RAPORT MECZOWY! 6. KOLEJKA - LATO 2026
Ciężko spamiętać wszystkie sezony Ligi Letniej, ale jedno możemy powiedzieć z całą pewnością – to nie jest sytuacja, z którą spotykamy się regularnie. Po przedostatniej kolejce nie poznaliśmy bowiem ani jednego mistrza wakacyjnych rozgrywek! A czy było blisko pierwszych rozstrzygnięć?
Tego nie będziemy Wam zdradzać. Wszak właśnie od tego są opisy naszych koordynatorów, do których lektury serdecznie zapraszamy!
Opisy meczów 6. kolejki czekają już na Was w raportach, w zakładce PODSUMOWANIE SPOTKANIA. Ale mamy też coś dla tych, którym nie chce się za dużo klikać, a których interesują relacje wyłącznie z meczów ligi w której grają. Wchodząc w menu konkretnego poziomu rozgrywkowego dodaliśmy opcję RELACJE MECZOWE. Wszystkie streszczenia znajdziecie tam w jednym miejscu :) Życzymy Wam przyjemnej lektury!
Przed meczem wydawało się, że spotkanie między tymi dwoma zespołami może mieć tylko jednego zwycięzcę. Aktualna sytuacja w tabeli determinowała to, aby team Łukasza Mroza zgarnął pełną pulę, przedłużając swoje szanse nawet na złote medale. Tu – wyprzedzając niejako fakty – gospodarze nie będą jednak zależni tylko od siebie, ale także od postawy FC Ternovitsii w ostatniej serii gier.
Wracając do samego przebiegu meczu. Cóż, dość szybko wyrok, który wisiał nad graczami Warsaw Sinaoli, został podpisany. Stało się tak przede wszystkim za sprawą genialnej postawy zawodnika z numerem siedem po stronie Q-Ice, czyli Maksa Kondarevycha. Błyskawiczne 2:0 nieco uśpiło czujność gospodarzy, bo goście pokusili się o kontaktowe trafienie na 1:2. Niestety, to tylko podrażniło lodowatego lwa, jakim w tym spotkaniu było QIce. Efekt? Nie trzeba było długo czekać: pięć goli z rzędu ekipy w niebieskich trykotach zmroziło najwierniejszych fanów Warsaw Sinaloi.
I wtedy doszło do najbardziej zaskakującego fragmentu meczu. Kiedy wydawało się, że wyrok na Sinaolę został już podpisany, a gracze tego klubu czekają na ścięcie, nagle – na chwilę przed końcem i przed pojawieniem się przysłowiowego kata na podium – „żółci” wrzucili wyższy bieg i zdobyli... trzy bramki z rzędu, wracając do świata żywych. 4:7 po pierwszej odsłonie nie oddawało tego, co działo się na boisku. Owszem, zespół Grześka Himkowskiego grał bardzo ambitnie, walecznie i zaciekle, ale jakość piłkarska była diametralnie inna – na korzyść gospodarzy.
Kiedy werwy napędzanej paliwem w baku gości w końcu zabrakło, niestety – patrząc z perspektywy Sinaoli – doszło do piłkarskiej masakry piłką orlikową. Gracze w żółtych strojach nie zdobyli już ani jednej bramki, zaś banda Mroza dorzuciła kolejnych trzynaście sztuk. Oznacza to, innymi słowy, że Q-Ice Warszawa wygrało drugą połowę z Warsaw Sinaloą aż 13:0. Pogrom, kapitulacja, blamaż – bo trzeba nazwać rzeczy po imieniu.
Niemniej słowa uznania dla gości: łatwo o to, aby „odcięło prąd”, kiedy rywal klepie dwadzieścia podań z rzędu, bawiąc się przy tym piłką. Obyło się jednak bez zbędnej frustracji. Gracze „żółtych” nie szukali jakiegokolwiek rewanżu na nogach gospodarzy. Do końca próbowali, jak mogli, ale różnica klas sprawiła, iż rezultat finalny jest, jaki jest. Q-Ice zagrało koncert, prezentując swą siłę, jakość oraz potencjał – ta maszyna dopiero zaczyna bieg swojej historii, a ta karta była wyjątkowo owocna w gole.
Taki mecz jak ten tak naprawdę można opisać w kilku słowach: spotkanie do jednej bramki. Być może w innych okolicznościach, gdyby FC Comeback miał jeszcze o co walczyć, wyglądałoby to trochę inaczej. Tak się jednak ten sezon ułożył dla zespołu braci Harkavka, że na finiszu grają już tylko – i aż – dla siebie.
W niedzielę musieli jednak mierzyć się nie tylko z liderem tabeli, zespołem zmierzającym po złoto, ale również z własnymi problemami kadrowymi. Na mecz dotarli bowiem w sześciu. Grać bez żadnej zmiany przeciwko być może najlepszej drużynie Ligi Letniej? Brzmi jak przepis na piłkarskie samobójstwo.
Niestety, Comeback nie miał tutaj zbyt wiele do powiedzenia, ale przy okazji warto odnotować jedną bardzo ważną sytuację. Przy stanie 2:0 dla Ternovitsii czerwoną kartkę za faul na Pavle Paduku zobaczył golkiper Comebacku, Evgen Lavrynenko. Decyzja była jak najbardziej uzasadniona, bramkarz zaczął już nawet zdejmować rękawice, a to oznaczało, że jego zespół – nie mając nikogo na zmianę – musiałby do końca spotkania rywalizować w osłabieniu. Wtedy jednak zawodnicy Ternovitsii pokazali, że nie zależy im na zwycięstwie odniesionym w takich okolicznościach. Na ich prośbę arbiter zmienił karę na żółtą kartkę i Comeback mógł kontynuować grę w komplecie. I trzeba ten gest docenić, bo gdyby go nie było, prawdopodobnie nie skończyłoby się na dziesięciu bramkach dla lidera, a wynik mógłby przybrać naprawdę gigantyczne rozmiary.
Nie zmieniło to oczywiście obrazu spotkania. Faworyci mieli pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku, a gdyby wykorzystali choćby połowę swoich okazji, wynik wyglądałby zdecydowanie bardziej okazale niż 10:5. To, że tak się nie stało, jest jednak również zasługą zawodników Comebacku. Grając bez zmian, z każdą minutą mieli coraz mniej energii, ale nie poddawali się, szukali swoich szans i naszym zdaniem przegrali ten mecz w sposób naprawdę honorowy.
Teraz czeka ich starcie z innym zespołem, który wciąż nie odniósł zwycięstwa w 1 Lidze, czyli Hetmanem. I tam na pewno zrobią wszystko, żeby chociaż na zakończenie sezonu zapewnić sobie trochę powodów do uśmiechu. Dla jednej z tych drużyn będzie to przecież pierwsza wygrana w tej kampanii.
Ternovitsia ma natomiast przed sobą zupełnie inną perspektywę. W ostatniej kolejce zmierzy się z Kebavitą i jeśli wygra, nie będzie musiała oglądać się na nikogo – złoto będzie jej. A patrząc na to, jak prezentuje się lider, trudno zakładać, żeby na ostatniej prostej nagle wypuścił mistrzostwo z rąk. Według nas – Ternovitsia postawi kropkę nad „i”!
Jeśli spotyka się drużyna, która w zasadzie o nic już nie walczy – nawet o utrzymanie, bo przecież w Lidze Letniej takie pojęcie nie funkcjonuje – z zespołem bijącym się o mistrzostwo, to trudno oczekiwać cudów. A tak się złożyło, że właśnie do takiej potyczki doszło w niedzielę o 19:00 w 1 Lidze.
Warto jednak docenić, że Hetman wciąż bardzo poważnie podchodzi do swoich obowiązków. Być może inni na jego miejscu już by odpuścili, przestali przychodzić albo potraktowali końcówkę sezonu wyłącznie rekreacyjnie. Tutaj nic takiego nie ma miejsca. Hetman nie odpuszcza i cały czas szuka swoich premierowych punktów w wakacyjnej kampanii.
W starciu z Inferno Team dość szybko został jednak pozbawiony złudzeń. Ferajna Igora Patkowskiego przyjechała w mocnym zestawieniu i wyłącznie po pełną pulę, bo tylko zwycięstwo podtrzymywało jej nadzieje na zdobycie nawet mistrzostwa rozgrywek. No i cóż – dość szybko zrobiło się 2:0 dla faworytów, chociaż Hetman wcale nie grał źle. I nie piszemy tego po to, żeby kogokolwiek pocieszać – po prostu tak to wyglądało. Problem w tym, że jeśli nie wykorzystuje się doskonałych okazji, takich jak choćby ta Filipa Motyczyńskiego, który z bliska nie trafił do pustej bramki, to trudno liczyć na zbyt wiele w starciu z tak mocnym przeciwnikiem. Mimo wszystko nominalnym gospodarzom udało się jeszcze w pierwszej połowie zdobyć bramkę autorstwa Janka Lewandowskiego. Inferno również coś dołożyło i na przerwę schodziło z prowadzeniem 4:1.
A po zmianie stron? No cóż – zaczęła się trochę radosna gra. Hetman wiedział, że przeciwnika raczej już nie dogoni, Inferno czuło, że ma ten mecz pod kontrolą i w efekcie obejrzeliśmy mnóstwo bramek, a obrona po obu stronach momentami funkcjonowała głównie na papierze. Hetman walczył jednak do samego końca. Momentami wyglądało to tak, jakby jego zawodnicy cieszyli się z każdego gola, każdej udanej akcji i każdej małej rzeczy, mając nadzieję, że kiedyś to wszystko zaprocentuje. Finalnie przegrali 5:11, a za tydzień w bezpośrednim starciu z FC Comeback powalczą o to, by nie zakończyć rozgrywek na samym końcu tabeli.
A Inferno? Zrobiło sobie całkiem niezły trening przed najważniejszym meczem sezonu. W ostatniej kolejce podejmie Q-ICE i sytuacja jest dla Piekielnych naprawdę komfortowa. Jeśli wygrają, mogą zostać nawet mistrzami. Jeśli przegrają, i tak nie spadną już z podium. Cel minimum na ten sezon został więc wykonany i do finałowego starcia mogą podejść z poczuciem dobrze wykonanej roboty. A skoro medal jest już pewny, to teraz pozostaje sprawdzić, czy Inferno zdoła jeszcze zamienić udany sezon w sezon mistrzowski.
Do pewnego momentu wydawało się, że zespół Buraka Cana, będąc w pozytywnym piłkarskim transie, będzie tego dnia poza absolutnym zasięgiem graczy gospodarzy, dla których to spotkanie było meczem „o podium”. Kiedy wydawało się, że „czerwoni” nie mają prawa tego wypuścić, futbolowi bogowie postanowili zaprzeczyć tej tezie. Uściślając: owi bogowie – choć jest to swego rodzaju mocna hiperbola – biegali w błękitnych koszulkach. Ale po kolei.
Zaczęło się – jak już wyżej wspomnieliśmy – od koncertu zespołu prezesa Cana. Duet Lawrence-Kwena siał spustoszenie w szeregach obronnych BM. Pierwsze trzy gole, które Kebavita zdobyła stosunkowo szybko, były efektem współpracy powyższego duetu. Kapitalna gra Kebavity – zgadzały się nie tylko gole i spokojne prowadzenie 3:0, ale także sama gra, która momentami wyglądała naprawdę fantastycznie – robiła wrażenie.
Bramka na 1:3? Raczej wydawało się, że „na otarcie łez” – tym bardziej, że Kebavita szybko zdobyła gola na 1:4. I... wtedy jakby zgasło światło dla czerwonych. Coś ewidentnie zacięło się wraz z rozpoczęciem drugiej odsłony spotkania, a w obozie rywala – totalnie na odwrót. Błękitna maszyna ruszyła do odrabiania strat, przez co przewaga gości w ekspresowym tempie zaczęła topnieć. 2:4, 3:4, 4:4, 5:4, 6:4! Pięć goli z rzędu BM zszokowało zgromadzoną publiczność.
I wtedy Kebavita wykrzesała z siebie resztki energii. Prezes Can dokonał roszady na bramce, wprowadzając „lotnego” i dając tym samym swojej drużynie drugie życie. Dzięki golom na 5:6 i 6:6 ponownie mieliśmy remis. Ale to właśnie wtedy nastąpił kulminacyjny moment. „Czerwoni”, będąc w transie, grając już all-in i szukając za wszelką cenę zwycięskiej bramki na 6:7, zamiast niej nadziali się na zabójczą kontrę. Boiskowy lider Kebavity tego dnia okrutnie pomylił się „na ostatnim”, a Treventino Onwaeze – gracz BM – biegnąc od połowy boiska do pustej bramki FC Kebavity, ponoć wykrzykiwał jedynie pod nosem do prezesa gości: „catch me if you Can”. No, ale nie mógł.
Onwaeze dopełnił więc formalności, kompletując przy tym hat-tricka, zostając bohaterem swojej drużyny i przedłużając nadzieje oraz marzenia BM o medalach. Dosłownie wraz ze zdobyciem bramki na 7:6 sędzia Maciek Majewski zakończył spotkanie. Piękny comeback i przedłużenie szans na podium stały się faktem, a my mieliśmy okazję zobaczyć to na własne oczy.
Spotkanie o 22:00 na tym samym sektorze pomiędzy Q-Ice a Sinaloą miało identyczny, niemal analogiczny przebieg do tego, przy którym właśnie teraz jesteśmy. W języku polskim istnieje na to specjalne określenie bliskiego spotkania czegoś z czymś. Zostawmy może jednak te dość dosadne porównania – kto ma wiedzieć, ten wie. Już przed meczem było oczywiste, że jakakolwiek strata punktów przez gospodarzy byłaby giga sensacją. Kolos to rewelacja tego lata, Meyis? Z całym szacunkiem, ale jego odwrotność: bardziej przykre rozczarowanie, tudzież przeszacowanie swoich sił, niż jakakolwiek pozytywna ciekawostka.
Już po pierwszych dziesięciu minutach wynik 4:0 mówił wszystko. „Czerwoni” próbowali, jak mogli, ale „zieloni” orbitują w zupełnie innej piłkarskiej galaktyce. Owszem, Meyis nie złożyło całkowicie broni, a gol na 1:4 był tego najlepszym przykładem. Niestety, był to jeden jedyny promyk słońca tego pochmurnego dnia dla gości. Co gorsza – to chyba tylko rozwścieczyło ekipę gospodarzy. Efekt? Kolejne cztery bramki z rzędu FSK. Przy wyniku 8:1 „czerwoni” zdobyli przecudną bramkę na 2:8, która miała prawo nieco osłodzić im gorycz tego spotkania. Była to tak zwana łyżka miodu w beczce dziegciu.
I był to – swoją drogą – ostatni gol tego dnia dla tej ekipy. Niby jak kończyć, to tylko w takim stylu, ale umówmy się: no jednak trochę przedwcześnie. Strzelanie na swoje barki wzięła więc na wyłączność ekipa gospodarzy, dorzucając w ostatniej fazie meczu niemal drugie tyle, co do tego momentu. Finalny wynik? 15:2. Pogrom. Niestety, nie pierwszy w tym sezonie odnotowany na niekorzyść gości.
Gospodarze natomiast potwierdzili, że mistrz drugiej dywizji jest z innej futbolowej planety. A głównym architektem tego spektaklu ponownie był duet Paduk (6 goli i 2 asysty) oraz Rusiak (4 gole i 4 asysty). Kolos nie stoi więc na glinianych nogach, a na nogach o nazwie Paduk-Rusiak i do momentu, kiedy tak będzie, losy FSK są w dobrych – o ironio – rękach.
Stawka tego meczu była ogromna, bo zwycięzca tej konfrontacji gwarantował sobie miejsce na podium, a w przypadku gospodarzy – minimum srebrne medale. Rangę tego spotkania było widać już przed jego rozpoczęciem, gdyż oba teamy zebrały nam się w pokaźnych, bardzo dobrych składach. Przełożenie silnych zestawień personalnych momentalnie odzwierciedlił plac gry. Od początku było dużo piłkarskiej jakości, szybkości oraz ogrania na wyższym, szóstkowym poziomie.
W pierwszych minutach gry to zdecydowanie gospodarze przeważali, częściej konstruując ataki pozycyjne, natomiast to goście byli bardziej konkretni. Świetne, szybkie kontrataki „zielonych” sprawiły, iż Almaz dość szybko objął prowadzenie 2:1, a w 18. minucie podwyższył je na 3:1 za sprawą gola Panasiuka. Na odpowiedź Husarii III musieliśmy chwilę poczekać, ale ta nastąpiła na moment przed zakończeniem pierwszej części gry. Bramkę kontaktową zdobył bowiem Janek Antoszkiewicz, kompletując tym samym dublet w pierwszej odsłonie gry.
Drugą połowę świetnie rozpoczął Dominik Zawiślak, zdobywając bramkę na 3:3. I był to przełomowy moment spotkania. O ile wcześniej Husaria III sprawiała bardzo dobre wrażenie, ale nie miało to bezpośredniego przełożenia na rezultat, o tyle od gola na 3:3 młody zespół z Mokotowa złapał noszenie, które zostało z nim aż do końca. W 32. i 38. minucie gole zdobył niezawodny w działaniach ofensywnych Jan Antoszkiewicz, a na bramkę Zhuka w 39. minucie, po błędzie prezesa Husarii Tomka Hübnera, odpowiedział... znów Jan Antoszkiewicz, wykorzystując błąd rywala i ponownie wyprowadzając Husarię III na dwubramkowe prowadzenie.
Ostatnie pięć minut to wymiana cios za cios, gol za gol. Almaz siłą rzeczy musiał bardziej się otworzyć, natomiast zespół gospodarzy przyjął rolę „do parteru i na kontry”. Taktyka się opłaciła, bo ilekroć Almaz zmniejszał dystans, Husaria III ponownie go powiększała. 7:4 Bożyczko, 7:5 Panasiuk, 8:5 Zawiślak, 8:6 Klimianko. Husaria III mądrze zarządziła wynikiem i dobrnęła do linii mety zgodnie ze swoimi założeniami. Almaz zagrał naprawdę kapitalne zawody, udowadniając, iż jest „ekipą na medal” oraz zespołem z fajnym potencjałem na przyszłość, ale to gospodarze byli o minimum jedno pięterko wyżej i jak najbardziej zasłużenie odnieśli zwycięstwo.
W niedzielę można było spodziewać się znacznie bardziej wyrównanego spotkania. Tym bardziej że po stronie Ajaksu zabrakło jednego z liderów zespołu, Bartka Kopacza. Jak się jednak okazało, przedmeczowe przewidywania bardzo szybko przestały mieć znaczenie. Ajaks przejechał się po rywalu jak walec, pewnie wygrywając aż 12:3.
Już pierwsza połowa praktycznie rozstrzygnęła losy spotkania. Ajaks wygrał ją 7:1 i od początku pokazał, że tego dnia jest zdecydowanie lepszą drużyną. Liderem zespołu został Natan Czyżewski, który już w pierwszych minutach skompletował hat-tricka. Ostatecznie zakończył mecz z niesamowitym dorobkiem 5 goli i 3 asyst. Wobec nieobecności Bartka Kopacza właśnie Natan wziął odpowiedzialność na siebie i pewnie poprowadził drużynę do zwycięstwa. To występ, który zdecydowanie zasługuje na miejsce wśród najlepszej szóstki kolejki.
Co ciekawe, wiele bramek Natan zdobył po własnych przechwytach. Wielokrotnie odbierał piłkę rywalom i bezlitośnie wykorzystywał ich błędy, kończąc akcje strzałami do pustej bramki. I właśnie rozegranie z bramkarzem było tego dnia największym problemem Bulls. Zawodnicy często tracili piłkę przy budowaniu akcji od tyłu, a Ajaks potrafił to wykorzystać. Co więcej, gospodarze wielokrotnie byli dla nich łaskawi i nie wszystkie błędy kończyły się kolejnymi bramkami.
Na plus można oczywiście zapisać bramkę i asystę Vladyslawa Zhukova, jednak nie zmienia to faktu, że próby wykorzystywania bramkarza w rozegraniu przynosiły tego dnia więcej problemów niż korzyści. Mimo nieskuteczności tej taktyki Bulls długo pozostawało przy swoim pomyśle.
Po przerwie Ajaks spokojnie kontrolował spotkanie i jeszcze powiększył przewagę. Bulls próbował walczyć, ale na odwrócenie losów meczu było już zdecydowanie za późno.
W zwycięskiej drużynie warto wyróżnić również Adama Bogusza, autora hat-tricka i asysty, oraz Bartka Kozłowskiego, który dołożył 3 gole i asystę.
Ajaks odniósł bardzo pewne zwycięstwo i nadal pozostaje w walce o podium. Bulls czeka już ostatni mecz, który nie zmieni wiele w tabeli, ale z pewnością miło byłoby zakończyć sezon zwycięstwem.
Wyrównana pierwsza połowa i totalna dominacja w drugiej części meczu przez zespół gospodarzy. Mecz Inferno II z Łowcami II to kolejne spotkanie, jakie mieliśmy okazję oglądać w poprzedni weekend. Pierwsza część tego meczu to prawdziwa magia odmiany piłki sześcioosobowej – piękne akcje, wymiany, ale też bramki z przypadku czy po dużych błędach indywidualnych.
Ta odsłona zdecydowanie należała do duetu Salamon-Chrapowicki. Chłopaki znajdowali coraz to kolejne i coraz bardziej efektowne rozwiązania ofensywne, a zdobywanie przez nich goli z minuty na minutę stawało się coraz łatwiejsze. Dobrą połówkę rozegrał też zawodnik Łowców, Marsel Tamoyan, autor dwóch goli w tej części meczu. Widać było tego dnia, że piłka przy nodze mu nie przeszkadza, a większość groźnych akcji jego drużyny była kreowana przez tego zawodnika bądź przy jego udziale.
Kolejna odsłona tego spotkania została, niestety dla widowiska, zdominowana przez gospodarzy. Im trzeba oczywiście pogratulować kapitalnej roboty. Rozegrać całe 25 minut bez straty ani jednej bramki – jest to na pewno wyczyn godny pochwały. A gdy tylko dodamy do tego, że, klasycznie mówiąc, „nie murowali” oni bramki przez całe drugie 25 minut, a sami dołożyli kilka kolejnych goli, uspokajając tym samym mecz, wychodzi po prostu idealny scenariusz na wygrane spotkanie.
I tak się właśnie stało. Drużyna Inferno, która nie dała się rozproszyć w drugiej części meczu nieładnym zachowaniem i czerwonym kartonikiem pokazanym zawodnikowi gości, dowiozła cenne zwycięstwo. Gratulacje!
Spotkanie LaFlame Bielany ze Sportowymi Zakapiorami zapowiadało się niezwykle interesująco już przed pierwszym gwizdkiem. LaFlame zebrało na ten mecz naprawdę mocny skład, a obecność Kacpra Cetlina tylko potwierdzała, że gospodarze zamierzają podejść do spotkania na poważnie. Czy zrobiło to wrażenie na Zakapiorach? Patrząc na pierwszą połowę – absolutnie nie.
Sportowe Zakapiory od początku pokazały, dlaczego są tak niewygodnym rywalem. Nie przestraszyły się przeciwnika i bardzo konsekwentnie realizowały swój plan taktyczny. Czekały na błędy LaFlame, a kiedy tylko się pojawiały, bezlitośnie je wykorzystywały. Dwie zdobyte bramki były tylko częścią ich dorobku, bo goście stworzyli sobie jeszcze kilka bardzo dobrych okazji.
Ogromne słowa uznania należą się również Łukaszowi Walczukowi. Bramkarz Zakapiorów kilkukrotnie ratował swój zespół w naprawdę trudnych sytuacjach i przez długi czas pozwalał kolegom utrzymywać wypracowaną przewagę. Dzięki jego interwencjom LaFlame nie mogło złapać właściwego rytmu.
Po zmianie stron obie drużyny nadal trzymały się swoich założeń. LaFlame próbowało cierpliwie rozmontować defensywę rywali, a Zakapiory wciąż liczyły na błędy przeciwnika i szybkie wyjścia do ataku. Impas został w końcu przełamany, choć dla gości w najgorszy możliwy sposób – niefortunne trafienie samobójcze dało LaFlame kontakt i jednocześnie całkowicie zmieniło obraz spotkania. Gospodarze poczuli krew.
Od tego momentu defensywa Zakapiorów zaczęła coraz bardziej się kruszyć, a LaFlame nabierało rozpędu z każdą kolejną akcją. Gospodarze wykorzystali moment, przejęli inicjatywę i do samego końca konsekwentnie naciskali. Kolejne trafienia sprawiły, że z pozornie przegranego meczu zrobiło się przekonujące zwycięstwo 5:2.
Wynik może sugerować jednostronne spotkanie, ale zdecydowanie nie oddaje jego przebiegu. Zakapiory przez dużą część meczu były świetnie zorganizowane i przez długi czas miały LaFlame na widelcu. Z kolei gospodarze pokazali ogromny charakter i kapitalną reakcję po stracie pierwszych dwóch bramek.
Piękna pogoń za wynikiem, ale równie piękna postawa Zakapiorów. Takie mecze aż chce się oglądać częściej!
Już przed meczem podział ról zdawał się oczywisty. Goście są jak najbardziej w grze nawet o złoto, więc podejmując czerwoną latarnię ligi, zespół, który latem nie zdobył choćby punktu, było wiadomo, kto będzie faworytem, a kto underdogiem. Niestety, o ile jeszcze do pewnego czasu mogliśmy liczyć na „niepoczytalność futbolu” i jakąś niespodziankę, o tyle zawodnicy gości błyskawicznie wybili nam takie teorie z głowy, rozrywając całkowicie szyki obronne gospodarzy.
Gradobicie na sektorze C rozpoczęło się chwilę po 19:00 i trwało nieprzerwanie do godziny 20:00. „Różowi” co akcję dopisywali kogoś do klasyfikacji strzelców bądź asystentów, czego największym beneficjentem został Ruslan Yakubiv, który dzięki kapitalnej niedzieli jest samodzielnym i niezagrożonym liderem klasyfikacji kanadyjskiej. Sześć goli oraz dwie asysty pozwoliły mu wyrobić taką przewagę, która z dużą dozą prawdopodobieństwa pozostanie z nim aż do końca.
Wracając jednak stricte do przebiegu spotkania, już do przerwy mieliśmy „pozamiatane”, gdyż niesłychanie trudno byłoby w drugich dwudziestu pięciu minutach odwrócić wynik 1:6, który mieliśmy po pierwszej połowie. Gospodarze próbowali, jak mogli, ale „różowi” z minuty na minutę rośli w siłę i nakręceni szukali kolejnych liczb. Efekt? Wygrana różnicą aż czternastu goli – 16:2. Nie dziwota, że widząc, jak przebiega owo spotkanie, Na2Nóżkę w pewnym momencie mentalnie całkowicie siadło, co było wodą na młyn dla Force Fusion.
Dzięki zwycięstwu zespół gości pozostaje przy stole w grze o złote krążki w trzeciej dywizji letniej Ligi Fanów wraz z czterema innymi zespołami, zaś gospodarze latem zostali mocno pokiereszowani i poturbowani. W tym przypadku nazwa zespołu, po odejściu od tego ligowego stołu, będzie jak najbardziej adekwatna, a w górę może pójść niejeden kielich.
Patrioci nie mieli już większych złudzeń odnośnie tego sezonu. Husaria z kolei, gdyby w niedzielę pokonała ekipę ze Wschodu, przedłużyłaby o tydzień swoje – i tak już nieco iluzoryczne – szanse na zacumowanie na podium na koniec rozgrywek. Jeśli jednak taki był plan ekipy Tomka Hubnera, to trzeba powiedzieć, że za jego realizację zabrali się od dupy złej strony, bo na mecz przyjechali bez ani jednego zawodnika na zmianę. Co prawda rywale także nie grzeszyli pod tym względem profesjonalizmem, mając tylko jednego rezerwowego, ale przy takich warunkach atmosferycznych nawet ten jeden dodatkowy gracz mógł zrobić różnicę.
Początkowo jednak nic nie wskazywało na to, że Husaria będzie musiała w ogóle analizować ten problem. Mimo że od pierwszych minut starcie było wyrównane, gole zdobywała wyłącznie ekipa z Mokotowa. Na 1:0 trafił Krzysztof Kondrecki, na 2:0 Bartek Adamiak, a w pewnym momencie przewaga nominalnych gości wynosiła już trzy bramki. Wydawało się więc, że kwestia trzech punktów powoli się rozstrzyga. Z drugiej strony wiedzieliśmy, że Patrioci nie będą wiecznie tak nieskuteczni i w końcu otworzą swój dorobek bramkowy. Tak też się stało – chwilę przed końcem pierwszej połowy zdobyli pierwszego gola, który zasiał ziarno niepewności co do tego, jak to spotkanie faktycznie się zakończy.
Na początku drugiej części Husaria miała kilka okazji, by wrócić na trzybramkowe prowadzenie, jednak żadnej z nich nie wykorzystała. Z biegiem czasu coraz mocniej dawały o sobie znać dwie rzeczy. Pierwszą było oczywiście zmęczenie, a drugą fakt, że zespół z Mokotowa był zbyt mocno porozrzucany po boisku. Patrioci zaczęli znajdować coraz więcej wolnych przestrzeni, a dodatkowo do rozegrania akcji coraz częściej angażowali własnego bramkarza. Efekt? Za chwilę zrobiło się już tylko 3:2.
Potem stratę w środku pola zanotował golkiper Husarii. Kamil Ostapiński wyszedł daleko poza własne pole karne, popełnił prosty błąd i gospodarze wykorzystali prezent, doprowadzając do remisu 3:3. Ostapiński bardzo szybko zrehabilitował się jednak za tę pomyłkę, bo w dalszej części spotkania bronił wręcz genialnie i wielokrotnie ratował swój zespół. Niewiele mógł jednak zrobić, gdy po żółtej kartce dla Bartka Adamiaka Patrioci wykorzystali grę w przewadze. Po strzale z rzutu wolnego Dimy Olejnikowa po raz pierwszy w tym spotkaniu wyszli na prowadzenie. Husaria odpowiedziała jednak dokładnie tym samym – również wykorzystała okres gry z jednym zawodnikiem więcej i doprowadziła do remisu.
Kluczowy moment tej partii nastąpił kilka chwil później. Najpierw doskonałej okazji nie wykorzystał Tomek Hubner, którego akcję zatrzymał Dima Olejnikow. Piłka błyskawicznie powędrowała na drugą stronę boiska, a kontratak gospodarzy skutecznie wykończył Ruslan Petrijsia. W ten sposób Patrioci wyszarpali trzy punkty, choć przez sporą część spotkania to Husaria wydawała się być bliżej zwycięstwa.
Ekipa z Mokotowa z wielu powodów może być jednak sama na siebie zła. Jeden zawodnik więcej na ławce i mamy wrażenie, że dziś Husaria miałaby na swoim koncie trzy punkty więcej. Ba, nawet w takim składzie personalnym można było ten mecz spokojnie wygrać – wystarczyło wykorzystać którąś z okazji przy trzybramkowym prowadzeniu albo lepiej zarządzać przewagą. Zamiast tego przyszła bolesna porażka, która sprawia, że sezon dla Husarii jest już praktycznie skończony.
Ten mecz zapowiadał się nam na tyle gorący, pomimo panującej pogodowej aury, że prezes ligi Rafał Milewski postanowił oddelegować do tego spotkania aż dwóch sędziów, by temperatura tego starcia nie wymknęła się spod kontroli. Jeśli jednak chodzi o ten aspekt, jak się okazało – z dużej chmury mały deszcz. Obie ekipy zachowywały się wzorowo, w pełni oddając się tylko i wyłącznie przebiegowi spotkania. Dominującym aspektem była piłka i tylko piłka, co nas bardzo cieszy. Z drugiej strony: może lepiej dmuchać na zimne, a prewencja okazała się w pełni zasadna i zapobiegawcza?
Przejdźmy do samego meczu. Tu worek z bramkami otworzył Michał Kukulski, strzelając gola na 0:1. To jednak tylko podrażniło gospodarzy. Odpowiedź? Mocna, bo trzybramkowa, a jej autorami był genialny duet Zwariuk-Blank. 3:1 sprawiło, iż ekipa Michała Tarczyńskiego została postawiona pod ścianą i, chcąc na nowo dać sobie szansę w grze o medale, koniecznie musiała szukać wpierw wyrównania, a następnie przechwycenia spotkania.
I o ile za pierwszą próbą wyszło to tylko połowicznie, wszak na gola na 2:3 Elektro odpowiedziało trafieniem na 4:2, o tyle następny zryw był już tym doprawdy konkretnym. Za odrobienie strat wziął się przede wszystkim duet Olkowicz-Grabicki, który nadawał ton boiskowym wydarzeniom w drugiej części spotkania. Na efekty ich pracy nie trzeba było długo czekać. Przewaga gospodarzy topniała w ekspresowym tempie. 4:3, 4:4, 5:4 i 5:5. W pewnym momencie szala zwycięstwa ewidentnie została zachwiana, a wajcha w każdej chwili mogła zostać przerzucona na którąkolwiek ze stron.
W tej próbie nerwów zwycięski okazał się jednak wcześniej wspomniany duet. Genialny tego dnia Zwariuk, we współpracy ze świetnie wszem i wobec znanym Blankiem, na raty wcisnął gola KSB Warszawa II, choć Damian Pawlak między słupkami bramki KSB dwoił się i troił. Do czasu – skutecznie. Gospodarze gola na 6:5 zdobyli dosłownie w ostatniej chwili, a dzięki temu trafieniu dalej pozostają w grze o najwyższe laury – ku ich rozczarowaniu nie są przy tym w pełni zależni od siebie.
Co się zaś tyczy KSB Warszawa II, ponownie pokazali piłkarski pazur, a podium, choć bardzo możliwe, że zostało tym meczem przegrane, to „zieloni” udowodnili, iż jeśli tak się stanie, to tylko „o detale”. Poziom u góry był wszak bardzo wyrównany, a KSB także odpowiadało za rytm tej imprezy, która powoli już nam dogasa.
Spotkanie Kresowii z Prykarpattią zapowiadało się jako bardzo wymagający test dla gospodarzy. Kresowia w letnich rozgrywkach prezentuje się naprawdę dobrze, ale tym razem po drugiej stronie stanął niezwykle mocny rywal, który przyjechał niemal w pełnym składzie, wraz ze swoimi liderami. Gospodarze również nie mogli narzekać na kadrę, dlatego od początku można było oczekiwać sporych emocji.
Początek meczu należał jednak zdecydowanie do Prykarpattii. Swoją klasę szybko pokazali liderzy gości – Khmara oraz Dutchak bezlitośnie wykorzystali stworzone sytuacje i wyprowadzili swoją drużynę na prowadzenie. Kresowia potrzebowała chwili, aby złapać właściwy rytm, ale sygnał do walki dał Kirill Pshyk. Dynamiczny zawodnik gospodarzy dobrze odnalazł się w ofensywie i zdobył bramkę kontaktową.
Prykarpattia nie zamierzała jednak pozwolić rywalom na rozwinięcie skrzydeł. Goście odpowiedzieli kolejnymi dwoma trafieniami i na tablicy pojawiło się 1:4. Wynik był już bardzo przekonujący, choć wciąż pozostawało sporo czasu na odwrócenie losów spotkania.
Po zmianie stron Kresowia wyszła z zupełnie inną energią. Gospodarze zaczęli mocniej naciskać, a dużą rolę w ich pogoni odegrał Daniel Mikulich, który napędzał kolejne akcje i pomagał swojej drużynie coraz mocniej spychać Prykarpattię do defensywy. Gospodarze rzeczywiście zaczęli wyglądać lepiej, jednak Prykarpattia zachowała wystarczająco dużo spokoju i jakości, aby nie wypuścić wypracowanej przewagi. Goście dołożyli jeszcze jedno trafienie i choć Kresowia odpowiedziała bramką z rzutu karnego na 4:5, był to już ostatni akcent strzelecki tego spotkania.
Kresowia może mieć niedosyt, bo po świetnej drugiej połowie była bardzo blisko doprowadzenia do jeszcze większych emocji. Prykarpattia pokazała jednak, dlaczego jest tak wymagającym przeciwnikiem – zbudowała przewagę w kluczowym momencie, a następnie potrafiła ją dowieźć do końcowego gwizdka. Ostatecznie 5:4 dla gości, ale z pewnością nie był to dla nich łatwy mecz.
Na perspektywę spotkania FC Legion UA z RKS-em Grochów należało spojrzeć realnie. Prawdopodobieństwo, że ekipa z Grochowa urwie Legionowi jakiekolwiek punkty, jawiło się dość mgliście. Wydawało nam się, że potencjał obu zespołów mocno się różni i nawet jeśli będą momenty, w których nominalni goście zagrają z faworytem jak równy z równym, to prędzej czy później przyjdzie chwila, w której ekipa z Ukrainy odskoczy i nie da się już dogonić. I w dużej mierze właśnie tak to spotkanie wyglądało.
Od początku Legion miał przewagę, tyle że nie do końca wykorzystywał ją tak, jak pewnie sam by sobie tego życzył. Mimo wszystko dość szybko objął prowadzenie. Pierwszego gola zdobył Yurii Chornobai, który wykorzystał rzut karny podyktowany za wślizg w polu karnym Dariusza Oleszkiewicza. Później wynik na 2:0 podwyższył Ivan Pushkarenko. Prawdę mówiąc, taki rezultat był dość niskim wymiarem kary dla RKS-u. Gdyby nie świetne interwencje Stanisława Rosińskiego, już do przerwy nie byłoby większych złudzeń co do tego, kto zgarnie tutaj całą pulę.
Tym większe było nasze zdziwienie, gdy zobaczyliśmy, w jaki sposób rozpoczęła się druga połowa. A rozpoczęła się fenomenalnie dla przegrywających! Najpierw Dawid Skowera wykorzystał błąd bramkarza przeciwników i zdobył łatwego gola, a moment później do remisu doprowadził Karol Oleszkiewicz. RKS potrzebował praktycznie 60 sekund, żeby wrócić do tego meczu!
Co więcej, za chwilę stuprocentowej sytuacji dla Legionu nie wykorzystał Pavlo Chornobai, co spotkało się z niesamowitą odpowiedzią Dawida Skowery. Zawodnik RKS-u przeprowadził kapitalny rajd z piłką, który rozpoczął jeszcze na własnej połowie. Minął kolejnych przeciwników, popędził w kierunku bramki, a na końcu zachował zimną krew i posłał futbolówkę obok bezradnego golkipera. GOLAZO! RKS prowadził 3:2 i przez chwilę naprawdę zapachniało ogromną sensacją.
Okazało się jednak, że była to jedynie chwilowa niedyspozycja faworytów. Legion szybko się otrząsnął, poukładał swoją grę i w kolejnych fragmentach spotkania zdobył pięć bramek z rzędu. Szybkość, z jaką operował piłką cały zespół, a także indywidualna dynamika poszczególnych zawodników okazały się dla rywali zabójcze. Kiedy Legion wrzucił wyższy bieg, po prostu nie było czego zbierać. Grochów nie potrafił znaleźć na to skutecznej odpowiedzi. Co prawda zdołał jeszcze dołożyć jednego gola, ale ostatecznie stracił ich aż piętnaście i przegrał 4:15. To wynik zdecydowanie bardziej dotkliwy, niż wskazywałaby na to sama gra RKS-u, bo goście mieli w tym spotkaniu naprawdę dobre momenty i przez chwilę potrafili nawet napędzić faworytowi sporo strachu.
I właśnie dlatego, mimo wysokiej porażki, to po stronie RKS-u znajdziemy akcję, którą zapamiętamy z tego meczu najlepiej. Rajd Dawida Skowery był ozdobą całego spotkania i pokazał, że w tej ekipie naprawdę drzemie potencjał. Problem polegał na tym, że naprzeciwko stanął zespół, w którym takich „Dawidów Skowerów” jest po prostu kilku...
Mecz lidera ligi z drużyną z dolnej części tabeli, ale stawka dla obu ekip była zupełnie inna. Gamba Veloce chciała utrzymać pierwsze miejsce przed ostatnią kolejką, a przy odpowiednim układzie wyników mogła nawet zapewnić sobie mistrzostwo. Sparta natomiast potrzebowała punktów, aby poprawić swoją sytuację w tabeli.
Gamba od początku pokazała, że zamierza zrobić wszystko, aby osiągnąć swój cel. Dwa szybkie gole dały liderowi prowadzenie 2:0, a później Gamba już ani razu nie oddała przewagi. Była aktywniejsza, groźniejsza i stwarzała więcej sytuacji, choć skuteczność nie była jej najmocniejszą stroną. Sparta walczyła i zdecydowanie nie zamierzała być tego dnia tylko tłem dla lidera, ale Gamba spokojnie kontrolowała przebieg pierwszej połowy i schodziła na przerwę przy wyniku 5:2.
Po zmianie stron lider jeszcze mocniej ruszył do przodu i szybko powiększył przewagę do sześciu bramek. Przy wyniku 8:2 wydawało się, że wszystko jest już rozstrzygnięte. Sparta miała jednak zupełnie inne plany. Zawodnicy w białych koszulkach zdobyli cztery gole z rzędu i nagle zrobiło się tylko 8:6. W jednej chwili spokojny mecz lidera zamienił się w naprawdę nerwową końcówkę.
Gamba miała jednak więcej sytuacji i wciąż wyglądała na drużynę, która kontroluje wydarzenia na boisku. Problemem pozostawała skuteczność, bo wiele okazji ponownie nie znalazło drogi do bramki. Ostatecznie lider nie pozwolił jednak na kolejny zwrot akcji, zdobył jeszcze jednego gola i dowiózł zwycięstwo 9:6 do końcowego gwizdka.
W szeregach zwycięzców wyróżnili się Alex Opara, autor 3 bramek, oraz Hubert Świętnicki, który dołożył 2 gole i 2 asysty. Po stronie Sparty po dwa trafienia zanotowali Bohdan Tynianov i Vasyl Pidluzhnyi.
Gamba Veloce pozostaje więc na pierwszym miejscu i w ostatnim meczu sezonu zmierzy się ze swoim najbliższym rywalem w tabeli. To spotkanie może być prawdziwym finałem walki o mistrzostwo. Sparta natomiast pozostaje w dolnej części tabeli, ale po takim comebacku może mieć nadzieję, że w kolejnym meczu powalczy o lepszą pozycję.
Walka o środek tabeli się zaostrza. W zeszłej kolejce wśród drużyn polujących na trzecie miejsce 5. ligi nastąpiła mijanka. MWSP ograło w bezpośrednim starciu FC Melange i teraz to ta drużyna traci dwa oczka do Rodziny Soprano.
Na boisku pewniej wyglądali zawodnicy MWSP, którzy już na początku wyszli na prowadzenie. FC Melange nie potrafiło wejść na swój poziom, a w trzeciej tercji popełniało błędy, które prowadziły do strat piłki. Ubrana w żółte koszulki drużyna miała o wiele więcej do powiedzenia pod bramką Łukasza Krysiaka.
Bramki dla MWSP rozkładały się równomiernie. Pięciu zawodników przyłożyło się do zapewnienia swojej drużynie zwycięstwa. W trzeciej połowie po jednej z kontr było już nawet 3:0. Wtedy FC Melange musiało się już obudzić, co zresztą mu się udało. Rozpoczęła się pogoń za wynikiem, Łukasz Słowik ustrzelił dublet, a Kamil Pietrzykowski grał na boisku pierwsze skrzypce. W końcówce meczu był już nawet remis. MWSP jednak tanio skóry nie sprzedało. Piękne uderzenie z pierwszej piłki Szymona Winklera trafiło w samo okienko bramki i przypieczętowało zwycięstwo.
Spotkanie Rodziny Soprano z Panami z Rejonu było starciem dwóch drużyn, którym zdecydowanie nie można odmówić charakteru. Po obu stronach znaleźli się zawodnicy nie tylko waleczni i ambitni, ale również dysponujący naprawdę solidnymi umiejętnościami technicznymi jak na realia 5. Ligi. Można było więc spodziewać się meczu na styku – i dokładnie taki dostaliśmy.
Początek należał do gości. Szybki wyrzut z autu kompletnie zaskoczył defensywę Rodziny Soprano i po chwili Panowie z Rejonu mogli cieszyć się z pierwszego trafienia. Gospodarze nie zamierzali jednak długo pozostawać dłużni. Od tego momentu rozpoczęła się prawdziwa wymiana ciosów – jedni odpowiadali na akcje drugich, a wynik cały czas oscylował wokół remisu. Do przerwy na tablicy widniało 3:3.
Po zmianie stron emocje zaczęły jednak wychodzić poza skalę. Mecz zrobił się bardziej nerwowy, a obie drużyny coraz mocniej chciały przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Każda akcja mogła okazać się kluczowa, a wraz z upływem czasu rosło napięcie.
Kiedy Hryniszyn i spółka trafili na 3:4, wydawało się, że Panowie z Rejonu są już bardzo blisko dowiezienia zwycięstwa. Rodzina Soprano zachowała jednak zimną krew. I wtedy na scenę wszedł Krzysztof Kulibski.
To, co zrobił w jednej z ostatnich akcji meczu, spokojnie można określić mianem epickiego. Kulibski przejął piłkę i przebiegł praktycznie całe boisko z futbolówką przy nodze, mijając kolejnych rywali. Na końcu swojej szarży posadził jeszcze bramkarza i spokojnie skierował piłkę do pustej bramki. 4:4! Jakby tego było mało, swoją cieszynkę postanowił zadedykować prezesowi Ligi Fanów – Rafałowi Milewskiemu, z którym wykonał symboliczny uścisk dłoni.
Gospodarze chcieli jednak iść po więcej, ale nie rzucili się bezmyślnie do ataku, tylko konsekwentnie szukali swojej szansy. W końcu po akcji z rzutu wolnego, piłkę z najbliższej odległości wepchnął do siatki Grzesiek Bogdański, a arbiter nawet nie wznawiał gry od środka boiska..
Panowie z Rejonu mieli zwycięstwo na wyciągnięcie ręki, lecz gospodarze pokazali charakter i walczyli do ostatniej sekundy. A kiedy o zwycięstwie decyduje taki rajd przez całe boisko w niemal ostatniej akcji spotkania, pozostaje tylko jedno pytanie: czy końcówkę można było skwitować czymś lepszym dla Rodziny Soprano? Absolutnie nie.
Sytuacja w tabeli niejako wymuszała na zespole gości, aby to oni przejęli to spotkanie i nadali rytm boiskowym wydarzeniom. Alliance nie trzeba było dwa razy do owej zabawy zapraszać. Goście momentami wyraźnie zaznaczali swoją przewagę, udowadniając, iż ich miejsce w tabeli nie jest dziełem przypadku. Za sprawą świetnie grającego tego dnia Archakova goście wpierw zdobyli gola na 0:1, a niedługo później na 0:2. Wynik do przerwy ustalił Mykyta Bondarenko, strzelając gola na 0:3.
Tym samym FCANG wyszło na spokojne, miłe i bezpieczne prowadzenie, a trzybramkowa przewaga miała być gwarantem sukcesu. Nic z tych rzeczy. Idylla nie trwała w nieskończoność. Co więcej! Trwała bardzo krótko! Zawodnicy Kamila Weredy, wbrew oczekiwaniom zebranej publiczności, wykonali nagły zwrot o sto osiemdziesiąt stopni, który o mały włos nie zakończył się wendetą. Może nie krwawą zemstą „w imię rodziny”, ale zasadną rekompensatą oraz osłodzeniem sobie nastrojów po gorzkiej letniej kampanii. Tyle że niestety paliwa w baku Fuszerce starczyło jedynie na doskok do rywala na centymetr, uściślając – na 3:3.
A kiedy obie drużyny znalazły się ponownie w swoim zasięgu, stając ze sobą raz jeszcze face to face, Alliance na nowo uruchomiło tryb „po podium”, odskakując tym razem gospodarzom na dystans, który był już nie do nadrobienia. Strzelecki impas gości przełamał niezawodny Vsevolod Archakov, który wpierw zdobył bramkę na 3:4, a następnie wraz z zespołem dorzucił piątą i szóstą sztukę. Dzięki temu finalny rezultat 3:6 dla zespołu gości pozwolił im nadal marzyć o złotych krążkach na koniec rundy letniej...
Fanatycy dużych, uzbrojonych żaglowców, czyli Hiszpański Galeon podejmujący Orła Cień – ale nie ten Kasi Stankiewicz i Varius Manx, a braci Gralec – to kolejny mecz, jaki mieliśmy okazję oglądać w miniony weekend na naszych ligowych obiektach. Spotkanie, niestety dla postronnego kibica, do wyrównanych nie należało. Goście faktycznie wzbili się do góry niczym wiatr i huraganem przejechali po ekipie Magnusa Michalskiego, której zostało co najwyżej spoglądanie na cień swoich rywali.
A przechodząc trochę dokładniej do meczu, to wyraźnie tego dnia różnica klas była zauważalna. Goście dużo lepiej kontrolowali tempo gry i mieli zupełną łatwość w kreowaniu sobie kolejnych sytuacji bramkowych. W szeregach gospodarzy zabrakło przede wszystkim organizacji gry. I choć na pewno było to spowodowane brakiem takich gwiazd jak Małażewski, Lewicki czy Makowski, to mimo wszystko byliśmy pełni wiary, że zawodnicy Galeonu, chociażby z młodym Milewskim na czele (autor trzech asyst i jednej bramki), bardziej postawią się swoim rywalom.
Obie połowy przebiegały pod dyktando gości i trudno tu szukać szerszych opisów tego spotkania. Mówią, że leżącego się nie kopie i w tym wypadku zamierzamy zastosować tę zasadę. Należy tylko pogratulować ekipie Orła Cień bardzo dobrego i spokojnego spotkania.
Miejmy nadzieję, że obie drużyny zbiorą się w swoich najlepszych zestawieniach w ostatniej kolejce, która już za kilka dni, i zakończą sezon z przytupem oraz chociaż chwilowym uśmiechem na twarzy. Trzymamy kciuki i życzymy powodzenia!
Spotkanie Everestu z drugą drużyną Kresowii zapowiadało się na kolejny krok lidera w kierunku triumfu w 6. Lidze. Faworyt był oczywisty, ale początek meczu przyniósł małe zaskoczenie.
To właśnie goście przejęli inicjatywę i w pierwszych minutach stworzyli sobie aż trzy stuprocentowe sytuacje. Problem w tym, że nie wykorzystali żadnej z nich. Everest mógł mówić o sporym szczęściu, bo przy lepszej skuteczności Kresowia mogła bardzo szybko ustawić sobie to spotkanie.
Niewykorzystane okazje zemściły się jednak błyskawicznie. Everest uspokoił grę, przejął kontrolę i zaczął wykorzystywać przestrzeń zostawianą przez rywali. Gospodarze grali niezwykle cierpliwie – potrafili wyczekać przeciwnika, a kiedy tylko pojawiała się możliwość szybkiego ataku, ruszali z kontrą i byli w niej bezlitośni.
Do przerwy na tablicy widniało już 4:0 i właściwie wszystko wskazywało na to, że lider zmierza po kolejne przekonujące zwycięstwo. Po zmianie stron obraz gry niewiele się zmienił. Everest kontrolował wydarzenia, a jego defensywa wróciła na stabilne tory, nie pozwalając Kresowii na ponowne stworzenie zagrożenia.
W ofensywie pierwsze skrzypce zagrał Viktor Herasymiuk. Jego statystyki mówią same za siebie – 3 gole i 3 asysty. To jednak nie same liczby robiły największe wrażenie. Herasymiuk imponował spokojem, świetnym czuciem piłki i boiskową przytomnością. Podejmował właściwe decyzje, dobrze wykorzystywał wolne przestrzenie i praktycznie za każdym razem, gdy pojawiał się pod bramką rywali, stanowił realne zagrożenie.
Ostatecznie Everest zwyciężył aż 7:0, pokazując, dlaczego zmierza po mistrzostwo 6. Ligi. Kresowia II miała swój moment na początku spotkania, ale niewykorzystane okazje okazały się bardzo kosztowne. Lider natomiast po początkowych problemach wszedł na właściwe tory i później był już bezlitosny.
W spotkaniu w 6. Lidze doszło do starcia drużyn znajdujących się na dwóch różnych biegunach tabeli. Dynamo Wołomin, które przed meczem zajmowało drugie miejsce i imponowało formą od początku sezonu, podejmowało Mistrzów Chaosu, zespół zamykający dolne rejony klasyfikacji z sześcioma punktami na koncie.
Już przed pierwszym gwizdkiem było widać ogromną różnicę w potencjale kadrowym obu ekip. Gospodarze stawili się na mecz w aż siedemnastoosobowym składzie, mogąc przez całe spotkanie utrzymywać wysokie tempo gry. Mistrzowie Chaosu przyjechali natomiast zaledwie z jednym rezerwowym, co w drugiej połowie miało okazać się kluczowe.
Pierwsze minuty były jednak znacznie bardziej wyrównane, niż można było się spodziewać. Goście zaskoczyli faworyta i objęli prowadzenie po trafieniu Ouso Rodriego. Dynamo odpowiedziało błyskawicznie. Po dobrze rozegranej akcji Sebastian Fransowski obsłużył Kacpra Urbana, a ten doprowadził do remisu. Jeszcze przed przerwą gospodarze wyszli na prowadzenie dzięki Sebastianowi Fransowskiemu, który wykorzystał podanie Huberta Szulima i ustalił wynik pierwszej połowy na 2:1.
Kluczowym momentem meczu był początek drugiej części gry. Najpierw Kacper Urban podwyższył na 3:1, a chwilę później świetnie współpracujący duet Urban-Mateusz Zimny wypracował kolejne trafienie. Zimny wykorzystał podanie swojego kolegi i było już 4:1 dla Dynama. Choć Mistrzowie Chaosu odpowiedzieli golem Rodriego na 4:2, były to ostatnie dobre chwile gości w tym spotkaniu.
Od tego momentu dominacja Dynama była już całkowita. Piątego gola zdobył Sebastian Fransowski, stemplując bardzo dobre zawody. Następnie na listę strzelców wpisał się Michał Matyja po kolejnym składnym ataku zakończonym asystą Huberta Szulima. Wynik meczu ustalił duet, który przez całe spotkanie sprawiał defensywie gości najwięcej problemów. Mateusz Zimny idealnie dograł do Kacpra Urbana, a ten skompletował hat-tricka, ustalając rezultat na 7:2.
Po wyrównanej pierwszej połowie Dynamo Wołomin wrzuciło wyższy bieg i wykorzystało przewagę kadrową oraz lepsze przygotowanie fizyczne. Wynik 7:2 doskonale odzwierciedla obraz drugiej części gry, w której gospodarze dominowali praktycznie w każdym aspekcie futbolowego rzemiosła.
Wygrana daje ekipie z Wołomina realne szanse na końcowy triumf w 6. Lidze, jednak nie wszystko zależy już od niej. Ostatnia kolejka już w najbliższą niedzielę – z pewnością czekają nas wielkie emocje.
FC Olimpik już przed spotkaniem wiedział, że zwycięstwo nad KS Centrum zagwarantuje mu przynajmniej brązowe medale na koniec sezonu Ligi Letniej. Z jednej strony była to więc informacja niezwykle motywująca, ale z drugiej nakładała na ekipę z Ukrainy pewną presję. KS Centrum znajdował się w zupełnie innej sytuacji – grał praktycznie o pietruszkę. Medale już dawno tej drużynie nie groziły, ale nie było też mowy o tym, żeby Maciek Wojda i spółka zamierzali odpuścić.
Tyle że długo zbierali się do tego, żeby pokazać w tym meczu swoją prawdziwą jakość. Dość powiedzieć, że w pierwszej połowie nie zdobyli ani jednej bramki i przegrywali 0:2. Najpierw na listę strzelców wpisał się Serhii Novakowskyi, a później błąd popełnił Stanisław Wojda, który stracił piłkę, co bezlitośnie wykorzystał Elbek Muhammadaliyev. Sytuacja outsiderów zrobiła się więc naprawdę trudna.
Po zmianie stron Centrum również długo nie potrafiło złapać odpowiedniego rytmu. Co prawda udało się zmniejszyć straty, ale początkowo wyglądało to jedynie na chwilowe przebudzenie. Olimpik był wyraźnie skuteczniejszy, dołożył kolejne dwa trafienia i na kilka chwil przed końcem prowadził już 4:1. Wydawało się, że wszystko jest rozstrzygnięte.
Być może prowadzący zbyt szybko uwierzyli jednak, że w tym spotkaniu nic złego nie ma już prawa im się przydarzyć. Wszystko zaczęło się od żółtej kartki dla ich bramkarza, Mykoli Titova. Centrum nie wykorzystało jeszcze gry w przewadze, ale w jego poczynaniach wreszcie zaczęło coś się zazębiać. Być może świadomość, że nie ma już nic do stracenia, sprawiła, że pojawiła się odwaga, której wcześniej trochę brakowało. Przełożyło się to na dwa trafienia z rzędu i nagle Olimpikowi zaczął palić się grunt pod nogami. Z bezpiecznego 4:1 zrobiło się zdecydowanie mniej komfortowo, a spotkanie, które wydawało się już zamknięte, ponownie nabrało rumieńców. Faworytom ostatecznie udało się utrzymać korzystny rezultat, choć po końcowym gwizdku na ich twarzach było widać sporą ulgę. Ten mecz powinien zostać rozstrzygnięty zdecydowanie wcześniej.
Nie zmienia to jednak najważniejszego – Olimpik przypieczętował miejsce na podium Ligi Letniej i już teraz ma pewność, że sezon zakończy z medalami. Na brązie na pewno nie zamierza jednak poprzestać i w ostatniej kolejce spróbuje powalczyć o to, żeby zawisł na jego szyjach jeszcze cenniejszy krążek.
KS Centrum należą się z kolei umiarkowane brawa. Wiele fragmentów tego spotkania w jego wykonaniu nie wyglądało tak, jak moglibyśmy oczekiwać, ale w końcówce zespół wreszcie pokazał charakter i sprawił, że dostaliśmy trochę emocji w meczu, który wydawał się już rozstrzygnięty. I za to należy go pochwalić – a na podobne podejście liczymy również w ostatnim spotkaniu sezonu.
Szósta kolejka w 7. Lidze przyniosła jedno z najbardziej emocjonujących spotkań tego dnia. Zamykający tabelę Wincars podejmował FC Vikersonn UA II, który po rozczarowujących wcześniejszych występach zajmował miejsce w środku stawki. Mimo różnicy pozycji gospodarze od początku pokazali ogromną determinację i długo byli bardzo blisko sprawienia niespodzianki.
Początek meczu zdecydowanie należał do Wincars. Gospodarze szybko objęli prowadzenie po trafieniu Mykhaila Bulakha, a choć Vikersonn odpowiedział bramką Yehvena Syrotiuka, Wincars nie stracił animuszu. Dobra współpraca Filipa Trockiego z Nikitą Sokolem pozwoliła ponownie wyjść na prowadzenie, a chwilę później sam Sokol podwyższył wynik. Do przerwy ostatnia drużyna tabeli prowadziła 3:1 i była na najlepszej drodze do zdobycia cennych punktów.
Po zmianie stron obraz gry zaczął się jednak zmieniać. Goście ruszyli do odrabiania strat i szybko złapali kontakt, a następnie doprowadzili do wyrównania. Szczególnie aktywni byli Yehven Syrotiuk oraz Ivan Vovk, którzy napędzali większość ofensywnych akcji FC Vikersonn. Wincars nie zamierzał jednak łatwo oddać prowadzenia. Kiedy goście po raz pierwszy wyszli na prowadzenie, gospodarze natychmiast odpowiedzieli. Ważnym momentem meczu była bramka Wadima Khilhory na 4:4, która ponownie otworzyła spotkanie. Chwilę później drużyna Wincars wykorzystała kolejną okazję i znów znalazła się o krok od sensacyjnego zwycięstwa.
Końcówka była prawdziwą wymianą ciosów. FC Vikersonn UA II zdołał doprowadzić do remisu 5:5, a gdy wydawało się, że obie drużyny podzielą się punktami, nadeszła ostatnia minuta meczu. Bohaterem gości został Yehven Syrotiuk, który zdobył zwycięską bramkę na 6:5, zapewniając swojej drużynie komplet punktów.
Mimo porażki Wincars rozegrał jedno z najlepszych spotkań w sezonie, prowadząc do przerwy 3:1 i przez długi czas skutecznie przeciwstawiając się wyżej notowanemu rywalowi. Ostatecznie większe doświadczenie i skuteczność w decydujących momentach pozwoliły gościom odwrócić losy meczu i wywieźć zwycięstwo po niezwykle emocjonującym widowisku.
W tym meczu mieliśmy wyraźnego faworyta. Była nim Ternovitsia II, która podobnie jak pierwszy i drugi zespół klubu regularnie walczy o medale, a przede wszystkim o pierwsze miejsce. Dlatego w takim spotkaniu strata punktów nie wchodziła w grę. Okazało się jednak, że rywal postawił bardzo trudne warunki.
Siwy Koń od początku pokazał, że nie zamierza łatwo oddać tego meczu. Co więcej, to właśnie ta drużyna jako pierwsza wyszła na prowadzenie. W świetnej formie był tego dnia Piotr Sega, który popisał się dwoma fenomenalnymi golami z rzutów wolnych. Pierwszym z nich otworzył wynik spotkania, zdobywając bramkę naprawdę niezwykłej urody.
Ternovitsia szybko jednak odpowiedziała i od tego momentu przez większość meczu utrzymywała przewagę. Siwy Koń cały czas podążał za rywalem i nie pozwalał mu spokojnie odskoczyć. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 6:3, ale po przerwie emocji było jeszcze więcej. Siwy Koń najpierw zmniejszył stratę do dwóch bramek, a później nawet do jednej. Wyrównać już się jednak nie udało. Ternovitsia zachowała więcej spokoju w końcówce, ponownie odskoczyła i pewnie dowiozła zwycięstwo.
Wśród zawodników w żółtych koszulkach po raz kolejny błyszczeli liderzy zespołu. Volodymyr Hrydovyi zanotował 3 gole i aż 5 asyst, a Serhii Romanovskyi dołożył 4 bramki i 2 asysty. To właśnie ich wkład okazał się kluczowy w tym trudnym spotkaniu. Po stronie Siwego Konia wyróżnili się Piotr Sega i Sebastian Zwierzchowski, którzy skompletowali hat-tricki. Sebastian dołożył również asystę.
Ternovitsia dzięki temu zwycięstwu pozostaje w walce o pierwsze miejsce. Siwy Koń, mimo porażki, może natomiast być zadowolony ze swojego występu. Zespół postawił faworytowi bardzo trudne warunki i do samego końca walczył o punkty, ale ostatecznie pozostaje w dolnej części tabeli.
Mecz ten był przez nas anonsowany jako spotkanie „ostatniej szansy” w kontekście gry o podium. Oba zespoły przystąpiły do niego właściwie z tego samego pułapu. Dla wygranego przewidziane było kontynuowanie marzeń o medalach. Dla przegranego droga na szczyt znacząco się wydłużyła.
Można powiedzieć, iż w sezonie zasadniczym mieliśmy mały przedsmak tej konfrontacji. Nie każdy bowiem wie, ale w tym meczu spotkały się niejako dwie ekipy, które w kampanii 2025/26 grały na jednym poziomie. O ile to, że FC Wczorajsi rywalizowali w dziesiątej dywizji, żadną tajemnicą nie jest, o tyle nie każdy wie, że zespół gospodarzy to po części FC Dpserados, które także grało w tej samej dziesiątej dywizji. Wówczas górą zdecydowanie byli gospodarze, ale lato miało być „zmianą warty”. I do pewnego momentu było.
Pierwsza połowa oraz początek drugiej to przewaga Wczorajszych udokumentowana rezultatem 1:3. Wynik, zdaje się, prawidłowo odzwierciedlał przebieg spotkania. Sęk w tym, że owo spotkanie trwa pięćdziesiąt minut, a nie pół godziny. Bo goście, mieliśmy wrażenie, jakoby o tym w pewnym momencie zupełnie zapomnieli. Nastał taki fragment spotkania, w którym gospodarze absolutnie zdominowali gości, a zespół Wczorajszych władował się wprost pod koła rozpędzonego tira, który wyznaczył sobie śmiały kurs na podium.
Mniej więcej od 30. do 45. minuty, w zaledwie kwadrans, gospodarze zdobyli aż siedem bramek z rzędu, nie tracąc przy tym ani jednej. I tak z 1:3 zrobiło się nam nagle 8:3, ku uciesze kobiecej sektorówki gospodarzy, która dumnie wiwatowała i oklaskiwała „swoich” po kolejnych trafieniach. Prym w odwracaniu wyniku wziął na siebie duet Jędrasik-Nienałtowski, a dwie bramki Wczorajszych w samej końcówce spotkania na niewiele się zdały.
Końcowy rezultat 9:5 promuje zespół gospodarzy w kontekście gry o złoto. Co więcej, wynik ten sprawił, iż ów zespół ma już zagwarantowane podium. Nie dziwi nas więc to, że prezes klubu Amadeusz Kopacz zadbał o to, aby jego plecak był po brzegi wypchany brzęczącym i obijającym się o siebie drobiazgiem. Taka nagroda jak najbardziej należała się temu teamowi po tym niemałym sukcesie!
Pewne zwycięstwo trzeciej ekipy Inferno Team zapewniło ukończenie sezonu na podium. O pierwsze miejsce pozostaje walka z drugą Ternovitsią.
W tę niedzielę Yevheni Kovnat z ekipą próbowali zatrzymać rozpędzone Inferno, lecz bez skutku. Tylko dwa razy udało się Shitable trafić do bramki rywali. Z pierwszym razem kontratak prawą stroną z bliska wykończył Mark Barsukou. Później to wspomniany Kovnat uderzył zaskakująco z rzutu wolnego, umiejscowionego na skraju pola karnego. Tak to do siatki po piłkę schylał się Artemiy Nikitienko.
Inferno nie patyczkowało się z rywalem i swoją przewagę regularnie dokumentowało golami. Cztery z nich zapisane zostały Krzysztofowi Matyji, który w tym meczu wcielił się w rolę kończącego. Zawsze można było go znaleźć gdzieś w okolicach dalszego słupka. Wszak stamtąd najlepiej się kończy akcje. Tym bardziej, że zwycięska drużyna bardzo dobrze radziła sobie z rozmontowywaniem defensywy przeciwników, co przekładało się na klarowne okazje – praktycznie do pustej bramki. Na liście strzelców znajdziemy także bramkarza Inferno. Jakub Tłuszcz po obronie jednego z uderzeń w drugiej połowie zdecydował się na dalekie kopnięcie. Nie zapytaliśmy, czy był to strzał. Niemniej jednak takowym się okazał, więc drążyć nie będziemy. Piłka wpadła pod poprzeczkę, a Inferno drużynowo wygrało 9:2.
W spotkanie 8. Ligi Lumina zmierzyła się z YUG.BUD, a losy zwycięstwa ważyły się aż do ostatnich minut.
Lepiej w spotkanie weszli zawodnicy YUG.BUD. Już na początku wynik otworzył Kharin, który wykorzystał dogodną okazję i wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie 1:0. Lumina nie zamierzała jednak długo czekać z odpowiedzią. Kilka minut później Bahuleuski doprowadził do wyrównania, skutecznie finalizując akcję swojego zespołu.
Po zdobytej bramce gospodarze nabrali pewności siebie i przejęli inicjatywę. Efektem tego była kolejna bramka, tym razem autorstwa Puzyka, dzięki której Lumina wyszła na prowadzenie 2:1. Wydawało się, że mecz zaczyna układać się po myśli gospodarzy, jednak YUG.BUD ponownie znalazł sposób na sforsowanie defensywy rywali. Po raz drugi do siatki trafił Kharin, doprowadzając do remisu 2:2.
Później Lumina ponownie objęła prowadzenie. Salnikov wykorzystał dobrą akcję zespołu i zdobył gola na 3:2. Gospodarze byli bardzo blisko cennego zwycięstwa, ale wtedy rozpoczął się koncert gry najlepszego zawodnika gości. Kharin skompletował hat-tricka, po raz trzeci wpisując się na listę strzelców i doprowadzając do wyniku 3:3.
Gdy wydawało się, że spotkanie zakończy się podziałem punktów, po wyrównanej i bardzo bezpiecznie rozgrywanej drugiej połowie decydujący cios zadał Morochenko. W końcówce meczu wykorzystał jedną z ostatnich okazji i zdobył bramkę na 4:3 dla YUG.BUD, zapewniając swojej drużynie komplet punktów.
Oba zespoły stworzyły bardzo widowiskowe spotkanie, a kibice oglądali otwartą grę, wiele sytuacji bramkowych i walkę do samego końca. Bohaterem meczu bez wątpienia został Kharin, autor hat-tricka i główna postać ofensywy YUG.BUD. Ostatecznie to jednak skuteczniejsza końcówka w wykonaniu YUG.BUD przesądziła o zwycięstwie 4:3 w jednym z najciekawszych meczów tej kolejki.
W niedzielne popołudnie byliśmy świadkami starcia pomiędzy drużynami Lisy bez Polisy oraz Niedzielnymi. Spotkanie to potoczyło się po myśli graczy Niedzielnych, którzy ostatecznie odnieśli ważne zwycięstwo 5:3. Niemniej jednak nie był to dla nich spacer, lecz prawdziwy mecz walki.
Od początku starcia goście ruszyli z przytupem. Worek z bramkami otworzył nam fenomenalnie dysponowany tego dnia Jan Wójcik, a chwilę później dopisał kolejne trafienie na swoje konto. Tym samym Niedzielni prowadzili 2:0. To podziałało na Lisy bez Polisy jak płachta na byka – złapali kontakt za sprawą gola autorstwa Kacpra Tabaki. Długo jednak ich zachwyt nie trwał, bo znów nastąpiła zmiana ognia i ponownie sprawy w swoje ręce wzięła ekipa Niedzielnych.
Dwójka tworząca siłę ofensywną gości – Jan Wójcik i Damian Lada – była niedościgniona i nie do okiełznania przez defensywę rywali. Widać było różnicę poziomów obu drużyn, przez co po pierwszej części meczu tablica wyników wskazywała rezultat 1:4.
Druga połowa zobrazowała nam inny futbol w wykonaniu obu zespołów. Liczba strzelanych bramek spadła, zawodnicy grali bardziej taktycznie i rozsądnie, co nie zmienia jednak tego, że widowisko oglądało się znakomicie. Zaliczka z pierwszej połowy była na tyle duża, że wręcz nieosiągalna dla Lisów i musieli oni uznać wyższość swojego rywala.
To ważne zwycięstwo dla Niedzielnych, dające im szansę na zdobycie mistrzostwa 8. Ligi, zaś Lisy bez Polisy dalej czekają na swoje pierwsze punkty w letniej kampanii.
Takiego przebiegu meczu, jak ten rozegrany o godzinie 20:00 na boisku B, nie napisałaby w swoim scenariuszu nawet Ilona Łepkowska. Szereg Homogenizowany otworzył wynik, aby nagle dostać serię gongów jak w pojedynku bokserskim. Tytanowy wojownik chwiał się na nogach i był wyraźnie zamroczony, gdyż garda była opuszczona.
Trio Alisher Mergenov, Artem Kolianovskyi i Erdan Oturbekov bawiło się w najlepsze. Niczym brazylijskie dzieci na Copacabanie po prostu cieszyli się graniem w piłkę. Rywale nie przeszkadzali, więc piłkarze Interu strzelali sobie w najlepsze. W myślach już pewnie byli przy sprawdzaniu tabeli. Przy zwycięstwie zespół zrównywał się punktami z liderującą Luminą i miał realne szanse na wygraną w letniej edycji Ligi Fanów. Artur Moczulski nie bardzo miał jak poradzić coś na sunące z mocą tsunami ataki. Wpuścił sześć sztuk.
Bramkarz Szeregu mógł jednak liczyć na swoich kolegów. Jakub Myszór odpalił nieznane nikomu wcześniej pokłady energii, a jego gol z rzutu wolnego sprawił, że na trybunach ludzie mogli pomyśleć sobie to, co powiedział w 2009 roku Clive Tyldesley. Komentator piłkarski, widząc podchodzącego do piłki Cristiano Ronaldo w meczu z Arsenalem, powiedział: „It's too far for Ronaldo to think about it”. Myszór poszedł w ślady Portugalczyka i huknął ze stojącej piłki nie do obrony. Bramka ta była bodźcem do pogoni, a Myszór wraz z Dawidem Safinem trafili do czołowej szóstki kolejki. Nie bez powodu – obaj zapisali na swoim koncie po hat-tricku. Do tego duetu warto też dokooptować Jana Mitrowskiego, który trzykrotnie wykonywał ostatnie podanie.
Szereg Homogenizowany w końcówce odbił się od lin ringu i w stylu WWE wykończył rywala finisherem. W roli kata odnalazł się Maciek Kopacz. Inter mógł sobie pluć w brodę – przez nerwy meczu nie dokończył Mergenov, a z miliona niewykorzystanych sytuacji (w niektórych naprawdę wystarczyło dostawić stopę) wyszła porażka 6:7.
W tym meczu zmierzyły się dwie drużyny z zupełnie różnymi celami. Heavyweight Heroes walczą o najwyższe pozycje, natomiast Śmietanka znajduje się w zupełnie innej części tabeli. Faworytem byli więc zawodnicy Heavyweight Heroes i od początku konsekwentnie zmierzali po zwycięstwo. Ostatecznie wygrali 8:2.
Pierwsza część spotkania była jednak znacznie bardziej wyrównana, niż mógłby sugerować końcowy wynik. Herosi jako pierwsi trafili do siatki, ale Śmietanka miała swoje sytuacje, potrafiła odpowiedzieć i doprowadziła nawet do wyrównania. Był to jednak ostatni moment w tym meczu, kiedy rywale byli w stanie dogonić faworyta. Później faworyci zaczęli stopniowo budować przewagę, choć do przerwy prowadzili tylko 3:1.
Po zmianie stron różnica zaczęła się powiększać, szczególnie w końcówce spotkania. Co ważne, Śmietanka przez większość meczu wcale nie wyglądała źle i nie można powiedzieć, że była zdecydowanie słabsza od rywala. Gra była momentami naprawdę wyrównana, ale Heavyweight Heroes byli znacznie bardziej konkretni i skuteczni pod bramką. Kolejne akcje zamieniali na gole i dzięki temu spokojnie kontrolowali przebieg spotkania.
Liderem zwycięskiej drużyny został Patryk Parzych, autor aż 4 bramek. Świetny występ zaliczył również Mateusz Piątek, który skompletował hat-tricka i dołożył asystę. Po stronie Śmietanki warto wyróżnić Bartosza Niemyjskiego, który dwukrotnie obsłużył swoich partnerów ostatnim podaniem.
Heavyweight Heroes pozostają więc w grze o pierwsze miejsce aż do ostatniej kolejki. Zapowiada się niezwykle ciekawa końcówka sezonu, ponieważ kilka drużyn ma tyle samo punktów i wciąż może sięgnąć po złoto. Śmietanka natomiast będzie chciała zakończyć sezon mocnym akcentem i w ostatnim meczu powalczyć o zwycięstwo.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)