Sezon Lato 2026
Relacje meczowe: 1 Liga
Jeśli spotyka się drużyna, która w zasadzie o nic już nie walczy – nawet o utrzymanie, bo przecież w Lidze Letniej takie pojęcie nie funkcjonuje – z zespołem bijącym się o mistrzostwo, to trudno oczekiwać cudów. A tak się złożyło, że właśnie do takiej potyczki doszło w niedzielę o 19:00 w 1 Lidze.
Warto jednak docenić, że Hetman wciąż bardzo poważnie podchodzi do swoich obowiązków. Być może inni na jego miejscu już by odpuścili, przestali przychodzić albo potraktowali końcówkę sezonu wyłącznie rekreacyjnie. Tutaj nic takiego nie ma miejsca. Hetman nie odpuszcza i cały czas szuka swoich premierowych punktów w wakacyjnej kampanii.
W starciu z Inferno Team dość szybko został jednak pozbawiony złudzeń. Ferajna Igora Patkowskiego przyjechała w mocnym zestawieniu i wyłącznie po pełną pulę, bo tylko zwycięstwo podtrzymywało jej nadzieje na zdobycie nawet mistrzostwa rozgrywek. No i cóż – dość szybko zrobiło się 2:0 dla faworytów, chociaż Hetman wcale nie grał źle. I nie piszemy tego po to, żeby kogokolwiek pocieszać – po prostu tak to wyglądało. Problem w tym, że jeśli nie wykorzystuje się doskonałych okazji, takich jak choćby ta Filipa Motyczyńskiego, który z bliska nie trafił do pustej bramki, to trudno liczyć na zbyt wiele w starciu z tak mocnym przeciwnikiem. Mimo wszystko nominalnym gospodarzom udało się jeszcze w pierwszej połowie zdobyć bramkę autorstwa Janka Lewandowskiego. Inferno również coś dołożyło i na przerwę schodziło z prowadzeniem 4:1.
A po zmianie stron? No cóż – zaczęła się trochę radosna gra. Hetman wiedział, że przeciwnika raczej już nie dogoni, Inferno czuło, że ma ten mecz pod kontrolą i w efekcie obejrzeliśmy mnóstwo bramek, a obrona po obu stronach momentami funkcjonowała głównie na papierze. Hetman walczył jednak do samego końca. Momentami wyglądało to tak, jakby jego zawodnicy cieszyli się z każdego gola, każdej udanej akcji i każdej małej rzeczy, mając nadzieję, że kiedyś to wszystko zaprocentuje. Finalnie przegrali 5:11, a za tydzień w bezpośrednim starciu z FC Comeback powalczą o to, by nie zakończyć rozgrywek na samym końcu tabeli.
A Inferno? Zrobiło sobie całkiem niezły trening przed najważniejszym meczem sezonu. W ostatniej kolejce podejmie Q-ICE i sytuacja jest dla Piekielnych naprawdę komfortowa. Jeśli wygrają, mogą zostać nawet mistrzami. Jeśli przegrają, i tak nie spadną już z podium. Cel minimum na ten sezon został więc wykonany i do finałowego starcia mogą podejść z poczuciem dobrze wykonanej roboty. A skoro medal jest już pewny, to teraz pozostaje sprawdzić, czy Inferno zdoła jeszcze zamienić udany sezon w sezon mistrzowski.
Do pewnego momentu wydawało się, że zespół Buraka Cana, będąc w pozytywnym piłkarskim transie, będzie tego dnia poza absolutnym zasięgiem graczy gospodarzy, dla których to spotkanie było meczem „o podium”. Kiedy wydawało się, że „czerwoni” nie mają prawa tego wypuścić, futbolowi bogowie postanowili zaprzeczyć tej tezie. Uściślając: owi bogowie – choć jest to swego rodzaju mocna hiperbola – biegali w błękitnych koszulkach. Ale po kolei.
Zaczęło się – jak już wyżej wspomnieliśmy – od koncertu zespołu prezesa Cana. Duet Lawrence-Kwena siał spustoszenie w szeregach obronnych BM. Pierwsze trzy gole, które Kebavita zdobyła stosunkowo szybko, były efektem współpracy powyższego duetu. Kapitalna gra Kebavity – zgadzały się nie tylko gole i spokojne prowadzenie 3:0, ale także sama gra, która momentami wyglądała naprawdę fantastycznie – robiła wrażenie.
Bramka na 1:3? Raczej wydawało się, że „na otarcie łez” – tym bardziej, że Kebavita szybko zdobyła gola na 1:4. I... wtedy jakby zgasło światło dla czerwonych. Coś ewidentnie zacięło się wraz z rozpoczęciem drugiej odsłony spotkania, a w obozie rywala – totalnie na odwrót. Błękitna maszyna ruszyła do odrabiania strat, przez co przewaga gości w ekspresowym tempie zaczęła topnieć. 2:4, 3:4, 4:4, 5:4, 6:4! Pięć goli z rzędu BM zszokowało zgromadzoną publiczność.
I wtedy Kebavita wykrzesała z siebie resztki energii. Prezes Can dokonał roszady na bramce, wprowadzając „lotnego” i dając tym samym swojej drużynie drugie życie. Dzięki golom na 5:6 i 6:6 ponownie mieliśmy remis. Ale to właśnie wtedy nastąpił kulminacyjny moment. „Czerwoni”, będąc w transie, grając już all-in i szukając za wszelką cenę zwycięskiej bramki na 6:7, zamiast niej nadziali się na zabójczą kontrę. Boiskowy lider Kebavity tego dnia okrutnie pomylił się „na ostatnim”, a Treventino Onwaeze – gracz BM – biegnąc od połowy boiska do pustej bramki FC Kebavity, ponoć wykrzykiwał jedynie pod nosem do prezesa gości: „catch me if you Can”. No, ale nie mógł.
Onwaeze dopełnił więc formalności, kompletując przy tym hat-tricka, zostając bohaterem swojej drużyny i przedłużając nadzieje oraz marzenia BM o medalach. Dosłownie wraz ze zdobyciem bramki na 7:6 sędzia Maciek Majewski zakończył spotkanie. Piękny comeback i przedłużenie szans na podium stały się faktem, a my mieliśmy okazję zobaczyć to na własne oczy.
Taki mecz jak ten tak naprawdę można opisać w kilku słowach: spotkanie do jednej bramki. Być może w innych okolicznościach, gdyby FC Comeback miał jeszcze o co walczyć, wyglądałoby to trochę inaczej. Tak się jednak ten sezon ułożył dla zespołu braci Harkavka, że na finiszu grają już tylko – i aż – dla siebie.
W niedzielę musieli jednak mierzyć się nie tylko z liderem tabeli, zespołem zmierzającym po złoto, ale również z własnymi problemami kadrowymi. Na mecz dotarli bowiem w sześciu. Grać bez żadnej zmiany przeciwko być może najlepszej drużynie Ligi Letniej? Brzmi jak przepis na piłkarskie samobójstwo.
Niestety, Comeback nie miał tutaj zbyt wiele do powiedzenia, ale przy okazji warto odnotować jedną bardzo ważną sytuację. Przy stanie 2:0 dla Ternovitsii czerwoną kartkę za faul na Pavle Paduku zobaczył golkiper Comebacku, Evgen Lavrynenko. Decyzja była jak najbardziej uzasadniona, bramkarz zaczął już nawet zdejmować rękawice, a to oznaczało, że jego zespół – nie mając nikogo na zmianę – musiałby do końca spotkania rywalizować w osłabieniu. Wtedy jednak zawodnicy Ternovitsii pokazali, że nie zależy im na zwycięstwie odniesionym w takich okolicznościach. Na ich prośbę arbiter zmienił karę na żółtą kartkę i Comeback mógł kontynuować grę w komplecie. I trzeba ten gest docenić, bo gdyby go nie było, prawdopodobnie nie skończyłoby się na dziesięciu bramkach dla lidera, a wynik mógłby przybrać naprawdę gigantyczne rozmiary.
Nie zmieniło to oczywiście obrazu spotkania. Faworyci mieli pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku, a gdyby wykorzystali choćby połowę swoich okazji, wynik wyglądałby zdecydowanie bardziej okazale niż 10:5. To, że tak się nie stało, jest jednak również zasługą zawodników Comebacku. Grając bez zmian, z każdą minutą mieli coraz mniej energii, ale nie poddawali się, szukali swoich szans i naszym zdaniem przegrali ten mecz w sposób naprawdę honorowy.
Teraz czeka ich starcie z innym zespołem, który wciąż nie odniósł zwycięstwa w 1 Lidze, czyli Hetmanem. I tam na pewno zrobią wszystko, żeby chociaż na zakończenie sezonu zapewnić sobie trochę powodów do uśmiechu. Dla jednej z tych drużyn będzie to przecież pierwsza wygrana w tej kampanii.
Ternovitsia ma natomiast przed sobą zupełnie inną perspektywę. W ostatniej kolejce zmierzy się z Kebavitą i jeśli wygra, nie będzie musiała oglądać się na nikogo – złoto będzie jej. A patrząc na to, jak prezentuje się lider, trudno zakładać, żeby na ostatniej prostej nagle wypuścił mistrzostwo z rąk. Według nas – Ternovitsia postawi kropkę nad „i”!
Przed meczem wydawało się, że spotkanie między tymi dwoma zespołami może mieć tylko jednego zwycięzcę. Aktualna sytuacja w tabeli determinowała to, aby team Łukasza Mroza zgarnął pełną pulę, przedłużając swoje szanse nawet na złote medale. Tu – wyprzedzając niejako fakty – gospodarze nie będą jednak zależni tylko od siebie, ale także od postawy FC Ternovitsii w ostatniej serii gier.
Wracając do samego przebiegu meczu. Cóż, dość szybko wyrok, który wisiał nad graczami Warsaw Sinaoli, został podpisany. Stało się tak przede wszystkim za sprawą genialnej postawy zawodnika z numerem siedem po stronie Q-Ice, czyli Maksa Kondarevycha. Błyskawiczne 2:0 nieco uśpiło czujność gospodarzy, bo goście pokusili się o kontaktowe trafienie na 1:2. Niestety, to tylko podrażniło lodowatego lwa, jakim w tym spotkaniu było QIce. Efekt? Nie trzeba było długo czekać: pięć goli z rzędu ekipy w niebieskich trykotach zmroziło najwierniejszych fanów Warsaw Sinaloi.
I wtedy doszło do najbardziej zaskakującego fragmentu meczu. Kiedy wydawało się, że wyrok na Sinaolę został już podpisany, a gracze tego klubu czekają na ścięcie, nagle – na chwilę przed końcem i przed pojawieniem się przysłowiowego kata na podium – „żółci” wrzucili wyższy bieg i zdobyli... trzy bramki z rzędu, wracając do świata żywych. 4:7 po pierwszej odsłonie nie oddawało tego, co działo się na boisku. Owszem, zespół Grześka Himkowskiego grał bardzo ambitnie, walecznie i zaciekle, ale jakość piłkarska była diametralnie inna – na korzyść gospodarzy.
Kiedy werwy napędzanej paliwem w baku gości w końcu zabrakło, niestety – patrząc z perspektywy Sinaoli – doszło do piłkarskiej masakry piłką orlikową. Gracze w żółtych strojach nie zdobyli już ani jednej bramki, zaś banda Mroza dorzuciła kolejnych trzynaście sztuk. Oznacza to, innymi słowy, że Q-Ice Warszawa wygrało drugą połowę z Warsaw Sinaloą aż 13:0. Pogrom, kapitulacja, blamaż – bo trzeba nazwać rzeczy po imieniu.
Niemniej słowa uznania dla gości: łatwo o to, aby „odcięło prąd”, kiedy rywal klepie dwadzieścia podań z rzędu, bawiąc się przy tym piłką. Obyło się jednak bez zbędnej frustracji. Gracze „żółtych” nie szukali jakiegokolwiek rewanżu na nogach gospodarzy. Do końca próbowali, jak mogli, ale różnica klas sprawiła, iż rezultat finalny jest, jaki jest. Q-Ice zagrało koncert, prezentując swą siłę, jakość oraz potencjał – ta maszyna dopiero zaczyna bieg swojej historii, a ta karta była wyjątkowo owocna w gole.







)
)
)
)
)
)
)
)