reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualności
aktualności
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
SUPERBET CUP
Galeria
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga

RAPORT MECZOWY! 3. KOLEJKA - LATO 2026

Choć w niedzielę rozegraliśmy dopiero 3. kolejkę, to na kilku poziomach rozgrywek już teraz można z pełnym przekonaniem stwierdzić, że są zespoły, którym odebranie pozycji lidera będzie niezwykle trudnym zadaniem. Ternovitsia, FSK Kolos czy Yug.Bud od początku sezonu prezentują świetną formę i zatrzymanie ich będzie piekielnie trudne.

To jednak tylko jeden z wniosków, jakie wyciągnęliśmy po minionym weekendzie. Jakie jeszcze? Tego dowiecie się z lektury opisów spotkań 3. serii gier.

Opisy meczów 3. kolejki czekają już na Was w raportach, w zakładce PODSUMOWANIE SPOTKANIA. Ale mamy też coś dla tych, którym nie chce się za dużo klikać, a których interesują relacje wyłącznie z meczów ligi w której grają. Wchodząc w menu konkretnego poziomu rozgrywkowego dodaliśmy opcję RELACJE MECZOWE. Wszystkie streszczenia znajdziecie tam w jednym miejscu :) Życzymy Wam przyjemnej lektury!


1 Liga

Starcie godne najwyższej klasy rozgrywkowej! To, że w potyczce Hetmana z Warsaw Sinaloa wielu bramek nie uświadczyliśmy, absolutnie nie odejmowało uroku tej rywalizacji – mnóstwo koronkowych akcji, klasowe parady bramkarskie, soczyste strzały i walka do ostatnich minut. Wszystko to, czego kibicowi szóstek piłkarskich potrzeba, było tu podane jak na talerzu.

Zgodnie z oczekiwaniami, choć raczej nie w oczekiwany sposób, prowadzenie objęła Sinaloa. Piłkę spod nóg Łukasza Grzybowskiego wyłuskał kapitan gości, Grzegorz Himkowski, i po minięciu bramkarza wpakował ją do siatki. Hetman, pomimo znacznie skromniejszej kadry, walczył z rywalem jak równy z równym i ta zacna postawa została wkrótce nagrodzona. Niezwykłą precyzją przy podyktowanym rzucie wolnym wykazał się Arkadiusz Kibler, mierząc idealnie w prawy dolny róg bramki.

Gospodarze poszli za ciosem i tym razem zaskoczyli coraz bardziej sfrustrowanych oponentów długim podaniem od broniącego dostępu do bramki Wiktora Stankowskiego wprost na głowę wyskakującego zza pleców obrońców Szymona Oniszczuka. Na 2:1 mogło się jednak nie zakończyć, ale na szczęście dla Sinaloi na posterunku stał Igor Kasianik, który zanotował trzy absolutnie kapitalne interwencje. Tym samym podopieczni Daniela Wańka schodzili na przerwę ze skromną, lecz w pełni zasłużoną i wywalczoną w pocie czoła zaliczką.

Po zmianie stron do głosu częściej dochodziła Sinaloa, lecz, pozazdrościwszy koledze po fachu wybitnych parad bramkarskich, Stankowski również wzniósł się na wyżyny swoich umiejętności, chroniąc swój zespół przed stratą gola. Na ratunek gościom przyszedł, podobnie jak ich przeciwnikom w pierwszej połowie, stały fragment gry – „jedenastkę”, podyktowaną za wślizg Mikołaja Marczewskiego, ze stoickim spokojem wykorzystał Patryk Abbassi.

Wydawało się, że piłkarze w żółtych strojach mają Hetmana w garści, choć na skutek zbytniego egoizmu czy też fatalnego pudłowania z tablicy wyników wciąż nie znikał remis. Bohaterem Warsaw Sinaloa okazał się były piłkarz Hetmana, Kacper Urban, który na trzy minuty przed końcem meczu zdobył bramkę na 2:3 po sprytnym rozegraniu rzutu wolnego, a następnie sam posłał piłkę do mającego przed sobą pustą bramkę Damiana Sawickiego. Niestety, choć było naprawdę blisko, to na swoje premierowe zwycięstwo tego lata Hetman będzie musiał jeszcze trochę poczekać.

Niby na kanale Disney XD przestali puszczać „Galactik Football” w 2013 roku, ale mecz rodem z tej francuskiej bajki mieliśmy przyjemność oglądać parę dni temu na boisku C. BM i Ternovitsia dosłownie zabawiły się w futbol jak z kreskówki. Można było się zastanawiać, czy to Snow Kids z planety Akillian znowu zużyli cały zapas fluxa na jeden mecz, aby wygrać z Shadowsami.

Bohaterami na sam koniec okazała się Ternovitsia, ale nie chciałbym, żeby Państwo zwracali uwagę wyłącznie na wynik. BM ze względu na czerwoną kartkę musiało radzić sobie bez jednego z kluczowych zawodników – Faizena Rahmatshoeva. Szybko też zaczęło tracić bramki. Nazar Rusiak, Pavel Paduk i Yaroslav Ilkiv urządzili sobie swawolną zabawę, prezentując wiele wariantów ofensywnych ataków. BM jednak zawzięcie goniło rywala i nie sposób odebrać mu ani hartu ducha, ani jakości piłkarskiej. Nie sposób też nie docenić Vladislava Zavarzy, który potrafił w pojedynkę rozmontowywać obronę ukraińskiej drużyny.

Na kogokolwiek by się jednak nie spojrzało, można było oczekiwać piłkarskich czarów. Z korzystnego wyniku korzystał Ilkiv, który w pewnym momencie zdecydował się zaprezentować zgromadzonym kibicom przerzucenie sobie piłki nad przeciwnikiem, nazywane rainbow flickiem. To naprawdę robiło wrażenie. Jako bezstronny obserwator po zakończonym meczu można było czuć smutek. Bo jak to? Tylko 50 minut miał trwać taki koncert piłkarski w wykonaniu dwóch jakościowych drużyn?

Ternovitsia wygrała ostatecznie 11:7 – nie dała się dogonić, utrzymując bezpieczną przewagę kilku bramek. Choć przy stanie 9:6 na ławkach zrobiło się naprawdę gorąco. Nieprzypadkowo jednak to właśnie zwycięzcy tej rywalizacji po trzech kolejkach mają komplet punktów i prowadzą w tabeli 1. ligi.

Niemniej jednak, jeśli pojawiłaby się taka opcja, składam formalny wniosek o powtórzenie tego meczu. Nie przez jakieś nieprawidłowości – po prostu chciałbym zobaczyć to jeszcze raz. „Galactik Football” to przecież dzieciństwo.

To spotkanie od początku dostarczyło sporo emocji, a przede wszystkim wielu bramek. Obie drużyny postawiły na ofensywną grę, a wynik zmieniał się niemal przez całe 50 minut.

Już w 5. minucie Budz otworzył wynik dla Kebavity. Inferno odpowiedziało minutę później – Kołomański doprowadził do wyrównania. W 9. minucie Budz ponownie znalazł drogę do bramki, tym razem po podaniu Lawrence’a, dając Kebavicie prowadzenie. Inferno nie zamierzało jednak odpuszczać. W 16. minucie Bartnicki doprowadził do wyrównania, a po przerwie zespół Igora Patkowskiego przejął inicjatywę. W 30. minucie Wielgat zdobył bramkę, a cztery minuty później Świeciński podwyższył prowadzenie Inferno. W 37. minucie Wielgat ponownie wpisał się na listę strzelców.

Kebavita odpowiedziała serią trafień. W 38. minucie Lawrence, a dwie minuty później Budz zdobyli kolejne bramki. W 45. minucie Lawrence skompletował dublet po podaniu Budza, dzięki czemu spotkanie ponownie zrobiło się bardzo wyrównane.

Końcówka należała jednak do Inferno. W 46. minucie Wielgat wykorzystał podanie Klocha i zdobył swoją kolejną bramkę. W 48. minucie Stanek również wpisał się na listę strzelców. Wynik spotkania w 49. minucie ustalił Kwena, zdobywając ostatnią bramkę dla Kebavity.

Inferno wygrało niezwykle ofensywne spotkanie. Obie drużyny do samego końca walczyły o korzystny rezultat. Kluczowa okazała się końcówka, w której Inferno zachowało więcej skuteczności i dowiozło zwycięstwo do ostatniego gwizdka.

2 Liga

Ajaks Warszawa przegrał z FSK Kolos 7:12. Obie drużyny postawiły na ofensywny futbol, dzięki czemu spotkanie było niezwykle widowiskowe.

Do przerwy prowadził Kolos 5:3. Mimo że Ajax starał się dotrzymywać kroku rywalom, zawodnicy z Ukrainy byli skuteczniejsi pod bramką i zasłużenie schodzili na przerwę z dwubramkową zaliczką. W drugiej połowie Kolos jeszcze bardziej podkręcił tempo i z dużą skutecznością wykorzystywał kolejne okazje. Ajax również potrafił odpowiedzieć trafieniami, jednak nie był w stanie odrobić strat. Spotkanie zakończyło się zwycięstwem Kolosu 12:7 (7:12 z perspektywy gospodarzy).

Bohaterem triumfatorów był Nazar Rusiak, który rozegrał fenomenalne zawody. Zdobył cztery bramki i zanotował trzy asysty, mając bezpośredni udział przy siedmiu trafieniach swojej drużyny. Na duże słowa uznania zasługuje także bramkarz Roman Korolevych. Wielokrotnie ratował swój zespół skutecznymi interwencjami i był pewnym punktem drużyny, szczególnie w momentach, gdy Ajax próbował wrócić do meczu.

Po stronie Ajaksu Warszawa zdecydowanie wyróżnił się Bartek Kopacz. Był liderem ofensywy gospodarzy, zdobył aż pięć bramek i dołożył jedną asystę, praktycznie w pojedynkę utrzymując swój zespół w walce o korzystny wynik.

Mimo ambitnej postawy Ajaksu to FSK Kolos okazał się zespołem skuteczniejszym i zasłużenie sięgnął po komplet trzech punktów.

Zdecydowanie nie takiego meczu spodziewaliśmy się na zakończenie niedzielnego dnia. Zapowiedź spotkania była bardzo obiecująca, ale zamiast emocjonującego starcia zobaczyliśmy bardzo jednostronne widowisko.

Gospodarze rozpoczęli mecz zaledwie z czterema zawodnikami z pola i wydawało się, że taki początek przesądzi o losach spotkania. Jak się jednak okazało, właśnie w tych trudnych momentach Inferno wyglądało wręcz najlepiej w całym meczu. Drużyna grała aktywnie, odważnie i walczyła na każdym fragmencie boiska. Kiedy jednak z opóźnieniem na plac gry dotarli pozostali zawodnicy zespołu, coś się załamało, a u Husarii przeciwnie – wszystko zaczęło działać. Bramka za bramką zawodnicy budowali swoją przewagę, która pod koniec pierwszej połowy była już bardzo wyraźna. Na przerwę drużyny schodziły przy wyniku 6:0.

Początek drugiej połowy nie przyniósł większych zmian w obrazie gry. W pewnym momencie wynik wzrósł już do 10:0. Po tym Husaria nieco zwolniła tempo, a Inferno wręcz przeciwnie – zaczęło walczyć o honor. Dzięki temu końcówka spotkania była zdecydowanie bardziej wyrównana i przyniosła ostateczny wynik 13:4 na korzyść Husarii.

Być może przewaga w grze nie była aż tak ogromna, jak sugeruje wynik, ale Husaria zdecydowanie lepiej czuła się w fazie wykańczania akcji. Inferno natomiast w pewnym momencie straciło wiarę i opuściło ręce, co doprowadziło do tak wysokiej porażki.

Głównym architektem sukcesu Husarii został Jan Antoszkiewicz, autor ośmiu bramek i jednej asysty. To bardzo mocna kandydatura do tytułu najlepszego strzelca tej letniej edycji.

Mimo tego rezultatu walka o podium wciąż pozostaje otwarta dla obu drużyn. Husaria wysunęła się na prowadzenie w tym wyścigu, ale Inferno zdecydowanie nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa w 2. Lidze.

W niedzielę zobaczyliśmy dwie zupełnie różne połowy w wykonaniu Łowców i Meyis BR 2023. Pierwsza była bardzo wyrównana, a lepiej prezentowali się w niej zawodnicy Łowców. To oni cały czas wychodzili na prowadzenie, jednak Meyis konsekwentnie podążał za rywalem, zmniejszając straty. Na boisku bardziej konkretni w ataku byli Łowcy, ale zaangażowaniem i ogromną wolą walki Meyis nadrabiał swoje braki. Co więcej, pod względem czysto piłkarskim również nie wyglądał gorzej od rywala i także starał się zagrozić bramce przeciwnika.

Druga połowa to już zupełnie inna historia. W drużynie Meyis jakby wyłączył się przełącznik energii. Pierwszą połowę przegrali zaledwie 2:4, natomiast druga zakończyła się wynikiem 1:5. Bramki dla Łowców zaczęły padać jedna za drugą, a rywal niestety nie wytrzymał tego naporu i z czasem opuścił ręce.

W składzie gospodarzy trzeba wyróżnić Artema Pavlika, który strzelił trzy bramki, oraz Platona Marchenko, mającego na swoim koncie dwa trafienia. Jeszcze ciekawiej wyglądał występ Marsela Tamoyana. Zdobył dwie bramki, z których jedną śmiało można nominować do Nagrody FIFA im. Ferenca Puskása. Do tego dołożył jedną asystę i obejrzał żółtą kartkę.

Podsumowując, było to pewne zwycięstwo Łowców, które przybliża ich do strefy medalowej. W przypadku Meyis nie wszystko wygląda już tak optymistycznie, ale jeśli zawodnicy będą grać tak jak w pierwszej połowie, z pewnością będą jeszcze w stanie powalczyć o dobre miejsc w tabeli.

Dla FC Bulls było to spotkanie ostatniej szansy. Dwie porażki w dwóch pierwszych kolejkach sprawiły, że kolejna wpadka praktycznie przekreśliłaby ich nadzieje na walkę o coś więcej w tegorocznej edycji Ligi Letniej. Zadanie było jednak wyjątkowo trudne, bo po drugiej stronie boiska stanął FK Almaz – zespół, który przed tą kolejką miał na swoim koncie komplet sześciu punktów i prezentował się znakomicie.

I gdy w pewnym momencie niedzielnego spotkania Almaz prowadził już 3:0, wydawało się, że nic nie jest w stanie zatrzymać go przed odniesieniem trzeciego zwycięstwa z rzędu. Tymczasem boisko napisało zupełnie szalony scenariusz.

Choć od pierwszych minut mecz był bardzo wyrównany, to bramki zdobywali wyłącznie zawodnicy Almazu. Kapitalne zawody rozgrywał przede wszystkim Pavel Klimianko, który zanotował trzy asysty i w dużej mierze odpowiadał za ofensywne poczynania swojej drużyny. Bulls również stwarzali sobie sytuacje, ale długo brakowało im skuteczności. Przełamanie przyszło dopiero pod koniec pierwszej połowy, kiedy niezwykle ważnego gola zdobył Vladislav Serheiev. Jak się później okazało, było to trafienie, które całkowicie odmieniło losy meczu.

Ta bramka dodała "Bykom" ogromnej pewności siebie. Na drugą połowę wyszli z zupełnie inną energią i od razu ruszyli do odrabiania strat. Chwilę po wznowieniu gry fantastycznym uderzeniem w samo okienko popisał się Ilya Grunchak, który ostatecznie został największym bohaterem tego widowiska. Kilka minut później ponownie spróbował szczęścia z dystansu. Zenek Michailyszyn odbił piłkę przed siebie, a najlepiej w polu karnym odnalazł się Ivan Markovych, doprowadzając do remisu. To jednak wciąż nie zadowalało Bulls, którzy wyraźnie poczuli krew. Niedługo później kolejnym świetnym strzałem z dystansu popisał się Konstantin Vesolovskyi. Piłka po drodze zaliczyła jeszcze rykoszet, całkowicie myląc bramkarza Almazu i lądując w siatce. W ciągu kilkunastu minut zespół, który przegrywał już 0:3, odwrócił losy spotkania i objął prowadzenie.

Od tego momentu Almaz kompletnie stracił kontrolę nad wydarzeniami na boisku. To, co zbudował w pierwszej połowie, rozsypało się niczym domek z kart. Co prawda przy wyniku 3:5 zawodnicy w zielonych koszulkach umieścili piłkę w bramce, jednak arbiter dopatrzył się nieprawidłowości i gola nie uznał. Chwilę później Bulls podwyższyli na 6:3 i stało się jasne, że gospodarze nie wypuszczą już tego zwycięstwa z rąk.

Ostatecznie ekipa Vladislava Zhukova zwyciężyła 8:4, fundując swoim rywalom bolesną lekcję i jeden z najbardziej efektownych comebacków tej kolejki. Trzeba jednak oddać zwycięzcom, że po przerwie weszli na poziom intensywności, determinacji i jakości, z którym Almaz nie potrafił sobie poradzić. Na osobne wyróżnienie zasłużył Ilya Grunchak. Trzy gole i trzy asysty w meczu o tak dużym ciężarze gatunkowym mówią same za siebie. Brawo!

3 Liga

LaFlame Bielany do tej pory nie znalazło godnego siebie rywala w 3. lidze. Dwa wysokie zwycięstwa tylko utwierdziły wszystkich w przekonaniu, że zespół z Bielan jest jednym z głównych kandydatów do mistrzowskiego tytułu. Czy zakładaliśmy, że FC Patriot będzie w stanie przeciwstawić się tak rozpędzonemu rywalowi? Szczerze mówiąc – niespecjalnie. Oczywiście spodziewaliśmy się, że nie będzie to spacer dla LaFlame, ale aż takich problemów również nie przewidywaliśmy.

Początek spotkania zdawał się to potwierdzać. Gospodarze wyraźnie dominowali, przede wszystkim utrzymując się przy piłce, a z czasem przełożyli tę przewagę na prowadzenie. Na listę strzelców wpisał się Patryk Kamola, choć równie dobrze trafienie można byłoby zapisać jako pechowego samobója Dmytro Olejnikowa. Piłka po strzale odbiła się bowiem od słupka, następnie od bramkarza Patriotów i dopiero wtedy wpadła do siatki.

Po początkowej dominacji LaFlame zespół Patriotów zdołał jednak odsunąć grę od własnego pola karnego. Spotkanie się wyrównało i choć obie drużyny miały swoje momenty, do przerwy jedynym golem pozostawało trafienie Kamoli.

Na początku drugiej połowy inicjatywę przejęli Patrioci. Kilka razy zagrozili rywalom strzałami z dystansu i niewiele brakowało, aby Filip Gąska, który po przerwie zastąpił między słupkami Szymona Świercza, musiał wyciągać piłkę z siatki. W 32. minucie był już praktycznie bezradny po potężnym uderzeniu Yurii Butsa, ale tym razem uratowała go poprzeczka. W końcu jednak napór Patriotów przyniósł efekt. Do wyrównania doprowadził Maksym Abramau i trzeba uczciwie przyznać, że jego zespół w pełni zasłużył na tego gola. W tamtym momencie wydawało się, że remis jest bardzo realnym scenariuszem.

Nikogo jednak taki wynik nie satysfakcjonował. Kluczowy okazał się jeden z kolejnych fragmentów meczu. Najpierw znakomitą okazję na drugie trafienie miał ponownie Abramau, ale Filip Gąska świetnie skrócił kąt i uratował swoją drużynę. Dosłownie chwilę później kosztowny błąd popełnił Viktor Yaremyi. Pozwolił Andrzejowi Skorupie podejść zbyt blisko, ten odebrał mu piłkę, ruszył w kierunku bramki i pewnym strzałem ponownie wyprowadził LaFlame na prowadzenie.

Od tego momentu gospodarze skupili się na obronie jednobramkowej przewagi, choć zadanie wcale nie było łatwe. Mykyta Rai i jego koledzy robili wszystko, by doprowadzić do wyrównania. W ostatniej akcji meczu wywalczyli jeszcze rzut wolny. Do piłki podszedł Dmytro Olejnikow, a jego mocny strzał zatrzymał się jedynie na poprzeczce. Chwilę później futbolówka opuściła pole gry, a sędzia zakończył spotkanie.

LaFlame Bielany odniosło tym samym trzecie zwycięstwo z rzędu, ale bez wątpienia było to ich najtrudniejsze spotkanie w obecnym sezonie. Pokusimy się nawet o stwierdzenie, że remis wcale nie byłby niesprawiedliwym rezultatem. FC Patriot rozegrał naprawdę dobre zawody i przez długie fragmenty nie ustępował faworytom. O końcowym wyniku zadecydowały detale, a tym razem były one po stronie zespołu z Bielan.

Spotkanie od pierwszych minut zapowiadało się na bardzo ciekawe widowisko. Już w 1. minucie Samoraj otworzył wynik dla Na2Nożkę, a zaledwie dwie minuty później Balysh odpowiedział trafieniem dla Elektrowoźniaka.

W 17. minucie Samoraj ponownie wpisał się na listę strzelców, a trzy minuty później dołożył kolejne trafienie, dając Na2Nożkę prowadzenie. Elektrowoźniak szybko jednak odzyskał kontrolę nad spotkaniem. W 22. minucie Zwariuk rozpoczął swoją strzelecką serię, a w 24. minucie Lavriv doprowadził do remisu.

W 28. minucie do bramki trafił nawet bramkarz Pshchuk, a kolejne trafienia Zwariuka i Balysha w 31. i 35. minucie sprawiły, że przewaga Elektrowoźniaka stawała się coraz bardziej wyraźna. W 37. minucie do siatki trafił Chornyi, a dwie minuty później Balysh dołożył kolejną bramkę.

Na2Nożkę próbowało jeszcze odpowiedzieć. W 43. minucie Samoraj zdobył swoją czwartą bramkę w meczu, tym razem bezpośrednio z rzutu wolnego. Elektrowoźniak nie pozwolił jednak rywalom na odrobienie strat. W 46. minucie Lavriv ponownie wpisał się na listę strzelców, a w 48. minucie Zwariuk dokończył dzieła zniszczenia.

W ostatniej minucie spotkania Dalecki zdobył jeszcze bramkę dla Na2Nożkę, ustalając wynik meczu.

Już przed pierwszym gwizdkiem było wiadomo, że KSB czeka niezwykle trudne zadanie. Gospodarze przystąpili do spotkania w mocno okrojonym składzie, podczas gdy Zakapiory pojawiły się w swoim sprawdzonym, silnym zestawieniu. Co więcej, mimo kadrowych problemów rywala, goście podeszli do meczu z pełnym respektem i od pierwszych minut nie zamierzali pozostawić niczego przypadkowi.

To, co wydarzyło się na początku spotkania, w zasadzie było zapowiedzią całego meczu. Zakapiory błyskawicznie narzuciły swoje warunki gry i w ciągu kilku minut pokazały pełnię swojego potencjału. Prym wiedli Lasota, Banaszek oraz Groszkowski, którzy z ogromną łatwością rozbijali defensywę KSB i raz po raz tworzyli kolejne groźne sytuacje.

Pierwsza połowa praktycznie rozstrzygnęła losy rywalizacji. Wynik 7:1 mówił sam za siebie i był odzwierciedleniem przewagi gości, którzy imponowali organizacją, skutecznością i spokojem w rozegraniu piłki.

Po przerwie KSB próbowało wrócić do meczu. Zespół nie złożył broni, a Adrian Giżyński dwoił się i troił, starając się poderwać gospodarzy do walki. Mimo ambitnej postawy było jednak niezwykle trudno znaleźć sposób na znakomicie dysponowanych Zakapiorów. Goście grali bardzo dojrzale, nie pozwalali rywalom rozwinąć skrzydeł i konsekwentnie kontrolowali przebieg spotkania. Na szczególne wyróżnienie zasłużył Lasota, który rozegrał prawdziwy koncert. Cztery zdobyte bramki i dwie asysty tylko potwierdzają, że był tego dnia nie do zatrzymania. Świetnie wspierali go również Banaszek i Groszkowski, a cały zespół funkcjonował bardzo dobrze i był świetnie zorganizowany.

Tak przekonujące zwycięstwo to wyraźny sygnał dla reszty stawki. Jeśli Zakapiory utrzymają taki poziom gry i będą regularnie występować w tak mocnym składzie, z pewnością staną się jednym z najpoważniejszych kandydatów do walki o mistrzostwo.

Choć Husaria wciąż czekała na pierwsze punkty, a Force Fusion udanie rozpoczęło letni sezon, zapowiedź zwiastowała wyrównane widowisko. Boisko tylko potwierdziło te przewidywania.

Już od pierwszych minut obie drużyny grały odważnie, choć to Husaria częściej próbowała zagrozić bramce rywali uderzeniami z dystansu. Wynik otworzył Hubner, który po przejęciu piłki minął rywala i pewnym strzałem pokonał bramkarza. Radość gospodarzy nie trwała jednak długo. Goście niemal natychmiast odpowiedzieli za sprawą Pliakina, a chwilę później prowadzenie Force Fusion dał Yakubiv, skutecznie wykańczając akcję rozpoczętą dalekim wrzutem z autu.

Mimo niekorzystnego wyniku Husaria konsekwentnie realizowała swój plan. Nie bez znaczenia była również postawa Ostapińskiego, który kilkoma odważnymi interwencjami uchronił gospodarzy przed stratą kolejnych bramek i pozwolił im pozostać w kontakcie z rywalem. W końcu Hubner ponownie doprowadził do wyrównania, a jeszcze przed przerwą Husaria odzyskała prowadzenie. Gospodarze schodzili na przerwę z minimalną zaliczką, prowadząc 3:2.

Po zmianie stron Force Fusion błyskawicznie doprowadziło do remisu, ale Husaria po raz kolejny znalazła odpowiedź. Świetnie funkcjonowała współpraca Hubnera z Osuchem, która ponownie wyprowadziła gospodarzy na prowadzenie, a chwilę później skuteczna akcja pozwoliła im odskoczyć na dwie bramki. Goście ani myśleli składać broni. Nawet grając w osłabieniu, zdobyli jeszcze kontaktową bramkę po indywidualnej akcji Khyzhvyaka, jednak Husaria nie pozwoliła już odebrać sobie zwycięstwa.

Husaria długo czekała na pierwsze zwycięstwo w letnim sezonie, ale kiedy już po nie sięgnęła, zrobiła to w meczu wymagającym ogromnej determinacji. Pierwsze punkty nie przyszły łatwo i właśnie dlatego mogą smakować jeszcze lepiej. Force Fusion walczyło do ostatniego gwizdka, ale tym razem to Husaria zachowała więcej spokoju w kluczowych momentach i mogła cieszyć się z pierwszej wygranej w sezonie.

4 Liga

Spotkanie pomiędzy Kresowią Warszawa a Rodziną Orlikeone zakończyło się wysokim zwycięstwem gospodarzy 11:2. Końcowy rezultat może sugerować jednostronne widowisko, jednak pierwsza połowa wyglądała zupełnie inaczej. Po bardzo wyrównanych premierowych fragmentach obie drużyny schodziły na przerwę przy wyniku 2:2, a kwestia zwycięstwa pozostawała całkowicie otwarta.

Kresowia rozpoczęła spotkanie od trafienia Mishy Kovalchuka, jednak Rodzina Orlikeone szybko odpowiedziała za sprawą Adama Ryszkowskiego. Ten sam scenariusz powtórzył się jeszcze przed przerwą – Kovalchuk ponownie wyprowadził gospodarzy na prowadzenie, lecz Ryszkowski raz jeszcze doprowadził do remisu. Goście skutecznie przeciwstawiali się liczniejszym rywalom i przez całą pierwszą połowę pozostawali w grze.

Kluczowe znaczenie miała jednak frekwencja obu zespołów. Kresowia pojawiła się na Arenie AWF w dwunastoosobowym składzie, podczas gdy Rodzina Orlikeone dysponowała jedynie siedmioma zawodnikami. Przy wysokiej temperaturze możliwość dokonywania regularnych zmian i wprowadzania na boisko wypoczętych graczy była niezwykle istotna. Z biegiem czasu przewaga kadrowa gospodarzy stawała się coraz bardziej widoczna.

Po zmianie stron defensywę gości przełamał Daniil Mikulich, zdobywając fantastyczną bramkę od poprzeczki i tym samym ponownie wyprowadzając swój zespół na prowadzenie. Od tego momentu Kresowia przejęła pełną kontrolę nad spotkaniem. Kolejne trafienia dokładali Anton Liashuk, Vadym Bezbidovych, Robert Senkel, Kirill Pshyk oraz Włodzimierz Kazakow. Szczególnie dobrze zaprezentował się Liashuk, który skompletował hat-tricka i ustalił końcowy rezultat na 11:2.

Druga połowa była znakomitym występem całej drużyny gospodarzy. Kresowia utrzymywała wysokie tempo, konsekwentnie wykorzystywała pojawiające się przestrzenie i aż dziewięciokrotnie trafiła do siatki po przerwie. Rodzina Orlikeone przez pierwszą połowę walczyła jak równy z równym, jednak ograniczona liczba zmian i narastające zmęczenie ostatecznie okazały się decydujące.

Przez ponad dwadzieścia minut kibice czekali na pierwszego gola w tej potyczce. Trudno było wtedy przypuszczać, że ostatni mecz 4. ligi zakończy się aż trzynastoma trafieniami. FC Legion UA pokonał KK Wataha Warszawa 8:5, choć pierwsza połowa wcale nie zapowiadała tak ofensywnego widowiska.

Od początku Legion dłużej utrzymywał się przy piłce i częściej gościł pod bramką rywali, jednak Wataha skutecznie odpierała kolejne ataki, sama szukając okazji do wyprowadzania groźnych kontr. Obaj bramkarze długo zachowywali czyste konto, dlatego wynik pozostawał bezbramkowy aż do 21. minuty. Wówczas Suracki wykorzystał przechwyt i wyprowadził Watahę na prowadzenie. Gospodarze odpowiedzieli jeszcze przed przerwą – Pushkarenko popisał się pięknym uderzeniem z dystansu, doprowadzając do remisu.

Po zmianie stron worek z bramkami rozwiązał się na dobre. Charnobai szybko wyprowadził Legion na prowadzenie, jednak Wataha niemal natychmiast doprowadziła do kolejnego remisu. Taka odpowiedź tylko na chwilę zatrzymała rozpędzonych gospodarzy, którzy zdobyli trzy kolejne bramki i odskoczyli rywalom na bezpieczny dystans.

KK Wataha Warszawa nie zamierzała jednak odpuszczać i do końca szukała swoich szans, dwukrotnie zmniejszając straty. Za każdym razem Legion odpowiadał własnym trafieniem i skutecznie gasił nadzieje rywali na odwrócenie losów spotkania. W końcówce Charnobai skompletował hat-tricka, przypieczętowując zwycięstwo swojego zespołu. Dzięki temu zwycięstwu FC Legion UA dopisał do swojego dorobku kolejne trzy punkty i potwierdził, że należy do grona głównych kandydatów do walki o czołowe miejsca w 4. lidze.

Od pierwszych minut spotkanie było bardzo intensywne. Nieznana Drużyna szybko wyszła na prowadzenie - już przed upływem 5. minuty na listę strzelców wpisali się Kaszczak po podaniu Telakowca oraz Biegajło. RKS Grochów odpowiedział w 9. minucie, kiedy Feliksiak wykorzystał podanie Micińskiego, zmniejszając stratę do jednej bramki. W 21. minucie Nieznana Drużyna ponownie odskoczyła rywalom. Legut po podaniu Mostowskiego podwyższył prowadzenie, dzięki czemu pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 3:1.

Po zmianie stron RKS Grochów nie zamierzał się poddawać. W 33. i 35. minucie Oleszkiewicz zdobył dwie bramki i przy wyniku 3:3 wydawało się, że spotkanie może jeszcze nabrać rumieńców.

Nieznana Drużyna bardzo szybko odpowiedziała jednak na trafienia rywali. W 36. minucie Smolarek ponownie wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Prawdziwa kanonada rozpoczęła się w końcówce spotkania. W 43. minucie Biegajło bezpośrednio z rzutu rożnego zaskoczył defensywę RKS-u i zdobył kolejną bramkę dla Nieznanej Drużyny. Chwilę później Nieznana Drużyna kompletnie przejęła kontrolę nad spotkaniem. Mostowski, wykorzystując podania Biegajły, w 43. i 45. minucie dwukrotnie wpisał się na listę strzelców.

Na tym nie był to jeszcze koniec. W ostatniej minucie meczu Telakowiec, po podaniu Mostowskiego, ustalił wynik spotkania.

Nieznana Drużyna po słabszym początku rozgrywek pokazała ogromną skuteczność i urządziła sobie prawdziwy festiwal strzelecki. Osiem zdobytych bramek pozwoliło jej odnieść efektowne zwycięstwo i zgarnąć niezwykle ważne trzy punkty. RKS Grochów po obiecującym początku drugiej połowy nie zdołał utrzymać kontaktu z rywalem, a końcówka spotkania zdecydowanie należała do późniejszych triumfatorów.

Wygląda na to, że seryjnie wygrywającą trofea Iglicę Warszawa dopadł tak zwany „syndrom sytych kotów”. No bo jak inaczej wytłumaczyć porażkę 1:10 z rywalem, który nie tak dawno byłby poza zasięgiem podopiecznych Radka Sówki? Jasne, należy oddać, że Prykarpattia wykonała kawał dobrej roboty, a przy tym pokazała nam naprawdę atrakcyjny futbol i w takiej dyspozycji trudno było jej „podskoczyć”, ale i tak odnieśliśmy wrażenie, że problem leżał po stronie gości głębiej niż na murawie AWF-u.

Już od pierwszych minut czerwoni byli niespotykanie, jak na ich standardy, niedokładni i niezdecydowani, a na domiar złego towarzyszyła im wyjątkowa nieskuteczność pod bramką gospodarzy. Ekipa Mykoli Osichnyiego przy tak bezbarwnej Iglicy wyglądała natomiast jak kolektyw pozbawiony mankamentów, szybko przekuwając efektowną grę w komfortowe prowadzenie 4:0 do przerwy.

Po zmianie stron, podobnie jak w pierwszej połowie, Prykarpattia zdecydowanie dominowała w środku pola, co umożliwiał jej wysoko wychodzący do rozegrania golkiper, którym był doskonale znany z Impulsu UA Bohdan Ivaniuk. Najwięcej dogodnych okazji po stronie gości miał Kacper Romanowski, lecz albo mylił się o milimetry, albo obijał obramowanie bramki.

Wymienność pozycji, niespożyta energia i dynamika w połączeniu z wysokiej klasy wyszkoleniem technicznym piłkarzy w niebiesko-żółtych trykotach napsuły sporo krwi Iglicy, która najczęściej jedynie podążała wzrokiem za szybko przemieszczającą się między zawodnikami rywali futbolówką. Yosypchuk, Pozaruk, Marchak, Yaremii, Khmara i niepozorny Nykyforak – wszyscy oni kończyli spotkanie z przynajmniej jedną bramką i asystą, potwierdzając, że to okazałe zwycięstwo było owocem równomiernej pracy całego zespołu.

Na otarcie łez gola dla Iglicy zdobył uderzeniem lewą nogą Jakub Kieczka, lecz na nic więcej mistrzów 7. Ligi ubiegłego lata nie było już stać. Drugi z rzędu tak słaby mecz gości trudno już traktować w kategorii wypadku przy pracy, tym bardziej że od dłuższego czasu zwyczajnie im się to nie zdarzało. Jeśli medale wciąż pozostają celem Iglicy na lato, to jest to ostatni dzwonek, by wyciągnąć wnioski i ruszyć do poprawy. Natomiast gospodarze, przy trzeciej wygranej z rzędu, znajdują się już coraz bliżej urzeczywistnienia tych marzeń.

5 Liga

W sezonie 2025/26 Rodzina Soprano sięgnęła po mistrzostwo 5. ligi. Jasne było więc, że w Lidze Letniej będzie chciała pójść za ciosem i dołożyć do swojej kolekcji kolejne trofeum. Schody pojawiły się jednak bardzo szybko. Już w 2. kolejce przyszła porażka z FC Melange, a teraz przed ekipą stanęło kolejne wymagające wyzwanie – Gamba Veloce. Choć jest to prawdopodobnie najmłodsza, a na pewno jedna z najmłodszych drużyn w całej stawce, to za młodym wiekiem idą również ogromne umiejętności, o czym mocniejsi rywale przekonali się już niejeden raz. Plan ekipy Filipa Wolskiego był prosty – wygrać i pozostać w ścisłej czołówce tabeli.

Samo spotkanie miało bardzo specyficzny przebieg. Lepiej rozpoczęła Gamba, która jako pierwsza otworzyła wynik meczu. Z biegiem czasu inicjatywę zaczęła jednak przejmować Rodzina Soprano. Efektem tego był gol Dawida Zagrodzkiego, choć nie obyło się bez pomocy bramkarza rywali, który niepotrzebnie opuścił bramkę i dał się efektownie przelobować. Chwilę później Grzegorz Bogdański obił jeszcze słupek, a w końcówce pierwszej połowy obie drużyny miały po jednej znakomitej okazji do zdobycia gola. Najpierw Piotr Zmysłowski w świetnej sytuacji przeniósł piłkę nad poprzeczką, a chwilę później kapitalną interwencją popisał się Jakub Sidor, zatrzymując Filipa Wolskiego.

To jednak Gamba schodziła na przerwę w lepszych humorach. W ostatniej akcji pierwszej połowy Filip Wolski świetnie dograł do Jakuba Skwirtniańskiego, a ten przywrócił swojej drużynie prowadzenie.

Druga połowa rozpoczęła się wymarzenie dla zawodników w ciemnych koszulkach. Już chwilę po wznowieniu gry fenomenalnym rajdem popisał się Mateusz Kiszka, który wyłożył piłkę koledze praktycznie na pustą bramkę i zrobiło się 3:1. Rodzina Soprano nie zamierzała jednak składać broni. Ponownie przejęła inicjatywę, zdobyła bramkę kontaktową i kiedy wydawało się, że remis jest tylko kwestią czasu, wydarzyła się jedna z najbardziej kuriozalnych sytuacji tego spotkania. Damian Nieskórski chciał wycofać piłkę do własnego bramkarza, ale problem polegał na tym, że golkiper... nie znajdował się tam, gdzie spodziewał się jego kolega. Efekt? Pechowy gol samobójczy.

Co się jednak odwlekło, to nie uciekło. Chwilę później Soprano i tak zdobyło bramkę na 3:4 i od tego momentu mecz zaczął przybierać coraz mniej przyjemne oblicze. Na boisku pojawiało się coraz więcej niepotrzebnych dyskusji, przepychanek i wzajemnych uszczypliwości. Po obu stronach nie brakowało zawodników, którzy bardziej niż na grze skupiali się na udowadnianiu czegoś przeciwnikom.

Gamba odpowiedziała jednak w najlepszy możliwy sposób – argumentami czysto piłkarskimi. Od stanu 5:3 dla siebie zaczęła regularnie punktować rywali i w pewnym momencie prowadziła już 9:4. Patrząc na przebieg całego spotkania, był to wynik zdecydowanie zbyt wysoki. Dwie bramki zdobyte przez Rodzinę Soprano w samej końcówce znacznie lepiej oddają to, jak wyrównane było to widowisko przez większą część meczu.

Szkoda jedynie, że to dobre spotkanie zostało momentami przyćmione przez niepotrzebne nerwy i prowokacje. W centrum kilku takich sytuacji znajdował się zawodnik zwycięskiej drużyny – Aleks Opara. Słyszeliśmy, że trenuje sporty walki i chwilami można było odnieść wrażenie, jakby bardzo chciał tę informację przekazać wszystkim dookoła, stąd jego duża pewność siebie i sposób reagowania w niektórych okolicznościach. Na jego miejscu skupilibyśmy się jednak przede wszystkim na piłce, zwłaszcza, że Gamba potrafi wygrywać jakością gry i chyba nie potrzebuje budować swojej opinii w żaden inny sposób.

Spotkanie 3. kolejki Letniej Ligi Fanów pomiędzy Fuszerką a FC Melange zakończyło się zwycięstwem gości 3:0. Choć końcowy rezultat wskazuje na pewną wygraną Melanżowników, przez długi czas gospodarze skutecznie bronili dostępu do własnej bramki i nie pozwalali rywalom przełożyć wyraźnej przewagi na wynik.

Od pierwszych minut inicjatywa należała do FC Melange. Goście zamknęli Fuszerkę na jej połowie i regularnie tworzyli kolejne sytuacje podbramkowe. Już na początku spotkania byli bardzo blisko objęcia prowadzenia, jednak piłka po jednej z ich prób zatrzymała się na poprzeczce. Niedługo później faworyci otrzymali kolejną znakomitą szansę w postaci rzutu karnego. Bramkarz Fuszerki, Patryk Czetyrbok, świetnie wyczuł jednak intencje strzelca i skuteczną interwencją obronił „jedenastkę”.

Mimo nieustannego oblężenia bramki gospodarzy oraz wielu prób sforsowania ich defensywy pierwsza połowa zakończyła się bezbramkowym remisem. Fuszerka broniła się niezwykle ofiarnie, lecz po zmianie stron napór gości w końcu przyniósł oczekiwany efekt.

Wynik spotkania otworzył Julek Marciniak, który odważnie ruszył w kierunku bramki i skutecznym wykończeniem przełamał opór defensywy Fuszerki. Najmłodszy zawodnik na boisku nie bał się brać odpowiedzialności za grę swojego zespołu, podejmował właściwe decyzje i regularnie wdawał się w pojedynki jeden na jednego. Jego trafienie wyraźnie uspokoiło FC Melange i otworzyło drużynie drogę do kolejnych bramek.

Na 2:0 podwyższył Łukasz Słowik, który wykorzystał kolejną ofensywną akcję zespołu i skutecznym uderzeniem zwiększył przewagę gości. Wynik spotkania ustalił natomiast bramkarz FC Melange, Łukasz Krysiak. Jego zagranie spod własnej bramki zaskoczyło rywali i zakończyło się trafieniem, które przypieczętowało zwycięstwo.

Po trzech kolejkach FC Melange umacnia się na podium Letniej Ligi Fanów i potwierdza, że może odegrać znaczącą rolę w dalszej części sezonu. Fuszerka natomiast pozostaje z jednym punktem i zahacza o dolne rejony tabeli, dlatego w kolejnych spotkaniach będzie musiała poszukać większej skuteczności oraz pierwszego zwycięstwa.

Spotkanie Alliance ze Spartą przez długi czas zapowiadało się na jedno z najbardziej wyrównanych starć kolejki. Obie drużyny od początku prezentowały dużą dyscyplinę taktyczną, a pierwsza połowa upłynęła pod znakiem cierpliwej walki o każdy metr boiska.

Jako pierwsi cios zadali goście. Na listę strzelców wpisał się Khmara, dając Sparcie prowadzenie i zmuszając Alliance do bardziej odważnej gry. Gospodarze musieli się otworzyć, podczas gdy Sparta konsekwentnie czekała na okazję do wyprowadzenia kontr i wykorzystania błędu przeciwnika. Odpowiedź Alliance przyszła jednak bardzo szybko. Gospodarze doprowadzili do wyrównania, a końcówka pierwszej połowy była przede wszystkim serią prób z obu stron. Nie brakowało uderzeń na bramkę, jednak większość z nich nie znajdowała drogi do siatki, przez co wynik pozostawał sprawą otwartą.

Przełom nastąpił dopiero po zmianie stron. Alliance otrzymali żółtą kartkę i przez kilka minut musieli radzić sobie w osłabieniu. Paradoksalnie to właśnie wtedy zagrali swój najlepszy fragment meczu. Vadym Redko w najmniej spodziewanym momencie dwukrotnie pokonał bramkarza rywali, dając swojej drużynie ogromny impuls i całkowicie odwracając przebieg spotkania.

Po powrocie do gry w równych składach gospodarze poszli za ciosem. Alliance zaczęli coraz mocniej naciskać, dominowali w każdym elemencie gry i z minuty na minutę odbierali Sparcie nadzieję na korzystny rezultat. Końcowy wynik 9:1 może wydawać się zaskakująco wysoki, biorąc pod uwagę przebieg pierwszej połowy, ale doskonale oddaje to, co działo się po przerwie.

Na wyróżnienie zasługuje nie tylko Redko, który dał swojej drużynie impuls w kluczowym momencie, ale również cały zespół Alliance. Gospodarze grali niezwykle równo, każdy zawodnik wywiązywał się ze swoich zadań, a kolektyw i intensywność były ich największymi atutami. To właśnie dzięki świetnej grze całej drużyny potrafili zamienić wyrównane spotkanie w efektowne i w pełni zasłużone zwycięstwo.

MWSP pokonało Pany z Rejonu 4:2, choć przez długi czas spotkanie było bardzo wyrównane. Pierwsza połowa toczyła się w szybkim tempie, a obie drużyny stworzyły sobie sporo okazji bramkowych. Ostatecznie na przerwę z jednobramkowym prowadzeniem 1:0 schodziło MWSP.

Po zmianie stron zawodnicy MWSP weszli na wyższy poziom. Zaczęli kontrolować przebieg spotkania, byli skuteczniejsi pod bramką rywali i stopniowo budowali swoją przewagę, która ostatecznie przełożyła się na zwycięstwo.

Mimo porażki na duże słowa uznania zasługuje Wojciech Jaroszczyk z Panów z Rejonu. Był najgroźniejszym zawodnikiem swojej drużyny i zdobył obie bramki dla zespołu, w tym pewnie wykorzystał rzut karny, do końca dając swojej ekipie nadzieję na korzystny rezultat.

Po stronie MWSP świetne zawody rozegrał Paweł Nowak, który miał ogromny udział w wygranej swojego zespołu. Zdobył jedną bramkę i dołożył dwie asysty, napędzając większość ofensywnych akcji swojej drużyny.

Na wyróżnienie zasługuje również bramkarz MWSP, Krzysztof Stec. Wielokrotnie ratował swój zespół świetnymi interwencjami i był pewnym punktem między słupkami, dzięki czemu MWSP mogło spokojniej kontrolować przebieg meczu i sięgnąć po komplet trzech punktów.

6 Liga

FC Olimpik i Dynamo Wołomin stworzyły kapitalne widowisko, które zakończyło się remisem 4:4. Już od pierwszego gwizdka oglądaliśmy mecz akcja za akcją, z dużą intensywnością i wieloma dogodnymi sytuacjami z obu stron.

W pierwszej połowie minimalnie lepsze było Dynamo, które schodziło na przerwę z prowadzeniem 1:0. Duża w tym zasługa bramkarza Artura Hermanna, który zachował czyste konto i kilkukrotnie ratował swój zespół świetnymi interwencjami. Najważniejszym momentem był obroniony rzut karny wykonywany przez Maksyma Lipskyiego, dzięki czemu Dynamo utrzymało korzystny wynik do przerwy.

Początek drugiej połowy należał do Dynama, które szybko podwyższyło prowadzenie i wydawało się, że jest na dobrej drodze do zwycięstwa. FC Olimpik nie zamierzał jednak odpuszczać. Gospodarze wykorzystali błędy popełnione przez zawodników Dynama i w błyskawicznym tempie doprowadzili do wyrównania już w początkowej fazie drugiej części spotkania. Na szczególne wyróżnienie zasługuje debiutant w FC Olimpik, Elbek Muhammadaliyev. Wejście do zespołu miał wymarzone – zdobył dwie bramki i dołożył asystę, będąc jedną z najjaśniejszych postaci swojej drużyny.

Po stronie Dynama bardzo dobre zawody rozegrał również Sebastian Fransowski, który przez cały mecz był niezwykle aktywny i miał duży wpływ na grę swojego zespołu.

Końcowy wynik 4:4 wydaje się w pełni sprawiedliwy. Obie drużyny stworzyły mnóstwo sytuacji i każda z nich miała argumenty, by sięgnąć po komplet trzech punktów. Ostatecznie zarówno FC Olimpik, jak i Dynamo Wołomin musiały zadowolić się remisem po bardzo emocjonującym meczu.

To był bardzo ważny mecz dla obu drużyn. Obie ekipy niezbyt udanie rozpoczęły sezon. O ile KS Centrum zdołało zdobyć premierowe punkty w poprzednim meczu, o tyle Galeon wciąż czekał na swoje pierwsze oczka w tabeli. Sezon jest krótki, dlatego jeśli drużyny chcą walczyć o podium, miejsca na kolejne wpadki praktycznie już nie ma.

I wygląda na to, że tego dnia bardziej zmotywowani byli zawodnicy Hiszpańskiego Galeonu. Już od początku meczu pokazali bardzo dużą aktywność. Szybki hat-trick skompletował główny bohater spotkania, Kamil Kapica, a po takim wejściu zawodnicy Hiszpańskiego Galeonu pewnie kontrolowali przebieg meczu i zmierzali po zwycięstwo. Gracze w pasiastych koszulkach byli zdecydowanie aktywniejsi i bardziej kreatywni w ataku, jednak ich skuteczność i efektywność pozostawiały wiele do życzenia. Mnóstwo stuprocentowych sytuacji zostało po prostu zmarnowanych. Wykorzystali to zawodnicy KS Centrum, którzy raz za razem zmniejszali straty. Na przerwę obie drużyny schodziły przy wyniku 5:2, który dawał jeszcze nadzieję.

W drugiej połowie Galeon ponownie zwiększył przewagę. Centrum jednak nie zamierzało się poddawać i zdołało zmniejszyć straty do wyniku 9:6. To był jednak ich maksymalny wysiłek. Na więcej zabrakło już zarówno czasu, sił, jak i kolejnych okazji.

Głównym bohaterem spotkania został Kamil Kapica, który zdobył sześć bramek i zanotował dwie asysty. Jego najważniejszym pomocnikiem był Kacper Romanowski, autor dwóch goli i dwóch asyst.

Pewne zwycięstwo Galeonu, które mogło być jeszcze bardziej okazałe. Drużyna musi jednak zdecydowanie poprawić skuteczność w fazie wykańczania akcji. Centrum, mimo trudnego spotkania, walczyło do końca i za takie podejście należy się szacunek. Taka postawa z pewnością jeszcze zaprocentuje.

Od samego początku tego spotkania Everest narzucił swoje tempo. Już w 2. minucie Herasymiuk po podaniu Shemanuieva otworzył wynik. Cztery minuty później role się odwróciły – Shemanuiev wykorzystał zagranie Lysytskiego i Everest prowadził już 2:0. W 12. minucie przewaga lidera wzrosła do trzech bramek. Arutiunov po podaniu Holubki znalazł drogę do bramki, a zaledwie cztery minuty później sam Holubko wpisał się na listę strzelców po podaniu Kirianova. Everest prowadził już 4:0, całkowicie kontrolując przebieg pierwszej części spotkania.

Mistrzowie Chaosu zdołali odpowiedzieć w 18. minucie, kiedy Lichota zdobył pierwszą bramkę dla swojej drużyny. Na przerwę Everest schodził jednak z bardzo komfortowym prowadzeniem.

Po zmianie stron lider szybko wrócił do skutecznej gry. W 26. minucie Lysytskyi podwyższył prowadzenie, a chwilę później Mistrzowie Chaosu odpowiedzieli trafieniem Kowalskiego, który wykorzystał podanie Ouso. Nie był to jednak początek comebacku. W 28. minucie Holubko po podaniu Luki ponownie pokonał bramkarza, a trzy minuty później Lysytskyi dołożył kolejne trafienie, tym razem po asyście Prokoshina.

Mistrzowie Chaosu próbowali jeszcze walczyć o zmniejszenie strat. W 37. minucie bramkę zdobył Ouso, ale Everest odpowiedział niemal natychmiast. W 38. minucie Herasymiuk, po podaniu Kirianova, wpisał się na listę strzelców.

Końcówka spotkania zamieniła się w prawdziwy festiwal bramek. W 40. minucie Lysytskyi zdobył kolejną bramkę, a minutę później do siatki trafił Kirianov. W 42. minucie kolejne trafienie dołożył Lysytskyi, kompletując tym samym imponujący dorobek strzelecki. Wynik spotkania w 44. minucie ustalił Herasymiuk.

FC Everest potwierdził swoją dominację i po niezwykle skutecznym spotkaniu odniósł trzecie zwycięstwo w sezonie. Lider tabeli zdobył aż 12 bramek, pokazując ogromną siłę ofensywną. Mistrzowie Chaosu mieli swoje momenty i trzykrotnie znaleźli drogę do bramki, ale nie byli w stanie zatrzymać rozpędzonego oponenta.

Jeśli ktokolwiek wpadł na pomysł, żeby w spotkaniach rezerw Kresowii Warszawa grać u bukmachera overy bramkowe, to gratulacje – srogo dał się nabrać na pierwszy mecz tej drużyny. Tydzień temu w meczu z Olimpikiem padły łącznie trzy gole, zaś w tej kolejce był zaledwie jeden więcej. Kresowia może się jednak cieszyć, bo udało jej się pokonać zespół Orła Cień i wskoczyć na podium 6. ligi. Jak do tego doszło?

Twarda gra w obronie Pavla Todryka, który nie omieszkał także zamieszać w ofensywie, zdecydowanie była jednym z tych aspektów, które mocno wpłynęły na całokształt gry drużyny Daniila Mikulicha. Przed tygodniem to właśnie on ciągnął swój zespół do przodu, teraz robili to za niego koledzy. Za rozgrywanie od tyłu wziął się Vitali Alizarovich, który pewnie miałby dublet. Niestety, po jednym ze strzałów (który leciał naprawdę ładnie) piłka trafiła w poprzeczkę.

Obie drużyny chciały ten mecz wygrać, a poziom determinacji nieraz przeradzał się w starcia fizyczne. Między zawodnikami dochodziło do tarć – i tych piłkarskich, i tych, których wolelibyśmy unikać. Na szczęście udało się ostudzić zapał jednych i drugich, a mecz bezproblemowo został doprowadzony do końca.

Do przerwy prowadziła Kresowia, ale na kolejne bramki czekaliśmy trochę dłużej. Kamil Wiktorowicz strzegł bramki swojej drużyny jak smok strzeże uwięzionej na zamku księżniczki. Orkhan Huseynli po raz kolejny w trakcie letniej edycji pokazał, że na fachu bramkarskim zna się jak mało kto. Pierwszego pokonywali wspomniany Alizarovich, Łozowski oraz Todryk, natomiast honor Orła Cień uratował golem w końcówce Maksymilian Gralec.

7 Liga

Bliżej zwycięstwa drużyna, która przecież ma wygrywanie w nazwie, chyba już nie będzie. Wincars w niedzielę mierzyli się z Tirowcami. Po dwóch wysokich porażkach we wcześniejszych kolejkach, stojąc z boku, nie chciało się wierzyć w to, co działo się na boisku D.

Tirowcy byli drużyną, która nie grała źle. Przyzwoicie radzili sobie na placu, potrafili sprawnie operować piłką i nie sprawiali wrażenia, jakby mogli mieć jakiekolwiek problemy. Tym większym szokiem było to, że szybko stracili trzy bramki i znaleźli się w poważnych tarapatach. Mogło być gorzej, lecz w bramce dobrze spisywał się Maks Szulc. Czujny był także na przedpolu, choć odwaga zgubiła go przy bramce na 0:3. Za stratę dwóch wcześniejszych goli ciężko go winić. To koledzy mieli problemy z upilnowaniem głównego architekta ofensywy – Mikhaila Bulakha. Zawodnik Wincars, jak nie strzelał sam, to napędzał akcje swojej drużyny. Nierzadko używał do tego wymyślnych zagrań przy użyciu pięty.

Sielanka jednak się skończyła, bo za strzelanie wziął się Oliwier Gryżewski, a do pomocy dobrał sobie Bartka Nienałtowskiego. We dwóch konsekwentnie rozmontowywali szyki rywali, odwrócili wynik po przerwie i zapewnili zwycięstwo ekipie Tirowców. Ten pierwszy – strzelec czterech bramek – został za ten wyczyn doceniony przez nas mianem MVP. Gole padały hurtowo, Tirowcy coraz bardziej cieszyli się grą, lecz ekipa Wincars nie złożyła broni. Do końca starała się odbudować to, co udało jej się osiągnąć na początku meczu. Brakło jednak nie tylko czasu, ale i umiejętności – Tirowcy bardzo dobrze zarządzali wynikiem i nie dali się zepchnąć do defensywy. W samej końcówce Szulc zanotował paradę, której nie sposób było nie zgłosić do kompilacji kolejki. Gdy sędzia gwizdnął po raz ostatni, w protokole widniał wynik 7:5.

Może narazimy się niektórym fanom 7. ligi, ale naszym zdaniem starcie Inferno Team III z Ternovitsią II było de facto przedwczesnym finałem tych rozgrywek. Tak, wiemy – to dopiero 3. kolejka. Patrząc jednak na wcześniejsze wyniki obu zespołów (komplety zwycięstw) oraz poziom pozostałych ekip, wydawało się, że jedyną drużyną mogącą realnie zagrozić Ternovitsii w drodze po mistrzowski tytuł będzie właśnie zespół Igora Patkowskiego.

Dziś już wiemy, że były to jedynie pobożne życzenia. Jakość prezentowana przez Ternovitsię zdecydowanie przerasta realia 7. ligi i, powiedzmy to wprost – obecność tej drużyny na przedostatnim szczeblu rozgrywek jest zwyczajnym nieporozumieniem.

Ale zacznijmy od początku. Inferno już przed pierwszym gwizdkiem nieco utrudniło sobie zadanie. Początkowo zabrakło nominalnego bramkarza, a na ławce rezerwowych świeciło pustkami. Na szczęście dla "Piekielnych" spóźnieni zawodnicy szybko dotarli na boisko, dzięki czemu przez pewien czas byli w stanie dotrzymywać kroku rywalom. Mniej więcej od stanu 2:2 drogi obu zespołów zaczęły się jednak wyraźnie rozchodzić. Ternovitsia wrzuciła wyższy bieg, zdobyła trzy bramki z rzędu i praktycznie już wtedy wysłała sygnał, że wielkich emocji w tym spotkaniu raczej nie będzie. Tym bardziej że Inferno miało ogromne problemy ze skutecznością. Kilka sytuacji sam na sam zakończyło się strzałami prosto w bramkarza lub niecelnymi uderzeniami, przez co gospodarze nie potrafili wykorzystać swoich najlepszych okazji.

Na początku drugiej połowy pojawiła się jeszcze iskierka nadziei. Goniącym udało się zmniejszyć stratę do dwóch bramek, ale marzenia o wielkim powrocie bardzo szybko zostały rozwiane. Inferno przede wszystkim zbyt późno doskakiwało do rywali, pozwalając im na oddawanie strzałów z dystansu. A doskonale wiemy, że zawodnicy z Ukrainy dysponują kapitalnym uderzeniem. Piłka raz za razem lądowała w samych narożnikach bramki, pozostawiając Jakuba Tłuszcza całkowicie bez szans.

Jeszcze odrobina nadziei pojawiła się w końcówce, gdy przy wyniku 5:9 żółtą kartkę obejrzał Oleg Liadryk. Wydawało się, że gra w przewadze może tchnąć w Inferno nowe życie. Stało się jednak dokładnie odwrotnie. To Ternovitsia zdobyła kolejną bramkę, a chwilę później dołożyła jeszcze dwie, ostatecznie zwyciężając aż 12:5.

Jeśli tak wyglądał przedwczesny finał 7. ligi, to aż strach pomyśleć, co Ternovitsia zrobi z zespołami notowanymi jeszcze niżej. Szczerze mówiąc, trochę dziwi nas, że ta drużyna nie wykazała większych ambicji i nie spróbowała swoich sił na wyższym poziomie rozgrywek. Na ten moment wygląda bowiem na zespół, który wynik swoich meczów zna jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Cóż, ich wybór ;)

Czyste szaleństwo i drżenie o wynik do końcowego gwizdka mimo miazgi 1:7 w pierwszej połowie? Dokładnie pod takim scenariuszem podpisały się rezerwy Vikersonna, które o mały włos nie wypuściły z rąk wygranej w meczu z Shitable.

Choć pudło z karnego autorstwa Vitaliia Rybki nie rozpoczęło nam spotkania w zbyt uroczysty sposób, to jego koledzy szybko sprawili, że nie musiał za długo się obwiniać. Hat-trick Syrotiuka, dublet Vovka, po jednym trafieniu Rohovyiego i Rybki, a ponadto pewny w bramce Zaridze oraz zawsze zdążający z defensywną interwencją Ravlyk zrobili wynik-marzenie, o którym przed meczem nikt by nawet nie pomyślał.

Co zatem stało się w drugiej połowie? Shitable, które przed przerwą stwarzało minimalne zagrożenie, włączyło tryb turbo, natomiast ich rywale jakby zatrzymali się w czasie. Po bramkach Asipenki i Syrotiuka na 2:8 swój stempel na meczu odcisnęły dwie najjaśniejsze postacie w kadrze gospodarzy: superstrzelec Mark Barsukou i superasystent Stanislau Krayeuski. Do spółki z Kovnatem i Asipenką dogonili Vikersonna na odległość zaledwie jednego gola, przez co w szeregi gości zaczął wdzierać się spory niepokój.

Gdy w stuprocentowej okazji, po wyłożeniu piłki na „pustaka” przez Vovka, fatalnie przestrzelił Syrotiuk, szkoleniowiec pomarańczowych Ihor Makhlai mógł wyrywać sobie włosy z głowy. Los uśmiechnął się jednak do Vikersonna w finałowej akcji meczu – tym razem Syrotiuk podał do lepiej ustawionego Vovka, a ten ze spokojem zamknął mecz na amen.

Za pretensje w kierunku sędziego żółty, a później także bezpośredni czerwony kartonik otrzymał Barsukou, eliminując się automatycznie z możliwości występu w najbliższym meczu Shitable, co niewątpliwie będzie sporym ciosem dla tej młodej ekipy.

Spotkanie pomiędzy Wczorajszymi FC a Siwym Koniem zakończyło się zwycięstwem gospodarzy 8:5. Kibice zgromadzeni na Arenie AWF obejrzeli prawdziwy festiwal ofensywnej piłki, w którym obie drużyny od pierwszego gwizdka stawiały na odważną grę i nie zamierzały kalkulować.

Już pierwsza połowa pokazała, że emocji w tym spotkaniu z pewnością nie zabraknie. Lepiej mecz rozpoczęli gospodarze, którzy szybko objęli trzybramkowe prowadzenie. Wynik otworzył Krystian Łączny, wykorzystując dobre dogranie partnera i pewnym strzałem pokonując bramkarza rywali. Chwilę później prowadzenie podwyższył Paweł Domański, a trzecia bramka padła po niefortunnym trafieniu samobójczym zawodnika Siwego Konia.

Goście nie zamierzali jednak składać broni. Ivan Yanyshyn rozpoczął pogoń za wynikiem, posyłając potężne uderzenie w samo okienko bramki rywala. Po chwili kolejne trafienie dołożył Jurij Pijasiuk. Wczorajsi odpowiedzieli bramką Jakuba Erbela, jednak jeszcze przed przerwą Yanyshyn po raz drugi wpisał się na listę strzelców, ustalając wynik pierwszej połowy na 4:3.

Po zmianie stron gospodarze ponownie przejęli inicjatywę. Krystian Łączny zdobył swoją drugą bramkę w meczu, a chwilę później Ernest Lefek podwyższył prowadzenie po składnej akcji całego zespołu. Siwy Koń próbował jeszcze wrócić do rywalizacji, zdobywając czwarte trafienie, lecz Wczorajsi nie pozwolili przeciwnikom złapać kontaktu. Kolejnego gola dołożył Paweł Domański, a hat-tricka skompletował Krystian Łączny, pieczętując bardzo dobry występ swojej drużyny.

Ostatnie słowo należało do Szymona Zawadzkiego, który ustalił wynik spotkania na 8:5.

Dzięki kolejnemu zwycięstwu Wczorajsi FC umacniają swoją pozycję w tabeli i mogą pochwalić się imponującym bilansem bramkowym po trzech kolejkach sezonu. Siwy Koń pokazał charakter i do samego końca walczył o korzystny rezultat, jednak tego dnia skuteczność oraz większy spokój pod bramką rywala były po stronie gospodarzy.

8 Liga

Pierwsza połowa tej rywalizacji była niezwykle wyrównana – obie drużyny stworzyły sobie wiele dogodnych sytuacji, a na przerwę schodziły przy remisie 1:1.

Po zmianie stron FC Śmietanka zaczęła prezentować się coraz lepiej. Zespół był skuteczniejszy w ofensywie, lepiej wykorzystywał swoje okazje i z każdą kolejną minutą budował przewagę, która ostatecznie przełożyła się na zwycięstwo 6:4.

Najważniejszą postacią zwycięskiej drużyny był Adrian Wiączyk, który popisał się hat-trickiem i był nie do zatrzymania pod bramką rywali. Świetnie współpracował z Bartoszem Niemyjskim, który zanotował dwie asysty. Ten duet przez cały mecz napędzał ofensywę Śmietanki i miał kluczowy udział w zdobyciu kompletu punktów.

Po stronie Niedzielnych na wyróżnienie zasługuje Mateusz Niewiadomy, autor dwóch bramek. Był najgroźniejszym zawodnikiem swojej drużyny i do samego końca walczył o odwrócenie losów spotkania. Duże brawa należą się również bramkarzowi. Choć końcowy wynik może tego nie odzwierciedlać, rozegrał bardzo dobre zawody, notując wiele ważnych interwencji, które uchroniły zespół przed wyższą porażką. Dodatkowo popisał się asystą, pokazując, że potrafi być wartościowym ogniwem również przy akcjach ofensywnych.

Końcowy wynik 4:6 najlepiej pokazuje, że obie drużyny postawiły na ofensywną grę i stworzyły kibicom świetne widowisko. Tym razem więcej jakości w decydujących momentach zaprezentowała FC Śmietanka, która zasłużenie dopisała do swojego konta trzy punkty.

Po dwóch kolejkach Lumina pozostawała niepokonana, mając na koncie zwycięstwo i remis. Heavyweight Heroes rozpoczęło letni sezon w kratkę, dlatego obie drużyny miały swoje powody, by powalczyć w tym spotkaniu o komplet punktów.

Od pierwszych minut gospodarze starali się przejąć inicjatywę, cierpliwie budując kolejne akcje. Przyniosło to efekt już w 5. minucie, gdy po dobrze rozegranej dwójkowej akcji i wyciągnięciu bramkarza z bramki objęli prowadzenie. Heavyweight Heroes próbowało odpowiadać wysokim pressingiem i kontratakami, jednak nie potrafiło przełożyć tego na groźne sytuacje. Lumina z czasem podwyższyła prowadzenie, a chwilę później była bliska zdobycia kolejnej bramki, lecz piłka zatrzymała się na poprzeczce.

Żółta kartka dla jednego z zawodników Luminy zachęciła Herosów do odważniejszej gry. Przez chwilę wydawało się, że wykorzystają grę w przewadze i złapią kontakt, jednak brakowało im skutecznego wykończenia akcji. Mimo gry w osłabieniu to gospodarze zadali kolejny cios i jeszcze przed przerwą podwyższyli prowadzenie na 3:0.

Po zmianie stron Herosi ponownie ruszyło wysokim pressingiem, zostawiając jednak sporo wolnej przestrzeni. Lumina bezlitośnie to wykorzystała, zdobywając czwartą bramkę po precyzyjnym strzale z dystansu. Między słupkami pewnie spisywał się również Zarubin, który zanotował kilka ważnych interwencji i nieustannie kierował ustawieniem swoich kolegów. Niedługo później napastnik Luminy zmylił bramkarza, minął jeszcze obrońcę i ze spokojem podwyższył wynik na 5:0.

Heroesi zdołali zdobyć honorową bramkę za sprawą Parzycha, jednak z pewnością nie taki przebieg spotkania sobie wyobrażali. Ostatnie słowo należało do Luminy – w końcówce Bahuleuski skompletował hat-tricka, ustalając wynik na 6:1 i pieczętując pewne zwycięstwo swojej drużyny.

Spotkanie Lisów Bez Polisy z Interem zakończyło się zwycięstwem gości 8:5 i bez wątpienia było jednym z najbardziej szalonych meczów tej kolejki. Do przerwy nic nie wskazywało jednak na taki obrót wydarzeń. Gospodarze prowadzili aż 4:0, grali skutecznie i sprawiali wrażenie zespołu, który ma pełną kontrolę nad przebiegiem rywalizacji.

Gospodarze bardzo dobrze rozpoczęli spotkanie. Wynik otworzył Kacper Tabaka, a kolejne trafienia tylko napędzały gospodarzy. Przy jednej z bramek zawodnik Lisów wykorzystał wolną przestrzeń przed polem karnym i pewnym uderzeniem pokonał bramkarza Interu. Gospodarze grali odważnie, szybko przechodzili do ataku i jeszcze przed przerwą zbudowali czterobramkową przewagę. Wydawało się, że Inter może ponieść pierwszą porażkę w sezonie.

Po zmianie stron zobaczyliśmy jednak zupełnie inną drużynę gości. Sygnał do odrabiania strat dał Artem Kolianovskyi, który najpierw skutecznie wykończył akcję swojej ekipy, a następnie dołożył kolejne trafienie. Inter zaczął grać szybciej, agresywniej i znacznie częściej pojawiał się pod bramką rywala. Gdy Alisher Mergenov zdobył gola na 4:3, gospodarze zaczęli tracić kontrolę nad spotkaniem.

Lisy zdołały jeszcze odpowiedzieć. Bartłomiej Wojciechowski wykorzystał sytuację podbramkową i podwyższył prowadzenie na 5:3, dając swojej drużynie chwilę oddechu. Było to jednak ostatnie trafienie gospodarzy tego dnia. Końcówka należała już wyłącznie do Interu. Erdan Oturbekov dwukrotnie trafił do siatki, doprowadzając do remisu 5:5. Jedna z tych bramek padła po szybkiej, zespołowej akcji i dokładnym wykończeniu z bliskiej odległości. Następnie dwa kolejne gole zdobył Artem Kolianovskyi, który najpierw wyprowadził Inter na prowadzenie, a później jeszcze zwiększył przewagę swojej drużyny. Wynik spotkania ustalił Oturbekov, kompletując hat-tricka.

Inter zdobył pięć bramek z rzędu i wygrał 8:5, mimo że do przerwy przegrywał 0:4. Goście pozostają niepokonani i po raz kolejny pokazali ogromny charakter. Dla Lisów Bez Polisy była to natomiast trzecia porażka z rzędu. Gospodarze zaprezentowali bardzo dobrą pierwszą połowę, lecz po przerwie nie zdołali zatrzymać rozpędzonego Interu.

Facebook

Reklama

Tabela

Social Media

Youtube

Reklama