reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualności
aktualności
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
ETERNIS CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga

Relacje meczowe: 6 Liga

ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
15:00

Spotkanie Everestu z drugą drużyną Kresowii zapowiadało się na kolejny krok lidera w kierunku triumfu w 6. Lidze. Faworyt był oczywisty, ale początek meczu przyniósł małe zaskoczenie.

To właśnie goście przejęli inicjatywę i w pierwszych minutach stworzyli sobie aż trzy stuprocentowe sytuacje. Problem w tym, że nie wykorzystali żadnej z nich. Everest mógł mówić o sporym szczęściu, bo przy lepszej skuteczności Kresowia mogła bardzo szybko ustawić sobie to spotkanie.

Niewykorzystane okazje zemściły się jednak błyskawicznie. Everest uspokoił grę, przejął kontrolę i zaczął wykorzystywać przestrzeń zostawianą przez rywali. Gospodarze grali niezwykle cierpliwie – potrafili wyczekać przeciwnika, a kiedy tylko pojawiała się możliwość szybkiego ataku, ruszali z kontrą i byli w niej bezlitośni.

Do przerwy na tablicy widniało już 4:0 i właściwie wszystko wskazywało na to, że lider zmierza po kolejne przekonujące zwycięstwo. Po zmianie stron obraz gry niewiele się zmienił. Everest kontrolował wydarzenia, a jego defensywa wróciła na stabilne tory, nie pozwalając Kresowii na ponowne stworzenie zagrożenia.

W ofensywie pierwsze skrzypce zagrał Viktor Herasymiuk. Jego statystyki mówią same za siebie – 3 gole i 3 asysty. To jednak nie same liczby robiły największe wrażenie. Herasymiuk imponował spokojem, świetnym czuciem piłki i boiskową przytomnością. Podejmował właściwe decyzje, dobrze wykorzystywał wolne przestrzenie i praktycznie za każdym razem, gdy pojawiał się pod bramką rywali, stanowił realne zagrożenie.

Ostatecznie Everest zwyciężył aż 7:0, pokazując, dlaczego zmierza po mistrzostwo 6. Ligi. Kresowia II miała swój moment na początku spotkania, ale niewykorzystane okazje okazały się bardzo kosztowne. Lider natomiast po początkowych problemach wszedł na właściwe tory i później był już bezlitosny.

2
21:00

W spotkaniu w 6. Lidze doszło do starcia drużyn znajdujących się na dwóch różnych biegunach tabeli. Dynamo Wołomin, które przed meczem zajmowało drugie miejsce i imponowało formą od początku sezonu, podejmowało Mistrzów Chaosu, zespół zamykający dolne rejony klasyfikacji z sześcioma punktami na koncie.

Już przed pierwszym gwizdkiem było widać ogromną różnicę w potencjale kadrowym obu ekip. Gospodarze stawili się na mecz w aż siedemnastoosobowym składzie, mogąc przez całe spotkanie utrzymywać wysokie tempo gry. Mistrzowie Chaosu przyjechali natomiast zaledwie z jednym rezerwowym, co w drugiej połowie miało okazać się kluczowe.

Pierwsze minuty były jednak znacznie bardziej wyrównane, niż można było się spodziewać. Goście zaskoczyli faworyta i objęli prowadzenie po trafieniu Ouso Rodriego. Dynamo odpowiedziało błyskawicznie. Po dobrze rozegranej akcji Sebastian Fransowski obsłużył Kacpra Urbana, a ten doprowadził do remisu. Jeszcze przed przerwą gospodarze wyszli na prowadzenie dzięki Sebastianowi Fransowskiemu, który wykorzystał podanie Huberta Szulima i ustalił wynik pierwszej połowy na 2:1.

Kluczowym momentem meczu był początek drugiej części gry. Najpierw Kacper Urban podwyższył na 3:1, a chwilę później świetnie współpracujący duet Urban-Mateusz Zimny wypracował kolejne trafienie. Zimny wykorzystał podanie swojego kolegi i było już 4:1 dla Dynama. Choć Mistrzowie Chaosu odpowiedzieli golem Rodriego na 4:2, były to ostatnie dobre chwile gości w tym spotkaniu.

Od tego momentu dominacja Dynama była już całkowita. Piątego gola zdobył Sebastian Fransowski, stemplując bardzo dobre zawody. Następnie na listę strzelców wpisał się Michał Matyja po kolejnym składnym ataku zakończonym asystą Huberta Szulima. Wynik meczu ustalił duet, który przez całe spotkanie sprawiał defensywie gości najwięcej problemów. Mateusz Zimny idealnie dograł do Kacpra Urbana, a ten skompletował hat-tricka, ustalając rezultat na 7:2.

Po wyrównanej pierwszej połowie Dynamo Wołomin wrzuciło wyższy bieg i wykorzystało przewagę kadrową oraz lepsze przygotowanie fizyczne. Wynik 7:2 doskonale odzwierciedla obraz drugiej części gry, w której gospodarze dominowali praktycznie w każdym aspekcie futbolowego rzemiosła.

Wygrana daje ekipie z Wołomina realne szanse na końcowy triumf w 6. Lidze, jednak nie wszystko zależy już od niej. Ostatnia kolejka już w najbliższą niedzielę – z pewnością czekają nas wielkie emocje.

3
21:00

FC Olimpik już przed spotkaniem wiedział, że zwycięstwo nad KS Centrum zagwarantuje mu przynajmniej brązowe medale na koniec sezonu Ligi Letniej. Z jednej strony była to więc informacja niezwykle motywująca, ale z drugiej nakładała na ekipę z Ukrainy pewną presję. KS Centrum znajdował się w zupełnie innej sytuacji – grał praktycznie o pietruszkę. Medale już dawno tej drużynie nie groziły, ale nie było też mowy o tym, żeby Maciek Wojda i spółka zamierzali odpuścić.

Tyle że długo zbierali się do tego, żeby pokazać w tym meczu swoją prawdziwą jakość. Dość powiedzieć, że w pierwszej połowie nie zdobyli ani jednej bramki i przegrywali 0:2. Najpierw na listę strzelców wpisał się Serhii Novakowskyi, a później błąd popełnił Stanisław Wojda, który stracił piłkę, co bezlitośnie wykorzystał Elbek Muhammadaliyev. Sytuacja outsiderów zrobiła się więc naprawdę trudna.

Po zmianie stron Centrum również długo nie potrafiło złapać odpowiedniego rytmu. Co prawda udało się zmniejszyć straty, ale początkowo wyglądało to jedynie na chwilowe przebudzenie. Olimpik był wyraźnie skuteczniejszy, dołożył kolejne dwa trafienia i na kilka chwil przed końcem prowadził już 4:1. Wydawało się, że wszystko jest rozstrzygnięte.

Być może prowadzący zbyt szybko uwierzyli jednak, że w tym spotkaniu nic złego nie ma już prawa im się przydarzyć. Wszystko zaczęło się od żółtej kartki dla ich bramkarza, Mykoli Titova. Centrum nie wykorzystało jeszcze gry w przewadze, ale w jego poczynaniach wreszcie zaczęło coś się zazębiać. Być może świadomość, że nie ma już nic do stracenia, sprawiła, że pojawiła się odwaga, której wcześniej trochę brakowało. Przełożyło się to na dwa trafienia z rzędu i nagle Olimpikowi zaczął palić się grunt pod nogami. Z bezpiecznego 4:1 zrobiło się zdecydowanie mniej komfortowo, a spotkanie, które wydawało się już zamknięte, ponownie nabrało rumieńców. Faworytom ostatecznie udało się utrzymać korzystny rezultat, choć po końcowym gwizdku na ich twarzach było widać sporą ulgę. Ten mecz powinien zostać rozstrzygnięty zdecydowanie wcześniej.

Nie zmienia to jednak najważniejszego – Olimpik przypieczętował miejsce na podium Ligi Letniej i już teraz ma pewność, że sezon zakończy z medalami. Na brązie na pewno nie zamierza jednak poprzestać i w ostatniej kolejce spróbuje powalczyć o to, żeby zawisł na jego szyjach jeszcze cenniejszy krążek.

KS Centrum należą się z kolei umiarkowane brawa. Wiele fragmentów tego spotkania w jego wykonaniu nie wyglądało tak, jak moglibyśmy oczekiwać, ale w końcówce zespół wreszcie pokazał charakter i sprawił, że dostaliśmy trochę emocji w meczu, który wydawał się już rozstrzygnięty. I za to należy go pochwalić – a na podobne podejście liczymy również w ostatnim spotkaniu sezonu.

4
22:00

Fanatycy dużych, uzbrojonych żaglowców, czyli Hiszpański Galeon podejmujący Orła Cień – ale nie ten Kasi Stankiewicz i Varius Manx, a braci Gralec – to kolejny mecz, jaki mieliśmy okazję oglądać w miniony weekend na naszych ligowych obiektach. Spotkanie, niestety dla postronnego kibica, do wyrównanych nie należało. Goście faktycznie wzbili się do góry niczym wiatr i huraganem przejechali po ekipie Magnusa Michalskiego, której zostało co najwyżej spoglądanie na cień swoich rywali.

A przechodząc trochę dokładniej do meczu, to wyraźnie tego dnia różnica klas była zauważalna. Goście dużo lepiej kontrolowali tempo gry i mieli zupełną łatwość w kreowaniu sobie kolejnych sytuacji bramkowych. W szeregach gospodarzy zabrakło przede wszystkim organizacji gry. I choć na pewno było to spowodowane brakiem takich gwiazd jak Małażewski, Lewicki czy Makowski, to mimo wszystko byliśmy pełni wiary, że zawodnicy Galeonu, chociażby z młodym Milewskim na czele (autor trzech asyst i jednej bramki), bardziej postawią się swoim rywalom.

Obie połowy przebiegały pod dyktando gości i trudno tu szukać szerszych opisów tego spotkania. Mówią, że leżącego się nie kopie i w tym wypadku zamierzamy zastosować tę zasadę. Należy tylko pogratulować ekipie Orła Cień bardzo dobrego i spokojnego spotkania.

Miejmy nadzieję, że obie drużyny zbiorą się w swoich najlepszych zestawieniach w ostatniej kolejce, która już za kilka dni, i zakończą sezon z przytupem oraz chociaż chwilowym uśmiechem na twarzy. Trzymamy kciuki i życzymy powodzenia!

Reklama