Sezon 2025/2026
Relacje meczowe: 5 Liga
Spotkanie Dzików z Lasu II z Na2Nóżkę było jednym z tych meczów, po których od początku można było spodziewać się ogromnych emocji. Gospodarze wciąż walczą o utrzymanie, natomiast goście coraz śmielej spoglądają w stronę czołówki i próbują zaatakować czwarte miejsce. Stawka była więc bardzo wysoka dla obu ekip i było to widać od pierwszego gwizdka.
Mecz rozpoczął się błyskawicznie. Już po czterech minutach kibice zobaczyli dwa gole i wynik 1:1. Najpierw trafił Samoraj, a chwilę później odpowiedział Biliński. Taki obraz gry utrzymywał się praktycznie przez całe spotkanie - raz atakowali jedni, raz drudzy, a tempo ani na moment nie spadało. Nieco skuteczniejsi w pierwszej części byli zawodnicy Na2Nóżkę. Dzięki trafieniu Ślaza oraz pechowej interwencji Przygody udało im się odskoczyć na dwa gole. Dziki jednak nie zamierzały odpuszczać i jeszcze przed przerwą kontaktową bramkę zdobył Hubert Brodowski, ustalając wynik pierwszej połowy na 2:3.
Po zmianie stron emocji było jeszcze więcej. Gra stała się bardziej otwarta, akcje błyskawicznie przenosiły się spod jednej bramki pod drugą, a wraz z rosnącą stawką pojawiało się coraz więcej sprzeczek i sytuacji wywołujących dyskusje między zawodnikami. Dziki w końcu dopięły swego. W końcówce gospodarze odwrócili wynik i wyszli na prowadzenie 5:4, a kluczową postacią okazał się Mateusz Oleszczuk, który, kompletując dublet, powoli przechylał szalę na stronę swojej drużyny. Kiedy wydawało się, że trzy punkty padną łupem Dzików, do gry ponownie wkroczył pech. Piłka trafiła w bark jednego z zawodników gospodarzy, a arbiter dopatrzył się zagrania ręką w polu karnym. Do piłki podszedł Ślaz i z pełnym spokojem wykorzystał rzut karny, ustalając wynik spotkania na 5:5.
Patrząc obiektywnie - był to mecz tak wyrównany i dynamiczny, że zwycięstwo mogło przypaść każdej ze stron. Obie drużyny zostawiły na boisku mnóstwo energii i stworzyły naprawdę świetne widowisko. Czasu na odpoczynek mentalny jednak nie będzie. Już w niedzielę oba zespoły czekają kolejne trudne starcia z wyżej notowanymi rywalami. Jeśli jednak utrzymają taką intensywność i zaangażowanie, emocji ponownie na pewno nie zabraknie.
Zdecydowanie spokojniejszego meczu spodziewano się po starciu Mareckich Wyg z Lagą. W końcu naprzeciw siebie stanęły drużyny z dwóch różnych biegunów tabeli. Piłkarze Lagi pokazali jednak, że w futbolu nie grają statystyki i liczby, tylko ludzie i postawili liderowi ligi naprawdę trudne warunki.
Już pierwsza połowa była bardzo wyrównana. Oczywiście więcej przy piłce utrzymywali się zawodnicy Mareckich Wyg, ale nie można powiedzieć, że często potrafili zamieniać swoje akcje na realne zagrożenie pod bramką Antoniego Dudy. Laga również nie forsowała tempa, grała raczej z kontry i jako zespół ustawiony niżej, choć także nieczęsto była w stanie poważniej sprawdzić Mateusza Klefasa. W efekcie w pierwszych 25 minutach padły tylko dwa gole - na trafienie Wiktora Pietruсhy odpowiedział Adrian Kłys.
W drugiej połowie to właśnie Laga wyszła na prowadzenie za sprawą Jakuba Dmitruka i był to bardzo ważny moment meczu. Mareckie Wygi musiały nagle gonić wynik i przez długi czas nie potrafiły znaleźć drogi do bramki. Z pomocą przyszedł jednak Oleksandr Hutarov. Później dały o sobie znać doświadczenie i mistrzowski charakter lidera. Co ciekawe, to Laga miała nawet więcej okazji pod bramką rywala, ale zabrakło skuteczności. Zawodnicy nie wykorzystali swoich szans ani przy wyniku 2:2, ani później przy 2:3, a kiedy zrobiło się 2:4, było już za późno.
Warto za to podkreślić, jak chłodno i skutecznie w ofensywie zachowali się gracze Mareckich Wyg. Nie potrzebowali wielu sytuacji, żeby zdobyć kluczowe gole. Dobrze znany duet Zuchora–Pietrucha ponownie wpisał się na listę strzelców i poprowadził swoją drużynę do bardzo ważnego zwycięstwa w walce o mistrzowski tytuł.
Spotkanie pomiędzy Kryształem Targówek a FC Fenix zwiastowało mnóstwo emocji z uwagi na fakt, że obie drużyny zaciekle walczą o najniższy stopień podium 5. ligi. Górą z tego starcia wyszedł pretendent, pokonując rywala 8:6.
Od pierwszego gwizdka gracze ukraińskiej ekipy narzucili swoje tempo gry. Byli zespołem dłużej utrzymującym się przy piłce, lepiej zorganizowanym w konstruowaniu akcji ofensywnych i - co najważniejsze - częściej goszczącym pod bramką przeciwnika. Z czasem ich przewaga zaczęła rosnąć, co było widoczne również na tablicy wyników, ponieważ Fenix rozpoczął spotkanie od szybkiego zdobycia dwóch bramek. Kryształ zdołał odpowiedzieć i złapać kontakt po golu Grabca, lecz niewiele to dało, ponieważ zawodnicy Fenixa w mgnieniu oka dołożyli kolejne trzy trafienia. W efekcie po 25 minutach wynik wynosił już 5:1.
Do drugiej połowy Fenix przystępował więc z czterobramkową zaliczką, co z pewnością mogło dać drużynie więcej pewności siebie i swobody w kolejnej odsłonie meczu. Dało swobodę, ale - jak się okazało - momentami aż zbyt dużą. Kryształ ruszył bowiem do odrabiania strat. Chwila nieuwagi gości wystarczyła, by gracze z Targówka przejęli inicjatywę. Zrobili to na tyle skutecznie, że w pewnym momencie zbliżyli się już tylko na jedną bramkę straty. Wtedy jednak piłkarze Fenixa w porę się ocknęli i zdołali dowieźć korzystny wynik do końcowego gwizdka.
Nie zmienia to jednak faktu, że naprawdę niewiele brakowało do sensacyjnego powrotu w wykonaniu ekipy Kryształu Targówek.
Nie było sensu oczekiwać niespodzianki w tym starciu i zgodnie z przewidywaniami faworyzowany Ajaks pewnie ograł przeciwnika. W zasadzie mecz był rozstrzygnięty już po kwadransie gry – wynik 0:5 nie pozostawiał złudzeń, kto dyktuje warunki na boisku.
Gospodarze już na starcie podnieśli sobie poziom trudności, przychodząc na mecz z zaledwie jednym zawodnikiem rezerwowym, ale nie miało to większego znaczenia, ponieważ goście byli tego dnia po prostu lepsi w każdym aspekcie gry. Ich drużynowe, dynamicznie rozgrywane akcje sprawiały, że defensywa Eagles była często w całkowitej rozsypce. Z kolei obrona Ajaksu miała nie tylko dobry plan taktyczny, ale również świetnie realizowała założenia. Gdy tylko ktoś z Warszawskiego Orła próbował rozpocząć akcję w środku pola, momentalnie robiło się wokół niego ciasno, a podwójne krycie i wzajemna asekuracja powodowały, że Konrad Filipiak nie miał tego dnia zbyt wiele pracy. Oczywiście gospodarze mieli swoje okazje – Ali Abdullah i Mateusz Telakowiec próbowali szarpać blok defensywny Ajaksu, a temu drugiemu udało się nawet umieścić piłkę w siatce po ładnym uderzeniu z dystansu. O ewentualnym powrocie do meczu nie było jednak mowy i pierwsza połowa zakończyła się wymownym wynikiem 1:6.
W drugiej części spotkania Ajaks kompletnie zdemolował gospodarzy, a szczególnie bezlitosny i niezwykle skuteczny był Bartek Kopacz, który zakończył ten mecz z dziesięcioma (!) trafieniami na koncie. Dzięki temu zrównał się liczbą zdobytych bramek z dotychczasowym liderem klasyfikacji strzelców – Łukaszem Walo.
Dodatkowo dzięki temu zwycięstwu Ajaks wciąż ma szansę wskoczyć na piątą lokatę w tabeli, choć musi liczyć na potknięcia zespołu Na2Nóżkę. Gospodarzom można oddać to, że walczyli do końca, jednak różnica klas była widoczna gołym okiem. Piąty poziom Ligi Fanów jest już na tyle wymagający, że bez zgranego składu i pomysłu na drużynę trudno liczyć na coś więcej niż walkę o utrzymanie.
Starcie pomiędzy wiceliderem 5. ligi a ekipą After Woli, która zaciekle walczy o utrzymanie na tym poziomie rozgrywkowym, stawiało w roli zdecydowanego faworyta zespół Tylko Zwycięstwo.
Tymczasem byliśmy świadkami nie lada niespodzianki - zarówno pod względem końcowego wyniku, który zatrzymał się na remisie 4:4, jak i samego przebiegu meczu. Spotkanie wyraźnie pokazało, że zawodnicy w zielono-białych trykotach wcale nie odstawali od wyżej notowanego rywala, jeśli spojrzymy nie tylko na tabelę, ale przede wszystkim na wydarzenia boiskowe. Od początku After Wola ruszyła do ataku, co szybko przyniosło zamierzone efekty. Wynik spotkania otworzył Filip Domański. Popularny „Doman” rozegrał tego dnia fenomenalne zawody i był głównym snajperem swojej drużyny, trzykrotnie wpisując się na listę strzelców. Biorąc pod uwagę fakt, że After Wola zdobyła w tym meczu cztery bramki, doskonale pokazuje to, na kim spoczywał ciężar finalizowania akcji.
Wicelider przez praktycznie całe spotkanie był zmuszony gonić wynik. W pierwszej części meczu After Wola sprawiała wrażenie drużyny bardziej poukładanej w działaniach ofensywnych. Tylko Zwycięstwo długo nie potrafiło znaleźć sposobu na sforsowanie dobrze zorganizowanej defensywy rywali. Obraz meczu zmienił się jednak po przerwie. Gracze w czerwonych strojach zaczęli stopniowo przejmować inicjatywę, co znalazło odzwierciedlenie w zdobywanych bramkach. Finalnie udało im się doprowadzić do remisu, przez co obie drużyny - naszym zdaniem całkowicie sprawiedliwie - musiały podzielić się punktami.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)