Sezon Lato 2026
Relacje meczowe: 1 Liga
Rywalizacja Q-ICE Warszawa z FC Comeback była zaległym starciem z jednej z poprzednich kolejek. Mecz nie odbył się ze względu na udział tych pierwszych w turnieju we Wrocławiu, ale dzięki zrozumieniu sytuacji przez Comeback udało się tę potyczkę doprowadzić do szczęśliwego finału. Tym samym jedni i drudzy rozegrali w niedzielę po dwa spotkania, co powodowało, że tutaj również należało brać pod uwagę mądre rozłożenie sił.
Faworytem byli Lodowaci i trzeba im oddać, że finalnie odnieśli dość przekonujące zwycięstwo, chociaż do pewnego momentu mecz był bardzo wyrównany. Co prawda pierwszego gola zdobyli gracze Q-ICE, ale potem sprytne rozegranie rzutu wolnego między Vladyslavem Burdą a Dmytro Kuźminem spowodowało, że szybko mieliśmy remis. Q-ICE, podrażnione takim przebiegiem wypadków, odjechało dość szybko na dwa gole, lecz Comeback nieprzypadkowo nazywa się tak, jak się nazywa i umiał na to odpowiedzieć. Robotę robił przede wszystkim Dmytro Kuźmin, niezwykle aktywny, który choćby przy bramce na 3:3 domagał się piłki od bramkarza, a jak już ją dostał, to wiedział, co z nią zrobić.
Problemem Comebacku było jednak to, że to, co wcale nie tak łatwo przychodziło im z przodu, łatwo marnowali z tyłu. No i niestety – przespana totalnie końcówka pierwszej połowy spowodowała, że z wyniku 3:3 zrobiło się tutaj 8:4.
Comeback w drugiej odsłonie zdecydował się jeszcze na desperacki ruch, czyli wprowadzenie na bramkę lotnego golkipera, którym został Kostiantyn Didenko, ale na rozpędzoną maszynę Q-ICE to nie mogło wystarczyć. Trzeba oddać podopiecznym Łukasza Mroza, że w finałowych 25 minutach wyglądali świetnie i nawet przez chwilę nie pozwolili przeciwnikom, by ci mogli pomyśleć, że są tutaj w stanie coś ugrać. Ostatecznie rozbili ich aż 15:6, co stanowiło prawdziwy pokaz mocy. A była to ważna wygrana, bo pozwoliła im wrócić do gry nawet o złoto. Comeback takich marzeń już nie ma i doświadczył tutaj, jak wiele mu jeszcze brakuje do najlepszych ekip w rozgrywkach. Oczywiście nie jest to w ich kierunku zarzut, tylko zachęta, by wciąż się poprawiali i dążyli do bycia jeszcze lepszymi. Bo z ich potencjałem pewno ich na to stać.
Mecz Ternovitsii z Hetmanem miał wyraźnego faworyta, ale wbrew przedmeczowym oczekiwaniom pierwsza połowa była bardzo wyrównana. Hetman szybko otworzył wynik, ale niestety dla niego był to ostatni moment w tym spotkaniu, kiedy prowadził. Później Ternovitsia przejęła kontrolę nad meczem i już nie wypuściła jej z rąk.
Pierwsza połowa była jednak naprawdę zacięta. Hetman potrafił się odgryźć, walczył o każdą piłkę i nie pozwalał rywalowi odskoczyć na większy dystans. Ostatecznie na przerwę drużyny schodziły przy wyniku 6:4 dla Ternovitsii, a wszystko wciąż było otwarte.
Po zmianie stron sytuacja wyglądała już zupełnie inaczej. Kiedy Ternovitsia zaczęła powiększać przewagę, Hetman nie był już w stanie jej zatrzymać. W pewnym momencie rywale nieco odpuścili walkę o wynik, a druga połowa zakończyła się wynikiem 9:2. Na tablicy pojawił się więc ostateczny rezultat 15:6.
Liderem Ternovitsii po raz kolejny był Pavel Paduk, który rozegrał kapitalne spotkanie. 4 bramki i aż 6 asyst mówią same za siebie.
Ternovitsia potwierdza swoje mistrzowskie ambicje i konsekwentnie podąża po złoto. Hetman natomiast musi się zresetować i przygotować do kolejnego spotkania. To wciąż bardzo dobra drużyna, ale w niedzielę trafiła po prostu na rywala, który okazał się zbyt mocny.
W starciu Kebavity z Q-Ice Warszawa emocji nie brakowało ani przez moment, a tempo i intensywność meczu sprawiły, że do samego końca trudno było wskazać zwycięzcę. Już w jednej z pierwszych akcji spotkania Q-Ice objęło prowadzenie. Dobre zagranie Denysa Blanka wykorzystał Maksym Pautiak, który otworzył wynik meczu. Kilka minut później goście zadali kolejny cios, kiedy to na 0:2 podwyższył Ivan Kashperuk. Kebavita nie zamierzała jednak składać broni. Gospodarze szybko wrócili do gry, a dwie bramki Moatasema Aziza doprowadziły do wyrównania. Chwilę później Lawrence Ugen po raz pierwszy w tym meczu wpisał się na listę strzelców i wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie.
Q-Ice odpowiedziało w najlepszy możliwy sposób. Denys Blank popisał się wręcz książkowym dośrodkowaniem, a Vadym Ivanov fenomenalnym strzałem z przewrotki doprowadził do remisu. Spotkanie nabierało tempa z każdą kolejną minutą, a obie drużyny prowadziły otwartą i ofensywną grę. Kiedy wydawało się, że pierwsza połowa zakończy się remisem, w ostatniej akcji tej części gry ponownie błysnął Lawrence Ugen. Napastnik Kebavity znalazł drogę do bramki, dzięki czemu gospodarze schodzili na przerwę z jednobramkowym prowadzeniem.
Po zmianie stron obraz meczu wcale się nie zmienił. Nadal oglądaliśmy niezwykle dynamiczne spotkanie, w którym każda bramka natychmiast wywoływała odpowiedź drugiej drużyny. Kiedy jedna ekipa doprowadzała do wyrównania, druga błyskawicznie odzyskiwała przewagę. To była prawdziwa wymiana ciosów i mecz stojący na bardzo wysokim poziomie. W pewnym momencie wynik brzmiał 7:7. Do końca spotkania pozostawało około pięciu minut i żadna ze stron nie mogła czuć się bezpiecznie.
Wtedy jednak więcej zimnej krwi zachowała drużyna prowadzona przez Łukasza Mroza. Na 7:8 dla Q-Ice trafił Denys Blank, który tym samym dołożył kolejną cegiełkę do świetnego występu swojej drużyny. Kebavita musiała zaryzykować i jeszcze mocniej ruszyć do przodu. Niestety dla gospodarzy otwarcie się w końcówce przyniosło bolesne konsekwencje. Q-Ice wykorzystało pozostawione przestrzenie i w samej końcówce spotkania zdobyło jeszcze dwie bramki. Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 7:10, ale rezultat nie oddaje w pełni tego, jak wyrównane i emocjonujące było to starcie.
To zdecydowanie jedno z najlepszych widowisk tego sezonu Ligi Letniej. Mnóstwo bramek, ogromne tempo, efektowne akcje i emocje do ostatnich sekund. Kibice z pewnością nie mogli narzekać na brak piłkarskich wrażeń. Ogromne gratulacje należą się obu drużynom za stworzenie tak znakomitego widowiska. Brawo FC Kebavita, brawo Q-Ice Warszawa!
Spotkanie Inferno Team z BM rozpoczęło się zdecydowanie po myśli zespołu BM. Do przerwy to właśnie BM prowadziło 3:2 i wydawało się, że może być bardzo blisko sprawienia niespodzianki. Po zmianie stron obraz meczu zmienił się jednak diametralnie. Inferno Team przejęło kontrolę nad spotkaniem i ostatecznie zwyciężyło aż 7:3.
Na ogromne słowa uznania zasługuje Paweł Stanek, bramkarz Inferno Team. Rozegrał wyśmienite spotkanie, będąc niezwykle pewnym przy każdej interwencji. Jego spokój między słupkami dodawał drużynie otuchy, a w kilku sytuacjach wyciągał swoich kolegów z poważnych opresji. Najlepszym potwierdzeniem jego świetnej postawy jest druga połowa, w której Inferno Team nie straciło ani jednej bramki.
Warto również wyróżnić cały zespół Inferno Team. Przy siedmiu zdobytych bramkach mieliśmy aż pięciu różnych strzelców oraz pięciu zawodników, którzy zanotowali asysty. To pokazuje, jak dobrze funkcjonowała drużyna jako kolektyw. Każdy dołożył swoją cegiełkę do zwycięstwa, a po przerwie Inferno Team pokazało ogromną jakość i przede wszystkim świetną współpracę całego zespołu.
Po stronie BM najbardziej wyróżniał się Vladislav Zavarza, autor dwóch bramek. W pierwszej połowie był jednym z największych problemów dla defensywy Inferno i sprawiał rywalom bardzo dużo kłopotów. BM potrafiło wykorzystać swoje momenty i schodziło na przerwę z prowadzeniem, jednak druga połowa całkowicie zmieniła sytuację na boisku.
Inferno Team po przerwie weszło na zdecydowanie wyższe obroty, nie pozwoliło rywalom na zdobycie kolejnych bramek, a samo dołożyło aż pięć trafień. Ostatecznie z wyniku 2:3 zrobiło się 7:3, a Inferno pokazało charakter, świetną organizację gry oraz siłę zespołu jako kolektywu.
Prawdziwy thriller zobaczyliśmy w meczu pomiędzy Sinaloa a Comebackiem. Comeback niemal w pełni zasłużył na swoją nazwę i był o krok od wielkiego powrotu w bardzo trudnym spotkaniu, ale ostatnie słowo należało do Sinaloa.
Ale po kolei. Mecz był niezwykle intensywny, fizyczny i bardzo wyrównany. Nie chodziło tutaj o piękną, efektowną piłkę. Trzeba było po prostu zdobywać bramki i lepiej wychodziło to Sinaloa. Po pierwszym golu Comeback natychmiast odpowiedział, ale kolejne dwa trafienia pozostały już bez odpowiedzi. Dwubramkowa przewaga na papierze nie wygląda może na dużą, ale przy takim przebiegu spotkania odrobienie strat było naprawdę trudnym zadaniem.
W drugiej połowie Sinaloa podwyższyła prowadzenie na 4:1 i właśnie wtedy rozpoczął się comeback. Zawodnicy w niebieskich koszulkach naprawdę ciężko pracowali na każdą kolejną bramkę, zarówno w obronie, jak i w ataku. Rzucali się pod piłkę, robili wszystko, aby ta nie wpadła do ich własnej bramki, a z drugiej strony wypracowywali niezwykle trudne gole. Ich wysiłek się opłacił i udało się doprowadzić do wyniku 4:4.
Obie drużyny ruszyły wtedy po zwycięstwo, ale więcej szczęścia mieli zawodnicy Sinaloa. Błąd w prostej sytuacji doprowadził do sytuacji sam na sam. Pierwsze uderzenie udało się jeszcze zatrzymać, ale przy dobitce Patryk Abbassi pokazał prawdziwą klasę. Sam uratował piłkę, która po odbiciu od słupka zmierzała już na aut, następnie efektownym zwodem minął obrońcę tuż przy linii bramkowej i pewnym strzałem pokonał bramkarza rywali, dając swojej drużynie zwycięstwo.
Dzięki temu Sinaloa pozostaje w walce o medale. Comeback, mimo kolejnego bardzo dobrego meczu, wciąż musi natomiast poczekać na swoje pierwsze zwycięstwo. Jeśli jednak drużyna będzie dalej prezentować taki charakter i wolę walki, trudno wyobrazić sobie, żeby na tę wygraną czekała jeszcze długo.







)
)
)
)
)
)
)
)