Sezon Lato 2026
Relacje meczowe: 4 Liga
Gdyby ktoś przed tym meczem szukał definicji pojęcia „pełna kontrola”, wystarczyłoby włączyć powtórkę ze starcia Kresowii z RKS-em Grochów. Na boisku na AWF-ie oglądaliśmy pełnoprawny pokaz siły ze strony Kresowii, która zdominowała rywali 8:2, nie dając im nawet na moment uwierzyć, że mogą z tego starcia wyciągnąć chociaż punkt.
Od pierwszej do ostatniej minuty spotkanie toczyło się pod dyktando Kresowii. Świetna organizacja gry, szybka wymiana podań i wysoki pressing sprawiły, że Grochów od początku miał olbrzymie problemy z wyjściem z własnej połowy. Przewaga gości szybko przełożyła się na konkrety – piłka raz po raz lądowała w siatce RKS-u, a wynik rósł w oczach.
Jedyną rysą na niemal idealnym obrazie gry Kresowii w pierwszej części meczu był niepotrzebny błąd w defensywie. Chwila dekoncentracji we własnym polu karnym kosztowała ich rzut karny. Do piłki ustawionej na siódmym metrze podszedł Maksymilian Nowak i pewnym strzałem dał Grochowowi jedyny promyk nadziei w tej części gry. Był to jednak tylko drobny incydent, bo do przerwy Kresowia i tak schodziła z bardzo bezpiecznym i w pełni zasłużonym prowadzeniem 4:1.
Jeśli ktoś liczył, że po zmianie stron Kresowia zdejmie nogę z gazu i da rywalom złapać oddech, to grubo się pomylił. W drugiej połowie obraz gry nie zmienił się ani trochę. Kresowia po prostu robiła swoje, płynnie rozgrywając kolejne akcje i punktując każdy, nawet najmniejszy błąd Grochowa. RKS zdołał wprawdzie zdobyć drugą bramkę, ale odpowiedź rywali była natychmiastowa i bezwzględna.
Licznik zatrzymał się na wyniku 2:8, co idealnie oddaje przepaść, jaka tego dnia dzieliła oba zespoły. Kresowia zagrała mecz do jednej bramki, pokazując dojrzałą, widowiskową piłkę i dopisując do ligowej tabeli komplet punktów w absolutnie profesorskim stylu!
Rodzina Orlikeone przyjechała na spotkanie z Legionem jako jedyna drużyna 4. ligi bez punktów na koncie. Naprzeciwko stał wicelider, który po czterech kolejkach wciąż liczył się w walce o najwyższe miejsca. Na papierze faworyt był więc wyraźny, ale przez pierwsze 25 minut na boisku wcale nie było tego widać.
Obie drużyny dobrze radziły sobie w defensywie i długo nie pozwalały rywalom na stworzenie naprawdę groźnych sytuacji. Na pierwszą bramkę trzeba było czekać aż do 22. minuty, kiedy Kremienishchuk ruszył z indywidualną akcją, minął kilku przeciwników i dał Legionowi prowadzenie. Odpowiedź przyszła błyskawicznie. Po mocnym wyrzucie Hermana z autu do piłki dopadł Okolus i strzałem przy dalszym słupku doprowadził do remisu.
Po zmianie stron obraz spotkania zmienił się diametralnie. Legion przejął inicjatywę, zdecydowanie częściej utrzymywał się przy piłce i zaczął spychać rywali do defensywy. Najpierw po przechwycie prowadzenie gospodarzom przywrócił Yurii Chornobai, a chwilę później zespołową kontrę wykończył Borman. Czwarta bramka dla Legionu padła w dość szczęśliwych okolicznościach – Pavlo Charnobai zablokował próbę wybicia piłki, a ta przelobowała bramkarza i wpadła do siatki. Rozpędzeni gospodarze nie zwalniali i po dwóch kolejnych kontrach powiększyli przewagę do 6:1.
Orlikeone zdołało jeszcze odpowiedzieć. Herman wykorzystał dalekie wznowienie bramkarza, a niedługo później Woch pewnie wykonał rzut karny. Na więcej Legion już nie pozwolił, a ostatnie słowo należało do Pushkarenki, który ustalił wynik na 7:3.
Gospodarze długo musieli szukać sposobu na defensywę rywali, ale po przerwie całkowicie przejęli kontrolę nad spotkaniem i w pełni zasłużenie dopisali kolejne trzy punkty. Rodzina Orlikeone nadal czeka na pierwszą zdobycz tego lata, choć pierwsza połowa pokazała, że potrafi postawić mocniejszym rywalom trudne warunki.
KK Wataha przegrała w tym sezonie tylko raz. Można jednak zapytać – no i co z tego, skoro w czterech pierwszych kolejkach również tylko raz wygrała? Bilans jednego zwycięstwa, dwóch remisów i jednej porażki spowodował, że ta ekipa zacumowała w środku tabeli. A ponieważ na horyzoncie jawiła się właśnie perspektywa meczu z absolutnym liderem, czyli Prykarpattią, to wiele wskazywało na to, że będzie to spotkanie, które definitywnie pozbawi Watahę szans na dobre miejsce w tabeli. Kto jednak dałby sobie za to rękę uciąć, ten dziś by tej ręki nie miał...
Zaczęło się zgodnie z planem, bo dość szybko Prykarpattia wyszła na prowadzenie po strzale pełniącego funkcję lotnego bramkarza Bohdana Ivaniuka. Myśleliśmy, że to zapowiedź tego, co będzie działo się dalej, ale myliliśmy się. Wataha szybko się pozbierała, a dzięki dwóm bramkom Dominika Surackiego wysłała i rywalom, ale chyba przede wszystkim sobie sygnał, że ten lider wcale nie jest taki straszny. Tym bardziej, że lada moment zrobiło się 3:1, gdy po odbiorze piłkę do praktycznie pustej bramki faworytów wpakował Hubert Korzeniewski. No i takim też sensacyjnym wynikiem pierwsza odsłona się zakończyła.
W drugiej od samego początku ukazała się przewaga Prykarpattii. To jednak było coś, z czym Wataha się liczyła. Wiedziała, że być może trzeba będzie oddać piłkę rywalowi, a potem ewentualnie korzystać z pustej bramki, bo Bohdan Ivaniuk wciąż był mocno zaangażowany w rozegranie piłki. Zresztą ta część spotkania zaczęła się identycznie jak poprzednia, bo to właśnie gol tego zawodnika otworzył drugą połowę. Wataha nie chciała się jednak dać dogonić i bardzo skutecznie odpowiadała, dzięki czemu zachowywała minimalną przewagę. Przy stanie 5:4 dla Watahy wydawało się jednak, że coś w zespole w czarnych koszulkach pękło. Najpierw idealnej okazji nie wykorzystał Hubert Korzeniewski, a potem lada moment zrobiło się 5:5, co w naszej ocenie mogło podciąć Watasze skrzydła.
Tak się jednak nie stało. Konsekwentna gra pozwoliła drużynie nieobecnego w niedzielę Przemka Kacperskiego szybko wrócić do równowagi i wykorzystywać kolejne błędy w rozegraniu oponentów. Wataha szybko odzyskała prowadzenie, a potem regularnie trafiała do pustej świątyni konkurentów, którzy postawili już wszystko na jedną kartę. Jak się okazało, ta taktyka, chociaż skądinąd słuszna, nie opłaciła się drużynie z Ukrainy, która poniosła pierwszą porażkę w sezonie. Ten mecz po prostu jej nie wyszedł – za mało dokładności, za dużo błędów – ale jednocześnie nie sposób nie docenić tutaj triumfatorów. Grali skutecznie z przodu, mądrze z tyłu, a najlepszym podsumowaniem ich występu jest fakt, że każdy zawodnik z pola zanotował na swoim koncie gola lub asystę. Trudno o lepszy dowód na to, że tego dnia Wataha wygrała przede wszystkim dzięki większej zespołowości. Brawo!
Jeśli ktoś na AWF-ie przy stanie 2:6 uznał, że jest już po zawodach i poszedł do domu, to na pewno ma czego żałować. To, co Iglica Warszawa odwinęła w samej końcówce, to absolutny klasyk Ligi Fanów i materiał na ligowe legendy. Wydrzeć remis w 10 minut z tak głębokiego dołka? Kosmos!
A przecież ten mecz od początku przypominał szaloną jazdę bez trzymanki. Iglica zaczęła od mocnego akcentu i trafienia na 1:0, ale rywale szybko odpowiedzieli dwoma golami. Odpowiedź na 2:2 dawała jeszcze nadzieję, jednak końcówka pierwszej połowy należała do przeciwników, którzy odskoczyli na 2:4. Po przerwie było tylko gorzej – kolejne dwa trafienia i zrobiło się 2:6. W tym momencie nawet najwięksi optymiści na widowni powoli szykowali się na srogie bęcki.
I wtedy wydarzyło się coś niepojętego. Na jakieś 10 minut przed końcem chłopaki z Iglicy po prostu wrzucili piąty bieg. Zamiast wykopywać piłkę i liczyć na chaos, zaczęli klepać takie koronkowe, płynne akcje, że defensywie rywali mogło się zakręcić w głowie. Bramki na 3:6, 4:6 i 5:6 wpadły jedna po drugiej, a u przeciwników zaczęła się absolutna panika. Iglica poczuła krew, przycisnęła do deski i dopięła swego – wyrównanie na 6:6 wywołało na boisku prawdziwy wybuch radości! Absolutnym profesorem tego widowiska został Kacper Kubiszer. Chłopak zagrał mecz życia – miał bezpośredni udział przy PIĘCIU bramkach dla Iglicy! Dzielił, rządził, asystował i brał odpowiedzialność na własne barki wtedy, gdy gra kleiła się najmniej.
Taki remis 6:6 po wyjściu ze stanu 2:6 smakuje lepiej niż niejedno spokojne zwycięstwo. Wielki szacun dla Iglicy za walkę do ostatniej sekundy – właśnie dla takich meczów wpadamy co tydzień na AWF!







)
)
)
)
)
)