reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualności
aktualności
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
SUPERBET CUP
Galeria
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga

RAPORT MECZOWY! 5. KOLEJKA - LATO 2026

Nie mogliśmy sobie wyobrazić, żeby 5. kolejka ułożyła się dla nas lepiej. Oczywiście nikomu źle nie życzymy, ale z punktu widzenia całych rozgrywek porażki wielu faworytów sprawiły, że w Lidze Letniej zrobiło się jeszcze ciekawiej niż wcześniej. Sytuacja na wielu poziomach mocno się skomplikowała, a walka o najwyższe cele nabrała dodatkowych rumieńców.

Kto po minionym weekendzie oddalił się od mistrzowskiego tytułu, a komu na nowo zaświtała nadzieja, że ten sezon wcale nie musi być stracony? Sprawdźmy!

Opisy meczów 5. kolejki czekają już na Was w raportach, w zakładce PODSUMOWANIE SPOTKANIA. Ale mamy też coś dla tych, którym nie chce się za dużo klikać, a których interesują relacje wyłącznie z meczów ligi w której grają. Wchodząc w menu konkretnego poziomu rozgrywkowego dodaliśmy opcję RELACJE MECZOWE. Wszystkie streszczenia znajdziecie tam w jednym miejscu :) Życzymy Wam przyjemnej lektury!


1 Liga

W starciu Kebavity z Q-Ice Warszawa emocji nie brakowało ani przez moment, a tempo i intensywność meczu sprawiły, że do samego końca trudno było wskazać zwycięzcę. Już w jednej z pierwszych akcji spotkania Q-Ice objęło prowadzenie. Dobre zagranie Denysa Blanka wykorzystał Maksym Pautiak, który otworzył wynik meczu. Kilka minut później goście zadali kolejny cios, kiedy to na 0:2 podwyższył Ivan Kashperuk. Kebavita nie zamierzała jednak składać broni. Gospodarze szybko wrócili do gry, a dwie bramki Moatasema Aziza doprowadziły do wyrównania. Chwilę później Lawrence Ugen po raz pierwszy w tym meczu wpisał się na listę strzelców i wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie.

Q-Ice odpowiedziało w najlepszy możliwy sposób. Denys Blank popisał się wręcz książkowym dośrodkowaniem, a Vadym Ivanov fenomenalnym strzałem z przewrotki doprowadził do remisu. Spotkanie nabierało tempa z każdą kolejną minutą, a obie drużyny prowadziły otwartą i ofensywną grę. Kiedy wydawało się, że pierwsza połowa zakończy się remisem, w ostatniej akcji tej części gry ponownie błysnął Lawrence Ugen. Napastnik Kebavity znalazł drogę do bramki, dzięki czemu gospodarze schodzili na przerwę z jednobramkowym prowadzeniem.

Po zmianie stron obraz meczu wcale się nie zmienił. Nadal oglądaliśmy niezwykle dynamiczne spotkanie, w którym każda bramka natychmiast wywoływała odpowiedź drugiej drużyny. Kiedy jedna ekipa doprowadzała do wyrównania, druga błyskawicznie odzyskiwała przewagę. To była prawdziwa wymiana ciosów i mecz stojący na bardzo wysokim poziomie. W pewnym momencie wynik brzmiał 7:7. Do końca spotkania pozostawało około pięciu minut i żadna ze stron nie mogła czuć się bezpiecznie.

Wtedy jednak więcej zimnej krwi zachowała drużyna prowadzona przez Łukasza Mroza. Na 7:8 dla Q-Ice trafił Denys Blank, który tym samym dołożył kolejną cegiełkę do świetnego występu swojej drużyny. Kebavita musiała zaryzykować i jeszcze mocniej ruszyć do przodu. Niestety dla gospodarzy otwarcie się w końcówce przyniosło bolesne konsekwencje. Q-Ice wykorzystało pozostawione przestrzenie i w samej końcówce spotkania zdobyło jeszcze dwie bramki. Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 7:10, ale rezultat nie oddaje w pełni tego, jak wyrównane i emocjonujące było to starcie.

To zdecydowanie jedno z najlepszych widowisk tego sezonu Ligi Letniej. Mnóstwo bramek, ogromne tempo, efektowne akcje i emocje do ostatnich sekund. Kibice z pewnością nie mogli narzekać na brak piłkarskich wrażeń. Ogromne gratulacje należą się obu drużynom za stworzenie tak znakomitego widowiska. Brawo FC Kebavita, brawo Q-Ice Warszawa!

Spotkanie Inferno Team z BM rozpoczęło się zdecydowanie po myśli zespołu BM. Do przerwy to właśnie BM prowadziło 3:2 i wydawało się, że może być bardzo blisko sprawienia niespodzianki. Po zmianie stron obraz meczu zmienił się jednak diametralnie. Inferno Team przejęło kontrolę nad spotkaniem i ostatecznie zwyciężyło aż 7:3.

Na ogromne słowa uznania zasługuje Paweł Stanek, bramkarz Inferno Team. Rozegrał wyśmienite spotkanie, będąc niezwykle pewnym przy każdej interwencji. Jego spokój między słupkami dodawał drużynie otuchy, a w kilku sytuacjach wyciągał swoich kolegów z poważnych opresji. Najlepszym potwierdzeniem jego świetnej postawy jest druga połowa, w której Inferno Team nie straciło ani jednej bramki.

Warto również wyróżnić cały zespół Inferno Team. Przy siedmiu zdobytych bramkach mieliśmy aż pięciu różnych strzelców oraz pięciu zawodników, którzy zanotowali asysty. To pokazuje, jak dobrze funkcjonowała drużyna jako kolektyw. Każdy dołożył swoją cegiełkę do zwycięstwa, a po przerwie Inferno Team pokazało ogromną jakość i przede wszystkim świetną współpracę całego zespołu.

Po stronie BM najbardziej wyróżniał się Vladislav Zavarza, autor dwóch bramek. W pierwszej połowie był jednym z największych problemów dla defensywy Inferno i sprawiał rywalom bardzo dużo kłopotów. BM potrafiło wykorzystać swoje momenty i schodziło na przerwę z prowadzeniem, jednak druga połowa całkowicie zmieniła sytuację na boisku.

Inferno Team po przerwie weszło na zdecydowanie wyższe obroty, nie pozwoliło rywalom na zdobycie kolejnych bramek, a samo dołożyło aż pięć trafień. Ostatecznie z wyniku 2:3 zrobiło się 7:3, a Inferno pokazało charakter, świetną organizację gry oraz siłę zespołu jako kolektywu.

Mecz Ternovitsii z Hetmanem miał wyraźnego faworyta, ale wbrew przedmeczowym oczekiwaniom pierwsza połowa była bardzo wyrównana. Hetman szybko otworzył wynik, ale niestety dla niego był to ostatni moment w tym spotkaniu, kiedy prowadził. Później Ternovitsia przejęła kontrolę nad meczem i już nie wypuściła jej z rąk.

Pierwsza połowa była jednak naprawdę zacięta. Hetman potrafił się odgryźć, walczył o każdą piłkę i nie pozwalał rywalowi odskoczyć na większy dystans. Ostatecznie na przerwę drużyny schodziły przy wyniku 6:4 dla Ternovitsii, a wszystko wciąż było otwarte.

Po zmianie stron sytuacja wyglądała już zupełnie inaczej. Kiedy Ternovitsia zaczęła powiększać przewagę, Hetman nie był już w stanie jej zatrzymać. W pewnym momencie rywale nieco odpuścili walkę o wynik, a druga połowa zakończyła się wynikiem 9:2. Na tablicy pojawił się więc ostateczny rezultat 15:6.

Liderem Ternovitsii po raz kolejny był Pavel Paduk, który rozegrał kapitalne spotkanie. 4 bramki i aż 6 asyst mówią same za siebie.

Ternovitsia potwierdza swoje mistrzowskie ambicje i konsekwentnie podąża po złoto. Hetman natomiast musi się zresetować i przygotować do kolejnego spotkania. To wciąż bardzo dobra drużyna, ale w niedzielę trafiła po prostu na rywala, który okazał się zbyt mocny.

Prawdziwy thriller zobaczyliśmy w meczu pomiędzy Sinaloa a Comebackiem. Comeback niemal w pełni zasłużył na swoją nazwę i był o krok od wielkiego powrotu w bardzo trudnym spotkaniu, ale ostatnie słowo należało do Sinaloa.

Ale po kolei. Mecz był niezwykle intensywny, fizyczny i bardzo wyrównany. Nie chodziło tutaj o piękną, efektowną piłkę. Trzeba było po prostu zdobywać bramki i lepiej wychodziło to Sinaloa. Po pierwszym golu Comeback natychmiast odpowiedział, ale kolejne dwa trafienia pozostały już bez odpowiedzi. Dwubramkowa przewaga na papierze nie wygląda może na dużą, ale przy takim przebiegu spotkania odrobienie strat było naprawdę trudnym zadaniem.

W drugiej połowie Sinaloa podwyższyła prowadzenie na 4:1 i właśnie wtedy rozpoczął się comeback. Zawodnicy w niebieskich koszulkach naprawdę ciężko pracowali na każdą kolejną bramkę, zarówno w obronie, jak i w ataku. Rzucali się pod piłkę, robili wszystko, aby ta nie wpadła do ich własnej bramki, a z drugiej strony wypracowywali niezwykle trudne gole. Ich wysiłek się opłacił i udało się doprowadzić do wyniku 4:4.

Obie drużyny ruszyły wtedy po zwycięstwo, ale więcej szczęścia mieli zawodnicy Sinaloa. Błąd w prostej sytuacji doprowadził do sytuacji sam na sam. Pierwsze uderzenie udało się jeszcze zatrzymać, ale przy dobitce Patryk Abbassi pokazał prawdziwą klasę. Sam uratował piłkę, która po odbiciu od słupka zmierzała już na aut, następnie efektownym zwodem minął obrońcę tuż przy linii bramkowej i pewnym strzałem pokonał bramkarza rywali, dając swojej drużynie zwycięstwo.

Dzięki temu Sinaloa pozostaje w walce o medale. Comeback, mimo kolejnego bardzo dobrego meczu, wciąż musi natomiast poczekać na swoje pierwsze zwycięstwo. Jeśli jednak drużyna będzie dalej prezentować taki charakter i wolę walki, trudno wyobrazić sobie, żeby na tę wygraną czekała jeszcze długo.

 

Rywalizacja Q-ICE Warszawa z FC Comeback była zaległym starciem z jednej z poprzednich kolejek. Mecz nie odbył się ze względu na udział tych pierwszych w turnieju we Wrocławiu, ale dzięki zrozumieniu sytuacji przez Comeback udało się tę potyczkę doprowadzić do szczęśliwego finału. Tym samym jedni i drudzy rozegrali w niedzielę po dwa spotkania, co powodowało, że tutaj również należało brać pod uwagę mądre rozłożenie sił.

Faworytem byli Lodowaci i trzeba im oddać, że finalnie odnieśli dość przekonujące zwycięstwo, chociaż do pewnego momentu mecz był bardzo wyrównany. Co prawda pierwszego gola zdobyli gracze Q-ICE, ale potem sprytne rozegranie rzutu wolnego między Vladyslavem Burdą a Dmytro Kuźminem spowodowało, że szybko mieliśmy remis. Q-ICE, podrażnione takim przebiegiem wypadków, odjechało dość szybko na dwa gole, lecz Comeback nieprzypadkowo nazywa się tak, jak się nazywa i umiał na to odpowiedzieć. Robotę robił przede wszystkim Dmytro Kuźmin, niezwykle aktywny, który choćby przy bramce na 3:3 domagał się piłki od bramkarza, a jak już ją dostał, to wiedział, co z nią zrobić.

Problemem Comebacku było jednak to, że to, co wcale nie tak łatwo przychodziło im z przodu, łatwo marnowali z tyłu. No i niestety – przespana totalnie końcówka pierwszej połowy spowodowała, że z wyniku 3:3 zrobiło się tutaj 8:4.

Comeback w drugiej odsłonie zdecydował się jeszcze na desperacki ruch, czyli wprowadzenie na bramkę lotnego golkipera, którym został Kostiantyn Didenko, ale na rozpędzoną maszynę Q-ICE to nie mogło wystarczyć. Trzeba oddać podopiecznym Łukasza Mroza, że w finałowych 25 minutach wyglądali świetnie i nawet przez chwilę nie pozwolili przeciwnikom, by ci mogli pomyśleć, że są tutaj w stanie coś ugrać. Ostatecznie rozbili ich aż 15:6, co stanowiło prawdziwy pokaz mocy. A była to ważna wygrana, bo pozwoliła im wrócić do gry nawet o złoto. Comeback takich marzeń już nie ma i doświadczył tutaj, jak wiele mu jeszcze brakuje do najlepszych ekip w rozgrywkach. Oczywiście nie jest to w ich kierunku zarzut, tylko zachęta, by wciąż się poprawiali i dążyli do bycia jeszcze lepszymi. Bo z ich potencjałem pewno ich na to stać.

2 Liga

Naprawdę ciekawe widowisko obejrzeliśmy w starciu drugiego zespołu Łowców z Ajaksem Warszawa. Od pierwszego gwizdka było widać, że obie drużyny podeszły do meczu bardzo poważnie. Dużo było taktycznego grania, prób wyciągnięcia rywala z ustawienia i szukania przestrzeni, ale jednocześnie zarówno Łowcy, jak i Ajaks bardzo dobrze zabezpieczali własną bramkę. Akcje płynnie przenosiły się z jednego końca boiska na drugi, a tempo spotkania ani na moment nie spadało.

Jako pierwsi swoją ofiarę „ugryźli” zawodnicy Ajaksu. Skutecznym uderzeniem popisał się Kopacz, dając swojej drużynie prowadzenie. Łowcy nie zamierzali jednak przejmować się tym jednym ciosem. Gospodarze szybko wrócili do swojego sposobu gry, a jeszcze przed przerwą dwukrotnie znaleźli drogę do siatki. Najpierw trafił Kryvytskyi, a następnie Sirozh, dzięki czemu Łowcy schodzili do szatni z prowadzeniem 2:1.

Po zmianie stron Ajaks pokazał jednak, dlaczego w tym sezonie jest drużyną niezwykle trudną do złamania. Goście nie zamierzali odpuszczać i ponownie dał o sobie znać Kopacz, doprowadzając do wyrównania. Chwilę później przyszła kolej na prawdziwą ozdobę spotkania – Bogusz popisał się cudownym trafieniem, wyprowadzając Ajaks na prowadzenie.

Od tego momentu goście mogli już spokojniej czekać na błąd rywala i szukać okazji do szybkiego ataku. Łowcy nie należą jednak do drużyn, które łatwo odpuszczają. Gospodarze konsekwentnie naciskali i w końcówce dopięli swego. Hrechko precyzyjnym strzałem doprowadził do remisu, sprawiając, że końcówka zapowiadała prawdziwą piłkarską wojnę. Obie drużyny szukały zwycięskiego trafienia praktycznie do ostatniej sekundy. Intensywność, zaangażowanie i tempo były tego dnia naprawdę imponujące, ale żadna ze stron nie zdołała już przechylić szali na swoją korzyść.

Remis wydaje się więc sprawiedliwym podsumowaniem tego spotkania. Łowcy pokazali charakter, wracając do gry po dwukrotnym wyjściu Ajaksu na prowadzenie, natomiast goście po raz kolejny udowodnili, że są zespołem, z którym nikomu nie będzie łatwo. Był to mecz, w którym taktyka, intensywność i walka o każdą piłkę szły ze sobą w parze – dokładnie tak powinno wyglądać dobre ligowe widowisko.

Na mecz obie drużyny przyjechały niemal bez zmian. Łącznie na ławce rezerwowych znalazł się tylko jeden zawodnik, a był on po stronie Bulls. Jak się jednak okazało, ta jedna zmiana nie została dżokerem spotkania, ponieważ Husaria poradziła sobie z zadaniem nawet w sześcioosobowym składzie.

Początek nie był jednak dla drużyny z Mokotowa zbyt kolorowy. Dwa szybkie gole Bulls sprawiły, że Husaria już od pierwszych minut musiała odrabiać straty. Dla doświadczonego zespołu nie był to jednak cios, po którym łatwo się załamać. Husaria spokojnie odrobiła straty, a przed przerwą dorzuciła jeszcze trzy bramki. Na przerwę drużyny schodziły przy wyniku 5:2, a zawodnicy w czarnych koszulkach mieli już wyraźną przewagę.

Druga połowa to pokaz dojrzałej i bardzo inteligentnej gry Husarii. Mając przewagę, zawodnicy często oddawali piłkę rywalowi, aby następnie groźnie kontratakować. I to często z bardzo dobrym skutkiem. Bulls starali się zwiększać presję pod bramką przeciwnika, a w rozegraniu aktywnie wykorzystywali również swojego bramkarza. Momentami mogło się to jednak skończyć golem dla Husarii. Zawodnicy z Mokotowa widzieli, że Vlad Zhukow wychodzi wysoko i wielokrotnie próbowali go przelobować. Brakowało naprawdę niewiele, a kilka takich prób zatrzymało się na słupku lub minęło bramkę o zaledwie kilka centymetrów.

Bulls należy jednak pochwalić za ogromne zaangażowanie. Zawodnicy walczyli do samego końca, próbowali odrabiać straty i za każdym razem, gdy tylko pojawiała się szansa, zmniejszali różnicę. Tego dnia było to jednak za mało. Husaria przez niemal całe spotkanie utrzymywała trzybramkową przewagę, a w samej końcówce jeszcze ją powiększyła – aż do sześciu goli. Ostateczny wynik 12:6 dobrze oddaje układ sił na boisku.

W Husarii trudno wyróżnić tylko jednego zawodnika, bo tego dnia przede wszystkim zadziałała cała drużyna. Laps dawał spokój w bramce, Ostatek i Kruczyński zapewniali solidność w obronie, a Hübner, Małażewski i Antoszkiewicz robili różnicę w ofensywie. Po stronie Bulls nie można natomiast pominąć kapitana, Ilyi Grunchaka, który mimo trudnego meczu swojej drużyny był bardzo pewny w defensywie i często rozpoczynał akcje ofensywne. Oczywiście na wyróżnienie zasługuje również autor penta-tricka, Volodymyr Slipenchuk. To właśnie jego gole dawały Bulls nadzieję na odwrócenie losów spotkania.

Husaria dzięki temu zwycięstwu jest już bardzo blisko zagwarantowania sobie miejsca na podium. Przed Bulls natomiast bardzo trudne zadanie, ale jesteśmy pewni, że chłopaki będą walczyć do samego końca.

Spotkanie Almazu z tureckim Meyis początkowo wcale nie zapowiadało takiego wyniku. Obie drużyny weszły w mecz bardzo dobrze, grały odważnie i wymieniały się akcjami, które naprawdę mogły się podobać. Przez pierwsze minuty trudno było wskazać, kto przejmie kontrolę nad tym spotkaniem.

Gdy jednak Almaz wyszedł na prowadzenie, coś wyraźnie przestawiło się w grze gospodarzy. Zaczęli coraz śmielej wdzierać się pod bramkę rywali, a kolejne akcje kończyły się trafieniami. Meyis miał sporo problemów z organizacją defensywy i zostawiał swoim przeciwnikom zdecydowanie za dużo miejsca. Almaz bezlitośnie to wykorzystywał.

Prawdziwym architektem ofensywy gospodarzy był Panasiuk. Praktycznie każde jego wejście w okolice pola karnego kończyło się stworzeniem sytuacji bramkowej, a liczba ośmiu asyst mówi sama za siebie. Takiej liczby wykreowanych okazji trudno nie docenić – Panasiuk regularnie znajdował przestrzeń i dostarczał kolegom piłki, które wystarczyło już tylko skierować do siatki.

W drużynie Meyis największy szum robił Alper Inan, który mimo ogromnych problemów swojego zespołu potrafił zaznaczyć swoją obecność. Turek zanotował cztery asysty i dwa gole, będąc zdecydowanie najgroźniejszą postacią gości.

Po stronie Almazu swoje show urządził natomiast Artem Zhuk, który aż czterokrotnie znalazł drogę do siatki. W połączeniu z kapitalną pracą Panasiuka dało to gospodarzom ofensywną mieszankę, z którą Meyis zwyczajnie nie był w stanie sobie poradzić.

Ostatecznie Almaz rozjechał turecką ekipę 14:6. Wynik może wydawać się brutalny, szczególnie patrząc na wyrównany początek, ale z każdą kolejną minutą gospodarze coraz bardziej przejmowali kontrolę i wykorzystywali wszystkie słabości rywala. Meyis miał swoje momenty, jednak tego dnia Almaz był po prostu zdecydowanie skuteczniejszy.

3 Liga

Na pierwsze trafienie w spotkaniu drugiej drużyny Elektrowoźniaka z Laflame Bielany nie musieliśmy długo czekać. Już w jednej z pierwszych akcji meczu Ivan Kashperuk otworzył wynik i wyprowadził gospodarzy na prowadzenie. Obie ekipy od początku prezentowały dobry, ofensywny futbol i stwarzały sobie sytuacje podbramkowe. Tego dnia zdecydowanie skuteczniejsi byli jednak gospodarze. Jeszcze przed przerwą Elektrowoźniak dwukrotnie znalazł drogę do bramki rywali. Na listę strzelców wpisali się Maks Zwariuk oraz Oleksandr Dovzhenok, dzięki czemu gospodarze schodzili na przerwę z komfortowym prowadzeniem 3:0.

Po zmianie stron goście ruszyli do odrabiania strat. Po wielu próbach w końcu przełamał się Kacper Cetlin, który zdobył bramkę i zmniejszył różnicę do dwóch goli. Elektrowoźniak odpowiedział jednak kilka minut później, a drugie tego dnia trafienie zanotował Kashperuk. Drużyna z Bielan nie zamierzała się jednak poddawać i niemal natychmiast odpowiedziała kolejnym golem. Tym razem bramkarza gospodarzy pokonał Patryk Kamola, ponownie zmniejszając stratę do dwóch bramek. Jak się później okazało, było to jednak ostatnie trafienie gości w tym spotkaniu. W dalszej części meczu gole zdobywali już wyłącznie gospodarze, którzy skutecznie wykorzystywali swoje kolejne okazje i ostatecznie odnieśli bardzo przekonujące zwycięstwo 7:2.

Po pięciu kolejkach obie drużyny mają na swoim koncie taką samą liczbę punktów i wciąż mogą liczyć się w walce o najwyższe cele. Ostatnie dwie kolejki 5. ligi zapowiadają się zatem niezwykle ciekawie. Wszystko wskazuje na to, że walka o czołowe lokaty będzie trwała do samego końca!

Chociaż ekipa FC Patriot zajmuje przedostatnie miejsce w 3. lidze, to dalecy byliśmy od stwierdzenia, że w niedzielę KSB II Warszawa czeka łatwa potyczka z zespołem z Ukrainy. Wręcz przeciwnie – tak się składa, że oglądaliśmy oba ostatnie spotkania Patriotów w rozgrywkach i chociaż oba były przegrane, to poziom piłkarski wcale nie był zły. Po prostu rywale okazywali się odrobinę lepsi.

A jak było tym razem? No cóż – znów zapowiadało się, że Patrioci sami będą sobie winni ewentualnej utraty punktów. Ich problemem była skuteczność, która od samego początku pozostawiała wiele do życzenia. KSB było pod tym względem znacznie konkretniejsze. Zaczęło się od wykorzystania sytuacji sam na sam przez Nikodema Łęczyckiego. Potem z kolei indywidualną szarżą popisał się Jakub Rusztecki, który wyłożył piłkę Vitaliemu Balandiukowi, a ten dopełnił formalności.

Patriotom udało się tuż przed przerwą zmniejszyć straty, aczkolwiek to i tak było niewiele, biorąc pod uwagę liczbę wykreowanych przez nich okazji. Często jednak bywało tak, że w prostych sytuacjach wybierali najtrudniejsze rozwiązania, a nierzadko również... blokowali własne strzały. Tym samym w przerwie ekipa z Ukrainy mogła powiedzieć sobie, że trzeba grać tak samo jak do tej pory, tylko po prostu wreszcie nastawić celownik.

I jak pomyśleli, tak zrobili, bo bardzo szybko za sprawą Maksima Abramaua doprowadzili do wyrównania w drugiej połowie. Potem obie ekipy zdobyły jeszcze po jednym golu i można powiedzieć, że właśnie od tego momentu zaczęło się w tym spotkaniu wszystko, co najlepsze. Najpierw na pierwsze prowadzenie w tym meczu wyprowadził Patriotów Rusłan Petrijsia. Mogło być jednak odwrotnie, bo chwilę wcześniej doskonałej okazji nie wykorzystał Patryk Olkowicz. Przy stanie 4:3 skuteczność zawiodła też Maksima Abramaua, który trafił w słupek, a potem równie dogodnej okazji nie wykorzystał Michael Kukulski.

KSB zaczęło się spieszyć. Czas uciekał nieubłaganie, a oni wciąż szukali gola, który pozwoliłby im jeszcze marzyć o zwycięstwie. Kolejną dobrą okazję zmarnował Jakub Rusztecki, aż wreszcie podanie od rywala wykorzystał Michael Kukulski, który w sytuacji sam na sam z bramkarzem okazał się górą. Wynik 4:4 finalnie już się nie zmienił, chociaż weto w tej kwestii mógł zgłosić Volodymyr Pedisiuk, lecz jego strzał na linii bramkowej zatrzymał Patryk Olkowicz.

No cóż – skończyło się chyba uczciwie. Nikt tutaj nie wyrobił sobie wyraźnej przewagi boiskowej, nie miał też przewagi optycznej, a każda z ekip miała swoje lepsze i gorsze fragmenty. Oceniamy je po równo, dlatego wynik końcowy nikogo tutaj nie krzywdzi.

Spotkanie pomiędzy P.P.B Artel Husaria Mokotów a Na2Nóżkę zapowiadało się wyjątkowo emocjonująco ze względu na sytuację w ligowej tabeli. Oba zespoły zajmowały kolejno siódme i ósme miejsce, dlatego stawką meczu było nie tylko zwycięstwo, ale również poprawa swojej pozycji przed decydującą fazą sezonu.

Pierwsze dziesięć minut spotkania upłynęło pod znakiem chaosu. Żadna z drużyn nie potrafiła narzucić własnego stylu gry, a akcje raz po raz przenosiły się spod jednej bramki pod drugą. Dopiero błąd defensywy gości pozwolił Bartkowi Adamiakowi otworzyć wynik spotkania. Chwilę później prowadzenie gospodarzy podwyższył Hubner, dając Husarii dwubramkową zaliczkę.

Na odpowiedź Na2Nóżkę nie trzeba było jednak długo czekać. Maciej Samoraj postanowił wziąć sprawy w swoje ręce – po błyskawicznym wznowieniu gry minął kilku rywali i efektownym wykończeniem pokonał bramkarza, dając swojej drużynie kontaktowe trafienie. Chwilę później Mateusz Gulik ponownie wyprowadził gospodarzy na dwubramkowe prowadzenie, jednak i tym razem Husaria nie nacieszyła się nim zbyt długo. Najpierw błąd w rozegraniu wykorzystali goście, a następnie potężne uderzenie z dystansu ponownie zaskoczyło golkipera gospodarzy. Gdy wydawało się, że pierwsza połowa zakończy się remisem 3:3, po raz drugi na listę strzelców wpisał się Mateusz Gulik, dzięki czemu P.P.B Artel Husaria Mokotów schodziła do szatni z jednobramkową przewagą.

Po zmianie stron obraz spotkania wyraźnie się zmienił. Husaria przejęła pełną kontrolę nad wydarzeniami boiskowymi, narzuciła własne tempo i z dużą skutecznością punktowała zespół Na2Nóżkę, który nie przypominał już drużyny z pierwszej połowy. Szczególnie dobrze funkcjonował duet Adamiak–Hubner, którego zawodnicy świetnie współpracowali, wymieniając się bramkami i asystami.

Końcówka spotkania przyniosła jeszcze sporo sportowych emocji. Między zawodnikami obu drużyn zrobiło się gorąco, a arbiter był zmuszony sięgnąć po żółtą kartkę dla jednego z graczy Husarii. Ostatnie słowo należało jednak do Macieja Samoraja, który efektownym trafieniem ustalił wynik meczu na 8:4 i potwierdził, że był zdecydowanie najjaśniejszym punktem zespołu Na2Nóżkę.

Dzięki temu zwycięstwu P.P.B Artel Husaria Mokotów poprawiła swoją sytuację w tabeli i wciąż liczy się w walce o wydostanie ze strefy spadkowej. Na2Nóżkę po raz kolejny zaprezentowało się z bardzo dobrej strony, jednak mimo ambitnej postawy nadal czeka na swoje pierwsze punkty w sezonie.

Sportowe Zakapiory przez pierwsze cztery kolejki Ligi Letniej kroczyły jak burza. Komplet punktów i pozycja lidera tabeli mogły jasno wskazywać faworyta tego spotkania, które od pierwszych minut było niezwykle dynamiczne. Obie drużyny grały z ogromnym zaangażowaniem, a akcja szybko przenosiła się spod jednej bramki pod drugą.

Jako pierwsi do głosu doszli gospodarze. Mikalai Filimonau posłał piłkę z autu prosto na głowę Nazara Dydchika, który precyzyjnym uderzeniem skierował ją do siatki, otwierając wynik spotkania. Sportowe Zakapiory nie zamierzały jednak składać broni. Lider stwarzał kolejne sytuacje podbramkowe i momentami mocno naciskał na rywali. W pierwszej połowie świetnie między słupkami Force Fusion spisywał się jednak Volodymyr Antoshka, który skutecznie zatrzymywał kolejne próby gości. Dzięki jego interwencjom gospodarze schodzili na przerwę z jednobramkowym prowadzeniem.

Po zmianie stron wydarzenia nabrały jeszcze większego tempa. Force Fusion wykorzystało swoje okazje i w ciągu kilku minut dwukrotnie pokonało bramkarza Sportowych Zakapiorów. Na listę strzelców wpisali się Bohdan Khyzhvyak oraz Volodymyr Danulyk, a gospodarze znaleźli się w bardzo komfortowej sytuacji.

Lider w końcu odpowiedział. Hussein Abdulkareem przełamał niemoc strzelecką gości i znalazł sposób na świetnie dysponowanego wcześniej Antoshkę, zmniejszając stratę do dwóch bramek. Mogło się wydawać, że ten gol będzie początkiem kolejnego zrywu Sportowych Zakapiorów. Nic z tych rzeczy. Force Fusion niemal natychmiast odpowiedziało kolejnym trafieniem, pokazując tego dnia wyjątkową skuteczność. Ostatecznie gospodarze odnieśli zwycięstwo 7:3, przerywając tym samym zwycięską passę Sportowych Zakapiorów. Lider musiał po raz pierwszy w sezonie letnim przełknąć gorycz porażki, ale mimo straty punktów nadal pozostaje na szczycie tabeli.

Dla Force Fusion to natomiast zwycięstwo o ogromnym znaczeniu. Pokonanie lidera pozwoliło gospodarzom wskoczyć na 3. miejsce i wyraźnie zaznaczyć, że w walce o medale zamierzają liczyć się do samego końca. A przy takiej dyspozycji być może ich ambicje sięgają nawet zwycięstwa w całych rozgrywkach.

4 Liga

Rodzina Orlikeone przyjechała na spotkanie z Legionem jako jedyna drużyna 4. ligi bez punktów na koncie. Naprzeciwko stał wicelider, który po czterech kolejkach wciąż liczył się w walce o najwyższe miejsca. Na papierze faworyt był więc wyraźny, ale przez pierwsze 25 minut na boisku wcale nie było tego widać.

Obie drużyny dobrze radziły sobie w defensywie i długo nie pozwalały rywalom na stworzenie naprawdę groźnych sytuacji. Na pierwszą bramkę trzeba było czekać aż do 22. minuty, kiedy Kremienishchuk ruszył z indywidualną akcją, minął kilku przeciwników i dał Legionowi prowadzenie. Odpowiedź przyszła błyskawicznie. Po mocnym wyrzucie Hermana z autu do piłki dopadł Okolus i strzałem przy dalszym słupku doprowadził do remisu.

Po zmianie stron obraz spotkania zmienił się diametralnie. Legion przejął inicjatywę, zdecydowanie częściej utrzymywał się przy piłce i zaczął spychać rywali do defensywy. Najpierw po przechwycie prowadzenie gospodarzom przywrócił Yurii Chornobai, a chwilę później zespołową kontrę wykończył Borman. Czwarta bramka dla Legionu padła w dość szczęśliwych okolicznościach – Pavlo Charnobai zablokował próbę wybicia piłki, a ta przelobowała bramkarza i wpadła do siatki. Rozpędzeni gospodarze nie zwalniali i po dwóch kolejnych kontrach powiększyli przewagę do 6:1.

Orlikeone zdołało jeszcze odpowiedzieć. Herman wykorzystał dalekie wznowienie bramkarza, a niedługo później Woch pewnie wykonał rzut karny. Na więcej Legion już nie pozwolił, a ostatnie słowo należało do Pushkarenki, który ustalił wynik na 7:3.

Gospodarze długo musieli szukać sposobu na defensywę rywali, ale po przerwie całkowicie przejęli kontrolę nad spotkaniem i w pełni zasłużenie dopisali kolejne trzy punkty. Rodzina Orlikeone nadal czeka na pierwszą zdobycz tego lata, choć pierwsza połowa pokazała, że potrafi postawić mocniejszym rywalom trudne warunki.

Gdyby ktoś przed tym meczem szukał definicji pojęcia „pełna kontrola”, wystarczyłoby włączyć powtórkę ze starcia Kresowii z RKS-em Grochów. Na boisku na AWF-ie oglądaliśmy pełnoprawny pokaz siły ze strony Kresowii, która zdominowała rywali 8:2, nie dając im nawet na moment uwierzyć, że mogą z tego starcia wyciągnąć chociaż punkt.

Od pierwszej do ostatniej minuty spotkanie toczyło się pod dyktando Kresowii. Świetna organizacja gry, szybka wymiana podań i wysoki pressing sprawiły, że Grochów od początku miał olbrzymie problemy z wyjściem z własnej połowy. Przewaga gości szybko przełożyła się na konkrety – piłka raz po raz lądowała w siatce RKS-u, a wynik rósł w oczach.

Jedyną rysą na niemal idealnym obrazie gry Kresowii w pierwszej części meczu był niepotrzebny błąd w defensywie. Chwila dekoncentracji we własnym polu karnym kosztowała ich rzut karny. Do piłki ustawionej na siódmym metrze podszedł Maksymilian Nowak i pewnym strzałem dał Grochowowi jedyny promyk nadziei w tej części gry. Był to jednak tylko drobny incydent, bo do przerwy Kresowia i tak schodziła z bardzo bezpiecznym i w pełni zasłużonym prowadzeniem 4:1.

Jeśli ktoś liczył, że po zmianie stron Kresowia zdejmie nogę z gazu i da rywalom złapać oddech, to grubo się pomylił. W drugiej połowie obraz gry nie zmienił się ani trochę. Kresowia po prostu robiła swoje, płynnie rozgrywając kolejne akcje i punktując każdy, nawet najmniejszy błąd Grochowa. RKS zdołał wprawdzie zdobyć drugą bramkę, ale odpowiedź rywali była natychmiastowa i bezwzględna.

Licznik zatrzymał się na wyniku 2:8, co idealnie oddaje przepaść, jaka tego dnia dzieliła oba zespoły. Kresowia zagrała mecz do jednej bramki, pokazując dojrzałą, widowiskową piłkę i dopisując do ligowej tabeli komplet punktów w absolutnie profesorskim stylu!

KK Wataha przegrała w tym sezonie tylko raz. Można jednak zapytać – no i co z tego, skoro w czterech pierwszych kolejkach również tylko raz wygrała? Bilans jednego zwycięstwa, dwóch remisów i jednej porażki spowodował, że ta ekipa zacumowała w środku tabeli. A ponieważ na horyzoncie jawiła się właśnie perspektywa meczu z absolutnym liderem, czyli Prykarpattią, to wiele wskazywało na to, że będzie to spotkanie, które definitywnie pozbawi Watahę szans na dobre miejsce w tabeli. Kto jednak dałby sobie za to rękę uciąć, ten dziś by tej ręki nie miał...

Zaczęło się zgodnie z planem, bo dość szybko Prykarpattia wyszła na prowadzenie po strzale pełniącego funkcję lotnego bramkarza Bohdana Ivaniuka. Myśleliśmy, że to zapowiedź tego, co będzie działo się dalej, ale myliliśmy się. Wataha szybko się pozbierała, a dzięki dwóm bramkom Dominika Surackiego wysłała i rywalom, ale chyba przede wszystkim sobie sygnał, że ten lider wcale nie jest taki straszny. Tym bardziej, że lada moment zrobiło się 3:1, gdy po odbiorze piłkę do praktycznie pustej bramki faworytów wpakował Hubert Korzeniewski. No i takim też sensacyjnym wynikiem pierwsza odsłona się zakończyła.

W drugiej od samego początku ukazała się przewaga Prykarpattii. To jednak było coś, z czym Wataha się liczyła. Wiedziała, że być może trzeba będzie oddać piłkę rywalowi, a potem ewentualnie korzystać z pustej bramki, bo Bohdan Ivaniuk wciąż był mocno zaangażowany w rozegranie piłki. Zresztą ta część spotkania zaczęła się identycznie jak poprzednia, bo to właśnie gol tego zawodnika otworzył drugą połowę. Wataha nie chciała się jednak dać dogonić i bardzo skutecznie odpowiadała, dzięki czemu zachowywała minimalną przewagę. Przy stanie 5:4 dla Watahy wydawało się jednak, że coś w zespole w czarnych koszulkach pękło. Najpierw idealnej okazji nie wykorzystał Hubert Korzeniewski, a potem lada moment zrobiło się 5:5, co w naszej ocenie mogło podciąć Watasze skrzydła.

Tak się jednak nie stało. Konsekwentna gra pozwoliła drużynie nieobecnego w niedzielę Przemka Kacperskiego szybko wrócić do równowagi i wykorzystywać kolejne błędy w rozegraniu oponentów. Wataha szybko odzyskała prowadzenie, a potem regularnie trafiała do pustej świątyni konkurentów, którzy postawili już wszystko na jedną kartę. Jak się okazało, ta taktyka, chociaż skądinąd słuszna, nie opłaciła się drużynie z Ukrainy, która poniosła pierwszą porażkę w sezonie. Ten mecz po prostu jej nie wyszedł – za mało dokładności, za dużo błędów – ale jednocześnie nie sposób nie docenić tutaj triumfatorów. Grali skutecznie z przodu, mądrze z tyłu, a najlepszym podsumowaniem ich występu jest fakt, że każdy zawodnik z pola zanotował na swoim koncie gola lub asystę. Trudno o lepszy dowód na to, że tego dnia Wataha wygrała przede wszystkim dzięki większej zespołowości. Brawo!

Jeśli ktoś na AWF-ie przy stanie 2:6 uznał, że jest już po zawodach i poszedł do domu, to na pewno ma czego żałować. To, co Iglica Warszawa odwinęła w samej końcówce, to absolutny klasyk Ligi Fanów i materiał na ligowe legendy. Wydrzeć remis w 10 minut z tak głębokiego dołka? Kosmos!

A przecież ten mecz od początku przypominał szaloną jazdę bez trzymanki. Iglica zaczęła od mocnego akcentu i trafienia na 1:0, ale rywale szybko odpowiedzieli dwoma golami. Odpowiedź na 2:2 dawała jeszcze nadzieję, jednak końcówka pierwszej połowy należała do przeciwników, którzy odskoczyli na 2:4. Po przerwie było tylko gorzej – kolejne dwa trafienia i zrobiło się 2:6. W tym momencie nawet najwięksi optymiści na widowni powoli szykowali się na srogie bęcki.

I wtedy wydarzyło się coś niepojętego. Na jakieś 10 minut przed końcem chłopaki z Iglicy po prostu wrzucili piąty bieg. Zamiast wykopywać piłkę i liczyć na chaos, zaczęli klepać takie koronkowe, płynne akcje, że defensywie rywali mogło się zakręcić w głowie. Bramki na 3:6, 4:6 i 5:6 wpadły jedna po drugiej, a u przeciwników zaczęła się absolutna panika. Iglica poczuła krew, przycisnęła do deski i dopięła swego – wyrównanie na 6:6 wywołało na boisku prawdziwy wybuch radości! Absolutnym profesorem tego widowiska został Kacper Kubiszer. Chłopak zagrał mecz życia – miał bezpośredni udział przy PIĘCIU bramkach dla Iglicy! Dzielił, rządził, asystował i brał odpowiedzialność na własne barki wtedy, gdy gra kleiła się najmniej.

Taki remis 6:6 po wyjściu ze stanu 2:6 smakuje lepiej niż niejedno spokojne zwycięstwo. Wielki szacun dla Iglicy za walkę do ostatniej sekundy – właśnie dla takich meczów wpadamy co tydzień na AWF!

5 Liga

Fuszerka zdecydowanie nie może zaliczyć tegorocznego sezonu letniego do udanych. Z dorobkiem zaledwie jednego punktu zamyka ligową tabelę na poziomie 5. ligi. Jej rywalem była tym razem ekipa Gamba Veloce, czyli aktualny lider, który od pierwszych minut spotkania pokazał, dlaczego znajduje się na szczycie tabeli.

Mecz rozpoczął się pod dyktando gości. Już na początku spotkania dwie szybkie bramki zdobył Janek Sienicki, dając swojej drużynie komfortowe prowadzenie. Na kolejne trafienia nie musieliśmy długo czekać. Jeszcze przed przerwą do siatki Fuszerki trafili Bartosz Dybowski oraz Aleks Opara, a swoje trzecie trafienie dołożył również Sienicki. Tym samym najlepszy strzelec Gamby już w pierwszej połowie skompletował hat-tricka, a jego drużyna schodziła na przerwę z prowadzeniem 0:5.

Wynik doskonale oddawał boiskowe wydarzenia. Gamba Veloce, jak przystało na lidera, zdecydowanie prowadziła grę i dyktowała warunki. Jej zawodnicy częściej utrzymywali się przy piłce, sprawnie konstruowali kolejne akcje i stwarzali więcej groźnych sytuacji pod bramką rywali. Fuszerce nie można było jednak odmówić ambicji, ponieważ mimo niekorzystnego rezultatu gospodarze starali się walczyć o każdą piłkę.

Po zmianie stron obraz gry niewiele się zmienił. Gamba Veloce potrzebowała zaledwie dziesięciu minut, aby dołożyć kolejne cztery trafienia. Przy wyniku 0:9 losy spotkania były już w zasadzie przesądzone. W szeregi lidera wkradło się jednak lekkie rozluźnienie, które Fuszerka zdołała wykorzystać. Piotr Jastrząb zdobył pierwszą bramkę dla swojej drużyny, dając jej choć odrobinę powodów do radości. To było jednak zdecydowanie za mało, aby powstrzymać rozpędzonych rywali. Fuszerka zdołała jeszcze dwukrotnie znaleźć drogę do bramki, ale przeciwnik również dołożył kolejne trafienie, a końcowy wynik brzmiał 3:10.

Gamba Veloce po tej kolejce pozostaje więc na fotelu lidera. Co więcej, dzięki temu zwycięstwu odskakuje rywalom na trzy punkty i robi ważny krok w kierunku triumfu w końcowym rozrachunku. Fuszerka natomiast ponownie musi przełknąć gorycz porażki i z zaledwie jednym punktem na koncie wciąż zamyka ligową tabelę.

Rodzina Soprano zwyciężyła w hitowym spotkaniu z FC Alliance Next Generation 5:3. Wynik ten może okazać się kluczowy w kontekście końcówki sezonu, ponieważ gospodarze stracili pozycję lidera, natomiast goście dzięki kompletowi punktów włączyli się do walki o miejsce na ligowym podium.

Lepiej w mecz weszła ekipa w limonkowych trykotach. Już w 3. minucie spotkania błąd w rozegraniu bramkarza Rodziny Soprano wykorzystał Volodymyr Deidei, który przejął piłkę i pewnym strzałem wyprowadził FC Alliance Next Generation na prowadzenie. Szybko stracona bramka nie podłamała jednak gości. Wręcz przeciwnie – z każdą kolejną minutą przejmowali inicjatywę i coraz śmielej atakowali bramkę rywali.

Przełamanie przyszło za sprawą Grzegorza Bogdańskiego, który potężnym uderzeniem nie dał żadnych szans bramkarzowi gospodarzy. Co ciekawe, po zdobytej bramce spokojnie odwrócił się i niemal nonszalancko wrócił na własną połowę, jakby doskonale wiedział, że to dopiero początek odrabiania strat. Od tego momentu Rodzina Soprano przejęła pełną kontrolę nad wydarzeniami boiskowymi. Najpierw Zagrodzki popisał się skutecznym wykonaniem rzutu wolnego, a tuż przed przerwą Filip Motyczyński wykorzystał fatalny błąd bramkarza Alliance, dzięki czemu jego zespół schodził do szatni z dwubramkowym prowadzeniem.

Po zmianie stron gospodarze wrócili do gry. Ponownie błysnął Volodymyr Deidei, który skutecznie wykończył szybki kontratak swojej drużyny, przywracając nadzieję na korzystny rezultat. Przez kilka minut spotkanie ponownie nabrało rumieńców, jednak Rodzina Soprano zachowała spokój i nie pozwoliła rywalom przejąć inicjatywy. Najpierw Filip Motyczyński świetnie obsłużył Bartka Oleksiewicza, wykładając mu piłkę do pustej bramki, a chwilę później sam po raz drugi wpisał się na listę strzelców, praktycznie rozstrzygając losy spotkania. Alliance zdołało jeszcze zdobyć trzecią bramkę, jednak na odrobienie strat było już zdecydowanie za późno.

Rodzina Soprano pokazała ogromną dojrzałość, spokój oraz kontrolę nad przebiegiem meczu. Dzięki temu zwycięstwu włączyła się do walki o czołowe lokaty, natomiast FC Alliance Next Generation może żałować straconej szansy na utrzymanie pozycji lidera i przybliżenie się do mistrzowskiego tytułu.

Spotkanie Panów z Rejonu z FC Melange było niezwykle wyrównane od pierwszej do ostatniej minuty. Po pierwszej połowie Pany z Rejonu prowadziły 3:2, jednak po zmianie stron żadna z drużyn nie zamierzała odpuszczać. Ostatecznie Pany z Rejonu wygrały 5:4, a decydująca bramka padła dosłownie w ostatnich sekundach spotkania.

Największym bohaterem Panów z Rejonu został Wojciech Jaroszek, który zdobył wszystkie pięć bramek swojej drużyny! Był jedynym strzelcem Panów z Rejonu i praktycznie każdą sytuację, którą otrzymał, potrafił zamienić na gola. Jego skuteczność była kluczowa, a wisienką na torcie okazało się trafienie na 5:4, zdobyte w ostatnich sekundach meczu, które zapewniło jego drużynie niezwykle cenne trzy punkty. Tak znakomity występ zaowocował również wyborem Wojciecha Jaroszczyka na MVP 5. Ligi Fanów.

Nie można jednak pominąć Marcela Hryniszyna, który był idealnym partnerem dla Jaroszczyka. Zanotował aż cztery asysty, mając bezpośredni udział przy niemal każdej bramce Panów z Rejonu. Taka współpraca pokazuje, jak doskonale obaj zawodnicy rozumieją się na boisku i jak ważne dla sukcesu zespołu jest ich wzajemne zgranie.

Po stronie FC Melange wyróżnił się Łukasz Słowik, który również zaprezentował świetną skuteczność, zdobywając trzy bramki. Jego trafienia pozwalały Melange utrzymywać kontakt z rywalem i do końca walczyć o korzystny rezultat.

Dla Panów z Rejonu było to niezwykle ważne zwycięstwo w kontekście tabeli. Przed tym spotkaniem FC Melange znajdowało się aż pięć punktów wyżej, dlatego wygrana z bezpośrednim rywalem pozwoliła Panom z Rejonu znacząco zmniejszyć tę stratę. Co więcej, dzięki kolejnym trzem punktom Pany z Rejonu powoli wydostają się ze strefy spadkowej i zaczynają coraz wyraźniej zbliżać się do wyższych lokat. Ciekawe, na której uda im się ostatecznie wylądować.

MWSP w Lidze Letniej gra w kratkę i to dosłownie. Raz zwycięstwo, raz porażka i gdyby zachować tę tendencję, to przeciwko Sparcie Maciek Wrotniak i spółka powinni zwyciężyć. To się zresztą dość dobrze składało, bo MWSP było po prostu faworytem tego spotkania, biorąc pod uwagę fakt, że oponenci mieli do tego momentu na swoim koncie tylko jeden punkt. Ale Sparta przyjechała na niedzielną potyczkę wzmocniona – Aidyn Yessaly to gość, który jeszcze niedawno grał w dużo wyższych ligach i tym samym poziom trudności dla MWSP znacznie wzrósł.

Zaczęło się jednak dobrze dla tego zespołu – co prawda pierwsza groźna okazja należała do Sparty, to gole początkowo zdobywali wyłącznie gracze MWSP. Zaczął trafieniem z główki Jakub Sołdaczuk, a potem na 2:0 podwyższył Maciek Wrotniak. Sparta mogła być niepocieszona po takim starcie, bo również miała swoje okazje, lecz ze skutecznością była na bakier. W końcu jednak wzięła się do roboty, a pomógł jej w tym Janek Małaśnicki, którego błąd przy stanie 2:0 pozwolił Sparcie odrobić część strat, a za chwilę było już 2:2. Takim też wynikiem pierwsza połowa się zakończyła, chociaż gdyby Vladyslav Barabash wykazał się lepszą precyzją w 100% okazji, to nominalni goście mogli nawet prowadzić.

Druga połowa okazała się kalką pierwszej. Znów oglądaliśmy bowiem wyrównane starcie, ale trafienia ponownie na swoje konto zapisywali faworyci. Zbudowali oni sobie dwubramkową przewagę, jednak podobnie jak w premierowej odsłonie, nie potrafili dowieźć jej do końca. Na 3:4 trafienie zanotował Vladyslav Barabash, a potem obrona MWSP na za dużo pozwoliła Aidynowi Yessalyemu i mieliśmy remis.

Obie ekipy nie chciały się pogodzić z takim stanem rzeczy, walczyły do końca o jego zmianę, ale finalnie chyba skończyło się sprawiedliwie. Większy niedosyt może odczuwać MWSP, bo jednak dwukrotnie prowadzić dwoma bramkami i zremisować – to musi boleć, tym bardziej, że przy stanie 4:2 było kilka okazji, by tę potyczkę "zabić". Z kolei Sparta pokazała, że chociaż o nic konkretnego już w tym sezonie nie walczy, to może pokrzyżować szyki tym, którzy ambicje wciąż posiadają.

6 Liga

Przed tym spotkaniem obie drużyny znajdowały się w zupełnie innych sytuacjach. Dynamo Wołomin po ostatnim zwycięstwie ponownie zbliżyło się do ligowej czołówki, natomiast Hiszpański Galeon w czterech kolejkach zgromadził zaledwie trzy punkty. Mimo różnicy w tabeli goście od pierwszych minut pokazali, że tego dnia zamierzają postawić rywalom trudne warunki.

Początkowo to Galeon dłużej utrzymywał się przy piłce i konstruował składne akcje, podczas gdy Dynamo próbowało zaskoczyć rywali głównie strzałami z dystansu. Gospodarze znaleźli jednak inny sposób na otwarcie wyniku – po wznowieniu z autu Dzięcioł odnalazł w polu karnym Fransowskiego, który wykorzystał pozostawione mu miejsce. Gol wyraźnie napędził Dynamo, a niedługo później błąd w defensywie Galeonu wykorzystał Łukasiewicz i zrobiło się 2:0.

Dwubramkowa strata nie podcięła gościom skrzydeł. Ładnym strzałem po zejściu do środka popisał się Romanowski, zdobywając bramkę kontaktową, a trzy minuty później wypatrzył w polu karnym Milewskiego, który doprowadził do remisu. Galeon poszedł za ciosem. Małażewski podszedł do rzutu wolnego, dostrzegł lukę w murze i mocnym strzałem pokonał bramkarza. Prowadzeniem goście nie nacieszyli się jednak długo – niespełna minutę później defensywa Galeonu zgubiła krycie, a Adamowski doprowadził do remisu 3:3.

Po zmianie stron tempo nieco spadło. Akcje przenosiły się spod jednej bramki pod drugą, ale żadna z drużyn nie potrafiła stworzyć sobie stuprocentowej okazji. Taki stan utrzymywał się do momentu, gdy Małażewski ruszył z piłką lewą flanką, minął dwóch rywali i precyzyjnym strzałem lewą nogą przy dalszym słupku ponownie dał Galeonowi prowadzenie. Stracona bramka zmusiła Dynamo do odważniejszej gry. Gospodarze przejęli na dłużej piłkę i zaczęli mocniej naciskać na rywali. Końcówka odwróciła losy spotkania. Najpierw po wrzucie z autu piłka odbiła się od jednego z obrońców i wpadła do siatki, a później Fransowski przejął piłkę i strzałem z dystansu zapewnił Dynamu zwycięstwo.

Galeon rozegrał jedno ze swoich lepszych spotkań tego lata, lecz w decydujących momentach zabrakło koncentracji. Dynamo zgarnęło komplet punktów i po piątej kolejce awansowało na drugie miejsce w tabeli.

Spotkanie FC Olimpik z Orła Cień rozpoczęło się od bardzo wyrównanej walki. Do przerwy Orła Cień prowadziło 2:1, choć z każdą kolejną minutą było widać coraz większą przewagę tego zespołu. Po zmianie stron Orła Cień całkowicie przejęło kontrolę nad spotkaniem, zdobywając aż cztery bramki i nie pozwalając rywalom na skuteczną odpowiedź. Ostatecznie mecz zakończył się zwycięstwem Orła Cień 6:2.

Na szczególne wyróżnienie zasłużył Antoni Komsta, który rozegrał fenomenalne spotkanie. Zawodnik Orła Cień zdobył dwie bramki oraz zanotował asystę, będąc jednym z najważniejszych ogniw swojego zespołu. Tak znakomity występ został doceniony wyborem do Szóstki Kolejki, a także tytułem MVP 6. Ligi Fanów.

Nie można również zapomnieć o Kamilu Wiktorowiczu, który między słupkami Orła Cień rozegrał bardzo dobre spotkanie. Bramkarz miał szczególnie dużo pracy w drugiej połowie, kiedy FC Olimpik próbował odwrócić losy meczu. Kamil zaliczył wiele ważnych interwencji i skutecznie powstrzymywał kolejne ataki rywali. Najlepszym podsumowaniem jego występu jest fakt, że w drugiej połowie nie dał się pokonać ani razu, pomagając swojej drużynie bezpiecznie dowieźć zwycięstwo do końcowego gwizdka.

Po stronie FC Olimpik warto natomiast pochwalić bramkarza Mykolę Titova. Choć jego zespół stracił sześć bramek, sam golkiper miał ogrom pracy i zaliczył bardzo wiele znakomitych interwencji. Wielokrotnie ratował Olimpik przed kolejnymi trafieniami i sprawił, że końcowy wynik nie był jeszcze wyższy. Przy jego postawie można śmiało powiedzieć, że bez jego interwencji Orła Cień mogło zakończyć spotkanie z jeszcze większą liczbą zdobytych bramek.

Dla Orła Cień było to niezwykle ważne zwycięstwo w kontekście tabeli 6. Ligi Fanów. Dzięki zdobytym trzem punktom zespół wydostaje się ze strefy spadkowej i jednocześnie zmniejsza stratę do czołowych lokat. Zupełnie inne nastroje panują w obozie FC Olimpik – porażka okazała się bardzo bolesna, ponieważ kosztowała ich utratę pozycji lidera. Olimpik spada z pierwszego na trzecie miejsce, co tylko pokazuje, jak wiele może zmienić jeden mecz w niezwykle wyrównanej tabeli.

Starcie KS Centrum z FC Everest dostarczyło kibicom mnóstwa wrażeń, jednak o końcowym rozstrzygnięciu zadecydowała postawa obu zespołów po przerwie. Choć pierwsza część spotkania należała do bramkarza gospodarzy, druga połowa okazała się bezlitosnym pokazem siły ze strony gości.

Pierwsza połowa stała pod znakiem absolutnego popisu Piotra Bąkowskiego. Golkiper KS Centrum rozgrywał zawody życia – obronił rzut karny i zaliczył całą serię spektakularnych interwencji, dając swojemu zespołowi realną nadzieję na korzystny wynik. Wydawało się, że to zdecydowanie jego dzień, a ulegając rywalom zaledwie 1:2 do przerwy, gospodarze wciąż pozostawali w grze o punkty.

Niestety dla KS Centrum po zmianie stron losy meczu odwróciły się o 180 stopni. Obrońcy gospodarzy jakby całkowicie stracili wiarę i wenę do krycia rywali, pozostawiając swojemu bramkarzowi zbyt wiele pracy. FC Everest bezstresowo wykorzystywał luki w defensywie i bezlitośnie punktował przeciwnika.

Druga część meczu obfitowała również w stałe fragmenty gry – kibice zobaczyli aż dwa rzuty karne. Najpierw przy wyniku 1:3 „jedenastkę” na bramkę pewnie zamienił Vadym Lysytskyi, przypieczętowując rosnącą przewagę przyjezdnych, a w samej końcówce spotkania, przy wyniku 2:7, kolejny rzut karny skutecznie egzekwował Maciej Wojda.

Ostatecznie FC Everest pewnie i zasłużenie zgarnął komplet punktów, wygrywając aż 7:2, a gospodarzom pozostaje wyciągnąć wnioski z postawy defensywy w drugiej połowie.

Kibice zgromadzeni na niedzielnym spotkaniu z pewnością nie żałowali poświęconego czasu. Starcie Mistrzów Chaosu z drugą drużyną Kresowii Warszawa dostarczyło emocji, którymi można by obdzielić kilka innych meczów. Widzieliśmy w nim absolutnie wszystko: całkowitą dominację, bolesne trafienie samobójcze, spektakularną pogoń gości i ostateczny, decydujący zryw gospodarzy.

Od pierwszego gwizdka spotkanie przebiegało pod dyktando Mistrzów Chaosu. Gospodarze wyszli na murawę niezwykle skoncentrowani, narzucając rywalom własne warunki gry i spychając Kresowię do głębokiej defensywy. Ofensywne nastawienie szybko przyniosło efekty, a wynik na 2:0 podwyższył nieszczęśliwy gol samobójczy Pawła Grycko, który niefortunnie interweniował we własnym polu karnym. Mistrzowie Chaosu nie zwalniali tempa i jeszcze przed przerwą dołożyli trzecią bramkę. Schodząc do szatni z bezdyskusyjną zaliczką 3:0, gospodarze wydawali się mieć ten mecz pod pełną kontrolą.

To, co wydarzyło się po zmianie stron, zaskoczyło jednak wszystkich. Kresowia II wyszła na drugą połowę z całkowicie nową energią. Przebudzenie gości było natychmiastowe – zgaszona dotąd drużyna z Warszawy zaczęła grać odważnie, wysokim pressingiem i z niesamowitą skutecznością. Gospodarze wyraźnie stracili rezon, co skrupulatnie wykorzystywali przyjezdni. Kresowia zdobywała bramkę za bramką, doprowadzając najpierw do wyrównania, a chwilę później – wprawiając miejscowych rywali w osłupienie – wyszła na prowadzenie 3:4!

Gdy wydawało się, że Mistrzowie Chaosu wypuszczą zwycięstwo z rąk i ulegną po spektakularnym powrocie rywali, miejscowi zdołali opanować nerwy. W kluczowym momencie meczu otrząsnęli się z szoku i ponownie ruszyli do natarcia. Woli walki nie można im było odmówić – szybkie doprowadzenie do remisu przywróciło wiarę w sukces, a decydujący cios zadany w samej końcówce przechylił szalę na ich stronę. Mistrzowie Chaosu dowieźli wywalczone w wielkich bólach prowadzenie 5:4 do ostatniego gwizdka arbitra, zgarniając komplet punktów po prawdziwym piłkarskim dreszczowcu.

7 Liga

Spotkanie pomiędzy Inferno Team III a Wincars miało wyraźnego faworyta, którym byli gospodarze. Tyle że już pierwsze minuty pokazały, że Wincars przyjechało na to spotkanie z zamiarem walki o komplet punktów, a nie jedynie uniknięcia wysokiej porażki, jak mogły sugerować wcześniejsze wyniki tej drużyny.

Fantastycznym dryblingiem popisał się Mikhail Bulakh, który zwieńczył indywidualną akcję efektowną podcinką nad bramkarzem, wyprowadzając swój zespół na prowadzenie. Zaledwie kilka minut później było już 2:0. Ponownie na listę strzelców wpisał się Bulakh, a chwilę później prowadzenie podwyższył Wadym Khilhora. Oba trafienia były efektem znakomitych akcji indywidualnych, z którymi defensywa Inferno nie potrafiła sobie poradzić. Wydawało się, że gospodarze znaleźli się w bardzo trudnym położeniu, jednak jeszcze przed przerwą kontaktową bramkę zdobył Krzysztof Matyja, dając swojej drużynie nadzieję na odwrócenie losów spotkania.

Po zmianie stron obraz meczu zmienił się diametralnie. Wojciech Sobieski zdobył gola na 2:3, a Inferno ruszyło do zdecydowanych ataków. Nadmierne zaangażowanie w ofensywę sprawiło jednak, że gospodarze zostawili sporo wolnej przestrzeni z tyłu, co Wincars błyskawicznie wykorzystało, ponownie odskakując rywalom.

Końcówka należała już jednak do Inferno. Duet Sobieski–Matyja napędzał kolejne akcje ofensywne, a gospodarze nie tylko odrobili straty, ale również wyszli na prowadzenie. Wydawało się, że kolejne bramki dla Inferno są już tylko kwestią czasu. Emocje trwały jednak do ostatnich sekund. Wincars otrzymało znakomitą okazję na doprowadzenie do remisu, mając dosłownie piłkę meczową przy nodze jednego ze swoich zawodników. Goście nie wykorzystali jednak tej szansy i musieli pogodzić się z kolejną porażką, pozostając bez zwycięstwa po pięciu kolejkach letniej edycji Decathlon Ligi Fanów.

Inferno Team III dzięki temu zwycięstwu praktycznie zagwarantowało sobie miejsce na podium i nadal, ramię w ramię z Ternovitsią II, pozostaje w walce o mistrzowski tytuł.

Shitable i Tirowcy mieli przed tą kolejką solidarnie po 6 punktów. Wystarczył prosty rzut oka na tabelę, żeby wiedzieć, że bezpośrednia potyczka to będzie praktycznie „być albo nie być” w walce o miejsce na podium. Jedni i drudzy byli bardzo zdeterminowani i nie wiedzieliśmy, komu może być tutaj bliżej do zwycięstwa.

Mecz miał zresztą swoje fazy i trzeba powiedzieć, że pierwsza połowa toczyła się pod dyktando Tirowców. A już na pewno, jeśli chodzi o procent wykorzystywania swoich okazji. Zaczęło się od gola Maksa Szulca, który ładnie uderzył z lewej nogi po długim rogu. Potem z metra w słupek po stronie Shitable uderzył Vitalii Boiarchuk, co spotkało się z bolesną odpowiedzią oponentów, a konkretnie Bartka Nienałtowskiego, który popisał się ładną, indywidualną szarżą.

Shitable odpowiedziało trafieniem Marka Barsukoua, ale Tirowcy nie tylko nie dali się dogonić, lecz wrzucili jeszcze wyższy bieg. Ukoronowaniem ich przewagi była kolejna piękna bramka Dominika Strusa i do przerwy było 5:2 dla zespołu Amadeusza Kopacza.

W drugiej połowie wszystko się jednak zmieniło. Po stronie Shitable kierownicę w dłoń chwycili Stanislau Krayeuski oraz wspomniany wcześniej Mark Barsukou. To głównie dzięki ich wysiłkom drużyna w białych strojach zaczęła powoli odrabiać straty. I robiła to skutecznie, bo Shitable doprowadziło do stanu 5:5! Wydawało się nawet, że teraz przewaga psychologiczna jest właśnie po stronie tego zespołu, ale chociaż okazje były po obu stronach, to gola numer 11 w tej konfrontacji zanotowali Tirowcy, a konkretnie Janek Kozłowski. To był duży oddech dla Tirowców, którzy wciąż jednak musieli mieć się na baczności.

Nie dali sobie jednak już nic strzelić, a pod sam koniec wyprowadzili kontrę, którą skutecznie wykończył najlepszy na placu Bartek Nienałtowski. Shitable może mówić o rozczarowaniu. Gdyby całe spotkanie zagrało z taką determinacją jak drugą połowę, to być może wynik byłby odwrotny. Dziś to jednak tylko gdybanie, bo ciężko im już będzie włączyć się do gry o medale. Do samego końca pozostaną w niej z kolei Tirowcy, a jeśli wygrają najbliższy mecz z Wczorajszymi, to przynajmniej brązowe medale będą mieli na wyciągnięcie ręki.

Bardzo wyrównany mecz obejrzeliśmy pomiędzy Ternovitsią II a Wczorajszymi. I trudno się temu dziwić, ponieważ stawka tego spotkania była naprawdę wysoka. Obie drużyny doskonale zdawały sobie sprawę, że każdy punkt może mieć ogromne znaczenie w końcowym układzie tabeli. Ostatecznie dostaliśmy dwie bardzo wyrównane połowy, ale Ternovitsia od momentu, gdy jako pierwsza trafiła do siatki, nie pozwoliła rywalom ani razu wyjść na prowadzenie.

W pierwszej połowie padł wynik 3:2, a po zmianie stron Ternovitsia dołożyła jeszcze dwie bramki, zachowując przy tym czyste konto. Wczorajsi przez cały czas pozostawali jednak w grze. Było czuć, że jeden gol może całkowicie zmienić obraz spotkania i dać im impuls do odwrócenia losów meczu. Tego upragnionego trafienia w drugiej połowie, niestety dla nich, nie było. Ternovitsia zachowała więcej spokoju, dobrze kontrolowała wynik i dowiozła cenne zwycięstwo do końcowego gwizdka.

O napięciu panującym na boisku świadczą również trzy żółte kartki pokazane w tym spotkaniu. Na szczęście obyło się bez większych spięć i dużej liczby niepotrzebnych dyskusji. Była walka, były emocje, ale przede wszystkim obie drużyny skupiły się na grze.

Dzięki temu zwycięstwu Ternovitsia wskakuje na pierwsze miejsce w tabeli i robi kolejny ważny krok w walce o końcowy triumf. Wczorajsi pozostają na trzeciej pozycji, ale do lidera tracą zaledwie trzy punkty. Przy tak wyrównanej czołówce wszystko jest jeszcze możliwe, a następne kolejki mogą przynieść jeszcze sporo zmian na szczycie tabeli.

Siwy Koń przed piątą kolejką znajdował się tuż za ligową czołówką i miał szansę włączyć się do walki o najwyższe miejsca. Vikersonn II UA miał natomiast za sobą znacznie mniej udany początek letnich rozgrywek – trzy porażki w czterech spotkaniach nie napawały optymizmem i sprawiły, że kolejne punkty były drużynie bardzo potrzebne.

Początek spotkania należał do gospodarzy. Już w 6. minucie Dziubiński wykorzystał podanie Zwierzchowskiego i dał Siwemu Koniowi prowadzenie. Stracona bramka pobudziła Vikersonn, który ruszył do ataku i coraz częściej gościł pod bramką rywali. Goście byli bliscy wyrównania już kilka minut później, jednak piłka po jednym ze strzałów zatrzymała się na poprzeczce. Siwy Koń również miał swoje okazje, bazując głównie na kontratakach, ale nie potrafił zamienić ich na kolejne trafienie. Przy jednej z prób zabrakło naprawdę niewiele – piłka po strzale zatrzymała się na słupku. Gdy wydawało się, że gospodarze zejdą na przerwę z minimalną przewagą, Vikersonn wyrównał – Shulha dograł piłkę z boku, a Vovk dopełnił formalności, kierując ją do pustej bramki.

Po zmianie stron gra była wyrównana. Żółta kartka dla Kurhanskiego sprawiła, że Vikersonn przez kilka minut mógł grać w przewadze i starał się zrobić z niej użytek, ustawiając się wysoko i mocniej naciskając na rywali. Goście byli bliscy wykorzystania przewagi, ale po raz drugi tego dnia na ich drodze stanęła poprzeczka.

Paradoksalnie przewagę dała Vikersonnowi dopiero gra pięciu na pięciu. Po wrzucie z autu piłka trafiła do Petryszyna, który dograł ją do Shulhy, a ten celnym strzałem głową dał swojej drużynie prowadzenie. Siwy Koń szukał odpowiedzi, ale defensywa Vikersonnu dobrze radziła sobie z próbami gospodarzy. W 42. minucie Syrotiuk indywidualną akcją podwyższył prowadzenie i praktycznie zamknął to spotkanie.

Rezerwy Vikersonnu odniosły tym samym dopiero drugie zwycięstwo tego lata, dzięki czemu zrównały się punktami z Siwym Koniem. Walka o czołowe miejsca pozostaje więc otwarta, a po tym spotkaniu w środku tabeli zrobiło się jeszcze ciaśniej.

8 Liga

Spotkanie Niedzielnych z Yug.budem dostarczyło sporo emocji i przede wszystkim bardzo dużo bramek. Do przerwy to Jugbud prowadził 4:3, jednak po zmianie stron Niedzielni pokazali świetną skuteczność i odwrócili losy spotkania, ostatecznie zwyciężając aż 9:6.

Na szczególne wyróżnienie w zespole Niedzielnych zasłużył Damian Lada, który był jednym z najważniejszych zawodników swojej drużyny. Napastnik czterokrotnie znalazł drogę do bramki rywali, a do swojego dorobku dołożył również jedną asystę. Jego skuteczność miała ogromne znaczenie dla końcowego wyniku.

Ważną postacią Niedzielnych był także Marcin Aksamitowski. Bramkarz zaliczył bardzo dużo świetnych interwencji i wielokrotnie ratował swój zespół w trudnych momentach. Jego postawa pozwoliła Niedzielnym utrzymać się w grze i ostatecznie przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę.

Po stronie Yug.budu zdecydowanie wyróżnił się Volodymyr Kharin, który zdobył trzy bramki i zanotował jedną asystę. Był jednym z motorów napędowych swojej drużyny i do końca spotkania stanowił duże zagrożenie dla defensywy Niedzielnych.

To zwycięstwo ma dla Niedzielnych szczególne znaczenie również w kontekście tabeli 8. Ligi Fanów. Dzięki zdobytym trzem punktom Niedzielni wskoczyli na trzecie miejsce, a tuż za nimi znajduje się właśnie Yug.bud. Obie drużyny mają obecnie po 9 punktów, dlatego walka o czołowe lokaty zapowiada się niezwykle interesująco.

Starcie Luminy z zespołem Szereg Homogenizowany już przed pierwszym gwizdkiem miało wyraźnego faworyta. Lider 8. ligi przystąpił do spotkania w pełnym, jedenastoosobowym składzie, podczas gdy zajmujący przedostatnią lokatę goście stawili się zaledwie w sześciu zawodników. Dodatkowym utrudnieniem dla Szeregu Homogenizowanego były trudne warunki atmosferyczne – mecz rozgrywany był w najgorętszym momencie dnia, co przy tak ograniczonej liczbie zmian mogło odegrać kluczową rolę.

Strzelanie rozpoczął Andrzej Kuts, który już na początku spotkania wyprowadził Luminę na prowadzenie. Zaledwie kilkadziesiąt sekund później wynik podwyższył Vladyslav Krupa, dając gospodarzom bardzo komfortowy start. Goście mieli ogromne problemy z kreowaniem sytuacji bramkowych, jednak zdołali wykorzystać prezent od defensywy rywali. Jeden z obrońców Luminy popełnił kosztowny błąd, wykładając piłkę wprost pod nogi Bogdana Bańkowskiego, który bez większych problemów skierował ją do siatki.

Decydującym czynnikiem okazała się jednak szeroka kadra gospodarzy. Po zmianie całej piątki zawodników z pola Lumina utrzymała bardzo wysokie tempo gry, podczas gdy zmęczenie coraz bardziej dawało się we znaki rywalom. Świetnie wykorzystał to Arseni Bahuleuski, który jeszcze przed przerwą skompletował hat-tricka i praktycznie przesądził o losach spotkania.

Po zmianie stron Szereg Homogenizowany został wzmocniony dwoma zawodnikami, co pozwoliło gościom złapać drugi oddech i nawiązać bardziej wyrównaną walkę. Nie wystarczyło to jednak, aby zatrzymać znakomicie dysponowaną Luminę, która z dużą swobodą konstruowała kolejne akcje i systematycznie powiększała swoją przewagę. Warto podkreślić, że zaledwie dwóch zawodników gospodarzy nie wpisało się do protokołu meczowego, co doskonale pokazuje, jak dobrze funkcjonował cały zespół. Po stronie gości na szczególne wyróżnienie zasłużył Dawid Safin, autor dwóch trafień.

Ostatecznie Lumina zwyciężyła 11:4, umacniając się na pozycji liderq. Co więcej, niespodziewana porażka Interu sprawiła, że do sięgnięcia po mistrzowski tytuł gospodarzom wystarczy już jedno zwycięstwo w dwóch pozostałych spotkaniach. Szereg Homogenizowany natomiast wciąż ma przed sobą dwie szanse na przełamanie niekorzystnej serii i poprawę swojej sytuacji w końcówce sezonu.

Naprawdę dobre widowisko, jak na realia 8. Ligi, zobaczyliśmy w spotkaniu Lisów Bez Polisy z FC Śmietanką. Choć przez większość meczu to goście mieli wyraźną przewagę i częściej kontrolowali wydarzenia na boisku, Lisom nie można odmówić ambicji. Gospodarze do końca szukali swoich szans i potrafili stworzyć kilka naprawdę groźnych sytuacji.

Pierwsza połowa była jeszcze bardzo wyrównana. Śmietanka wyglądała nieco lepiej, ale Lisy skutecznie odpowiadały na ataki rywali. Do przerwy goście prowadzili 2:1, a mecz wciąż pozostawał całkowicie otwarty.

Po zmianie stron Śmietanka zaczęła jednak coraz wyraźniej potwierdzać swoją przewagę. W centrum wydarzeń znajdował się Racinowski, który dyrygował grą swojej drużyny. Świetnie prowadził piłkę, znajdował przestrzenie, kreował kolejne akcje i precyzyjnie obsługiwał kolegów. W jego statystykach znalazła się tylko jedna bramka, ale liczby nie oddają jego wpływu na to spotkanie – tego dnia był po prostu sercem Śmietanki.

Goście z czasem całkowicie przejęli inicjatywę i nagle na tablicy wyników pojawiło się 1:6. Wydawało się, że mecz jest już rozstrzygnięty, ale Lisy nie zamierzały się poddać. Gospodarze pokazali charakter, ruszyli do odrabiania strat i w krótkim czasie zdobyli aż trzy bramki. Nagle zrobiło się ciekawie, jednak przewaga wypracowana wcześniej przez Śmietankę była zbyt duża. Warto również odnotować bardzo dobrą postawę Krystiana Załuckiego, który popisał się obroną rzutu karnego i dał swojej drużynie dodatkowy impuls do walki.

Ostatecznie FC Śmietanka wygrała 6:4. Wynik wydaje się sprawiedliwy – Lisy mogą być zadowolone z ambitnej końcówki, ale przez większą część spotkania to Śmietanka była zespołem lepszym, bardziej poukładanym i konkretniejszym w ofensywie. Gospodarze pokazali jednak, że nawet przy niekorzystnym wyniku potrafią walczyć do ostatniego gwizdka.

Jednym z ostatnich spotkań rozegranych podczas 5. kolejki ligi letniej było starcie Interu z Heavyweight Heroes. Gospodarze przystępowali do tego meczu jako jedni z głównych kandydatów do sięgnięcia po mistrzostwo 8. Ligi. Plany pokrzyżowali im jednak goście, którzy sprawili niemałą niespodziankę, odnosząc niezwykle cenne zwycięstwo i tym samym włączając się do walki o miejsce na ligowym podium.

Spotkanie nie mogło rozpocząć się lepiej dla Heavyweight Heroes. Już po niespełna minucie gry prowadzenie gościom dał Patryk Parzych, który skutecznie zamknął dośrodkowanie i precyzyjnym uderzeniem głową pokonał bramkarza Interu. Można powiedzieć, że tak szybka strata bramki skutecznie wybudziła gospodarzy z letargu. Inter natychmiast ruszył do odrabiania strat, lecz wszystkie próby rozbijały się o świetnie zorganizowaną defensywę rywali.

Najjaśniejszym punktem zespołu Heavyweight Heroes był jednak Krzysztof Wiśniewski. Bramkarz gości rozgrywał kapitalne zawody, a jedną z najbardziej efektownych interwencji popisał się po rykoszecie od własnego obrońcy, fenomenalnie broniąc uderzenie nogą. Gdy wydawało się, że Inter jest coraz bliżej wyrównania, goście odpowiedzieli w najlepszy możliwy sposób. Po dobrze rozegranym stałym fragmencie gry z linii autowej prowadzenie na 2:0 podwyższył Rafał Spodar. Z takim wynikiem oba zespoły schodziły do szatni.

Po zmianie stron Heavyweight Heroes zadali kolejny cios. Wycofaną piłkę przed pole karne znakomicie wykorzystał Maciek Rainko, podwyższając prowadzenie na 3:0. Mimo wysokiej zaliczki goście ani na moment nie stracili koncentracji. Inter przez całą drugą połowę próbował sforsować znakomicie dysponowaną defensywę przeciwników, jednak oprócz świetnej postawy rywali gospodarzom brakowało również skuteczności. Kilkukrotnie mieli okazję dograć piłkę do lepiej ustawionych kolegów, lecz podejmowali złe decyzje lub przegrywali pojedynki z Krzysztofem Wiśniewskim.

Honorowe trafienie dla Interu padło dopiero w końcówce spotkania po niefortunnym golu samobójczym jednego z zawodników Heavyweight Heroes. Było to jednak zdecydowanie za mało, by odwrócić losy rywalizacji.

To zwycięstwo mocno skomplikowało sytuację w ligowej tabeli. Heavyweight Heroes włączyli się do walki o czołowe lokaty, a obecnie aż pięć drużyn liczy się w rywalizacji o miejsca na podium. Dla Interu była to natomiast pierwsza porażka w sezonie, która sprawiła, że zespół traci trzy punkty do liderującej Luminy.

Facebook

Reklama

Tabela

Social Media

Youtube

Reklama