Sezon Lato 2026
Relacje meczowe: 7 Liga
Bliżej zwycięstwa drużyna, która przecież ma wygrywanie w nazwie, chyba już nie będzie. Wincars w niedzielę mierzyli się z Tirowcami. Po dwóch wysokich porażkach we wcześniejszych kolejkach, stojąc z boku, nie chciało się wierzyć w to, co działo się na boisku D.
Tirowcy byli drużyną, która nie grała źle. Przyzwoicie radzili sobie na placu, potrafili sprawnie operować piłką i nie sprawiali wrażenia, jakby mogli mieć jakiekolwiek problemy. Tym większym szokiem było to, że szybko stracili trzy bramki i znaleźli się w poważnych tarapatach. Mogło być gorzej, lecz w bramce dobrze spisywał się Maks Szulc. Czujny był także na przedpolu, choć odwaga zgubiła go przy bramce na 0:3. Za stratę dwóch wcześniejszych goli ciężko go winić. To koledzy mieli problemy z upilnowaniem głównego architekta ofensywy – Mikhaila Bulakha. Zawodnik Wincars, jak nie strzelał sam, to napędzał akcje swojej drużyny. Nierzadko używał do tego wymyślnych zagrań przy użyciu pięty.
Sielanka jednak się skończyła, bo za strzelanie wziął się Oliwier Gryżewski, a do pomocy dobrał sobie Bartka Nienałtowskiego. We dwóch konsekwentnie rozmontowywali szyki rywali, odwrócili wynik po przerwie i zapewnili zwycięstwo ekipie Tirowców. Ten pierwszy – strzelec czterech bramek – został za ten wyczyn doceniony przez nas mianem MVP. Gole padały hurtowo, Tirowcy coraz bardziej cieszyli się grą, lecz ekipa Wincars nie złożyła broni. Do końca starała się odbudować to, co udało jej się osiągnąć na początku meczu. Brakło jednak nie tylko czasu, ale i umiejętności – Tirowcy bardzo dobrze zarządzali wynikiem i nie dali się zepchnąć do defensywy. W samej końcówce Szulc zanotował paradę, której nie sposób było nie zgłosić do kompilacji kolejki. Gdy sędzia gwizdnął po raz ostatni, w protokole widniał wynik 7:5.
Czyste szaleństwo i drżenie o wynik do końcowego gwizdka mimo miazgi 1:7 w pierwszej połowie? Dokładnie pod takim scenariuszem podpisały się rezerwy Vikersonna, które o mały włos nie wypuściły z rąk wygranej w meczu z Shitable.
Choć pudło z karnego autorstwa Vitaliia Rybki nie rozpoczęło nam spotkania w zbyt uroczysty sposób, to jego koledzy szybko sprawili, że nie musiał za długo się obwiniać. Hat-trick Syrotiuka, dublet Vovka, po jednym trafieniu Rohovyiego i Rybki, a ponadto pewny w bramce Zaridze oraz zawsze zdążający z defensywną interwencją Ravlyk zrobili wynik-marzenie, o którym przed meczem nikt by nawet nie pomyślał.
Co zatem stało się w drugiej połowie? Shitable, które przed przerwą stwarzało minimalne zagrożenie, włączyło tryb turbo, natomiast ich rywale jakby zatrzymali się w czasie. Po bramkach Asipenki i Syrotiuka na 2:8 swój stempel na meczu odcisnęły dwie najjaśniejsze postacie w kadrze gospodarzy: superstrzelec Mark Barsukou i superasystent Stanislau Krayeuski. Do spółki z Kovnatem i Asipenką dogonili Vikersonna na odległość zaledwie jednego gola, przez co w szeregi gości zaczął wdzierać się spory niepokój.
Gdy w stuprocentowej okazji, po wyłożeniu piłki na „pustaka” przez Vovka, fatalnie przestrzelił Syrotiuk, szkoleniowiec pomarańczowych Ihor Makhlai mógł wyrywać sobie włosy z głowy. Los uśmiechnął się jednak do Vikersonna w finałowej akcji meczu – tym razem Syrotiuk podał do lepiej ustawionego Vovka, a ten ze spokojem zamknął mecz na amen.
Za pretensje w kierunku sędziego żółty, a później także bezpośredni czerwony kartonik otrzymał Barsukou, eliminując się automatycznie z możliwości występu w najbliższym meczu Shitable, co niewątpliwie będzie sporym ciosem dla tej młodej ekipy.
Może narazimy się niektórym fanom 7. ligi, ale naszym zdaniem starcie Inferno Team III z Ternovitsią II było de facto przedwczesnym finałem tych rozgrywek. Tak, wiemy – to dopiero 3. kolejka. Patrząc jednak na wcześniejsze wyniki obu zespołów (komplety zwycięstw) oraz poziom pozostałych ekip, wydawało się, że jedyną drużyną mogącą realnie zagrozić Ternovitsii w drodze po mistrzowski tytuł będzie właśnie zespół Igora Patkowskiego.
Dziś już wiemy, że były to jedynie pobożne życzenia. Jakość prezentowana przez Ternovitsię zdecydowanie przerasta realia 7. ligi i, powiedzmy to wprost – obecność tej drużyny na przedostatnim szczeblu rozgrywek jest zwyczajnym nieporozumieniem.
Ale zacznijmy od początku. Inferno już przed pierwszym gwizdkiem nieco utrudniło sobie zadanie. Początkowo zabrakło nominalnego bramkarza, a na ławce rezerwowych świeciło pustkami. Na szczęście dla "Piekielnych" spóźnieni zawodnicy szybko dotarli na boisko, dzięki czemu przez pewien czas byli w stanie dotrzymywać kroku rywalom. Mniej więcej od stanu 2:2 drogi obu zespołów zaczęły się jednak wyraźnie rozchodzić. Ternovitsia wrzuciła wyższy bieg, zdobyła trzy bramki z rzędu i praktycznie już wtedy wysłała sygnał, że wielkich emocji w tym spotkaniu raczej nie będzie. Tym bardziej że Inferno miało ogromne problemy ze skutecznością. Kilka sytuacji sam na sam zakończyło się strzałami prosto w bramkarza lub niecelnymi uderzeniami, przez co gospodarze nie potrafili wykorzystać swoich najlepszych okazji.
Na początku drugiej połowy pojawiła się jeszcze iskierka nadziei. Goniącym udało się zmniejszyć stratę do dwóch bramek, ale marzenia o wielkim powrocie bardzo szybko zostały rozwiane. Inferno przede wszystkim zbyt późno doskakiwało do rywali, pozwalając im na oddawanie strzałów z dystansu. A doskonale wiemy, że zawodnicy z Ukrainy dysponują kapitalnym uderzeniem. Piłka raz za razem lądowała w samych narożnikach bramki, pozostawiając Jakuba Tłuszcza całkowicie bez szans.
Jeszcze odrobina nadziei pojawiła się w końcówce, gdy przy wyniku 5:9 żółtą kartkę obejrzał Oleg Liadryk. Wydawało się, że gra w przewadze może tchnąć w Inferno nowe życie. Stało się jednak dokładnie odwrotnie. To Ternovitsia zdobyła kolejną bramkę, a chwilę później dołożyła jeszcze dwie, ostatecznie zwyciężając aż 12:5.
Jeśli tak wyglądał przedwczesny finał 7. ligi, to aż strach pomyśleć, co Ternovitsia zrobi z zespołami notowanymi jeszcze niżej. Szczerze mówiąc, trochę dziwi nas, że ta drużyna nie wykazała większych ambicji i nie spróbowała swoich sił na wyższym poziomie rozgrywek. Na ten moment wygląda bowiem na zespół, który wynik swoich meczów zna jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Cóż, ich wybór ;)
Spotkanie pomiędzy Wczorajszymi FC a Siwym Koniem zakończyło się zwycięstwem gospodarzy 8:5. Kibice zgromadzeni na Arenie AWF obejrzeli prawdziwy festiwal ofensywnej piłki, w którym obie drużyny od pierwszego gwizdka stawiały na odważną grę i nie zamierzały kalkulować.
Już pierwsza połowa pokazała, że emocji w tym spotkaniu z pewnością nie zabraknie. Lepiej mecz rozpoczęli gospodarze, którzy szybko objęli trzybramkowe prowadzenie. Wynik otworzył Krystian Łączny, wykorzystując dobre dogranie partnera i pewnym strzałem pokonując bramkarza rywali. Chwilę później prowadzenie podwyższył Paweł Domański, a trzecia bramka padła po niefortunnym trafieniu samobójczym zawodnika Siwego Konia.
Goście nie zamierzali jednak składać broni. Ivan Yanyshyn rozpoczął pogoń za wynikiem, posyłając potężne uderzenie w samo okienko bramki rywala. Po chwili kolejne trafienie dołożył Jurij Pijasiuk. Wczorajsi odpowiedzieli bramką Jakuba Erbela, jednak jeszcze przed przerwą Yanyshyn po raz drugi wpisał się na listę strzelców, ustalając wynik pierwszej połowy na 4:3.
Po zmianie stron gospodarze ponownie przejęli inicjatywę. Krystian Łączny zdobył swoją drugą bramkę w meczu, a chwilę później Ernest Lefek podwyższył prowadzenie po składnej akcji całego zespołu. Siwy Koń próbował jeszcze wrócić do rywalizacji, zdobywając czwarte trafienie, lecz Wczorajsi nie pozwolili przeciwnikom złapać kontaktu. Kolejnego gola dołożył Paweł Domański, a hat-tricka skompletował Krystian Łączny, pieczętując bardzo dobry występ swojej drużyny.
Ostatnie słowo należało do Szymona Zawadzkiego, który ustalił wynik spotkania na 8:5.
Dzięki kolejnemu zwycięstwu Wczorajsi FC umacniają swoją pozycję w tabeli i mogą pochwalić się imponującym bilansem bramkowym po trzech kolejkach sezonu. Siwy Koń pokazał charakter i do samego końca walczył o korzystny rezultat, jednak tego dnia skuteczność oraz większy spokój pod bramką rywala były po stronie gospodarzy.







)
)
)
)
)