WYWIAD Z MARCINEM AKSAMITOWSKIM
Gdybyśmy mieli wskazać najbardziej rozpoznawalne postacie z niższych szczebli naszych rozgrywek, bez wątpienia znalazłby się w ścisłym TOP 3. Bramkarz, który równie dobrze potrafi odnaleźć się w roli napastnika. Człowiek, któremu zarządzanie NieDzielnymi tak weszło w krew, że po godzinach pełni również funkcję sołtysa!
Barwna osobowość, jedna z najbardziej charakterystycznych postaci Ligi Fanów i człowiek, którego trudno nie znać, jeśli od lat śledzi się nasze rozgrywki. Zapraszamy na wywiad z Marcinem Aksamitowskim!
Marcin, zacznijmy od samego początku. Jak właściwie powstali NieDzielni? Pamiętasz jeszcze okoliczności narodzin drużyny i ludzi, którzy stali za tym pomysłem?
- Niedziela, 22 lipca 2012 roku. To dzień, w którym oficjalnie „przyklepaliśmy” powstanie drużyny. A co było wcześniej? Grupka znajomych grywała co niedzielę na Orliku przy ulicy Worobczuka na Wilanowie. Ja zostałem tam zaproszony na jeden meczyk, bo akurat brakowało im bramkarza. Z miejsca poznali się na moim talencie :-) i zostałem na stałe. Graliśmy w każdą niedzielę o 8 rano przez jakieś dwa lata, aż w lipcu 2012 roku narodził się pomysł, żeby zgłosić się do jakiejś ligi. Padło na nieistniejącą już Ligę Ursynowa.
Od kogo konkretnie wyszedł ten pomysł? Tego już niestety nie pamiętam. Było nas wtedy około piętnastu. Być może od Michała Zagalskiego, naszego pierwszego kapitana i wieloletniego zawodnika NieDzielnych.
A nazwa? Jak łatwo się domyślić, przyszła właściwie sama. Skoro graliśmy w niedziele, to kim innym mogliśmy zostać, jeśli nie NieDzielnymi?
Odnoszę wrażenie, że od samego początku byliście drużyną, która oczywiście chciała wygrywać, ale nie zamierzała robić tego za wszelką cenę. Czy zawsze ważniejsza była dla Was dobra atmosfera i gra w gronie znajomych niż sprowadzanie zawodników, którzy mogliby znacząco podnieść poziom sportowy zespołu?
- Jeśli chodzi o „transfery”, to faktycznie od samego początku skupialiśmy się, i w gruncie rzeczy nadal się skupiamy, na tym, żeby w drużynie grali przede wszystkim znajomi. Przypadki, kiedy trafiał do nas ktoś zupełnie „przypadkowy”, można przez te wszystkie lata policzyć na palcach jednej ręki.
Co do atmosfery, to jak chyba w każdej ekipie, nie zawsze było kolorowo, ale też nigdy nie było jakiejś wielkiej tragedii. Chęć wygrywania oczywiście była, jest i będzie. Niestety na drodze do zwycięstw najczęściej stają nam własne umiejętności, więc musimy nadrabiać atmosferą ;-)
A ilu zawodników z tej pierwotnej ekipy zostało z Wami do dziś?
-Tylko ja. Dlatego mam już na liczniku 294 mecze w barwach NieDzielnych, w tym 213 w Lidze Fanów.

Dzisiaj Wasze mecze z Pogromcami Poprzeczek czy OldBoysami można już chyba śmiało określić mianem ligowych klasyków. Spodziewałeś się kiedyś, że drużyna występująca na najniższych szczeblach rozgrywkowych zbuduje wokół siebie tak sympatyczną otoczkę i stanie się jedną z bardziej charakterystycznych ekip Ligi Fanów? Jak myślisz, w czym tkwi Wasz fenomen?
- Jeśli jest tak, jak mówisz, i ktoś poza nami również traktuje te mecze w ten sposób, to powinniśmy być z tego dumni. Szczerze mówiąc, mecze pomiędzy naszą trójką faktycznie mają jakiś „inny klimat”. Myślę, że wynika to przede wszystkim z tego, jacy jesteśmy również poza boiskiem. Oczywiście te spotkania rozgrywane są w sympatycznej atmosferze, ale nie oznacza to, że zawsze jest spokojnie. Czasem padają ostre słowa, zdarzają się ostrzejsze wejścia i nikt nie zamierza odpuszczać. Ale po końcowym gwizdku wszystko zostaje na boisku.
I tak jak wspomniałeś na początku rozmowy, żadna z tych ekip nie sprowadza masowo zawodników i nie robi wszystkiego, żeby wygrać za wszelką cenę. Oczywiście to sport, więc liczą się zwycięstwa i trzy punkty, ale w tym wszystkim trzeba pamiętać, że po przeciwnej stronie są ludzie tacy sami jak my. A mam wrażenie, że niektóre ekipy trochę zapominają o szacunku do przeciwnika. Dobre relacje buduje również fakt, że od czasu do czasu umożliwiamy niektórym zawodnikom Pogromców poczuć, jak to jest zdobyć medal :-)
Warto też wspomnieć, że oprócz Mateusza Niewiadomego w Pogromcach gra jeszcze nasza wychowanka. Karolina Figiel u nas rozwijała swój talent i szlifowała umiejętność trafiania w poprzeczki. Ostatecznie uznała jednak, że u nas jest zbyt męska atmosfera, i postanowiła przejść do Pogromców ;-)
Ostatnio w Waszej drużynie pojawił się za to Damian Lada, który – delikatnie mówiąc – trochę namieszał w szeregach NieDzielnych. Możemy już mówić o dwóch epokach: NieDzielnych przed Damianem i NieDzielnych po jego przyjściu? :)
- Oj tak. Damian wniósł do drużyny, delikatnie mówiąc, spory powiew świeżości. Na tę chwilę to 10 meczów, 22 bramki, 11 asyst, sześć nominacji do szóstki kolejki i dwa tytuły MVP. Cyferki mówią same za siebie. Damian to kreator gry, jakiego bardzo dawno u nas nie było. Czy możemy już mówić o dwóch epokach? Tak daleko chyba bym nie szedł.
Musimy pamiętać, że w przeszłości potrafiliśmy wygrać rundę w 3. lidze, a na boisku brylowali wtedy Michał Karaś i Artur Jaszczak. Teraz możemy tylko żałować, że cała ta trójka nigdy nie zagrała razem. Bo gdyby tak się stało, to pewnie właśnie pakowalibyśmy walizki na Ligę Mistrzów do Grecji :-)
A jesteś przekonany, że Damian od początku wiedział, na co się pisze, dołączając właśnie do Was? :)
- Jeśli pytasz o to, czy wiedział, w której lidze gramy i o co obecnie walczymy, to tak :-) Przedstawiłem mu dokładny stan naszej drużyny. Bez upiększania rzeczywistości. Chociaż przyznam, że to, co zobaczył po przyjściu do NieDzielnych, mogło być dla niego delikatnym szokiem. Zwłaszcza po tym, co wcześniej razem osiągnęliśmy jako zawodnicy Reprezentacji Zamienia, wygrywając Mistrzostwa Lesznowoli. Bo nie oszukujmy się – wirtuozów piłki w NieDzielnych obecnie zbyt wielu nie ma :-)
No właśnie - nawiązałeś do Zamienia. Z Twojego profilu można dowiedzieć się, że pełnisz tam funkcję... sołtysa. Jak to się stało, że zdecydowałeś się podjąć tego wyzwania? Jakie obowiązki wiążą się z tą rolą i jak odnajdujesz się w tej nieco innej niż piłkarska rzeczywistości?
- Pomysł pojawił się dość niespodziewanie, tuż po wyborach samorządowych, które przyniosły sporą zmianę w naszej gminie. Po 26 latach zmieniła się osoba na stanowisku wójta i można powiedzieć, że rozpoczął się pewien nowy rozdział. Wtedy, podczas jednej z rozmów, jeden z radnych delikatnie zasugerował, że za kilkanaście dni odbędą się wybory sołtysa, więc może warto byłoby spróbować. I muszę przyznać, że pomysł od razu mi się spodobał. Pomyślałem sobie: „A czemu nie? Tego jeszcze nie robiłem!”. I tak właściwie zaczęła się moja przygoda z samorządem.
Szybko okazało się, że bycie sołtysem to znacznie więcej, niż mogłoby się wydawać. To przede wszystkim codzienny kontakt z mieszkańcami, wsłuchiwanie się w ich potrzeby, współpraca z urzędem gminy, zajmowanie się sprawami infrastruktury i funduszu sołeckiego czy organizowanie lokalnych wydarzeń. To również mnóstwo drobnych spraw, których z zewnątrz zupełnie nie widać, a które potrafią pochłonąć sporo czasu. W sierpniu minęły dwa lata, odkąd pełnię tę funkcję, a miesiąc temu odpowiedziałem na dwutysięcznego maila. W tym wszystkim pojawia się pewna analogia do piłki nożnej – bez dobrej drużyny trudno osiągnąć sukces, zarówno na boisku, jak i poza nim. W samorządzie niestety nie wszyscy grają do tej samej bramki.
Czy odnajduję się w tej roli? Myślę, że całkiem nieźle. Lubię nowe wyzwania, lubię działać i widzieć konkretne efekty. Oczywiście bywają momenty frustracji, szczególnie kiedy coś, co wydaje się prostą sprawą, ze względu na procedury ciągnie się miesiącami. Ale kiedy udaje się doprowadzić jakiś pomysł do końca i widzę, że mieszkańcy z niego korzystają, daje mi to naprawdę dużą satysfakcję.
A największa różnica między piłką a byciem sołtysem? Na boisku po 50 minutach sędzia kończy mecz. W sołectwie nikt nie gwiżdże na koniec, a lista spraw do załatwienia właściwie nigdy się nie kończy!
Chciałbym też wspomnieć o najważniejszym elemencie, który spina wszystkie moje działalności. Piłki, sołtysowania, jak również bycia członkiem OSP raczej nie dałoby się pogodzić bez pomocy mojej żony. Już nieraz zdarzało się, że przez te wszystkie obowiązki przez tydzień byłem gościem we własnym domu. Przy trójce dzieci, wielkim psie, studiach i swojej pracy Kasia często wykazuje się dużą cierpliwością.
Ok, skoro już "kupiłeś" sobie pakiet u żony na kolejne mecze, to wróćmy do Ligi Fanów :) Jesteś związany z tymi rozgrywkami od wielu lat i widziałeś, jak te rozgrywki zmieniały się na przestrzeni kolejnych sezonów. Jak oceniasz ich rozwój? Co najbardziej Ci się podoba, a co z perspektywy wieloletniego uczestnika wciąż Cię uwiera?
- Już kiedyś, przy okazji innego wywiadu, byłem o to pytany. Mogę tylko powtórzyć to, co powiedziałem wtedy. Rozwój Ligi Fanów, zarówno pod względem poziomu sportowego, jak i organizacyjnego, z całą pewnością może być przykładem dla wszystkich tego typu przedsięwzięć. Relacje wideo dzięki systemowi VEO są na naprawdę najwyższym poziomie. To, czego nadal mi brakuje, to tablice wyników pokazujące również czas meczu.
Natomiast najbardziej przeszkadza mi sposób wyłaniania najlepszego bramkarza, czyli słynny wzór, oraz zbyt duży wpływ SuperStara na wynik. Niestety w tym drugim przypadku często jest to zwykła loteria. Wszystko zależy od tego, kogo wskaże drużyna przeciwna, a mam wrażenie, że niektóre nominacje przyznawane są po prostu na „odwal się”.
Przekażemy prezesowi Twoje wskazówki, a on - tradycyjnie - nic z tym nie zrobi :) A propos funkcji bramkarza - sam przez lata przyzwyczaiłeś nas do występów między słupkami, ale ostatnio coraz częściej oglądamy Cię w polu. Skąd ta zmiana? Zatęskniłeś za strzelaniem bramek, znudziło Ci się bronienie strzałów rywali, czy może za tą decyzją kryje się zupełnie inna historia?
- Za pierwszym razem z bramki wygoniła mnie kontuzja dłoni. Połamane palce, zerwane ścięgna i więzadła. Wszystko podczas nieszczęśliwego spaceru z psem. Do dziś mam na stałe tytanowe druty w dwóch palcach prawej dłoni. To zmusiło mnie do zejścia z bramki na ponad rok. W tym czasie okazało się, że w polu też potrafię robić cyferki, oczywiście jak na bramkarza. W około 70 meczach udało mi się strzelić 50 bramek i zaliczyć 55 asyst. Jak na gościa bez techniki całkiem spoko :-) W ostatniej edycji Letniej Ligi Fanów cały sezon rozegrałem jednak na bramce z powodu nieobecności Kamila Jarosza, czyli mojego spadkobiercy. I był to całkiem udany sezon.
Będąc szczerym, często przeżywam wewnętrzne rozterki, niezależnie od tego, na której pozycji akurat gram. Stojąc na bramce, widzę sytuacje, w których mógłbym pomóc chłopakom w polu. A kiedy gram w polu, często zastanawiam się, jak sam ustawiłbym się na bramce przy danym strzale. Ale gdybym miał na stałe wybrać tylko jedną pozycję, to oczywiście bramka. Bramkarzem się jest, a nie bywa :-)
Zresztą, żeby być bramkarzem, trzeba mieć trochę zryty beret. W końcu kto normalny wsadza głowę tam, gdzie inni boją się wsadzić nogę? A ja do tego opisu pasuję idealnie :-)

A czy 21 stycznia 2024 roku to jedna z „najtrudniejszych” dat w historii NieDzielnych?
- Długo zastanawiałem się, jak odpowiedzieć na to pytanie, i szczerze mówiąc, nadal nie do końca wiem, jak to zrobić. Bez najmniejszej wątpliwości był to dzień, który wpłynął na wielu z nas w sposób, jakiego pewnie nikt wcześniej by się nie spodziewał. Nagłe, zupełnie niespodziewane odejście osoby, którą regularnie widujesz przez wiele lat, pozostawia zaskakującą pustkę.
Ostry (czyli Łukasz Ostrowski) był w NieDzielnych od samego początku. I oczywiście zostanie z nami do samego końca. Dlatego co sezon nadal widnieje na liście zgłoszonych zawodników. A mimo to dopiero wtedy dowiedzieliśmy się, jak mało tak naprawdę o nim wiedzieliśmy. Jak wiele znaczyła dla niego przynależność do drużyny, jak podporządkowywał swoje weekendy terminarzowi ligi. Nawet dzisiaj, odpowiadając na to pytanie, ciężko mi uwierzyć w to, co się stało.
Niezwykle poruszające jest dla mnie to, że Łukasz na swoim zdjęciu nagrobnym jest w koszulce NieDzielnych. Pokazuje to, czym „drużyna” może być dla człowieka. Że nawet zespół grający na najniższych szczeblach amatorskich rozgrywek może stanowić niezwykle ważną część czyjegoś życia.
Na koniec spójrzmy trochę w przyszłość. Jakie plany mają NieDzielni? Zamierzacie dalej konsekwentnie pielęgnować swoją tożsamość, czy może po tylu latach przyszedł czas na odważniejsze sportowe ambicje?
- Sportowe ambicje mamy zawsze. To, że przeważnie niewiele z nich wychodzi, to już zupełnie inna historia :-)
Co dalej z NieDzielnymi? Będą. Jakiś czas temu zapowiedziałem chłopakom, że dopóki będę dawał radę fizycznie, będę utrzymywał tę drużynę przy życiu. I zamierzam robić to w podobnym stylu jak do tej pory. Czyli zamiast stawiania za wszelką cenę na „jakość”, wolę stawiać na dobrą atmosferę i grę wśród znajomych twarzy.
Przez te 14 lat NieDzielni bardzo się zmienili. Przez wiele lat podczas meczów co weekend towarzyszyły nam inne dziewczyny. Dzisiaj towarzyszą nam żony, a dzieciaki potrafią zająć cały plac zabaw na Grenady. Fantastyczną sprawą byłoby doczekać momentu, w którym w barwach NieDzielnych zagra któreś z naszych dzieci. Myślę, że to byłby dobry moment, żeby oddać stery komuś innemu.
Chociaż z drugiej strony... Dzieci, nie dorastajcie za szybko... :-)






