RAPORT MECZOWY - KOLEJKA 8

Bliski koniec rundy jesiennej powoduje, że w niektórych ekipach widać coraz większe zmęczenie. Sprawy nie ułatwiają warunki – piłka na śliskiej murawie potrafi płatać takie figle, że nawet najlepsi obrońcy mają z jej opanowaniem ogromne problemy. To w teorii powinno dawać szansę tym teoretycznie słabszym. Czy faktycznie ósma kolejka taka była? Czy dała nadzieję tym, którzy dotąd głównie przegrywali? Przeczytacie o tym co nieco w naszej co tygodniowej relacji!



 

EKSTRAKLASA

 

NARODOWE ŚRÓDMIEŚCIE – TUR OCHOTA (1:7)
W niedzielny poranek jako pierwsi z ekstraklasy na boisku pojawili się zawodnicy Narodowego Śródmieścia, którzy mierzyli się z Turem Ochota. Gospodarze do tej pory jeszcze nie zdobyli punktów i w meczu z obecnym mistrzem nie byli faworytami, mimo że goście ostatnio też mieli swoje problemy i kilku zawodników kontuzjowanych, co przyczyniło się do ostatnich porażek. Team Konrada Kowalskiego wiedział jednak, że to spotkanie musi wygrać, by gonić ekipy, które są w czubie tabeli. Początek to kilka znakomitych sytuacji dla Tura, ale dobra postawa Marka Reszczyńskiego w bramce Narodowego Śródmieścia spowodowała, że długo czekaliśmy na pierwsze trafienie w tym starciu. W końcu ekipa z Ochoty dopięła swego i wyszła na prowadzenie po akcji zespołowej. Jednak ambitnie walcząca drużyna Narodowego Śródmieścia potrafiła jeszcze przed przerwą wyrównać. Krzysiek Niewierkiewicz znalazł na dogodnej pozycji Karola Kubickiego, a ten nie dał szans bramkarzowi i do przerwy nieoczekiwanie był remis 1:1. Po zmianie stron i mocnej mobilizacji w ekipie gości Tur miał jeszcze większą przewagę. Kwestią czasu były więc bramki dla tego zespołu. Szczególnie aktywny w ofensywie był Konrad Kowalski biorąc na siebie ciężar kreowania akcji. Gospodarze do momentu straty drugiej bramki jeszcze się trzymali, ale później worek z bramkami się rozerwał. Ostatecznie skończyło się 1:7 i to Tur po serii trzech porażek przełamał złą passę i jak zapowiada będzie walczył o to, by odrobić stratę do prowadzących obecnie drużyn. Narodowe Śródmieście nadal bez punktów i pozostała jeszcze jedna kolejka na to by nie skończyć rundy z zerowym dorobkiem punktowym.

 

FC KEBAVITA - CONTRA (9:2)
W meczu dobrze ostatnio grających zespołów Kebavity i Contry liczyliśmy na ciekawy i wyrównany pojedynek. Jednak goście w tym meczu nie mieli kilku podstawowych zawodników, a gospodarze przystąpili niemalże w optymalnym zestawieniu. Od początku lepiej w spotkanie weszła ekipa Buraka Cana. Szczególnie sporo problemów stwarzał Christian Namani, który wykazywał się niezwykłą szybkością i potrafił na metrze zgubić rywala. Pierwsze dwie bramki padły po indywidualnych akcjach tego napastnika i obrońcy Contry jak i bramkarz byli w tych sytuacjach bezradni. Przy stanie 2:0 team Michała Raciborskiego starał się atakować i miał nawet okazje, ale tego dnia brakowało skuteczności pod bramką Jacka Żołnierskiego. Gospodarze mieli jeszcze w pierwszej połowie kilka znakomitych okazji lecz zdołali tylko raz pokonać Macieja Antczaka i na przerwę schodzili z wynikiem 3:0. Po zmianie stron Contra starała się coś zmienić w swojej grze, jednak szybko straciła dwie bramki i przy stanie 5:0 postanowiła wycofać swojego golkipera i zagrać z lotnym bramkarzem. Już pierwsza akcja skończyła się stratą Adriana Buckiego i golem Christiana Namaniego. W końcu niemoc strzelecką po stronie gości przełamał Karol Kuzimiński ale przy stanie 6:1 tylko niepoprawni optymiści mogli mieć nadzieję na remontadę teamu w niebieskich trykotach. Mecz zakończył się wynikiem 9:2 i ten rezultat dobrze odzwierciedlał różnicę między drużynami w tej kolejce. Kebavita zdobyła cenne trzy punkty i jeżeli wygra ostatnie starcie to ma szanse na dobrą pozycję na koniec rundy jesiennej. Contra musi się zmobilizować i zapomnieć o tym spotkaniu, bo po prostu tego dnia nic tej ekipie nie wychodziło.

 

IN PLUS & POJEMNA HALINA – EAST WIND (8:2)
Hit Ekstraklasy zapowiadał się arcyciekawie. W obu ekipach mogliśmy oglądać najlepszych zawodników. Gospodarze w składzie z Tomkiem Warszawskim i całą plejadą znanych w piłce sześcioosobowej zawodników, a goście w szerokim i mocnym składzie, w którym główną rolę miał pełnić niezawodny Damian Patoka. W pierwszej połowie przecieraliśmy jednak oczy ze zdumienia, bo zupełnie nie spodziewaliśmy się tego, że In Plus & Pojemna Halina tak bardzo zdominuje to spotkanie. Wynik 5:0 mówi wszystko, a świetną partię rozgrywał Igor Zieliński, który zdobył 2 bramki dla Pojemnej Haliny. East Wind miał dość ciekawy pomysł na to spotkanie, ale mamy wrażenie, że nisko ustawiona obrona zabrała atuty graczom East Windu, bo w tym ustawieniu ciężko było wykorzystać atuty szybkościowe niektórych graczy. W przerwie męska rozmowa gości spowodowała, że początek drugiej polowy należał do nich. Damian Patoka dwukrotnie trafił do bramki rywali i zrobiło się 5:2. Wydawało nam się, że w tym spotkaniu obejrzymy jeszcze ciekawą rywalizację, ale ostatecznie In Plus zamknął ten mecz w końcówce. Swoją drugą bramkę zdobył Patryk Szeliga, Jakub Nahorny dołożył jedno trafienie, a wynik meczu ustalił Igor Zieliński, który tym samym skompletował hat-tricka. Wynik 8:2 niestety dobrze oddaje przebieg rywalizacji, ale jesteśmy pewni, że East Wind coś wymyśli na rewanż i mecz będzie bardziej zacięty. Gospodarze pozostają na pozycji vice-lidera, więc czekamy jak zakończą tą rundę w przyszłym tygodniu.


MIXAMATOR – FC IMPULS UA (3:2)
Obie drużyny nie mają zbyt dobrej pozycji w tabeli Ekstraklasy i każdy punkt jest dla nich na wagę złota. Po 8 kolejce są w strefie spadkowej i walczą o to, aby jak najszybciej się z niej wydostać. W zapowiedziach meczowych postawiliśmy na zespół z Ukrainy natomiast Mixy miło nas zaskoczyły. Początek meczu był bardzo wyrównany i raczej rozgrywał się w środku pola. Nieznaczną przewagę zdobyli goście, którzy grali dynamiczniej, a ich podania były celniejsze. Pierwszą bramkę zanotował Bartosz Nowodworski przy asyście Kamila Kamińskiego. Chłopaki z Mixamatora nie cieszyli się zbyt długo prowadzeniem, bo za chwilę Vadym Tymonik wyrównał wynik. Dodało to skrzydeł Impulsowi i jeszcze przed przerwą do siatki trafił Roman Ocheretnyi. Goście schodząc na przerwę byli z siebie bardzo zadowoleni i nie myśleli, że losy tego spotkania jeszcze się odwrócą. W drugiej połowie Mikołaj Prybiński próbował strzałów z dystansu, ale niestety piłka nie trafiała do bramki. Były jednak one na tyle efektowne, że został on Super Star spotkania. Mikołaj pomógł również swojemu koledze z drużyny w zdobyciu wyrównującej bramki na 2:2. Im bliżej końca spotkania tym bardziej robiło się nerwowo na murawie. W ostatnich minutach Mixamator miał możliwość zdobycia jeszcze jednego gola, ale zamiast piłki, w siatce wylądował ich zawodnik. Spotkanie zakończyło się wynikiem 3:2 dla gospodarzy i nieco podratowało to ich miejsce w tabeli, choć i tak znajdują się oni w strefie spadkowej.

 

ANONYMMOUS! – FC GORLICKA (2:9)
Po ostatnich wynikach w ekstraklasie spodziewaliśmy się zaciętego spotkania pomiędzy AnonyMMous, a Gorlicką. Szybko się jednak okazało, że goście w tym spotkaniu chcieli pokazać kto jest w tym sezonie mocniejszy i już w pierwszych pięciu minutach zaaplikowali rywalom trzy bramki. Gospodarze nie dojechali na mecz w piłkarskim żargonie mówiąc i w pierwszej połowie byli słabsi w każdym aspekcie piłkarskiego rzemiosła. Gorlicka spokojnie operowała piłką i nie pozwalała rywalom rozwinąć skrzydeł. Gdy trzeba było to potrafiła przytrzymać piłkę, dobrze broniła i gdyby wszystkie strzały jakie oddała znalazły drogę do siatki wynik byłby okazalszy. Do przerwy zatem było 0:3. W obozie Anonimowych padły męskie słowa i zachęta do walki w drugiej połowie. Ta nie zaczęła się najlepiej, bo już na początku po prostych błędach szybko zrobiło się 0:5 i wydawało się, że ten mecz skończy się bardzo wysokim wynikiem. Jednak po wejściu Damiana Borowskiego na pozycję lotnego bramkarza, gra wyglądała trochę lepiej i poskutkowało to dwoma bramkami. Gorlicka jakby chwilowo rozluźniona popełniła kilka błędów i to na chwilę dało tlen ekipie Maćka Miękiny. Przy stanie 2:5 ponownie goście włączyli wyższy bieg i w końcówce dołożyli kolejne trafienia. Szczególnie duet Marcel Gorczyca, Eryk Morawski był bardzo aktywny i to on dołożył cztery trafienia. Ostatecznie po dość jednostronnym widowisku Gorlicka pewnie zgarnia komplet punktów i umacnia się w fotelu lidera.

 

 

LIGA 1

 

TYLKO ZWYCIĘSTWO – DRUNK TEAM (8:0)
W pierwszym meczu 1 ligi Tylko Zwycięstwo podejmowało nieco rozbity już w tej rundzie i mający problemy kadrowe Drunk Team. Faworytem tego spotkania byli gospodarze i do niespodzianki nie doszło. Goście jeszcze w pierwszej połowie dość dzielnie się trzymali, ale pierwsza bramka dla Tylko Zwycięstwo była tylko kwestią czasu. Wynik otworzył Szymon Jałkowski, którego świetnie wypatrzył Mateusz Górski dośrodkowując w pole karne w taki sposób, że Szymonowi wystarczyło tylko dobrze dołożyć głowę. Ten sam zawodnik podwyższył wynik na 2:0. Jakby było mało złych wieści dla Drunk Teamu, w jednej z akcji ofensywnych problemu mięśniowego nabawił się Łukasz Walo i musiał zejść z boiska. Wrócił co prawda w drugiej części, ale już w roli bramkarza. W międzyczasie do przerwy było już 3:0. Po zmianie stron obraz gry się nie zmienił. Drunk Team co prawda próbował coś zdziałać w ofensywie, ale był blokowany przez dobrze grających obrońców rywala, przez co bramkarz gospodarzy nie miał tego dnia zbyt wielu okazji do wykazania się. Tylko Zwycięstwo miało znaczną przewagę, co przekuło się na kolejne bramki dla tego teamu. Przy stanie 6:0 w końcu do bramki trafił Andrzej Morawski, któremu bardzo zależało na trafieniu w tym meczu. Szybko okazało się dlaczego, bo po tym, jak piłka trafiła do siatki, zawodnicy gospodarzy wykonali wraz ze swoim napastnikiem kołyskę. Popularny „Andron" chwilę później podwoił swój stan posiadania, ustalając wynik spotkania na 8:0. Rywalizacja zakończyła się pewną wygraną Tylko Zwycięstwo, które w pełni przeważało w tym spotkaniu nad rywalem.

 

FC OTAMANY – FC ALMAZ (2:4)
Ukraińskie drużyny przyzwyczaiły nas do tego, że bezpośrednie spotkania między tymi ekipami należą do niezwykle zaciekłych i wyrównanych. Nie inaczej było w przypadku rywalizacji FC Otamanów z FC Almazem. Wprawdzie oba zespoły dzieli w tej chwili niemalże cała wysokość tabeli, to przebieg meczu wcale na to nie wskazywał. Już od pierwszego gwizdka gra przenosiła się od bramki do bramki i zawodnicy obu teamów nie szczędzili sił w nogach. Almaz skupił się na konstruowaniu sytuacji poprzez rozegranie piłki od własnej bramki, Otamany za to nastawiły się na dynamiczne kontry oraz dalekie wyrzuty piłki przez golkipera. Skuteczniej swój plan w życie wprowadzili goście, bo w 13 minucie na trochę zaskakujący strzał z dystansu zdecydował się Oleg Lazovik, a bramkarz Otamanów nie sięgnął piłki i zrobiło się 0:1. Druga bramka padła dopiero w 21 minucie, kiedy podania Ruslana Howtara na gola zamienił niezawodny Roman Chukhach. Chwilę braku komunikacji obrońców Almazu w samej końcówce pierwszej połowy wykorzystał Oleksandr Gryb i drużyny udały się na odpoczynek przy wyniku 1:2. Druga połowa rozpoczęła się od wymiany ciosów z obu stron. Najpierw Vladyslav Adriutsa przejął piłkę w środku boiska i nie dał szans Olegowi Bortnykowi, a już po chwili było 2:3 po trafieniu Yauheniego Novika. Otamany powoli przejmowały inicjatywę i Oleksandr Gryb non-stop dawał się we znaki defensorom Almazu, zmuszając ich do ciasnego krycia. W 38 minucie Jurii Rubashnyi został ukarany żółtym kartonikiem i gospodarze rzucili wszystkie siły do ataku. Nie tylko nie udało się im wykorzystać przewagi liczebnej, to na dodatek stracili gola po jednej z kontr wykończonych potężnym strzałem Tarasa Levytskyiego. W końcówce meczu Otamany zdecydowanie przycisnęły w ataku i dotychczasowa pewność Almazu wyraźnie malała, ale za to Leonid Isayenia wyczyniał cuda między słupkami bramki swojego zespołu i jego fenomenalne obrony były jednym z filarów ostatecznego triumfu gości. Almaz odniósł bardzo ważne zwycięstwo, dzięki któremu zachował pozycję wicelidera, a Otamany by wydostać się ze strefy spadkowej muszą wygrać kolejne spotkanie, licząc jednocześnie na potknięcie Freedomu.

 

FC FREEDOM – DEPORTIVO LA CHICKENO (4:5)
Goście na mecz stawili się zaledwie meczową szóstką i musieli racjonalnie rozłożyć siły, bo przeciwnicy mieli kilka zmian i byli zdeterminowani by zdobyć punkty w tym spotkaniu. Pierwsi na prowadzenie wyszli jednak podopieczni Ernesta Woźniaka. Po znakomitej akcji zespołowej Maks Grabowicz trafił do siatki. Po chwili jednak ekipa z Ukrainy odpowiedziała golem i co więcej poszła za ciosem i nieoczekiwanie prowadziła 2:1. Mecz się wyrównał i goście nie mieli łatwego zadania bo gospodarze dobrze bronili i ciężko było rozmontować ich defensywę. Jednak udało się to najpierw Sebastian Kwaczreliszwili dał remis, a chwilę później Eryk Agnyziak wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Gdy wydawało się, że nic już się nie wydarzy w pierwszej połowie to Deportivo za sprawą Mateusza Rudnickiego podwyższyło wynik na 2:4. Taki wynik widniał po 25 minutach rywalizacji. Po zmianie stron goście szybko strzelili na 2:5 i wydawało się, że Fc Freedom już się nie podniesie. Jednak waleczny team z Ukrainy w przeciągu trzech minut strzelił dwa gole. Kirylo Ivanschenko najbardziej kreatywny w zespole dał kontakt i emocje w końcówce. Gospodarze mieli kilka kapitalnych szans na remis, ale niestety piłka mijała bramkę Kacpra Winiarka. Po końcowym gwizdku mieliśmy wynik 4:5 i trzeba pochwalić oba zespoły za emocje i sportową walkę do końca.

 

ALPAN - CLEOPARTNER (8:4)
Spotkanie między ALPANem I Cleopartnerem zapowiadało się naprawdę dobrze! Obie ekipy to absolutna czołówka 1 ligi, a dodatkowo gospodarze w tym sezonie pozostają niepokonani. Sporym zaskoczeniem była więc postawa Cleopartnera, bo zespół, który złożony jest z reprezentantów Ukrainy, wygrał pierwszą połowę, będąc drużyną lepszą i skuteczniejszą. Wynik mógłby być jeszcze wyższy, ale bardzo dobrze w bramce Alpanu prezentował się Błażej Kaim. Przed przerwą dla gości trafiali Leschenko, Shevtsov i Mikhno, a dla gospodarzy Kania i Marcinkiewicz. Należy zwrócić uwagę na tego ostatniego, bo jego pierwsze minuty w tym spotkaniu nie zapowiadały, że Mateusz zanotuje tak świetny występ. Okazało się jednak, że Marcinkiewicz trzymał swoje atuty na drugą połowę. Zaczęło się od jego bramki, następnie trafił Maciej Kamiński i zrobiło się 4:3. Po bramce na 5:3 obudził się Cleopartner, a drugą bramkę w meczu zdobył Sergey Mikhno. To jednak tylko rozjuszyło Alpana, który postanowił nie pozostawić złudzeń rywalom. Najpierw Mateusz Marcinkiewicz dołożył trafienie z rzutu karnego, potem z akcji, a przy ostatniej bramce wcielił się w rolę asystenta i wyłożył piłkę Maciejowi Kamińskiemu, który ustalił wynik na 8:4. Wspaniała gra Alpana w drugiej połowie spowodowało, że gospodarze pozostają niepokonani w 1 lidze. Tymczasem Cleopartner ma nad czym myśleć, bo o ile w pierwszej połowie byli zdecydowanie lepsi, to nie umieli tego przełożyć na drugą część spotkania i pozostają bez zdobyczy punktowej w tej kolejce.


NISKI PRESS – GREEN LANTERN (8:3)
Bardzo interesująco zapowiadało się spotkanie zespołów Niskiego Pressu oraz Green Lantern. Obie ekipy przed rozpoczęciem meczu dzieliły zaledwie dwa punkty w tabeli, co jeszcze bardziej podgrzewało atmosferę meczu. Od samego początku obie ekipy stworzyły fantastyczne widowisko. Dużo sportowej walki, ale wszystko w granicach przepisów gry w piłkę nożna. Akcje przenosiły się z jednej pod drugą bramkę, a oba zespoły prezentowały ogromną determinację do zdobycia gola. W pierwszej połowie byliśmy świadkami tylko jednej bramki, którą dla gospodarzy po ładnie rozegranej akcji strzelił Dawid Wichowski. Na przerwę schodziliśmy przy wyniku 1-0. Druga część spotkania to ponownie walka w środku pola. Swoje robili też bramkarze, którzy popisywali się świetnymi interwencjami. Lepiej w drugą połowę weszli gospodarze i to oni wyszli na trzy bramkowe prowadzenie. Po stracie trzeciej bramki Green Lantern odpowiedział bardzo szybko, piłkę odbitą przez bramkarza dobijał niezawodny w ekipie gości Patryk Podgórski. Kolejne minuty to ponownie przewaga Niskiego Pressu, którzy sukcesywnie odskakiwali rywalom zdobywając kolejne bramki. Pogodzeni z porażką goście w końcówce dołożyli jeszcze dwa trafienia, jednak były one już tylko na otarcie łez. Gospodarze zasłużenie wygrywają te spotkanie 8-3 przedłużając serię zwycięstw do trzech. Warto wspomnieć o znakomitej postawie Bartłomieja Flagi, który trzymał całą linię obrony gospodarzy oraz o Dawidzie Wichowskim który zdobył w tym meczu aż 5 bramek!

 

 

LIGA 2

 

GRACZE GORSZEGO SORTU – ZJEDNOCZONA OCHOTA (7:4)
Niezwykłe emocje towarzyszyły starciu Graczy Gorszego Sortu ze Zjednoczoną Ochotą. Od początku spotkania obie ekipy narzuciły spore tempo i widać było determinację i chęć zwycięstwa w obu obozach. Gospodarze lepiej organizowali grę w pierwszych minutach, a w ataku dobrze funkcjonował duet Kulesza - Stolar. Goście po słabszym pierwszym fragmencie, obudzili się i konstruowali coraz groźniejsze akcje. Efektem tego były trafienia Krystiana Kołodziejewskiego. Przyjemnie się patrzyło na ten pojedynek bo sporo było efektownych sytuacji , a gracze obydwu teamów mimo ostrej walki umieli powstrzymywać emocje. Bardzo wyrównana pierwsza odsłona zakończyła się minimalną przewagą ekipy Adriana Kanigowskiego. Wynik 4:3 zapowiadał jeszcze ciekawszą drugą połowę. Bardzo szybko, bo już w pierwszej minucie drugiej połowy Zjednoczona Ochota wyrównała i w tym okresie meczu miała przewagę. Jednak mimo kilku świetnych okazji nie potrafiła wyjść na prowadzenie, a błysk geniuszu Łukasza Kuleszy spowodował, że ponownie musieli gonić wynik. Gdy Gracze Gorszego Sortu odskoczyli na dwubramkową przewagę to zaczęło być trochę nerwowo w obozie gości. Tego dnia zespół Daniela Gałązki zagrał poniżej swoich możliwości i to znakomicie wykorzystali rywale. W końcówce po kontrach i prostych błędach w obronie gospodarze odjechali z wynikiem i ostatecznie pokonali swoich przeciwników 7:4. Dla gości to niewątpliwie strata punktów, której na pewno nie zakładali. Gospodarze po słabym meczu przed tygodniem pokazali, że potrafią się zmobilizować i ograć wyżej notowanego przeciwnika.

 

SASKA KĘPA – ORZEŁY STOLICY (6:8)
Nie jesteśmy w stanie zrozumieć, czym gracze Saskiej Kępy zasłużyli sobie na tak ogromną ilość pecha w tym sezonie. Przed starcie z Orzełami Stolicy kilkukrotnie mieli szansę na punkty, które ostatecznie im się wyślizgiwały z rąk. Natomiast gracze zespołu Janka Wnorowskiego utknęli nieco w dolnej części tabeli, mimo dobrej gry. Spotkanie zaczyna się wręcz piorunująco, gdyż w pierwszych pięciu minutach gracze gości trzykrotnie bezlitośnie rozmontowywali defensywę gospodarzy. Dwa pierwsze trafienia była autorstwa Maćka Kiełpsza, gdzie przy obu asystował wspomniany wcześniej kapitan Orzełów. Trafienie na 0:3 to gol strzelony po indywidualnej akcji Arkadiusza Ciołka. Gdy parę minut później gola na 0:4 zdobył sam Janek Wnorowski, wszystko wskazywało na to, że jest „po meczu". Pomocną rękę w stronę Saskiej Kępy wyciągnął duet.. rywali. Wierzymy, że gracze Orzełów podejdą do tego z dystansem nie obrażą się za opis sytuacji, ale była ona naprawdę kuriozalna. Po wyrzucie z autu jednego z obrońców gości, piłka rzucona wzdłuż linii końcowej zaplątała się w nogach golkipera gości i poturlała się do bramki i mieliśmy 1:4. Na poprawę humoru, jeszcze przed przerwą na 1:5 podwyższył Max Mahor. Zaraz po zmianie stron wynik osiągnął stan 1:6, po drugiej bramce Maxa Mahora. Saska Kępa obudziła się przy stanie 2:7. Orzeły wciąż prowadziły grę, jednak zaczęli robić niewytłumaczalne błędy w środku pola i obronie. Efektem tego były trafienia Łukasza Pastewki, Bartka Krajewskiego oraz dwukrotnie Sebastiana Sitka i z pewnego prowadzenia zrobiło się 6:7! Zrobiła się arcyciekawa końcówka i wszyscy, którzy znaleźli się przy sektorze „A" zatrzymywali się, aby zobaczyć jak ta potyczka się zakończy. Jednak kropkę nad „i" postawili gracze gości i wygrali spotkanie 6:8. Bardzo cenne trzy punkty dla Orzełów, które mogą okazać się kluczowe w kontekście wspięcia się w górną część tabeli. Saska Kępa, niestety, znów bez punktów.

 

ETERNIS – WARSZAWSKA FERAJNA (2:5)
Mecz sąsiadujących ze sobą miejscami w tabeli zespołów prognozował zacięty pojedynek i sporo piłkarskich emocji. Warszawska Ferajna tradycyjnie mobilizowała się do walki charakterystycznym okrzykiem słyszanym na wielu okolicznych osiedlach, natomiast Eternis spokojną rozmową chciał przygotować plan na ten mecz. Lepszym sposobem był chyba głośny okrzyk, bo Kacper Domański i spółka w białych trykotach zaczęli od zmasowanych ataków na bramkę gospodarzy. Porównując piłkę nożną do boksu, można powiedzieć, że Ferajna wyprowadziła trzy prawe proste, które znalazły drogę do celu, jednak rywal wciąż stał na nogach, ale lekko się zachwiał. Eternis starał się też wyprowadzać swoje akcje, ale ciągle zawsze czegoś brakowało. W końcu udało się gospodarzom pokonać bramkarza rywali, najlepszy w swoim zespole Damian Rudy poprawił nastroje swojego zespołu przed przerwą. W przerwie miało miejsce tak zwane „Kilka męskich słów", które jeszcze bardziej miały nastawić Eternis do odrabiania strat. Inny plan na początek meczu miał Kacper Domański, który dał swojemu zespołowi trzybramkowe prowadzenie. Oba zespoły strzeliły jeszcze po jednym golu, a wynik końcowy meczu to 2:5 dla Warszawskiej Ferajny, która zwyciężyła w drugim meczu z rzędu, wiec chyba przyszła stabilizacja formy o której pisaliśmy w zapowiedziach. Dla Eternisu była to z kolei już trzecia kolejna porażka i ich sytuacja w tabeli prezentuje się z tygodnia na tydzień coraz słabiej.

 

FC GÓRKA – FC NOVA GROUP (8:3)
Na zakończenie ósmej kolejki drugiej ligi byliśmy świadkami meczu między zespołami FC Górka oraz FC Nova Group. Sytuacja w tabeli obu ekip jest zupełnie odmienna. Gospodarze zebrali w tym sezonie solidny skład, w końcu dopisuje frekwencja, a to gwarantuje im walkę o najwyższe cele. Goście natomiast często borykają się z problemami kadrowymi i w końcówce tej rundy zajmują miejsce w strefie spadkowej. Dlatego zdecydowanym faworytem tego spotkania byli zawodnicy z Tarchomina. Mecz rozpoczął się od wymiany ciosów, ale już po kilku minutach dość niespodziewanie to zawodnicy Nova Group wyszli na prowadzenie. Indywidualną akcja popisał się Patryk Radziszewski. Górka nie zamierzała tracić czasu i odpowiedź przyszła bardzo szybko, Marcin Godlewski wykorzystał perfekcyjne podanie w pole karne i mieliśmy 1:1. Kolejne minuty spotkania to akcje raz z jednej, raz z drugiej strony boiska. Przy wyniku 2:2 to zawodnicy Górki mocniej wzięli się do pracy. Wraz z upływem czasu gospodarze pewniej czuli się na boisku. Akcje zaczęły się zazębiać i były coraz groźniejsze. Efektem dobrej gry Górki w tej części spotkania były kolejne bramki. Najpierw dobrze w polu karnym odnalazł się Dawid Nowicki, a pod koniec pierwszej połowy samobójcza bramka bramkarza "zielonych" dała dwubramkowe prowadzenie zawodnikom Konrada Litwiniuka. Po zmianie stron obraz gry wiele się nie zmienił, to FC Górka prowadziła grę i tworzyła sobie kolejne sytuacje. Obok wyróżniającego się co mecz Szymona Maruszewskiego formą błysnął także Jakub Stęszewski. W drugiej połowie Górka ponownie strzela 4 bramki, dając się zaskoczyć rywalom tylko raz. Mecz ostatecznie kończy się wynikiem 8:3, co w zupełności oddaje przebieg spotkania. Dzięki wygranej gospodarze wskakują na drugie miejsce, a Nova Group zajmując miejsce w strefie spadkowej musi poważne myśleć o wzmocnieniach podczas przerwy zimowej.

 

 

 LIGA 3

 FC KANONIERZY – ENERGIA (0:8)
Meczem bez większej historii było starcie lidera 3 ligi - Energii, z zamykającymi tabelę Kanonierami. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem można było się zastanawiać czy gospodarze będą w stanie sprawić niespodziankę na miarę ogrania Ukranian Vikings, bo skład, przynajmniej na papierze, wydawał się solidny. Nie za długo można było prowadzić tego typu dywagacje, bo Energia była tego dnia zespołem zdecydowanie lepszym. Rywala napoczął Igor Petlyak, który otworzył wynik tego spotkania. Parę minut później mieliśmy już 0:2, po golu którego autorem był Heorhii Parnitskii. Kanonierzy próbowali odrabiać starty, ale sporym osłabieniem było przedwczesne zejście Czarka Petasza, po tym jak przyjął na głowę piekielnie mocny strzał rywala. Niestety nie był już w stanie pomóc swoim kolegom, za to Energia rozkręcała się z minuty na minutę. Konsekwencją były kolejne bramki dla gości. Na listę strzelców wpisywali się kolejno Yurii Biliavskiy, Igor Petlyak i Patryk Komorowski i wiadome już było, że Kanonierzy w tym spotkaniu punktów nie zdobędą. Energia grała spokojnie, długo utrzymując się przy piłce, ale czasem zachowywała się już zbyt nonszalancko pod bramką rywala, bo ilość sytuacji które zmarnowali, była niebywała. Trzeba też oddać, że swoje zrobił bramkarz Kanonierów, który kapitalnie spisywał się między słupkami. Gdyby nie postawa Marcina Chuptysia, to wynik spokojnie mógłby się skończyć dwucyfrówką. A tak ostatecznie skończyło się „jedynie" na 8 golach. Wynik otworzył Igor Petlyak i również Igor zakończył spotkanie bramką, i po jego golu sędzia zagwizdał po raz ostatni. Widać było w tym spotkaniu różnicę jaka dzieli obie ekipy w tabeli i Energia to w 100% potwierdziła swoją dominację w lidze.

 

FC MELANGE – UKRANIAN VIKINGS (6:5)
Goście z Ukranian Vikings z pewnością mogą czuć niedosyt po przegranym 6:5 meczu z FC Melange. Byli oni drużyną grającą przez długie fragmenty lepiej niż Melanżownicy, jednak brakowało im zimnej krwi, odrobiny szczęścia, a przede wszystkim - koncentracji. Show skradł za to MVP kolejki - Łukasz Słowik, który ukończył mecz mając na koncie 5 z 6 trafień gospodarzy. Spotkanie rozpoczęło się od trafienia na 0:1 Eduarda Vakhidova, więc nadchodząca tragedia nie była jeszcze widoczna. Później jednak, po trafieniu na 1:1 Kamila Pietrzykowskiego, na gości spadła strzelecka niemoc. Na nic były kolejne ataki Ukrainian Vikings - piłka albo grzęzła w nogach czujnej formacji obronnej gospodarzy, albo w rękawicach dobrze spisującego się Bartosza Jakubiela. Nie próżnował za to Łukasz Słowik, który wykorzystywał swoje ogromne umiejętności, doświadczenie i boiskowy spryt. Najpierw wykorzystał świetne podanie Kamila Kapczyńskiego przy golu na 2:1, natomiast jeszcze przed przerwą dobrze się zastawił w polu karnym, a podyktowany rzut karny pewnie zamienił na bramkę - 3:1.W drugiej połowie było jeszcze więcej tego co w pierwszej - wikingowie grali lepiej, jednak brakowało im jakości, aby postawić kropkę nad i. Dlatego też, pomimo wyrównania na 3:3 cały czas nie byli w stanie przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę - albo popełniali oni kosztowne błędy (jak źle wyrzucony aut, w wyniku którego została anulowana bramka na 3:4), albo byli po prostu nieskuteczni. Dla kontrastu, FC Melange wyciskał wszystko co mógł ze swoich nielicznych, ale niebezpiecznych akcji. Za każdym razem, kiedy Ukranian Vikings wyrównywali, jak na zawołanie Łukasz Słowik strzelał bramkę dającą prowadzenie gospodarzom. W ten sposób 3:3, szybko stało się 4:3, 4:4 zamieniło się na 5:4, a kiedy w 49' minucie goście w końcu wymęczyli ciężko wypracowany remis na 5:5... As gospodarzy po prostu podszedł do piłki i przelobował bramkarza gości - 6:5. Był to fantastyczny mecz i istny rollercoaster emocji - lecz co musimy z przykrością przekazać zawodnikom gości - w piłce nożnej nie przyznajemy punktów za styl.

 

BONITO WARSZAWA – FC BALLERS (5:3)
Niesamowicie ciekawy przebieg miało spotkanie pomiędzy Bonito Warszawa, a FC Ballers. Gospodarze wystawili na to spotkanie dość wąski skład, ale goście byli w podobnym położeniu, bo oba zespoły miały tylko 1 zmianę. To jednak nie przeszkodziło żadnej z drużyn, bo obie ekipy wspięły się na wyżyny swoich możliwości. Pierwsza połowa była remisowa, a zaczęli strzelanie gracze Bonito, a konkretnie Benedykt Kurtyka. Nie trzeba było jednak długo czekać na odpowiedź, bo świetnie piłkę podał Artiom Pastushyk, a gola zdobył Max Narkevich. Oba zespoły trafiły po jeszcze jednej bramce, a wynik 2:2 był jak najbardziej sprawiedliwy. Gospodarzom chyba bardzo pomogła rozmowa w szatni, bo na drugą połowę wyszli naładowani jak baterie Duracell. Bramki Wiktora Mądrego oraz Diego Deisadze sprawiły, że gospodarze wyszli na prowadzenie 5:2. Goście mieli swoje okazje i grali naprawdę dobrze, ale na ich drodze stał Kuba Przygoda, który niejednokrotnie ratował zespół gospodarzy przed utratą bramki. Ostatnie trafienie w meczu zanotował Karol Milej, ale to było za mało. Bonito wygrało to spotkanie 5:3, a tym razem zadecydowała o tym świetna forma Przygody i kolektyw na boisku. Tymczasem goście byli blisko, ale niestety zabrakło skuteczności. Na uwagę zasługuje jednak występ Artioma Pastushyka, który zanotował hat-tricka z asyst.

 

FUSZERKA – OLD EAGLES KOŁO (3:2)
Rozpędzona ekipa Old Eagles Koło liczyła na kolejną zdobycz punktową, na meczu z Fuszerką stawili się jak zawsze w licznym składzie. Fuszerka mimo, że z pozycji strefy spadkowej, to wcale nie chciała pozwolić na łatwe zwycięstwo swoim rywalom. Mecz był wyrównany, zacięty, często na granicy faulu, natomiast w granicach walki fair play. Na prowadzenie wyszła ekipa z Koła, Mariusz Żywek znalazł się w dogodnej okazji i nie zmarnował swojej szansy na zdobycie bramki. Na odpowiedź Fuszerki jednak długo nie musieliśmy czekać, Kamil Burchacki pokonał Sebastiana Nowakowskiego, a jak wiemy to wcale nie jest prosta rzecz. Wynik remisowy utrzymał się do przerwy, po której zaczęły się dziać jeszcze ciekawsze rzeczy. Jeszcze na początku drugiej części mecz był niemal identyczny jak w pierwszej odsłonie, wyrównana walka w środku pola, pojedyncze faule, i nieliczne groźne sytuacje. Najciekawiej było jednak w samej końcówce meczu. Wszystko zaczęło się mniej więcej na pięć minut przed końcem spotkania. Najpierw na prowadzenie Orzełków wyprowadził Piotr Parol, chwilę później w polu karnym Fuszerki jeden z defensorów podczas próby wybicia piłki trafił sobie w rękę. Sędzia tego meczu widział doskonale całe zajście, ale nie zdecydował się wskazać na wapno, czym doprowadził do czerwoności zawodników z Koła. Podczas gdy jedni rozpamiętywali niepodyktowanie rzutu karnego, drudzy rzucili się do odrabiania strat i im się to udało. Gdy wszystkim wydawało się, że mecz zakończy się remisem do akcji wszedł Rafał Spodar. Napastnik Fuszerki przejął piłkę na lewym skrzydle, nie myślał wiele i uderzył po długim rogu niemal w samo okienko bramki czym zapewnił swojej drużynie upragnione zwycięstwo.


UN MATE TEAM – PERŁA WWA (7:3)
Znajdujący się w dolnej części tabeli Un Mate Team podejmował będącą w wyraźnym kryzysie Perłę Wwa. Ekipa Jakuba Wielochy ma poważne problemy kadrowe i w minioną niedzielę nie zebrała nawet pełnego składu. Goście od samego początku meczu grali w zaledwie pięciu, czym niewątpliwie ułatwili zadanie Argentyńczykom, dla których każdy punkt jest teraz na wagę wydostania się ze strefy spadkowej. Gospodarze bardzo szybko przekuli przewagę liczebną na gole i po 13 minutach było już 3:0 po dwóch trafieniach Jonyego Kraajenbrinka i jednym Mariano Konopki. Wszystko wskazywało na to, że będzie to przysłowiowy mecz do jednej bramki, ale bardzo szybko okazało się, że Perle może i brakuje zawodników, ale na pewno nie brakuje woli walki. Pięknym strzałem z dystansu popisał się Igor Bartkowski, a po kilku minutach Argentyńczycy znów wyciągali piłkę z siatki po golu Huberta Banaszuka. Takiego obrotu spraw na pewno nikt się nie spodziewał, a momentami zawodnicy Perły wyglądali na bardziej zdeterminowanych, niż ekipa Mariano Konopki. Mimo wszystko rezon gospodarze odzyskali jeszcze przed końcem pierwszej połowy i gola do szatni trafił Guillermo Gerpe. Początek drugiej części spotkania znów obfitował w gole. Po drugim trafieniu zaliczyli Mariano Konopka i Guillermo Gerpe, ale Perła znów zaskoczyła trafieniem Igora Bartkowskiego i zrobiło się 6:3. Gospodarze nie wyglądali na ekipę zdecydowanie przeważającą, ale kontrolowali grę na tyle, aby nie dopuścić już do niespodzianek ze strony napastników gości. Jedno trafienie dołożył jeszcze Felipe Hernandez i mecz zakończył się zwycięstwem Un Mate Teamu 7:3. Mimo to od gospodarzy oczekiwaliśmy nieco więcej, bo przewaga liczebna w tym meczu dawała szanse na zdobycie dużej ilości bramek i poprawę statystyk, co udało się uzyskać jedynie częściowo. Dla Perły Wwa mecz ten jest wyraźnym sygnałem, że ekipa ta ma potencjał do walki, pod warunkiem poprawy frekwencji, a nieobecni mogą sobie pluć w brody, bo gdyby pojawili się na boisku, spotkanie to mogłoby przebiec zupełnie inaczej.

 

 

LIGA 4

 

LTM WARSAW – WIERNY SŁUŻEWIEC (5:1)
Hit 4 ligi nieco zawiódł, ale głównie za sprawą dyspozycji gości. Już pierwsze minuty wskazywały na LTM, bo na samym początku powinno być 2:0 dla gospodarzy. Wierny jakby myślami został jeszcze poza boiskiem, nie był w stanie dobrze wejść w mecz i złapać odpowiedniego rytmu gry. LTM przeważał i właściwie kwestią czasu było objęcie przez nich prowadzenia. Tak też się stało za sprawą Krzysztofa Kulibskiego. Wierny próbował nawiązać walkę, ale rywal nie dał za bardzo rozwinąć się gościom w ofensywie. Do tego LTM jeszcze przed przerwą podwyższył na 2:0. Po zmianie stron Wierny próbował krycia na całym boisku, ale cały czas był gdzieś o jedno tempo za wolny. Dopiero przy stanie 3:0 ekipa Piotra Gratkowskiego zaczęła grać na swoim poziomie, stwarzała sobie sytuacje bramkowe, ale świetnie między słupkami spisywał się Mateusz Karpiński, który odbijał wszystkie strzały przeciwników. Skapitulował dopiero wtedy, gdy piłka odbiła się rykoszetem od jednego z obrońców. Bramka na 3:1 dała nadzieję gościom na odrobienie strat, ale LTM szybko te nadzieje zgasił. W krótkim odstępie czasu zdobył dwie bramki, zamykając tym samym mecz. Team ze Służewca zdawał już sobie sprawę, że tego dnia nie da się nic więcej ugrać, ale walczył jeszcze o to, by zmniejszyć rozmiary porażki. To się nie udało i LTM pewnie wygrał 5:1, będąc zespołem zdecydowanie lepszym. Tym samym zapewnił sobie pierwsze miejsce po rundzie jesiennej, Wierny natomiast musi wygrać w ostatniej kolejce, w przeciwnym razie może skończyć rundę nawet poza podium.

 

BYCZKI STARE BABICE – AWANTURA WARSZAWA (7:4)
Będące w coraz lepszej formie Byczki Stare Babice konfrontowały się ze swoim ligowym sąsiadem z tabeli – Awanturą Warszawa, która ten sezon rozgrywa jak w ruletce - raz wygrana, raz przegrana, ale jednak częściej się przegrywa z kasynem. Boisko co prawda to nie kasyno, ale analogie widać gołym okiem. W pierwszej części mecz był niezwykle wyrównany, akcje przenosiły się z jednego pola bramkowego, pod drugie. Gospodarzom udało się wyjść na prowadzenie za sprawą swojego najlepszego zawodnika w tym meczu, strzelca łącznie czterech bramek w spotkaniu – Dawida Głowackiego. Awantura jednak ma w swoim zespole sporo indywidualności, którym udało się doprowadzić do wyrównania, a w przeciągu dwóch kolejnych minut oba zespoły zdobyły jeszcze po jednym golu i do przerwy był remis 2:2. W drugiej połowie zaczęła się zarysowywać coraz większa przewaga zawodników ze Starych Babic. Kolejne bramki zdobywał Dawid Głowacki, a skutecznie w akcjach ofensywnych wspierał go Maciej Piasecki. W ekipie gości starał się jak mógł niezwykle dynamiczny, ale wciąż próbujący odnaleźć swoją formę sprzed kontuzji Damian Sawicki, jednak nawet popularny Bąbel nie był wstanie wpłynąć na wynik meczu. Byczki spotkanie wygrały 7:4 odskakując bezpośrednim rywalom w ligowej tabeli.


OLDBOYS DERBY – KS IGLICA WARSZAWA (10:4)

Czy można znaleźć analogie pomiędzy skokami narciarskimi, a piłką nożną? Poza tym, że obie dyscypliny są ukochane w Polsce, to można też stwierdzić, że połowy mogą się różnić tak bardzo jak dwie serie skoków. Nie ma lepszego na to przykładu niż mecz pierwszego zespołu Oldboys Derby z KS Iglicą Warszawa, który - gdybyśmy grali tylko jedną połowę - z pewnością przypadłby do gustu drużynie gości. Iglica dobrze weszła w mecz, a szczególnie wyróżniał się Krystian Zbrzeski, który już na początku spotkania zdobył bramkę na 0:1. Doświadczeni gospodarze jednak dorównywali kroku i bramkę na 1:1 zdobył Wojciech Nowak. Kolejne minuty to dalsza wymiana ciosów przez obie strony aż do wyniku 2:2. Wtedy też w końcu goście zdobyli inicjatywę - trafili najpierw w słupek, a po chwili w poprzeczkę. Do trzech razy sztuka i za kolejnym podejściem Mateusz Pietrusiński pokonał Michała Piątkowskiego. Przed przerwą wyrównał na 3:3 Łukasz Łukasiewicz. Kiedy w drugiej połowie prowadzenie ponownie objęła Iglica to z pewnością w niektórych głowach pojawił się głos CJ'a z Grand Theft Auto San Andreas, mówiący iż "znowu się zaczyna". Tym razem jednak było to przeczucie błędne - do końca spotkania bramki zdobywali już tylko gospodarze z Oldboys Derby. Aż 7 bramek zdobyli gospodarze, wygrywając ostatecznie aż 10:4, a w drużynie gości z pewnością zabrakło doświadczonego bramkarza, gdyż wiele z tych trafień było do odratowania.

 

VIRTUALNE Ń – MARGERITA TEAM (3:7)
Spotkanie między Virtualnym Ń, a Margeritą zapowiadało się bardzo ciekawie, bo obie ekipy mają w swoich szeregach graczy, którzy z całą pewnością wyróżniają się na swoim poziomie rozgrywkowym. Okazało się jednak, że Margerita tego dnia świetnie wiedziała jak wyłączyć Szymona Kolasę, a ich obrońca – Piotr Pielak, przebiegł chyba ze 3 maratony, goniąc napastnika Virtualnych. Od początku spotkania to goście mieli więcej z gry. Wspomniany Pielak otworzył wynik spotkania, po podaniu od własnego bramkarza, który... asystował również przy drugiej bramce dla Margerity. Nie wiemy skąd zawodnicy Olka Celucha biorą tych bramkarzy, ale praktycznie każdy z nich wykazuje walory ofensywne, co jest sporym ułatwieniem dla tej ekipy. Mecz trochę się wyrównał po bramce na 0:3, bo Szymon Kolasa pewnie wykorzystał rzut karny i Virtualne otworzyło swoje konto bramkowe. To jednak nie pomogło, bo dosłownie chwilę później Mateusz Baka, który był zamieszany w sprokurowanie rzutu karnego dla Virtualnych, odegrał się na rywalach i sam pokonał bramkarza gospodarzy. Przed przerwą mieliśmy jeszcze karnego dla Margerity i na odpoczynek schodziliśmy przy stanie 2:5. Druga połowa była odrobinę kuriozalna. Gospodarze grali lepiej, ale gonienie rywali utrudniali sobie we własnym zakresie. Dwa samobóje, z czego ten drugi był naprawdę groteskowy, bo piłka rzucona z autu leciała wzdłuż bramki, a bramkarz niefortunnie interweniując, wbił ją sobie do „prostokąta". Ostatecznie Margerita wygrała 3:7 i zanotowała awans w ligowej tabeli. Virtualne ma natomiast nad czym myśleć.

 

 

LIGA 5

 

PRAGA WARSZAWA – EAST TEAM (3:3)
Ten mecz był przez nas zapowiadany jako Hit piątej ligi. Liderująca Praga Warszawa w niedzielny poranek na Arenie Grenady podejmowali jednego z poważniejszych rywali w lidze, East Team. Początek meczu to totalne eldorado. Gra ofensywna obydwu zespołów robiła niemałe wrażenie. Na prowadzenie wyszli zawodnicy z warszawskiej Pragi, a następnie jeszcze je podwyższyli. East Team nie pozostawał dłużny, raz po raz atakował bramkę rywali, ale świetnie dysponowany między słupkami był Tomasz Benicki. Gościom jednak w końcu udało się zdobyć kontaktową bramkę, którą zdobył niezawodny Adliet Akkigarov. East Team nie chciał na tym poprzestać, ciągle atakował na bramkę gospodarzy, ale ich próby były skutecznie rozbijane przez obronę rywali lub bramkarza Pragi Warszawa. Pierwsza połowa jednak bramek już nam nie przyniosła, zawodnicy zeszli na przerwę przy jednobramkowej przewadze Pragi. Chwilę po rozpoczęciu gry ładną akcję przeprowadził Patryk Pawłowski, który idealnym podaniem obsłużył Kamila Kwiecińskiego, który podwyższył prowadzenie swojego zespołu. East Team to waleczna drużyna, nie spuszczają głowy gdy coś nie idzie po ich myśli i chcieli to udowodnić i tym razem. Sygnał do ataku dał, tu bez niespodzianki, Adliet Akkigarov, który fantastycznym strzałem z dystansu pokonał Tomasza Benickiego. Mecz cały czas nabierał rumieńców, starał się coraz bardziej wyrównany, agresywny, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. East Team dopiął swego i w końcówce zdobył bramkę wyrównującą, a jeszcze w ostatniej akcji mógł wygrać swój mecz, ale piłka ostatecznie trafiła w słupek. Mecz na remis, co w wykonaniu gości nie jest niczym zaskakującym, ponieważ był to ich już czwarty remis w trakcie rundy. Może pora zmienić nazwę na Draw Team?


BRD YOUNG WARRIORS – FC ALBATROS (0:4)
BRD Young Warriors stanęło przed doskonałą szansą, żeby doskoczyć do czołówki ligowej tabeli, warunek był jeden: wygrać z FC Albatros. Zadanie trudne, choć nie niewykonalne. Wyżej notowani goście tego spotkania mecz zaczęli spokojnie, rozgrywając piłkę na swojej połowie nie dając za bardzo pograć w piłkę swoim rywalom. Albatrosi oprócz dużego posiadania zaczęli mieć spore problemy z przedostaniem się pod bramkę BRD. Z pomocą przyszedł jednak.. Marcin Bińka, który niefortunnym wybiciem skierował piłkę do własnej bramki. To tylko dodało wiatru w żagle gościom, którzy przycisnęli jeszcze mocniej i po dynamicznej akcji Bartka Łaciaka i idealnym podaniu do drugiego z Bartków – Folca zrobiło się już 2:0 i taki wynik utrzymał się już do końca pierwszej części gry. W Drugiej połowie obraz gry praktycznie się nie zmienił, choć w końcu zawodnicy Young Warriors zaczęli się odgryzać coraz to groźniejszymi akcjami. Problem polegał jednak na jednej osobie, wybranym na zawodnika meczu : Piotrku Arendtcie. Piotrek cały czas utrzymuje wysoką dyspozycje, tym meczem tylko to potwierdził, bo ostatecznie w meczu zachował czyste konto, które za często się nie zdarza na boiskach Ligi Fanów. Do czystego konta Albatrosi w drugiej połowie dorzucili jeszcze dwie bramki, wygrali mecz 4:0 nie dając większych szans swoim rywalom.

 

SANTE – PRZYPADKOWE GRAJKI (4:3)
Przed meczem ilość zawodników w obu zespołach nie powalała na kolana, bo Sante miało jedynie jedną zmianę, natomiast Przypadkowe Grajki musiały pełne 50 minut zagrać meczową szóstką. Lepiej mecz ułożył się dla Sante – po podaniu Adama Lewandowskiego piłkę w siatce umieścił Piotr Kowalski. Po tej bramce dość długo nie widzieliśmy kolejnych trafień, mimo starań obu zespołów. Gdy wydawało się, że zbyt wiele w pierwszej części już się nie wydarzy, to dwójka Piotr Pieńkowski – Czarek Gozdołek dali prawdziwy pokaz tego jak powinno się działać w duecie. Byli autorami trzech trafień jeszcze w pierwszych 25 minutach i właściwie schemat był ten sam przy każdej bramce. Albo Grajki ruszali z kontrą, albo Piotr Pieńkowski przejmował piłkę na własnej połowie i obsługiwał ostatnim podaniem Czarka Gozdołka, który zamieniał te akcje na bramki, kompletując hat-tricka. Grajki prowadziły do przerwy 1:3 i patrząc na ich dyspozycję wydawało się, że uda im się dowieźć to prowadzenie do końca. Również na początku drugiej połowy nic nie wskazywało na to, że Sante odrobi te straty. Zwłaszcza że kontuzji nabawił się jeden z graczy gospodarzy i od pewnego momentu również grali bez zmian. Wtedy jednak uaktywnił się Tomasz Cacko, który najpierw zdobył gola kontaktowego, a następnie wyrównał z rzutu wolnego. Mecz właściwie zaczął się na nowo. Przypadkowe Grajki miały swoje okazje na ponowne prowadzenie – niestety brakowało już tego dokładnego ostatniego podania, a czasem wystarczyło tylko dostawić nogę by umieścić piłkę w siatce. To się w pewien sposób zemściło, bo to Sante zdobyło gola na wagę 3 punktów. Mecz zakończył się wynikiem 4:3, choć gdyby doszło do podziału punktów, nikt by raczej nie mógł narzekać.

 

MUNJA – ADP WOLSKA FERAJNA (5:2)
W samo południe spotkały się ekipy Munji oraz ADP Wolskiej Ferajny. Po kiepskim występie przeciwko BRD Young Warriors Ekipa Michała Konopki idzie jak burza i wygrywa mecz za meczem. Z drugiej strony drużyna Kamila Jagiełly nie może się odnaleźć w tym sezonie i znajduje się w strefie spadkowej, a każdy punkt jest już na wagę utrzymania się w lidze. Liczyliśmy, że podziała to motywująco na drużynę z Woli i w pierwszej połowie Ferajna postawiła Munji trudne warunki gry. Mecz zaczął się całkiem nieźle dla ADP. Wynik w 6 minucie otworzył Kamil Dąbrowski, ale goście długo nie nacieszyli się z prowadzenia, gdyż chwilę później wyrównał Robert Zając. W 13 minucie Michał Konopka wyprowadził Munję na prowadzenie 2:1 i taki wynik utrzymał się do przerwy, aczkolwiek nie brakowało akcji pod obiema bramkami i zarówno Kamil Jagiełło jak i Marek Reszczyński musieli kilkukrotnie ratować swój zespół przed utratą gola. Po wznowieniu gry wynik długo się utrzymywał, głównie za sprawą świetnie grającej defensywy gospodarzy, która skutecznie wyłączyła z gry supersnajpera Ferajny Mateusza Nejmana. W 37 minucie worek z bramkami w końcu się rozerwał. Strzał Michała Konopki dobił Andrzej Denysov, a po dwóch kolejnych minutach Munja prowadziła już 5:1. Wolska Ferajna powinna skupić się na gonieniu wyniku, ale pojawiły się niesnaski wewnątrz zespołu i brak porozumienia nie pomagał przy konstruowaniu groźnych akcji. W efekcie dopiero pod koniec meczu gola kontaktowego strzelił Mateusz Nejman i i mecz zakończył się pewnym zwycięstwem Munji 5:2.

 

TORNADO SQUAD – STADO SZAKALI (3:9)
Tornado Squad to ekipa, która nie może się odnaleźć w obecnym sezonie. Team Michała Nawrockiego podejmował Stado Szakali i po raz kolejny rozegrał całkiem dobre spotkanie, ale i tym razem nie udało się zdobyć nawet punktu. Wprawdzie goście byli tu stawiani w roli murowanego faworyta, ale to gospodarze lepiej weszli w mecz, bo już w 2 minucie Piotr Bratkowski zaskoczył Damiana Bieńkę i dość nieoczekiwanie Tornado wyszło na prowadzenie. Nie minęła nawet minuta gry, a Jan Mitrowski doprowadził do wyrównania, a już chwilę później było 1:2 dla gości po golu Adama Ziółkowskiego. Bardzo intensywna gra w wykonaniu napastników obu drużyn nie zwalniała i nie minął nawet kwadrans spotkania, a już mieliśmy po trzy bramki po obu stronach. Dopiero przy tym wyniku oba teamy poukładały nieco grę w defensywie i pierwsza połowa skończyła się wynikiem 3:3. W drugiej połowie liczyliśmy na kontynuację wyrównanego pojedynku i początkowo tak właśnie było, jednakże po bramce z 34 minuty obraz meczu zmienił się diametralnie. Kamil Ceran wraz z Maurycym Ostaszewskim i Bartoszem Jakóbczykiem momentalnie rozbroili defensywę Tornado i Stado Szakali odskoczyło wynikiem na 3:6. Goście nie zdejmowali nogi z gazu i kolejne trafienia dołożyli Jan Mitrowski i Michał Flis i było już praktycznie po meczu. W końcówce Tornado Squad nie miało już żadnego pomysłu na przebicie się przez defensorów Macieja Płuski, a sam kapitan Szakali postawił kropkę nad i ustalając wynik na 3:9. Co ciekawe na kolejkę przed końcem rundy aż trzy drużyny w 5 lidze mają teraz po 17 punktów, ale dzięki wysokiemu zwycięstwu nad Tornado, to właśnie Szakale objęły prowadzenie w tabeli.

 

 

LIGA 6

 

COSMOS UNITED – COMPATIBL (3:4)
Po ostatniej przegranej z Miejskimi Ziemniaczkami goście spadli z pozycja lidera i byliśmy wyraźnie zaniepokojeni dlaczego passa zwycięstw CompatibL została przerwana. Po tym spotkaniu wiemy, że był to jednorazowy wybryk i kolejne 3 punkty zostały dopisane na konto drużyny zza naszej wschodniej granicy. Już na początku spotkania Vlad Yarmolenko pognał sam w kierunku bramki i po raz pierwszy trafił do siatki. Kosmiczni próbowali wszystkiego by przychwycić piłkę - niestety bezskutecznie. CompatibL bronił się celnymi podaniami i nie przeszło im nawet przez myśl, żeby tę piłkę oddać. Każda kolejna bramka dodawała im energii i wykrzesywała z nich kolejne pokłady siły. Na wyróżnienie zasługuje Cezary Węgrzyński z Cosmosu, który grał niezwykle dynamicznie i bojowo. Opłaciło mu się to, bowiem to z jego strzału padła bramka kontaktowa na 1:2. Do przerwy CompatibL prowadził 2:3 jednak gospodarze cały czas mieli nadzieję na odrobienie wyniku i zgarnięcie pełnej puli punktów. W drugiej połowie spotkania Kosmiczni nie wykorzystali kilku rzutów wolnych co zdecydowanie pomogło gościom. CompatibL nie miał zamiaru się zatrzymywać w drodze po zwycięstwo w tym spotkaniu. Wisienką na torcie był gol Denysa Pazenko przy asyście Artura Kustova, który przypieczętował zwycięski wynik CompatibL. Spotkanie zakończyło się wynikiem 3:4, a goście nadal zajmują drugą pozycję w tabeli tuż za Tartakiem.

 

BAD BOYS – MOBILIS (6:11)
Powstrzymać Bartka Podobasa przed przybyciem na mecz Bad Boys mogą tylko dwie rzeczy: wojsko albo kwarantanna. Tym razem w jego absencję nie byli zaangażowani mundurowi, zatem powody około zdrowotne. Bez swojego kapitana gospodarze w starciu z Mobilisem radzili sobie przez pewien czas nieźle. Co prawda wynik spotkania otworzyli goście, gdy po błędzie bramkarza do piłki dopadł Rafał Duda i pewnie umieścił piłkę w siatce. Potem jednak nastąpił okres dobrej gry gospodarzy, którzy po dwóch akcja Damiana Borowskiego i Artura Miszkiewicza wyszli na prowadzenie 2:1, a autorem trafień był popularny „Misza". Niestety, w pierwszej odsłonie tylko na tyle było stać ich zespół, gdyż do końca tej części gry trafiali już tylko gracze gości. Najpierw do wyrównania doprowadził Daniel Czerwonka, a następnie we właściwy tryb wszedł Alek Janiszewski, którego dwa trafienia oraz asysta przy golu Michała Zdanowskiego pozwoliły zejść „do szatni" przy prowadzeniu 2:5. Zmiana stron wiązała się z przejściem na tzw. futbol dla zabawy. Obrona grała drugorzędną rolę, ale w ataku jedni i drudzy bawili się doskonale. Szczególnie dobrze ta zabawa wychodziła wspomnianym wcześniej Aleksandrowi Janiszewskiemu oraz Michałowi Zdanowskiemu, którzy na swoim koncie zanotowali w całym spotkaniu, odpowiednio: cztery trafienia i dwie asysty oraz hat-tricka. W ekipie gospodarzy hat-tricka na swoim koncie zanotował Artur Miszkiewicz. Wesoły futbol przyniósł wiele bramek, ale to ostatecznie Mobilis okazał się dużo lepszy i zgarnął komplet punktów po wysokim zwycięstwie 6:11. Umocnili się dzięki temu na szczycie tabeli, a niestety Bad Boys'om możemy jedynie życzyć szczęścia w walce o utrzymanie w 6-tej Lidze Fanów.

 

SLAVIC WARSZAWA – MIEJSKIE ZIEMNIACZKI (5:4)
W kolejnym spotkaniu 6 ligi Slavic Warszawa podejmował Miejskie Ziemniaczki. W zeszłym tygodniu chwaliliśmy Ziemniaczki za świetny występ przeciwko wyżej notowanemu Compatiblowi i byliśmy przekonani, że jeśli tylko uda się zebrać skład, ekipa Pawła Żurka może powalczyć z najlepszymi. Tym razem optymalnego składu zebrać się nie udało, ale nie znaczy to, że goście dali się łatwo ograć. Slavic, choć dysponował zdecydowanie szerszą ławką rezerwowych, miał ogromne problemy, żeby złapać wyraźną przewagę. Na samym początku meczu słupek uratował gości od straty gola, a bezpośrednia kontra skoczyła się strzałem obok bramki. Obie drużyny szukały okazji do oddania strzału, ale to Ziemniaczki były skuteczniejsze i w 14 minucie wynik otworzył Kamil Saif. Slavic odpowiedział akcją Antka Nuszkiewicza, który zdobył gola imponującym strzałem z ostrego kąta. Jeszcze przed przerwą obie ekipy dołożyły po jednym golu i po pierwszej części spotkania mieliśmy remis 2:2. W drugiej połowie gra zrobiła się jeszcze bardziej zacięta i zawodnicy obu drużyn nie odstawiali nóg, ale obyło się bez złośliwych fauli i do samego końca oglądaliśmy dobry futbol. W 31 minucie Ziemniaczki rozegrały piłkę z rzutu rożnego, a piłka odbiła się od nogi obrońcy Slavicu i goście znów wyszli na prowadzenie. Po raz kolejny Slavic wyrównał, tym razem po golu Krzysztofa Blankiewicza, a po kilku minutach Ziemniaczki znów wróciły na prowadzenie po trafieniu Szymona Groblickiego. Gdy zapowiadało się, że goście dowiozą korzystny wynik do końca, los odmienił się w przeciągu niemalże minuty. Krzysztof Blankiewicz zdobył gola wyrównującego, a już po chwili było 5:4 po trafieniu Jacka Wojtali. Gościom zupełnie podcięło to skrzyła i ostatecznie team Antka Nuszkiewicza wyszedł z tej batalii zwycięsko.

 

HISZPAŃSKI GALEON – FC TARTAK (4:8)
Oba zespoły dzieli dość spora różnica w tabeli, więc mecz potoczył się zgodnie z naszymi przewidywaniami i Tartak wygrał to spotkanie. Nie był to jednak spacerek dla Drwali, bo Hiszpański Galeon dzielnie walczył o zwycięstwo. Początek spotkania był jednak jednostronny, bo Drwale już w pierwszej minucie wyszli na prowadzenie za sprawą Łukasza Łukasiewicza. Minutę później było 0:2, a bramkę po rzucie z autu zdobył Kamil Wędzyński. Ten sam zawodnik podwyższył kilkanaście minut później na 0:3. Hiszpański Galeon obudził się tak naprawdę w końcówce pierwszej połowy, a dwie bramki zdobył Krzysztof Czerwonka. W międzyczasie Artur Krzak wyleciał z boiska z żółtą kartką i Tartak musiał grać w osłabieniu. Początek drugiej połowy to kolejna bramka dla HG, zrobiło się 3:5, a gospodarze poczuli wiatr we włosach i szansę na zwycięstwo. Wtedy jednak obudził się zespół Luca Kończala, który z powrotem mógł być zadowolony z gry swojej drużyny. Najpierw Piotr Kawka, a później Łukasz Łukasiewicz i Kamil Wędzyński sprawili, że Drwale odskoczyli na bezpieczną odległość i nawet stracona w ostatnich sekundach bramka na 4:8 nie mogła im zepsuć humorów. Ostatecznie Tartak wygrał to spotkanie i utrzymał pozycję lidera, a Hiszpański Galeon nadal znajduje się w strefie spadkowej.

 

LUJWAFFE TARCHOMIN – LAISSEZ FAIRE UNITED (3:2)
Mecz przy boiskach Picassa rozgrywany był przy wieczornej mżawce i zawodnicy obu drużyn mieli trochę problemów, aby utrzymać się na murawie w pozycji wertykalnej. Tak jak przewidzieliśmy w zapowiedziach, pojedynek Lujwaffe i Laissez był bardzo wyrównany. Wydawało się, że spotkanie, przy nieznacznej przewadze, goście mają pod kontrolą, jednak pierwszego gola strzelili gospodarze, a dokładniej Miłosz Majewski przy asyście Piotra Dobrzenieckiego. Piłka do siatki nie chciała wpadać zbyt często i zatrzymywała się na linii bramkowej. Zawodnicy prosili o powtórkę w technologii Goal Line, ale niestety jeszcze w tym sezonie Liga Fanów nie wdrożyła tego rozwiązania. Lujwaffe z prowadzenia nie cieszyło się zbyt długo. Goście wyrównali wynik, a następnie Adam Mierzejewski przy asyście Marcina Skrzetuskiego doprowadził do prowadzenia Laissez. Przed przerwą gospodarze strzelili jeszcze jedną bramkę i przy wyniku 2:2 wszyscy z apetytem na więcej emocji zeszli na przerwę. W drugiej połowie swoją szansę wykorzystało Lujwaffe. Była to jedyna bramka w drugiej połowie, która zaważyła na wyniku spotkania. Mecz zakończył się wynikiem 3:2. Chłopaki z Laissez obecnie znajdują się w strefie spadkowej z dorobkiem tylko 7 punktów, a gospodarze awansowali na 4 miejsce w tabeli 6 ligi.

 

 

 

LIGA 7

 

KS PARTYZANT WŁOCHY – WIĘCEJ SPRZĘTU NIŻ TALENTU (2:7)
W spotkaniu pomiędzy drużynami KS Partyzant Włochy, a Więcej Sprzętu Niż Talentu od samego początku zwycięzca mógł być tylko jeden. Ekipa występująca w szarych strojach zdecydowanie zdeklasowała swojego niedzielnego rywala – wygrywając pewnie 7:2. Kluczową rolę w tym meczu odegrał bezapelacyjnie napastnik gości Łukasz Krysiak, który dzięki dwóm trafieniom i takiej samej liczbie asyst dołożył swoją cegiełkę, w kontekście finalnego rezultatu. Niemalże każda akcja przechodziła przez niego, przez co mógł wykazać się talentem i zmysłem kreatora gry. Dzięki tym trzem punktom jego drużyna może również cieszyć się z wejścia do strefy medalowej na ostatniej prostej przed końcem rundy. To właśnie porażka ich rywali w walce o tą lokatę zapewniła im przeskoczenie FFK Oldboys, a sytuacja w ligowej tabeli zaczyna robić się coraz bardziej ciekawa. Tego dnia ich włochowscy rywale nie mieli nawet prawa głosu i mimo prób podjęcia równorzędnej walki, rywalizacja ta była niewątpliwie jednostronna. Ekipa Michała Amanowicza i Piotra Arendta musi wziąć się za siebie i porządnie przepracować okres pomiędzy rozgrywkami, aby w rundzie rewanżowej nie powtórzyć fatalnych wyników. Drogą przypomnienia Partyzant znajduje się w strefie spadkowej z zaledwie czterema „oczkami", co biorąc pod uwagę całokształt ich wcześniejszych dokonań jest wynikiem wprost tragicznym.

 

KS ZŁOTY STRZAŁ – KUBANY (1:8)
KS Złoty Strzał ma ostatnio nieco problemów z zebraniem optymalnego składu. Tym razem, w starciu z ekipą Kubany mieli zaledwie jednego zmiennika. Ich rywale do ostatnich chwil nie byli pewni liczebności swoich graczy, jednak ostatecznie stawili się w bardzo przyzwoitym zestawieniu. Bardzo szybko zaowocowało to zdobyciem przewagi na boisku, gdyż już w pierwszych dziesięciu minutach aż czterokrotnie wbijali piłkę do bramki gospodarzy. Przy wszystkich trafieniach udział brał Roman Popadiuk, trzykrotnie trafiając i raz podając do dobrze ustawionego Konstantego Antoniuka i było 0:4. „Złoci" odpowiedzieli tylko jednym trafieniem w pierwszej połowie, a gola zdobył Tony Nguyen. Jednak ostatnie słowo w tej części gry należało do ... Romana Popadiuka i po gwizdku kończącym premierowe starcie było 1:5. Po zmianie stron oglądaliśmy trochę finezji w poczynaniach „Kubańczyków", między innymi próbę przewrotki zza pola karnego czy też popisowe podania. Jednym z nich, a konkretnie ładnym crossem do Konstantego Antoniuka, popisał się Marek Jasiński, a była to bramka na 1:6. Marek nie spoczął jednak na podawaniu i sam wpisał się też na listę strzelców, kiedy to w polu karnym piłka, po strzale kolegi, spadła pod jego nogi, a on skutecznie dobił na 1:7. Wynik na 1:8 ustalił w ostatniej minucie Konstanty Antoniuk, kompletując hat-tricka. Wynik oddawał wydarzenia z boiska. Kubany dużo lepsze, ale wąski skład Złotego Strzału na pewno miał na to spory wpływ.

 

LAGA WARSZAWA – FFK OLDBOYS (10:5)
Będąca w zwycięskiej formie Laga Warszawa podejmowała jednego z bezpośrednich rywali do walki o mistrzostwo 7 ligi FFK Oldboys, któremu ostatnio zdarzyły się potknięcia. Był to mecz w którym goście mogli zmniejszyć straty do będącej nie przerwanie na pierwszym miejscu od początku sezonu drużyny gospodarzy i pokazania że każdemu zdarzają się wypadki przy pracy. Pierwsza część spotkania zaczęła się po myśli „pomarańczowych", gdyż to właśnie oni wyszli na prowadzenie po strzale Vitalii Yakovenko. Dopiero po chwili „niebiescy" doprowadzili do wyrównania, dzięki czemu pierwsza połowa meczu nabrała piłkarskich rumieńców i oglądaliśmy wyrównaną grę, w której ciężko było dopatrywać się zwycięzcy tego pojedynku. Wynik do przerwy 6:3 był lekkim zaskoczeniem i nie mogliśmy się już doczekać na ciąg dalszy tego spotkania. Początek drugiej części meczu było to szybkie powiększenie przewagi Lagersów. Goście zawzięcie atakowali rywala w jego polu karnym, niestety nie skutecznie. Jak nie bramkarz to słupek nie pozwalał wtoczyć się piłce do siatki. Dopiero pod koniec spotkania strzelec pierwszej bramki w meczu, po faulu ustawił piłkę na „wapnie" i pewnym strzałem pokonał bramkarza Lagi. Był to ostatni gol dla „pomarańczowych" w tym meczu, na którego „niebiescy", a dokładniej Jerzy Żółtowski odpowiedział dwiema bramkami po samodzielnie przeprowadzonych akcjach i ustalił wynik 10:5 dzięki czemu powiększył prowadzenie swojej drużyny w tabeli.

 

FC DZIKI Z LASU – FC POLSKA GÓROM (7:2)
Dziki on fire! Tydzień temu rozjechali Partyzanta, we wtorek zwyciężyli w mini-turnieju organizowanym przez SBM Label we współpracy z The Collective, by w niedzielę pewnie pokonać FC Polska Górom. To już ich szósty mecz z rzędu bez porażki, dzięki czemu przerwę zimową na pewno spędzą na drugim miejscu. W ósmej kolejce od samego początku pokazywali, że nie czują zmęczenia i są gotowi do kolejnych zwycięstw. Zaczęli strzelanie od dobitki, ale chwilę później Bednarski załadował dwie piękne bramki - najpierw, strzelając z daleka od słupka, a później po przejęciu, uderzając pod poprzeczkę. Po golu na 3:1 zawodnicy FCPG "poczuli krew" i również próbowali swoich sił w efektowych uderzeniach (obserwowaliśmy m.in. jednego z nich składającego się do przewrotki). Dziki, widząc to, szybko zareagowały. Najpierw Dąbrowski strzelił po podaniu z rzutu rożnego, a chwilę później uderzył na bramkę rywala, pozwalając Tymkowi Kuroczko na umiejętne strącenie piłki i pokonanie golkipera fanów reprezentacji Polski. Chwilę przed przerwą losy spotkania były już praktycznie przesądzone. Jeden z zawodników FCPG otrzymał drugą żółtą kartkę, pozostawiając swoich kolegów w osłabieniu. I choć Dziki nie najlepiej wykorzystały grę w przewadze w dalszej części meczu (stracili nawet bramkę po strzale z rzutu wolnego) to nie dały rywalom większych szans na odrobienie strat. Na golu bardzo zależało Konradowi Adamczykowi, który często dochodził do sytuacji strzeleckich, ale długo nie mógł się przełamać. W końcu udało mu się jednak trafić do siatki rywala, więc można było kończyć to spotkanie. Chwilę przed ostatnim gwizdkiem oglądaliśmy jeszcze piękne zachowanie kapitana gospodarzy, Szymona Bednarskiego, który walczy o miano najlepszego Kanadyjczyka, ale i tak zdecydował się oddać koledze rzut karny. Szymon Szpak pewnie wykonał "jedenastkę" i przy wyniku 7:2 obie drużyny opuściły boisko.

 

WIECZNIE DRUDZY – ŻOLIBALL (7:5)
Na zakończenie długiego dnia na Arenie Picassa obejrzeliśmy pojedynek pomiędzy Wiecznie Drugimi i Żoliballami. Ciężko było przewidzieć, jak skończy się to spotkanie, bo w obu zespołach panowała ogromna mobilizacja, a składy były naprawdę szerokie. Strzelanie w meczu rozpoczął Łukasz Sypiański, który sam odebrał piłkę rywalom i strzelił bramkę. Odpowiedź Wiecznie Drugich była jednak zabójczo skuteczna, a mecz życia rozegrał Tomasz Chwaja. Reprezentant WD dwukrotnie umieszczał piłkę w siatce strzałami z rzutów wolnych, a później wykorzystał podanie od Szymona Małkowskiego. Gospodarze do przerwy prowadzili 3:1, a Chwaja skompletował hat-tricka. Po przerwie obejrzeliśmy niezłą remontadę, bo w kilka minut Żoliballe strzelili 3 razy do bramki Leonardo Gruczy i wyszli na prowadzenie 3:4. Na posterunku był jednak Chwaja, który wyrównał stan meczu. Wiecznie Drudzy ponownie wyszli na prowadzenie, ale wtedy miała miejsce mała scysja między zawodnikami obu drużyn i aż 3 graczy wyleciało z żółtymi kartkami z boiska. To spowodowało, że Wiecznie Drudzy musieli grać w 4, a Żoliballe w 5. Kilka minut później goście wyrównali i myśleliśmy, że obie ekipy do końca meczu będą sobie strzelały nawzajem bramki, a mecz zakończy się remisem! Nic bardziej mylnego, bo Wiecznie Drudzy udowodnili, że mają trochę więcej doświadczenia, strzelili 2 bramki i wygrali to spotkanie 7:5. Mimo późnej godziny, nikt nie spał na tym spotkaniu, a wynik zmieniał się jak w kalejdoskopie. Obu drużynom serdecznie gratulujemy.

 

 

LIGA 8

 

BOROWIKI - A.D.S. SCORPION'S (2:5)
Borowiki zdecydowanie nie mogą zaliczyć tego sezonu do udanych, zwłaszcza, że do tej pory zawsze uchodzili za faworytów swoich szczebli ligowych. Tym razem mierzyli się z coraz lepiej zgranym kolektywem A.D.S. Scorpion's, a mieli wyjątkowo niełatwe zadanie, gdyż na tym meczu stawił się Jarosław Marek, o którym jeszcze wspomnimy. Strzelanie zaczęli goście, a konkretnie jeden z najskuteczniejszych graczy „Skorpionów", Paweł Poniatowski, który po akcji kombinacyjnej z Przemkiem Prusaczykiem pewnie wbił piłkę do bramki. Chwilę później goście mieli 100% okazję na podwyższenie, jednak napastnik ekipy Artura Kałuskiego z kilku metrów trafił w słupek. Co się nie udało chwilę wcześniej, powiodło się po podaniu Pawła Pytko, a strzał w długi róg wspomnianego wcześniej „Poniata" był nie do wyjęcia dla golkipera rywali i było 0:2. Nadzieję na nawiązanie walki o punkty dał „Grzybkom" Daniel Kaczmarek, który strzałem głową ustalił wynik pierwszej odsłony na 1:2. Po zmianie stronę goście zdecydowanie ruszyli do ataku, ale musimy koniecznie podkreślić rolę Jarka Marka w postawie Scorpion's. Jarek naprawdę świetnie działał w destrukcji, wyprowadzał kontry, a i dryblingiem nie raz oczarował. Naprawdę bardzo jasna postać, absolutny filar zespołu. Efekty jego gry były bardzo dobre, gdyż napędziły akcje, po których na 1:3 strzelił Paweł Poniatowski po podaniu Przemka Prusaczyka. Podwyższenie na 1:4 to dzieło Pawła Pytko, który wykorzystał błąd obrony rywali, przejął piłkę i nie dał szans Przemkowi Jażdżykowi. Oba zespoły niemiłosiernie obijały słupki, co wzbudzało niedowierzanie obu ekip, niezależnie, kto testował konstrukcję bramki. W końcu dobrą skutecznością popisał się Marcin Stachacz, który bramką na 2:4, po podaniu Norberta Bilskiego, skrócił dystans dzielący oba zespoły do stanu 2:4. Wtedy jednak z odsieczą przybył najaktywniejszy zawodnik tego spotkania, Jarosław Marek, i potężnym strzałem z dystansu pozbawił Borowiki złudzeń, kto zabiera komplet punktów. Ostatecznie mecz zakończył się wygraną A.D.S Scorpion's 2:5, a trener Artur Kałuski na pewno po ostatnim gwizdku miał kilka słów pochwał dla swoich graczy. Natomiast Jarek Marek, swoim całokształtem, zapracował sobie na tytuł MVP 8 kolejki - gratulacje !

 

JUNAK – ORŁY BIAŁE AUUU (9:2)
Ten mecz to spotkanie drużyn z przeciwnych stron tabeli. Junak jako wicelider po 7 kolejce miał chrapkę na lidera tabeli, a Orły jak najszybciej chciały wydostać się ze strefy spadkowej. Wyłonienie faworyta tego spotkania nie było trudne i tak jak przewidzieliśmy w zapowiedziach – nie pomyliliśmy się. Serię bramek rozpoczął Yuriy Trush z Junaka, który wykorzystał odbitą piłkę od słupka i trafił w sam środek bramki. Już za chwilę niesamowity gol głową zaliczył Kacper Chimczuk, który wykorzystał piłkę z autu. Junak świetnie przechwytywał piłki i wykorzystywał każdą możliwą okazję. Orły próbowały swoich sił, jednak tym razem były tylko swoim cieniem. Bramkę kontaktową zdobył Maciej Strzyczkowski w 17 minucie uderzając w linii prostej w lewy dolny róg. W drugiej połowie Chimczuk zdobył gola mijając rywali efektowną ruletą. Kacper wykorzystał w tym spotkaniu jeszcze więcej swoich niesamowitych umiejętności i dzięki temu zdobył finalnie aż 5 bramek co pozwoliło mu znaleźć się w 6-tce kolejki. Gospodarze próbowali również efektownych przewrotek na podobieństwo ostatniej Roberta Lewandowskiego jednak nie były one do końca efektywne. Junak rozgromił gości finalnie aż 9:2 i wskoczył na miejsce lidera 8 ligi. Orły jednak znajdują się na przedostatnim miejscu w tabeli i muszą zdecydowanie wymyśleć jakiś sposób by z niej odlecieć.

 

ELITARNI GOCŁAW – SPORTOWE ZAKAPIORY (3:2)
W ósmej lidze robi się gorąco! Przed niedzielnymi meczami Sportowe Zakapiory miały przewagę jednego punktu nad Elitarnymi, a zwyciężając, trafiliby na fotel lidera. Przegrywając natomiast znaleźli się poza podium i w ostatnim meczu rundy zmierzą się z drużyną o identycznym wyniku punktowym. Na nudę zatem narzekać nie możemy i podobnie wyglądało starcie w ósmej kolejce tego sezonu między Elitarnymi i Zakapiorami. Ku naszemu zaskoczeniu w pierwszej części meczu imponowali jedynie gospodarze. Najpierw gola zdobył Głębocki, bo bramkarzowi SZ piłka wyślizgnęła się z rąk. Później to właśnie ten golkiper uchronił swój zespół od kolejnych strat, bo Elitarni zdecydowanie nie zamierzali na jednym trafieniu poprzestać. W końcu dopięli swego, kwitując swoją przewagę, bramką na 2:0. Co ciekawe w drugiej połowie dalej Elitarni naciskali, dzięki czemu wyszli w końcu na trzybramkowe prowadzenie. Od tamtego momentu zaczęły się emocje (również te negatywne). Nerwowo zrobiło się już przy pierwszej żółtej kartce dla Zakapiorów, poprzedzającej ich strzał w poprzeczkę. Gdy wrócili do pełnego składu zdobyli w końcu bramkę na 3:1. Następnie zrobiło się jeszcze mniej przyjemnie, czego efektem były dwie kolejne żółte kartki i kilka ostrych słów. Na boisku natomiast trwał pościg gości, którym udało się strzelić gola kontaktowego. W końcówce dalej napierali, dostali kilka wolnych na skraju pola karnego, ale nie zdążyli wyrównać i wrócili do domów w nienajlepszych humorach.

 

DECCO TEAM - NAF GENDUŚ (5:5)
W starciu młodzieńczego szaleństwa z doświadczeniem remisowo! Spodziewaliśmy się, że, walczący o podium, gospodarze, pewnie pokonają zdziesiątkowanych kontuzjami rywali z dna tabeli. Tymczasem okazało się, że w ósmej lidze nie ma już słabych drużyn, a do każdego meczu należy podchodzić z identycznym skupieniem. Strzelanie zaczęli jednak gospodarz co mogło rozluźnić ich jeszcze bardziej. Gałkowski pięknie wypuścił sobie piłkę głową z boku boiska, obiegł rywala i z półwoleja trafił do siatki. Szybko zrewanżowali się zawodnicy Gendusia - strzelcem Klimaszewski. Początek tego meczu był piekielnie intensywny. Padała bramka za bramkę, a koordynator ledwie nadążał notować kolejne trafienia obu zespołów. Postronnego widza cieszy, że nie było to starcie jednostronne i ani na moment nie było wiadomo kto w tym meczu zwycięży. Nie zaskoczymy zatem nikogo, pisząc, że po golu na 2:1 goście odpowiedzieli trafieniem na 2:2, a na bramkę dającą Gendusiowi prowadzenie, Decco zrewanżowało się trafieniem wyrównującym. W końcówce pierwszej połowy oglądaliśmy mini-oblężenie bramki NAF, które skutkowało trafieniem "do szatni", autorstwa duetu Lipka + Gałkowski. W drugiej połowie tempo nieco wyhamowało, a i role się odwróciły. Krzysztof Niewierkiewicz zdobył ładną bramkę, zbijając piłkę głową. Później Decco wyszło wprawdzie na prowadzenie (5:4), ale napór Gendusia był widoczny. Udało im się w końcu dopiąć swego, wyrównać i zdobyć pierwszy punkt w sezonie!

 

TSUBASA OZORA – FC PO NALEWCE (4:5)
Prawdopodobnie najlepszy mecz tej kolejki na tym poziomie rozgrywkowym, co tym bardziej smutne, że znalazł się w minusach kolejki z powodu kontrowersji pod koniec spotkania. Widzom, mecz ten zapadnie przede wszystkim z powodu fantastycznego comebacku gospodarzy, którzy w drugiej połowie pokazali kawał dobrego futbolu. Pierwsza połowa należała do drużyny FC Po Nalewce, która dość szybko wyszła na prowadzenie 0:1. W mecz świetnie wszedł Łukasz Gaba, który zdobył bramkę po podaniu Sławka Ogorzelskiego. Nawet wyrównanie Bartosza Pawlaka nie wybiło z rytmu gości, którzy do przerwy zdobyli jeszcze dwa trafienia, w związku z czym do przerwy wynik wynosił 1:3. Kiedy w 28' minucie, Łukasz Gaba zdobył drugą bramkę w meczu i podwyższył wynik do 1:4, wydawać by się mogło, że FC Po Nalewce odskoczyło na bezpieczny wynik. Nic bardziej mylnego - Tsubasa Ozora wreszcie się przebudził. Znak do ataku dał Adam Kisiel, który najpierw strzelił w słupek bramki strzeżonej przez Michała Piątkowskiego, a w 35 minucie nie dał szans bramkarzowi gości, zmniejszając stratę do dwóch bramek - 2:4. Cała drużyna gospodarzy poszła do ataku, a goście wyglądali tak, jakby znikąd przypomnieli sobie, że ich numery PESEL to coś więcej niż tylko liczby. Chwilowa zadyszka nie dość, że kosztowała ich resztę zapasu bramek nad przeciwnikiem, to w dodatku grali przeciwko zmotywowanemu rywalowi, który poczuł krew i poczuł wiatr w żaglach. 4:4 było jednak momentem, w którym goście się ocucili i wrócili do gry na przyzwoitym poziomie. Tsubasa Ozora jednak nie zwalniał tempa, dalej atakował, dużą ilością zawodników i dopiero niebezpieczna kontra Nalewek w końcu przerwała serię akcji Tsubasy. Ostatnie minuty upływały już pod znakiem wyrównanej walki, przynajmniej do momentu fatalnego błędu sędziowskiego w 48' minucie - sędzia podyktował faul przy rzucie rożnym dla Nalewki, mimo że kontakt pomiędzy zawodnikiem gospodarzy a gości był zdecydowanie za mały, aby można było uzasadnić ten gwizdek. Do piłki podszedł Marcin Wiktoruk, który pewnym strzałem wyrwał zwycięstwo dla Nalewek - 4:5.

 

LIGA 9

 

GASTRO SPARTA – LEGION (4:6)
Zdecydowanym faworytem meczu 9 ligi pomiędzy Gastro Sparta oraz Legionem byli Ci drudzy. Goście ostatnimi meczami kroczą od zwycięstwa do zwycięstwa, nie pozostawiając złudzeń ligowym rywalom. Gospodarze natomiast odnotowali 3 kolejne porażki z rzędu. Na początku pierwszej połowy mecz był bardzo żywy i nie stronił od dobrych sytuacji tak z jednej, jak i z drugiej strony. Później zgodnie z przewidywaniami przewaga Legionu, którzy jako pierwsi wychodzą na prowadzenie. Błąd bramkarza Gastro Sparty wykorzystuje Oleksandr Chamara i wyprowadza swój zespół na prowadzenie. Kolejne minuty spotkania to kolejny błąd, tym razem obrońcy gości, który również skutkował utratą bramki. Po stracie bramki Legion mocno przycisnął zdobywając dwie bramki. Na przerwę schodziliśmy przy wyniku 1-3. Drugie 25 minut spotkania to ponownie walka o każdą piłkę i każdy centymetr boiska. Początek drugiej połowy to przewaga Sparty, która pierwsza strzela gola w tej części meczu. Był to gol niezwykłej urody, bo zdobyty bezpośrednio z rzutu rożnego. Gospodarze swoją dominację udokumentowali drugą bramką, tym razem Grzegorz Smenda ładnie wypatrzył Karola Rodaka i zrobiło się 3-4. Końcówka meczu to już wymiana ciosów i bramka za bramkę. Przy stanie 4-5 Gastro Sparta dążyła mocno do zdobycia kontaktowej bramki, często zapominając o grze obronnej. Taka postawa skutkowała licznymi kontrami, a po jednej z nich goście strzelają bramkę tym samym ustalając wynik meczu na 4-6. Dla Legionu była to już szósta z rzędu wygrana, dzięki której goście umacniają się na trzecim miejscu w lidze. Jesteśmy pewni, że z taką grą Legion do końca będzie się liczył w walce o wygraną w 9 lidze.

 

SHOT DJ – NIEDZIELNI (15:2)
Broniący się przed wejściem do strefy spadkowej gospodarze podejmowali drużynę NieDzielnych, którym w ostatnim czasie nie powodzi się na Naszych boiskach, czego skutkiem jest ostatnie miejsce w tabeli. Niestety i tym razem piłkarska fortuna nie chciała być miła dla gości i patrzyła tylko w stronę Francuskiej drużyny, czego skutkiem było ich szybkie wyjście na prowadzenie, którego nie planowali oddawać. Szanowanie piłki, zgranie, celne podania i perfekcyjnie wykonywane stałe fragmenty spowodowały, iż bramkarz NieDzielnych musiał, co chwila wyciągać piłkę z siatki i na przerwę schodziliśmy z wynikiem 7:0 Początek drugiej części spotkania rozpoczął się od szybkiego ataku gości. Po ładnej akcji i wyjściu jeden na jeden piłka trafiła w słupek, szybko dopadli ją „DJ-e" i zaczęli systematycznie powiększać prowadzenie. Jedynego strzelonego gola udało się zdobyć Bartoszowi Kujawińskiemu przy asyście Jana Wójcika, czego następstwem były coraz częstsze wizyty gości w polu karnym. Po jednym z strzałów piłka minęła bramkarza gospodarzy i pewnie leciała do bramki, w ostatniej chwili Thomad Grocholski chcąc wybić ją trafił w słupek a następnie przy próbie wykopania piłki nad poprzeczkę strzelił drugiego i ostatniego gola dla NieDzielnych. Bramkarz Kamil Jarosz przez całe spotkanie robił, co mógł, aby zatrzymać rywala, lecz mimo efektownych obron, a także obronionego rzutu karnego nie był wstanie tego uczynić. Gdyby nie jego wysiłki na linii bramkowej wynik mógł być dużo wyższy. Spotkanie zakończyło się w bardzo przyjaznej atmosferze przy wyniku 15:2 dla Shotów.

 

MARECKIE WYGI – OLDBOYS DERBY II (5:2)
Mecz o sześć oczek, pomiędzy Wygami, a Oldbojami rozpoczął się bardzo niemrawo. Większość pierwszej połowy spędziliśmy na podziwianiu walki w środku boiska ze wskazaniem na drużynę gospodarzy, którzy w końcowym rozrachunku mieli zdecydowanie więcej akcji niż goście. Ich jakość jednak zostawiała sporo do życzenia - dzięki umiejętnie rozstawionym zasiekom Oldboysów, większość strzałów padała ze skrzydeł, co w połączeniu z dobrze dysponowanym Rafałem Wieczorkiem sprawiało, że o żadnym trafieniu dla gospodarzy w pierwszej połowie nie mogło być mowy. Kiedy zawodnicy myślami szykowali się już do zejścia na przerwę, ku zaskoczeniu wszystkich, Marcin Sobczak przelobował bramkarza wykonując rzut wolny z połowy boiska.- 0:1. Drużyna gospodarzy nie po to jednak przebyła całą prawą stronę Warszawy, aby wracać do domu bez oczek. Szybko wzięli się oni za tworzenie niebezpiecznych sytuacji pod bramką gości. Szczególnie dobrze radzili sobie Damian Kotowski i Krzysztof Korpal, którzy dwójkowymi akcjami rozmontowywali obronę drużyny Oldboys Derby II. Panowie mieli czynny udział przy wszystkich trafieniach Mareckich Wyg, z czego pierwszy z nich w drugiej połowie zdobył cztery oczka do kanadyjczyka (hattrick i asysta), natomiast drugi z nich trzy (dwa kluczowe podania oraz gol). Już w 26. minucie Damian wyrównał wynik spotkania na 1:1, po fantastycznym woleju, którego nie powstydziliby się zawodnicy z najwyższych poziomów naszych rozgrywek. W kolejnych minutach gospodarze szybko wypunktowali gości odjeżdżając na 4:1, mimo prób i okazji gości - nawet dobrze broniący Rafał Wieczorek był bezradny przy trafieniach gospodarzy. W ostatnich minutach spotkania, po długim przerzucie Łukasza Tarasiuka, piłkę do bramki z najbliższej odległości skierował Adam Włodarczyk, ale było to wszystko na co było stać w tym meczu reprezentantów Oldboys Derby II. W ostatniej akcji spotkania, MVP kolejki - Damian Kotowski - przypieczętował efektowne zwycięstwo Mareckich Wyg, pokonując po raz trzeci bramkarza i ustanawiając wynik spotkania na 5:2.

 

TEKTON CAPITAL – MORALNI ZWYCIĘZCY (7:3)
Jakby ktoś spóźnił się na to spotkanie 5 minut nie wiedziałby, że mecz jest już w dużej mierze rozstrzygnięty - i nie stanowi to ujmy dla Moralnych Zwycięzców. Faworyzowani gospodarze po prostu fantastycznie weszli w spotkanie, zdobywając trzy szybkie trafienia, po dwójkowych akcjach duetu Olivier Aleksander - Marcin Skowroński. Nie zraziło to jednak gości, którzy całą pierwszą połowę walczyli o poprawę wyniku. Bramkarze obu stron mieli rękawice pełne roboty i mimo, iż Tekton miał kilka świetnych okazji (strzał ww. Oliviera Aleksandra w poprzeczkę), to Moralni Zwycięzcy przed przerwą zmniejszyli straty do 3:1. Mało tego - goście na początku drugiej połowy zdobyli bramkę kontaktową, co zapowiadało ciekawy mecz. Później jednak gospodarze włączyli wyższy bieg i pokazali dlaczego to właśnie oni walczą o zwycięstwo w 9. lidze. Zabójcze kontrataki zakończone przez niezawodnego w niedzielę Oliviera Aleksandra oraz Ignacego Jastrzębowskiego sprawiły, że w 42' minucie Tekton Capital cieszył się spokojną, trzybramkową przewagą - 5:2. Ostatecznie faworyzowani gospodarze wygrali 7:3, do drużyny kolejki poza najskuteczniejszym na boisku zawodnikiem Tektonu powędrował najlepszy z Moralnych Zwycięzców - Sebastian Bartosik. W tabeli Tekton Capital nadal na samej górze, a tymczasem Moralni Zwycięzcy muszą myśleć nad ciężkim obozem przygotowawczym w przerwie zimowej.

 

LIGA 10

 

AWANTURA WARSZAWA II – FUSZERKA II (1:2)
Rywalizację w 10 lidze zaczęliśmy od spotkania na Arenie Grenady, gdzie naprzeciw siebie stanęły drugie drużyny Awantury Warszawa i Fuszerki. Był to jeden z ciekawiej zapowiadających się pojedynków, bo wygrany tego spotkania mógł zająć miejsce na podium. Widać było od początku, że obie ekipy z respektem podchodziły do rywala, żadna z drużyn nie rzuciła się do ataku od pierwszych minut. Dlatego też, przez dość długi czas nie obejrzeliśmy żadnych goli. Wynik w końcu otworzył Janusz Nieznany, który po podaniu Michała Kwater znalazł się dobrej pozycji i pewnie wykorzystał swoja szansę. Z prowadzenia Fuszerka nie cieszyła się zbyt długo, bo chwilę później Awantura wyrównała po akcji Bastian Giroud – Stanisław Słyk. Jeszcze w pierwszej części goście zdobyli drugą bramkę, której autorem był Damian Słojkowski i do przerwy Fuszerka prowadziła 1:2. Po zmianie stron wciąż widzieliśmy niezwykle wyrównane spotkanie, choć wydaje się, że więcej okazji do strzelenia gola wypracowali sobie goście. Zapewne Awanturze nie pomogła kontuzja Bastiana Giroud, który skręcił kostkę na początku drugiej części, przez co ofensywa gospodarzy znacznie się osłabiła. Pomimo kilku prób z jednej i drugiej strony wynik do końca meczu już się nie zmienił. Bramkarze pewnie wyłapywali te piłki, które leciały w światło bramki, a najtrudniejszą interwencję miał Artur Macek, który po strzale jednego z Awanturników musiał przerzucić piłkę nad poprzeczką. Ostatecznie mecz skończył się wygraną Fuszerki II, choć remis nikogo by tu nie skrzywdził.

 

POLSKIE DREWNO – WÓLCZAŃSKIE SMOKI (8:1)
Mecz w środku ligowej tabeli i deklasacja jednej ze stron. W meczu pomiędzy drużynami Polskiego Drewna i Wólczańskich Smoków ekipa Roberta Sadrena zakończyła swoją fatalną serie trzech przegranych spotkań z rzędu i wróciła w końcu na zwycięskie tory - przeskakując tym samym ekipę gości. Należy jednak nadmienić, rozwiewając tym samym wszelkie wątpliwości, że nie cały mecz toczył się pod dyktando gospodarzy. Pierwsza połowa była niezwykle wyrównana, a zaledwie jedna bramka graczy w zielonych strojach potwierdza tą tezę. Mimo tej ambitnej i równej gry druga odsłona spotkania bez wątpienia należała do Polskiego Drewna. Kapitalny Paweł Szydziak i Maciej Zarod byli autorami aż siedmiu trafień, dokładając do tego imponującego wyniku jedną asystę. Jeżeli dodamy do tego kapitalne podania i zmysł kreatora środka pola w wykonaniu Piotra Kruszyńskiego maluje nam się obraz dobrze zorganizowanej (zarówno w ofensywie jak i defensywie) drużyny. Bez dwóch zdań nie możemy się doczekać rewanżu pomiędzy obydwoma ekipami, ponieważ mają między sobą rachunki do wyrównania. Przed nimi jednak najpierw niezwykle ciężkie starcia. Gospodarze w przyszłym tygodniu podejmą rezerwy Fuszerki - będące na trzeciej pozycji, a ich niedzielni rywale zagrają z drugim zespołem Awantury.
- Misja z gatunku niemożliwych? Wątpimy.
Znając potencjał obydwu drużyn i uwzględniając resztę aspektów wprost zacieramy ręce z zainteresowania, przed tak pasjonującymi pojedynkami.

 

FC JORDANEK – FC ALLIANCE (4:11)
Faworyt zrobił to, co należało do jego obowiązków - pewnie wygrał mecz. Od pierwszych minut widać było, że szykuje się jednostronne spotkanie. Sprawy nie ułatwili sobie gospodarze, przyjeżdżając na ten mecz bez rezerwowych. Przewagę szybko udokumentował Mykola Sadowiec, gdy przejął piłkę od przeciwnika i zdobył bramkę "za darmo". Niedługo później kapitan Jordanka, Mariusz Grzybowski strzelił gola kontaktowego (na 1:2), ale to tylko podrażniło pewny siebie zespół rywala. Sadowiec, jak na prawdziwego lisa pola karnego przystało, skompletował klasycznego hat-tricka dzięki swojej wyjątkowej koncentracji. Gdy piłka odbiła się od poprzeczki, a później od linii bramkowej, napastnik FCA zdołał dobić ją z najbliższej odległości. Przed przerwą widzieliśmy jeszcze efektowną klepkę w polu karnym w wykonaniu duetu Saltowskyi + Saydimakhmudov, zakończoną golem, ale również kuriozalne trafienie gospodarzy. Jan Wojtyczek umiejętnie zaatakował bramkarza przeciwnika, który, próbując wybić piłkę, nabił zawodnika w czerwonej koszulce, oddając gospodarzom gola na 2:5. W drugiej części spotkania golkiper FCJ również sprezentował bramkę swoim rywalom, wypuszczając futbolówkę z rąk. Nie zmienia to jednak faktu, że bronił wyjątkowo dobrze i pomimo kilku kolejnych straconych bramek (przy wielu nie miał nic do powiedzenia, bo były to efektowne uderzenia po okienkach) jego występ należy ocenić pozytywnie. Zadowolony z siebie może być również Grzybowski, który w drugiej połowie dopiął swego i skompletował hat-tricka. Najpierw urwał się przy rzucie rożnym i uderzył pod poprzeczkę niczym Terazzino w meczu z Zagłębiem Lubin (lub jak Iago Aspas z Barceloną tego samego dnia), a później trafił z rzutu wolnego. Całość zakończyła się wynikiem 4:11, ale pod koniec spotkania obserwowaliśmy ładne zachowanie reprezentantów Ukrainy. Gdy doszło do pechowej kontuzja jednego z graczy Jordanka, gospodarze musieli grać w osłabieniu. Zawodnicy FC Alliance postanowili jednak, by również zdjąć jednego zawodnika i kontynuować mecz 5v5! Piękne sceny oglądaliśmy na początku dnia, gdy cała drużyna Jordanka oklaskiwała zespół rywala. Gratulujemy zawodnikom uczciwego zwycięstwa i postawy fair play!

 

FC WARSAW WILANÓW – FFK OLDBOYS II (3:5)
Interesująco zapowiadało się spotkanie pomiędzy drużynami FC Warsaw Wilanów oraz FFK Oldboys II. Pozycja w lidze wskazywała, że zdecydowanym faworytem tego meczu będzie ekipa gości, jednak my po cichu liczyliśmy na to, że nie będzie to jednostronne spotkanie. Mecz zdecydowanie lepiej zaczęła drużyna Oldboysów, ich gra od początku wyglądała bardzo dobrze dzięki czemu stwarzali sobie wiele bramkowych sytuacji. Już po kilku minutach gry goście prowadzili 0-3 i wszystko wskazywało, że na Arenie Picassa będziemy świadkami pogromu. W kolejnych minutach mecz się wyrównał, a do głosu zaczęli dochodzić zawodnicy z Wilanowa. Przyniosło to efekt w postaci strzelonej bramki, piłkę z autu dokładnie podawał Marcin Kosson, a ładnego gola zdobył Grzegorz Butrym. Po stracie bramki "Oldboysi" szybko odpowiedzieli składną akcją całego zespołu i mieliśmy 1-4. Korzystny wynik i cofnięcie się na własną połowę spowodowało kolejne rozluźnienie w szykach obronnych gospodarzy. Do końca pierwszej połowy Warsaw Wilanów zdobywa jeszcze dwie bramki i mecz nabierał rumieńców. Druga połowa miała już zupełnie inny przebieg. Obie drużyny zdecydowanie poprawiły grę w obronie, a w ostateczności to bramkarze stawali na wysokości zadania popisując się świetnymi paradami. W końcówce meczu gospodarze chcąc wyrównać wynik spotkania, musieli zaatakować zdecydowanie odważniej. To naraziło ich na groźne kontry, a po jednej z nich Oldboysi dobijają rywali ustalając wynik spotkania na 3-5. Gratulujemy obu drużynom sportowej walki i trzymamy kciuki za punkty w kolejnych meczach.

 

BOROWIKI II – PREDICA (4:3)
Końcówka rundy zawsze przynosi mecze nazywane tymi za sześć punktów. Nie inaczej jest i w przypadku tego spotkania. Drugi zespół Borowików po ubiegłotygodniowej wiktorii przyszedł naładowany pozytywną energią na spotkanie z Predicą, która mimo, że nieznacznie, to przegrała cztery ostatnie spotkania. Borowiki napędzone wcześniej wspomnianą energią szybko otworzyły wynik meczu i jeszcze szybciej ten wynik podwyższyli. Już w 10 minucie meczu było 2:0 dla gospodarzy. Predica walczyła o korzystny wynik i krótko po stracie drugiego gola udało im się zdobyć bramkę kontaktową. Wynik w pierwszej części gry ustalił Bartek Folc zdobywając trzecią bramkę dla Borowików. Druga część gry to ciągłe ataki gości tego spotkania i to od razu skuteczne. Udało im się doskoczyć do rywala na jedną bramkę. Borowiki z kolei wyszły z kontrą raz i od razu uciekli na dwie bramki różnicy. Po dwóch ciosach zadanych sobie na początku drugiej połowy mecz się uspokoił, bramkę na zmniejszenie rozmiarów porażki zdobyli jeszcze goście, ale przegrali kolejny mecz i ich zespół jest już w coraz gorszej sytuacji, natomiast Borowiki wydostały się ze strefy spadkowej.

 

 

LIGA 11

 

FC VIKERSONN – OLDBOYS DERBY III (5:7)
W zapowiedziach meczowych stawialiśmy na gospodarzy, bo patrząc na liczbę punktów w tabeli można było śmiało wyciągnąć w ten sposób idące wnioski. Nic bardziej mylnego! Piłka nożna jest nieprzewidywalna, a ten mecz tylko to potwierdził. Już w 5 minucie Ihor Makhlai trafił do siatki po świetnym dośrodkowaniu od Vadyma Butenko. Na kolejny gol gości nie trzeba było długo czekać, bo już za moment Yevhenii Kyrii doskonale wykorzystał błąd gości. Po przejęciu piłki długo się nie zastanawiał i jeszcze sprzed pola karnego wykonał strzał, którego nie obroniłby nawet tak wybitny bramkarz jak Adam Maj. Kiedy tempo gospodarzy nieco spadło goście wykorzystali moment nieuwagi i przechwycili piłkę w mistrzowskim stylu. Zrobił to Adam Włodarczyk, który w tym meczu był niekwestionowaną gwiazdą. Adam został MVP 8 kolejki właśnie za to spotkanie, w którym pokazał swoje niesamowite umiejętności. Strzelił bowiem aż 4 gole i zaliczył jedną asystę. Drugi jego gol to fantastyczny strzał z dystansu, kolejny raz po przejęciu piłki. Pierwsza połowa meczu zakończyła się wynikiem 2:2, ale emocje w drugiej części spotkania nie opadły, a wręcz się podwoiły. Obie ekipy miały apetyt na zwycięstwo, które zaspokoiłyby ich głód punktów. W drugiej połowie na pochwałę zasługuje Vadym Butenko, który po szarży przez całą długość boiska i minięciu wszystkich rywali umieścił piłkę w prawym dolnym rogu siatki. Przez całe spotkanie goście próbowali wyrównywać wynik i gonić za Vikersonem. Sytuacja zmieniła się w 42 minucie. Był to moment, od którego goście zaczęli prowadzić, a gospodarze mocno denerwować. Mecz finalnie zakończył się wynikiem 5:7, jednak nie pozwoliło to Old Boys Derby III wyjść ze strefy spadkowej w 11 lidze i w kolejnej, ostatniej kolejce będą musieli się jeszcze trochę postarać.

 

ORŁY ZABRANIECKA – KOMETA WARSZAWA (6:9)
Bardzo ciekawe i obfitujące w gole, choć na wstępie trzeba zaznaczyć, że nie tylko do jednej bramki, spotkanie obejrzeliśmy w starciu Orłów Zabraniecka z Kometą Warszawa. Już w 2 minucie Kometa objęła prowadzenie, ale nie cieszyła się z niego długo, bo w kolejnej akcji to bramkarz gości musiał wyjmować piłkę z siatki. Z pewnością nie takiego obrotu sprawy spodziewali się zawodnicy Komety. Co więcej, gdy znów wyszli na prowadzenie, Orły ponownie szybko odpowiedziały trafieniem na remis, a do tego, gdy gospodarze dość nieoczekiwanie poszli za ciosem i zdobyli bramkę na 3:2, zrobiło się bardzo ciekawie. Kometa nieprzyzwyczajona do przegrywania ruszyła do odrabiania strat i tym razem role się zamieniły, bo już chwilę po stracie gola, to goście wyrównali stan meczu. Gdy wydawało się, że obie ekipy zejdą na przerwę przy remisie, w ostatniej akcji pierwszej części Daniel Ziółkowski okazał się najsprytniejszy w polu karnym i zdobył bramkę na 3:4. W drugiej części obraz meczu znacząco się nie zmienił. Co prawda Kometa przeważała i miała zarówno większe posiadanie piłki jak i więcej akcji bramkowych, ale Orły nie pozostawały dłużne stawiając na kontrataki. Już na początku drugiej części znów udało się doprowadzić do wyrównania 4:4, ale wtedy Kometa wrzuciła wyższy bieg i uciekła z wynikiem na 4:7. Można było się spodziewać, że goście będą mieli już ten mecz pod kontrolą, ale Orły znów zaczęły odrabiać straty. Po dwóch golach w zaledwie 3 minuty udało się doprowadzić do stanu 6:7. Był to już jednak ostatni zryw gospodarzy, bo końcówka zdecydowanie należała do Komety. Daniel Ziółkowski dwoma trafieniami przypieczętował swój dobry występ jak i wygraną swojego teamu 6:9. Mimo, że Kometa była lepsza piłkarsko, miała niełatwą przeprawę z rywalem. Widać było, że preferują szybką wymianę podań, co na mniejszym boisku znacznie lepiej się sprawdza.

 

POGROMCY POPRZECZEK – DYNAMO WOŁOMIN (5:7)
Wszyscy chyba wiedzą, że Pogromcom Poprzeczek bardziej niż na punktach w tabeli zależy na obijaniu górnej części konstrukcji bramki. Inaczej sprawa się ma w przypadku ekipy Dynama Wołomin. Młodzi, pełni ambicji i sił witalnych gracze zespołu Maćka Dorsza przyjechali tego wieczoru na Picassa po wygraną. Trochę musieli się zdziwić, gdyż jako pierwsi do bramki trafili gospodarze, a konkretnie Grzesiek Darłak. Oczywiście rozjuszyło to charakternych graczy Dynama i do końca pierwszej połowy gra toczyła się pod ich dyktando. Do wyrównania, po podaniu Michała Żelazowskiego, doprowadził Emil Krasnodębski. Bramka na 1:2 to z kolei wyczyn Marcina Kubika, który przejął piłkę po niefortunnym zagraniu rywala i pewnie umieścił piłkę w bramce. Ostatnie dziesięć minut przed przerwą to koncert Kacpra Urbana, który dwukrotnie, bezlitośnie wykorzystał złe ustawienie defensorów Pogromców i zanotował trafienia na 1:3 oraz ustalające wynik pierwszej części meczu na 1:4. Po zmianie stron Kacper skompletował hat-tricka, kiedy po podaniu Emila Krasnodębskiego podwyższył na 1:5. W zasadzie nie zapowiadało się na jakąś pogoń za wynikiem, ale ekipa Mateusza Niewiadomego lubi zaskakiwać! Sam wspomniany napastnik Poprzeczek dwukrotnie wpisywał się na listę strzelców, a wtórowali mu Norbert Plak oraz Patryk Rejmiś. Po bramce drugiego z wymienionych dystans skrócił się do stanu 5:7 i pojawił się realny scenariusz podziału punktów! Jednak gracze z Wołomina zwarli szeregi w obronie i już tego dnia nie pozwolili rywalom na wbicie kolejnych goli. 5:7 wygrało Dynamo, ale trzeba przyznać, że emocji było znacznie więcej, niż zapowiadało się na początku spotkania !

 

VISTULA VARSOVIA – PIWO PO MECZU FC (3:8)
Karol Brążkiewicz – zapamiętajcie to nazwisko. To właśnie ten zawodnik, grający na pozycji bramkarza, był koszmarem Vistuli Varsovii, podczas starcia z Piwem Po Meczu. Pierwsze minuty spotkania to, cytując klasyka, mecz walki i brak bramek przez kwadrans. Spory w tym udział miał jednak wspomniany golkiper gości, który był bardzo solidny między słupkami. Jego doskonałą postawę wynagrodzili koledzy w ataku. Najpierw premierową bramkę na swoim koncie zanotował Jakub Królik, który dobił piłkę po strzale kolegi z zespołu. Bramka ustalająca wynik pierwszej odsłony to akcja duetu Michał Izydorczyk i Kamil Kosiński, gdzie pierwszy z wymienionych graczy zajął się wykreowaniem sytuacji, a drugi pewnie umieścił piłkę w siatce i mieliśmy 0:2. Wydawało się, że będzie to starcie dość wyrównane, jednak druga połowa wyglądała już znacznie gorzej w wykonaniu „Wiślan". Wysokie obroty włączył Piotrek Zakrzewski, który brał udział przy trzech z czterech trafień swojego zespołu w drodze od stanu 0:2 do 0:6. Mało kto byłby w takiej sytuacji w stanie zebrać się i walczyć dalej, jednak ekipie nieobecnego Bartka Pawluczuka ta sztuka się udała. W ciągu zaledwie trzech minut totalnie zaskoczyli defensywę i świetnie grającego Karola Brążkiewicza. Bramki zdobywali Wojtek Podgórski, dwukrotnie oraz Mateusz Legacki. Przy stanie 3:6 widać było wśród graczy Vistuli, że ten mecz jest jeszcze do odkręcenia. Ich wysiłek jednak nie przyniósł już efektu, a co więcej, rywale jeszcze dwa razy znajdywali receptę na pokonanie bramkarza gospodarzy. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 3:8 i trzeba przyznać, że poza kilkuminutowym zrywem Varsovii, lepsi tego dnia byli „Piwosze", zatem wynik uczciwy.

 

GREEN TEAM – FC TORPEDO (2:13)
Nie mogło być inaczej. Gospodarze z jednym zmiennikiem w składzie zmierzyli się z w pełni przygotowaną drużyną FC Torpedo. W tym meczu padło piętnaście goli, ale tak naprawdę niewiele się wydarzyło. Od początku dominowali goście, nie dopuszczając rywali do większej ilości sytuacji. Strzelanie zaczął Kud, później dołączyli do niego również Pshchyk i Nazaruk. Ten ostatni, trafiając na 4:0, pięknie uderzył z rzutu wolnego. Ładnego gola zdobył również Kamil Jagsch - reprezentant Green Teamu! To właśnie dzięki tej bramce został wybrany przez rywali najlepszym zawodnikiem swojej drużyny. Skoro o stałych fragmentach mowa, chwilę później Torpedo trafiło z rzutu karnego. Najpiękniejsze trafienie pierwszej połowy należy natomiast do Pshchyka, który uderzył w okienko ze skraju pola karnego niczym Thierry Henry. W drugiej części meczu chwaliliśmy Mariusza Pytkę, bramkarza gospodarzy, który robił wszystko, aby wynik 1:7 nie powiększył się w pozostałych 25 minutach. Niestety ataki Torpedo były na tyle imponujące, że z czasem padały kolejne gole. Przy rezultacie 1:11 ponownie przełamali się gospodarze. Łukasz Chciałowski pokonał golkipera gości i sprawił, że kwestia trafień honorowych była już odhaczona. Chwilę później zrewanżowali się reprezentanci FC Torpedo. Vasylchenko wturlał do bramki piłkę, której nie zdołał utrzymać w rękach golkiper Green Teamu. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 2:13, dobitnie potwierdzając, że FC Torpedo musi w przyszłym sezonie zagrać w wyższej lidze.

 

 

 

 

Data utworzenia artykułu: 2021-11-25 16:52
Facebook
Tabela
Liga :
Poz Zespół M Pkt. Z P
4   TUR Ochota 9 15 5 4
3   FC Kebavita 9 17 5 2
2   In Plus & Pojemna Halina 9 22 7 1
7   FC Impuls UA 9 10 3 5
8   Contra 9 9 3 6
6   AnonyMMous! 9 12 4 5
9   Mixamator 9 7 2 6
10   Narodowe Śródmieście 9 3 1 8
5   East Wind 9 13 4 4
1   FC Gorlicka 9 24 8 1
Social Media
Reklama


609 021 030
kontakt@ligafanow.pl
www.ligafanow.pl