reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualności
aktualności
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
SUPERBET CUP
Galeria
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga

Relacje meczowe: 4 Liga

ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
17:00

Debiut w Lidze Fanów i od razu mecz, który do ostatnich minut trzymał w napięciu. Debiutujący RKS Grochów w swoim pierwszym występie stworzył z FC Prykarpattią widowisko przez duże W, a żadna ze stron ani przez moment nie mogła być pewna końcowego rozstrzygnięcia.

To właśnie drużyna z Grochowa lepiej rozpoczęła spotkanie. Już w 4. minucie Orzełowski otworzył wynik, a gospodarze od początku pokazali, że nie zamierzają być jedynie tłem dla bardziej doświadczonego rywala. W pierwszych minutach świetnie między słupkami spisywał się również Rosiński, który kilkoma efektownymi interwencjami długo utrzymywał swój zespół na prowadzeniu. Z biegiem czasu coraz śmielej do głosu zaczęła dochodzić jednak Prykarpattia. Goście odwrócili losy spotkania i schodzili na przerwę z dwubramkowym prowadzeniem.

Po zmianie stron mecz nabrał jeszcze większego tempa. Gospodarze szybko zmniejszyli straty, ale Prykarpattia niemal za każdym razem znajdowała odpowiedź i nie pozwalała rywalom pójść za ciosem. Gdy zespół z Grochowa zbliżał się na jedną bramkę lub doprowadzał do remisu, goście ponownie obejmowali prowadzenie. Coraz większy wpływ na grę gospodarzy miał Skowera, który imponował techniką, odważnie wchodził w pojedynki i regularnie napędzał ofensywne akcje swojej drużyny. Jego dobra gra przełożyła się również na liczby – do asysty z pierwszej połowy dołożył hat-tricka.

Końcówka ponownie dostarczyła dużych emocji. Na kilka minut przed końcem Prykarpattia odzyskała dwubramkową przewagę, jednak debiutanci nie zamierzali się poddawać. Odpowiedzieli jeszcze jednym trafieniem i do ostatnich sekund walczyli o wyrównanie, lecz czasu zabrakło. Mimo porażki zostawili po sobie bardzo dobre wrażenie i pokazali, że w letnich rozgrywkach mogą napsuć krwi niejednemu rywalowi. Prykarpattia zachowała natomiast więcej spokoju w kluczowych momentach i za każdym razem potrafiła odpowiedzieć na kolejne trafienia rywali.

2
19:00

Cóż to było za meczycho! Prawdziwe piłkarskie widowisko zgotowały nam ekipy warszawskiej Kresowii oraz debiutanta w rozgrywkach Ligi Fanów – Nieznanej Drużyny. Szybko okazało się, że niepozorna nazwa skrywa za sobą naprawdę dobrze funkcjonujący zespół, który objął prowadzenie już w 8. minucie – strzał głową Tomasza Leguta po rzucie rożnym Alana Mostowskiego zatrzepotał w siatce po utrudniającym interwencję koźle. I tylko broniący z konieczności dostępu do bramki Kresowii Daniel Mikulich oraz twardo stojący na nogach Vadym Bezbidovych zapobiegali kolejnym zdobyczom bramkowym ND. Przełomem okazała się żółta kartka dla młodziutkiego gracza gości, Jana Safiańczuka, który faulem przerwał groźny kontratak – grający w osłabieniu nowicjusze nie uchronili się już przed golem Bezbidovycha.

Mimo wyrównania goście nie stracili wiary w swoje umiejętności i ponownie wyszli na prowadzenie za sprawą Artura Kosima. Niedługo potem „żółtko” obejrzał Oleksandr Rohovyi, lecz niedobór jednego zawodnika podziałał na Kresowię zgoła inaczej niż wcześniej na oponentów, gdyż przy takim rozkładzie sił Misha Kovalchuk zdołał trafić do siatki. Po zmianie stron nieco lepiej prezentowali się gospodarze, odskakując przeciwnikom na odległość dwóch goli – ponownie za sprawą Bezbidovycha, a później dzięki jego fenomenalnej wrzutce z narożnika boiska na nabiegającego Alizarovycha. Niespełna dwie minuty wystarczyły, by dublet skompletował Kosim, zmniejszając dystans do rywali, a do remisu płaskim strzałem doprowadził Mostowski.

W szeregi obu ekip wdarło się trochę więcej chaosu, lecz co najważniejsze, wciąż mogliśmy oglądać kolejne konkrety. Gdy Kresowia odskoczyła na 6:4 dzięki Tsetsemie i Kovalchukowi, Nieznana Drużyna odrobiła straty do stanu 6:6 za sprawą Mostowskiego i Leguta. Nie inaczej było przy wyniku 7:6 po golu Alizarovycha – w samej końcówce ND włączyła tryb turbo, a piłkę do pustej bramki „piętką” skierował, rzecz jasna, Mostowski, obsłużony podaniem przez Kosima. Piłkę meczową na nodze miał Oleszczuk, ale zimną krew między słupkami zachował Mikulich i znakomicie wybronił próbę piłkarza gości.

Tym samym ostateczny rezultat tego jakże szalonego meczu zatrzymał się na remisie 7:7. Na pewno każda ze stron czuła spory niedosyt, niemniej podział punktów był chyba najsprawiedliwszym z możliwych scenariuszy w obliczu takiej gry obu zespołów.

3
22:00

W 4. lidze Ligi Fanów zmierzyły się dwie drużyny o zupełnie różnych historiach. Dla debiutującej w rozgrywkach ekipy Rodzina Orlikeone był to pierwszy poważny sprawdzian na ligowym podwórku. Jak się okazało, zespół tworzą przede wszystkim znajomi, a w składzie nie brakuje zawodników znanych z takich ekip jak Dziki z Lasu czy Uksford United, które wcześniej rywalizowało w Play Arenie.

Po drugiej stronie stanęła Wataha - prawdziwy ligowy weteran i jedna z drużyn, których charakter znamy już bardzo dobrze. O ile styl „Wilków” był dla wielu przewidywalny, o tyle debiutanci pozostawali wielką niewiadomą.

Pierwsza połowa była niezwykle wyrównana. Obie drużyny miały swoje momenty, kreowały sytuacje i szukały drogi do bramki, ale albo brakowało zimnej krwi w kluczowych momentach, albo na wysokości zadania stawali bramkarze. Już od pierwszych minut było jednak widać różnicę w filozofii obu zespołów. Wataha - niczym prawdziwa wataha wilków - postawiła na kolektyw, wzajemną asekurację i grę całego zespołu. Każdy zawodnik znał swoją rolę, a siła drużyny wynikała z pracy całej grupy. Rodzina Orlikeone obrała natomiast inną drogę. Debiutanci częściej szukali indywidualnych rozwiązań, licząc na umiejętności swoich zawodników. Każdy z graczy był gotowy wziąć odpowiedzialność na swoje barki i trzeba przyznać - nie była to bezproduktywna strategia. Kilka razy indywidualny błysk pozwolił im zagrozić bramce rywala.

Po pierwszych 25 minutach na tablicy wyników widniał sprawiedliwy remis 1:1. Najsmutniejszym momentem pierwszej połowy była jednak kontuzja bramkarza Watahy - Piotra Szwedo. Golkiper dopiero co wrócił po wcześniejszym urazie i wydawało się, że najtrudniejszy etap rehabilitacji ma już za sobą. Niestety sport po raz kolejny pokazał swoje brutalne oblicze. W jednym z boiskowych starć Piotr ponownie poczuł ból i musiał przedwcześnie zakończyć spotkanie. Wszystko wskazuje na to, że czeka go przerwa i prawdopodobnie opuszczenie całej letniej części sezonu, aby spokojnie wrócić do pełnej dyspozycji jesienią.

Druga połowa przez długi czas również przypominała piłkarskie szachy - żadna z drużyn nie chciała oddać pola, a losy spotkania pozostawały otwarte. Jednak w momencie, gdy Wataha przechyliła szalę zwycięstwa na swoją stronę, rozpętała prawdziwą ofensywną burzę. Na pierwszy plan wysunął się duet Kiełpsz - Czernecki, który stał się głównym architektem zwycięstwa „Wilków”. Maciej skompletował hat-tricka oraz dorzucił asystę. Miłosz również odegrał ogromną rolę, kończąc spotkanie z dubletem bramek i dwoma ostatnimi podaniami.

Rodzina Orlikeone próbowała odpowiedzieć, ale po kolejnych ciosach rywala zabrakło już argumentów, by odwrócić losy spotkania. Końcowy rezultat 6:2 dla Watahy był potwierdzeniem świetnej drugiej połowy w wykonaniu bardziej doświadczonej ekipy.

Obie drużyny pozostawiły po sobie bardzo dobre wrażenie. Wataha, jak przystało na swoją nazwę, rozpoczęła sezon z charakterem i od razu zameldowała się z kompletem punktów. Rodzina Orlikeone natomiast pokazała, że debiutanci mogą być bardzo ciekawym zespołem w tej lidze. Widać jeszcze, że zawodnicy potrzebują czasu, aby lepiej się zrozumieć i złapać odpowiedni rytm, ale potencjał jest zdecydowanie widoczny. Pierwszy krok został wykonany, a z każdym kolejnym meczem ta drużyna może wyglądać coraz groźniej.

4
22:00

Kto by się spodziewał, że KS Iglica Warszawa mimo strzelenia gola na 5:0 będzie walczyć o utrzymanie zwycięstwa do ostatnich minut. Będąc szczegółowym – o utrzymanie prowadzenia, ale poprzednie zdanie brzmiało lepiej w tym podkoloryzowanym wariancie. Wszystko, co dobre, działo się w drugiej połowie.

FC Legion UA był już na deskach. Zawodnicy Iglicy obijali ich jak Lennox Lewis Witalija Kliczkę w 2003 roku. Grali też jednego mniej przez parę minut po czerwonej kartce dla Bohdana Batiuka. A i tak walczyli do końca. Nie wygrali – tak samo jak Kliczko w tamtej walce – ale zasłużyli na docenienie. Aby doprowadzić do remisu, zabrakło im jednego gola, który mógłby paść, gdyby nie świetny w bramce rywali Dawid Sówka. Golkiper wielokrotnie popisywał się między słupkami refleksem. Szczególnie przy strzałach z bliska, z którymi radził sobie doskonale. Dzięki niemu jego koledzy mieli komfort, że mogli skupić się na atakowaniu. I tak po przerwie Kacper Kubiszer ustrzelił dublet, a Jakub Zając, Kacper Romanowski i Sebastian Szczygielski dołożyli po jednej bramce.

I panowie chyba zachłysnęli się tymi zdobyczami. Huraganowe ataki uśpiły ich czujność, a Sówka nie mógł bronić czystego konta w nieskończoność. Legion zaś, gdy już zaczął grać ofensywnie, nie mógł się zatrzymać. Zaczęło się sekundę po utracie bramki na 0:5 – Elbek Muhammadaliyev uderzył przy słupku sprzed pola karnego. Później Oleksandr Hehelskyi również zaskoczył strzałem z dystansu. Przed końcem błąd w rozegraniu Iglicy pozwolił Muhammadaliyevowi zdobyć kolejnego gola. A na koniec Ivan Pushkarenko dał kontakt uderzeniem po zebranej piłce zagranej z rzutu rożnego. Warto obejrzeć skrót – praktycznie każda bramka Legionu to jakościowe uderzenie.

Not za styl, jak w skokach narciarskich, jednak nie ma. To Iglica Warszawa zgarnęła komplet punktów po wygranej 5:4.

Reklama