarcie. Rywal to świeżo-upieczony mistrz 3.ligi, który w tym sezonie jeszcze nie przegrał, więc nie należało się spodziewać, że w tej materii coś się tutaj zmieni. Tym bardziej, że cel Wilków jest jasny – pozostać niezwyciężonym aż do końca sezonu. Orzełki znane są jednak ze swojej nieustępliwości i nawet jeżeli mało kto daje im szansę, to oni potrafią sprawić psikusa. I chociaż w niedzielę nie udało im się sprawić sensacji, to my byliśmy zbudowani ich postawą. Wiele zespołów przegrało z Wilkami jeszcze przed pierwszym gwizdkiem, tym czasem drużyna z Koła nie przestraszyła się oponentów i długimi fragmentami grała z nimi jak równy z równym. Zespół Janka Drabika naprawdę solidnie wyglądał w defensywie, dobrze się przesuwał, a jak miał piłkę, to nie wybijał jej byle dalej, ale sprytnie rozgrywał, dając sobie okazje do zdobycia bramki. Wiedzieliśmy jednak, że taki stan nie będzie trwał wiecznie i że przewaga w posiadaniu futbolówki przez Wilki, w końcu przełoży się na wynik. Tak też się stało. Gole wreszcie zaczęły padać i łącznie zobaczyliśmy ich w pierwszej połowie trzy – wszystkie dla faworytów. To dawało jasno do zrozumienia, że nie ma tutaj szans na sensację. To nie zmieniało jednak nastawienia Orzełków. Chłopaki niczym Adam Małysz, skupiali się na każdej kolejnej akcji i przy stanie 0:4 zdobyli swojego pierwszego gola w meczu. Zasłużyli na niego, podobnie zresztą jak na dwa kolejne, bo jeśli chodzi o ambicję, to w tej kwestii nie można im nic zarzucić. Piłkarsko byli oczywiście słabsi, jednak porażka 3:8 wstydu im nie przynosi. Tutaj przegraną trzeba było wkalkulować, ale jeśli w ten sposób będą grali w meczach, które zdecydują o ich „być albo nie być” w 3.lidze, to jesteśmy o nich spokojni. Z kolei Wilki kontynuują swój marsz meczów bez porażki. I chociaż w niedzielę nie zagrali wielkich zawodów, to pokazuje to tylko, jak duży mają potencjał, skoro daleko w ich grze było do ideału, a i tak nie mieli żadnych problemów z odniesieniem bezapelacyjnego zwycięstwa.
AFC Goodfellas w tej rundzie przegrali tylko raz, z liderem 3.ligi Wilkami. Pozostałe spotkania drużyna z Ukrainy wygrywa bez większych problemów i identyczny plan ten zespół miał na niedzielną konfrontację z Kanonierami. Ale drużyna Artura Baradzieja-Szczęśniaka, jak ma swój dzień, to potrafi być bardzo niewygodnym przeciwnikiem. I trzymaliśmy kciuki, że w weekend zobaczymy tę lepszą wersję Kanonierów, dzięki czemu mecz będzie zacięty do ostatnich sekund. I mimo, że ostatecznie ta ekipa przegrała z Goodfellas i to różnicą aż sześciu bramek, to według nas zaprezentowała się bardzo solidnie i miała tutaj szansę, by pokusić się o coś więcej niż honorowa porażka. Mecz zaczął się jednak zdecydowanie lepiej dla Goodfellas, którzy zdominowali premierowe minuty spotkania i objęli prowadzenie 2:0. Wydawało się, że kolejne gole są tylko kwestią czasu, ale wtedy wyższy bieg wrzucili Kanonierzy. I w tym okresie spotkania naprawdę dobrze się tę drużynę oglądało. Chłopaki szybko zmniejszyli straty, a potem wyrównali i ku zaskoczeniu wielu obserwatorów, po 25 minutach rywalizacji wynik brzmiał 2:2. Gracze w czerwonych strojach czuli, że rywal wcale nie jest taki straszny jak go malują i ta potyczka wcale nie musi skończyć się tak, jak wszyscy myśleli. Kluczowy moment spotkania to bezwzględnie początek drugiej części gry, gdzie Kanonierzy mieli obowiązek wyjść na prowadzenie. Niestety Oskar Nowicki pomylił się z rzutu karnego (trafił jedynie w słupek), co lada moment spotkało się z ripostą Goodfellas, którzy błyskawicznie zdobyli bramkę na 3:2, a potem na 4:2. Wtedy było już jasne, że starcie zmierza w jednym kierunku, a kolejne gole dla faworytów tylko to potwierdziły. Katem Kanonierów był wszędobylski Yaroslau Sycheuski, który zapisał na swoje konto aż sześć gole i asystę. Ale tak jak napisaliśmy na wstępie – to nie był łatwy mecz dla jego zespołu. Dziś możemy gdybać, jak ta rywalizacja potoczyłaby się, gdyby Oskar Nowicki nie zmarnował karnego i nawet trochę żałujemy, że tak się właśnie nie stało. Bo wówczas emocje nie skończyłyby się w 30 minucie, a znacznie, znacznie później…
Piąty w tabeli 3 ligi East Team podejmował na swoim terenie dziewiątą w tabeli Smoczą Furiozę. Początek meczu to niestety obustronna wymiana "uprzejmości". Nie odbywało się to werbalnie, tylko niestety fizycznie. Obie ekipy były mocno nastawione na walkę i popełniały przez to dużo fauli. Walka trwała, nikt nie odpuszczał i każdy chciał zdobyć bramkę. Pierwsi na listę strzelców wpisali się zawodnicy Smoczej Furiozy. Daniel Grzegory wykorzystał ładne, prostopadłe podanie od Mateusza Kopra i było 1-0 dla ekipy gości. Rozochoceni zdobytą bramką zawodnicy Smoczej Furiozy próbowali zdobyć następne trafienia, ale East Team nie dawał się zaskoczyć. Mecz fizycznej walki trwał i gdy arbiter miał już kończyć pierwszą połowę, nagle bardzo ładną "klepkę" rozegrał duet Alpamys Suleimenov i Nurlykhan Yessenzah. Ten pierwszy idealnie wykończył sprytne podanie od kolegi i bez problemu trafił do bramki przeciwnika. W tym momencie był więc remis 1-1 i mecz zaczął się od początku. Obie ekipy chciały jeszcze w pierwszej połowie trafić do bramki rywala i zdobyć przewagę, ale czas premierowej odsłony dobiegł końca. Na drugą połowę obydwie ekipy wyszły jeszcze bardziej zmotywowane i kibice mogli oczekiwać spotkania na wysokim poziomie piłkarskim. Na szczęście ta połowa była zgoła odmienna od pierwszej, obydwie ekipy postawiły tym razem na futbol bardziej techniczny z większą ilością kombinacji, na szczęście odpuszczając wzajemne kopanie się po nogach. Goście mieli kilka swoich okazji do zdobycia bramki, lecz gospodarze ani myśleli im na to pozwolić. Jak pomyśleli tak też zrobili i to drużyna East Team miała więcej do powiedzenia w tej części meczu. Huraganowe ataki gospodarzy dawały im bramkę za bramką i mecz niestety dla gości zakończył się wynikiem 5-1 dla East Team. Gospodarze mogą być spokojni o ligowy byt, natomiast goście muszą walczyć w ostatnich dwóch kolejkach o każdy punkcik, jeżeli oczywiście chcą pozostać na poziomie 3.ligi.
Bardzo trudne zadanie czekało Awanturę Warszawa, która podejmowała walczący o podium zespół FC Ballers. Początek był dość wyrównany, obie ekipy były świadomie jak ważny będzie wynik tego meczu. Goście grający w niebieskich trykotach mieli jako pierwsi dogodną okazję do strzelenia bramki, ale bramkarz Ballersów popisał się bardzo dobrą interwencją, która wymagała nie lada refleksu. Niewykorzystana sytuacja się zemściła i to zespół z Ukrainy objął w tym spotkaniu prowadzenie po przepięknym trafieniu Filipa Jankowskiego. Od tego momentu dość długo czekaliśmy na kolejne gole. Bliżej podwyższenia wyniku ponownie byli gospodarze, ale tym razem to golkiper Awantury popisał się świetną paradą. Na 2-0 ponownie podwyższył Jankowski, który w ekwilibrystyczny sposób posłał piłkę do bramki gości. Przy wyniku 2-0, gospodarze nieco spuścili z tonu i po dwóch tragicznych pomyłkach w obronie stracili prowadzenie. Najpierw błąd defensywy wykorzystał Sawicki a następnie do remisu doprowadził Grzegorz Himkowski. Od tego momentu gra gości kompletnie się posypała, Awantura Warszawa zaczęła popełniać proste błędy w obronie a to z zimną krwią wykorzystywali gospodarze. Jeszcze przed przerwą Ballersi czterokrotnie pokonali bramkarza graczy w niebieskich trykotach. Na przerwę schodziliśmy przy wyniku 6-2. Drugą połowę znów lepiej zaczęli zawodnicy Awantury, trafiając chwilę po wznowieniu meczu na 6:3. To podziałało otrzeźwiająco na gospodarzy, bo z szybką ripostą pospieszył Artiom Żuk uderzając piłkę bezpośrednio z rzutu wolnego. W końcówce spotkania goście przycisnęli i starali się odrobić straty, by mieć jeszcze szansę walczyć o podium w 3 lidze. Po koronkowej akcji całego zespołu Awantury piłkę ręką po strzale z linii bramkowej wybija jeden z obrońców. Sędzia dyktuje rzut karny, którego na gola zamienia Damian Sawicki i mamy 7-4. W końcówce meczu grająca jednego mniej drużyna gospodarzy broniła się rozpaczliwie. Awantura Warszawa próbowała jeszcze zmienić rezultat, lecz zabrakło jej czasu. Sędzia po chwili odgwizdał koniec i spotkanie ostatecznie kończy się wynikiem 7-4. Taki rezultat praktycznie gwarantuje ekipie FC Ballers awans do wyższej klasy rozgrywkowej. Ekipa Sebastian Dydeckiego już teraz może myśleć o wzmocnieniach na przyszły sezon i w spokoju dograć tę edycję do końca.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)