reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualności
aktualności
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
DECATHLON CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga

WYWIAD Z TOMKIEM HUBNEREM

W swojej karierze strzelił więcej goli niż Cristiano Ronaldo. Ale to nie tylko maszynka do zdobywania bramek – to również człowiek o niezwykłej pamięci: do liczb, do twarzy, do sytuacji. Wyrwany ze snu potrafiłby bez wahania przypomnieć sobie, ile goli zdobył przeciwko Dzikim Orzechom w osiedlowym turnieju sprzed dziesięciu lat. Encyklopedia i legenda Playareny, postać, którą w środowisku szóstek zna chyba każdy… a jeśli nie zna, to na pewno o niej słyszał.

Przed Wami Tomek Hübner, kapitan Husarii Mokotów.

W środowisku szóstek gdy mówi się: Husaria Mokotów od razu wiadomo, o kogo chodzi. No właśnie Tomek, jak to się wszystko zaczęło?

To akurat dobra historia, a w zasadzie lekcja. A w zasadzie to i historia, i lekcja. Ponieważ wszystko zaczęło się podczas lekcji historii w gimnazjum. Będąc w szkołach, od podstawówki po studia, zawsze konsekwentnie robiłem wszystko, tylko nie to, co powinienem. Ale chociaż wytrwale w założeniach! Tak samo było któregoś tam maja w gimnazjum na historii, był to rok 2014.

W wolnych chwilach od wygłupów – bo taki to był wiek – człowiek a to sobie coś pisał sam dla siebie, a to planował jakieś wyjazdy, życie, taktykę na piątkowy wieczór, lub po cichu, udając „że śpi”, przeglądał, co tam w sieci. Obok mnie siedział podobnego kalibru ananas – niejaki Norbert Wierzbicki. Już nie pamiętam, który z nas natrafił na wzmiankę o „jakiejś playarenie”. Że można skleić własny team i mierzyć się z każdym, jeżdżąc po Warszawie. My ogólnie wiedzieliśmy, iż żadni z nas piłkarze, ale łączyło nas i łączy to, że lubimy rywalizację i wyzwania. Zaciekawiło nas to. Norbi był związany z piłką od jakiegoś szóstego roku życia, więc w sumie od zawsze. Ja szczerze mówiąc dopiero co zaczynałem grać, ale moje zauroczenie kwitło w ekspresowym tempie.

Klepnęliśmy to. Ów pomysł zmaterializowaliśmy, osadziliśmy w jakieś tam formalne ramy, nadaliśmy temu kształt i nazwę. Gdybyś tamtemu szesnastoletniemu Tomkowi powiedział, że – teraz przepraszam, ale trochę wleci „samosłodzenie” – zdobędziemy 20+ ligowych medali, ponad drugie tyle w turniejach. Że na wielkim ogólnopolskim turnieju, jakim są Trzy Rogi Karny, gdzie zjeżdżają się wszyscy medaliści lig niższych, aż cztery razy będziemy w strefie medalowej, wśród najlepszych. Że zostaniemy Drużyną Roku Socca w Polsce, wybieraną nie spośród setek, a wręcz tysięcy ekip. Że dwa lata z rzędu polecimy na Ligę Mistrzów do innego kraju, by grać w Europie... Nie ma opcji, bym w to uwierzył. Zapytałbym co najwyżej o dostawcę i przekonywał, że „może jeszcze nie jest dla ciebie za późno”.

No totalnie nie ma opcji, aby nawet zalążek takiej akcji zaprojektował się w głowie któregoś z nas. Raczej obstawialiśmy, że z pięć razy dostaniemy na dziurę i szybko wrócimy do nory, gdzie nasze miejsce. Na początku było nas dwóch – wtedy, na tej lekcji historii – po jakimś tygodniu koło siedmiu. Dziś w miarę aktywnych zawodników jest około 60–70. Z jednej strony nie spodziewałem się, że to może przybrać aż takich rozmiarów, z drugiej – jak coś szczerze lubię, to zawsze wkładam w to dużo pasji i mam w sobie sporo determinacji, aby wszystko było ok.

Pierwszy mecz zagraliśmy z kolegami ze szkoły, którzy równolegle z nami startowali – nazywali się Mistrzowie 359 – i ograliśmy ich na legendarnym „98” na Morskim Oku 9:3. Fenomenalny spektakl – nie grajcie go nigdy. Sądzę, że był to jeden z najgorszych meczów w dziejach futbolu. Grunt, że wtedy uwierzyliśmy, że są gorsi – a dalej poszło...

Tak to się zaczęło... 2004 rok.

Tak to się zaczęło... 2004 rok.

Jak sam wspomniałeś, na początku graliście raczej w gronie bliskich znajomych. Dziś wystawiasz do gry aż cztery zespoły – to już chyba wymaga porządnego researchu i szukania chętnych wszędzie. Jak to wygląda w praktyce?

Oj, tu bym mógł długo, naprawdę długo. Riserczowanie, pozyskiwanie graczy, rozmowy, pertraktacje i badanie gruntu – temat rzeka. Średnio pływam, ale w tej rzece bym się akurat odnalazł. No ale postaram się tak w skrócie.

Przede wszystkim – do każdego, kto teraz to czyta – sprawdź Messengera, bo możliwe, że kiedyś już do ciebie napisałem (śmiech).

Nie no, żartuję! Choć kurczę, trochę w tym prawdy niestety też jest. Niestety, bo wiem, że bywa to namolne i czasem może nawet „średnie”, może i nie wypada. Może? Na tym „stanowisku” to jednak konieczne – to akurat wiem. Jeśli kogoś to irytuje – rozumiem – ale po prostu to jedyna opcja przy tak dużym projekcie, jakim dziś jest Husaria, aby to dalej trwało.

Jeśli chcesz zapewnić byt nie tylko czterem twoim zespołom w jednych rozgrywkach, ale de facto chcesz mieć aż sześć niezależnych składów do gry, około 70–80 osób do rotacji, to jesteś do tego poniekąd zmuszony, by czasem trochę pozasypywać lawiną wiadomości ludzi, których znasz szczątkowo albo niemal wcale. Na szczęście nie mam oporów, aby z kimś zacząć rozmowę, nawet jeśli się nie znamy. Wiem, że niektórzy mają takie bariery. Ja na szczęście często gadam z tymi osobami, jakbyśmy się znali całe życie. Także nie będę ściemniał – nieraz właśnie tak wygląda to „szukanie zawodników”. Staram się nie iść tą ścieżką, nie wyskakiwać każdemu z lodówki, ale czasem serio muszę – za co przepraszam.

Czasem też ktoś mi kogoś poleci. Na przykład ostatnio Kuba Brzeski Ernesta (Rząda) czy Kubę (Studziżbę), lub Mati Grabowski Leo (Gazzerę). Takich przykładów byłoby więcej. Klasyczny efekt kuli śnieżnej – ten ziomkuje się z X, a X z Z i Y – razem więc mamy nowe trio XYZ. Najczęściej szczerze jednak polega to chyba na mojej czutce. Wydaje mi się, że mam do tego jakiś zmysł, bo udało mi się w ten sposób wyhaczyć mnóstwo talentów, chociażby Janka Grzybowskiego czy Oskara Lachowicza. Nie znałem prywatnie tych chłopaków, byliśmy dla siebie zupełnie obcy, ale na obu grałem w niższych ligach Playareny. Przy Janku już po jakichś dwóch minutach wiedziałem, że to perełka. W samej jego wizji i tym, co widzi, dostrzegałem giga potencjał. Oski też mi oczywiście szybko wpadł w oko.

Mimo wszystko nie pisałem wtedy do nich, nie gadałem nic – mieli swoje kluby. Po prostu ich zapamiętałem. Tylko tyle i aż tyle. Ja tak często mam. Co jakiś czas sprawdzam potem, jak kogo sytuacja, mając już wiedzę, jakiego kalibru gracza mam do czynienia – ale też i bez ciśnienia. W przypadku tamtego duetu dopiero po jakichś dwóch latach do nich wracałem. Nie wiem jak, ale mi się to z automatu zapisuje w głowie: kto, jak, gdzie i takie tam. Mam, myślę, dobrą pamięć do twarzy, nazwisk, umiejętności innych – czasem nawet po kilkunastu latach potrafię sobie przypomnieć, że ktoś kiedyś mi piłkarsko zaimponował, odkopuję to ze swojej pamięci i wtedy wyceniam, czy temat warto podjąć, czy bezpowrotnie minęło. Na przykład z miesiąc temu przypomniałem sobie, że osiem lat temu grałem na chłopaka z fajnym potencjałem – Maciej Baldwin – i nawiązałem kontakt, choć spotkaliśmy się tylko ten jeden raz w 2017 roku. Tyle mi wystarczyło, by chociaż spróbować.

No i jeszcze jeden ważny aspekt. Czy grałem dobrze, czy słabo – to nieważne. Ale grałem. Zagrałem w życiu kilka tysięcy meczów w szóstkach, widziałem mnóstwo graczy, dzięki czemu w mojej głowie powstała taka „baza zawodników”. I ta baza serio jest spora. To też pomaga, kiedy sam zaczynam wertować w głowie, kto był gdzie, kim i jak grał.

Domyślam się, że gdybym zapytał o największy sukces drużyny, to powiedziałbyś: fakt, że Husaria wciąż istnieje i ma się dobrze. Ale jeśli miałbyś wskazać jeden, najprzyjemniejszy moment związany z drużyną – co by to było?

Czysto sportowo? Myślę, że nasze największe osiągnięcie dotychczas to srebro podczas ogólnopolskiego 3RK w 2022 roku. To w ogóle był mój najbardziej szalony dzień z piłką i – myślę – chłopaków od nas także. Pierwszy mecz przegraliśmy – każda kolejna porażka oznaczała wykop z eventu. Pamiętam to uczucie, kiedy graliśmy z nożem na gardle na Maciejowice Chorzów. Spotkanie z gatunku tych na maksa poje...chanych. Na trzy minuty przed końcem przegrywaliśmy i byliśmy poza turniejem. W trzy następne minuty było... pięć goli! My na remis 2:2, my na 3:2, oni na 3:3, my na 4:3 i finalnie Oski Lachowicz na 5:3. Wszystko dosłownie działo się w trzy minuty! Jest to na naszym YouTube („Droga do finału 3RK” czy jakoś tak). Nigdy później ani nigdy wcześniej nie brałem udziału w tak szalonym meczu. Wydarliśmy.

Ale aby grać dalej, musieliśmy ograć 5408 Squad – faworyta turnieju. Do dziesiątej minuty przegrywaliśmy 0:3. Oczywistym było, że odpadamy. Już człowiek sobie układał alternatywne plany na wieczór. A tu nagle taki uj – jakimś cudem w moment z 0:3 zrobiło się 4:3. Meksyk. Niestety na minutę przed końcem 5408 zdobyło bramkę na wagę remisu. Biednemu to jednak zawsze wiatr w oczy – tak myślałem. A tu bam! Znów, kiedy wydawało się, że to nasz koniec – równo z ostatnim gwizdkiem – odkręciliśmy na 5:4. I potem już totalnie lejce puściły. Każdy kolejny mecz, aż do finału, był wręcz genialny, dosłownie ge-nial-ny. Apogeum był półfinał, gdzie wychodziło nam już dosłownie wszystko: Tula mi rzucił piłkę spod naszej bramki, a ja – tyłem do bramkarza – piętą mu między nogami. No, serio wszystkie gwiazdy na niebie nam sprzyjały.

Niestety owa fajna konstelacja gdzieś nam z nieba czmychnęła na najważniejszy mecz – finał. Trochę stres, trochę jakość rywala, trochę nie wiem co. Życie. Mówi się trudno i żyje się dalej.

Mimo wszystko był to kapitalny dzień, emocje, które będą ze mną na zawsze. Na długo po tym, jak przestanę grać w piłkę. Pierwszy ogólnopolski medal tak dużej imprezy – na 64 zespoły. Każdy z tych zespołów chciał być tam, gdzie my wtedy byliśmy. Miał swoje aspiracje, ludzi, którzy w nich wierzyli itd. Warto to docenić. Potem jeszcze dorzuciliśmy dwa takie krążki, ale ten pierwszy, dziewiczy medal z ogólnopolskiego smakował oczywiście najlepiej.

Pozasportowo, aby się już zbytnio nie rozwodzić – krótko, bo to, co napisałeś, jest prawdą. To, że weszliśmy na jakiś tam pułap i konsekwentnie w nim trwamy, lekko rok w rok idąc coraz wyżej. Od zawsze miało być z rozmachem i pozostaliśmy temu wierni przez ponad dziesięć lat. Różnie mi ludzie z boku doradzali, bym nie tworzył na przykład drugiego zespołu, bo to głupota, a ja nie słuchałem i dziś uważam, że podjąłem wtedy dobrą decyzję. Tak samo – by stawiać na starszych i doświadczonych, a ja ufam młodym i śmiało na nich stawiam, nawet jeśli czasem trochę jeszcze mazowiecka z nimi wygrywa. Młodzi to nasza przyszłość, przecież to takie proste! Tylko dać im trochę miejsca, narzędzia i wspomóc ewentualnie doświadczeniem, jeśli będą tego potrzebować. To nasze DNA i tego się trzymamy – to duży sukces, uważam, że jest ono ciągłe.

A są zawodnicy, bez których nie wyobrażasz sobie składu? I czy prowadzisz może statystyki, ilu graczy przewinęło się przez wszystkie Wasze drużyny?

Na pewno w całym projekcie, jakim jest Husaria, co oczywiste, trudno mi sobie wyobrazić cokolwiek bez Norbiego. Jasne, byłoby życie po życiu. W szóstkach jest przecież mnóstwo kapitalnych bramkarzy, kto wie, może nawet jakościowo ciut lepszych, ale to nie o to chodzi – dla mnie to już po prostu nigdy nie byłoby to samo. Przeważnie dość mocno się przywiązuję i jestem bardzo sentymentalny. Gdzieś tam trzeba by było rzeczywistość definiować na nowo, ale z drugiej strony – uwaga, teraz trochę górnolotnie polecimy – życie mnie nauczyło, aby nigdy nie być w stu procentach zależnym od kogoś i pewnym czegokolwiek lub kogokolwiek. Smutne to, ale prawdziwe. Miałem to wpajane, odkąd pamiętam, od najmłodszych lat. Każdy ma wolną wolę, którą warto uszanować. Z dnia na dzień każdy może coś lub kogoś porzucić, zawinąć mandżur i nawet jeśli coś się jawi jako aberracja, nagle może stać się to twoją nową rzeczywistością.

Tu tak trochę bardziej życiowo może wleciałem, ale to dlatego, że to się łączy. Dla mnie to zawsze trudny moment, kiedy kogoś nagle już nie ma, ale wiem, że zarówno w sporcie, jak i w życiu prywatnym, mogą takie sytuacje mieć miejsce. Więc w sumie mogę powiedzieć, że nie wyobrażam sobie składu bez dziesięciu czy dwudziestu osób, bo to prawda, ale z drugiej strony gdzieś z tyłu głowy trzeba zawsze być gotowym.

Chciałbym wierzyć, że duże grono osób, które jest z nami bardzo długo bądź jest z nami mocno zżyte – obiło mi się o uszy, że u nas grają podobno tylko „obcy”, co jest bzdurą, bo u nas gra 10–15 osób, które grały i dziesięć lat temu, a mało który team może o sobie coś takiego powiedzieć – zostanie z nami na zawsze. Ale tak to w życiu nie działa, a ja z autopsji – w samej Husarii – kilka przykrych rozstań przeżyłem. Nie ja jeden i nie tylko w samej Husarii – taki już cykl życia.

Nie chcę wymieniać konkretnych nazwisk, bo boję się, że kogoś mógłbym w tej wyliczance pominąć. Jest naprawdę dużo osób aktualnie w Husarii, o których obecność mam nadzieję aż do samego końca. Mam nadzieję, że i dla nich ten projekt ma swoje malutkie – ale jednak! – należne miejsce w sercu...

Bez nich nie byłoby Husarii - Norbert Wierzbicki i Tomek Hubner. 2025 rok

A jest ktoś, kto już u Was nie gra, ale grał i szczególnie cenisz jego umiejętności?

Nie no, cała plejada. Przez Husarię przewinęło się kilkadziesiąt kapitalnych graczy. Autentycznie: kilkadziesiąt. W szóstkach, jedenastkach, pracy, życiu – to normalne, że masz taki „łańcuch pokarmowy”. Najmniejsi są zjadani przez mniejszych, mniejsi przez większych, a więksi przez największych. Każdy uczestniczy w tym procesie. My też. Kiedyś zaczynaliśmy z tego pierwszego pułapu, bo ani ja, ani Norbi nie mieliśmy w CV klubów, juniorów, więc nie mieliśmy też piłkarskich znajomości. Trzeba było cierpliwie iść krok po kroku i rzeźbić od zera.

Dziś uważam, że jesteśmy mniej więcej półkę pod największymi w kraju – typu EXC, Gladiatorzy itd. Przynajmniej chciałbym wierzyć, że tak jest – może się mylę. Mówię o tym dlatego, że kiedy po takiego Janka Grzybowskiego przychodzi ci EXC Mobile Ochota, to nie ma co mieć pretensji do chłopa, że będąc ambitnym i świadomym swoich umiejętności facetem, chce spróbować na absolutnym topie w kraju. Myślę, że Husaria dla Janka była fajnym i ciepłym epizodem, ale nie domem. Nie był stricte „od nas”.

Takich przypadków mieliśmy sporo. W ostatnim czasie, będąc już i tak dość wysoko, byliśmy „czyszczeni” z kapitalnych graczy – takich jak właśnie Grzybek, Kopczyński, Milewski, Maśniak, Brzeski i wielu, wielu innych – przez jeszcze „wyższych”. Sęk w tym, by wejść na najwyższy pułap. Wtedy powinno nam być nieco łatwiej „negocjować”, mając w garści nie tylko argumenty pozasportowe, w których – moim zdaniem – wiedziemy prym, ale i czysto sportowe, w których aspirujemy do tego, by być topką.

To teraz przejdźmy może do Ciebie. Jak wyglądała Twoja piłkarska przygoda? Od zawsze była to mała piłka, osiedlowa, sześcioosobowa? Czy miałeś też epizod na dużym boisku?

Na dużym boisku nigdy nie grałem, oprócz jednego epizodu. Raz, w wieku jakichś 26 lat – czyli ze dwa lata temu – Kamil Kapica wziął mnie u siebie na wsi w Goraju do gry, bo brakowało im ludzi. A taka przerwa między imprezowaniem a imprezowaniem też była potrzebna i wskazana. Piłka, lecąc po tej ich „równej” murawie – sorry – skakała średnio na wysokość między metr a dwa, a samą piłkę człowiek przy dobrych wiatrach miał raz na pięć minut. Zdecydowanie nie dla mnie to, bo za łatwo można sobie na czymś takim kupony odcinać, udając, że człowiek angażuje się w grę. Mnie wystarczy, że robię to na szóstkach. Nigdy nie miałem styczności z dużym placem czy profesjonalną piłką, wyrosłem z podziemia – co akurat logiczne, bo od dwudziestu pięciu lat mieszkam w suterynie.

W samą zaś piłkę zacząłem grać – porównując się do większości kolegów, którzy grali od 6/7 roku życia, bo tak się mniej więcej zaczyna – turbo późno, bo dopiero w wieku 12/13 lat. Byłem więc do tyłu o lata świetlne od wszystkich. Miałem też problem, bo za dzieciaka najłatwiej wyuczyć się wzorców stricte piłkarskich: kierunkowego przyjęcia, gry na zastawkę – takie tam podstawy. Miałem więc niestety gigantyczną stratę już na początku, ale i jedną dużą przewagę – serce i zapał do tego, co robię.

Na pewno nie chciałbym tym samym umniejszać innym, jakoby oni tego nie mieli. Znam totalnych świrów i sportowych freaków, może i większych ode mnie. Ale ja także, we wszystko, co kocham lub uwielbiam, oddaję się bez reszty. Dlatego szybko zacząłem niwelować dystans do tych najlepszych kolegów – ale nieco zbyt leniwych. Autentycznie do dziś pamiętam, jak na niektórych kiedyś patrzyłem przez pryzmat totalnych kozaków, szefów. A dziś, jak myślę o tym, co grają i jak grają... no, nieskromnie mówiąc – mam jakiś powód do satysfakcji. Niektórych, do których miałem duży dystans, nie tylko zdążyłem doszlusować, ale i pozdrowić, mijając na pożegnanie.

Prowadzisz statystyki swoich meczów? Pamiętasz może, ile spotkań maksymalnie zdarzyło Ci się rozegrać w jeden weekend? Podejrzewam, że mogło ich być sporo :)

Tak, jestem liczbofilem. Wątpię, aby takie słowo istniało, ale to najwyżej od teraz istnieje. Nie mam pojęcia jak, ale mam jakiś dryg do tych wszystkich cyfr, liczb. Nawet gdy o nich nie myślę, to je pamiętam i mógłbym tak dużo odwijać wstecz z pamięci. Myślę, że każdy, kto śledzi lub śledził Husarię, ten wie, że tak jest, bo kocham liczby i często je tam wplatam. Wręcz się hamuję, aby trochę nie przegiąć z tą moją nieuzasadnioną pasją do wyliczeń, statystyk itd. Nie tylko swoich, ale i innych. Nie wiem, dlaczego tak mam, ale tak jest.

Zamiast nauczyć się, czym jest jakaś – nie wiem – fizyka kwantowa, równanie Maxwella czy inne tego typu pozornie mądre rzeczy, to mi się w głowie koduje, że na przykład siedem lat temu graliśmy na Dzikie Orzechy, gdzie było 13:1, gdzie zdobyłem tyle i tyle, a ktoś tyle i tyle.

Teraz już tak nie żyję reprezentacją Polski w jedenastkach, ale pamiętam, że był moment, gdy z pamięci odwijałem z pięćdziesiąt, sześćdziesiąt wyników do tyłu, wymieniając strzelców bramek, asystentów, całe akcje. To trochę dziwne. Nie wiem po co – przecież się tego nie uczyłem. To samo mi się gdzieś kodowało. Znaczy odpowiedź – myślę – jest prosta i podałem ją wyżej: zamiast mózg/pamięć zapchać tym, co to tangens czy cotangens, to ja w to miejsce wrzuciłem najmniej istotne pierdoły. Miałem pewnie braki w głowie, które czymś trzeba było wypełnić – szkoda, że padło na tak nieistotne rzeczy (śmiech).

Co do drugiego pytania: maksymalnie myślę, że rozegrałem przez weekend około 9–11 meczów. Na pewno jeszcze niedawno, bo z niecałe dwa lata temu, były ze dwie niedziele, kiedy zagrałem jednego dnia po siedem meczów i to w różnych lokalizacjach. Już powoli zaczynam schodzić z tych obrotów – trzeba też pamiętać, że nie zawsze ilość znaczy jakość. A co z tego, że byłem tu czy tam, kiedy podczas piątego meczu zaczynałem być zmęczony? Sporo grałem w przeszłości, ale to na pewno nie było zbyt mądre, o czym wiedziałem i wtedy, bo nie przekładało się to na jakość tudzież rozwój. No ale kij w to. Miałem tego świadomość, dla mnie jednak miłość do pasji była ważniejsza niż jakiekolwiek kalkulacje. Liczyło się tylko tu i teraz, a ewentualne konsekwencje – jeśli będą – w porządku. I tak myślę, że było warto!

Skromne statystyki Tomka z Playareny.

A to prawda, że wszystkie swoje teksty piszesz na telefonie? Jak to w ogóle możliwe? :)

Tak. Nie wiem właśnie.

Niesamowite! To teraz inny grunt i pytanie o reprezentację Socca. Powołania trafiają do różnych zawodników, a ja proszę o szczerą odpowiedź: myślałeś kiedyś, że może Klaudiusz Hirsch spojrzy przychylnie na Twoją kandydaturę? :) I jak oceniasz – faktycznie wszyscy testowani zawodnicy są lepsi od Ciebie?

Szansa była spora i oceniam ją na jakieś… 100 kg. W sensie – to odpowiadając a propos tego, czy Klaudiusz spojrzy; spojrzeć spojrzy, bo zajmuję cały kadr, gorzej, bo jeszcze jest ten drugi człon pytania, heh. Czy przychylnie? Nie żartujmy. Reprezentacje to nie Caritas, by wspomagać potrzebujących. Nie, nigdy nie myślałem i gdyby niechcący się we Wrocławiu machnęli przy powołaniach, to nie próbowałbym się „skamuflować” nagle w piłkarza, tylko poszedł i skorygował pomyłkę. Tak, wszyscy testowani – albo znakomita większość z nich – jest i była lepsza ode mnie. Ale spytaj, który z tych „cięższych” nim był. Jaszczu (Norbert Jaszczak) to ewenement, ale poza nim znajdziesz w ostatnich kilku latach maks z dwóch–trzech o moich gabarytach.

Szóstki, a także – co za tym idzie – repka, szukają ludzi o sarnich nogach i motylej wadze, a nie jakichś tam miśków polarnych o przekręconych licznikach, co się okręcają jak parowiec. Musiałbym być ślepy, żeby tego nie widzieć. Piłkarsko myślę, że potrafię być ciekawy – szczególnie dobrze to widać, kiedy gram na równych sobie pod względem dynamiki. Jeśli ktoś jest w moim zasięgu motorycznym, potrafię wlecieć na fantazji lub doświadczeniu, ale co mi po tym, kiedy ja coś robię dla kogoś w trybie slow-mo?

Wydaje mi się, że gdybym od dzieciaka na poważnie poszedł w piłkę, był faktycznie mobilnym kotem, to mógłbym grać w piłkę na wysokim poziomie, a może nawet bardzo wysokim! A co mi tam – jako że nigdy się nie przekonamy, mogę sobie takie śmiałe tezy rzucać. Jeśli do mojej kreatywności dorzuciłbym motorykę, byłbym nawet pod kadrę Socca. Ale to gdybologia – można sobie znaleźć, co o gdybaniu śpiewał Kazik w piosence Plamy na Słońcu.

Kadra Klaudiusza, z tego co mi się kojarzy, w miarę dobrze się trzyma beze mnie, będąc aktualnie mistrzem Europy. Nie chcę robić konkurencji takiemu Bieniasowi czy Nowakowskiemu, bo chłopaki by nie wytrzymały presji. Ja mam poważniejsze granie w dziesiątej lidze – na bramce!

No to skoro już nawiązałeś do Ligi Fanów - Husaria jest coraz liczniejsza, to chyba znaczy, że Wam się u nas podoba. Uważasz, że Liga Fanów to najlepsze „szóstki” w Polsce?

Wiesz co, myślę, że ta cała Liga Fanów jest obiecująca i z potencjałem na więcej. Aktualnie – myślę – na pewno otwiera trzecią dziesiątkę lig w Polsce, z opcją na więcej i więcej. Najlepsza oczywiście jest teraz Playarena Warszawa, zaraz po niej Nocna Liga Halowa i MBTK League.

A tak na poważnie – Ligę Fanów faktycznie uważam obecnie za najlepszą. Konkurencja jednak nie śpi i jest na równie fenomenalnym – to adekwatne słowo – poziomie. Jestem pełen podziwu dla Rafała czy Burzy za to, co robią. Ja mam tylko namiastkę spamu, jaki można dostawać co tydzień – oni, autentycznie, myślę, że co niedziela mają kilkadziesiąt rozmów, spraw itd. Ogarniać to, jakieś zażalenia, pretensje, prośby – ostry lot, w którym raczej nigdy bym nie chciał uczestniczyć.

Rafał i Kowal (Marcin Kowalski) często kręcą nosem, kiedy mówię, że dla mnie – i teraz serio – najsilniejszą ligą w Polsce była Playarena Warszawa w swoim peaku, czyli w latach mniej więcej 2016–2021. Uważam, że jeśli Gorlicka była dziesiąta w jakiejś lidze, to znaczy, że poziom był absurdalny. Mam przez to duży sentyment do PAW, może przez to jestem nieco nieobiektywny? Takie rozważania, kto był jaki, są nie do ocenienia, bo nie ma rzetelnego narzędzia, by to sklasyfikować.

W każdym razie – dla mnie Fanów i Bemowska świetnie przejęły hegemonię i schedę Playareny Warszawa, kiedy ta osiadła na laurach. Od tego czasu, moim zdaniem, to właśnie te dwie ligi wyznaczają trendy nie tylko w Warszawie, ale i w całej Polsce. Lubię też obserwować ligę w Łodzi, gdzie mam kilku kolegów, ale i we Wrocławiu oraz wiele lig na Śląsku. Poziom szóstek w Polsce jest mega żyleta i nic tylko się cieszyć, że człowiek też w jakimś stopniu tworzy tę historię.

W ekstra pojedynku Liga Fanów versus Bemowska – pięterko wyżej daję jednak LF. Tak po prostu aktualnie czuję. Niemniej moim zdaniem dla obu konkurencyjnych lig nie ma nic lepszego niż wzajemna obecność. Zdrowa rywalizacja to świetne pole do rozwoju i progresu. Dla tych lig nie ma nic lepszego niż to, że na siebie trafiły, będąc vis-à-vis. PAW – jestem przekonany – zgubiła właśnie pycha, a wiadomo, co przed nią kroczy.

Na koniec muszę tylko dodać, że jako wychowanek Playareny Warszawa, która miała niewątpliwie swój urok, wdzięk, zalety i klimat – jednego na pewno tam nigdy nie było: tylu fantastycznych ludzi jednocześnie w jednym miejscu. To jest dla mnie coś serio „wow”, duży gamechanger. Idziesz, patrzysz i – parafrazując klasyka – „z tym się znam, z tamtym się kiedyś grało, a tamtemu trochę niepotrzebnie się nawrzucało”. Lubię to.

"Jedynka" Husarii Mokotów. 2025 rok.

A co sądzisz o przepisie dotyczącym gry w kilku ekipach naraz? Znieść całkowicie, zostawić obecne ograniczenia, a może pozwolić, by zawodnicy grali wszędzie, gdzie tylko chcą?

Będę w mniejszości, ale dla mnie akurat w tym przypadku rozwiązanie Bemowskiej – aby właśnie dać ludziom grać, gdzie chcą i ile chcą – jest lepsze. Nie jestem zwolennikiem zakazów.

Ktoś powie, że to dlatego, iż mam w tym interes, „bo Husaria to pewnie tylko się opiera na zrzutach ze swoich wyższych zespołów”. To nie jest prawda i wystarczy tylko wejść w skład Husarii I, II, III czy IV. Zobaczycie wtedy, że wspólnych mianowników macie z... jeden? Ja, grający jednocześnie w trójce i czwórce. I na tę chwilę to tyle. Mamy niezależne od siebie, bardzo silne kadry. Jedynkę ogranicza jedynie możliwość gry tych z wyższej, przez co – z bólem serca – trzeba było rozstać się z Grzybkiem czy Erosem, bo już mieliśmy full z ligi wyższej (Brzeski, Maśniak, Grabicki). Nie chodzi mi więc o forsowanie czegoś pod nas, a po prostu:

– danie każdemu możliwości gry tyle, ile chce i gdzie chce. Nie rozumiem też, dlaczego taki, nie wiem, Cetlin, nie mógłby grać w trzynastej lidze, kiedy miałby na to akurat chęć – a słyszałem takie pomysły, że ci z wyższych nie powinni mieć możliwości gry w niższych.

– ułatwienie sobie samym życia. Nie byłoby wtedy kombinatoryki, prób przemycania pod innymi nazwiskami, krzywych akcji itd. Byłby po prostu święty spokój. To w sumie dość dużo.

Możliwe, że trzeba tak zaciskać pasa i się nie znam. A zbytnie rozluźnienie destrukcyjnie podziałałoby na rozgrywki. Możliwe. Dlatego niech jest, jak jest – to nikomu też krzywdy nie robi, więc spoko. Szef decyduje, a my respektujemy zasady gry.

Masz jeszcze jakieś marzenia związane z Husarią?

Marzenia nie, cele – tak. Marzenia mam bardziej takie prywatne i dość typowe: jakiś domek letniskowy, zdrowa rodzina, partnerka szczęśliwa i spełniona, dzieci zdrowe, świat zdrowy. W przypadku piłki, która – choć piękna i ze swoim wyodrębnionym miejscem w serduchu – to na koniec jednak tylko zabawa i gra. Dlatego tu „marzenia” jakoś średnio mi pasują.

Co zaś tyczy się celów, to kilka mam. Utrzymać ciągłość finansową klubu, najlepiej zabezpieczyć Husarię na rok–dwa do przodu. Sportowo – w końcu dostać się na same finały mistrzostw Polski; zawsze blisko, ale jednak metr przed kiblem... Ponadto awansować do Ekstraklasy, aby mierzyć się regularnie już nie tylko z jednymi z lepszych w naszym mieście, ale i całej Polsce.

Aktualnie celem dla Husarii jest też ogarnąć bilety powrotne z greckiej Krety w rozsądnej cenie, bo chwilowo srogi koszt. No i ogólnie – aby ta Liga Mistrzów Szóstek fajnie wyszła: od strony organizacyjnej i sportowej minimum powtórzyć to, co rok temu, czyli awans z grupy. Na koniec – ogarnąć sytuację kadrową w jedynce, bo na ten moment dwójka, trójka i czwórka super, ale pierwszy zespół trochę chaos. Szkoda, bo wydaje mi się, że na wiosnę zeszłego roku weszliśmy na fajny pułap, ale należy uszanować odrębne zdania i iść dalej bez obrażania się.

Jak więc widać, trochę tych celów jest. Fajna zabawka i fajna sprawa, bo pomimo przejechania w szóstkach tysięcy kilometrów mam wrażenie, że bak nadal pełny i nic z niego nie uleciało. Ani trochę! Dosłownie – pasja i chęci są na tym samym poziomie, a może nawet i wyższym niż trzy, cztery czy osiem lub dziewięć lat temu. To dobry znak i chciałbym się go trzymać. Myślę, że jeśli coś jest we mnie szczególnego, to właśnie to, że mam praktycznie niewyczerpalną miłość do pasji – nie tylko piłki.

Nie tylko piłki, to czego jeszcze? Tak na zakończenie. Co robisz w wolnym czasie, poza piłką? 

W wolnym czasie od wolnego czasu, którego w ostatnim... czasie... za dużo nie mam, robię w sumie dość sporo. Myślę, że niektórzy sądzą, że dla mnie jest piłka i nic poza nią. Ja oczywiście ją szczerze uwielbiałem, uwielbiam i uwielbiać będę. Nawet kiedy już będzie dla mnie prehistorią, zawsze będę wspominał ją ciepło. Trzeba jednak zrozumieć prostą sprawę – to nie o miłość do samej piłki chodzi, a o to, co się za tą miłością kryje. To jest pasja nie do śmierdzących butów, czasem przegranych meczów czy mniejszych lub większych urazów. To jest pasja do ludzi, którzy za tą piłką się kryją i którzy ją tworzą. Pasja do piłki tylko mi pośredniczy. Tyle ile się poznało i przeżyło dzięki tej dyscyplinie... Ale dobra, bo napisałem wyżej, że piłka to nie wszystko, a znowu tylko o niej.

Dla mnie szóstki to, szczerze, nawet nie jest topka moich zainteresowań. Przede wszystkim najbardziej ciekawią mnie sami ludzie, dlatego mój kierunek studiów był – myślę – bardzo adekwatny. Bardziej żyję też samą popkulturą, filmami na przykład. Największą z największych pasji dałbym muzykę. To chyba mój największy zapychacz serca. Muzyka lub ludzie. Szczególne miejsce w serduchu mają też szachy – one były chyba nawet chwilę przed piłką. Miłość w tym przypadku nie była tak dynamiczna, ale gram więcej w szachy niż w piłkę.

Lubię wszelkiego rodzaju aktywności: rowery, spacery, takie tam wygłupy. Jest intensywnie, czasem może trochę aż za bardzo, ale koniec końców bardzo lubię tę szeroką paletę barw. Jest jeszcze dużo fajnych rzeczy do zrobienia – fajnie, jeśli będzie to dane – ale już teraz mógłbym powiedzieć, że czuję się spełniony. I takiego spełnienia życzę każdemu!

Facebook

Reklama

Tabela

Social Media

Youtube

Reklama