Sezon Lato 2026
Relacje meczowe: 7 Liga
Zespół gospodarzy, patrząc na dotychczasowe dokonania teamu gości, tudzież w zasadzie ich brak, mógł być spokojny o trzy kolejne ligowe oczka. My jednak nie bylibyśmy tak pewni finałowego rozstrzygnięcia, zapowiadając ten mecz. Widzieliśmy, iż w zespole gości w trzech ostatnich seriach gier coś – mówiąc kolokwialnie – kliknęło, a serie gier numer pięć oraz sześć to po prostu był brak szczęścia. Zdziwić się mogło Shitable, widząc, że drużyna, która na kolejkę przed końcem ma... mniej punktów niż przed początkiem zmagań – mianowicie minus jeden – nagle mobilizuje aż trzynastoosobowy skład. Zespół gości wyglądał więc bardziej, jakby tego dnia był zebrany na grę o pierwsze miejsce, a nie o... pierwsze zwycięstwo. Tym większy szacunek dla teamu WinCars za tak honorowe podejście do sprawy.
Mimo tego dość zaskakującego obrotu spraw to jednak gospodarze dość szybko objęli prowadzenie 1:0, a chwilę później 2:0. Wydawało się, że w przypadku Shitable zastosowanie znajdzie piłkarska maksyma, że nie ilość, a jakość jest decydująca. Z biegiem czasu szeroki kadrowo zespół gości zaczął jednak dawać o sobie znać, a liczba rotacji dawała dodatkowe pole do manewru. Bramka kontaktowa na 1:2 może i była jeszcze odebrana jako dzieło przypadku, ale kiedy goście doprowadzili do wyrównania, a następnie zaczęli odjeżdżać, zdobywając bramki na 2:3, 2:4, 2:5 oraz 2:6, było wiadomo, iż jest już po zabawie.
Gol na 3:6 dla Shitable okazał się przysłowiową łyżką miodu w beczce dziegciu, a ukraiński team gospodarzy musiał – mimo wszystko pewnie dla większości dość nieoczekiwanie – uznać wyższość gości. WinCars swoją postawą od kilku kolejek zasłużyło na to zwycięstwo, a w ostatnią niedzielę dzięki golom Leschuka, Trockiego, Sivaka czy Khilhory udało się to zmaterializować, zdobywając tym samym, po sześciu porażkach z rzędu, pierwszy komplet punktów. Pozwolił on chociaż w minimalnym stopniu odzyskać twarz ekipie WinCars, za co jej chwała.
Dla zespołu gospodarzy z kolei to spotkanie nie miało już większego znaczenia w kontekście progresu w ligowej tabeli, także nie ma co rozdzierać szat, tylko skupić się na nowym sezonie, który już za rogiem!
Spotkanie Wczorajszych z Inferno III mogło zakończyć się sporą niespodzianką. Przez większą część meczu to gospodarze wyglądali na drużynę lepszą, bardziej konkretną i przede wszystkim skuteczniejszą. Inferno długo nie potrafiło znaleźć odpowiedzi na ich sposób gry, a Wczorajsi bardzo dobrze wykorzystywali swoje momenty.
Do przerwy prowadzili zasłużenie 3:2, a chwilę po zmianie stron dołożyli kolejne trafienie i zrobiło się 4:2. Duża w tym zasługa Basiaka i Dąbrowskiego, którzy byli niezwykle aktywni w ofensywie i obaj skompletowali po dublecie. Wydawało się, że Wczorajsi są na najlepszej drodze do sprawienia niespodzianki.
Inferno III nie zamierzało jednak składać broni. Spory wpływ na grę gości miał również ich bramkarz, który przez całe spotkanie bardzo aktywnie podpowiadał zawodnikom z pola i pomagał im organizować grę. Przy wyniku 4:2 potrzebny był jednak ktoś, kto pociągnie zespół za sobą.
Wtedy do głosu doszedł Ernest Bąkowski. Jego charakter, walka o każdą piłkę i ogromna determinacja sprawiły, że Inferno zaczęło wierzyć w odwrócenie losów tego spotkania. Bąkowski nie tylko napędzał swoich kolegów, ale również dołożył konkretne liczby - dwie bramki i dwie asysty w całym meczu. To właśnie jego postawa była jednym z najważniejszych elementów wielkiego powrotu Inferno.
Goście rzucili wszystko na jedną kartę. Z każdą kolejną minutą coraz mocniej naciskali, a Wczorajsi zaczęli tracić kontrolę nad spotkaniem. To, co jeszcze chwilę wcześniej wyglądało na pewne zwycięstwo gospodarzy, zamieniło się w prawdziwy thriller. Inferno III walczyło praktycznie do utraty tchu i w samej końcówce dokonało rzeczy, która jeszcze przy wyniku 4:2 wydawała się niemal niemożliwa. Goście odwrócili losy spotkania i ostatecznie wygrali 5:4.
Wczorajsi mogą mieć ogromny niedosyt, bo przez znaczną część meczu byli zespołem lepszym i mieli zwycięstwo praktycznie w swoich rękach. Inferno pokazało jednak coś, czego w piłce nie da się wytrenować - charakter. I właśnie dzięki niemu zabrało gospodarzom zwycięstwo dosłownie sprzed nosa.
Wspaniałe widowisko na zakończenie sezonu zgotowały nam zespoły Siwy Koń oraz Tirowcy, prezentując odważny i niezwykle ofensywny styl gry. Spotkanie było otwarte chociażby ze względu na fakt, że obie ekipy nie grały już praktycznie o nic. Tirowcy zapewnili sobie wcześniej wysoką, trzecią lokatę w ligowej tabeli, zaś gospodarze nie mieli już realnych szans na znaczący awans. Efektem takiego podejścia było starcie, podczas którego kibice obejrzeli aż szesnaście trafień, a żadna ze stron ostatecznie nie zdołała przechylić szali zwycięstwa na swoją korzyść.
Worek z bramkami rozwiązał się dopiero w ósmej minucie za sprawą Adriana Skrebutenasa, który wykorzystał dogranie kolegi i skierował piłkę do pustej bramki. Jak się później okazało, był to dopiero początek jego świetnego występu, zakończonego hat-trickiem. Gospodarze nie pozostali dłużni i błyskawicznie odpowiedzieli, wychodząc na prowadzenie dzięki trafieniom Macieja Morry oraz Jurija Pijasiuka.
Po utracie przewagi Tirowcy szybko się otrząsnęli i zdominowali pozostałą część pierwszej połowy, zdobywając jeszcze cztery bramki. Na szczególne wyróżnienie zasługiwała współpraca duetu Jędrasik–Kucharski. Obaj zawodnicy świetnie się rozumieli, regularnie szukali siebie na boisku i napędzali kolejne ataki swojego zespołu. Do przerwy goście prowadzili 5:3.
Po zmianie stron Tirowcy jeszcze powiększyli przewagę i, patrząc na dotychczasowy przebieg spotkania, wydawało się, że są już na najlepszej drodze do przypieczętowania kolejnego zwycięstwa. Piłka nożna po raz kolejny pokazała jednak, że niczego nie można być pewnym do ostatniego gwizdka. W końcowej fazie meczu gościom zaczęło brakować sił, a Siwy Koń wyczuł swoją szansę i ruszył do szaleńczej pogoni.
Gospodarze zdołali odrobić aż trzy bramki straty. Dwukrotnie w sytuacjach sam na sam bezbłędnie zachował się Kurhanski, a fantastyczny comeback dopełniło piękne uderzenie Izotova z dystansu. Siwy Koń dokonał tego, co jeszcze kilka minut wcześniej wydawało się niezwykle trudne, doprowadzając do remisu i zapewniając kibicom emocje aż do samego końca.
Tym niezwykle widowiskowym spotkaniem oba zespoły zakończyły swoje zmagania w 7. Letniej Edycji Decathlon Ligi Fanów. Siwy Koń uplasował się ostatecznie na szóstej pozycji, natomiast Tirowcy zakończyli sezon na najniższym stopniu podium. Sam przebieg meczu pokazał jednak, jak niewielkie różnice dzieliły poszczególne drużyny na tym poziomie rozgrywkowym. Remis po szesnastu bramkach był idealnym zwieńczeniem niezwykle wyrównanego sezonu.
Mecz pomiędzy Ternovitsią a Vikersonnem miał wyraźnego faworyta. Była nim Ternovitsia, jeden z głównych kandydatów do złotych medali. Tym razem jednak spotkanie nie od początku układało się po jej myśli.
Pierwsza połowa należała raczej do Vikersonna. Rywale kilkukrotnie wychodzili na prowadzenie i potrafili stworzyć sporo zagrożenia, ale Ternovitsia za każdym razem znajdowała odpowiedź i nie pozwalała przeciwnikowi odskoczyć. Do przerwy wciąż wszystko było więc otwarte.
Druga połowa to już jednak prawdziwy pokaz siły Ternovitsii. Zawodnicy w swoim stylu przejęli kontrolę nad spotkaniem, zaczęli seryjnie zdobywać bramki i ostatecznie pewnie wygrali 8:5.
Za zwycięstwo w dużej mierze odpowiadali liderzy zespołu: Serhii Romanovskyi oraz Volodymyr Hrydovyi. To właśnie oni napędzali praktycznie całą ofensywę Ternovitsii i poprowadzili ją do kolejnego mistrzostwa, tym razem w 7. lidze.
Vikersonnowi należy oddać ogromny szacunek za walkę, szczególnie za bardzo dobrą pierwszą połowę. Niestety, zabrakło paliwa na całe spotkanie, a Ternovitsia po przerwie pokazała, dlaczego przez cały sezon była jednym z głównych faworytów do złota. Gratulacje dla Ternovitsii II za kolejne mistrzostwo!







)
)
)
)
)