RAPORT MECZOWY! 7. KOLEJKA - SEZON LATO 2025
W niedzielę, kilka minut po godzinie 23:00, zakończył się ostatni, 196. mecz Ligi Letniej 2025. Arena AWF powoli cichła, choć jeszcze wcześniej wypełniały ją emocje, radość zwycięzców i rozczarowanie tych, którym porażki odebrały marzenia o medalach. To był dzień pełen wrażeń i fantastycznej rywalizacji – naprawdę warto było być z nami!
Dla wszystkich, którzy nie mogli uczestniczyć w tym wyjątkowym wydarzeniu, przygotowaliśmy szczegółowy raport meczowy z ostatnich spotkań.
Starcie pomiędzy Ogniem a Korsarzami było jednym z najciekawszych spotkań kończącej się kolejki i z pewnością nie zawiodło kibiców. Dla gości był to już drugi mecz tego dnia – wcześniej pokonali Impuls UA 5:4 i podbudowani tamtym triumfem przystąpili do rywalizacji pełni energii oraz wiary w kolejne zwycięstwo. Początek spotkania potwierdził ich świetne nastawienie.
Ogień ruszył odważnie i szybko zbudował sobie wyraźną przewagę. Już po kilkunastu minutach prowadził 3:0, co mogło sugerować, że Korsarze pozostaną bez punktów. Wtedy jednak do głosu doszedł Jan Jabłoński, który wziął odpowiedzialność za wynik na swoje barki. Jego dynamiczne akcje i skuteczność pozwoliły Korsarzom złapać kontakt, a następnie doprowadzić do wyrównania. Końcówka pierwszej połowy była niezwykle intensywna – Ogień jeszcze raz odpowiedział i ostatecznie do przerwy prowadził 4:3. Po zmianie stron obraz gry całkowicie się odwrócił. Ogień, mający już w nogach wcześniejsze spotkanie, wyraźnie opadł z sił. Zawodnicy Korsarzy natomiast grali coraz pewniej, a przede wszystkim konsekwentniej w ataku.
Druga połowa przebiegała pod ich pełną kontrolą – zdobywali kolejne bramki, a defensywa rywali nie była w stanie zatrzymać dobrze dysponowanego przeciwnika. Ostatecznie Korsarze zwyciężyli 9:6, dzięki czemu zakończyli sezon na 5. miejscu. Ogień uplasował się tuż za nimi – na 6. pozycji.
Dla obu drużyn to jasny sygnał, że stać je na więcej, lecz aby walczyć o wyższe cele w przyszłym sezonie, potrzebna będzie większa stabilność i konsekwencja. Jedno jest pewne – po tak emocjonującym meczu oczekiwania wobec obu zespołów w kolejnych rozgrywkach będą znacznie większe.
Doświadczeni zawodnicy Kebavity wraz ze swoim kierownikiem mogli być nieco skonfundowani. Spodziewali się meczu z niepokonaną, poważną ekipą piłkarskich gladiatorów, którzy w sześciu spotkaniach zdobyli komplet zwycięstw, a tymczasem naprzeciw nich stanęła grupa chłopaków wyglądających tak, jakby pomylili bal maturalny z meczem piłkarskim. Minuty mijały, a „poważnego” rywala wciąż nie było widać. Tymczasem elegancko ubrani młodzieńcy w koszulach rozgrzewali się z piłką na jednej z połówek i wcale nie zamierzali opuszczać boiska.
Okazało się, że to właśnie oni byli tą drużyną. Koszule nie były przypadkiem ani wymyślnym treningowym ubiorem – tak właśnie prezentowali się świeżo pieczętowani mistrzowie ligi. W pierwszych minutach można było jednak odnieść wrażenie, że nietypowy strój trochę im ciążył – może wróciły maturalne flashbacki. Kebavita wykorzystała tę chwilową dekoncentrację i objęła prowadzenie: najpierw 1:0, potem 2:1. To był jednak jedyny moment, kiedy mogło się wydawać, że Zielona będzie miała problemy.
Z minuty na minutę Zieloni coraz śmielej rozkręcali swoją grę. Niektórzy zawodnicy rozpięli nawet ostatnie guziki koszul, wrzucając wyższy bieg swojego flow. Machina ruszyła. Jedna, druga, trzecia bramka – przewaga mistrzów stawała się coraz bardziej widoczna. A że indywidualnie Zieloni dysponują ogromną jakością, nawet kapitalna dyspozycja Chrisa Nnamaniego nie mogła wystarczyć.
Cztery gole Sebastiana Ignacaka były ozdobą tego spotkania, ale warto odnotować też trafienie nominalnego bramkarza, Kuby Skowrona, który wyjątkowo zagrał w polu. Jego gol zaskoczył wszystkich – kolegów, kibiców, a chyba także i jego samego. Skwitował to krótko: „Nie miałem już co z piłką zrobić, więc strzeliłem.” Trudno o lepsze podsumowanie.
Zielona i Przyjaciele została więc zasłużonym mistrzem, Kebavita zakończyła sezon z brązem, a po meczu jedni mogli rozchodzić się do domów, a drudzy – ruszyć na parkiet. Bo przy takim stroju szkoda byłoby zmarnować okazję.
Chociaż jedna i druga ekipa nie musiały tutaj grać na 100% możliwości, to spodziewaliśmy się znacznie bardziej wyrównanej rywalizacji niż to, co ostatecznie dostaliśmy. Warsaw Eagle potrafili w tym sezonie pokazać kilka naprawdę dobrych spotkań – z wyjątkiem pierwszego, zakończonego druzgocącą porażką 2:20 z Kebavitą. Inferno natomiast prezentowało się niemal perfekcyjnie, przegrywając tylko raz – z mistrzem pierwszej ligi.
Początek wyglądał jeszcze obiecująco. Po dziesięciu minutach Inferno prowadziło 3:1 i już wtedy można było przypuszczać, że dowiezie zwycięstwo do końca. Trudno jednak było przewidzieć, że skończy się aż tak dotkliwym rezultatem. Do przerwy było 9:2, a w drugiej połowie przewaga jeszcze wzrosła – 10:2 w tej części i ostatecznie 19:4.
Trudno doszukać się pozytywów w tak jednostronnym widowisku. Nie ma co ukrywać – w pewnym momencie zawodnicy Eagle odpuścili i przestali realnie walczyć. Inferno natomiast grało do końca na pełnych obrotach, wykorzystując każdy moment i wyciągając maksimum z meczu. Statystyki ich zawodników bardziej przypominają zapis z piłki ręcznej: Suska – 4 bramki i 3 asysty, Świeciński – 3+5, Gontarczyk – 3+1, Jakóbczak – 4+1, Wielgat – 1+4, Niemec – 4+4. Jak widać, gole i asysty rozłożyły się bardzo równomiernie.
Inferno pewnie zakończyło letni sezon na drugim miejscu. Apetyt był większy i złoto było celem, ale srebro w tak mocnej lidze to również znakomity wynik. Warsaw Eagle natomiast mają za sobą trudny sezon – często walczyli ambitnie, ale ostatecznie przegrywali, a dwukrotnie doznali bardzo wysokich porażek. Z drugiej strony potrafili też pokonać Ogień Bielany – brązowych medalistów całego sezonu Ekstraklasy LF. To daje podstawy, by w przyszłość patrzeć z optymizmem.
Już na wstępie tego spotkania można było powiedzieć jedno – to nie był sezon, jaki drużyna KSB sobie wymarzyła. Tym bardziej szkoda, bo potencjał i jakość zawodników w kadrze są naprawdę wysokie. Z kolei Impuls przystępował do meczu z jasnym celem: utrzymać czwarte miejsce w tabeli.
Początek starcia był dla gospodarzy bardzo bolesny. Po 19 minutach na tablicy widniał wynik 0:5, a Impuls bezlitośnie wykorzystywał każdy błąd rywali. Większość bramek padała po akcjach, które KSB próbowało konstruować, lecz szybko traciło piłkę. Głównym katem okazał się Ivan Kashperuk, wspierany przez Yevhena Plaksę. Po 20. minucie sytuacja zaczęła się jednak odwracać. Drużyna Michała Tarczyńskiego poderwała się do walki i do przerwy zdołała zmniejszyć straty do 4:6, co dało im dodatkową motywację na drugą odsłonę.
Po zmianie stron oglądaliśmy otwarty pojedynek. Na kilkanaście minut przed końcem zrobiło się 6:8, a na pochwałę za tę pogoń zasługiwali przede wszystkim Puna i Nachorichnyi. To jednak było maksimum, na jakie tego dnia stać było gospodarzy. Impuls znów przejął inicjatywę i nie oddał jej już do końca meczu. Cała drużyna zagrała świetnie i odpowiedzialnie, a niemal cała kadra miała udział przy bramkach – stąd słowa uznania należą się każdemu zawodnikowi gości.
W samej końcówce mieliśmy jeszcze sympatyczny akcent: właściciel KSB, Michał Tarczyński, sam założył strój i wszedł na boisko. Mało brakowało, by wpisał się na listę strzelców – jego uderzenie otarło się o słupek. Gdyby piłka wpadła do siatki, byłby to z pewnością najszczęśliwszy moment całego sezonu w ekipie gospodarzy.
Mecz zakończył się wynikiem 8:12. Pewne zwycięstwo Impulsu, ale emocji zdecydowanie nie brakowało!
To dopiero wstęp, pierwszy rozdział i zapowiedź tego, co czeka nas w sezonie zasadniczym. Impuls i Ogień stoczą bowiem w najbliższym czasie jeszcze co najmniej dwie batalie między sobą. Ten mecz był jedynie preludium do ich konfrontacji w Ekstraklasie Ligi Fanów – tej najważniejszej i najbardziej prestiżowej rywalizacji.
Po pierwszym akcie na prowadzenie wysuwa się młoda, ale już niezwykle silna i jakościowa ekipa Ognia Bielany. Brązowi medaliści Ekstraklasy z sezonu 2024/25 chyba w porę zorientowali się, że kończenie ligi na samym dnie nie przystoi drużynie o takim statusie. Dlatego do zwycięstwa i remisu z kolejek numer 4 i 5 dorzucili w szóstej serii gier – w starciu z ukraińskim Impulsem – komplet punktów, wracając tym samym rzutem na taśmę do gry o medale letnich rozgrywek. Konkretniej – ponownie o brąz. Ale to miało rozstrzygnąć się dopiero wieczorem, w meczu z Korsarzami. Teraz skupmy się na tym, co działo się w rywalizacji Impuls UA – Ogień Bielany.
Trzeba przyznać, że indywidualnie po obu stronach oglądaliśmy sporo jakości. Widać klasę większości zawodników – każdy doskonale wie, z czym „szóstkowy świat” się je. Jak na wakacyjny klimat poziom gry był naprawdę wysoki.
W Impulsie, beniaminku Ekstraklasy, rozkład goli wyglądał bardzo równo – po jednym trafieniu zdobyli: B. Ivaniuk, V. Ivaniuk, Budz i Hrynov. Z kolei w Ogniu najbardziej imponowało duo Skorupa – Lisiecki. Cytując klasyka: zarówno w ofensywie, jak i defensywie, ta dwójka była wszędzie – niwelując akcje rywala i napędzając własne. Dodając do tego wsparcie kolegów, Ogień przez cały mecz utrzymywał prowadzenie i nie oddał go aż do ostatniego gwizdka.
Gola na 4:5 dla Impulsu faktycznie można nazwać impulsem, ale padł na pół minuty przed końcem – zdecydowanie za późno, by ten mecz mógł jeszcze przynieść dodatkowe emocje.
Podczas ostatniej kolejki Tonie Majami podejmowało zespół Ternovitsia. Obie drużyny walczyły o zakończenie sezonu na podium. W lepszej sytuacji byli goście, którym do szczęścia wystarczał remis.
Ternovitsia już w 2. minucie zdobyła gola, rozpoczynając marsz ku swojemu celowi. Tonie Majami źle weszło w mecz i długo nie potrafiło znaleźć sposobu na rywala. Dopiero po stracie drugiej bramki Jakub Kaca wykorzystał podanie od Kajetana Lipińskiego i po raz pierwszy pokonał bramkarza gości. Ci jednak chwilę później wrócili na dwubramkowe prowadzenie. Lepszy fragment gry gospodarzy przyniósł bardziej wyrównaną rywalizację i zmusił przeciwnika do błędu, który dał gola kontaktowego. Ostatnie minuty pierwszej połowy należały jednak do Ternovitsii – trafienie na 2:4 ustaliło wynik do przerwy.
Drugą połowę można streścić jako pokaz bezradności gospodarzy, którzy nie zdołali wykorzystać przewagi liczebnej w pierwszych minutach tej części spotkania. Goście przez niemal sześć minut grali w osłabieniu po dwóch żółtych kartkach. Indywidualne błędy zawodników Tonie Majami kosztowały ich utratę aż czterech goli i odebrały wiarę w końcowy sukces.
Pomimo dość wyrównanego początku, końcówka należała do Ternovitsii, która postawiła kropkę nad „i”, wygrywając różnicą siedmiu trafień. Tonie Majami musiało uznać wyższość rywala, który dzięki zwycięstwu – i korzystnemu wynikowi na innym boisku – zakończył sezon Lato 2025 na drugim stopniu podium.
Ukrainian Vikings przystępowali do meczu bez presji walki o medale, ale z ambicją potwierdzenia dobrej formy z ostatnich tygodni. Warszawska Ferajna liczyła natomiast na przełamanie i pokazanie, że ich miejsce w tabeli nie oddaje w pełni możliwości drużyny. Trudno było wskazać faworyta, ale jedno było pewne – jeśli gospodarze chcieli myśleć o punktach, musieli zatrzymać rozpędzonego Andrija Dutchaka.
Spotkanie rozpoczęło się jednak fatalnie dla Ferajny. Wikingowie w pierwszych dziesięciu minutach zdobyli cztery bramki i ustawili sobie mecz. Dopiero wtedy gospodarze zaczęli odpowiadać i choć dalsza część pierwszej połowy była bardziej wyrównana, skuteczność leżała po stronie gości. Do przerwy było 2:5 i Ferajna musiała gonić wynik.
Druga połowa miała podobny przebieg. Szybki gol Vikingów nadał ton grze, a kolejne trafienia sprawiły, że zrobiło się już 3:9. Wydawało się, że emocje się skończyły, ale Ferajna jeszcze raz pokazała charakter. Świetna dyspozycja Adriana Dembińskiego i Kacpra Domańskiego pozwoliła odrobić część strat – tablica wyników pokazywała w pewnym momencie tylko 8:10. W lidze szóstek taka przewaga nie daje żadnej gwarancji, jednak gospodarze nie zdołali pójść za ciosem. W końcówce zabrakło zimnej krwi w obronie, a Vikingowie wykorzystali każdy błąd, dokładając jeszcze dwa gole i ustalając rezultat na 8:12.
Bohaterem meczu został bez wątpienia Andrii Dutchak – autor trzech bramek i aż siedmiu asyst, co pozwoliło mu przypieczętować triumf w klasyfikacji kanadyjskiej i asyst. Ferajna może być zadowolona z postawy swoich liderów w ofensywie, ale bez lepszej gry w defensywie trudno było myśleć o korzystnym wyniku w tak otwartym i szalonym spotkaniu.
Rywalizacja Eagles FC kontra After Wola miała raczej prestiżowy charakter, bo żadna z drużyn nie walczyła już o medale. Stawką była jedynie zamiana miejsc w tabeli – zwycięstwo mogło pozwolić ekipie z Woli wyprzedzić rywala.
Od pierwszych minut było widać, że obie drużyny traktują ten mecz poważnie i chcą zakończyć sezon pozytywnym akcentem. Pierwsza połowa była bardzo wyrównana, a gra toczyła się głównie w środku boiska. Eagles prezentowali się nieco lepiej w wykańczaniu akcji, co pozwoliło im schodzić na przerwę z prowadzeniem 4:3. After Wola próbowała odpowiadać, ale brakowało im nieco jakości w ofensywie. Szczególnie widoczna była nieobecność Patryka Abbassiego, który w poprzednich spotkaniach był jednym z liderów drużyny.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ większej zmianie – wciąż było to wyrównane widowisko, w którym żadna z ekip nie potrafiła wypracować wyraźnej przewagi. Ostatecznie Eagles zdołali utrzymać minimalne prowadzenie i dowieźć zwycięstwo 5:4. Wynik oddaje przebieg meczu, bo żadna ze stron nie dominowała, a różnicę zrobiła po prostu skuteczność w kluczowych momentach. Dzięki tej wygranej Eagles FC zakończyli sezon na 5. miejscu, natomiast After Wola uplasowała się na 7., przedostatniej pozycji. Oba zespoły zasłużyły na pochwały za walkę do końca i pokazanie charakteru w ostatnim meczu.
To było kapitalne widowisko na zakończenie zmagań w drugiej lidze. Rock’n Roll Warsaw, mając w składzie zawodników z ekstraklasy, prezentował się niezwykle mocno na papierze, ale BM od pierwszych minut walczył na pełnych obrotach i nie zamierzał ustępować.
Jako pierwsi na prowadzenie wyszli gospodarze – niezawodny Vlad Voronov otworzył wynik meczu. Goście, mimo że atakowali, długo nie potrafili skutecznie wykończyć swoich akcji. Dopiero Junior Bashiri, który wszedł na boisko zaledwie minutę wcześniej, otrzymał podanie i huknął z dystansu, nie dając szans bramkarzowi gospodarzy. To trafienie podziałało mobilizująco na Rock’n Roll Warsaw, którzy szybko odpowiedzieli trzema golami i odskoczyli rywalom. Jeszcze przed przerwą BM wykorzystał rzut wolny i zmniejszył dystans, dzięki czemu z nadziejami na odrobienie strat przystępował do drugiej połowy.
Po zmianie stron obraz gry się nie zmienił – mecz wciąż był zacięty, ale wypracowana przewaga gospodarzy pozwalała im na pełną kontrolę wydarzeń na boisku. Goście starali się do końca, lecz nie zdołali odrobić strat z pierwszej połowy.
Spotkanie zakończyło się wynikiem 6:3 i trzeba przyznać, że był to jeden z najlepszych meczów tego lata na AWF-ie. Rock'n Roll został zasłużonym mistrzem drugiej ligi, a BM skończył ostatecznie na trzeciej pozycji.
Batalia pomiędzy TI: Exile a FC Vikersonn zapowiadał się jako mecz dwóch drużyn, które w tym sezonie pozostawiły po sobie spory niedosyt. Obie ekipy przed startem rozgrywek miały ambicje sięgające wyżej niż środek tabeli, a jednak już przed ostatnią kolejką było jasne, że o medale nie powalczą. To spotkanie miało więc być okazją, by zakończyć sezon z podniesioną głową.
Lepiej rozpoczęli zawodnicy Vikersonna, którzy od pierwszych minut pokazali determinację. Szybko zdobyli dwa gole i wydawało się, że wreszcie przełamią swoją niemoc. TI: Exile potrzebowało jednak chwili, by wejść na odpowiednie obroty. Kiedy już to nastąpiło, zaczęli przejmować inicjatywę i do przerwy zdołali odrobić straty. Pierwsza połowa była bardzo otwarta, pełna sytuacji bramkowych i zakończyła się wynikiem 3:4 na korzyść TI.
Po zmianie stron boisko należało już niemal wyłącznie do jednej drużyny. TI: Exile zagrało dojrzalej, konsekwentniej i przede wszystkim skuteczniej. Różnicę zrobił Kiryl Sudalenka – napastnik rozegrał fenomenalne zawody, zdobywając aż pięć bramek i praktycznie w pojedynkę przesądzając o losach meczu. Defensywa Vikersonna była wobec niego bezradna – każde jego dojście do piłki pachniało ogromnym zagrożeniem.
Ostatecznie TI: Exile wygrało 8:4, kończąc sezon na 5. miejscu w tabeli. FC Vikersonn uplasował się tuż za nimi – na 6. pozycji. Dla Vikersonna to bolesne podsumowanie całych rozgrywek: mimo niezłych momentów zabrakło jakości i wiary w sukces. TI natomiast pokazało charakter i udowodniło, że drzemie w nich potencjał większy, niż wskazuje sama tabela.
Zespół Defenders podejmujący GLK rozegrał niezwykle emocjonujący mecz w niedzielę na obiektach AWF. Stawka była ogromna – bezpośredni pojedynek o trzecie miejsce w lidze. Nic dziwnego, że wrażeń nie brakowało.
Spotkanie rozpoczęło się jednak spokojnie – obie drużyny badały się w środku pola i coraz śmielej wchodziły w pole karne rywali. Pierwsze ciosy zadali jednak Defenders, obejmując prowadzenie 2:0. Gospodarze wydawali się mieć pełną kontrolę, opierając swoją grę na solidnej defensywie i szybkich kontratakach. Wtedy do głosu doszło GLK. Najpierw sygnał do odrabiania strat dał Mateusz Grabowski, a chwilę później Damian Sawicki mocnym, płaskim strzałem na krótki słupek zaskoczył bramkarza i wyrównał wynik meczu.
Remis w tak ważnym spotkaniu zapowiadał ciekawą drugą połowę – i faktycznie dostarczyła ona wielu emocji. W ekipie GLK hat-trickiem popisał się Mateusz Grabowski, ale to okazało się zbyt mało na świetnie funkcjonujących tego dnia gospodarzy.
Defenders odpowiedzieli równie mocno – Illia Dehoda i Rafał Drążek również skompletowali hat-tricki, a swoje trafienie dołożył jeszcze niezawodny Ariel Kucharski, stały bywalec na liście strzelców swojej drużyny. Ostatecznie Defenders zwyciężyli 7:5 i to oni mogli cieszyć się z najniższego stopnia podium podczas ceremonii zakończenia sezonu. Ogromne gratulacje dla brązowych medalistów! GLK musiało niestety zadowolić się czwartym miejscem.
W starciu Ti:Exile z Rodziną Soprano faworytem byli podopieczni Antosia Łahvinca. Warto jednak pamiętać, że dla gospodarzy był to już drugi mecz tego dnia – o godzinie 15 rozegrali bowiem zaległe spotkanie. Ich rywale natomiast notowali spory spadek formy i z dorobkiem zaledwie trzech punktów plasowali się w strefie spadkowej.
Spotkanie zgodnie z oczekiwaniami lepiej rozpoczęli gospodarze. Po indywidualnej akcji Łahvinca padł gol na 1:0, a chwilę później było już 2:0. Szybko stało się jasne, że będzie to jednostronny pojedynek. Niezrażeni tym faktem, zawodnicy Rodziny Soprano próbowali cierpliwie budować akcje i w końcu zdobyli gola kontaktowego – strzelcem okazał się młody Natan Kublik. Był to jednak jedyny jaśniejszy moment gości. Od tego czasu na boisku dominowało już Ti:Exile. Najpierw Arseni Vanicki podwyższył na 3:1, następnie na 4:1 trafił Uladzimir Senkievich, a gdy Antoś Łahviniec dorzucił swoje drugie trafienie, gospodarze mogli grać już bez presji. Do przerwy prowadzili pewnie 5:1 i choć Rodzina Soprano od czasu do czasu próbowała atakować, nikt nie spodziewał się, że w drugiej połowie gospodarze jeszcze tak bardzo odskoczą.
Po zmianie stron Ti:Exile całkowicie zdominowało przeciwnika. Goście mieli ogromne problemy z przedostaniem się pod pole karne Leonida Isayenii, który przez cały mecz interweniował zaledwie kilka razy. Rodzinie Soprano brakowało pomysłu i sił – nawet gdy udało się coś wykreować w ofensywie, powroty do obrony wyglądały bardzo słabo. Tego problemu nie mieli gospodarze, którzy w drugiej połowie zaaplikowali rywalom aż dwanaście bramek, nie tracąc przy tym żadnej.
Było to w pełni zasłużone zwycięstwo zawodników w białych koszulkach, które pozwoliło im wydostać się ze strefy spadkowej. Dla obu ekip Liga Letnia była przetarciem przed sezonem zasadniczym, który zbliża się wielkimi krokami. Zarówno Ti:Exile, jak i Rodzina Soprano dobrze wiedzą, nad czym muszą popracować i jakich wzmocnień dokonać, by we wrześniu stworzyć solidny kolektyw i podjąć rywalizację z najlepszymi.
Ten mecz nie miał już znaczenia w kontekście wielkich zmian w tabeli – obie drużyny chciały po prostu zaprezentować się z jak najlepszej strony. Znając nieustępliwość Persa i Vikersonna, można było być pewnym, że mimo niewielkiej wagi punktowej, spotkanie dostarczy emocji. I tak właśnie było.
Pierwsze 30 minut to wymiana ciosów i zmiany prowadzenia. Już w 1. minucie wynik otworzył Mykyta Bondarenko dla ekipy z Ukrainy. Przez dłuższy czas to goście kontrolowali grę, ale w 12. i 16. minucie Pers odpowiedział – najpierw asystą popisał się Mati Musoev, a chwilę później sam zdobył gola. Roman Danchuk szybko wyrównał, lecz Pers ponownie wyszedł na prowadzenie. Nadchodzący bohater meczu – Danchuk – jeszcze przed przerwą doprowadził do remisu, a w drugiej połowie najpierw dał swojej drużynie prowadzenie, a następnie podwyższył wynik do 5:3.
W 46. minucie Bondarenko trafił na 6:3 i wydawało się, że sprawa jest już przesądzona. Jednak Vohidjon Usmonov w ciągu dwóch minut najpierw zaliczył asystę, a potem sam zdobył gola, zmniejszając stratę do minimum i gwarantując kibicom emocjonującą końcówkę. Więcej goli już nie padło, a spotkanie zakończyło się wynikiem 6:5 dla Vikersonna.
Obie drużyny pokazały świetny, nieustępliwy futbol. Emocji nie brakowało – momentami nawet przelewały się ponad miarę. Doszło do jednej ostrej przepychanki, po której kilku zawodników obejrzało żółte kartki, ale dominowała piłka, a nie niepotrzebne spięcia.
Tak naprawdę obie drużyny mogą zapisać ten mecz na plus. Patrząc z boku, można było odnieść wrażenie, że walczą o medale – taki był poziom i zaangażowanie. Jasne, sezon letni nie zakończył się zgodnie z marzeniami, ale zarówno dla Persa, jak i dla Vikersonna był wartościowy i budujący. A na wyniki jeszcze przyjdzie czas.
Trzecioligowe rozgrywki trzymały fanów w napięciu aż do ostatniej kolejki. Drużyny FC Niko UA oraz AGS przez cały sezon prezentowały wysoki poziom i to właśnie w siódmej serii gier przyszło im zmierzyć się o złote medale. Z jednej strony – nieustępliwość ukraińskiej ekipy, z drugiej – napędzany bramkami Dominik Pikalski. Zapowiadały się wielkie emocje.
Strzelanie rozpoczęli gospodarze. Oleksandr Targomin wykorzystał miejsce przy krótkim rogu po świetnym przerzucie Diieva. Goście jeszcze nie zdążyli się rozegrać, a Niko przeprowadziło dwie kolejne akcje bramkowe i po 17 minutach było już 3:0. Przy obu golach asystował Kuzmin, a na listę strzelców wpisali się Avkimovych oraz Churiukanov.
Ta strata podziałała mobilizująco na AGS. Do przerwy zdołali odrobić dwie bramki i schodzili do szatni z nadzieją na zwycięstwo. Po zmianie stron szybko dopięli swego – Dominik Pikalski obrócił się z rywalem na plecach i strzałem od słupka doprowadził do remisu. Chwilę później AGS wyszło na prowadzenie 3:4 po tym, jak Zmysłowski zamknął dośrodkowanie Kucharskiego z rzutu wolnego.
Ostatnie 20 minut sezonu zapowiadało się kapitalnie – obie drużyny ruszyły do otwartego ataku, chcąc przypieczętować mistrzostwo. W 33. minucie Vlad Voronov dopadł do piłki po dobitce i wyrównał na 4:4. Niko odzyskało wiarę i poszło za ciosem. Najpierw szybkie podanie otworzyło sytuację sam na sam, którą pewnie wykorzystał Targomin, a chwilę później Pavlov podwyższył po błędzie w rozegraniu AGS. Gospodarze byli w komfortowej sytuacji, a rywale musieli się odkryć. To zemściło się natychmiast – po kontrze Diiev wystawił piłkę do pustej bramki, a Kuzmin dopełnił formalności.
Na siedem minut przed końcem różnica wynosiła już trzy gole, ale przecież w tych ligach widzieliśmy niejeden niesamowity comeback. Sygnał do ataku dał Pikalski, który dubletem w minutę podtrzymał nadzieję AGS. Goście naciskali do samego końca, lecz w ostatniej akcji meczu, całkowicie odkrywając obronę, nadziali się na kontrę. Po podaniu Targomina wynik i mistrzostwo przypieczętował Voronov.
Cóż to było za widowisko! Obie drużyny pokazały, dlaczego to właśnie one biły się o tytuł mistrzowski.
Był to trochę klasyczny mecz "o pietruszkę". Dnipro chciało odnieść drugie zwycięstwo w sezonie i utrzymać 6. miejsce w tabeli, natomiast Nieuchwytni marzyli o pierwszych punktach. Co z tego wyszło? Prawdziwa strzelanina.
Początek to wyrównana wymiana ciosów. Po 16 minutach na tablicy widniał wynik 3:2 dla Dnipro, ale już siedem minut później gospodarze prowadzili 7:2. Przez dłuższy czas ich przewaga była wyraźna i kontrolowali grę. Jednak w pewnym momencie nonszalancja w szeregach Dnipro sprawiła, że Nieuchwytni przejęli inicjatywę. Z 6:10 zrobiło się 8:10 i goście mieli szanse, by doprowadzić nawet do remisu. Okazji jednak nie wykorzystali, a za to zostali srogo ukarani – Dnipro odpowiedziało czterema bramkami z rzędu i przypieczętowało zwycięstwo.
Indywidualnie również było na co popatrzeć. W ekipie pokonanych błyszczał Maksym Zhukov – autor 4 goli i 2 asyst. Wspierał go Oleksii Kyselov, który popisał się hat-trickiem i jedną asystą. W Dnipro prawdziwym liderem był Vlad Budz – zawodnik Ekstraklasy Ligi Fanów rozegrał kapitalne zawody, notując 6 bramek i 2 asysty. Świetnie spisali się też Viacheslav Hladyshev (3 gole, 2 asysty) oraz Kiril Kud (1 bramka, 3 kluczowe podania).
Obie drużyny zafundowały kibicom prawdziwy festiwal bramek i zakończyły sezon w dobrych nastrojach. Jasne, nie były to rezultaty na miarę marzeń, ale teraz przed nimi czas spokojnych przygotowań i pracy nad błędami przed startem docelowych rozgrywek.
Spotkanie pomiędzy Force Fusion a FC Bulls było dokładnie tym, czego można się spodziewać po starciu o tak wysoką stawkę – pełnym emocji, zwrotów akcji i ogromnego zaangażowania z obu stron. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem było jasne, że Fusion mieli wszystko w swoich rękach – zwycięstwo dawało im mistrzostwo. Bulls natomiast, aby myśleć o złocie, musieli nie tylko pokonać rywali, ale też liczyć na potknięcie Legionu. To dodatkowo podsycało napięcie.
Pierwsza połowa była niezwykle wyrównana do samego końca. Oba zespoły postawiły na ofensywną grę – bez kalkulacji i cofania się do obrony. Fusion od początku próbowali narzucić swój styl i kilkukrotnie stworzyli zagrożenie pod bramką przeciwnika, ale Bulls odpowiadali groźnymi kontratakami. Do przerwy było 2:2, co zapowiadało jeszcze większe emocje po zmianie stron.
W drugiej połowie FC Bulls pokazali, że tego dnia mają więcej energii i skuteczności. Zagrali mądrze, wykorzystując błędy Fusion w rozegraniu i coraz częściej dochodzili do klarownych sytuacji. Kluczową rolę odegrał Vladislav Zhukov, bramkarz Bulls, który kilkoma kapitalnymi interwencjami uchronił swój zespół przed stratą gola. W ofensywie błysnął Ilya Granchuk – dwukrotnie wpisał się na listę strzelców i przechylił szalę zwycięstwa na stronę swojej drużyny.
Ostatecznie Bulls wygrali 5:2, kończąc sezon na drugim miejscu w tabeli. Force Fusion, mimo ogromnej walki, musieli pogodzić się z porażką i zamknęli rozgrywki na trzeciej lokacie. Choć nie udało się sięgnąć po mistrzostwo, obie ekipy potwierdziły, że należą do ścisłej czołówki ligi.
Dodajmy, że był to mecz godny finału sezonu, bo było w nim wszystko, czego oczekuje się od tego typu spotkań.
Perspektywa walki o mistrzostwo w ostatniej kolejce spadła Legionowi niczym gwiazdka z nieba. Teoretycznie nie powinni się już liczyć w tej rywalizacji, ale walkower z Ukrainian Devils sprawił, że wciąż mogli marzyć o złocie. Do pełni sukcesu potrzebne były dwa elementy: zwycięstwo nad Inferno Team 2 oraz strata punktów przez Force Fusion. Brzmiało to całkiem realnie, choć nie można było lekceważyć ambicji Inferno. Oni o złoto już nie walczyli, ale medal pozostawał w ich zasięgu. Problem w tym, że na mecz przyjechali bez Nikodema de Sousy Costy i Kacpra Pawłowskiego, co mocno ograniczało ich potencjał.
Od pierwszych minut to Legion wyglądał na zespół, który bardziej pragnie wygranej. Byli aktywniejsi, częściej przy piłce, a ich przewaga udokumentowana została golem – piłka po strzale jednego z legionistów odbiła się rykoszetem i wpadła do siatki. Chwilę później mogło być już 2:0, ale Inferno zdołało się wybronić. Mało tego – po składnej akcji wyrównał Daniel Dworecki.
Odpowiedź Legionu była jednak natychmiastowa. Po akcji Elbeka Muhamaddaliyeva piłkę do bramki skierował Aleh Patonich, a jeszcze przed przerwą padł trzeci gol dla drużyny z Ukrainy. Wynik 3:1 nie przesądzał sprawy, ale było widać, że Inferno ma ogromne problemy ze sforsowaniem dobrze ustawionej defensywy rywala. Wystarczy wspomnieć, że tak wybitny snajper jak Bartek Kopacz praktycznie nie miał okazji do zdobycia gola.
Mimo to zespół Igora Patkowskiego nie zamierzał się poddawać. Po ładnej akcji kontaktową bramkę zdobył Artur Cioth i zrobiło się ciekawie. Rozpoczął się festiwal niewykorzystanych okazji: Legion dwukrotnie obił słupek, a Inferno mogło wyrównać, lecz Daniel Dworecki – mając przed sobą niemal pustą bramkę – postanowił uderzyć efektownie zamiast skutecznie i fatalnie spudłował. To był moment, który mógł odmienić losy meczu, ale zamiast tego Legion postawił kropkę nad „i”. Po kontrataku akcję rozprowadził Ivan Pushkarenko, podał do Yuriego Chornobaia, a ten ustalił wynik na 4:2. Legion nie wypuścił już przewagi z rąk, a dobre wieści z meczu Force Fusion sprawiły, że mógł świętować mistrzostwo! Z kolei Inferno opuszczało boisko ze sporym niedosytem. Każdy sportowiec wie, jak gorzko smakuje czwarte miejsce – tak blisko medalu, a jednak poza podium...
Wataha podejmowała Broke Boys w meczu ostatniej kolejki Ligi Letniej na obiektach AWF. Gospodarze, wspierani przez swoich wiernych kibiców – którzy zasługują na ogromne brawa za gorący doping – walczyli o miejsce na podium. Goście mieli już pewną lokatę w strefie spadkowej, więc ten mecz nie miał dla nich większego znaczenia.
Ku zaskoczeniu wielu to właśnie Broke Boys rozpoczęli spotkanie z przytupem i ogromną energią. Dwa szybkie gole oraz obroniony rzut karny przez Luke’a Danylenkę były kluczowymi momentami pierwszej połowy, a przed przerwą zapowiadało się jeszcze ciekawsze widowisko.
Po zmianie stron goście ponownie przejęli inicjatywę i dołożyli cztery kolejne trafienia. Wataha zaczęła się co prawda podnosić, a piłka po ich strzałach wreszcie zaczęła wpadać do siatki, ale – naszym zdaniem – było już na to trochę za późno. Wilcza rodzina, niesiona dopingiem fanów, walczyła do ostatniej minuty o jak najlepszy rezultat, lecz tego dnia po prostu nie był to ich mecz. Goście natomiast przeżywali swoje pięć minut – w końcówce dorzucili jeszcze cztery bramki i ostatecznie wygrali aż 10:5, dopisując sobie trzy punkty do tabeli. Dzięki temu mogli zakończyć nieudaną przygodę w tym sezonie z lekkim uśmiechem na twarzy.
Przegrani musieli obejść się smakiem i obejrzeli podium z daleka. Jednak z takim dopingiem, jaki zapewnili im kibice o 21:00, wierzymy, że jesienią Wataha jeszcze da powody do radości i powalczy o najwyższe cele.
W tym spotkaniu Kresowia przystępowała w roli faworyta – jako drużyna walcząca o podium i chcąca zaatakować drugie miejsce. Z kolei Oldboys, będący przedostatnią drużyną ligi, liczyli na sprawienie niespodzianki. I trzeba przyznać, że przez połowę meczu udawało im się to całkiem dobrze.
Od początku gra układała się spokojnie. Gospodarze próbowali swoich akcji, ale długo bez wymiernych efektów. Dopiero w 7. minucie po przebitce Bezbidovycha wynik otworzył Alizarovich. Przez kolejne 13 minut obie drużyny próbowały szczęścia głównie strzałami z dystansu i z trudnych pozycji. Kresowia miała lekką przewagę, ale Oldboys nie ograniczali się tylko do obrony. Przyniosło im to wyrównanie – Łukasiewicz, zasłaniając piłkę ciałem, wbiegł w pole karne i pokonał bramkarza. Tuż przed przerwą doszło do starcia Dominiewskiego z Dobrenką, za które obaj obejrzeli żółte kartki. Rzut wolny z tej sytuacji wykorzystał Mikulich – mocnym uderzeniem przełamał interwencję bramkarza i dał Kresowii prowadzenie 2:1 do przerwy.
Po zmianie stron goście szybko wykorzystali fragment gry 4 na 4, pokazując doświadczenie taktyczne. Piątkowski podał do Kurowskiego, a ten pewnym strzałem wyrównał na 2:2. Od tego momentu jednak coraz wyraźniej dominowali gospodarze. Dwa szybkie trafienia dały im prowadzenie 4:2. Oldboys odpowiedzieli jeszcze piękną akcją Łukasiewicza – dynamiczny drybling w polu karnym i skuteczne wykończenie zmniejszyły straty. Końcówka należała jednak w pełni do Alizarovicha, który tego dnia był nie do zatrzymania. Skutecznie finalizował akcje z każdej pozycji i skompletował aż pięć bramek! Był to prawdziwy snajperski popis.
Mecz zakończył się wynikiem 8:4. Kresowia utrzymała trzecie miejsce i w niezwykle ciasnej tabeli to właśnie oni mogli świętować zdobycie medali na najniższym stopniu podium.
Mistrzowie Chaosu przystępowali do meczu z Ajaksem niezwykle zmotywowani, ale już w pierwszych minutach stracili bramkę po samobójczym trafieniu Damiana Królaka. Goście szybko wyrównali po błędzie bramkarza, a remis dodał gospodarzom energii. To oni zaczęli lepiej funkcjonować na boisku, czego efektem były kolejne trafienia. Do przerwy Mistrzowie Chaosu prowadzili 3:2.
W szatni Ajaks zebrał siły, zmobilizował się i w drugiej połowie prezentował się zdecydowanie lepiej. Niezawodny Bartek Kopacz strzelał, asystował i był niemal wszędzie tego wieczoru. Goście, mając korzystny wynik, kontrolowali przebieg spotkania i mimo starań rywali nie oddali już wygranej do końca meczu. Gospodarze w drugiej części nie zdobyli ani jednej bramki – brak skuteczności okazał się głównym powodem ich porażki. Ajaks zasłużenie sięgnął po złote medale, a Mistrzowie Chaosu, dzięki potknięciu rywali, mogli cieszyć się z brązowych krążków.
Obie ekipy z pewnością w przyszłym sezonie ponownie będą walczyć o medale. Jeśli ich gra będzie wyglądać tak jak tego lata, szansa na kolejne triumfy wydaje się bardzo realna.
W ostatniej kolejce 6. ligi Wczorajsi FC podejmowali Gentleman Warsaw Team. Gospodarze stracili już matematyczne szanse na podium, natomiast goście wciąż marzyli o medalu. Nie wszystko zależało od nich, ale – dopóki piłka w grze – wszystko było możliwe.
Spotkanie rozpoczęło się spokojnie. Obie drużyny nie forsowały tempa, skupiając się przede wszystkim na zabezpieczeniu własnej bramki. Z czasem jednak zaczęła rysować się przewaga Gentlemanów, którzy potwierdzili swoją dominację golem Piotra Dziemieszczyka. Chwilę później na 0:2 podwyższył niezwykle aktywny tego dnia Piotr Loze, a jeszcze przed przerwą trzecie trafienie dołożył Paweł Domański. Drużyna Michała Danga miała grę pod pełną kontrolą.
Druga połowa zaczęła się podobnie jak pierwsza – gospodarze nie potrafili sforsować dobrze zorganizowanej defensywy rywali, a w kluczowych momentach brakowało im dokładności i zimnej krwi. W bramce Gentlemanów świetnie spisywał się Jakub Augustyniak, skutecznie zatrzymując próby przeciwnika. W 48. minucie padł jedyny gol tej części spotkania – Jakub Erbel strzelił bramkę honorową dla Wczorajszych, ustalając wynik meczu na 1:3. Do końca meczu niewiele się już działo – przegrywający nie mieli argumentów, a faworyci nie forsowali tempa, pewni swojej wygranej. Ostatecznie Gentleman Warsaw Team zgarnęli trzy punkty, choć – jak się później okazało – nie wystarczyło to, by wskoczyć na podium. Zabrakło naprawdę niewiele.
Mimo wszystko zespół Gentlemanów może być zadowolony – widać wyraźny progres drużyny. Po wywalczonym awansie w rozgrywkach zasadniczych, apetyty rosną, a liga wakacyjna była jedynie przetarciem przed jesiennymi zmaganiami.
Obie ekipy miały szansę na mistrzostwo, a bezpośredni mecz decydował o tym, kto założy na szyję złote medale. Początek spotkania był niezwykle intensywny, choć w obu obozach nie brakowało niedokładności – szczególnie raziła nieskuteczność, bo sytuacji było naprawdę sporo po obu stronach.
Widać było, że zarówno gospodarzom, jak i gościom bardzo zależy na wygranej – nikt nie odpuszczał żadnej piłki, a gra stawała się coraz ostrzejsza. Sędzia w porę zaczął rozdawać kartki, co nieco ostudziło emocje. Gdy wydawało się, że pierwsza połowa zakończy się bez goli, Alash przeprowadził składną akcję zespołową i objął prowadzenie. Po 25 minutach mieliśmy wynik 0:1.
Gamba musiała odrabiać straty i po przerwie szybko tego dokonała. Najpierw Filip Wolski wykorzystał rzut karny, a chwilę później gospodarze wyszli na prowadzenie. Od stanu 2:1 gra się wyrównała, a okazje bramkowe pojawiały się po obu stronach. Na pięć minut przed końcem wydawało się, że goście nie będą już w stanie nic zdziałać. Jednak walka do samego końca przyniosła efekt – niesamowity Alisher Temirkanov najpierw doprowadził do remisu, a kilka sekund przed końcowym gwizdkiem zdobył gola na wagę mistrzostwa w szóstej lidze.
Kapitalne widowisko, które do samego końca trzymało w ogromnych emocjach – brawa dla obu drużyn za świetny mecz na zakończenie sezonu.
Prawdziwą kanonadę goli zaserwowali zawodnicy Hiszpańskiego Galeonu w meczu ostatniej kolejki przeciwko KS Centrum. Goście przed rozpoczęciem spotkania doskonale wiedzieli, że muszą je wygrać – w przypadku porażki mogli stracić szansę na trzecie miejsce i brązowe medale na zakończenie sezonu. Zjawili się więc w bardzo licznym, aż dwunastoosobowym składzie, co już przed pierwszym gwizdkiem mogło budzić respekt w szeregach rywali.
Pierwsza połowa była w miarę wyrównana, z lekkim wskazaniem na ekipę gości. Plany pokrzyżowała im jednak czerwona kartka dla bramkarza, która skomplikowała sytuację i sprawiła, że do przerwy wynik zatrzymał się na 2:4.
Druga część to już pełna dominacja drużyny Magnusa Michalskiego, która niemal każdy strzał zamieniała w bramkę. Naoliwiona w przerwie maszyna, po kilku radach od swojego kapitana i mentora, pracowała jak w zegarku i ani na moment nie zwalniała tempa.
Bohaterem meczu był Michał Dąbkowski – zdobywca aż ośmiu goli i autor dwóch asyst. Był tego dnia nieomylny i świetnie prowadził swój zespół na boisku. Jego wyczyn w tym spotkaniu (oraz dwóch pozostałych) dał mu koronę króla strzelców całej ligi. Można się tylko zastanawiać, jaką barierę przekroczyłby ten zawodnik, gdyby rozegrał wszystkie mecze tego lata.
Goście ostatecznie wygrali różnicą aż czternastu trafień, przypieczętowując trzecie miejsce i brązowe medale, które odebrali podczas ceremonii na boiskach AWF. Ogromne gratulacje!
Niestety, dla obu ekip letnie mecze ułożyły się tak, że nawet ewentualna wygrana w bezpośrednim starciu nie dawała już szans na wydostanie się z – umownej, rzecz jasna – strefy spadkowej. Przed ostatnią kolejką nominalni gospodarze mieli na koncie cztery punkty, a rywale o dwa więcej. Był to więc raczej mecz o honor – niedzielna gierka z myślą o ruchu i przyjemności z grania, a nie o „zabijaniu się” o każdą piłkę.
Mimo że teoretycznie obie drużyny mogły podejść do spotkania lekceważąco, nic takiego nie miało miejsca. Wręcz przeciwnie – oba zespoły dały z siebie bardzo dużo, dzięki czemu mecz oglądało się z przyjemnością, a „spadkowego” poziomu – jak na szóstą ligę – wcale nie było widać.
W ukraińskim Olimpiku błyszczał zawodnik z numerem dziesięć, Ivan Vladymirskyi, autor hat-tricka. Po stronie Skorpionsów tempo próbował mu dotrzymać Sebastian Zwierzchowski, zdobywając dwa efektowne gole. Do przerwy oglądaliśmy wyrównane widowisko, zakończone wynikiem 1:2 dla gości, a po zmianie stron… obraz gry się nie zmienił. Olimpik powiększał przewagę, a „zieloni” uparcie gonili.
Z ich perspektywy wyglądało to jednak tak: gonili, gonili, ale finalnie nie dogonili. Może zabrakło czasu, a może spokoju w decydujących momentach? Fakty są takie, że Olimpik zakończył sezon letni z kompletem punktów, natomiast A.D.S. na kolejne zwycięstwo będzie musiało poczekać aż do jesieni.
Obie ekipy przystępowały do tego spotkania już bez większej presji. BRD Young Warriors mieli zapewnione miejsce na podium, a Heavyweight Heroes mogli walczyć jedynie o prestiż i poprawę nastrojów po straconej szansie na grę o medale. Faworytem pozostawali gospodarze – ich regularność i poziom gry w tym sezonie stawiały ich wyraźnie wyżej od rywali.
Pierwsza połowa długo nie dostarczała emocji. Obie drużyny szukały okazji, ale brakowało precyzji w wykończeniu lub dobrze interweniowali bramkarze. Dopiero w końcówce premierowej odsłony padły bramki, które nadały ton dalszej rywalizacji. Najpierw Marcin Miszkurka precyzyjnie uderzył po podaniu Patryka Zawady, a chwilę później Damian Nabit podwyższył rezultat. Do przerwy BRD prowadzili więc 2:0.
Po zmianie stron Heavyweight Heroes szybko złapali kontakt, zdobywając gola na 2:1. Ten impuls zamiast zmobilizować gospodarzy, tylko ich rozdrażnił. BRD wrzucili wyższy bieg i w krótkim czasie strzelili aż pięć bramek z rzędu, praktycznie zamykając mecz. Herosi odpowiedzieli dopiero w końcówce, kiedy dwa gole dołożył Daniel Dudziński, ale było to jedynie zmniejszenie rozmiarów porażki. Ostatecznie gospodarze wygrali pewnie 7:3.
Liderem BRD był Maciej Karczewski, który skompletował hat-tricka i dołożył asystę, potwierdzając świetną formę. Young Warriors udowodnili, że poza ścisłą czołówką 7. Ligi nikt nie był w stanie im realnie zagrozić. Z kolei Heavyweight Heroes potwierdzili, że w tym sezonie byli zespołem zbyt słabym na najlepszych, ale wciąż potrafiącym rywalizować z resztą stawki.
Mecz na szczycie miał swoją oprawę – sporo kibiców i zacięte piłkarskie widowisko, które z przyjemnością oglądało się w niedzielny wieczór na arenie AWF-u. Początek spotkania był niezwykle zacięty, obie ekipy próbowały narzucić swój styl gry. Wiadomo było, że pierwsza bramka może zdeterminować dalszy przebieg meczu – i tak właśnie się stało. Kapitalne uderzenie zawodnika Iglicy dało gospodarzom prowadzenie, a Dynamo musiało gonić wynik. Goście atakowali, lecz niewiele z tego wynikało. Świetnie w bramce spisywał się Kacper Starobrat, dzięki którego interwencjom Iglica utrzymywała korzystny rezultat.
Kluczowy moment meczu miał miejsce około 15. minuty. Zawodnik Iglicy leżał na boisku, ale kopnął piłkę w stronę kolegi, który napędził akcję zakończoną drugim trafieniem dla drużyny Radka Sówki. Dynamo protestowało, jednak sędziowie uznali, że wszystko odbyło się zgodnie z przepisami i zaliczyli gola. Do przerwy było 2:0.
Po zmianie stron, zanim dobrze rozpoczęła się druga połowa, goście stracili dwie kolejne bramki. To na chwilę ostudziło zapędy zespołu Maćka Kosińskiego, ale z czasem Dynamo znów uwierzyło, że może odmienić losy meczu. Niezawodny Michał Matyja zdobył dwa gole i w szeregach Iglicy zrobiło się nerwowo.
Ostatecznie jednak gospodarze w końcówce dorzucili kolejne trafienia, zapewniając sobie zwycięstwo i – patrząc na cały sezon – jak najbardziej zasłużone mistrzostwo. Dynamo, choć czuło niedosyt, po odebraniu srebrnych medali rozpoczęło fetę, która na Arenie AWF-u trwała aż do północy.
Nie dość, że mieliśmy jeden pojedynek – ten główny, czyli Pistonsi kontra Lisy – to równocześnie trwała jeszcze jedna, korespondencyjna rywalizacja. Gwiazda WP, fenomenalny snajper z numerem 99 na plecach, niejaki Romano, ścigał się na gole z nie mniej genialnym Kubiszerem, który w tym samym czasie grał na sąsiednim sektorze.
Cóż, rykoszetem oberwały Lisy, a konkretnie Lisy Bez Polisy. Tym bardziej szkoda tej ekipy, bo kiedy napastnik taki jak Romano ma jasno postawiony cel, to po prostu strzela gole. Cztery trafienia faktycznie dały Romanowskiemu tytuł Króla Strzelców silnej siódmej ligi! To zaszczyt, gdy tacy zawodnicy stanowią o sile tak mocnej dywizji.
Wracając do samego meczu – miał on bardzo przyjazną, luźną atmosferę. Zero złośliwości, sporo zabawy, nawet kilka składnych akcji. Były samobóje, były wykopy na pobliskie boisko rugby, były dwie akcje „niczym Brazylia w swoim prime”. Jednego na pewno nie było – nudy. Za to podziękowania należą się od postronnych widzów.
Brawo zarówno dla Lisów, jak i Pistonsów – bo z luźnej gierki o niewielką stawkę potrafili dostarczyć naprawdę przyjemny spektakl. Wynik 9:2 dobrze oddaje przebieg meczu, bo piłkarsko WP dominowało od początku do końca. To nie Lisy Bez Polisy trafiły do złej ligi – po prostu Pistonsi powinni grać wyżej. Choć nie wyżej niż szósta liga – bez przesady ;)
Inter w ostatniej kolejce 7. ligi podejmował Niedzielnych. Spotkanie może nie należało do tych z kategorii "najwyższych lotów", bo obie ekipy nie grały już o nic wielkiefgo, ale trzeba docenić ich podejście – przyszli, by dokończyć ligę na boisku, a nie oddać mecz walkowerem, co nie każdemu w tym sezonie się udało.
Pierwsza połowa to raczej ostrożne badanie rywala i czekanie na błędy. Z tej odsłony lepiej wyszli zawodnicy Interu, choć na przerwę schodzili tylko z jednobramkowym prowadzeniem, które pozostawiało niedosyt.
Na początku drugiej połowy gospodarze szybko podwyższyli wynik – po fenomenalnym podaniu od swojego bramkarza długą piłkę strzałem głową wykończył Ufimtsev. Wydawało się, że losy meczu są już przesądzone, ale wtedy do głosu doszli goście. Niedzielni zdobyli trzy bramki, w tym jedną po kapitalnym uderzeniu z rzutu wolnego z połowy boiska autorstwa Przemka Sosnowskiego. Już witali się z drugim zwycięstwem w lidze, jednak Inter w porę się otrząsnął i w końcówce wyrównał.
Więcej goli już nie padło i obie drużyny musiały zadowolić się remisem 3:3. Na pewno pozostał niedosyt po obu stronach, bo każdy z zespołów miał realną szansę zakończyć sezon zwycięstwem.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)