reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualności
aktualności
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
ETERNIS CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga

Relacje meczowe: 4 Liga

ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
16:00

Spotkanie Kresowii z Prykarpattią zapowiadało się jako bardzo wymagający test dla gospodarzy. Kresowia w letnich rozgrywkach prezentuje się naprawdę dobrze, ale tym razem po drugiej stronie stanął niezwykle mocny rywal, który przyjechał niemal w pełnym składzie, wraz ze swoimi liderami. Gospodarze również nie mogli narzekać na kadrę, dlatego od początku można było oczekiwać sporych emocji.

Początek meczu należał jednak zdecydowanie do Prykarpattii. Swoją klasę szybko pokazali liderzy gości – Khmara oraz Dutchak bezlitośnie wykorzystali stworzone sytuacje i wyprowadzili swoją drużynę na prowadzenie. Kresowia potrzebowała chwili, aby złapać właściwy rytm, ale sygnał do walki dał Kirill Pshyk. Dynamiczny zawodnik gospodarzy dobrze odnalazł się w ofensywie i zdobył bramkę kontaktową.

Prykarpattia nie zamierzała jednak pozwolić rywalom na rozwinięcie skrzydeł. Goście odpowiedzieli kolejnymi dwoma trafieniami i na tablicy pojawiło się 1:4. Wynik był już bardzo przekonujący, choć wciąż pozostawało sporo czasu na odwrócenie losów spotkania.

Po zmianie stron Kresowia wyszła z zupełnie inną energią. Gospodarze zaczęli mocniej naciskać, a dużą rolę w ich pogoni odegrał Daniel Mikulich, który napędzał kolejne akcje i pomagał swojej drużynie coraz mocniej spychać Prykarpattię do defensywy. Gospodarze rzeczywiście zaczęli wyglądać lepiej, jednak Prykarpattia zachowała wystarczająco dużo spokoju i jakości, aby nie wypuścić wypracowanej przewagi. Goście dołożyli jeszcze jedno trafienie i choć Kresowia odpowiedziała bramką z rzutu karnego na 4:5, był to już ostatni akcent strzelecki tego spotkania.

Kresowia może mieć niedosyt, bo po świetnej drugiej połowie była bardzo blisko doprowadzenia do jeszcze większych emocji. Prykarpattia pokazała jednak, dlaczego jest tak wymagającym przeciwnikiem – zbudowała przewagę w kluczowym momencie, a następnie potrafiła ją dowieźć do końcowego gwizdka. Ostatecznie 5:4 dla gości, ale z pewnością nie był to dla nich łatwy mecz.

2
16:00

Na perspektywę spotkania FC Legion UA z RKS-em Grochów należało spojrzeć realnie. Prawdopodobieństwo, że ekipa z Grochowa urwie Legionowi jakiekolwiek punkty, jawiło się dość mgliście. Wydawało nam się, że potencjał obu zespołów mocno się różni i nawet jeśli będą momenty, w których nominalni goście zagrają z faworytem jak równy z równym, to prędzej czy później przyjdzie chwila, w której ekipa z Ukrainy odskoczy i nie da się już dogonić. I w dużej mierze właśnie tak to spotkanie wyglądało.

Od początku Legion miał przewagę, tyle że nie do końca wykorzystywał ją tak, jak pewnie sam by sobie tego życzył. Mimo wszystko dość szybko objął prowadzenie. Pierwszego gola zdobył Yurii Chornobai, który wykorzystał rzut karny podyktowany za wślizg w polu karnym Dariusza Oleszkiewicza. Później wynik na 2:0 podwyższył Ivan Pushkarenko. Prawdę mówiąc, taki rezultat był dość niskim wymiarem kary dla RKS-u. Gdyby nie świetne interwencje Stanisława Rosińskiego, już do przerwy nie byłoby większych złudzeń co do tego, kto zgarnie tutaj całą pulę.

Tym większe było nasze zdziwienie, gdy zobaczyliśmy, w jaki sposób rozpoczęła się druga połowa. A rozpoczęła się fenomenalnie dla przegrywających! Najpierw Dawid Skowera wykorzystał błąd bramkarza przeciwników i zdobył łatwego gola, a moment później do remisu doprowadził Karol Oleszkiewicz. RKS potrzebował praktycznie 60 sekund, żeby wrócić do tego meczu!

Co więcej, za chwilę stuprocentowej sytuacji dla Legionu nie wykorzystał Pavlo Chornobai, co spotkało się z niesamowitą odpowiedzią Dawida Skowery. Zawodnik RKS-u przeprowadził kapitalny rajd z piłką, który rozpoczął jeszcze na własnej połowie. Minął kolejnych przeciwników, popędził w kierunku bramki, a na końcu zachował zimną krew i posłał futbolówkę obok bezradnego golkipera. GOLAZO! RKS prowadził 3:2 i przez chwilę naprawdę zapachniało ogromną sensacją.

Okazało się jednak, że była to jedynie chwilowa niedyspozycja faworytów. Legion szybko się otrząsnął, poukładał swoją grę i w kolejnych fragmentach spotkania zdobył pięć bramek z rzędu. Szybkość, z jaką operował piłką cały zespół, a także indywidualna dynamika poszczególnych zawodników okazały się dla rywali zabójcze. Kiedy Legion wrzucił wyższy bieg, po prostu nie było czego zbierać. Grochów nie potrafił znaleźć na to skutecznej odpowiedzi. Co prawda zdołał jeszcze dołożyć jednego gola, ale ostatecznie stracił ich aż piętnaście i przegrał 4:15. To wynik zdecydowanie bardziej dotkliwy, niż wskazywałaby na to sama gra RKS-u, bo goście mieli w tym spotkaniu naprawdę dobre momenty i przez chwilę potrafili nawet napędzić faworytowi sporo strachu.

I właśnie dlatego, mimo wysokiej porażki, to po stronie RKS-u znajdziemy akcję, którą zapamiętamy z tego meczu najlepiej. Rajd Dawida Skowery był ozdobą całego spotkania i pokazał, że w tej ekipie naprawdę drzemie potencjał. Problem polegał na tym, że naprzeciwko stanął zespół, w którym takich „Dawidów Skowerów” jest po prostu kilku...

4
18:00
Mieliśmy prawo oczekiwać po tym spotkaniu piłkarskich, szóstkowych fajerwerków i w rzeczy samej: oba zespoły nie zawiodły naszych oczekiwań. Ba! Masa emocji, jakich nam dostarczyły te zespoły, przekroczyły każdą dostępną skalę. Zarówno gospodarze, jak i goście to starzy ligofanowi wyjadacze, którzy w tej letniej kampanii mieli swoje wachnięcia formy, ale koniec końców – pozostali w grze o medale.
 
Sytuacja w czwartej dywizji letniej Ligi Fanów kreśliła się nam w iście szalonych barwach, bo pomiędzy drugim zespołem w tabeli (Legion UA) a piątą ekipą (właśnie Iglicą) było raptem trzy punkty różnicy. To sprawiło, że wariantowość ułożenia górnej części tabeli była trudna do odgadnięcia i zależna od wielu czynników. Trzy punkty – dosłownie – mogłyby być może nie na wagę złota, ale medalu już jak najbardziej. 
 
W mecz świetnie weszli goście, którzy po dwóch błyskawicznych ciosach Romanowskiego i Szczygielskiego szybko objęli prowadzenie 2:0. Pod prąd ekipę Watahy podłączył dopiero w 6.minucie samobójczy gol zawodnika Iglicy. To jakby zachwiało pewnością czerwonych, gdyż chwilę później stracili kolejną, drugą sztukę i wróciliśmy do stanu wyjściowego: remisu. Spoilerując, taki stan rzeczy, powracał w przyszłości nieustannie, jak bumerang. 
 
Co ktoś nie zdobył gola, to drugi doprowadzał do równowagi i... tak aż do końca. Wilk na 2:3, no to Krzysztofik na 3:3. El Ansari na 4:3, no to Romano na 4:4. Kuba Kieczka na 4:5, no to co? No to wyrównanie – tym razem autorstwa Kiełpsza. 5:5. Co dalej? Nic nowego pod słońcem. Jedni na prowadzenie, drudzy na dogonienie. Trzeci gol na 5:6 autorstwa ex... bramkarza... Kryształu Targówek Kacpra Romanowskiego, który spokojnie mógłby kandydować do "gola kolejki". Ale... na nic jednak zdała się tej pięknej urody bramka, gdyż trzy minuty później Suracki doprowadził – a jakże! – do remisu 6:6. No to Iglica znów na 6:7, tym razem dzięki Gąsce, jednakże ostatnie słowo należało do Watahy Wilków: na sekundy przed końcem meczu gola na wagę jednego punktu, kto wie czy w efekcie tego nie na "miejsca na podium", zdobył Kacperski. 
 
Ten mecz to typowy piłkarski rollercoaster, w którym wygodnie zajęliśmy miejsce premium, w pierwszym rzędzie, patrząc jak oba obozy w poczcie czoła próbują odskoczyć swojemu oponentowi. Finalnie nikt nie znalazł momentu przełamania, ani nie zmienił biegu historii – efekt końcowy? Cóż, raczej dwóch rannych, niż jakiś zdecydowany triumfator, ale bez wątpienia z tego duetu to KK Watasze ten remis był bardziej na rękę. Tylko czy z czasem nie okaże się to jedynie pyrrusowym zwycięstwem?

Reklama