Sezon Lato 2026
Relacje meczowe: 4 Liga
Spotkanie pomiędzy Kresowią Warszawa a Rodziną Orlikeone zakończyło się wysokim zwycięstwem gospodarzy 11:2. Końcowy rezultat może sugerować jednostronne widowisko, jednak pierwsza połowa wyglądała zupełnie inaczej. Po bardzo wyrównanych premierowych fragmentach obie drużyny schodziły na przerwę przy wyniku 2:2, a kwestia zwycięstwa pozostawała całkowicie otwarta.
Kresowia rozpoczęła spotkanie od trafienia Mishy Kovalchuka, jednak Rodzina Orlikeone szybko odpowiedziała za sprawą Adama Ryszkowskiego. Ten sam scenariusz powtórzył się jeszcze przed przerwą – Kovalchuk ponownie wyprowadził gospodarzy na prowadzenie, lecz Ryszkowski raz jeszcze doprowadził do remisu. Goście skutecznie przeciwstawiali się liczniejszym rywalom i przez całą pierwszą połowę pozostawali w grze.
Kluczowe znaczenie miała jednak frekwencja obu zespołów. Kresowia pojawiła się na Arenie AWF w dwunastoosobowym składzie, podczas gdy Rodzina Orlikeone dysponowała jedynie siedmioma zawodnikami. Przy wysokiej temperaturze możliwość dokonywania regularnych zmian i wprowadzania na boisko wypoczętych graczy była niezwykle istotna. Z biegiem czasu przewaga kadrowa gospodarzy stawała się coraz bardziej widoczna.
Po zmianie stron defensywę gości przełamał Daniil Mikulich, zdobywając fantastyczną bramkę od poprzeczki i tym samym ponownie wyprowadzając swój zespół na prowadzenie. Od tego momentu Kresowia przejęła pełną kontrolę nad spotkaniem. Kolejne trafienia dokładali Anton Liashuk, Vadym Bezbidovych, Robert Senkel, Kirill Pshyk oraz Włodzimierz Kazakow. Szczególnie dobrze zaprezentował się Liashuk, który skompletował hat-tricka i ustalił końcowy rezultat na 11:2.
Druga połowa była znakomitym występem całej drużyny gospodarzy. Kresowia utrzymywała wysokie tempo, konsekwentnie wykorzystywała pojawiające się przestrzenie i aż dziewięciokrotnie trafiła do siatki po przerwie. Rodzina Orlikeone przez pierwszą połowę walczyła jak równy z równym, jednak ograniczona liczba zmian i narastające zmęczenie ostatecznie okazały się decydujące.
Od pierwszych minut spotkanie było bardzo intensywne. Nieznana Drużyna szybko wyszła na prowadzenie - już przed upływem 5. minuty na listę strzelców wpisali się Kaszczak po podaniu Telakowca oraz Biegajło. RKS Grochów odpowiedział w 9. minucie, kiedy Feliksiak wykorzystał podanie Micińskiego, zmniejszając stratę do jednej bramki. W 21. minucie Nieznana Drużyna ponownie odskoczyła rywalom. Legut po podaniu Mostowskiego podwyższył prowadzenie, dzięki czemu pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 3:1.
Po zmianie stron RKS Grochów nie zamierzał się poddawać. W 33. i 35. minucie Oleszkiewicz zdobył dwie bramki i przy wyniku 3:3 wydawało się, że spotkanie może jeszcze nabrać rumieńców.
Nieznana Drużyna bardzo szybko odpowiedziała jednak na trafienia rywali. W 36. minucie Smolarek ponownie wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Prawdziwa kanonada rozpoczęła się w końcówce spotkania. W 43. minucie Biegajło bezpośrednio z rzutu rożnego zaskoczył defensywę RKS-u i zdobył kolejną bramkę dla Nieznanej Drużyny. Chwilę później Nieznana Drużyna kompletnie przejęła kontrolę nad spotkaniem. Mostowski, wykorzystując podania Biegajły, w 43. i 45. minucie dwukrotnie wpisał się na listę strzelców.
Na tym nie był to jeszcze koniec. W ostatniej minucie meczu Telakowiec, po podaniu Mostowskiego, ustalił wynik spotkania.
Nieznana Drużyna po słabszym początku rozgrywek pokazała ogromną skuteczność i urządziła sobie prawdziwy festiwal strzelecki. Osiem zdobytych bramek pozwoliło jej odnieść efektowne zwycięstwo i zgarnąć niezwykle ważne trzy punkty. RKS Grochów po obiecującym początku drugiej połowy nie zdołał utrzymać kontaktu z rywalem, a końcówka spotkania zdecydowanie należała do późniejszych triumfatorów.
Wygląda na to, że seryjnie wygrywającą trofea Iglicę Warszawa dopadł tak zwany „syndrom sytych kotów”. No bo jak inaczej wytłumaczyć porażkę 1:10 z rywalem, który nie tak dawno byłby poza zasięgiem podopiecznych Radka Sówki? Jasne, należy oddać, że Prykarpattia wykonała kawał dobrej roboty, a przy tym pokazała nam naprawdę atrakcyjny futbol i w takiej dyspozycji trudno było jej „podskoczyć”, ale i tak odnieśliśmy wrażenie, że problem leżał po stronie gości głębiej niż na murawie AWF-u.
Już od pierwszych minut czerwoni byli niespotykanie, jak na ich standardy, niedokładni i niezdecydowani, a na domiar złego towarzyszyła im wyjątkowa nieskuteczność pod bramką gospodarzy. Ekipa Mykoli Osichnyiego przy tak bezbarwnej Iglicy wyglądała natomiast jak kolektyw pozbawiony mankamentów, szybko przekuwając efektowną grę w komfortowe prowadzenie 4:0 do przerwy.
Po zmianie stron, podobnie jak w pierwszej połowie, Prykarpattia zdecydowanie dominowała w środku pola, co umożliwiał jej wysoko wychodzący do rozegrania golkiper, którym był doskonale znany z Impulsu UA Bohdan Ivaniuk. Najwięcej dogodnych okazji po stronie gości miał Kacper Romanowski, lecz albo mylił się o milimetry, albo obijał obramowanie bramki.
Wymienność pozycji, niespożyta energia i dynamika w połączeniu z wysokiej klasy wyszkoleniem technicznym piłkarzy w niebiesko-żółtych trykotach napsuły sporo krwi Iglicy, która najczęściej jedynie podążała wzrokiem za szybko przemieszczającą się między zawodnikami rywali futbolówką. Yosypchuk, Pozaruk, Marchak, Yaremii, Khmara i niepozorny Nykyforak – wszyscy oni kończyli spotkanie z przynajmniej jedną bramką i asystą, potwierdzając, że to okazałe zwycięstwo było owocem równomiernej pracy całego zespołu.
Na otarcie łez gola dla Iglicy zdobył uderzeniem lewą nogą Jakub Kieczka, lecz na nic więcej mistrzów 7. Ligi ubiegłego lata nie było już stać. Drugi z rzędu tak słaby mecz gości trudno już traktować w kategorii wypadku przy pracy, tym bardziej że od dłuższego czasu zwyczajnie im się to nie zdarzało. Jeśli medale wciąż pozostają celem Iglicy na lato, to jest to ostatni dzwonek, by wyciągnąć wnioski i ruszyć do poprawy. Natomiast gospodarze, przy trzeciej wygranej z rzędu, znajdują się już coraz bliżej urzeczywistnienia tych marzeń.
Przez ponad dwadzieścia minut kibice czekali na pierwszego gola w tej potyczce. Trudno było wtedy przypuszczać, że ostatni mecz 4. ligi zakończy się aż trzynastoma trafieniami. FC Legion UA pokonał KK Wataha Warszawa 8:5, choć pierwsza połowa wcale nie zapowiadała tak ofensywnego widowiska.
Od początku Legion dłużej utrzymywał się przy piłce i częściej gościł pod bramką rywali, jednak Wataha skutecznie odpierała kolejne ataki, sama szukając okazji do wyprowadzania groźnych kontr. Obaj bramkarze długo zachowywali czyste konto, dlatego wynik pozostawał bezbramkowy aż do 21. minuty. Wówczas Suracki wykorzystał przechwyt i wyprowadził Watahę na prowadzenie. Gospodarze odpowiedzieli jeszcze przed przerwą – Pushkarenko popisał się pięknym uderzeniem z dystansu, doprowadzając do remisu.
Po zmianie stron worek z bramkami rozwiązał się na dobre. Charnobai szybko wyprowadził Legion na prowadzenie, jednak Wataha niemal natychmiast doprowadziła do kolejnego remisu. Taka odpowiedź tylko na chwilę zatrzymała rozpędzonych gospodarzy, którzy zdobyli trzy kolejne bramki i odskoczyli rywalom na bezpieczny dystans.
KK Wataha Warszawa nie zamierzała jednak odpuszczać i do końca szukała swoich szans, dwukrotnie zmniejszając straty. Za każdym razem Legion odpowiadał własnym trafieniem i skutecznie gasił nadzieje rywali na odwrócenie losów spotkania. W końcówce Charnobai skompletował hat-tricka, przypieczętowując zwycięstwo swojego zespołu. Dzięki temu zwycięstwu FC Legion UA dopisał do swojego dorobku kolejne trzy punkty i potwierdził, że należy do grona głównych kandydatów do walki o czołowe miejsca w 4. lidze.







)
)
)
)
)
)