reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualności
aktualności
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
ETERNIS CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga

Relacje meczowe: 2 Liga

ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
2
17:00

Spotkanie Almazu z tureckim Meyis początkowo wcale nie zapowiadało takiego wyniku. Obie drużyny weszły w mecz bardzo dobrze, grały odważnie i wymieniały się akcjami, które naprawdę mogły się podobać. Przez pierwsze minuty trudno było wskazać, kto przejmie kontrolę nad tym spotkaniem.

Gdy jednak Almaz wyszedł na prowadzenie, coś wyraźnie przestawiło się w grze gospodarzy. Zaczęli coraz śmielej wdzierać się pod bramkę rywali, a kolejne akcje kończyły się trafieniami. Meyis miał sporo problemów z organizacją defensywy i zostawiał swoim przeciwnikom zdecydowanie za dużo miejsca. Almaz bezlitośnie to wykorzystywał.

Prawdziwym architektem ofensywy gospodarzy był Panasiuk. Praktycznie każde jego wejście w okolice pola karnego kończyło się stworzeniem sytuacji bramkowej, a liczba ośmiu asyst mówi sama za siebie. Takiej liczby wykreowanych okazji trudno nie docenić – Panasiuk regularnie znajdował przestrzeń i dostarczał kolegom piłki, które wystarczyło już tylko skierować do siatki.

W drużynie Meyis największy szum robił Alper Inan, który mimo ogromnych problemów swojego zespołu potrafił zaznaczyć swoją obecność. Turek zanotował cztery asysty i dwa gole, będąc zdecydowanie najgroźniejszą postacią gości.

Po stronie Almazu swoje show urządził natomiast Artem Zhuk, który aż czterokrotnie znalazł drogę do siatki. W połączeniu z kapitalną pracą Panasiuka dało to gospodarzom ofensywną mieszankę, z którą Meyis zwyczajnie nie był w stanie sobie poradzić.

Ostatecznie Almaz rozjechał turecką ekipę 14:6. Wynik może wydawać się brutalny, szczególnie patrząc na wyrównany początek, ale z każdą kolejną minutą gospodarze coraz bardziej przejmowali kontrolę i wykorzystywali wszystkie słabości rywala. Meyis miał swoje momenty, jednak tego dnia Almaz był po prostu zdecydowanie skuteczniejszy.

3
18:00

Naprawdę ciekawe widowisko obejrzeliśmy w starciu drugiego zespołu Łowców z Ajaksem Warszawa. Od pierwszego gwizdka było widać, że obie drużyny podeszły do meczu bardzo poważnie. Dużo było taktycznego grania, prób wyciągnięcia rywala z ustawienia i szukania przestrzeni, ale jednocześnie zarówno Łowcy, jak i Ajaks bardzo dobrze zabezpieczali własną bramkę. Akcje płynnie przenosiły się z jednego końca boiska na drugi, a tempo spotkania ani na moment nie spadało.

Jako pierwsi swoją ofiarę „ugryźli” zawodnicy Ajaksu. Skutecznym uderzeniem popisał się Kopacz, dając swojej drużynie prowadzenie. Łowcy nie zamierzali jednak przejmować się tym jednym ciosem. Gospodarze szybko wrócili do swojego sposobu gry, a jeszcze przed przerwą dwukrotnie znaleźli drogę do siatki. Najpierw trafił Kryvytskyi, a następnie Sirozh, dzięki czemu Łowcy schodzili do szatni z prowadzeniem 2:1.

Po zmianie stron Ajaks pokazał jednak, dlaczego w tym sezonie jest drużyną niezwykle trudną do złamania. Goście nie zamierzali odpuszczać i ponownie dał o sobie znać Kopacz, doprowadzając do wyrównania. Chwilę później przyszła kolej na prawdziwą ozdobę spotkania – Bogusz popisał się cudownym trafieniem, wyprowadzając Ajaks na prowadzenie.

Od tego momentu goście mogli już spokojniej czekać na błąd rywala i szukać okazji do szybkiego ataku. Łowcy nie należą jednak do drużyn, które łatwo odpuszczają. Gospodarze konsekwentnie naciskali i w końcówce dopięli swego. Hrechko precyzyjnym strzałem doprowadził do remisu, sprawiając, że końcówka zapowiadała prawdziwą piłkarską wojnę. Obie drużyny szukały zwycięskiego trafienia praktycznie do ostatniej sekundy. Intensywność, zaangażowanie i tempo były tego dnia naprawdę imponujące, ale żadna ze stron nie zdołała już przechylić szali na swoją korzyść.

Remis wydaje się więc sprawiedliwym podsumowaniem tego spotkania. Łowcy pokazali charakter, wracając do gry po dwukrotnym wyjściu Ajaksu na prowadzenie, natomiast goście po raz kolejny udowodnili, że są zespołem, z którym nikomu nie będzie łatwo. Był to mecz, w którym taktyka, intensywność i walka o każdą piłkę szły ze sobą w parze – dokładnie tak powinno wyglądać dobre ligowe widowisko.

4
20:00

Na mecz obie drużyny przyjechały niemal bez zmian. Łącznie na ławce rezerwowych znalazł się tylko jeden zawodnik, a był on po stronie Bulls. Jak się jednak okazało, ta jedna zmiana nie została dżokerem spotkania, ponieważ Husaria poradziła sobie z zadaniem nawet w sześcioosobowym składzie.

Początek nie był jednak dla drużyny z Mokotowa zbyt kolorowy. Dwa szybkie gole Bulls sprawiły, że Husaria już od pierwszych minut musiała odrabiać straty. Dla doświadczonego zespołu nie był to jednak cios, po którym łatwo się załamać. Husaria spokojnie odrobiła straty, a przed przerwą dorzuciła jeszcze trzy bramki. Na przerwę drużyny schodziły przy wyniku 5:2, a zawodnicy w czarnych koszulkach mieli już wyraźną przewagę.

Druga połowa to pokaz dojrzałej i bardzo inteligentnej gry Husarii. Mając przewagę, zawodnicy często oddawali piłkę rywalowi, aby następnie groźnie kontratakować. I to często z bardzo dobrym skutkiem. Bulls starali się zwiększać presję pod bramką przeciwnika, a w rozegraniu aktywnie wykorzystywali również swojego bramkarza. Momentami mogło się to jednak skończyć golem dla Husarii. Zawodnicy z Mokotowa widzieli, że Vlad Zhukow wychodzi wysoko i wielokrotnie próbowali go przelobować. Brakowało naprawdę niewiele, a kilka takich prób zatrzymało się na słupku lub minęło bramkę o zaledwie kilka centymetrów.

Bulls należy jednak pochwalić za ogromne zaangażowanie. Zawodnicy walczyli do samego końca, próbowali odrabiać straty i za każdym razem, gdy tylko pojawiała się szansa, zmniejszali różnicę. Tego dnia było to jednak za mało. Husaria przez niemal całe spotkanie utrzymywała trzybramkową przewagę, a w samej końcówce jeszcze ją powiększyła – aż do sześciu goli. Ostateczny wynik 12:6 dobrze oddaje układ sił na boisku.

W Husarii trudno wyróżnić tylko jednego zawodnika, bo tego dnia przede wszystkim zadziałała cała drużyna. Laps dawał spokój w bramce, Ostatek i Kruczyński zapewniali solidność w obronie, a Hübner, Małażewski i Antoszkiewicz robili różnicę w ofensywie. Po stronie Bulls nie można natomiast pominąć kapitana, Ilyi Grunchaka, który mimo trudnego meczu swojej drużyny był bardzo pewny w defensywie i często rozpoczynał akcje ofensywne. Oczywiście na wyróżnienie zasługuje również autor penta-tricka, Volodymyr Slipenchuk. To właśnie jego gole dawały Bulls nadzieję na odwrócenie losów spotkania.

Husaria dzięki temu zwycięstwu jest już bardzo blisko zagwarantowania sobie miejsca na podium. Przed Bulls natomiast bardzo trudne zadanie, ale jesteśmy pewni, że chłopaki będą walczyć do samego końca.

Reklama