reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualności
aktualności
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
SUPERBET CUP
Galeria
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga

RAPORT MECZOWY! 2. KOLEJKA - SEZON LATO 2025

O tym, jak bardzo druga kolejka różniła się od inauguracyjnej, najlepiej świadczy fakt, że aż 12 drużyn, które na start przegrały, tym razem odniosło zwycięstwo. I choć w niektórych ligach da się już wskazać faworytów, to są też takie poziomy rozgrywkowe, gdzie po niedzielnych meczach wszystko jeszcze bardziej się skomplikowało. I bardzo dobrze, bo emocji w Lidze Letniej nigdy za wiele!

Opisy meczów 2. kolejki czekają już na Was w raportach, w zakładce PODSUMOWANIE SPOTKANIA. Ale mamy też coś dla tych, którym nie chce się za dużo klikać, a których interesują relacje wyłącznie z meczów ligi w której grają. Wchodząc w menu konkretnego poziomu rozgrywkowego dodaliśmy opcję RELACJE MECZOWE. Wszystkie streszczenia znajdziecie tam w jednym miejscu :)
Życzymy Wam przyjemnej lektury!

1 Liga

Po tym, jak Korsarze ograli na inaugurację KSB Warszawa, wydawało nam się, że będą w stanie przeciwstawić się głównemu faworytowi do triumfu w 1. lidze. Zespół Zielona i Przyjaciele chyba przez wszystkich jest stawiany na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o mistrzostwo Ligi Letniej, jakkolwiek to spotkanie miało stanowić dla nich pewnego rodzaju test.

No i widząc wynik – można powiedzieć, że Sebastian Ignacak i spółka zdali go świetnie. Jednak rezultat 7:1 nie mówi nam o tej potyczce wszystkiego. Owszem, Zieloni byli lepsi, ale rywale też mieli swoje okazje, których nie zamieniali jednak na gole. Ogólnie mecz od samego początku był na dużym kontakcie. Tutaj nie było miejsca na przyjmowanie piłki, bo zaraz rywal był na twoich plecach.

Pierwszego gola zdobyli Zieloni, którzy po ładnej koronce i trafieniu Filipa Hryniewicza objęli prowadzenie. Korsarze mogli odpowiedzieć, mieli nawet sytuację sam na sam, tylko co z tego, skoro nawet w takich okolicznościach nie potrafili trafić w bramkę. To musiało się zemścić – za chwilę zrobiło się 2:0, potem po nieporozumieniu w ekipie Korsarzy było już 3:0 i stało się jasne, że niespodzianki nie będzie.

Mimo wszystko ekipa Bartka Kowalewskiego na drugą połowę wyszła z dużym animuszem. Chłopaki próbowali, być może mieli nawet więcej z gry, ale co z tego, jak celownik nadal był ustawiony fatalnie – a nawet gdy udawało się zmieścić piłkę w świetle bramki, to doskonale spisywał się Jakub Skowron. Z kolei Zieloni robili swoje i dopiero przy stanie 7:0 stracili gola, który – rzecz jasna – nie mógł tutaj nic zmienić.

Trochę nam szkoda Korsarzy – zwłaszcza ze względu na pierwszą połowę – ale jeżeli z takim przeciwnikiem i w tak ciasnym meczowym wyniku nie potrafisz wykorzystywać okazji, to konsekwencje muszą być bolesne. Zieloni i Przyjaciele wygrywają tym samym drugie kolejne spotkanie i – na nasze oko – jeśli ten skład będzie regularnie przyjeżdżał, nie ma w 1. lidze nikogo, kto mógłby im podskoczyć.

Ogień Bielany, po porażce w pierwszej kolejce, rozgrywał mecz z Warsaw Eagle, które również wróciło do domu na tarczy. Gospodarze na to spotkanie stawili się w bardzo okrojonym składzie i przez prawie całą pierwszą połowę grali bez zmian. Warsaw Eagle od pierwszych minut ruszyło do ataku i już w 5. minucie objęło prowadzenie.

Zawodnicy Ognia Bielany musieli racjonować swoje siły i skrupulatnie konstruować swoje ataki. W 12. minucie zdołali doprowadzić do wyrównania, jednak ich radość trwała krótko — kilka minut po stracie gola goście dopisali na swoje konto drugie trafienie. Upływające minuty coraz bardziej dawały się we znaki gospodarzom, którzy zaczęli opadać z sił. Zmęczenie rywala wykorzystali zawodnicy Warsaw Eagle, strzelając przed przerwą kolejne dwa gole.

Druga połowa rozpoczęła się od gola dla Ognia Bielany, który – pomimo zmęczenia – grał lepiej niż w pierwszej odsłonie. Goście, którzy pewnie prowadzili grę przez długi czas, nie potrafili pokonać bramkarza gospodarzy. Dopiero w 34. minucie powrócili na trzybramkowe prowadzenie.

Nieustępliwi w ataku gospodarze, na pięć minut przed końcowym gwizdkiem, zbliżyli się na dystans jednej bramki. Remis zaczął pachnieć w powietrzu. Nie chcąc dopuścić do podziału punktów, Warsaw Eagle ruszyło do ataku. Obie drużyny miały sporo okazji, by ten mecz zakończył się innym wynikiem, jednak to goście – minutę przed końcem – zdobyli gola na wagę zwycięstwa.

Ogień Bielany po dwóch kolejkach pozostaje bez choćby punktu, a Warsaw Eagle zdobyło swoje premierowe zwycięstwo w naszych rozgrywkach.

Istne starcie wagi ciężkiej przyniosła nam druga kolejka zmagań na Arenie AWF. Choć rywalizujące strony przystępowały do tej potyczki w nieco innych nastrojach – Kebavita po zdemolowaniu Warsaw Eagles, a FC Impuls UA zmęczony wywalczeniem przepustki do Ligi Mistrzów w Grecji i wcześniejszym remisem z Inferno Team – mecz ten stał piłkarsko na najwyższym poziomie.

Impuls szukał swoich szans po strzałach z trudnych pozycji i w kontratakach, Kebavita polegała na rozgrywaniu piłki z bramkarzem i szukaniu na boisku Christiana Nnamaniego. Żadna z ekip nie potrafiła znaleźć drogi do siatki przez prawie piętnaście minut, co pokazywało, w jak dobrej dyspozycji są piłkarze obu stron. Otwarcie nadeszło dość niespodziewanie, kiedy rzut z autu Tomasza Mika na gola zamienił Nnamani, a chwilę później osobiście przejął niecelne podanie bramkarza Impulsu, Mykoli Osichnyiego, i oddał strzał na „pustaka”. Kontaktową bramkę dla gości zdobył po rykoszecie Igor Petlyak, ponownie przywracając wiarę swoim kolegom z drużyny.

Druga odsłona zmagań również rozkręcała się stopniowo – mimo kilku ładnych akcji Impulsu, błysk geniuszu Azamata Qutpiddinova, który dostrzegł niepilnowanego Enesa Okcuoglu, pozwolił na podwyższenie prowadzenia Kebavity. Przy bramce na 4:1 ponownie przypomniał o sobie Nnamani, otrzymując podanie za plecy obrońców od Kamila Majorka i mijając bezradnego golkipera.

Nikt nie przewidziałby, że z tak komfortowego prowadzenia Kebavity może jeszcze wyniknąć tak szalony mecz. Za wślizg poza polem karnym bramkarz gospodarzy, Łukasz Kapusta, otrzymał żółtą kartkę, a na domiar złego strzał, który padł po rozegraniu podyktowanego w tej sytuacji rzutu wolnego, rękoma zablokował nowy nabytek Kebavity – Bolaji Showole – za co wyleciał z boiska z czerwoną kartką! Karnego pewnie wykorzystał Oleksandr Bilonozhko, ale jeszcze większym sprytem wykazał się potem Nnamani, który przelobował bramkarza strzałem ze środka boiska przy wznowieniu gry.

Zaczęło się prawdziwe szaleństwo – dublet Bohdana Ivaniuka, następnie odpowiedź Nnamaniego, niespodziewane wyrównanie za sprawą trafień Bilonozhki i Hrynova, i na koniec – triumfalne dwa gole niesamowitego tego wieczoru nigeryjskiego napastnika.

O tym meczu można dużo pisać – ale to trzeba było po prostu zobaczyć!

2 Liga

Choć Tonie Majami wygrało swój pierwszy mecz w Lidze Letniej – w przeciwieństwie do swojego oponenta – to nieco więcej szans w tym starciu dawaliśmy zawodnikom Eagles FC, którzy całkiem nieźle zaprezentowali się na tle faworyta rozgrywek, BM. Przed meczem byliśmy ciekawi pojedynku Mouada Tahiriego z Denisio Cheą, którzy błysnęli w pierwszej kolejce.

Mecz początkowo był wyrównany – obie ekipy badały się nawzajem – a strzelanie zaczęliśmy od… bramki samobójczej zawodnika Tonie Majami. Jednak nie podłamało to gospodarzy, którzy ruszyli do odrabiania strat. Błyskawicznie wyrównali, a parę minut później objęli nawet prowadzenie w meczu. Był to jednak ostatni moment, w którym Tonie Majami miało przewagę. Eagles FC odrobiło lekcję, skupiając się na wyłączeniu z gry Mouada Tahiriego, choć ten i tak zdążył do przerwy zdobyć dwie bramki. Pierwsza połowa zakończyła się remisem 3:3, choć jeżeli mielibyśmy wskazać drużynę, która prezentowała się lepiej, byłyby to Eagles. Sporo pracy w pierwszych 25 minutach miał Kacper Romanowski i gdyby nie jego interwencje, wynik byłby znacznie wyższy na niekorzyść jego drużyny.

Jednak i on nie był w stanie wybronić wszystkiego, co leciało w jego stronę – i druga część tego meczu była już o wiele bardziej jednostronna. Worek z bramkami rozwiązał się na dobre i po ponad 10 minutach drugiej odsłony podopieczni Hasanagny Gasimliego odskoczyli na prowadzenie 3:7. Właściwie stało się jasne, że gościom już nic złego w tym pojedynku się nie stanie. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 4:8, przy czym – co warto nadmienić – gospodarze w drugiej części ani razu nie trafili do siatki, a jedyny gol, jaki wpadł na ich konto, to było trafienie samobójcze rywala. Ekipie Tonie Majami ewidentnie brakowało większej jakości w ofensywie, zwłaszcza że napastnicy zacięli się na dobre po przerwie.

Natomiast Eagles FC potwierdziło, że jest bardzo ciekawym zespołem – i co najważniejsze – mocno wyrównanym, w którym odpowiedzialność za wynik rozkłada się na kilku graczy. Trudno jednoznacznie wskazać tu jednego czy dwóch liderów. Tak więc wygrana nad Tonie Majami może być początkiem fajnej przygody nominalnych gości.

Spotkanie Ukrainian Vikings – BM to kolejne starcie, jakie mogliśmy tego dnia oglądać na obiektach AWF. Mecz, który w pierwszej połowie rozpoczął się niezwykle wyrównanie, dobrze oddawał obraz gry, jaki obserwowaliśmy przez całą tę część spotkania.

Chociaż to zawodnicy BM mieli nieco więcej z gry, musieli być cały czas czujni, bo zabójcze kontry rywali regularnie przynosiły efekt bramkowy. Goście za sprawą Heorhii Pechnikova wyszli na dwubramkowe prowadzenie, a późniejsza wymiana cios za cios sprawiła, że ta odsłona zakończyła się wynikiem 3:5, dając nadzieję na równie emocjonującą drugą połowę.

Niestety – dla postronnego kibica – tak się nie stało. Po przerwie zawodnicy BM całkowicie zdominowali boisko, a ich przewaga z każdą minutą była coraz bardziej wyraźna. W tej części gry pierwszoplanową postacią był Yevhen Mushnin – autor aż czterech trafień w tym spotkaniu. Był bezlitosny dla rywali i zdecydowanie wyróżnił się w naszych oczach. Każda drużyna potrzebuje takiego zawodnika, na którym można oprzeć wykończenie akcji – a Yevhen bez wątpienia jest taką postacią. W ekipie gospodarzy widać było wolę walki – tego Vikingom nigdy nie brakowało i nie można im tego odmówić – ale piłkarsko to po prostu nie był ich dzień. Nawet bramka zdobyta z połowy boiska przez bramkarza Eduarda Vakhidova mogła być co najwyżej miłym akcentem na otarcie sportowych łez.

Wierzymy jednak, że Vikings szybko wrócą na właściwe tory – to wciąż bardzo jakościowa drużyna. Zespołowi BM natomiast gratulujemy pewnego zwycięstwa!

Mnóstwo emocji towarzyszyło starciu pomiędzy ekipami Ternovitsia i Rock’n’Roll Warsaw. Było wiele pozytywnych akcentów – piękne akcje, efektowne trafienia – ale niestety byliśmy też świadkami czegoś, czego w futbolu oglądać nie chcemy: licznych kłótni i kar indywidualnych w postaci upomnień.

Cztery żółte i jedna czerwona kartka to zdecydowanie dużo, jak na tak solidne drużyny, i nie spodziewaliśmy się, że dojdzie w tym meczu do takich sytuacji. Skupmy się jednak na tej pozytywnej, piłkarskiej stronie – bo ta, mówiąc wprost, zdecydowanie „dowiozła”.

Obie ekipy dały z siebie wszystko – widać było, że każdemu zależy na zwycięstwie. Długo utrzymywał się wynik remisowy, aż nadszedł moment kulminacyjny: czerwona kartka dla gospodarzy. Niepotrzebna sytuacja związana z obrazą sędziego po zwykłym faulu sprawiła, że Ternovitsia musiała przez pełne 10 minut grać w osłabieniu. Goście nie mieli problemów z wykorzystaniem tej przewagi. Gdy kara dobiegła końca, ekipa w złotych strojach miała już cztery gole przewagi.

Gospodarze próbowali jeszcze wrócić do gry w drugiej połowie, ale dobra postawa Rock’n’Roll Warsaw nie pozwoliła im realnie zagrozić wynikowi. Szczególnie Duet Voronov–Rakhmail błyszczał w tym spotkaniu – chłopaki łącznie brali udział przy zdecydowanej większości bramek swojej drużyny, pokazując wysoką klasę piłkarską. Ciągła wymiana ciosów sprawiła, że to właśnie goście zeszli z boiska z trzema punktami oraz bilansem trzech bramek na plus.

Ternovitsia musi z kolei przełknąć gorycz porażki. Gdyby nie gra w osłabieniu, na której stracili bardzo wiele, mogli w tym spotkaniu realnie powalczyć o punkty. A tak – trzeba było obejść się smakiem.

Zarówno Warszawska Ferajna, jak i After Wola musiały przełknąć gorzki smak porażki w inauguracyjnym meczu Ligi Letniej. Tym ważniejszy wydawał się bezpośredni pojedynek tych dwóch zespołów, bo z racji tego, że latem gramy jedynie siedem kolejek, kolejna strata punktów mogła oznaczać, że walka o wyższe cele zakończy się, zanim na dobre się rozpocznie.

Mobilizacja w ekipie gości była na znacznie wyższym poziomie niż tydzień wcześniej, natomiast team Kacpra Domańskiego stawił się bez nominalnego bramkarza, więc między słupkami musiał stanąć Patryk Nowicki. Miało to swoje plusy – Ferajna mogła dzięki temu tworzyć przewagę wysoko grającym golkiperem i początkowo ten plan nawet zdawał egzamin. Problemem było jednak wykończenie. Ferajna objęła co prawda prowadzenie, ale do wyrównania doprowadził Patryk Abbassi, lobując z własnej połowy wysoko wysuniętego Patryka Nowickiego. I to był największy minus obranej przez Ferajnę taktyki – niemal każda niedokładność w rozegraniu narażała gospodarzy na groźne kontry. W pierwszej połowie bilans wyszedł na niekorzyść Warszawskiej Ferajny – do przerwy schodzili przy wyniku 2:5.

Na drugą część dojechał już nominalny bramkarz Ferajny, ale nie odmienił on diametralnie gry swojego zespołu. Kolejny błysk formy zaliczył Patryk Abbassi, notując dwa kolejne trafienia i asystę. After Wola podwyższyła prowadzenie do 2:8. Mecz był już właściwie przesądzony, choć gospodarze walczyli do samego końca – chociażby o kolejne bramki. Dokonali zresztą jeszcze jednej zmiany w bramce i do ostatniego gwizdka oglądaliśmy otwarty, bardzo ofensywny mecz. Z tej strzelaniny zwycięsko wyszli goście – wynik 5:14 nie pozostawia złudzeń, kto był w tym spotkaniu lepszy.

Warszawska Ferajna ma spory materiał do analizy i przemyśleń, by w kolejnych meczach zaprezentować się po prostu lepiej. After Wola natomiast zdaje się wracać na właściwe tory i być może jest w stanie powalczyć o medale w tej edycji.

3 Liga

W drugiej kolejce drużyna GLK pewnie pokonała TI:EXILE 6:3, mimo że do przerwy na tablicy wyników widniał remis 2:2. Spotkanie zostało otwarte bardzo szybko – już w 4. minucie, za sprawą będącego w dobrej formie Arsieniego Vanickiego.

Obie ekipy postawiły na ofensywne podejście, co przyniosło aż cztery gole jeszcze przed zejściem do szatni. Po przerwie to jednak GLK przejęło inicjatywę i zdominowało rywala, zdobywając cztery bramki, które przesądziły o końcowym wyniku. Kluczową postacią tego starcia był Damian Sawicki, który zdobył bramkę po efektownej kiwce i mocnym uderzeniu z lewej nogi. Do tego dołożył aż trzy asysty i zasłużenie został wybrany najlepszym zawodnikiem meczu.

W ofensywie wspierali go Mateusz Grabowski – autor dwóch trafień i jednej asysty – oraz Maciej Kondraciuk, Mariusz Burzyński i Sebastian Dominiak, którzy również wpisali się na listę strzelców.

TI:EXILE walczyło ambitnie do samego końca, a na szczególne wyróżnienie zasłużył wspomniany wcześniej Vanicki – zdobywca dwóch goli i asysty. Trzecie trafienie dla gości dołożył Maxim Savoska, a dwie asysty zanotował Artsiom Charkas. Mimo kilku naprawdę groźnych akcji ofensywnych, drużyna TI:EXILE nie zdołała zatrzymać rozpędzonego GLK. Defensywa nie wytrzymała tempa i kosztowało to zespół bardzo cenne punkty.

Zwycięstwo plasuje GLK w środku tabeli 3. Ligi i podkreśla ich ofensywny potencjał, który może odegrać kluczową rolę w dalszej części sezonu. TI:EXILE miało swoje momenty – dobre wejścia, dryblingi, groźne sytuacje – ale w to słoneczne popołudnie wyraźnie zabrakło im sił w końcówce.

W meczu FC Pers z Defenders FC zobaczyliśmy naprawdę wyrównane starcie obu drużyn. Jako pierwsi do głosu chcieli dojść gracze w czerwonych koszulkach, którzy już w pierwszych 10 minutach stworzyli kilka okazji. Brakowało jednak ostatniego podania, a te zakończone strzałami dobrze bronił Saidzoufar Firdavsi.

Wynik otworzyli Persi po mocnym uderzeniu Asada Oybekzody przy krótkim rogu. Defendersi nie zamierzali jednak składać broni – i zaledwie trzy minuty później rozpoczął się pokaz duetu Kucharski–Dehoda. Pierwszy z nich wykończył akcję po asyście drugiego. Jeszcze przed przerwą FC Pers ponownie wyszło na prowadzenie po ładnej akcji Obidowa i Usmonowa. Ale odpowiedź była natychmiastowa – znów do głosu doszedł Kucharski, który po odbitej przez Dehodę piłce uderzył z woleja tuż przy słupku, doprowadzając do remisu.

Po zmianie stron Defendersi weszli na wyższy bieg i wyszli na prowadzenie 5:2. Wszystko za sprawą wcześniej wspomnianego duetu, a także trafienia Gajdy. Warto też odnotować asystę Lublińskiego, który uruchomił akcję... dalekim wyrzutem z własnego pola karnego!

Gospodarze jednak nie składali broni – mimo niekorzystnego wyniku i upływającego czasu. Najpierw Mati Musoev wykorzystał rzut karny, a chwilę później zaliczył asystę przy trafieniu Obidowa, które dało jego drużynie nadzieję na remis.

Do samego końca oglądaliśmy bardzo otwarte, pełne walki spotkanie. Nikt nie odstawiał nóg, a emocje sięgały zenitu. Nie obyło się bez ostrych spięć – efektem były dwie żółte kartki: pierwsza dla Dehody po ostrym wślizgu w 16. minucie, druga dla Oybekzody za spóźniony atak w 28. minucie. A to tylko niektóre ze stykowych sytuacji, które podgrzewały atmosferę. Ostatecznie wynik 5:4 na korzyść debiutantów w Lidze Fanów już się nie zmienił.

Po tym meczu obie drużyny znalazły się na przeciwnych biegunach. Defenders FC, z kompletem zwycięstw, wskoczyli na drugie miejsce i wyraźnie pokazują, że będą walczyć o najwyższe cele – nie zamierzają zdejmować nogi z gazu. FC Pers z kolei drugi raz z rzędu przegrywają różnicą zaledwie jednego gola. Z pewnością będą chcieli wreszcie przełamać złą passę i opuścić przedostatnie miejsce w ligowej tabeli.

Starcie dwóch kandydatów do medalu w 3. Lidze nie zawiodło oczekiwań. Dynamiczne, żywe i mądre piłkarsko spotkanie z obu stron, w którym nie brakowało emocji i okazji – oglądało się to jednym tchem.

Od pierwszych minut tempo było bardzo wysokie, a obie drużyny ruszyły odważnie – akcja za akcją, cios za ciosem. Skuteczniejsi okazali się jednak zawodnicy Niko, którzy już w 7. minucie prowadzili 3:0 dzięki świetnej aktywności Vladyslava Voronova. Ukraińska ekipa całkowicie zdominowała pierwszą część meczu i zasłużenie zbudowała sobie solidną przewagę. Z czasem Rodzina Soprano zaczęła grać odważniej, przejmowała inicjatywę i coraz częściej gościła pod bramką przeciwnika. Brakowało jednak wykończenia – sytuacji nie brakowało, ale zawodziła skuteczność. I choć przy stanie 3:1 wydawało się, że lada chwila padnie kontaktowy gol, to zamiast tego… Soprano straciło kolejną bramkę i do przerwy było 4:1 dla Niko.

Po zmianie stron kolejne trafienie dołożył Aleksandr Tarchonin, popisując się potężnym strzałem z rzutu wolnego – bez szans dla bramkarza. W drugiej połowie gra jeszcze bardziej się otworzyła, a Niko poszło za ciosem. Dubletami popisali się Avkhimovych, Tkachuk, Tarchonin i Voronov, którzy bezlitośnie wykorzystywali błędy rywali. Rodzina Soprano odpowiedziała golami Kuczewskiego i Chacińskiego, ale tego dnia to Niko było drużyną bardziej kompletną – dojrzalszą w grze, skuteczniejszą i po prostu lepszą.

Mimo wysokiego wyniku było to fajne widowisko, pełne akcji i dobrej piłki. Na ten moment Niko potwierdza swoją pozycję faworyta do złotego medalu. Rodzina Soprano mimo porażki również pokazuje duży potencjał – ten skład z pewnością jeszcze nie powiedział ostatniego słowa w walce o najwyższe cele.

W starciu AGS-u z Vikersonnem byliśmy świadkami prawdziwej deklasacji – gospodarze nie pozostawili złudzeń i pewnie sięgnęli po trzy punkty. Od samego początku ekipa Piotra Zmysłowskiego narzucała swoje warunki gry i kreowała więcej konkretów pod bramką rywali. Ukraiński zespół próbował zrekompensować sobie przegrywaną walkę o środek pola, rozgrywając piłkę z bramkarzem, Maksymem Shchurem, ale i to nie powstrzymało przeciwników przed szybkim „ustawieniem sobie” meczu.

Po trzynastu minutach gry na tablicy wyników widniało już 5:0 – po dubletach Krystiana Schodowskiego i Dominika Pikalskiego (gdyby nie blokujący piłkę na linii bramkowej Danylo Kononchuk, Pikalski miałby już hat-tricka) oraz trafieniu Mikołaja Krauzego. Ten ostatni podwyższył rezultat również osiem minut później, wykorzystując podanie wspomnianego Pikalskiego – i to pomimo tego, że koledzy nie wierzyli, iż zdobędzie się na taki akt altruizmu. Tuż przed przerwą zawodnicy w pomarańczowych strojach wreszcie odblokowali swoje celowniki za sprawą akcji Vadyma Butenki i Ivana Vovka, który dostrzegł błąd w ustawieniu Wiktora Stankowskiego i zdobył premierowego gola.

Otwarcie drugiej odsłony zmagań było dość zaskakujące – to goście zaczęli prezentować się lepiej, jakby chcieli kontynuować dzieło rozpoczęte tuż przed zmianą stron. Ich starania przyniosły efekt: Vovk po wyrzucie bramkarskim Serhiego Zaridze oraz Syrotiuk po asyście z rzutu rożnego doprowadzili do stanu 6:3. Ale od czego ma się takich asów jak Damian Kucharczyk i Filip Motyczyński! Panowie, wspólnie z Pikalskim, nie tylko znacząco ożywili grę całego zespołu, ale też wypracowali aż pięć bramek – wśród nich znalazły się choćby pięknej urody rzut wolny Kucharczyka czy jego trafienie z dystansu od słupka. Ostatni cios Vikersonnowi zadał ponownie Krauze, przechwytując spadającą piłkę i umieszczając ją w siatce precyzyjną „pasówką”. Taki koncert goli na pewno mocno podbudował morale AGS-u, co może pomóc drużynie utrzymać formę w nadchodzących kolejkach.

Z kolei podopiecznym Ihora Makhlaia druga porażka z rzędu niestety nie wróży nic dobrego w kontekście walki o najwyższe cele.

4 Liga

Patrząc na wynik 7:0, można by pomyśleć, że byliśmy świadkami jednostronnego i nudnego meczu. Nic bardziej mylnego. Choć Force Fusion odniosło w pełni zasłużone zwycięstwo, rezultat zupełnie nie oddaje realnego przebiegu spotkania ani walki, jaką stawił Legion. Ale po kolei.

Już od pierwszych minut to zawodnicy w purpurowych strojach nadawali ton grze. Szybko stworzyli sobie kilka stuprocentowych sytuacji, które jednak długo nie przynosiły efektu. Dopiero w 6. minucie udało się przełamać impas i otworzyć wynik. Z każdą kolejną minutą Force coraz bardziej przejmowało kontrolę, raz po raz zamieniając okazje na gole. Ogromna w tym zasługa lidera zespołu i MVP kolejki – Ruslana Yakubiva, który miał udział przy niemal każdej akcji ofensywnej swojej drużyny.

Legion nie pozostawał bierny – odpowiadał twardą, zdecydowaną grą, próbując odgryźć się kontrami, ale tego dnia nie wystarczyło to nawet do zdobycia honorowego trafienia.

Niestety, najbardziej pamiętny moment pierwszej połowy miał negatywny wydźwięk. W 8. minucie, po zderzeniu głowami, Piotr Szpilarewicz – jeden z liderów Force – doznał poważnego rozcięcia łuku brwiowego. Mimo krótkiego pobytu na boisku, zdążył jeszcze zanotować asystę. Na szczęście szybkiej pomocy udzielił mu Piotr Arendt, ale uraz wykluczył go z dalszej gry – konieczne było szycie rany.

Po przerwie oglądaliśmy zupełnie inny Legion – bardziej agresywny, ambitny i z pomysłem na grę. Ich ofensywa zaczęła stwarzać realne zagrożenie, ale tego dnia Bartosz Klimczak w bramce Force był nie do pokonania. Bronił pewnie, instynktownie i raz po raz ratował swój zespół przed stratą gola. Decydujący cios zadał Ruslan Yakubiv. Po nieudanej akcji pozycyjnej Legionu przejął piłkę, ruszył z błyskawiczną kontrą i pewnie pokonał bramkarza. W tym momencie wszelkie nadzieje na powrót do meczu zostały pogrzebane. Do końca spotkania obie strony grały ofensywnie, jednak ostatnie słowo ponownie należało do Yakubiva, który pięknym strzałem z rzutu wolnego ustalił wynik na 7:0.

Force Fusion rozpoczęło sezon z wielkim przytupem i jawnie zgłasza aspiracje mistrzowskie. Legion – mimo dotkliwej porażki – pokazał charakter i potencjał. Teraz czas na reset, analizę i powrót do walki o najwyższe cele.

Przed pierwszym gwizdkiem w parze Inferno Team II – Nieuchwytni wieszczyliśmy tym drugim dwucyfrówkę. Problem w tym, że to nie oni mieli tyle goli zdobyć, ale tyle stracić. Niestety, mimo całej sympatii do Marka Szklennika i jego ekipy, wiedzieliśmy, że poziom prezentowany przez rywali może być dla nich nieosiągalny.

Jednak zwłaszcza pierwsza połowa pokazała, że Nieuchwytni wzięli się do roboty po klęsce sprzed tygodnia i pokazali, że mogą być groźni. To oni rozpoczęli tutaj strzelanie i chociaż – jak się później okazało – było to ich pierwsze i jednocześnie ostatnie prowadzenie w meczu, to po premierowych 25 minutach przegrywali tylko 3:4. Owszem – rywale mieli więcej okazji, sam Bartek Kopacz oddał pewnie tyle strzałów co cała drużyna rywali razem wzięta, ale mimo wszystko byliśmy zbudowani postawą Nieuchwytnych. Sporo jakości do zespołu wprowadził Kamil Skwierczyński, defensywę dobrze trzymał Tomek Gaworski, no i ten zespół mógł mieć nadzieję, że tutaj wcale nie skończy się porażką.

Druga odsłona totalnie jednak te plany storpedowała. Przeciwnicy zaczęli grać szybciej, skuteczniej i od stanu 4:3 zdobyli pięć kolejnych goli. Było jasne, że tego już nie wypuszczą, a oznaką pewności w tej kwestii było wejście na plac Igora Patkowskiego, który zwykle przygląda się poczynaniom swoich podopiecznych z boku, a teraz spokojnie mógł wejść na boisku i kilka razy udało mu się nawet prosto kopnąć piłkę. Nieuchwytnym nie udało się uniknąć dwucyfrówki i w końcowym rozrachunku przegrali 4:13.

Mimo wszystko – są pewne powody do optymizmu po tej potyczce. Gdy była konsekwencja w grze i dyscyplina, to wyglądało to solidnie. Potem niestety wszystko się „rozeszło”. Co do Inferno – to dla nich był to raczej spacerek. Mieli wygrać, mieli to zrobić wysoko – i wszystkie te zadania wykonali jak na faworyta przystało.

W drugiej kolejce Letniej Ligi Fanów na 4. poziomie rozgrywkowym spotkały się dwa zespoły, które zaliczyły falstart na inaugurację sezonu. FC Dnipro United przegrało swój pierwszy mecz bez zdobycia bramki, natomiast FC Patriot uległ rezerwom Inferno 3:6. Stawka była więc oczywista – porażka w tym meczu mogła oznaczać szybki koniec marzeń o wyższych celach.

Obie drużyny wyszły na boisko w solidnych składach, co zapowiadało wyrównane starcie. Początek meczu był spokojny – z wyraźnym respektem do przeciwnika. Z czasem jednak przewagę optyczną zaczęli zyskiwać zawodnicy Patriota, którzy kontrolowali grę, ale... brakowało im konkretów w ofensywie. Tymczasem Dnipro, nastawione na kontry, wykorzystało jedną z nich – Denys Prokopenko otworzył wynik meczu na 1:0. Mimo dalszej przewagi w posiadaniu piłki ze strony Patriotów, to gospodarze byli skuteczniejsi. Kolejne gole dołożyli jeszcze przed przerwą – najpierw na 2:0, a następnie Viacheslav Hladyshev podwyższył na 3:0, czym wprawił w euforię całą ławkę Dnipro.

Po przerwie obie drużyny wyszły skoncentrowane i widać było, że kapitanowie wykonali dobrą robotę motywacyjną. Mimo to obraz gry niewiele się zmienił – Patriot naciskał, ale brakowało wykończenia. Z kolei Dnipro konsekwentnie realizowało swój plan: solidna defensywa i szybkie, bezlitosne kontry. Zakhari Mor i Kyrylo Kud byli w nich bardzo groźni, a defensywa Dnipro funkcjonowała jak dobrze naoliwiona maszyna. W 42. minucie było już 5:0 i losy meczu zostały rozstrzygnięte. Goście próbowali zdobyć chociaż bramkę honorową, ale tego dnia piłka po prostu nie chciała wpaść do siatki. Na zakończenie Oleh Ilnytskyi ustalił wynik meczu na 6:0 i to Dnipro United mogło cieszyć się z pierwszych trzech punktów w sezonie.

Brawo dla gospodarzy – po nieudanym początku sezonu wyciągnęli wnioski, uszczelnili obronę i zagrali bardzo dojrzale. FC Patriot natomiast wciąż czeka na premierowe punkty. Czasu nie ma wiele – sezon letni jest krótki, więc każdy mecz to niemal finał. Muszą szybko wrócić na właściwe tory, jeśli chcą jeszcze coś w tej edycji osiągnąć.

Mecze między drużynami z Ukrainy to często jedne z najbardziej emocjonujących spotkań w Lidze Fanów. Wszechobecna wola walki, techniczne umiejętności na wysokim poziomie i – co jeszcze ciekawsze – zwroty akcji towarzyszyły nam również w starciu Devilsów z Bullsami.

Już po niespełna minucie błąd bramkarza Diabłów przy wznowieniu gry sprezentował gola rywalom – niecelne zagranie golkipera trafiło pod nogi Vadima Churunkova, który uderzył w słupek, a piłkę do pustej bramki wbił Vladislav Sergieev. Zmotywowani gospodarze odpowiedzieli równie szybko – czujny Mykyta Sydorenko dobił strzał kolegi sparowany przez Vladislava Zhukova, doprowadzając do wyrównania. Przy tak licznych atakach obu stron bramkarze mieli mnóstwo pracy, ale spisywali się bez zarzutu.

Około 5. minuty świetna prostopadła piłka od Sydorenki otworzyła drogę do bramki Yehorowi Burii, który wyprowadził gospodarzy na prowadzenie. Goście nie dawali jednak za wygraną i – korzystając z błędnie wykonanego rzutu rożnego przez przeciwników – ruszyli z groźnie zapowiadającą się kontrą. Zatrzymał ją nieprzepisowo nowy nabytek UD, Dima Giczka, za co obejrzał żółtą kartkę. Mimo gry w osłabieniu, Ukrainian Devils zdobyli gola na 3:1 – i to w jakim stylu! Buria popisał się pięknym strzałem pod poprzeczkę. Emocji było co niemiara, a presja coraz mocniej udzielała się szczególnie goniącym wynik Bykom. Po obronionym przez Shepela rzucie karnym Ilyi Grunchaka wydawało się, że goście mogą stracić wiarę i spuścić głowy. Nic z tych rzeczy – po przerwie pokazali prawdziwy charakter.

Doprowadzenie do remisu po dublecie Arkadiego Kozenki tak sfrustrowało gospodarzy, że zaczęli popełniać niepotrzebne błędy. Jednym z nich było agresywne wejście Ruslana Drakona, za które obejrzał żółtą kartkę. Dekoncentrację i osłabienie rywali bezlitośnie wykorzystali zawodnicy FC Bulls – rzutem na taśmę, po trafieniach Churunkova i Grunchaka, sięgnęli po wymarzone trzy punkty.

To spotkanie tylko potwierdza, że los potrafi pisać najbardziej nieprzewidywalne scenariusze. Grunt to nie poddawać się i walczyć do końca – co piłkarze Byków udowodnili w najlepszy możliwy sposób.

5 Liga

Druga kolejka 5. Ligi kończyła się starciem Kresovii z KK Watahą. Obie drużyny od początku próbowały się wzajemnie wyczuć. Wataha stawiała na bezpośrednie zagrania długą piłką, natomiast zawodnicy Kresovii szukali swoich szans poprzez uderzenia z dystansu. Najczęściej kończyło się to jednak na stałych fragmentach gry.

Po 10 minutach nadszedł przełomowy moment – Aleksander Martyniuk zagrał kapitalną piłkę do Daniela Mikulicha, który w sytuacji sam na sam zachował boiskową przytomność i wyłożył futbolówkę Oleksandrowi Rohovyiemu, kończącemu całą akcję trafieniem na 1:0. Chwilę później Rohovyi najlepiej odnalazł się w zamieszaniu w polu karnym – zgrał głową wybicie obrońcy wprost do Mikulicha, a ten mocnym wolejem przy krótkim słupku podwyższył prowadzenie na 2:0. Gdy wydawało się, że gospodarze mają mecz pod kontrolą, do głosu doszła Wataha. Precyzyjne podanie Wojciecha Wolnego wykorzystał Miłosz Czernecki, który sprytnie zakończył akcję, zmniejszając straty. Do przerwy mieliśmy wynik 2:1.

Po zmianie stron Wataha poczuła, że może powalczyć o punkty. Cierpliwie budowali swoje akcje, co w końcu przyniosło efekt – wyrównujące trafienie na 2:2 autorstwa Mateusza Musińskiego. Ten gol podziałał jednak na Kresovię jak płachta na byka. Gospodarze rzucili się do ataku i szybko odzyskali kontrolę. Najpierw Martyniuk skompletował dublet po mocnym uderzeniu zza pola karnego, po asyście Mirosława Nowackiego, a chwilę później – po szybkiej kontrze – Rohovyi wyłożył piłkę Mikulichowi, który wpakował ją do pustej bramki. Na 5 minut przed końcem było już 4:2. Goście próbowali jeszcze wrócić do gry, ale ich akcjom brakowało dokładności. Udało im się jednak zdobyć jeszcze jedną bramkę – w ostatniej minucie Anas El Ansari przejął bezpańską piłkę i popisał się precyzyjnym strzałem tuż przy słupku z naprawdę pokaźnej odległości. Ostatecznie skończyło się wynikiem 4:3.

Zwycięstwo Kresovii wynosi ich na fotel lidera i jasne jest, że będą robić wszystko, by utrzymać tę pozycję – zwłaszcza że dysponują szeroką i zróżnicowaną kadrą. Wataha z kolei wciąż ma trzy punkty i równie wysokie ambicje, co zapowiada bardzo ciekawą walkę w dalszej części sezonu.

Mistrzowie Chaosu ligę letnią zaczęli od pewnego zwycięstwa, a Q-Ice – od niestety równie pewnej porażki. Ale mimo tych dwóch zdarzeń wcale nie byliśmy pewni, że nominalni gospodarze poradzą sobie tutaj w sposób niepodlegający dyskusji. Z drugiej strony – rywale byli pozbawieni choćby Ihara Bakuna i ich siła ofensywna była mniejsza niż zwykle. To miało przełożenie na wynik zwłaszcza w pierwszej połowie, bo Mistrzowie Chaosu, chociaż długo czekali, aż uda im się wstrzelić w bramkę, to po pierwszym golu było już łatwiej. Co prawda przy stanie 1:0 z rzutu wolnego wyrównał Vladyslav Andriutsa, ale potem Jakub Spławski i spółka zanotowali cztery trafienia z rzędu. Na te ciosy ekipa Q-Ice nie odpowiedziała, chociaż swoje okazje też miała. Tyle że brakowało kogoś, kto w kwestii zdobywania goli weźmie odpowiedzialność na siebie.

Na początku drugiej połowy Mistrzowie Chaosu nadal przeważali, ale dość niespodziewanie stracili gola po ładnej kombinacji przeciwników i nagle zaczęły się schody. Wówczas w tę dobrze funkcjonującą maszynę wdała się nerwowość, a rywal złapał wiatr w żagle – i ze stanu 5:1 zrobiło się tylko 5:4! Oddech Mistrzom dał... bramkarz Q-Ice Eduard Vakhidov, z którego za krótkiego podania skorzystał Tomek Faltynowski. Mimo to przegrywający się nie poddawali i jeszcze dwukrotnie zbliżali się do faworytów na odległość jednego trafienia. Ostatecznie zabrakło im i trochę czasu, i – mimo wszystko – trochę umiejętności. Ale przede wszystkim – za późno wzięli się w tym meczu do roboty, bo gdyby całą drugą połowę grali tak jak pierwszą, to kto wie, jakby to się skończyło.

Natomiast – chociaż mówi się, że zwycięzców się nie sądzi – to do ogródka Mistrzów Chaosu należałoby wrzucić kilka kamyczków, bo przez rozprężenie zafundowali sobie nerwową końcówkę. Najważniejsze jednak, że skończyło się happy endem i druga wygrana z rzędu w sezonie stała się faktem.

W drugiej kolejce piątego poziomu rozgrywkowego zderzyły się ze sobą dwie zupełnie odmienne filozofie gry – ofensywny futbol z dużą ilością indywidualnych popisów w wykonaniu warszawskiego Ajaksu oraz cierpliwość, stałe fragmenty i żelazna defensywa Oldboys Derby.

Gospodarzom w szybkim objęciu prowadzenia nieustannie przeszkadzał broniący dostępu do bramki żółto-czerwonych Rafał Wieczorek. Na ich szczęście z pomocą przyszła jednak kontra wyprowadzona przez Adama Bogusza, którą na gola zamienił – a jakże – Bartek Kopacz. Oldboysi wysyłali sygnały, że wynik niedługo może się zmienić, ale ich próby – jak choćby ta Jana Domaniewskiego głową – nie trafiały nawet w światło bramki. Po przetrwaniu rosnącego naporu ze strony Ajaksu, goście w końcu wykorzystali swój moment – rzut z autu Piątkowskiego trafił wprost na głowę młodszego z rodziny Łukasiewiczów. W krótkim odstępie czasu ten sam zawodnik wywalczył i wykorzystał rzut karny, którego zasadność była mocno kwestionowana przez gospodarzy. Mimo sporej frustracji Long Kevin Tran i spółka zdołali dwukrotnie przedrzeć się przez defensywę gości – ponownie za sprawą Bogusza i Kopacza – obejmując prowadzenie. Boiskowy spryt i odrobina szczęścia wciąż jednak sprzyjały gościom. Złe ustawienie bramkarza Mateusza Nowaka wykorzystał Łukasiewicz, kompletując hat-tricka bezpośrednio z rzutu rożnego, a dwie minuty później po rykoszecie piłkę do siatki skierował Marcin Chmielewski.

Druga połowa przypomniała nam o klasie Rafała Wieczorka, który zanotował trzy kluczowe interwencje z rzędu. Niestety, wobec fatalnego krycia przy rzucie rożnym był już bezradny – i tak na listę strzelców wpisał się Natan Czyżewski.

Ku rozpaczy Oldboysów ich bramkarska ostoja musiała opuścić boisko po zderzeniu z Boguszem, który został ukarany żółtą kartką. Piątkowski, który zastąpił Wieczorka między słupkami, spisywał się bardzo solidnie, ale przewaga Oldboysów wyraźnie zaczęła topnieć – mimo że znów wyszli na prowadzenie po czwartej bramce Łukasiewicza.

Do końca spotkania strzelali już tylko gospodarze – i tak ze stanu 4:5 zrobiło się 7:5, dzięki czemu to właśnie Ajaks sięgnął ostatecznie po trzy punkty.

6 Liga

W różnych nastrojach przystępowały ekipy Alash FC i Gentleman Warsaw Team do bezpośredniej potyczki. Pierwsi zdążyli już otworzyć dorobek punktowy, drudzy nie – a przecież Gentlemani na pewno mieli chrapkę na podium w sezonie letnim. Żeby te marzenia nie stały się mrzonką, tutaj trzeba było pokusić się o wygraną – na którą jednak początkowo totalnie się nie zapowiadało.

To ekipa z Kazachstanu weszła zdecydowanie lepiej w to spotkanie i po dwóch trafieniach Nurlykhana Yessenzhana prowadziła 2:0. I miała okazję, by było jeszcze wyżej, bo różnica w szybkości budowania akcji i kreacji była zdecydowanie po stronie gospodarzy. Gentlemani musieli się szybko obudzić, a sprawy w swoje ręce wziął Paweł Domański. To jego dwa gole, niemalże z niczego, spowodowały, że wynik został wyrównany, a spotkanie zaczęło się niejako na nowo.

W drugiej połowie zaczęło się od błędu bramkarza Alash, który tak wykopywał piłkę, że praktycznie nabił nią Sebastiana Bartosika. Kazachowie szybko jednak wyrównali na 3:3, a potem mecz wyglądał tak, że jedni i drudzy mieli swoje sytuacje. Co więcej – te bardziej klarowne, gdzie wystarczyło tylko dobrze dołożyć nogę, mieli gracze Alash FC, lecz fatalnie pudłowali. No i to się na nich zemściło – najpierw kolejnego gola zdobył dla Gentlemanów Sebastian Bartosik, potem po kontrze zrobiło się 3:5, i chociaż w tzw. międzyczasie okazji dla Kazachów nie brakowało, to nic nie chciało wpaść.

A Gentlemani byli bardzo konsekwentni, szczególnie biorąc pod uwagę skuteczność – i finalnie zamknęli mecz w stosunku 6:3. Biorąc pod uwagę, jak ten mecz wyglądał, to zwycięstwo musi cieszyć. Nie odważylibyśmy się bowiem napisać, że byli tutaj drużyną lepszą. To nie. Zdecydowanie za to byli bardziej skuteczni – a o to przecież chodzi w piłce. Alash z kolei musi czuć zawód, bo gdyby w tym meczu dysponował napastnikiem z prawdziwego zdarzenia, to wynik mógłby być odwrotny. I chyba warto nad tą pozycją pomyśleć w obliczu kolejnych spotkań, bo ta ekipa umie grać w piłkę – tylko musi to udowadniać golami.

Wczorajsi FC w swoim zeszłotygodniowym debiucie na naszych boiskach posmakowali goryczy porażki. W drugiej kolejce mierzyli się z Hiszpańskim Galeonem, który po wysokiej wygranej w pierwszej serii gier zasiadał na fotelu lidera. Gospodarze wyciągnęli wnioski z inauguracyjnego występu i na ten mecz stawili się w szerokim składzie.

Kiedy sędzia odgwizdał początek spotkania, dźwięk gwizdka nie zdążył jeszcze dobrze wybrzmieć, a Wczorajsi już objęli prowadzenie. Jakub Erbel wykorzystał podanie od Davisa Chaterera i zmusił chwilowo grającego w bramce Jędrzeja Skawina do wyciągnięcia piłki z siatki. Gdy pomiędzy słupkami Galeonu pojawił się Artur Pręgowski, gospodarze długo nie mogli go pokonać. Cały mecz był pojedynkiem dwóch bramkarzy – obydwaj wielokrotni udowadniali swój kunszt, choć – jak to w futbolu – nie wszystko dało się obronić. W 7. minucie goście po wielu staraniach zdołali doprowadzić do remisu, a wynik 1:1 nie uległ już zmianie do końca pierwszej połowy – głównie za sprawą znakomitych interwencji golkiperów. Wyrównana gra stawała się z minuty na minutę coraz twardsza, a emocje zaczęły buzować. Na szczęście nie doszło do eskalacji.

Drugą część spotkania lepiej rozpoczęli zawodnicy Galeonu – już w 28. minucie po raz pierwszy wyszli na prowadzenie. Obie drużyny miały jeszcze dogodne sytuacje, ale celowniki nie były ustawione optymalnie. Na około 13 minut przed końcem Wczorajsi nie wykorzystali gry w przewadze jednego zawodnika i wydawało się, że goście dowiozą skromne zwycięstwo do końca. Kluczowe okazały się jednak ostatnie cztery minuty, które w pełni należały do gospodarzy. Najpierw Davis Chaterera pokonał Pręgowskiego, a chwilę później Konrad Zygarski zapewnił Wczorajszym pierwsze zwycięstwo w rozgrywkach.

Dzięki tej wygranej – i pozostałym wynikom na tym poziomie – wszystkie zespoły mają po dwóch kolejkach taką samą liczbę punktów. Tylko różnica bramek sprawiła, że Wczorajsi zamykają tabelę, a Hiszpański Galeon… wciąż pozostaje liderem.

Gamba Veloce – FC Olimpik to starcie, które oglądaliśmy w minioną niedzielę w 6. Lidze Fanów. Spotkanie zapowiadało się naprawdę interesująco – obie ekipy miały dosyć szerokie kadry, więc o tempo meczu oraz emocje raczej nie musieliśmy się martwić.

No i właśnie tu dochodzimy do samego spotkania  – które niby było emocjonujący, ale jednak nie do końca. Już na samym początku spotkania drużyna Olimpiku, po przejęciu piłki i szybkim kontrataku, wyszła na prowadzenie. Autorem trafienia był Serhii Novakovskyi. To nie był jednak koniec problemów Gamby Veloce – chwilę później kolejne dwa gole dla gości dołożył Diachenko. Gospodarze zabrali się za odrabianie strat, a bardzo ładnym trafieniem popisał się Filip Wolski – autor wszystkich bramek dla swojej drużyny w tym meczu. Niestety dla nich, Olimpik błyskawicznie odpowiedział kolejnym golem i pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 1:4.

Druga odsłona to mądre, wyrachowane granie w defensywie drużyny gości oraz znakomita postawa w bramce Mykoli Semeniuka. Bramkarz Olimpiku dwoił się i troił – przyciągał piłki jak magnes i niemal zaczarował swoją siatkę, kapitulując przez całe drugie 25 minut tylko raz. Z kolei Gamba robiła, co mogła, by zdobyć kolejne bramki, ale ich skuteczność – delikatnie mówiąc – pozostawiała wiele do życzenia. Polegali głównie na przebłyskach geniuszu Filipa Wolskiego, który rozegrał naprawdę dobre spotkanie, ale zdecydowanie brakowało mu wsparcia w ofensywie.

Pod koniec meczu gra niestety nieco się zaostrzyła, czego efektem były dwie żółte kartki. Nie przeszkodziło to jednak ekipie Olimpiku w zdobyciu piątej, decydującej bramki, która ostatecznie zamknęła tę potyczkę.

Mecz 6. Ligi pomiędzy KS Centrum a A.D.S. SCORPION'S długo balansował na granicy niedosytu, by w drugiej połowie eksplodować lawiną bramek.

Pierwsza część spotkania to festiwal niewykorzystanych okazji. Obie ekipy stwarzały sytuacje, ale brakowało im precyzji, zimnej krwi lub zwyczajnie szczęścia. Świetne interwencje bramkarzy i obrońców skutecznie blokowały próby ofensywne, a widzowie mogli się tylko zastanawiać, kto pierwszy znajdzie sposób na przełamanie impasu. Wreszcie w 10. minucie Pijasiuk dał prowadzenie Skorpionom, ale tuż przed 20. minutą, po rzucie rożnym, Ciołek wyrównał i do przerwy mieliśmy remis 1:1.

Druga połowa to już zupełnie inna historia. W zaledwie kwadrans KS Centrum zdemolowało przeciwnika, zmieniając wynik z 1:1 na… 9:1! Kluczowa była intensywność – agresywny pressing, szybkie przejścia do ataku i zmuszenie rywala do serii błędów. Bembas, Ciołek, Goc i Wojda byli architektami tej demolki – kreowali niemal każdą groźną akcję, zamieniając je na kolejne trafienia. Skorpiony nie odpuściły, próbowały odgryzać się w końcówce i udało im się zdobyć kilka bramek. Niestety – za późno. Po drodze zanotowali też kilka fatalnych pomyłek przy strzałach, a niektóre nieporozumienia między zawodnikami tylko pogłębiały frustrację.

Co ciekawe, po dwóch kolejkach wszystkie osiem drużyn w 6. Lidze mają po 3 punkty. To zwiastuje niesamowicie wyrównaną walkę i wielkie emocje w następnych kolejkach.

7 Liga

W starciu Iglicy z Lisami Bez Polisy zdecydowanym faworytem byli podopieczni Radka Sówki, którzy wygrali swoje pierwsze spotkanie w Lidze Letniej. Ich rywale natomiast zaliczyli spory falstart, przegrywając w ostatnich minutach z NieDzielnymi.

O dziwo, spotkanie lepiej rozpoczęli właśnie zawodnicy Roberta Prządki – choć głównie za sprawą rywala, który skierował piłkę do własnej bramki. Niezrażeni tym faktem, zawodnicy Iglicy cierpliwie budowali swoje akcje i przez cały mecz kontrolowali wydarzenia na murawie. Najpierw Kacper Kubiszer doprowadził do remisu, następnie na 2:1 trafił Mateusz Sinior, a gdy wynik na 3:1 podwyższył Adam Dźwigała, można było powiedzieć, że dla Iglicy było już „z górki”. Do przerwy prowadzili 4:1 i choć Lisy od czasu do czasu próbowały atakować, nikt nie spodziewał się, że w drugiej połowie dojdzie do takiej deklasacji.

Tymczasem po zmianie stron Iglica całkowicie zdominowała przeciwnika, który miał ogromne problemy z przedostaniem się pod pole karne Dawida Sówki. Ten zresztą w całym meczu miał zaledwie kilka interwencji. Lisom brakowało pomysłu, a chyba też odpowiednich wykonawców w ofensywie. Takiego problemu nie miała Iglica, która w drugiej połowie zaaplikowała rywalom aż dziesięć bramek, nie tracąc przy tym żadnej. Co ciekawe – choć mecz zakończył się wynikiem 14:1 – to wszystkie piętnaście bramek było autorstwa zawodników Iglicy (wliczając samobója). Było to w pełni zasłużone zwycięstwo graczy w czarnych koszulkach. Iglica tym samym staje się jednym z głównych kandydatów do mistrzostwa.

A Lisy? Cóż – muszą jak najszybciej znaleźć receptę na obecną formę, bo w przeciwnym razie to lato może być dla nich drogą przez mękę...

Świetne spotkanie zaserwowali nam gracze Interu oraz Warsaw Pistons. Odważnie i ofensywnie zaczęli goście, którzy szukali swoich szans pod bramką rywali. Najskuteczniejszy okazał się Piotr Kanclerz – po mocnym uderzeniu z dobitki zaskoczył bramkarza Interu i otworzył wynik meczu.

Jednak Pistons szybko stracili inicjatywę. Dwa szybkie ciosy zainicjował Serhii Shevelev – najpierw, po znakomitym dryblingu, uderzył z ostrego kąta po dalszym słupku, a chwilę później asystował przy trafieniu swojego imiennika – Serhii Melkozorova. Ten drugi jeszcze przed przerwą podwyższył wynik na 3:1, pewnie kończąc podanie Pawlo Danko.

Po przerwie żadna z drużyn nie zamierzała składać broni. Swój znakomity występ rozpoczął Kacper Romanowski, trafiając przy słupku po podaniu Kanclerza. Chwilę później do wyrównania doprowadził Paweł Nowak, strzelając zza pleców obrońców. W zespole Interu wyróżniał się tego dnia Melkozorov, który pokazał niesamowicie ułożoną nogę – wykończył aż cztery sytuacje i był kluczową postacią w ofensywie swojej drużyny.

Przełomowy moment nastąpił w 38. minucie, kiedy to Paweł Nowak nie przebierał w słowach w kierunku sędziego i został wyrzucony z boiska. Wydawało się, że mecz został rozstrzygnięty – Inter miał przewagę jednego zawodnika aż do końca spotkania. Tymczasem to Kacper Romanowski wziął sprawy w swoje ręce – trzykrotnie trafił do siatki i raz asystował Rogulskiemu, wyprowadzając Pistons na prowadzenie 7:5. W międzyczasie odpowiedział jeszcze Shevelev, a końcówka spotkania zapowiadała się niezwykle emocjonująco.

I rzeczywiście – Inter się nie poddał. Zespół wrócił z dalekiej podróży, a na minutę przed końcem spotkania wyrównał wynik Oleksandr Kochanowskyi. Wszedł z impetem przed pole karne i perfekcyjnie uderzył w długi róg bramki. Wynik końcowy: 7:7. To było wspaniałe widowisko – dwie drużyny atakujące, grające z pasją i idące łeb w łeb przez całe spotkanie.

Remis sprawił, że po dwóch kolejkach obie ekipy plasują się w strefie spadkowej – mają po jednym punkcie. Ale z taką determinacją, jaką pokazali w tym meczu, widać wyraźnie, że będą walczyć w każdym spotkaniu do samego końca!

Co za emocje i co za niesamowite spotkanie oglądaliśmy od 22:00 w minioną niedzielę! Mecz pomiędzy BRD Young Warriors a Dynamo Wołomin może i nie zawsze stał na najwyższym piłkarskim poziomie, ale ile było w nim zwrotów akcji – to była prawdziwa gratka dla kibiców!

Spotkanie rozpoczęło się od piekielnie mocnego uderzenia zespołu gości. Natchnieni okrzykami kibiców i kolegów z drużyny, zawodnicy w białych koszulkach grali jak natchnieni, co szybko przełożyło się na wynik – prowadzili aż 3:0! Autorem wszystkich trafień był Mikołaj Matera – niezwykle zwinny i dynamiczny zawodnik, który przez cały mecz był najbardziej wyróżniającą się postacią ofensywy Dynama. To właśnie on dał pierwszy sygnał, że jego drużyna przyszła po zwycięstwo. Ale zawodnicy gospodarzy nie zamierzali się poddać. Walczyli dzielnie o powrót do meczu – i co najlepsze, udało im się to. Najpierw w pierwszej połowie trafienia zanotowali Zawada i Nowicki, a chwilę później Zawada dołożył kolejnego gola. Mieliśmy remis!

Radość gospodarzy nie trwała jednak długo – za sprawą odważnego rajdu Michała Matyi, Dynamo ponownie objęło prowadzenie. Ale i ten rezultat nie utrzymał się długo – gospodarze, dyrygowani przez aktywnego Pawła Naszkiewicza, znów doprowadzili do remisu. Wydawało się, że ta heroiczna pogoń BRD Young Warriors przyniesie im choćby jeden punkt, a Dynamo – mimo świetnego początku – straci mecz, który mieli już niemal w garści. Ale wtedy do akcji znów wkroczył Matyja. Przyjął piłkę, zastawił się jak profesor i perfekcyjnie wykończył decydującą akcję. Sędzia od razu po tym trafieniu zakończył spotkanie. Ostatnia akcja meczu dała gościom trzy punkty w niesamowitych okolicznościach – za co należą im się ogromne gratulacje!

Na duże słowa uznania zasługują też zawodnicy gospodarzy. Nie poddali się ani na moment, odrobili trzybramkową stratę i walczyli do samego końca. Byli bardzo blisko, ale – niestety – taka jest piłka. Tym razem czegoś ostatecznie zabrakło, by cieszyć się choćby z remisu.

Spotkanie między Heavyweight Heroes a NieDzielnymi zapowiadało się bardzo interesująco, szczególnie ze względu na kontrast nastrojów przed meczem. Herosi niespodziewanie przegrali z Dynamem Wołomin, co było jedną z większych sensacji kolejki. Tym razem jednak zawodnicy w białych koszulkach wyszli na boisko z jasnym celem: udowodnić, że poprzednia porażka była jedynie wypadkiem przy pracy. I trzeba przyznać – zrobili to w świetnym stylu. Niedzielni z kolei przystępowali do spotkania w dobrych humorach po zwycięstwie nad Lisami Bez Polisy.

Od pierwszych minut to podopieczni Daniela Dudzińskiego ruszyli z intensywnym pressingiem, który przyniósł efekt błyskawicznie – Płonowski zablokował podanie bramkarza, a piłka wpadła do siatki. Niedzielni odpowiedzieli trafieniem Godyńskiego, ale już chwilę później Płonowski ponownie dał prowadzenie Heroes. Od tego momentu Herosi nie oddali już inicjatywy. Choć gra była otwarta, przewaga należała do faworytów. NieDzielni starali się nadążyć, zdobywali kolejne bramki, ale nie byli w stanie znaleźć rytmu ani skutecznie zatrzymać rozpędzonych rywali. Do przerwy mieliśmy wynik 6:3, który wciąż dawał nadzieje na emocje w drugiej połowie.

Po zmianie stron tempo nie spadło – sytuacje pod obiema bramkami, dobre interwencje Marcina Aksamitowskiego i Artura Macka, a publiczność mogła cieszyć się widowiskiem. Wszystko jednak zmieniło się w 41. minucie. W ciągu zaledwie czterech minut Heavyweight Heroes zdobyli trzy bramki, definitywnie zamykając spotkanie.

Zespół w świetnym stylu zrehabilitował się za wpadkę sprzed tygodnia, pokazując charakter i ofensywną siłę. Niedzielni natomiast nie zdołali pójść za ciosem po pierwszym zwycięstwie – tym razem to oni musieli przełknąć gorycz porażki.

Facebook

Reklama

Tabela

Social Media

Youtube

Reklama