reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualności
aktualności
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
SUPERBET CUP
Galeria
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga

RAPORT MECZOWY! 4. KOLEJKA - LATO 2026

Niedziela okazała się prawdziwym pogromem faworytów. Wiele zespołów po raz pierwszy w tym sezonie straciło punkty, co sprawiło, że na kilku poziomach rozgrywek walka o mistrzostwo ponownie nabrała rumieńców. Kto najlepiej wykorzystał potknięcia liderów? Kto z kolei nie skorzystał z szansy, by doskoczyć do czołówki? ?

O tym wszystkim przeczytacie w raportach meczowych z 4. serii gier!

Opisy meczów 4. kolejki czekają już na Was w raportach, w zakładce PODSUMOWANIE SPOTKANIA. Ale mamy też coś dla tych, którym nie chce się za dużo klikać, a których interesują relacje wyłącznie z meczów ligi w której grają. Wchodząc w menu konkretnego poziomu rozgrywkowego dodaliśmy opcję RELACJE MECZOWE. Wszystkie streszczenia znajdziecie tam w jednym miejscu :) Życzymy Wam przyjemnej lektury!


1 Liga

Starcie Q-Ice Warszawa z liderem tabeli – Ternovitsią – było jednym z najciekawszych spotkań czwartej kolejki 1. ligi. Od pierwszego gwizdka obie drużyny narzuciły wysokie tempo, tworząc liczne sytuacje podbramkowe. Mecz był niezwykle wyrównany, a przez większą część pierwszej połowy kibice nie oglądali bramek, choć okazji po obu stronach nie brakowało. Przełamanie nastąpiło dopiero na około pięć minut przed przerwą. Jako pierwsi na prowadzenie wyszli goście za sprawą Oleksandra Liakhova. Odpowiedź Q-Ice była jednak błyskawiczna. Najpierw do wyrównania doprowadził Ivan Kashperuk, a chwilę później pięknym trafieniem Roman Nazarchuk wyprowadził gospodarzy na prowadzenie. Do przerwy Q-Ice Warszawa prowadziło 2:1, zapowiadając ogromne emocje w drugiej odsłonie.

Po zmianie stron gospodarze nie zwalniali tempa. Roman Nazarchuk dwukrotnie wpisał się na listę strzelców, kompletując tym samym hat-tricka i powiększając przewagę swojego zespołu do stanu 4:1. Ternovitsia odpowiedziała kolejnym trafieniem Liakhova, jednak kilka minut później Hlib Savchuk ponownie podwyższył prowadzenie Q-Ice do trzech bramek. Wydawało się, że gospodarze mają spotkanie pod kontrolą i pewnie zmierzają po komplet punktów. Lider tabeli pokazał jednak, dlaczego zajmuje pierwsze miejsce w rozgrywkach. Ternovitsia pokazała prawdziwy charakter i ruszyła do odrabiania strat, a bohaterem gości został Yaroslav Manzhaliy. Jego trzy bramki pozwoliły doprowadzić do remisu 5:5 i przywróciły emocje do samego końca meczu.

W końcówce obie drużyny szukały jeszcze zwycięskiego trafienia, jednak wynik nie uległ już zmianie. Po niezwykle dynamicznym i pełnym zwrotów akcji widowisku zespoły podzieliły się punktami. Patrząc na przebieg spotkania, remis wydaje się sprawiedliwym rozstrzygnięciem, choć zarówno Q-Ice Warszawa, jak i Ternovitsia mogą czuć niedosyt po niewykorzystanych szansach na zwycięstwo.

Spotkanie Hetmana z BM zapowiadało się jako starcie dwóch bardzo klasowych drużyn, po których od pierwszych minut widać było piłkarską jakość i zgranie. Hetman buduje zespół z myślą o wymagającej jesieni i regularnej rywalizacji z najmocniejszymi ekipami, natomiast BM dysponuje kadrą pełną zawodników, którzy potrafią indywidualnymi umiejętnościami rozstrzygać losy spotkań.

Początek meczu należał jednak zdecydowanie do gości. Prawdziwy koncert gry dał Vladislav Zavarza, który błyskawicznie skompletował hat-tricka i praktycznie od pierwszych minut narzucił swoje warunki. Jakby tego było mało, kapitalnym trafieniem popisał się również Semerenko, którego bramka była ozdobą pierwszej połowy. BM grało szybko, konkretnie i z ogromną pewnością siebie, a przewaga wypracowana przed przerwą była w pełni zasłużona.

Dla Hetmana był to bardzo mocny gong. Wielu mogło odnieść wrażenie, że losy spotkania zostały już przesądzone, jednak gospodarze pokazali charakter. Po zmianie stron wyszli na boisko z zupełnie inną energią, zaczęli grać odważniej i krok po kroku odrabiali straty. Ich ataki były coraz groźniejsze, a przewaga BM zaczęła topnieć. W końcówce zrobiło się naprawdę gorąco. Hetman złapał kontakt i przez moment wydawało się, że jest w stanie całkowicie odwrócić losy spotkania. To był fragment meczu, w którym gospodarze mieli realną szansę doprowadzić do wyrównania i wykorzystać momentum, które zbudowali po świetnej drugiej połowie.

Wtedy po raz kolejny o sobie przypomniał jednak Zavarza. Lider BM dołożył swoją czwartą bramkę, skutecznie gasząc nadzieje Hetmana i przypieczętowując zwycięstwo swojej drużyny.

Końcowy rezultat może sugerować pewną wygraną BM, ale przebieg meczu był znacznie bardziej złożony. Goście znakomicie rozpoczęli spotkanie i zbudowali solidną przewagę, natomiast Hetman po bardzo niemrawym początku pokazał ogromne serce do gry i udowodnił, że nawet w tak trudnym położeniu potrafi wrócić do rywalizacji. To właśnie dzięki takiej postawie gospodarze do samego końca pozostawali w grze o korzystny wynik, a kibice obejrzeli bardzo dobre widowisko.

FC Comeback i Kebavita właśnie zgłosiły bardzo mocną kandydaturę do miana autorów najlepszego meczu Ligi Letniej. Jeśli ktoś nie widział tego spotkania, naprawdę ma czego żałować.

Dla obu drużyn był to niezwykle ważny mecz, a szczególnie dla FC Comeback, które wciąż czekało na pierwsze punkty w sezonie. Początek jednak wcale nie zwiastował przełamania. Choć zespół z Ukrainy częściej utrzymywał się przy piłce i sprawiał lepsze wrażenie, to właśnie Kebavita objęła dwubramkowe prowadzenie. Najpierw pięknym lobem popisał się Lawrence Ugen, a chwilę później do siatki trafił również Baris Kazkondu. Burak Can mógł być zadowolony z tego, co prezentowali jego podopieczni.

Sytuacja bardzo szybko się jednak odwróciła. FC Comeback wreszcie znalazł drogę do bramki i potrzebował dosłownie kilku minut, aby z wyniku 0:2 zrobić 3:2. To był pierwszy – nomen omen – comeback ekipy braci Harkavka. Tyle że ten mecz od początku toczył się falami. Raz dominowała jedna drużyna, raz druga. Końcówka pierwszej połowy ponownie należała do Kebavity, która dzięki skutecznej i cierpliwej grze odzyskała kontrolę nad wydarzeniami i schodziła na przerwę, prowadząc 5:3. Na uwagę zasługiwał przede wszystkim sposób, w jaki Kebavita budowała swoje akcje. Zawodnicy nie spieszyli się z rozgrywaniem piłki, grali zespołowo i bardzo dojrzale. Zastanawialiśmy się, czy właśnie taka pragmatyczna gra doprowadzi ich do zwycięstwa. Wszystko na to wskazywało, zwłaszcza gdy w drugiej połowie zrobiło się już 7:4.

Comeback nie miał wtedy nic do stracenia. Trzeba było postawić wszystko na jedną kartę, dlatego między słupkami bramkarza zastąpił Kostia Didenko. Ryzyko zaczęło się opłacać. Drużyna z Ukrainy narzuciła własne warunki gry, dołożyła ogromną determinację i rozpoczęła spektakularną pogoń. Najpierw zrobiło się 5:7, potem 6:7, a chwilę później na tablicy wyników widniał już remis! Kulminacyjny moment nadszedł przy trafieniu na 8:7. Kapitalnie o piłkę powalczył Mykyta Harkavka, dograł ją do będącego tego dnia praktycznie bezbłędnym Valentyna Sinkievycha, a ten efektownym strzałem z tzw. krzyżaka nie dał żadnych szans bramkarzowi Kebavity. Wydawało się, że losy spotkania zostały przesądzone. Zawodnicy Kebavity sprawiali wrażenie mocno podłamanych okolicznościami, w jakich wypuścili z rąk trzybramkową przewagę. A jednak nie powiedzieli ostatniego słowa!

W ostatniej akcji meczu Fabian Kaleta dograł piłkę do Barisa Kazkondu. Ten wykorzystał całe swoje doświadczenie – świetnie przyjął futbolówkę tyłem do bramki, błyskawicznie obrócił się z nią i huknął nie do obrony. Sędzia nawet nie zdążył wznowić gry od środka. Chwilę później zakończył spotkanie.

Po takim meczu obie drużyny mogą odczuwać pewien niedosyt. FC Comeback było o krok od pierwszego zwycięstwa w sezonie, z kolei Kebavita wypuściła z rąk wydawałoby się pewną wygraną. My jednak patrzymy na to nieco inaczej. W tym przypadku zdecydowanie lepszych jest dwóch rannych niż jeden zabity. Obie ekipy stworzyły bowiem widowisko, które długo będziemy wspominać, i żadna z nich nie zasłużyła na to, by po końcowym gwizdku zostać z pustymi rękami.

Spotkanie Warsaw Sinaloa z Inferno od początku zapowiadało się jako jedno z najciekawszych starć kolejki. Emocji nie mogło zabraknąć choćby dlatego, że w odświeżonym składzie Sinaloi oglądaliśmy kilku byłych zawodników Inferno, a sama drużyna od dawna słynie z ogromnego charakteru i nieustępliwości.

Już od pierwszego gwizdka tempo było zawrotne. Śmiało można powiedzieć, że był to jeden z najszybszych meczów, jakie oglądaliśmy w tym sezonie. Obie drużyny narzuciły bardzo wysoką intensywność, walczyły o każdą piłkę i imponowały kontrolą nad futbolówką mimo ogromnej presji. Akcja błyskawicznie przenosiła się spod jednej bramki pod drugą, a kibice praktycznie nie mieli chwili na złapanie oddechu.

Sytuacji bramkowych nie brakowało. Zarówno zawodnicy Sinaloi, jak i Inferno wielokrotnie obijali słupki oraz poprzeczki, a każda kolejna akcja mogła zakończyć się golem. Świetnie spisywali się również obaj bramkarze, którzy wielokrotnie ratowali swoje zespoły efektownymi interwencjami i utrzymywali wynik w ryzach.

To był mecz, w którym trudno wskazać jednego zawodnika dominującego nad resztą. Praktycznie wszyscy prezentowali bardzo wysoką formę i dokładali swoją cegiełkę do jakości tego widowiska. Jeśli jednak spojrzeć na liczby, najczęściej przewijało się nazwisko Żołka, który miał największy udział w ofensywnych poczynaniach swojej drużyny.

Ostatecznie Inferno sięgnęło po zwycięstwo, ale był to sukces wywalczony w ogromnych bólach. Warsaw Sinaloa przez całe spotkanie stawiała bardzo trudne warunki i do ostatnich minut nie pozwalała rywalom odetchnąć. Niestety, nie obyło się również bez ostrzejszych starć i momentami zbyt brutalnych pojedynków, które nieco zaburzyły obraz świetnego widowiska.

Mimo tego był to mecz stojący na bardzo wysokim poziomie piłkarskim. Intensywność, tempo, zaangażowanie i jakość z obu stron sprawiły, że kibice obejrzeli jedno z najbardziej atrakcyjnych spotkań sezonu.

2 Liga

W normalnych okolicznościach starcie FSK Kolos z FK Almaz byłoby jednym z największych hitów 2. ligi. Tym razem jednak trudno było oczekiwać wyrównanego widowiska. Lider rozgrywek musiał bowiem zmierzyć się z ogromnymi problemami kadrowymi. W składzie zabrakło Olega Grabowskiego, Andrija Pavelki, Nazara Rusiaka, a przede wszystkim supersnajpera Pavla Paduka. Sytuacja była na tyle trudna, że Ruslan Khudyk musiał awaryjnie dopisać jednego zawodnika do kadry, aby zespół miał chociaż jednego rezerwowego. Biorąc pod uwagę wszystkie te absencje oraz fakt, że FK Almaz przyjechał w bardzo mocnym zestawieniu, nie mieliśmy większych wątpliwości, kto jest murowanym faworytem tego spotkania.

Od pierwszego gwizdka przewaga Almazu była wyraźnie widoczna. Goście całkowicie zdominowali wydarzenia na boisku i błyskawicznie zbudowali wysoką przewagę. Gdy po kilku minutach prowadzili już 5:0, emocje związane z końcowym rozstrzygnięciem praktycznie się skończyły. Pozostało jedynie pytanie, jak wysokim zwycięstwem zakończy się ten mecz.

Na szczęście dla widowiska Almaz nie wykorzystywał wszystkich swoich okazji, a Kolos potrafił odgryźć się rywalom. Duża w tym zasługa Volodymyra Grabowskiego, który napędzał ofensywę swojej drużyny. Dzięki temu gospodarze zdobyli jeszcze przed przerwą cztery bramki. Przy dziewięciu trafieniach przeciwników wynik 4:9 nie wyglądał jeszcze najgorzej.

Po zmianie stron Kolos nadal ambitnie walczył o jak najlepszy rezultat, jednak z każdą kolejną minutą coraz bardziej dawało o sobie znać zmęczenie wynikające z bardzo krótkiej ławki rezerwowych. To przełożyło się na kolejne stracone bramki, zwłaszcza w końcówce spotkania, gdy Almaz ponownie wrzucił wyższy bieg.

Ostatecznie FK Almaz zwyciężył aż 17:8, w efektowny sposób rehabilitując się za porażkę z FC Bulls i wracając do ścisłej ligowej czołówki. Z kolei FSK Kolos, mimo wysokiej przegranej, nadal pozostaje liderem tabeli. Co prawda jego przewaga nad rywalami wyraźnie się zmniejszyła, ale jeśli do składu wrócą wszyscy kluczowi zawodnicy, to o niedzielnej porażce bardzo szybko będzie można zapomnieć.

Bardzo gorące widowisko obejrzeliśmy w niedzielnym meczu pomiędzy MEYIS BR 2023 a Bulls. Na boisku nie brakowało ostrych starć, dyskusji, fauli, a w konsekwencji również kartek, w tym jednej czerwonej. Zawodnicy MEYIS obejrzeli aż trzy żółte kartki oraz czerwoną, natomiast po stronie Bulls sędzia pokazał jedną żółtą kartkę. Warto jednak dodać, że większość kartek została pokazana po jednym z ostrzejszych starć, a jedna z żółtych kartek była konsekwencją nieprawidłowo przeprowadzonej zmiany. Mimo wszystko nie da się ukryć, że emocji na boisku było aż nadto.

Być może wpływ na atmosferę miał również sam przebieg spotkania. Choć gra przez długi czas była dość wyrównana, przewaga Bulls na tablicy wyników była wyraźna. Zawodnicy w zielonych koszulkach cierpliwie budowali swoją przewagę i konsekwentnie realizowali plan na mecz. Do przerwy prowadzili już 3:0, a po zmianie stron podwyższyli wynik na 4:0. To właśnie wtedy napięcie na boisku wyraźnie wzrosło. Trzeba jednak oddać MEYIS, że mimo bardzo trudnej sytuacji nie złożyło broni. Końcówka spotkania należała już do zespołu w czerwonych koszulkach, który zdołał odrobić trzy bramki i sprawił, że ostatnie minuty były niezwykle emocjonujące. Do pełnego comebacku zabrakło jednak czasu.

W obu drużynach na pierwszy plan wysuwała się przede wszystkim gra zespołowa, jednak jeśli mielibyśmy wyróżnić po jednym zawodniku z każdej ekipy, to po stronie MEYIS byłby to Ferit Sen, autor jednej bramki, natomiast w Bulls świetne zawody rozegrał Ilya Grunchak, który zakończył mecz z dorobkiem bramki i asysty.

Bulls odniosło bardzo ważne zwycięstwo i pokazało, że również chce włączyć się do walki o podium. MEYIS będzie musiało jeszcze poczekać na pierwszą wygraną, jednak potencjału tej drużynie z pewnością nie brakuje. Piłkarsko obie ekipy zaprezentowały się naprawdę dobrze. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że w następnych kolejkach zobaczymy nieco mniej niepotrzebnych spięć i jeszcze więcej dobrej piłki.

Bardzo ważny mecz pomiędzy Husarią a Łowcami w kontekście walki o podium. Można śmiało powiedzieć, że było to spotkanie za sześć punktów. Obie drużyny przed tym starciem miały na swoim koncie po jednej porażce i dwóch zwycięstwach, dlatego stawka była naprawdę wysoka.

Jak można było się spodziewać, mecz był intensywny, wyrównany i pełen walki. O końcowym wyniku zadecydowały jednak pojedyncze momenty. W pierwszej połowie kluczową rolę odegrały dwa kosztowne błędy bramkarza Łowców, Vadyma Chornego. Trzeba przyznać, że bardzo często pomagał swojej drużynie w rozegraniu piłki, aktywnie uczestniczył w budowaniu akcji, a nawet sam próbował uderzeń na bramkę. Taki styl gry wiąże się jednak z ryzykiem, a tego dnia dwa błędy techniczne przy rozegraniu okazały się niezwykle kosztowne. Dwukrotnie piłkę przechwycił Jan Antoszkiewicz, który bezlitośnie wykorzystał oba prezenty. I właśnie te dwie sytuacje zrobiły różnicę. Mimo bardzo wyrównanej pierwszej połowy Husaria schodziła na przerwę z prowadzeniem 3:1.

Trzeba jednak oddać Vadymowi, że po zmianie stron próbował odkupić swoje błędy. Zdobył gola, a po jednym z jego mocnych uderzeń piłka zatrzymała się na obramowaniu bramki. To jednak nie wystarczyło, aby odwrócić losy spotkania.

Po stronie Husarii pojawił się natomiast prawdziwy joker. Franek Bożyczko dwukrotnie popisał się świetnymi indywidualnymi akcjami. Za każdym razem z łatwością mijał obrońców i bramkarza, a jego szybkość oraz technika nie pozostawiały rywalom żadnych szans.

Choć przez większość spotkania gra była bardzo wyrównana, to właśnie Husaria zachowała więcej spokoju i skuteczności w decydujących momentach. Dzięki temu zespół z Mokotowa odniósł pewne zwycięstwo i awansował na 2. miejsce w tabeli. Z pewnością nie będzie chciał go już oddać. Łowcy tracą obecnie trzy punkty do rywala, ale przed nami jeszcze trzy kolejki i można być pewnym, że zrobią wszystko, aby na koniec sezonu znaleźć się na podium.

Starcie Ajaksu z Inferno II zapowiadało się niezwykle interesująco. Przed pierwszym gwizdkiem trudno było wskazać jednoznacznego faworyta. Z jednej strony stał świetnie zgrany Ajaks, od lat bazujący na kolektywie i wzajemnym zrozumieniu. Z drugiej – Inferno II, zespół dysponujący dużą jakością techniczną i zawodnikami potrafiącymi zrobić różnicę indywidualnymi akcjami.

Od pierwszych minut to jednak Ajaks sprawiał lepsze wrażenie. Gospodarze częściej wychodzili spod pressingu dzięki szybkiej grze z pierwszej piłki, cierpliwie budowali akcje i znacznie odważniej atakowali bramkę rywali. W ich poczynaniach było widać pomysł i pewność siebie, a kolejne składne wymiany podań coraz częściej otwierały drogę do sytuacji strzeleckich.

Na szczególne wyróżnienie zasłużył Bartek Kopacz, który po raz kolejny udowodnił, dlaczego jest jedną z największych gwiazd tej drużyny. Brał na siebie odpowiedzialność za rozegranie, nie bał się pojedynków jeden na jednego i swoimi odważnymi wejściami regularnie rozrywał defensywę Inferno II. To właśnie jego aktywność napędzała ofensywę Ajaksu i dawała kolegom więcej przestrzeni do gry.

Inferno II długo pozostawało jednak w meczu. Dzięki swojej technice i jakości indywidualnej potrafiło odpowiadać groźnymi akcjami, dlatego wynik przez długi czas pozostawał na styku, a losy spotkania były całkowicie otwarte.

To, co można było zaobserwować już od początku meczu, w pełni uwidoczniło się jednak po przerwie. Gdy emocje rosły z każdą minutą, Ajaks pokazał charakter i determinację. W kluczowych momentach gospodarze byli bardziej zdecydowani, wygrywali pojedynki i dosłownie wyrwali to zwycięstwo dzięki swojej ambicji oraz konsekwencji w realizacji planu.

Było to zwycięstwo zbudowane nie tylko na piłkarskiej jakości, ale przede wszystkim na zespołowości i woli walki. Ajaks udowodnił, że dobrze zgrany kolektyw potrafi przechylić szalę zwycięstwa nawet w starciu z rywalem dysponującym dużymi umiejętnościami technicznymi.

3 Liga

Spotkanie LaFlame z Force Fusion przyniosło jedno z większych zaskoczeń kolejki. Przed pierwszym gwizdkiem trudno było przewidzieć, że goście tak szybko przejmą kontrolę nad wydarzeniami na boisku i zagrają z tak dużą pewnością siebie.

Początek należał bezapelacyjnie do Oleha Lehchyshyna, który od pierwszych minut wręcz rządził na boisku. Był niezwykle aktywny, świetnie poruszał się między liniami i regularnie napędzał kolejne akcje swojej drużyny. Szybkie trafienia Force Fusion sprawiły, że goście bardzo szybko zbudowali przewagę i mogli grać dokładnie tak, jak lubią najbardziej – spokojnie, cierpliwie i z pełną kontrolą nad przebiegiem spotkania.

LaFlame próbowało odpowiedzieć. Nie brakowało ambitnych ataków i dogodnych okazji do zdobycia bramki, jednak na drodze gospodarzy bardzo często stawał Antoshka, który rozegrał świetne zawody między słupkami. Jego interwencje pozwalały Force Fusion utrzymywać bezpieczny dystans i skutecznie odbierały rywalom nadzieję na szybki powrót do meczu.

Iskrę nadziei dał jeszcze Przewoźny, zdobywając bramkę kontaktową i sprawiając, że przez chwilę wydawało się, iż LaFlame może odwrócić losy spotkania. Goście bardzo szybko ugasili jednak ten zryw. Swoją jakość ponownie pokazał Ruslan Yakubiv, który dołożył kolejne trafienie i przypieczętował zwycięstwo swojej drużyny.

Do końcowego gwizdka Force Fusion nie pozwoliło już rywalom wrócić do gry. Goście imponowali organizacją, spokojem i odpowiedzialnością w defensywie, dzięki czemu dowieźli cenne zwycięstwo. LaFlame pokazało charakter i stworzyło sobie kilka naprawdę dobrych sytuacji, ale tego dnia dobrze dysponowane i świetnie zorganizowane Force Fusion zasłużenie zgarnęło komplet punktów.

Od pierwszego gwizdka obie drużyny grały odważnie i potrafiły stworzyć sobie sytuacje bramkowe. Jako pierwsi skuteczność pokazali jednak gospodarze. Wynik spotkania otworzył Hussein Abdulkareem, który pewnie wykorzystał podanie Michała Starosty. Kilka minut później prowadzenie Sportowych Zakapiorów podwyższył Karol Smoliński, popisując się bardzo ładnym strzałem.

Husaria nie zamierzała się jednak poddawać i jeszcze przed przerwą wróciła do gry. Kontaktowego gola zdobył Arkadiusz Piechowski, dzięki czemu na przerwę zespoły schodziły przy wyniku 2:1. Taki rezultat zapowiadał duże emocje w drugiej części spotkania.

Po zmianie stron na boisku dominowała już jednak tylko jedna drużyna, bynajmniej pod względem skuteczności. Sportowe Zakapiory konsekwentnie powiększały swoją przewagę. Drugie trafienie w meczu zanotował Hussein Abdulkareem, następnie na listę strzelców wpisał się Michał Starosta, a dwa kolejne gole dołożył Paweł Groszkowski. Gospodarze wykorzystali swoje okazje niemal bezbłędnie i ostatecznie zwyciężyli aż 6:1.

Mimo wysokiej porażki Husarii nie można odmówić ambicji i zaangażowania. Goście walczyli do ostatniego gwizdka, pokazując, że są dobrze zorganizowanym zespołem. Na wyróżnienie zasługują również ich kibice, którzy przez całe spotkanie głośno wspierali drużynę z Mokotowa, tworząc świetną atmosferę na trybunach.

KSB II Warszawa odniosło efektowne zwycięstwo nad Na2Nóżkę 7:2, choć pierwsza połowa wcale nie zapowiadała tak jednostronnego rozstrzygnięcia. Do przerwy na tablicy wyników widniał remis 1:1, a gospodarze skutecznie przeciwstawiali się faworytom. Spotkanie rozpoczęło się od prowadzenia nominalnych gospodarzy, którzy objęli prowadzenie 1:0. KSB II odpowiedziało jeszcze przed przerwą, doprowadzając do remisu 1:1. W pierwszej połowie żółtą kartkę obejrzał Karol Dębowski, a gra lidera KSB II, Patryka Olkowicza, nie wyglądała jeszcze tak, jak przyzwyczaił do tego swoich kibiców.

Po zmianie stron wszystko się jednak zmieniło. Patryk Olkowicz udowodnił, że pierwsza połowa była dla niego jedynie rozgrzewką. KSB II Warszawa całkowicie przejęło inicjatywę, seryjnie zdobywając kolejne bramki i nie pozostawiając rywalom żadnych złudzeń. Wynik zmieniał się następująco: 1:0, 1:1 (do przerwy), 1:2, 1:3, 1:4, 1:5, 1:6, 1:7, 2:7.

Druga połowa była prawdziwym pokazem siły KSB II. Goście zdominowali wydarzenia na boisku, wykorzystując niemal każdą dogodną okazję. Na2Nóżkę zdołało zdobyć jeszcze jedną bramkę, jednak nie było już w stanie odwrócić losów spotkania.

Ostatecznie KSB II Warszawa wygrało 7:2, a bohaterem drugiej połowy został Patryk Olkowicz, który po spokojniejszej pierwszej części meczu poprowadził swój zespół do wysokiego i w pełni zasłużonego zwycięstwa.

Elektrowoźniak II wyraźnie rozpędza się z tygodnia na tydzień. Początek sezonu w jego wykonaniu był daleki od oczekiwań, ale przed tygodniem przyszło przełamanie w postaci zwycięstwa nad Na2Nóżkę. Teraz zespół chciał potwierdzić rosnącą formę w starciu z FC Patriot.

Warunki ku temu były bardzo dobre. Skład prezentował się solidnie, a dodatkowym wzmocnieniem był Oleksandr Dauzhenok, którego doskonale kojarzymy z występów w innych drużynach. Wiedzieliśmy, że to zawodnik, który może sprawić Patriotom mnóstwo problemów – i rzeczywiście tak było.

Samo spotkanie dość szybko zaczęło układać się po myśli Elektrowoźniaka. Tak naprawdę wyrównanie oglądaliśmy tylko dwa razy – na samym początku, gdy było jeszcze 0:0, oraz chwilę później, kiedy na trafienie Maksa Zwariuka po efektownej indywidualnej akcji odpowiedział Mykyta Rai. Później faworyci zaczęli konsekwentnie realizować swój plan. Dzięki lepszym umiejętnościom technicznym i większemu spokojowi w rozegraniu stopniowo budowali przewagę, a jeszcze przed przerwą dołożyli trzy kolejne bramki.

Podobny obraz oglądaliśmy po zmianie stron. Drugą połowę otworzył fenomenalny gol Denysa Blanka, który przelobował bramkarza rywali praktycznie z linii środkowej boiska. Wynik 5:1 wydawał się zamykać temat zwycięstwa, ale FC Patriot nie zamierzał składać broni. Po trafieniach Yuriego Butsa oraz Yuriego Suliatyskyja gospodarze zmniejszyli straty do 3:5 i na moment uwierzyli, że są jeszcze w stanie odwrócić losy meczu. Na więcej Elektrowoźniak już jednak nie pozwolił. W decydującym fragmencie spotkania ciężar gry na swoje barki wziął Dmitry Balysh, który raz po raz notował gole i asysty, pozwalając swojej drużynie ponownie odskoczyć rywalom i spokojnie dowieźć zwycięstwo do końcowego gwizdka.

Końcowy wynik 8:4 bardzo dobrze odzwierciedla przebieg tego meczu. FC Patriot nie można było odmówić ambicji i zaangażowania, ale w kluczowych momentach zabrakło po prostu jakości. Ta porażka sprawia, że walka o medale będzie dla tej drużyny wyjątkowo trudnym wyzwaniem.

Z kolei Elektrowoźniak II wysłał bardzo wyraźny sygnał do konkurencji, że wciąż liczy się w rywalizacji o podium. Jeśli zespół będzie regularnie przyjeżdżał na mecze w tak mocnym składzie, jego zatrzymanie w drugiej części sezonu może okazać się niezwykle trudnym zadaniem.

4 Liga

Spotkanie Rodziny Orlikeone z KS Iglica Warszawa dostarczyło sporo emocji, a przede wszystkim pokazało, jak szybko może zmienić się obraz meczu. Do przerwy to Rodzina Orlikeone prezentowała się zdecydowanie lepiej i po pierwszej połowie prowadziła 4:2. Gospodarze byli skuteczni pod bramką rywala i wydawało się, że są na dobrej drodze do zdobycia kompletu punktów.

Po zmianie stron KS Iglica pokazała jednak ogromny charakter. Zawodnicy nie załamali się niekorzystnym wynikiem i konsekwentnie zaczęli odrabiać straty. Druga połowa należała już zdecydowanie do Iglicy, która przejęła inicjatywę, poprawiła skuteczność i z minuty na minutę była coraz groźniejsza. Ostatecznie zawodnicy Radka Sówki zdobyli aż pięć bramek po przerwie, odwracając losy spotkania i wygrywając całe starcie 7:4.

Na szczególne wyróżnienie zasługuje Jakub Kieczka, który miał bardzo duży udział w ofensywie swojej drużyny. Zdobył dwie bramki oraz dołożył jedną asystę. Jeszcze większy wpływ na wynik miał Sebastian Szczygielski, autor dwóch goli i dwóch asyst. Obaj zawodnicy byli jednymi z najważniejszych postaci ofensywy KS Iglica i znacząco przyczynili się do odwrócenia wyniku.

Mimo końcowej porażki na pochwałę zasługuje również bramkarz Rodziny Orlikeone. W kluczowym momencie spotkania popisał się bardzo dobrą interwencją, broniąc rzut karny. Jego postawa pozwoliła drużynie jeszcze przez pewien czas utrzymywać korzystny wynik i była jednym z jaśniejszych punktów swojego zespołu.

Kolejny błysk Prykarpattii, czy po prostu kontynuacja wybitnej formy głównego pretendenta do złota 4. ligi? Trzeba przyznać, że po demolce zafundowanej Iglicy pewne zwycięstwo z kolejną mocną ekipą, Nieznaną Drużyną, powoli przestaje zaskakiwać w kontekście ostatniej dyspozycji podopiecznych Mykoli Osichnyiego. Mimo iż to gospodarze jako pierwsi wyszli na prowadzenie za sprawą dogrania Mateusza Telakowca na prawe skrzydło do Wojtka Biegajły, to zespołowa i dynamiczna gra gości coraz mocniej zwiastowała odwrócenie wyniku. I o ile gol wyrównujący, kiedy to Vladyslav Khmara odegrał piłkę Victorowi Yaremiemu, który po minięciu bramkarza wbił ją czubkiem buta do bramki, był owocem błyskotliwej akcji drużyny, tak przy drugim trafieniu los lekko uśmiechnął się do Prykarpattii – złapanej po strzale futbolówki nie utrzymał w rękach Konrad Filipiak, z czego bezlitośnie skorzystał Vadym Marchak. Piłkarze ND prezentowali wcale nie gorsze od swoich przeciwników umiejętności, lecz najczęściej zawodziła ich ostatnia decyzja. Doskonałą szansę na podwyższenie prowadzenia z rzutu karnego mieli goście, lecz słabe uderzenie w środek Andriia Dutchaka świetnie wyczuł Filipiak. Przed przerwą Prykarpattii udało się jednak ukąsić jeszcze Nieznaną Drużynę – młodziutki Safiańczuk stracił w środku pola piłkę na rzecz Khmary, który następnie samodzielnie sfinalizował akcję.

Po zmianie stron nieco wyraźniej zarysowywała się przewaga gości, w czym niewątpliwie pomogła – podobnie jak tydzień wcześniej – rola lotnego golkipera w rozegraniu, w którą wcielał się tym razem Nykyforak. Indywidualny rajd Pozaruka, strzał Dutchaka do „pustaka” po koszmarnym błędzie Telakowca i prawdziwy majstersztyk ofensywny w wykonaniu całego zespołu, zakończony golem Yosypchuka, sprawiły, że nadzieje ND na korzystny rezultat stopniały niemal do zera. Kapitan ND, Alan Mostowski, znalazł wprawdzie drogę do siatki po podaniu Biegajły, lecz prędko odpowiedział mu Khmara, umieszczając piłkę w siatce strzałem z woleja po dośrodkowaniu Hozhdy. Na koniec rywalizacji pazernie w pole karne wpadł Safiańczuk i jakimś cudem zmieścił futbolówkę między słupkiem a bramkarzem, ustalając tym samym rezultat spotkania na 3:7. Mimo zasłużonego zwycięstwa Prykarpattii był to już kolejny mecz, w którym można odnieść wrażenie, iż Nieznana Drużyna była w stanie wycisnąć więcej, lecz ponownie zabrakło jej trochę szczęścia.

Dynamika, dynamika i jeszcze raz dynamika – to słowo chyba najdoskonalej opisuje nam, jak wyglądał mecz KK Watahy Warszawa z RKS Grochów. Jak na tak liczne akcje ofensywne przeprowadzane przez obie ekipy, samych goli uświadczyliśmy mało, a i parady bramkarskie nie zdarzały się jakoś specjalnie często – epicentrum tej rywalizacji leżało zdecydowanie w środku pola i to tam toczyły się najtrudniejsze boje. Nie dziwi więc fakt, że zdobyciu premierowego gola dla gości towarzyszyła tak wielka euforia – koniec końców rajd lewą stroną boiska i zejście do środka na strzał, którymi popisał się tam Dawid Skowera, zasługiwały na owację na stojąco. Wyrównanie dla Watahy było owocem sprytu Huberta Korzeniewskiego, który przepuścił posłaną w pole karne „pasówkę” autorstwa Dominika Surackiego, dzięki czemu piłka zatrzepotała w siatce.

Po zmianie stron wciąż niezwykle imponującym elementem gry obu ekip była nieustanna komunikacja między zawodnikami, co znacząco ułatwiało organizację gry, w szczególności po stracie piłki. Lepszy okres gry gospodarzy został w końcu nagrodzony golem – po rzucie z autu Surackiego futbolówkę do bramki skierował głową Korzeniewski. Dużym atutem o wiele uboższej kadrowo Watahy (Grochów dysponował aż 14 piłkarzami!) był Michał Woźniak, który w fazie rozegrania piłki stawał się niemal szóstym graczem z pola, ułatwiając przedzieranie się pod pole karne przeciwnika. RKS nie podłamał się niekorzystną sytuacją i wszedł na wyższe obroty, czego efektem był gol na 2:2 po dłuższym oblężeniu pola karnego Watahy – Maksymilianowi Nowakowi piłkę „na pustaka” wyłożył nie kto inny jak Skowera. Jakby tego było mało, ten sam zawodnik świetnie odnalazł się na lewym skrzydle podczas kontrataku i precyzyjnym strzałem przy dalszym słupku wprawił w osłupienie swoich oponentów. Jednak na takim poziomie nawet najmniejszy błąd ma ogromne znaczenie, a o słuszności tej frazy przekonał się również RKS – żółta kartka dla Kruszewskiego za faul przerywający groźną kontrę i podyktowany rzut wolny, po rozegraniu którego gola zdobył Krzysztof Niedziółka, doprowadziły do utraty prowadzenia. Remis 3:3 po tak zaciętym boju wydaje się więc jak najbardziej sprawiedliwym rozstrzygnięciem.

Kibice zgromadzeni na meczu Kresowii Warszawa z FC Legion UA obejrzeli prawdziwy piłkarski thriller. Spotkanie zakończyło się remisem 4:4, a emocji nie brakowało od pierwszego do ostatniego gwizdka sędziego.

Mecz lepiej rozpoczęła Kresowia, która objęła prowadzenie 1:0. Goście odpowiedzieli jeszcze przed przerwą – po rzucie karnym pewnie wykonanym przez Oleksandra Hehelskyiego doprowadzili do remisu 1:1. Z takim wynikiem oba zespoły schodziły do szatni.

Po zmianie stron tempo spotkania jeszcze wzrosło. Kresowia ponownie wyszła na prowadzenie (2:1), jednak FC Legion UA szybko odwrócił losy meczu, zdobywając trzy kolejne bramki i obejmując prowadzenie 4:2. Wydawało się, że goście mają spotkanie pod kontrolą, lecz gospodarze pokazali ogromny charakter. Najpierw zdobyli bramkę kontaktową na 3:4, a następnie doprowadzili do remisu 4:4, zapewniając kibicom niezwykle emocjonującą końcówkę.

Jedną z najjaśniejszych postaci meczu był Daniil Mikulich, który zanotował dwie asysty po perfekcyjnie wykonanych wrzutach z autu. To jednak nie wszystko – lider Kresowii miał udział przy każdej bramce zdobytej przez swój zespół, nieustannie napędzając akcje ofensywne i pokazując wysoką jakość piłkarską. Jego znakomity występ był kluczowy dla odrobienia dwubramkowej straty i wywalczenia cennego remisu.

5 Liga

W 4. kolejce naprzeciw siebie stanęły drużyny, które przed meczem dzielił zaledwie jeden punkt w tabeli. Wicelider rozgrywek, Gamba Veloce, podejmował zajmujące czwarte miejsce MWSP, zapowiadając emocjonujące widowisko od pierwszego gwizdka.

Pierwsza połowa należała do gości. MWSP grało uważnie w defensywie i szukało swoich okazji po szybkich atakach. Taka taktyka przyniosła efekt, gdy po jednej z kontr do siatki trafił Julian Kucicki, dając swojej drużynie prowadzenie 1:0. Gamba Veloce miała optyczną przewagę, lecz długo nie potrafiła znaleźć sposobu na dobrze zorganizowaną obronę rywali. Do przerwy utrzymał się rezultat 0:1.

Druga połowa rozpoczęła się jednak od mocnego uderzenia gospodarzy. Już kilka minut po wznowieniu gry do wyrównania doprowadził Jacek Sienicki, który wykorzystał świetne podanie od Mateusza Kiszki. Trafienie dodało gospodarzom pewności siebie, a MWSP zaczęło mieć coraz większe problemy z powstrzymaniem rozpędzonego rywala. Chwilę później Gamba Veloce objęła prowadzenie. Po przechwycie piłki przed polem karnym rywali skutecznie akcję wykończył Hubert Świętnicki, odwracając losy meczu i wyprowadzając swoją drużynę na prowadzenie 2:1. Gospodarze nie zwalniali tempa. Kolejny cios zadał ponownie Jacek Sienicki, który po asyście Olka Florczuka zwiększył przewagę na 3:1. MWSP próbowało wrócić do gry, lecz nadziało się na kontratak i w pewnym momencie przegrywało już 4:1, co praktycznie rozstrzygało losy spotkania.

Goście zdołali jeszcze odpowiedzieć. W końcówce meczu Julian Kucicki zdobył swoją drugą bramkę tego dnia. Trafienie to ustaliło wynik spotkania na 4:2.

Gamba Veloce pokazała charakter, odrabiając straty po słabszej pierwszej połowie i zdobywając trzy cenne punkty w starciu z bezpośrednim rywalem. Bohaterem meczu został Jacek Sienicki, który zdobył dwie bramki i walnie przyczynił się do wygrania tego ciężkiego dla gospodarzy pojedynku.

Zarówno FC Sparta, jak i Pany z Rejonu nie mogą zaliczyć początku ligi letniej do udanych. Gospodarze do tej pory zgromadzili zaledwie jeden punkt, natomiast drużyna gości po trzech porażkach z rzędu przed czwartą kolejką zamykała ligową tabelę.

Spotkanie lepiej rozpoczęli zawodnicy Sparty. Już na początku meczu Nika Sokhadze wykorzystał swoją okazję i skutecznym wykończeniem akcji wyprowadził gospodarzy na prowadzenie. Był to jednak tylko chwilowy powód do radości, ponieważ kolejne minuty należały już zdecydowanie do gości. Najpierw sygnał do odrabiania strat dał Marcel Hryniszyn, który precyzyjnym strzałem przy lewym słupku doprowadził do wyrównania. Niedługo później Jan Przybysz wyprowadził Panów z Rejonu na prowadzenie, a następnie rozpoczął się koncert Wojciecha Jaroszczyka. Zawodnik gości dwukrotnie wpisał się na listę strzelców, budując coraz większą przewagę swojej drużyny. Sparta zdołała jeszcze odpowiedzieć efektownym trafieniem Vitaliego Abukhouskiego, jednak rozpędzeni goście nie zamierzali zwalniać tempa. Najpierw Fabian Jaroń dopadł do odbitej przez bramkarza piłki po swoim strzale głową i skuteczną dobitką podwyższył prowadzenie. Chwilę później świetnym, dalekim podaniem za linię obrony popisał się bramkarz Panów z Rejonu, uruchamiając Wojciecha Jaroszczyka. Napastnik pewnie wykorzystał sytuację sam na sam z golkiperem, kompletując hat-tricka jeszcze przed przerwą, a pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 2:6.

Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. Goście nadal dominowali na boisku i szybko dołożyli kolejne trzy trafienia, praktycznie rozstrzygając losy rywalizacji. FC Sparta ambitnie próbowała odrabiać straty i kilkukrotnie znajdowała drogę do bramki rywali, jednak za każdym razem goście odpowiadali kolejnymi golami, nie pozwalając gospodarzom wrócić do meczu. Ostatecznie spotkanie zakończyło się efektownym zwycięstwem Panów z Rejonu 5:11. Bezapelacyjnym bohaterem meczu został Wojciech Jaroszczyk, który rozegrał kapitalne zawody. Autor pięciu bramek dołożył do swojego dorobku także dwie asysty, mając udział przy aż siedmiu trafieniach swojej drużyny i będąc kluczową postacią tego widowiska.

Dzięki tej wygranej Pany z Rejonu przełamują serię porażek, zapisują na swoim koncie pierwsze punkty w lidze letniej i odbijają się od dna ligowej tabeli. FC Sparta natomiast nadal pozostaje w trudnej sytuacji i w kolejnych spotkaniach będzie musiała poszukać sposobu na poprawę swoich wyników.

Mecz pomiędzy Melange a Alliance New Generation okazał się prawdziwym thrillerem. Obie drużyny doskonale zdawały sobie sprawę z wagi tego spotkania, dlatego było ono tak intensywne i emocjonujące. Po stronie Melange stało doświadczenie, po stronie Alliance młodość i energia. Te dwie siły zderzyły się na boisku i przez długi czas trudno było przewidzieć, na czyją stronę przechyli się szala zwycięstwa.

Gra falowała, atak jednej drużyny błyskawicznie zamieniał się w atak drugiej. I tak przez pełne 50 minut. Największym paradoksem tego meczu było to, że zarówno pierwsza połowa, jak i większa część drugiej upłynęły bez bramek. Mimo to spotkanie trzymało w napięciu od pierwszego do ostatniego gwizdka i oglądało się je z zapartym tchem. Sytuacji nie brakowało, jednak w decydujących momentach na przeszkodzie stawał albo słupek lub poprzeczka, albo Serhii Zarubin i Łukasz Krzysiak. Obaj bramkarze byli tego dnia w znakomitej dyspozycji, często płacąc za swoje interwencje zdrowiem. Każdemu z nich przynajmniej raz musiała zostać udzielona pomoc medyczna.

Przełom nastąpił w drugiej połowie. Alliance znakomicie rozegrało rzut wolny. Mykyta Bondarenko wyłożył piłkę, a Vadym Redko świetnym strzałem nie dał żadnych szans bramkarzowi rywali. Odpowiedź Melange była jednak błyskawiczna. Młody talent, Julek Marciniak, wykorzystał podanie bardziej doświadczonego kolegi, Łukasza Słowika, i pewnie wygrał pojedynek sam na sam z bramkarzem. Zresztą Julek przez całe niedzielne spotkanie bardzo się wyróżniał. Często był faulowany i wykonał ogrom pracy dla swojej drużyny.

Chwilę później ponownie odpowiedziało Alliance. Volodymyr Deidei przechwycił piłkę i sam zamienił ten odbiór na bramkę. To jednak wciąż nie był koniec zwrotów akcji. Ostatnie słowo należało do Melange. Marcin Godlewski po wrzucie z autu oddał strzał z dwóch metrów, ale ponownie świetnie interweniował Serhii Zarubin. Marcin nie odpuścił jednak tej akcji, wywalczył piłkę i dograł ją do Łukasza Słowika, który tym razem się nie pomylił.

Remis 2:2 jest chyba sprawiedliwym wynikiem tej piłkarskiej batalii. Obie drużyny nadal będą walczyć o podium i jeśli utrzymają taki poziom gry, trudno wyobrazić sobie, by zabrakło ich w strefie medalowej. Pytanie pozostaje tylko jedno – która z nich zakończy sezon wyżej.

Rodzina Soprano zdominowała spotkanie z Fuszerką i odniosła imponujące zwycięstwo 13:3. Od pierwszego gwizdka było widać, że gospodarze są doskonale przygotowani do meczu i zamierzają narzucić rywalom własny styl gry. Szybkie tempo, wysoki pressing oraz skuteczność pod bramką przeciwnika sprawiły, że przewaga Rodziny Soprano rosła z minuty na minutę.

Już w pierwszej połowie gospodarze pokazali swoją siłę w ofensywie. Składne akcje, dobra współpraca między formacjami i skuteczne wykończenie sprawiły, że do przerwy prowadzili aż 6:1. Fuszerka miała problemy z organizacją gry w defensywie i nie potrafiła znaleźć sposobu na zatrzymanie rozpędzonych rywali.

Po zmianie stron obraz meczu nie uległ zmianie. Rodzina Soprano nadal kontrolowała przebieg spotkania i regularnie powiększała swoje prowadzenie. Choć Fuszerka ambitnie walczyła do końca i zdołała zdobyć jeszcze dwie bramki, przewaga gospodarzy była zbyt duża, by myśleć o odwróceniu losów meczu.

Jednym z najbardziej nietypowych wydarzeń spotkania były dwie bramki samobójcze zawodników Fuszerki. Obie padły po niefortunnych interwencjach we własnym polu karnym, co jeszcze bardziej utrudniło gościom walkę o korzystny rezultat. Takie sytuacje zdarzają się niezwykle rzadko, a w tym meczu dodatkowo podkreśliły pecha, który towarzyszył Fuszerce.

Rodzina Soprano nie zwalniała tempa do ostatniego gwizdka, konsekwentnie wykorzystując kolejne okazje i prezentując bardzo skuteczny futbol. Zespół imponował zarówno w ataku, jak i organizacją gry, nie pozwalając przeciwnikom na rozwinięcie skrzydeł.

Ostatecznie spotkanie zakończyło się wysokim zwycięstwem Rodziny Soprano 13:3. Wynik ten w pełni odzwierciedla przebieg meczu, w którym gospodarze dominowali od początku do końca. Skuteczność, zespołowość i konsekwencja w realizacji założeń taktycznych pozwoliły im odnieść jedno z najbardziej okazałych zwycięstw w sezonie.

6 Liga

Mecz kreowany już w kuluarach na starcie tytanów, wrzucony do popularnego FANTYP-a, gdzie w komentarzach przeplatały się na zmianę wskazania na każdą ze stron, okazał się nieco inny, niż ktokolwiek mógłby przewidywać – rezerwy Kresowii sprawiły bowiem srogie lanie ekipie Hiszpańskiego Galeonu. Podopieczni Magnusa Michalskiego wyszli na spotkanie w ustawieniu 3-2, by ograniczyć przestrzeń zwinnym piłkarzom rywali, i wszystko to sprawdzało się do momentu wejścia na boisko kapitana Kresowii, Daniila Mikulicha. Wówczas ów gracz z numerem 8 na plecach praktycznie w pojedynkę zdominował środek pola i wpierw rozpoczął z autu akcję bramkową, zakończoną golem Grycki po asyście Kazakowa, a chwilę później sam podwyższył prowadzenie fenomenalnym uderzeniem pod poprzeczkę. Zdezorientowany tymi dwoma szybkimi ciosami Galeon coraz mocniej gubił się w swoich poczynaniach, bardzo słabo organizując się w defensywie po stracie piłki, czym przysparzał sobie mnóstwa problemów. Kolejne trafienia dołożyli Mikulich i Kazakow, a kwintesencją dominacji gości był gol ich kapitana tuż przed przerwą, kiedy to wyłuskał futbolówkę spod nóg Kamila Kapicy i pod naciskiem dwóch zawodników rywali czubkiem buta skierował ją do siatki.

Na nieszczęście dla gospodarzy obraz spotkania po zmianie stron nie uległ poprawie nawet w najmniejszym stopniu – desperacko szukając rozwiązań, gracze Galeonu próbowali gry na nowych dotychczas pozycjach, jak choćby Kapica cofający się do formacji obronnej. Największą piętą achillesową bordowo-białych był jednak doskok do przeciwnika, a właściwie jego brak, przez co za każdym razem zdawali się być spóźnieni względem swoich oponentów. Z takiego stanu rzeczy narodziły się gole Grycki, Kazakowa i – wobec narastającej frustracji – nawet wykop z „piątki” Daniila Mikulicha przelobował niezdecydowanego Jędrzeja Skawinę i zatrzepotał w siatce. Kompletnie z gry wyłączony został Kacper Romanowski, stąd też obowiązki w ofensywie próbowali brać na siebie defensorzy, np. Jakub Szczypiorski, lecz wówczas między słupkami bezbłędnie spisywał się Oleksandr Kozachenko. Swój stempel na meczu odcisnął także Vitalii Alizarovich, ustrzeliwując dublet, i dopiero przy kompromitującym stanie 0:10 honorową bramkę dla Galeonu zdobył Ivan Rudyi, otrzymując zagranie z rzutu rożnego od Patryka Lewickiego.

Ten pokaz siły utwierdził nas w przekonaniu, że Kresowia II dopiero się rozkręca i będzie niezwykle mocnym kandydatem do zajęcia miejsca na podium 6. ligi. Dla Hiszpańskiego Galeonu było to być może ostatnie ostrzeżenie – choć trudno w to uwierzyć, to tym razem specjaliści od lig letnich coraz mocniej oddalają się od „pudła”.

Dostać pięknego gola już na początku meczu, później dwa razy grać w osłabieniu po czerwonych kartkach, a i tak odnieść zwycięstwo? No, jest to jakiś wyczyn. Drużyna Orła Cień właśnie przy takim przebiegu meczu w 4. kolejce letniej edycji Ligi Fanów dała radę wygrać 4:3 z Mistrzami Chaosu.

Owego gola stadionów świata zdobył Mateusz Serafin. Wyjście na prowadzenie nie dało jednak pełnego komfortu, bo szybko odpowiedzieli rywale, a następnie zdobyli się na poprawkę i przeciągnęli linę częściowo na swoją stronę. Dublet w maksymalnie krótkim odstępie zdobył Antoni Komsta, który doskonale odnajdywał się przy zamykaniu akcji w pobliżu dalszego słupka. O takich zawodnikach mówi się „lis pola karnego”. Do przerwy jednak Mistrzowie Chaosu zdołali odrobić stratę, wykorzystując grę w przewadze po czerwonej kartce dla Maksymiliana Gralca. Nie był to najczystszy mecz, jeśli chodzi o fair play. Na boisku buzowało, zaś każda ze stron szukała szansy na przechylenie szali zwycięstwa na własną korzyść.

W składzie Orła Cień mieli jednak dwóch kluczowych w drugiej połowie graczy. Dysponujący świetnymi warunkami fizycznymi Kamil Wiktorowicz swoje bramkarskie obowiązki wypełniał pieczołowicie, przez co piłka bardzo często – choć zmierzała w stronę bramki – lądowała za linią końcową lub boczną boiska. Z piłką przy nodze natomiast swobodnie czuł się Patryk Wielgosz. To właśnie on ustalił wynik spotkania na 4:3 strzałem sprzed pola karnego. W drugiej połowie już nawet gra jednego zawodnika mniej po wykluczeniu Miłosza Książka nie była utrudnieniem, a komplet punktów sprawił, że aż cztery drużyny w 6. lidze mają po trzy oczka na swoim koncie. Walka na dole zapowiada się ciekawie.

FC Olimpik to drużyna, która w letniej edycji Ligi Fanów jeszcze nie przegrała. Trudno jednak oczekiwać jakiejś wpadki, gdy po czterech kolejkach ograli wicelidera, trzecią drużynę ligi i zremisowali z czwartym Dynamo Wołomin. Do końca sezonu zostały już tylko mecze z dolną połówką tabeli, co sprawia, że bukmacherzy nie windują kursów na wygranie 6. ligi zbyt wysoko.

Zeszłej niedzieli drużyna grająca w charakterystycznych, fioletowych strojach pokonała FC Everest – zespół, który po trzech kolejkach miał na koncie trzy zwycięstwa. W niezwykle zaciętym meczu 4. kolejki musiał jednak uznać wyższość rywali, którzy zwyciężyli 8:6. Jak do tego doszło? Zenek Martyniuk zaśpiewałby: „Nie wiem”, my jednak widzieliśmy to na własne oczy. Szybkie dwie bramki Daniila Pyvovara i Michała Grzegorzewskiego dały dobry początek. Na przerwę jednak to FC Everest schodził z jednobramkowym prowadzeniem. Edward Prokoshin miał w niedzielę dzień konia i trafiał wszystko, co leciało. Nie podobało mu się jednak, że Mykola Titov w bramce wyprawiał niesamowite rzeczy. Bez dobrej postawy golkipera Olimpiku zawodnicy Everestu pewnie kontynuowaliby swoje dzieło zniszczenia.

Nie dało się jednak wygrać, gdy po wznowieniu gry, nomen omen, szczytem dla FC Everestu było zmuszenie Titova do spocenia się, a Olimpik wiedział, jak trafiać do siatki. Artur Prokopchuk sieknął z wolnego, Maksym Zhukov ustrzelił hat-tricka, no, kapela grała na cały regulator. Rywali stać było tylko na gola ustalającego wynik w końcówce, ale to też nie była w pełni ich zasługa – Zhukov zmienił tor lotu piłki i wpakował ją do własnej bramki.

W meczu pomiędzy Dynamo a KS Centrum faworytami byli zawodnicy z Wołomina. I od pierwszych minut zaczęli to udowadniać. Już na początku spotkania zbudowali komfortową przewagę 3:0, którą utrzymali do końca pierwszej połowy. Rywale odpowiedzieli co prawda trzema trafieniami, ale Dynamo również dołożyło kolejne trzy bramki. Ostatecznie pierwsza połowa w wykonaniu Centrum wcale nie była zła. Zawodnicy potrafili stwarzać sytuacje pod bramką rywali, jednak na linii bramkowej po raz kolejny kapitalnie spisywał się Artur Hermann, jeden z głównych kandydatów do tytułu bramkarza sezonu. Oprócz pewnej gry między słupkami pomagał także drużynie w ataku, notując dwie asysty. Dynamo natomiast było znacznie bardziej skuteczne pod bramką przeciwnika, a także prezentowało się lepiej praktycznie w każdym elemencie gry.

Druga połowa nie przyniosła większych zmian w obrazie spotkania. Można nawet powiedzieć, że przewaga Dynamo jeszcze wzrosła. Początek tej części gry upłynął pod znakiem wielu niewykorzystanych okazji przez zawodników z Wołomina. Na kolejne bramki trzeba było chwilę poczekać, jednak nie przeszkodziło to Dynamo w dalszym powiększaniu przewagi i odniesieniu pewnego zwycięstwa.

Ozdobą spotkania była siódma bramka dla Dynamo. Kapitan drużyny, Michał Matyja, fenomenalnym uderzeniem lewą nogą posłał piłkę w samo górne okienko. Futbolówka odbiła się jeszcze od poprzeczki i wpadła do bramki, nie dając bramkarzowi żadnych szans.

W szeregach zwycięzców na szczególne wyróżnienie zasłużył Jakub Łukasiewicz, autor czterech bramek. Świetne zawody rozegrali również Michał Matyja, który zakończył mecz z dorobkiem dwóch goli i asysty, oraz będący w znakomitej formie w tym sezonie Sebastian Fransowski, który skompletował hat-tricka. W drużynie pokonanych, jak zwykle, błyszczał młody talent Stanisław Wojda, jednak jego dwa gole i dwie asysty okazały się tym razem niewystarczające.

Dynamo rehabilituje się po ostatnich mniej udanych wynikach i dopisuje do swojego dorobku kolejne trzy bardzo ważne punkty w kontekście walki o podium. KS Centrum najprawdopodobniej traci już niemal wszystkie szanse na medal, ale jesteśmy przekonani, że zawodnicy nie opuszczą rąk i będą walczyć o zwycięstwa aż do ostatniej kolejki.

7 Liga

Spotkanie FC Vikersonn UA 2 z Wczorajsi FC od początku miało dobre tempo i sporo sytuacji podbramkowych. Pierwsza połowa zdecydowanie należała do Wczorajszych, którzy szybko narzucili swój styl gry i byli znacznie skuteczniejsi w ofensywie. Do przerwy goście prowadzili 5:1, dzięki czemu mogli z większym spokojem podejść do drugiej części spotkania.

Po zmianie stron prowadzący nie zamierzali jednak zwalniać tempa. Drużyna kontrolowała przebieg spotkania i stwarzała kolejne sytuacje bramkowe. FC Vikersonn próbowało odpowiedzieć i kilkukrotnie zagroził bramce rywali, jednak bardzo dobrze między słupkami spisywał się Michał Mikołajczuk. Ostatecznie Wczorajsi FC dołożyli jeszcze jedno trafienie i zwyciężyli całe spotkanie 6:1.

Na szczególne wyróżnienie zasługuje Piotr Loze, który był główną postacią ofensywną swojej drużyny. Zdobył dwie bramki i zanotował dwie asysty, mając bezpośredni udział przy czterech trafieniach Wczorajszych. Jego skuteczność, aktywność oraz umiejętność kreowania sytuacji dla kolegów miały ogromne znaczenie dla końcowego rezultatu. Duże pochwały należą się również bramkarzowi Michałowi Mikołajczukowi. FC Vikersonn miało kilka dobrych okazji, aby zdobyć kolejne bramki, jednak Michał bardzo dobrze radził sobie z próbami przeciwników.

Po stronie FC Vikersonn UA 2 na wyróżnienie zasługuje Witalii Rybka, który zdobył jedyną bramkę swojej drużyny. Był również największym zagrożeniem dla defensywy Wczorajszych. Aktywnie szukał swoich okazji, próbował napędzać ofensywę i przez całe spotkanie starał się sprawiać problemy obrońcom rywali.

Ostatecznie Wczorajsi FC odnieśli pewne zwycięstwo w stosunku 6:1.

Przez niemal całą pierwszą połowę spotkania Ternovitsia II - Shitable utrzymywał się bezbramkowy remis. Zarówno gospodarze, jak i goście stworzyli sobie kilka dogodnych okazji, jednak świetne interwencje golkiperów skutecznie uniemożliwiały otwarcie wyniku. To właśnie bramkarze obu ekip byli zdecydowanymi bohaterami tej fazy meczu, a faworyta w zasadzie trudno było wskazać, ponieważ z przebiegu gry spotkanie było dość wyrównane. Gdy wydawało się, że obie drużyny zejdą na przerwę przy stanie 0:0, w jednej z ostatnich akcji pierwszej części gry przełamanie przyniósł Vitalii Boiarchuk, wyprowadzając Shitable na prowadzenie.

Po zmianie stron gole zaczęły padać znacznie szybciej. Ponownie inicjatywę przejęli goście. Najpierw prowadzenie podwyższył Sasha Prigodich, a chwilę później trzeci cios zadał Konstantyn Kostikov. Ternovitsia II próbowała jeszcze wrócić do gry i zdołała zdobyć bramkę kontaktową za sprawą Yuriego Kuzbyta, jednak ostatnie słowo należało do Shitable. W końcówce spotkania pięknym uderzeniem wynik na 1:4 ustalił Stanislau Krayeuski, przypieczętowując cenne zwycięstwo swojej drużyny.

Mimo porażki druga ekipa Ternovitsii utrzymała pozycję lidera 7. ligi. Jeśli jednak zespół na poważnie myśli o zdobyciu mistrzowskiego tytułu, kolejne podobne potknięcia mogą okazać się bardzo kosztowne...

Biorąc pod uwagę, że zarówno Tirowcy, jak i Inferno Team III przystępowali do tego spotkania z dorobkiem sześciu punktów, a oba zespoły potrafią grać atrakcyjną dla oka piłkę, ich bezpośrednie starcie zapowiadało się niezwykle interesująco. Stawką było utrzymanie miejsca w ścisłej czołówce tabeli, co stanowiło wystarczającą motywację, by nawet o godzinie 22:00 wykrzesać z siebie ostatnie pokłady energii.

Pierwsza połowa, choć zakończyła się remisem 1:1, z pewnością nie należała do nudnych. Wręcz przeciwnie – sytuacji podbramkowych nie brakowało. Jako pierwszy świetną okazję zmarnował Amadeusz Kopacz, który w dogodnej sytuacji posłał piłkę tuż obok słupka. Inferno odpowiedziało w najlepszy możliwy sposób. Po bardzo ładnej akcji, której ostatnimi ogniwami byli Marcin Rosiński i Ernest Bąkowski, ten drugi wpisał się na listę strzelców i otworzył wynik spotkania.

Tirowcy zdołali jednak szybko odpowiedzieć. Dalekie zagranie od bramkarza Staśka Bronkowskiego świetnie opanował Dominik Strus, który mimo bliskiej obecności Huberta Załuski zdecydował się na mocny strzał lewą nogą. Piłka wylądowała w siatce, a do przerwy nie poznaliśmy odpowiedzi na pytanie, która z drużyn jest bliżej zwycięstwa.

Po zmianie stron optyczna przewaga nadal należała do Inferno Team III, choć przez długi czas zespół nie potrafił przekuć jej na kolejne gole. Duża w tym zasługa bramkarza Tirowców, który rozgrywał kapitalne zawody. Igor Patkowski, kapitan Inferno, jeszcze w trakcie meczu wskazał go najlepszym zawodnikiem drużyny rywali i trudno było się z tą opinią nie zgodzić. W końcu jednak również on musiał skapitulować po raz drugi. Marcin Rosiński posłał świetne podanie na dalszy słupek, a Paweł Jasztel zamknął akcję celnym strzałem z główki. Od tego momentu wszystko zaczęło układać się po myśli Inferno. Chwilę później było już 3:1, następnie 4:1 i dało się zauważyć, że mimo ogromnych chęci Tirowcy coraz mniej wierzyli w możliwość powrotu do meczu.

Ostatnie słowo również należało do Pawła Jasztela, który ustalił wynik spotkania na 5:1. Inferno Team III odniosło w pełni zasłużone zwycięstwo, potwierdzając, że należy do najmocniejszych drużyn w tej lidze.

Mimo wysokiej porażki Tirowcy nie mają jednak powodów, by wstydzić się swojej postawy. Owszem, wiele zawdzięczają świetnie dysponowanemu bramkarzowi, ale z pewnością nie rozłożyli przed rywalami czerwonego dywanu. Na szczególne wyróżnienie zasługuje również Dominik Strus, który po raz kolejny pokazał, że warto uważnie śledzić jego występy.

Inferno Team III okazało się jednak zespołem dojrzalszym i skuteczniejszym. A mając w swoich szeregach tak znakomicie dysponowanego w roli asystenta Marcina Rosińskiego, po prostu trudno było ten mecz przegrać.

8 Liga

Inter odniósł pewne zwycięstwo nad Yug.Bud, wygrywając 6:2. Już od pierwszych minut goście narzucili wysokie tempo gry, przejmując kontrolę nad spotkaniem i skutecznie wykorzystując swoje okazje bramkowe. Yug.Bud próbował odpowiadać, jednak dobrze zorganizowana defensywa Interu oraz skuteczność w ataku sprawiły, że przewaga gości systematycznie rosła.

Pierwsza połowa przebiegała pod dyktando Interu. Zawodnicy tej drużyny grali szybko, dokładnie i z dużą pewnością siebie, co przełożyło się na trzy zdobyte bramki przed przerwą. Szczególnie efektowne było drugie trafienie. Akcja rozpoczęła się od kapitalnego zagrania bramkarza Interu, który posłał daleką i niezwykle precyzyjną piłkę wprost do wychodzącego partnera. Ten idealnie odnalazł się w polu karnym i efektownym strzałem głową pokonał bramkarza Yug.Bud. Była to bramka najwyższej klasy, która bez wątpienia zasługuje na nominację do bramki kolejki.

Do przerwy Inter prowadził 3:0 i miał pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Po zmianie stron Yug.Bud zagrał odważniej i zdołał dwukrotnie pokonać bramkarza rywali, jednak Inter nie pozwolił gospodarzom uwierzyć w odwrócenie losów meczu. Goście odpowiadali kolejnymi trafieniami, zachowując spokój i wysoką skuteczność pod bramką przeciwnika.

Inter przez całe spotkanie imponował organizacją gry, cierpliwością w budowaniu akcji i skutecznością w wykańczaniu sytuacji. Yug.Bud walczył do końca i mimo niekorzystnego wyniku nie odpuszczał, czego efektem były dwie zdobyte bramki. Ostatecznie jednak to Inter zasłużenie sięgnął po komplet punktów.

Końcowy wynik 6:2 potwierdza przewagę triumfatorów, którzy zaprezentowali bardzo dojrzały futbol. Najbardziej pamiętnym momentem meczu pozostanie jednak druga bramka gości – perfekcyjna asysta bramkarza i znakomite wykończenie akcji strzałem głową to zagranie, które z pewnością będzie jednym z kandydatów do miana najładniejszej bramki kolejki.

W tej ciekawie zapowiadającej się potyczce Heavyweight Heroes szybko przejęli inicjatywę i już w pierwszej połowie zbudowali sobie wyraźną przewagę. Do przerwy prowadzili 5:2, pokazując dużą skuteczność w ofensywie i dobrze wykorzystując swoje sytuacje.

Po zmianie stron Lisy bez Polisy próbowały odrobić straty i wrócić do spotkania, jednak Herosi dobrze kontrolowali przebieg meczu. Gospodarze nie pozwolili rywalom na większy zryw, a sami dołożyli jeszcze jedną bramkę. Ostatecznie Heavyweight Heroes zwyciężyli 6:3.

Największym bohaterem spotkania był Rafał Spodar, który popisał się znakomitą skutecznością i skompletował hat-tricka. Jego trafienia miały ogromne znaczenie dla końcowego rezultatu i były jednym z głównych powodów zwycięstwa Heavyweight Heroes.

Na wyróżnienie zasługuje również Mateusz Piątek, który zdobył dwie bramki i zanotował jedną asystę. Bardzo dobry występ zaliczył także Mateusz Stępień, autor jednej bramki i dwóch asyst. Obaj zawodnicy mieli duży wpływ na ofensywę swojej drużyny i pokazali się z bardzo dobrej strony w najważniejszych momentach spotkania.

Po stronie Lisów bez Polisy warto wyróżnić duet Kamil Jarosz – Marcin Doch. Jarosz zanotował dwie asysty, aktywnie uczestnicząc w kreowaniu sytuacji dla kolegów, natomiast Doch był skuteczny pod bramką Heavyweight Heroes i zdobył dwie bramki. Ich współpraca była jednym z jaśniejszych punktów po stronie przegranej drużyny.

Spotkanie Luminy z FC Śmietanką było niezwykle zaciętym widowiskiem. Od pierwszych minut obie drużyny grały bardzo ofensywnie i nie zamierzały oddawać pola rywalowi. Akcja szybko przenosiła się spod jednej bramki pod drugą, a na boisku oglądaliśmy wymianę ciosów. Po pierwszej połowie na tablicy wyników widniał remis 3:3, co idealnie oddawało przebieg spotkania.

Po zmianie stron emocje wcale nie opadły. Obie drużyny nadal szukały swoich szans i każda zdobyta bramka spotykała się z odpowiedzią rywala. Ostatecznie to Lumina zachowała więcej skuteczności w kluczowych momentach i przechyliła szalę zwycięstwa na swoją stronę, wygrywając całe spotkanie 5:4.

W barwach FC Śmietanki bardzo dobry występ zaliczył Adrian Wiączyk, który zdobył jedną bramkę oraz zanotował dwie asysty. Był jednym z najważniejszych zawodników ofensywnych swojej drużyny i miał bezpośredni udział przy trzech trafieniach. Na wyróżnienie zasługuje również Maciej Racinowski, który dwukrotnie wpisał się na listę strzelców i swoją skutecznością stanowił duże zagrożenie dla defensywy Luminy.

Po stronie zwycięskiej drużyny szczególnie warto pochwalić Matvii Puzyka, autora dwóch bramek i jednej asysty. Był bardzo aktywny w ofensywie i odegrał ważną rolę w zwycięstwie Luminy. Na szczególne uznanie zasługuje jednak przede wszystkim zespołowa postawa Luminy. Aż sześciu zawodników miało udział przy zdobywanych bramkach, co pokazuje, jak dobrze drużyna funkcjonowała jako kolektyw. Odpowiedzialność za ofensywę była rozłożona na wielu zawodników, a współpraca całego zespołu pozwoliła Luminie utrzymać wysokie tempo gry i ostatecznie zdobyć zwycięską bramkę. To był klucz do sukcesu.

Okazuje się, że NieDzielni są niepokonani, gdy Damian Lada ma humor i chęć. Kolejny tydzień z rzędu hasający po lewej flance boiska zawodnik zdobywa bramki, jego drużyna wygrywa, a rywale mają spory problem. Przeciwko ekipie Szeregu Homogenizowanego znów pokazał, że jest kluczowym piłkarzem. Jego dwie bramki wyglądały jak kopiuj-wklej. Przyjęcie lub przejęcie piłki w okolicy własnego pola karnego, rajd przez całe boisko, zejście do środka i techniczne uderzenie w kierunku dalszego słupka. Jan Wosiński mógł nawet wiedzieć, co się święci, lecz nie był w stanie temu zapobiec.

Bramkarz Szeregu bardzo dobrze natomiast obronił rzut karny wykonywany przez innego golkipera – Marcina Aksamitowskiego. Uderzenie było dobre, natomiast interwencja jeszcze lepsza. NieDzielni pierwszą połowę rozegrali niemal bezbłędnie, bo udało im się nie stracić gola. Aksamitowski naprawdę dbał o to, aby do siatki nic nie wpadło. Najwięcej interwencji notował nogami, jednak w drugiej połowie musiał skapitulować. Piotr Baran pokonał go z jedenastu metrów. Wosiński także dwoił się i troił, aby jego drużyna nie przegrała wyższym rozmiarem. Niestety, pokonywali go Sławomir Godyński, Bartosz Kujawiński oraz Łukasz Kacprzak. Bramka tego pierwszego zasłużyła na pochwałę – Godyński pokonał Wosińskiego strzałem ze znacznego dystansu. W podobny sposób gola dla swojej ekipy zdobył Eryk Borczon.

Szereg Homogenizowany po porażce 2:5 wciąż walczy o pierwsze ligowe punkty w letniej edycji Ligi Fanów. NieDzielni za to grają w kratkę, choć tym razem udało im się zapunktować, dzięki czemu zbliżyli się do podium. Walka o miejsca w czołówce wciąż nie jest rozstrzygnięta.

Facebook

Reklama

Tabela

Social Media

Youtube

Reklama