Sezon Lato 2026
Relacje meczowe: 2 Liga
Przed inauguracją wokół tego spotkania nie brakowało znaków zapytania. Ajaks Warszawa po raz pierwszy rywalizował w letnich rozgrywkach na poziomie 2. ligi, z kolei Meyis BR 2023 był jedną z największych niewiadomych pierwszej kolejki. Odpowiedzi zaczęły pojawiać się po pierwszym trafieniu gospodarzy.
Początek spotkania był dość spokojny. Obie drużyny potrzebowały chwili, by lepiej poznać sposób gry rywala, a klarownych sytuacji było niewiele. Przełom nastąpił w 11. minucie, gdy wynik otworzył Bartek Kopacz. Od tego momentu gospodarze złapali odpowiedni rytm, coraz swobodniej operowali piłką i cierpliwie budowali kolejne akcje. Meyis miał spore problemy z wyprowadzeniem futbolówki spod własnej bramki, a popełniane błędy były skrzętnie wykorzystywane przez zawodników Ajaksu. Jeszcze przed przerwą gospodarze dołożyli kolejne trzy trafienia i schodzili na przerwę z pewnym prowadzeniem 4:0.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. Ajaks nadal dominował w posiadaniu piłki, wysoko odbierał futbolówkę i konsekwentnie powiększał przewagę. Debiutanci tylko sporadycznie zbliżali się pod bramkę rywali, a ich najgroźniejsze próby wynikały głównie ze stałych fragmentów gry lub uderzeń z dystansu. Gospodarze grali z dużą swobodą, dobrze wymieniali się pozycjami i cierpliwie szukali kolejnych okazji. Z każdą kolejną minutą coraz bardziej widoczne były problemy Meyis z rozegraniem piłki, a Ajaks bezlitośnie wykorzystywał niemal każdy błąd rywali.
Jeśli to spotkanie miało odpowiedzieć na pytanie, jak Ajaks poradzi sobie na poziomie 2. ligi, odpowiedź okazała się jednoznaczna. Gospodarze rozpoczęli letni sezon w bardzo przekonującym stylu, natomiast Meyis BR 2023 przekonał się, że na tym poziomie nawet najmniejsze błędy potrafią zostać szybko wykorzystane przez rywala.
Rywalizacja między FC Łowcy II a FC Bulls była taką, gdzie z góry można było założyć, że obejrzymy bardzo fajne spotkanie. Po obu stronach barykady mamy ludzi, którzy wiedzą, o co chodzi w piłce, więc w żadnym scenariuszu nie zakładaliśmy, że ktoś wyrobi sobie dużą przewagę i będzie mógł spokojnie oczekiwać końcowego gwizdka. I wszystko się potwierdziło. Mecz okazał się bardzo wyrównany, a o wszystkim decydowały detale.
Po pierwszej połowie wynik brzmiał 2:0 dla Łowców. Pierwsze trafienie padło po rzucie wolnym, gdy bardzo mocno przymierzył Anton Nautiak. Golkiperowi Bullsów na pewno nie pomogło to, że mur się rozszedł, a on sam był na tyle zasłonięty, że nie mógł odpowiednio zareagować. To trafienie długo pozostawało jedynym, jakie zobaczyliśmy. Dopiero pod koniec pierwszej odsłony Łowcom udało się wyjść z kontrą, a gdy zobaczyliśmy, że będzie ją kończył Anton Nautiak, byliśmy przekonani, że przy jego jakości uderzenia musi skończyć się golem – i tak też było.
Różnica dwóch bramek niczego jeszcze nie wykluczała. Gdy jednak na początku drugiej połowy na 3:0 podwyższył Vitaly Kryvytskyi, to wtedy szala zaczęła wyraźniej przechylać się na stronę Łowców. FC Bulls ani myśleli się jednak poddawać. W końcu udało im się zdobyć pierwszego gola, a przy okazji w tej samej akcji żółtą kartkę zobaczył Oleh Halka. Oznaczało to, że Byki miały jeszcze trzy minuty gry w przewadze i świetnie to wykorzystały, zmniejszając straty do jednego trafienia, co tylko spotęgowało emocje w tej potyczce.
FC Bulls poczuli krew i wyraźnie przycisnęli. Gdybyśmy mieli wyrokować, komu w tamtym momencie było bliżej do zdobycia kolejnego gola, to zdecydowanie właśnie im. Łowcy nie dali się jednak złamać. Co prawda musieli bardziej skupić się na obronie niż ataku, ale po jednej z własnych akcji mogli zamknąć ten mecz. Strzał Halki zatrzymał jednak na linii bramkowej jeden z obrońców FC Bulls.
Heroizm Byków nie ustawał, ale choć ambicji po ich stronie nie brakowało, zabrakło im trochę czasu, by pokusić się choćby o zdobycie jednego punktu. Mimo wszystko wynik 3:2 sprawiedliwie oddaje to, co oglądaliśmy na boisku. Łowcy byli chyba minimalnie lepsi, chociaż gdyby skończyło się remisem, o wielkiej niesprawiedliwości również nie byłoby tutaj mowy.
Spotkanie Husarii Mokotów III z Kolosem było starciem dwóch drużyn budowanych w zupełnie inny sposób. Gospodarze rozpoczęli nowy rozdział pod hasłem „idzie nowe”. Zgodnie z planem postawili na bardzo młody skład, którego średnia wieku oscyluje w okolicach 21 lat. Młodość została uzupełniona doświadczeniem Tomasza Hubnera oraz Tomasza Kruczyńskiego, którzy mają być przewodnikami dla młodszych kolegów. Po drugiej stronie stanął jednak niezwykle wymagający rywal.
Kolos od dłuższego czasu uchodzi za jedną z najlepiej zorganizowanych drużyn. Ukraiński zespół imponuje kolektywem, bardzo zdyscyplinowaną grą, wysokim pressingiem oraz błyskawicznym przechodzeniem do kontrataków. I właśnie te elementy od pierwszych minut robiły największą różnicę.
Goście weszli w mecz z ogromnym impetem. Każda strata gospodarzy była momentalnie zamieniana na szybki atak, a skuteczność Kolosa była wręcz bezlitosna. Husaria próbowała odpowiadać, ale sprawiała wrażenie drużyny, która dopiero poznaje się na boisku i jeszcze szuka wspólnego rytmu. Do przerwy było już 6:2 dla Kolosa, a przewaga gości nie podlegała żadnej dyskusji.
Druga połowa wyglądała bardzo podobnie. Kolos nie zwalniał tempa, konsekwentnie realizował swój plan i raz za razem dochodził do kolejnych sytuacji bramkowych. Husaria momentami przypominała rycerzy pozbawionych zbroi i koni – każdy kolejny atak przeciwników był niezwykle bolesny, a dobrze zgrana drużyna gości nie zamierzała się zatrzymywać. Był to prawdziwy piłkarski nokaut.
Ostatecznie Kolos zwyciężył 14:6, potwierdzając, że jest zespołem niezwykle zgranym i bardzo trudnym do zatrzymania. Kapitalne zawody rozegrał Pavel Paduk, który ponownie pokazał, jak wielki wpływ ma na grę swojej drużyny. Świetnie spisywali się również Volodymyr i Oleg Grabowscy, którzy ani przez moment nie ustępowali mu jakością i zaangażowaniem. Trzeba jednak przyznać, że na słowa uznania zapracował cały zespół – w grze Kolosa widać ogromną chemię, wzajemne zrozumienie i piłkarską klasę.
Po stronie Husarii wynik może boleć, ale warto spojrzeć na ten projekt z szerszej perspektywy. To bardzo młoda drużyna, która dopiero zaczyna wspólną drogę. Zanim przyjdą wyniki, potrzebne będą zgranie i doświadczenie. Patrząc na potencjał tego składu, można jednak przypuszczać, że w kolejnych tygodniach pokażą jeszcze wiele dobrego.
Meczycho. Tak spokojnie możemy określić to, co wydarzyło się w batalii między Inferno Team II a Almazem. Faworyta nawet nie próbowaliśmy tutaj szukać, bo patrząc na skład Inferno, trudno było wyrokować, kto ostatecznie pojawi się na AWF-ie. Finalnie okazało się, że tuż przed meczem do ekipy dołączyło jeszcze... trzech zawodników. Dla Almazu był to z kolei powrót na łono Ligi Fanów i byliśmy przekonani, że zrobią wszystko, by ten wypadł okazale. I byli tego bardzo blisko, ale wszystko – na własne życzenie – zaprzepaścili.
Zacznijmy jednak od początku. Premierowe fragmenty należały do Almazu. Szybko potwierdził to pierwszy gol dla ekipy z Ukrainy, ale Inferno powoli zaczęło się rozkręcać. Tego zresztą należało się spodziewać, bo nie mieliśmy nawet pewności, czy wszyscy zawodnicy na boisku i ławce rezerwowych dobrze się znają, ale ta maszyna musiała w końcu wrzucić wyższy bieg. Pomogli w tym sami gracze Almazu, którzy zaczęli stosować grę z wysoko wysuniętym bramkarzem i narobili sobie problemów. Najpierw doszło do wyrównania, potem błąd Almazu strzałem do pustej bramki wykorzystał Adam Woźniak, a chwilę później przyszła kolejna pomyłka, którą Inferno również bezlitośnie zamieniło na gola. W pewnym momencie Inferno prowadziło nawet 4:1, lecz rywale nie zamierzali się poddawać. Zmniejszyli nieco straty jeszcze przed przerwą i wlali w siebie trochę optymizmu przed drugą częścią spotkania.
A finałowe 25 minut rozpoczęli naprawdę z wysokiego C. Bardziej zdecydowana gra przyniosła konkretne efekty i lada moment mieliśmy już remis 4:4. Potem nominalni gospodarze sprokurowali rzut karny, który na gola zamienił Andrii Panasiuk. Mecz zaczął wymykać się Inferno spod kontroli, a na domiar złego przy stanie 4:5 rzutu karnego dla swojej drużyny nie wykorzystał Jakub Komendołowicz, którego intencje świetnie wyczuł Eduard Vakhidov.
Dokładając do tego fakt, że Almaz chwilę później podwyższył prowadzenie i odskoczył już na dwie bramki, powoli zaczęliśmy przyzwyczajać się do myśli, że to ekipa ze Wschodu zgarnie całą pulę. Tym bardziej że Inferno musiało postawić wszystko na jedną kartę, co było jasnym sygnałem, że Almaz będzie miał swoje okazje, głównie z kontrataków. I miał, ale nie potrafił ich wykorzystać. To się zemściło.
Rywale zdobyli najpierw gola kontaktowego, a potem po strzale Huberta Suski piłka zaliczyła paskudny rykoszet, który nie dał żadnych szans na interwencję bramkarzowi Almazu. Do końca spotkania pozostawało jeszcze kilka minut i zastanawialiśmy się, czy którejś z ekip uda się przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Inferno było w natarciu, a bardzo aktywny był Jakub Komendołowicz, któremu szalenie zależało na rehabilitacji za niewykorzystany rzut karny. I chociaż momentami można było odnieść wrażenie, że za dużo chce robić sam, to właśnie on miał na nodze piłkę wartą trzy punkty. Trafił jednak w słupek i ta kapitalna potyczka zakończyła się podziałem punktów.
Jedni i drudzy mogą po tym meczu odczuwać niedosyt, chociaż biorąc pod uwagę, że Almaz prowadził i miał sporo okazji, by to spotkanie zamknąć, to właśnie oni chyba opuszczali Arenę AWF bardziej rozgoryczeni. Dodajmy, że spora w tym zasługa bramkarza Inferno, Łukasza Wardy, bez którego ten efektowny comeback Inferno w końcówce nie miałby prawa się wydarzyć.







)
)
)
)
)
)
)