reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualności
aktualności
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
ETERNIS CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga

Relacje meczowe: 3 Liga

ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
15:00

Patrioci nie mieli już większych złudzeń odnośnie tego sezonu. Husaria z kolei, gdyby w niedzielę pokonała ekipę ze Wschodu, przedłużyłaby o tydzień swoje – i tak już nieco iluzoryczne – szanse na zacumowanie na podium na koniec rozgrywek. Jeśli jednak taki był plan ekipy Tomka Hubnera, to trzeba powiedzieć, że za jego realizację zabrali się od dupy złej strony, bo na mecz przyjechali bez ani jednego zawodnika na zmianę. Co prawda rywale także nie grzeszyli pod tym względem profesjonalizmem, mając tylko jednego rezerwowego, ale przy takich warunkach atmosferycznych nawet ten jeden dodatkowy gracz mógł zrobić różnicę.

Początkowo jednak nic nie wskazywało na to, że Husaria będzie musiała w ogóle analizować ten problem. Mimo że od pierwszych minut starcie było wyrównane, gole zdobywała wyłącznie ekipa z Mokotowa. Na 1:0 trafił Krzysztof Kondrecki, na 2:0 Bartek Adamiak, a w pewnym momencie przewaga nominalnych gości wynosiła już trzy bramki. Wydawało się więc, że kwestia trzech punktów powoli się rozstrzyga. Z drugiej strony wiedzieliśmy, że Patrioci nie będą wiecznie tak nieskuteczni i w końcu otworzą swój dorobek bramkowy. Tak też się stało – chwilę przed końcem pierwszej połowy zdobyli pierwszego gola, który zasiał ziarno niepewności co do tego, jak to spotkanie faktycznie się zakończy.

Na początku drugiej części Husaria miała kilka okazji, by wrócić na trzybramkowe prowadzenie, jednak żadnej z nich nie wykorzystała. Z biegiem czasu coraz mocniej dawały o sobie znać dwie rzeczy. Pierwszą było oczywiście zmęczenie, a drugą fakt, że zespół z Mokotowa był zbyt mocno porozrzucany po boisku. Patrioci zaczęli znajdować coraz więcej wolnych przestrzeni, a dodatkowo do rozegrania akcji coraz częściej angażowali własnego bramkarza. Efekt? Za chwilę zrobiło się już tylko 3:2.

Potem stratę w środku pola zanotował golkiper Husarii. Kamil Ostapiński wyszedł daleko poza własne pole karne, popełnił prosty błąd i gospodarze wykorzystali prezent, doprowadzając do remisu 3:3. Ostapiński bardzo szybko zrehabilitował się jednak za tę pomyłkę, bo w dalszej części spotkania bronił wręcz genialnie i wielokrotnie ratował swój zespół. Niewiele mógł jednak zrobić, gdy po żółtej kartce dla Bartka Adamiaka Patrioci wykorzystali grę w przewadze. Po strzale z rzutu wolnego Dimy Olejnikowa po raz pierwszy w tym spotkaniu wyszli na prowadzenie. Husaria odpowiedziała jednak dokładnie tym samym – również wykorzystała okres gry z jednym zawodnikiem więcej i doprowadziła do remisu.

Kluczowy moment tej partii nastąpił kilka chwil później. Najpierw doskonałej okazji nie wykorzystał Tomek Hubner, którego akcję zatrzymał Dima Olejnikow. Piłka błyskawicznie powędrowała na drugą stronę boiska, a kontratak gospodarzy skutecznie wykończył Ruslan Petrijsia. W ten sposób Patrioci wyszarpali trzy punkty, choć przez sporą część spotkania to Husaria wydawała się być bliżej zwycięstwa.

Ekipa z Mokotowa z wielu powodów może być jednak sama na siebie zła. Jeden zawodnik więcej na ławce i mamy wrażenie, że dziś Husaria miałaby na swoim koncie trzy punkty więcej. Ba, nawet w takim składzie personalnym można było ten mecz spokojnie wygrać – wystarczyło wykorzystać którąś z okazji przy trzybramkowym prowadzeniu albo lepiej zarządzać przewagą. Zamiast tego przyszła bolesna porażka, która sprawia, że sezon dla Husarii jest już praktycznie skończony.

2
19:00

Już przed meczem podział ról zdawał się oczywisty. Goście są jak najbardziej w grze nawet o złoto, więc podejmując czerwoną latarnię ligi, zespół, który latem nie zdobył choćby punktu, było wiadomo, kto będzie faworytem, a kto underdogiem. Niestety, o ile jeszcze do pewnego czasu mogliśmy liczyć na „niepoczytalność futbolu” i jakąś niespodziankę, o tyle zawodnicy gości błyskawicznie wybili nam takie teorie z głowy, rozrywając całkowicie szyki obronne gospodarzy.

Gradobicie na sektorze C rozpoczęło się chwilę po 19:00 i trwało nieprzerwanie do godziny 20:00. „Różowi” co akcję dopisywali kogoś do klasyfikacji strzelców bądź asystentów, czego największym beneficjentem został Ruslan Yakubiv, który dzięki kapitalnej niedzieli jest samodzielnym i niezagrożonym liderem klasyfikacji kanadyjskiej. Sześć goli oraz dwie asysty pozwoliły mu wyrobić taką przewagę, która z dużą dozą prawdopodobieństwa pozostanie z nim aż do końca.

Wracając jednak stricte do przebiegu spotkania, już do przerwy mieliśmy „pozamiatane”, gdyż niesłychanie trudno byłoby w drugich dwudziestu pięciu minutach odwrócić wynik 1:6, który mieliśmy po pierwszej połowie. Gospodarze próbowali, jak mogli, ale „różowi” z minuty na minutę rośli w siłę i nakręceni szukali kolejnych liczb. Efekt? Wygrana różnicą aż czternastu goli – 16:2. Nie dziwota, że widząc, jak przebiega owo spotkanie, Na2Nóżkę w pewnym momencie mentalnie całkowicie siadło, co było wodą na młyn dla Force Fusion.

Dzięki zwycięstwu zespół gości pozostaje przy stole w grze o złote krążki w trzeciej dywizji letniej Ligi Fanów wraz z czterema innymi zespołami, zaś gospodarze latem zostali mocno pokiereszowani i poturbowani. W tym przypadku nazwa zespołu, po odejściu od tego ligowego stołu, będzie jak najbardziej adekwatna, a w górę może pójść niejeden kielich.

3
20:00

Spotkanie LaFlame Bielany ze Sportowymi Zakapiorami zapowiadało się niezwykle interesująco już przed pierwszym gwizdkiem. LaFlame zebrało na ten mecz naprawdę mocny skład, a obecność Kacpra Cetlina tylko potwierdzała, że gospodarze zamierzają podejść do spotkania na poważnie. Czy zrobiło to wrażenie na Zakapiorach? Patrząc na pierwszą połowę – absolutnie nie.

Sportowe Zakapiory od początku pokazały, dlaczego są tak niewygodnym rywalem. Nie przestraszyły się przeciwnika i bardzo konsekwentnie realizowały swój plan taktyczny. Czekały na błędy LaFlame, a kiedy tylko się pojawiały, bezlitośnie je wykorzystywały. Dwie zdobyte bramki były tylko częścią ich dorobku, bo goście stworzyli sobie jeszcze kilka bardzo dobrych okazji.

Ogromne słowa uznania należą się również Łukaszowi Walczukowi. Bramkarz Zakapiorów kilkukrotnie ratował swój zespół w naprawdę trudnych sytuacjach i przez długi czas pozwalał kolegom utrzymywać wypracowaną przewagę. Dzięki jego interwencjom LaFlame nie mogło złapać właściwego rytmu.

Po zmianie stron obie drużyny nadal trzymały się swoich założeń. LaFlame próbowało cierpliwie rozmontować defensywę rywali, a Zakapiory wciąż liczyły na błędy przeciwnika i szybkie wyjścia do ataku. Impas został w końcu przełamany, choć dla gości w najgorszy możliwy sposób – niefortunne trafienie samobójcze dało LaFlame kontakt i jednocześnie całkowicie zmieniło obraz spotkania. Gospodarze poczuli krew.

Od tego momentu defensywa Zakapiorów zaczęła coraz bardziej się kruszyć, a LaFlame nabierało rozpędu z każdą kolejną akcją. Gospodarze wykorzystali moment, przejęli inicjatywę i do samego końca konsekwentnie naciskali. Kolejne trafienia sprawiły, że z pozornie przegranego meczu zrobiło się przekonujące zwycięstwo 5:2.

Wynik może sugerować jednostronne spotkanie, ale zdecydowanie nie oddaje jego przebiegu. Zakapiory przez dużą część meczu były świetnie zorganizowane i przez długi czas miały LaFlame na widelcu. Z kolei gospodarze pokazali ogromny charakter i kapitalną reakcję po stracie pierwszych dwóch bramek.

Piękna pogoń za wynikiem, ale równie piękna postawa Zakapiorów. Takie mecze aż chce się oglądać częściej!

4
20:00

Ten mecz zapowiadał się nam na tyle gorący, pomimo panującej pogodowej aury, że prezes ligi Rafał Milewski postanowił oddelegować do tego spotkania aż dwóch sędziów, by temperatura tego starcia nie wymknęła się spod kontroli. Jeśli jednak chodzi o ten aspekt, jak się okazało – z dużej chmury mały deszcz. Obie ekipy zachowywały się wzorowo, w pełni oddając się tylko i wyłącznie przebiegowi spotkania. Dominującym aspektem była piłka i tylko piłka, co nas bardzo cieszy. Z drugiej strony: może lepiej dmuchać na zimne, a prewencja okazała się w pełni zasadna i zapobiegawcza?

Przejdźmy do samego meczu. Tu worek z bramkami otworzył Michał Kukulski, strzelając gola na 0:1. To jednak tylko podrażniło gospodarzy. Odpowiedź? Mocna, bo trzybramkowa, a jej autorami był genialny duet Zwariuk-Blank. 3:1 sprawiło, iż ekipa Michała Tarczyńskiego została postawiona pod ścianą i, chcąc na nowo dać sobie szansę w grze o medale, koniecznie musiała szukać wpierw wyrównania, a następnie przechwycenia spotkania.

I o ile za pierwszą próbą wyszło to tylko połowicznie, wszak na gola na 2:3 Elektro odpowiedziało trafieniem na 4:2, o tyle następny zryw był już tym doprawdy konkretnym. Za odrobienie strat wziął się przede wszystkim duet Olkowicz-Grabicki, który nadawał ton boiskowym wydarzeniom w drugiej części spotkania. Na efekty ich pracy nie trzeba było długo czekać. Przewaga gospodarzy topniała w ekspresowym tempie. 4:3, 4:4, 5:4 i 5:5. W pewnym momencie szala zwycięstwa ewidentnie została zachwiana, a wajcha w każdej chwili mogła zostać przerzucona na którąkolwiek ze stron.

W tej próbie nerwów zwycięski okazał się jednak wcześniej wspomniany duet. Genialny tego dnia Zwariuk, we współpracy ze świetnie wszem i wobec znanym Blankiem, na raty wcisnął gola KSB Warszawa II, choć Damian Pawlak między słupkami bramki KSB dwoił się i troił. Do czasu – skutecznie. Gospodarze gola na 6:5 zdobyli dosłownie w ostatniej chwili, a dzięki temu trafieniu dalej pozostają w grze o najwyższe laury – ku ich rozczarowaniu nie są przy tym w pełni zależni od siebie.

Co się zaś tyczy KSB Warszawa II, ponownie pokazali piłkarski pazur, a podium, choć bardzo możliwe, że zostało tym meczem przegrane, to „zieloni” udowodnili, iż jeśli tak się stanie, to tylko „o detale”. Poziom u góry był wszak bardzo wyrównany, a KSB także odpowiadało za rytm tej imprezy, która powoli już nam dogasa.

Reklama