USUŃ NA 24H
MENU LIGOWE
POZIOMY ROZGRYWEK
AKTUALNOŚCI
ROZGRYWKI
STATYSTYKI
FUTBOL.TV
TURNIEJE
WYWIADY
SOCCA CUP
GALERIA
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
RAPORT MECZOWY - 9.KOLEJKA

Runda jesienna zakończona! Przy delikatnym mrozie, a czasami padającym śniegu rozegraliśmy ostatnie spotkania, które zdecydowały o finałowej kolejności na poszczególnych szczeblach rozgrywkowych. Emocje? Tak! Remontady? Tak! Niespodzianki? Też! A opisy ze wszystkich niedzielnych meczów również są już do Waszej dyspozycji!

 
 
Nie będziemy ukrywać, że podobnie jak u Was, tak i u nas pojawiło się delikatne rozprężenie po rundzie. Ale chcemy dotrzymywać terminów, dlatego jak zwykle w czwartek zapraszamy do lektury raportu meczowego z ostatniego weekendu!
 
Opisy meczów 9.kolejki czekają już na Was w raportach, w zakładce PODSUMOWANIE SPOTKANIA. Ale mamy też coś dla tych, którym nie chce się za dużo klikać, a których interesują relacje wyłącznie z meczów ligi w której grają. Wchodząc w menu konkretnego poziomu rozgrywkowego dodaliśmy opcję RELACJE MECZOWE. Wszystkie streszczenia znajdziecie tam w jednym miejscu :)
 
Życzymy Wam przyjemnej lektury!

Ekstraklasa

Gdyby ten mecz rozgrywał się np. dwa sezony temu, to murowanym faworytem byłaby Kebavita, jednak team Buraka Cana ma w tej rundzie wyraźnie problemy kadrowe i tak było i tym razem. Explo mogło w tym upatrywać swojej szansy i poniekąd tak się stało, bo już w 2 minucie meczu gospodarze wyszli na prowadzenie. Obrona gości nieco zaspała, precyzyjne podanie Piotra Dumy trafiło do Pawła Rybaka, a ten spokojnie zapakował piłkę do siatki. Po tym golu goście rozpoczęli oblężenie bramki Rafała Pomaskiego, ale dopiero w 13 minucie Baris Kazkondu wypracował sytuację, po której niekryty Kamil Majorek zdobył trafienie wyrównujące. Kebavita grała swój standardowy schemat z wysuniętym bramkarzem i w 18 minucie nieco się to zemściło, bo niedokładne podanie przejął Daniel Ludynia i pięknym lobem przez pół boiska zdobył gola na 2:1. Dla Kebavity był do tylko wypadek przy pracy i po chwili precyzyjnym strzałem z dystansu popisał się Baris Kazkondu. Explo momentami kompletnie zepchnięte do defensywy odgryzało się kontratakami, ale w samej końcówce dostało prezent w postaci rzutu rożnego, który trochę na raty, ale za to bardzo skutecznie na gola zamienił Daniel Ludynia. Druga połowa za to zaczęła się od trafienia po stronie Kebavity, a strzelcem został... golkiper gości Bartek Gwóźdź. Explo momentalnie odpowiedziało golem Mateusza Włudarskiego, by po chwili wyjść nawet na dwubramkowe prowadzenie po skutecznej akcji Pawła Rybaka, ale wściekły takim obrotem spraw Maciej Banasek uderzył z dystansu i zrobiło się 5:4. Kebavita goniła wynik, ale w 42 minucie było 6:4 dla Explo i wydawało się, że gospodarze zatriumfują. Stało się coś zupełnie innego i w kilka chwil goście kompletnie odwrócili losy meczu. Zaczęło się od kapitalnego strzału z dystansu w wykonaniu Bartka Gwoździa. Chwilę później gola wyrównującego zdobył Kamil Majorek, a w dosłownie kolejnej akcji meczu nowy nabytek Kebavity Azab Abdelrahman wypracował sytuację, po której Moatasem Aziz wyprowadził gości na prowadzenie. Przysłowiowym gwoździem do trumny Explo była sytuacja w końcówce meczu, kiedy Azab popisał się precyzyjnym strzałem przez całe boisko do pustej bramki. W cztery minuty Kebavita kompletnie rozmontowała Explo Team i rzutem na taśmę zgarnęła trzy punkty.

Mecz Tura z Gladiatorami na koniec rundy jesiennej miał być hitem tej kolejki i z pewnością nie zawiódł tych, którzy przybyli w niedzielny wieczór na boisko AWFu. Patrząc na składy obie ekipy zebrały naprawdę mocne zestawienia i jeżeli mielibyśmy wymienić absencje, to w obozie gospodarzy brakowało Konrada Wojtkielewicza i Marcina Konopki. W składzie gości na placu nie zameldował się Tomasz Pietrzak i Mikołaj Wysocki, a Michał Dryński tym razem bardziej zajmował się organizacją drużyny i jego również brakowało na boisku. Od początku widać było, że to nie będzie mecz z wieloma bramkami, bo obie strony znakomicie broniły, a bramkarze popisywali się skutecznymi paradami. Tur miał swoje okazje, a szczególnie groźne były strzały Rafała Grzelaka, który kilka razy próbował zaskoczyć Adriana Mańka. Z drugiej strony w ofensywie próbował zaskoczyć rywali Patryk Zych i Michał Kielak, ale dobrze w defensywie radził sobie Bartek Osoliński, który kasował groźne sytuacje przeciwników. Gdy wydawało się, że już nic nie zmieni się w pierwszej połowie na tablicy wyników po dobrej kombinacyjnej akcji Jakub Sosnowski strzelił gola i to Tur na przerwę schodził ze skromnym prowadzeniem. Druga połowa zaczęła się od dobrych sytuacji dla gospodarzy. Jednak brakowało wykończenia i trochę szczęścia. Gladiatorzy Eternis też mieli swoje szanse i praktycznie pierwszą z nich wykorzystał Kuba Jóźwiak. Po chwili było już 1:2. Damian Stolarczyk z rzutu rożnego obsłużył znakomitym dograniem Damiana Górkę i goście wyszli na prowadzenie. Tur dążył do wyrównania i miał sporo szans, lecz gdzieś zabrakło skuteczności, która w takim meczu bywa kluczowa. W końcówce ekipa z Ochoty zaryzykowała grę z lotnym bramkarzem, ale nie dało to efektu a goście po kontrze ustalili wynik tej konfrontacji na 1:3. Zdecydowanie było to jedno z najlepszych starć w Ekstraklasie w tej rundzie i jak na razie to ekipa Michała Dryńskiego ma lepszą sytuację przed rewanżem, dysponując trzema punkty przewagi na Turem. Jeśli jednak zespół z Ochoty utrzyma obecny skład, to wiosną walka o mistrzostwo będzie trwała do samego końca.

Drużyna Warsaw Bandziors na pewno nie tak wyobrażała sobie debiut w najwyższej klasie rozgrywkowej LF, ponieważ w dotychczasowych spotkaniach tylko raz schodziła z boiska ze zdobyczą punktową. Ich rywale, FC Otamany spisują się rewelacyjnie, jednak wpadka w ostatniej kolejce sprawiła, że drużyna ta straciła pozycję lidera. Początek meczu był bardzo wyrównany, z lekką przewagą drużyny gości, ale najlepsza ich sytuacja strzelecka zakończyła się na słupku bramki rywali. W kolejnych minutach bardzo dobrze sprawowały się defensywy obydwu drużyn i dopiero po upływie kwadransa gry byliśmy świadkami pierwszego trafienia. Było ono autorstwa Bandziorów, którzy z prowadzenia cieszyli się tylko minutę. Chwilę po straconej bramce do wyrównania doprowadzili goście i spotkanie rozpoczęło się od nowa. Ostatnie minuty to napór Otamanów, którzy dzięki piorunującej końcówce zdobyli dwie bramki i na przerwę drużyny schodziły z wynikiem 3:1 dla gości. Druga połowa rozpoczęła się od obustronnej wymiany ciosów, czego efektem były dwie bramki - po jednej dla każdej ze stron. Chwilę później gospodarze zmniejszyli straty do jednego gola, ale drużyna przeciwna szybko ponowie odskoczyła. Zawodnikom Warsaw Bandziors jeszcze raz udało się zbliżyć do swoich rywali, ale tym razem przeciwnik odpowiedział na to trafienie dwa razy i mecz zakończył się zwycięstwem gości 7:4. FC Otamany po bardzo ciekawym spotkaniu dopisują kolejne punkty i nadal liczą się w walce o pierwsze miejsce na najwyższym poziomie rozgrywkowym. Warsaw Bandziors mimo bardzo dobrego meczu kolejny raz z boiska schodzą jako ekipa pokonana i strata do bezpiecznego miejsca gwarantującego pozostanie w elicie, robi się coraz większa...

Po zeszłotygodniowym, zaskakującym zwycięstwie nad Otamanami oczy wszystkich obserwatorów były zwrócone na Esportivo. Team Eryka Zielińskiego w końcu pokazał potencjał i spodziewaliśmy się, że starcie z eXc będzie ostatecznym sprawdzianem przed końcem rundy jesiennej. Niestety gospodarze nie przyszaleli z frekwencją, stawiając się na boisku w zaledwie sześciu, ale goście nie forsowali tempa i choć praktycznie non-stop oblegali bramkę Michała Sobieralskiego, to pierwszy gol padł dopiero po 10 minutach gry, a strzałem z dobitki popisał się Krystian Nowakowski. Co ciekawe Esportivo dość szybko zripostowało trafieniem Roberta Dębskiego, ale równie błyskawicznie eXc wróciło na prowadzenie – najpierw z rzutu rożnego dośrodkował Sebastian Dąbrowski, a podanie na gola zamienił Krystian Nowakowski, a trzy minuty później było już 1:4 po strzale Michała Kępki i akrobatycznym trafieniu Patryka Paszko. Gola do szatni zapakował Adam Niemyjski i po pierwszej połowie eXc wprawdzie prowadziło 2:4, jednak wydawało się, że przewaga bramkowa powinna być zdecydowanie większa. Po zmianie stron pierwsze zapunktowało Esportivo i Adam Niemyjski zmniejszył prowadzenie przeciwnika do zaledwie jednego oczka. Wydawało się, iż comeback Esportivo jest możliwy, szczególnie że zawodnikom Eryka Zielińskiego nie brakowało sił, jednak goście pokazali najważniejszy atrybut tego sezonu – solidność. Trafienia Patryka Paszko i Bartka Goździewskiego spowodowały, że eXc wróciło na zwycięską ścieżkę i choć Adam Niemyjski zdobył gola na 4:6, to przewaga drużyny z Ochoty była coraz bardziej widoczna. Esportivo próbowało kąsać skutecznymi kontratakami, ale goście trzymali bezpieczną przewagę, a w końcówce rozwinęli skrzydła, zapakowali kilka goli i przy stanie 6:10 sędzia odgwizdał koniec spotkania.     

1 Liga

Pierwszoligowe derby Ukrainy jak zwykle dostarczyły niemałych emocji. Jak mantrę powtarzamy to, że starcia takich ekip jak Energia z Ukranian Vikings zawsze stoją na wysokim poziomie piłkarskim i należy spodziewać się walki do samego końca. I to spotkanie pod tym względem nie rozczarowało. Grad bramek oglądaliśmy już w pierwszej połowie, a gol otwierający padł w praktycznie pierwszej akcji meczu, kiedy podanie Aidyna Yessalego wykorzystał Oleksandr Yakubiak i Energia wyszła na prowadzenie, które... utrzymało się raptem przez minutę, bo tyle zajęło Vikingom doprowadzenie do remisu, a gola zdobył Oleh Dvoliatyk. Wzajemna wymiana ciosów trwała – Energia wyszła na prowadzenie po trafieniu Bogdana Leshchenki, goście odpowiedzieli golem Yeugeniego Syrotenki, a po chwili wyszli nawet na prowadzenie po rzucie rożnym, który na bramkę zamienił Ivan Markovych. W 16 minucie goście podwyższyli prowadzenie, a autorem trafienia był Victor Yaremii, lecz gospodarze nie pozostawali dłużni i dwie błyskawiczne bramki Heorhiia Parnitskiego i Artura Petrova doprowadziły do remisu 4:4 i tak też skończyła się pierwsza połowa. W drugiej części spotkania, podobnie jak w pierwszej, gra przenosiła się od bramki do bramki, ale powoli uwidoczniała się lepsza dyspozycja Wikingów. Gospodarze popełniali coraz więcej niebezpiecznych pomyłek w rozegraniu i nie mogli porozumieć się w ofensywie, co miało katastrofalny wpływ na skuteczność wykończenia akcji pod bramką Eduarda Vakhidova. W 30 minucie goście wyszli na prowadzenie, a arcyważnego gola strzelił Yeugeni Syrotenko. W 37 minucie podwyższył Andrii Dutchak i na gospodarzy padła wyraźna presja związana z gonieniem wyniku. Wprawdzie w 41 minucie na 5:6 trafił Heorhii Parnitskii, ale już w następnej akcji sytuację uspokoił Oleh Dvoliatyk. Do końca zostało jeszcze sporo czasu, ale Energia nie była już w stanie niczego zmienić i mecz zakończył się wynikiem 5:7.

Ósmy w tabeli Warsztat Gepetto podejmował trzeci FC Impuls UA. Pierwsze pięć bramek zdobyli goście, którzy w ten sposób szybko ustawili sobie to spotkanie. Dopiero w 34 minucie gospodarze zdobyli swoje pierwsze trafienie. Autorem tej bramki był Arkadiusz Kibler, który wykorzystał rzut karny i bez problemu pokonał golkipera drużyny przyjezdnych. Chwilę później gospodarze mogli cieszyć się ze swojego drugiego trafienia. Marcin Banasiak wyłuskał piłkę w polu karnym  i po dużym zamieszaniu strzelił po krótkim rogu bramki przeciwnika. Zaskoczona ekipa gości miała problem z tym, aby pozbierać się po dwóch szybkich ciosach, natomiast rozpędzeni goście nie mieli zamiaru się zatrzymać ani na chwile. Efektem tego była bramka zdobyta na 3-5. Adam Sobczak wywalczył piłkę przed polem karnym przeciwnika i bez problemu wykorzystał nadarzającą się okazję. W tym momencie goście zabrali się bardzo mocno do roboty i już do końca meczu tylko ekipa przyjezdnych zdobywała bramki. Mecz zakończył się wynikiem 10-3 dla ekipy FC impuls UA. Dzięki tej wygranej goście plasują się na trzecim miejscu w tabeli i nadal walczą o awans do wyższej klasy rozgrywkowej. Warsztat Gepetto plasuje się natomiast na miejscu ósmym. Będąc w strefie spadkowej chłopaki będą musieli na wiosnę wspiąć się na wyżyny umiejętności, bo jak nie, to czeka ich trudna walka o uniknięcie spadku.

W niedzielne popołudnie na arenach warszawskiego AWFu doszło do bardzo ciekawego pojedynku, gdzie grająca ze zmiennym szczęściem ekipa Graczy Gorszego Sortu podejmowała faworyzowaną drużynę Wilków. Gospodarze na to spotkanie stawili się w dość solidnym składzie, który zapowiadał, że GGS będzie walczył o pełną pulę. Wilki w tym sezonie mają spore problemy kadrowe i często przychodzi im rywalizować bez zmian lub tylko z jednym rezerwowym, co jest sporym wyzwaniem w tak mocnej i intensywnej lidze jaką jest zaplecze Ekstraklasy. Od początku spotkanie stało na bardzo wysokim poziomie, obie ekipy prezentowały bardzo duże umiejętności techniczne, co było widoczne niemal w każdej akcji. Jako pierwsi z bramki mogli cieszyć się zawodnicy GGS. Szybką kontrę zespołu wykończył wracający na boiska Ligi Fanów Mateusz Grabowski. Wilki do remisu doprowadzili bardzo szybko i mieliśmy 1-1. Bramki w tym spotkaniu padały zresztą regularnie i po kilku minutach GGS ponownie wyszedł na prowadzenie. Odpowiedź gości przyszła błyskawicznie i już po kilkunastu sekundach było 2-2. Do końca pierwszej połowy byliśmy świadkami zaciętego widowiska, obie strony walczyły o każdą piłkę i starały się grać twardo w swoich szykach obronnych. Na przerwę schodziliśmy przy wyniku 4-3. Druga połowa wyglądała nieco inaczej, grająca z jedną zmianą ekipa Marcina Siwego z każdą kolejną minutą opadała z sił, co doskonale widzieli zawodnicy GGS, podkręcając tempo. W 34 minucie gospodarze po bramkach Chojnackiego i Waszaka prowadzili już 6-3 i nawet najwięksi optymiści nie liczyli już na wygraną Wilków. Co prawda nadzieję na poprawę wyniku stworzył Aleksander Janiszewski, ale jego bramka - jak się później okazało - była jedynie na otarcie łez. W samej końcówce gospodarze przypieczętowali swoją wygraną kolejnym trafieniem i spotkanie ostatecznie kończy się wynikiem 7-4. Dzięki tej wygranie gospodarze pną się w górę ligowej tabeli i pokazują, że na wiosnę będą starali się doskoczyć do czołówki i powalczyć o podium.

W 8 kolejce doszło do spotkania dwóch spadkowiczów z Ekstraklasy - MixAmatora z AnonyMMous! Uwzględniając pozycję w tabeli obu drużyn, mecz zapowiadał się na wyrównane starcie i takie też oglądaliśmy. Już od pierwszej minuty obie strony grały szybką piłkę, próbując atakiem pozycyjnym rozpracować rywala. Wynik spotkania otwiera Łukasz Wach, wyprowadzając drużynę gospodarzy na prowadzenie. Chwilę później Bartek Nowodworski podwyższa na 2:0. Anonimowi atakowali cały czas, jednak bramkarz MixAmatora był do tego momentu nieskazitelny, zaliczając świetny mecz, a swoimi interwencjami prawie całą połowę skończył z czystym kontem. Jako pierwszy drogę do siatki Mateusza Karpińskiego znajduje Robert Dębski. Uruchomił cały atak drużyny gości, którzy zaczęli wręcz bombardować bramkę i finalnie na koniec połowy udaje im się wyciągnąć remis. W drugiej połowie role się odwróciły, to drużyna gospodarzy musiała gonić wynik, a Anonimowi dyktowali warunki. Dość szybko na początku drugiej połowy pokusili się o dwa trafienia. I nie zatrzymywali się, wciąż atakowali, ale bramkarz gospodarzy był w nieziemskiej formie. Kiedy już się wydawało, że MixAmator wraca na właściwe tory zdobywając swoją trzecią bramkę i do wyrównania brakowało mu tylko jednego trafienia, Mateusz Sieciechowicz nie pozostawia żadnych złudzeń i ostatecznie rozstrzyga o losach trzech punktów. AnonyMMous zasłużenie zwycięża to ciężkie i wymagające dla obu stron starcie w stosumku 5:3.

W niedzielny wieczór na boisku na AWFie zmierzyły się ekipy Ognia Bielany i Contry. Gospodarze od kilku kolejek wskazywali zwyżkę formy i to rodziło nadzieję na korzystny wynik z drużyną mającą aspiracje do walki o medale i awans do Ekstraklasy. Team Michała Raciborskiego w tym sezonie wygląda bardzo dobrze i ma zamiar zdobyć mistrzostwo 1.ligi. Gospodarze musieli radzić sobie nie tylko z mroźną pogodą, ale i brakiem zmian co nie zwiastowało łatwej przeprawy. Od początku to Contra miała inicjatywę na boisku i szybko chciała zamierzała to udokumentować. Nie było to jednak proste, bo między słupkami robił co mógł Szymon Świercz i długo czekaliśmy na pierwsze trafienie w meczu. Niemoc strzelecką przełamał dopiero Maciek Kurpias, otwierając wynik spotkania. Po chwili goście podwyższyli wynik i wydawało się, że wszystko jest pod kontrolą. Jednak gospodarze strzelili gola kontaktowego i to rodziło nadzieję, iż można nawiązać walkę z wyżej notowanym rywalem. Jednak Contra widząc że wynik jest mocno niepewny podkręciła tempo i miała sporo okazji na podwyższenie rezultatu. W końcówce pierwszej połowy po rzucie rożnym Mateusz Tumulec sprytnym strzałem pokonał golkipera rywali i po 25 minutach rywalizacji było 1:3 dla gości. Po zmianie stron ekipa Michała Raciborskiego zdominowała wydarzenia na boisku. Gospodarze grający meczową szóstką nie mieli już tyle sił co w pierwszej odsłonie, stąd kolejne bramki dla Contry były tylko kwestią czasu. Przy bezpiecznym wyniku mieliśmy kilka efektownych zagrań ze strony zawodników, a próba strzału z przewrotki Radka Parszewskiego i gol Filipa Woźnicy w samej końcówce były niezwykle efektowne. Contra ostatecznie wygrywa zasłużenie 2:8 i może spokojnie przygotowywać się do rundy rewanżowej, która zapowiada się niezwykle ciekawie.

2 Liga

Bywają takie mecze, gdzie nasze zapiski, które potem wykorzystujemy do sporządzenia notatek, są naprawdę bardzo obszerne. Głównie oznacza to, że w takim spotkaniu sporo się działo. Niestety w rywalizacji Tylko Zwycięstwo z Warszawską Ferajną, dość szybko doszło do nas, że nie ma sensu zapisywać słów kluczowych czy minut poszczególnych goli, bo będzie to mecz do jednej bramki. Można chyba dość boleśnie, aczkolwiek uczciwie stwierdzić, że Ferajna przyjechała na to spotkanie, nie po to by wygrać, ale żeby nie było walkowera, a rywal nie stracił swojego cennego czasu. Kacper Domański lepił skład na różne sposoby, ostatecznie udało mu się uzbierać kilku chętnych do gry, natomiast było jasne, że o jakiejkolwiek rywalizacji z TZ nie ma mowy. Należy jednak docenić postawę tego zespołu, zarówno w kwestii chęci gry, jak również na boisku, bo chociaż rywal już do przerwy prowadził 5:0 (a mógł znacznie wyżej), to Ferajna robiła co mogła. Zdało się to na tyle, że w końcówce meczu, przy stanie 0:8, Ferajna zdobyła dwie bramki z rzędu, co stanowiło w pewnym sensie nagrodę za jej wysiłek. Ostatecznie mecz przegrali 2:10 i tym sposobem zakończyli tę trudną dla siebie rundę. Chyba potrzeba tutaj jakichś zmian, bo jeśli nie pojawią się regularni zawodnicy, to ciężko będzie zbudować coś, co wszystkim – na czele z kapitanem – będzie przynosiło frajdę. Na szczęście czasu do kolejnej rudny trochę jest. Co do Tylko Zwycięstwo, to oni nie mieli tutaj żadnych problemów z wygraną, zagrali bardzo rozsądnie, każdy z zawodników z pola miał przynajmniej jednego gola lub asystę i widać, że z szacunkiem podeszli do tego meczu. I chociaż spodziewali się pewnie bardzo wyrównanej rywalizacji, to w ich sytuacji kluczowe są punkty, bo tych jest wciąż za mało. W tym momencie starcza ich na ósmą pozycję i zapowiada się bardzo zacięta walka o utrzymanie. Ale tym będą się martwić dopiero za kilka miesięcy.

Kilka tygodni temu to spotkanie mogłoby się zakończyć tylko w jeden sposób – wyraźną wygraną Dzików. Ale czasy się zmieniły. Ekipa Goodfellas zapomniała już o kiepskim początku sezonu, odbiła się od dna i zaczęła marsz w górę ligowej tabeli. I na niedzielę miała jasny cel – pokonać wicelidera. Szanse kształtowały się całkiem nieźle, bo drużyna z Młochowa miała tylko jednego rezerwowego, a w dodatku dawno nie grała na Grenady, z kolei przeciwnicy to boisko znali znacznie lepiej. No i już początek spotkania wskazywał, że faworytów czeka bardzo trudna przeprawa. Gdyby nie Arek Żyznowski, to już po kilku minutach było 2:0, a może nawet więcej. Golkiper Dzików bronił świetnie, lecz nie mógł odbijać wszystkich piłek. Na domiar złego, jego koledzy z pola byli początkowo bezzębni. Rywale dość łatwo rozbijali ich ataki i nawet Przemek Skrzydlewski, który zwykle nie ma sobie równych w pojedynkach szybkościowych, wielokrotnie musiał uznawać w tym temacie wyższość oponentów. Nic więc dziwnego, że po 25 minutach gry było 2:0 dla ekipy z Ukrainy. Druga połowa rozpoczęła się od kolejnego gola dla Goodfellas. Strzał z dystansu Yana Galeckiego i Arek Żyznowski kapituluje. Dopiero przy stanie 0:3 Dziki odpowiadają trafieniem, lecz za golem autorstwa Michała Śpiewaka nie poszły kolejne. Przeciwnicy na to nie pozwolili, a przy okazji to oni byli bliżej kluczowej bramki na 4:1. Drużynę z Młochowa w grze trzymał bramkarz, którzy obronił nawet rzut karny wykonywany przez Yaraslaua Sycheuskiego, ale w końcu gracze z Ukrainy i tak zdobyli bramkę. Trzy gole różnice, przy kilkunastu minutach do końca – to wydawało się misją nie do zrealizowania dla Dzików. Chęci były, udało się nawet zdobyć gola na 2:4, a potem 3:4, lecz na więcej przeciwnicy już nie pozwolili. Przegrywającym nie pomógł fakt, że musieli sobie radzić o jednego zmiennika mniej, bo po dwóch żółtych kartkach w grze nie mógł już uczestniczyć Michał Śpiewak. Rywale to wykorzystali i finalnie wygrali 6:3. Trzy punkty trafiły w dobre ręce, bo zwycięzcy mieli więcej okazji, byli bardziej aktywni i nie ma mowy o przypadku. Taki sukces na pewno cieszy i sugeruje, że Goodfellas powalczą wiosną o coś więcej niż środek tabeli. Z kolei Dziki musiały przełknąć gorycz porażki, jednak cała runda była dla nich udana. Według nas taki zimny prysznic na koniec może mieć nawet pozytywne właściwości, bo determinuje by szukać rzeczy, które usprawnią ich grę. A jak widać wciąż jest w tym temacie trochę do zrobienia.

Sytuacja w tabeli 2 ligi jest bardzo ciekawa i wiele mogło się w niej zmienić po spotkaniu, w którym Green Lantern podejmował UEFA Mafia Ursynów. W roli faworyta niewątpliwie przystępowali goście, którzy w tym sezonie na boiskach Ligi Fanów prezentują się bardzo dobrze. Spotkanie od początku było wyrównane i widzieliśmy akcje zarówno pod jedną, jak i drugą bramką. Dość niespodziewanie jako pierwsi na prowadzenie wychodzą gospodarze, a autorem bramki został Tomasz Ciurzyński. Na odpowiedź gości nie musieliśmy długo czekać - pięknego gola z rzutu wolnego strzelił Adam Goleń. Mafia Ursynów poszła za ciosem I już po kilku minutach mieliśmy 1-2. Od tego momentu przewaga gości rosła z każdą minutą i tylko kwestią czasu były kolejne bramki. Przed przerwą Ursynowiacy dzięki Jakubowi Komendołowiczowi zdobywają jeszcze jedno trafienie i na przerwę schodziliśmy przy wyniku 1-3. Po zmianie stron spotkanie otworzyło się zdecydowanie bardziej, obie ekipy postawiły na ofensywny futbol, czego skutkiem był prawdziwy strzelecki festiwal. Wynik w tej części spotkania otworzył Kamil Bieliński i przez chwilę zrobiło się nerwowo, kiedy na tablicy wyników mieliśmy rezultat 2-3. Mafia Ursynów szybko odpowiedziała dwoma trafieniami i wydawało się, że ma już mecz pod kontrolą. Green Lantern strzeliło jeszcze dwie bramki, ale tyle samo również straciło. W końcówce faworyci mieli jeszcze kilka bramkowych okazji, jednak szwankowała skuteczność i spotkanie ostatecznie kończy się wynikiem 4-7. Dzięki wygranej UEFA Mafia Ursynów przezimuje tę rundę na 3 miejscu. 

Drużyna KSB Warszawa po dwóch porażkach z rzędu wróciła na zwycięską ścieżkę i w ostatnich kolejkach zdobyła komplet punktów. W jeszcze lepszych humorach przed spotkaniem byli zawodnicy Husarii Mokotów, którzy tylko raz w tym sezonie stracili punkty i znajdują się w czubie ligowej tabeli. Lepiej spotkanie rozpoczęli gospodarze, którzy w 5 minucie objęli prowadzenie. Odpowiedź rywali była natychmiastowa i 120 sekund później był już remis. Kolejne minuty mimo kilku bardzo dobrych sytuacji bramkowych nie przyniosły zmiany rezultatu. W ostatnich fragmentach pierwszej części ponownie prowadzenie objęli gospodarze, ale tym razem odpowiedź rywali była jeszcze lepsza. Dwukrotnie zdołali pokonać golkipera rywali i na przerwę drużyny schodziły z prowadzeniem Husarii Mokotów 3:2. Kulminacyjnym momentem spotkania były premierowe odsłony drugiej połowy, w którym drużyna gości zdołała trzykrotnie pokonać golkipera rywali. Trafienia te sprawiły, że podopieczni Tomka Hubnera odskoczyli na bezpieczną przewagę, którą utrzymali aż do końcowego gwizdka sędziego. Przegrywającym udało się zdobyć jeszcze jedną bramkę, ale na to trafienie dwukrotnie odpowiedzieli oponenci i mecz zakończył się zwycięstwem Husarii w stosunku 8:3. Drużyna ta zdobyła kolejny komplet punktów i dzięki temu przerwę między rundami spędzi na fotelu lidera. KSB Warszawa po bardzo dobrej pierwszej połowie mogli liczyć na ugranie czegoś więcej, ale niestety dla nich rywale w drugich 25 minutach byli bardzo skuteczni i trzeba się było pogodzić z porażką na koniec rundy jesiennej.

3 Liga

Starcie Kryształu ze Smoczą Furiozą okazało się meczem do jednej bramki. Team Kacpra Romanowskiego był tutaj murowanym faworytem i jego boiskowa dominacja budowała się powoli, ale bardzo skutecznie. Warto zwrócić uwagę na to, że mecz rozgrywany był w bardzo ciężkich warunkach pogodowych, bo na czas trwania spotkania rozpadał się śnieg, co powodowało, że obie ekipy podeszły do rywalizacji nieco spokojniej niż zwykle i choć nie brakowało dynamicznych akcji i indywidualnych popisów, to drużyny raczej się oszczędzały. Oczywiście nie mamy tutaj na myśli relacji blok ofensywny Kryształu – bramkarz Smoczej Furiozy Bartek Kochan, bo tutaj nie było litości i golkiper Furiozy był nękany przez cały mecz, a gdyby nie jego interwencje, wynik mógłby być dużo wyższy. Pierwszy bramka padła dopiero w 6 minucie, a wynik otworzył Bazyli Grabiec, ale już kolejne trafienia na koncie Kryształu były tylko kwestią czasu. Gol numer dwa to samobój w wykonaniu Kacpra Boguckiego, a następnie trafiali kolejno Karol Sulkowski, Kacper Kubiszer oraz Kacper Kacprzycki i pierwsza połowa skończyła się wyraźnym prowadzeniem gospodarzy 5:0. Po przerwie obraz gry nie uległ zmianie i Kryształ wciąż był w natarciu. Wprawdzie w 32 minucie żółty kartonik obejrzał Mateusz Sidor, jednak dominacja teamu z Targówka była absolutnie bezdyskusyjna i nawet grając w osłabieniu byli w stanie zdobyć gola, a zabójczą kontrę poprowadził Karol Sulkowski. Kryształ konsekwentnie podwyższał prowadzenie i jak zwykle w teamie Kacpra Romanowskiego panowała świetna atmosfera. Goście praktycznie bawili się w tym meczu, ale nie okazywali w ten sposób braku szacunku dla przeciwnika, tylko potwierdzali swoją boiskową jakość, dając nam jednocześnie wyraźny sygnał, że fotel lidera zamierzają utrzymać do końca tego sezonu. Dla Furiozy był to koszmarnie ciężki mecz, ale w 48 minucie udało się zdobyć bramkę honorową, a akcję Janka Sądeja wykończył Hubert Brodowski i mecz zakończył się wynikiem 12:1.

Drużyna Młodzieżowców po trzech ostatnich spotkaniach, w których zdobyła tylko jeden punkt bardzo niebezpiecznie zbliżyła się do strefy spadkowej. Po drugiej stronie boiska znajdowała się ekipa FC Zoria Streptiv, która swoje dwa ostatnie mecze zakończyła z kompletem punktów. Obydwie drużyny rozpoczęły starcie bardzo spokojnie, badając siłę rażenia swoich oponentów. Pierwszą składną akcję przeprowadzili gospodarze i to właśnie oni rozpoczęli strzelanie w tej potyczce. Zdobyta bramka dała im prowadzenie, ale tylko na chwilę, gdyż minutę później rywale doprowadzili do wyrównania. Kolejna ładna akcja zespołu gospodarzy i ponownie drużyna ta wyszła na prowadzenie. I dobrze zareagowała na tę sytuację, mądrze się cofając i czekając na nadarzające się okazje z kontrataku. Jedna z nich przyniosła zamierzony efekt w postaci kolejnego gola i na przerwę drużyny schodziły z prowadzeniem zespołu Młodzieżowców 3:1. Tuż po rozpoczęciu drugiej części meczu byliśmy świadkami kolejnego trafienia gospodarzy. W 32 minucie sytuacja prowadzących trochę się jednak skomplikowała po żółtej kartce, bo rywal grał trzy minuty w przewadze jednego zawodnika. Goście tej przewagi nie wykorzystali, a na domiar złego grający już w pełnym składzie rywale za chwilę znów cieszyli się z gola. W ostatniej akcji spotkania po sprytnie rozegranym rzucie wolnym gospodarze zdobyli ostatnią bramkę i mecz zakończył się wynikiem 6:1. Na uwagę zasługuje świetna forma dwóch zawodników: Igora Jagodzińskiego oraz Marcina Kowalskiego. Pierwszy z nich zanotował hat-tricka, natomiast drugi zaliczył trzy kluczowe podania. Zespół FC Zoria Streptiv tego dnia był tylko tłem dla swoich rywali i poniósł zasłużoną porażkę.

Szalone i nieprzewidywalne okazało się starcie z 3.ligi między Cosmosem United a Fuszerką. Nie będziemy ukrywać, że tutaj niewiele wskazywało na to, iż Kosmiczni mogą zagrozić wiceliderom tabeli, bo nie wskazywała na to logika. Ekipa Salvadora de Fenixa może i ma potencjał na coś więcej, niż przedostatnie miejsce w tabeli, tylko co z tego, skoro tak rzadko to udowadnia. I wydawało nam się, że podobnie będzie i tym razem. Mecz miał jednak bardzo różne fazy, zwłaszcza pierwsza połowa. Zaczęło się od gola dla faworytów, po czym Cosmos zdobył trzy bramki z rzędu! Niezła zaliczka? W teorii tak, jednak w praktyce te dwa gole zapasu nie wystarczyły prowadzącym nawet do tego, by do przerwy remisować. Przeciwnicy przejęli bowiem inicjatywę i również wykazali się serią goli z rzędu – było ich aż cztery. I gdy myśleliśmy, że coś o tym meczu wiemy, druga połowa szybko wyprowadziła nas z błędu. Co prawda dość długo Fuszerka miała bezpieczną 2-3 bramkową przewagę, ale odnieśliśmy wrażenie, jakby w pewnym momencie zawodnicy tej ekipy pomyśleli, że mecz sam się dogra. Wykorzystali to oponenci, którzy doprowadzili do remisu 7:7! Ogromna w tym zasługa przede wszystkim dwóch graczy – Chrisa Rodila Kalaby i nowego w biało-niebieskich barwach, Norberta Piotrowskiego. Ten drugi wykazywał się niesamowitym instynktem strzeleckim i łącznie zdobył cztery bramki. Ale to nie wystarczyło do zdobycia nawet punktu. Pod koniec spotkania inicjatywa wróciła do Fuszerki a sprawę załatwiło trio Giska – Kralczyński – Machnacki. Końcowy rezultat to 9:7 i chociaż niespodzianki nie było, to faworyci na pewno mieli ze sobą o czym porozmawiać, bo gdyby wypuścili tutaj jakieś punkty (a było tego dość blisko), to długo by sobie nie darowali. Wszystko skończyło się jednak szczęśliwie. Ale mimo porażki brawa dla Cosmosu. Co prawda po raz kolejny okazało się, że ten zespół woli atakować niż bronić, natomiast jest to jakiś promyk nadziei na wiosnę, że przy dobrym składzie można powalczyć z tymi najlepszymi. I tego trzeba się trzymać, bo z pozytywów po tej rundzie, to chyba wszystko...

Minionej niedzieli na boiskach warszawskiego AWF-u mieliśmy okazję obserwować spotkanie pomiędzy drużyną Szmulek Warszawa z trzecim zespołem Husarii Mokotów. Gospodarzy na tym etapie rozgrywek należy niestety zaliczać do grona mniej zadowolonych ekip. Co prawda im dalej w sezon tym ich dyspozycja stawała się lepsza, jednak miniona kolejka i blamaż z Kryształem Targówek zdecydowanie nie należały do przyjemnych. Końcówka rundy również nie mogła napawać optymizmem, ponieważ Tomasz Hubner i spółka z całą pewnością nie należą do najwygodniejszych przeciwników. Mimo tego graczy w czarno-czerwonych strojach nie można było przekreślać. Należy podkreślić, że na tamten moment hipotetyczna wygrana (przy odpowiednich wynikach) mogła dać im trochę oddechu w przerwie pomiędzy rundami. Niestety dla nich, początek meczu nie ułożył się najlepiej. Po dwóch dynamicznych i przede wszystkim składnych akcjach na linii Hubner - Jończyk, to rywale mogli cieszyć się z prowadzenia. Mimo usilnych starań i wielu prób, zawodnicy Husarii III Mokotów grali bardzo konsekwentnie i nie pozwalali rozwinąć się zespołowi z Pragi. Z tego powodu Szmulki musiały zejść na przerwę przegrywając 2:6. Ku zaskoczeniu wszystkich po zmianie stron sytuacja obróciła się o 180 stopni. Gospodarze od samego początku rzucili się do szaleńczych prób, by odrobić straty. Skonfundowani goście bez swojego kapitana zostali postawieni w pewnym momencie pod ścianą. Szmulkom nie udało się jednak odrobić całej różnicy bramkowej z pierwszej połowy, czego efektem była porażka w stosunku 5:7.

Czwarte miejsce nie jest ulubionym dla sportowca, ale właśnie taki cel przyświecał ekipom Sante i Perły WWA. Triumfator tego spotkania meldował się na koniec rundy jesiennej tuż za plecami TOP 3, co stanowiłoby dobrą bazę wypadową przed atakiem na podium w drugiej części sezonu. Komu było bliżej do takiego scenariusza? Sante przyjechało bez swojego supersnajpera Michała Aleksandrowicza, a wiadomo co potrafi ten zawodnik. Z kolei Parła znów miała zawodników niemal na styk, natomiast z racji tego, że Sante nie słynie z forsowania tempa, to wydawało nam się, że nawet z tylko jedną zmianą, nominalni goście będą w stanie wytrzymać trudy całego spotkania. Pierwsza połowa potwierdziła tę tezę. Perła była lepsza i od stanu 1:1 zdobyła trzy bramki z rzędu. Tę serię mógł zrujnować Mikołaj Tokaj, ale przy wyniku 1:3 nie wykorzystał rzutu karnego, gdyż jego intencje świetnie odczytał Jakub Czajka. To wszystko spowodowało, że Sante schodziło na przerwę z trzema bramkami mniej aniżeli konkurent. Nie był to jednak moment na składanie broni. Wszystko było jeszcze do zrobienia, aczkolwiek rywalom udawało się utrzymywać bezpieczny bufor. Głównie za sprawą świetnie grającego Oliwiera Tetkowskiego, który zdobywał gola za golem, a dzielnie wspomagał go Igor Bartkowski. Ciekawiej zrobiło się w końcówce. Przy stanie 4:6 dla Perły fantastycznego gola niemal z własnego pola karnego zdobył Albert Piórkowski i w obozie przegrywających odżyła myśl, że można wywalczyć remis. Weto w tej kwestii postawił wspomniany Oliwier Tetkowski – świetne uderzenie z lewej nogi i było jasne, że Perle krzywda się tutaj nie stanie. Końcowy wynik to 7:5, ale warto pogratulować jednym i drugim tego spotkania, bo jak na ostatni mecz na Arenie Grenady, gdzie byliśmy już zziębnięci, ta potyczka trochę nas rozgrzała. Perła wygrała zasłużenie i to ona usadowiła się na czwartej lokacie. Co prawda strata do TOP 3 nie jest mała, ale jeżeli ten zespół odbuduje się pod względem kadrowym, to nie wykluczamy, że będzie w stanie powalczyć o medal. Sante ma na to mniejsze szanse, jakkolwiek dla nich ta runda też nie była zła. Świadectwem tego remis z Kryształem, który dla hemegonów z Targówka był jedyną stratą punktów w tym sezonie. Dlatego nawet jeśli założymy, że o puchary powalczą inni, to ten kto zlekceważy Sante, może się na tym ostro przejechać.

4 Liga

W ostatniej jesiennej kolejce 4.ligi FC Shadows podejmowali BJM Developemnt. Pierwsza połowa to tak naprawdę spokojne konstruowanie akcji przez obydwie ekipy i wyczekiwanie na błąd przeciwnika. Obie ekipy starały się realizować swoje założenia taktyczne i musieliśmy czekać aż do 25 minuty, by wreszcie zobaczyć gola. W ostatniej akcji pierwszej połowy ekipa gospodarzy zaatakowała skutecznie i zdobyła bramkę. Ładnym podaniem z klepki Bakyt Nurmatov uruchomił Stewarta Onwaeze i ten drugi bez problemu wykorzystał okazję trafiając na 1-0. Po tej akcji arbiter zagwizdał koniec pierwszej części meczu. Druga odsłona spotkania to od razu huraganowe ataki ekipy BJM. Widać było, że chłopaki byli mocno zmotywowani po tym, co stało się pod koniec poprzedniej części. Goście tak mocno atakowali, że wywalczyli sobie rzut karny. Do piłki podszedł Gracjan Kowalewski i ładnym strzałem w prawy róg bramki pokonał golkipera gospodarzy. Deweloperzy rozpędzili się na tyle, że już do końca meczu tylko oni zdobywali gole. Na 2-1 strzelił Patryk Ciborski po ładnej klepce od Macieja Flisa. Bramka na 3-1 to asysta Filipa Odolińskiego który ładnie klepką obsłużył Macieja Flisa. Gol strzelony na 4-1 to ponownie asysta Filipa Odolińskiego a wykańczającym był Patryk Siczek. Mieliśmy więc na tablicy wyników 4-1 i bardzo widoczną przewagę ekipy BJM. Faktem jest, że FC Shadows nie oddawali ani centymetra boiska i robili co mogli, ale BJM to nie pierwszoroczniacy i nie pozwolili na wiele swoim oponentom. Widoczna dominacja boiskowa BJM dała o sobie znać po raz ostatni w 50 minucie spotkania. Maciej Flis ładnie zagrał do wychodzącego na czystą pozycję Gracjana Kowalewskiego, który mierzonym strzałem trafił na 5-1 dla BJM. Tym samym Gracjan rozpoczął festiwal strzelecki swojej ekipy i go również zakończył. BJM Development wygrywają ten mecz 5-1 i dzięki temu plasują się tuż za strefą awansu mając zaledwie 3 punkty straty do Husarii Mokotów II. FC Shadows kończą rundę jesienną na 6 miejscu w tabeli i jeżeli nie będą na wiosnę zdobywać punktów, to widmo spadku do niższej ligi stanie się coraz bardziej realne.

Jeśli w tak wymagającej lidze, jaką jest w tym sezonie 4.liga, ekipa Dzików plasowała się na drugim miejscu, to nie było innej opcji, by w zamykającym rundę meczu z Compatiblem, zespół Kazika Kopera mógł się „wyłożyć. Tym bardziej, że rywal przyjechał głównie dlatego, by zagrać, bez większych perspektyw na wygraną, bo skład był tego wieczora mocno okrojony. I gdy patrzymy na końcowy wynik, to wydaje się, że tutaj nic nie trzeba pisać. Bez wątpienia Dziki byli drużyną zdecydowanie lepszą i przeważali w każdym aspekcie piłkarskiego rzemiosła. Natomiast Kompatybilni nie odpuszczali. To nie było tak, że grali za karę lub że się nie starali. Prezentowali się na tyle, na ile ich było stać, co w pierwszej połowie złożyło się na dość niski wymiar kary, jakim był wynik 0:3. W drugiej połowie różnica zaczęła się powiększać, bo i sił w obozie Andrija Hryndy było coraz mniej. Ekipa w białych koszulkach robiła jednak wszystko, by uniknąć tutaj dwucyfrówki i żeby zdobyć trafienie honorowe. Ostatecznie pierwszego celu nie udało się zrealizować, bo Dziki zainkasowały aż 12 trafień. Lepiej poszło z drugim zadaniem, bo po bramkach braci Ivanov, konto Compatiblu wzbogaciło się o dwie bramki. Wynik 12:2 mówi wszystko i mimo całej sympatii dla przegranych, było to spotkanie bez większej historii. Zespół z Białorusi kończy jesień na przedostatnim miejscu w tabeli i jasnym jest, że czeka go piekielnie ciężka runda rewanżowa. Mamy jednak nadzieję, że do ich składu powróci wielu ważnych graczy, bo dzięki temu będą dużo bardziej konkurencyjni. Natomiast Dziki zrobiły tutaj swoje. I pomyśleć, że ta ekipa miała wątpliwości co do tego, czy 4.liga to nie będzie dla niej za wysoko. W obliczu pozycji której zajmują i potencjału, jaki mają, wydaje się zabawne, że oceniali siebie na kilka klas rozgrywkowych niżej…

Zespół Husarii Mokotów II po trochę słabszym początku sezonu złapał wiatr w żagle i z ostatnich trzech pojedynków wyszedł zwycięsko. Ich rywal, zespół Pantery zdobył do tej pory tylko siedem punktów i w tabeli znajdował się tuż nad strefą spadkową. Od początku wyraźną przewagę osiągnęli gospodarze i po kilku minutach było już 5:0 dla tej drużyny. Rywale zdołali odpowiedzieć jedną bramką, jednak riposta ich przeciwników była zabójcza. Od 10 minuty do końca pierwszej połowy faworyci nie zwalniali tempa, stwarzając sobie wiele okazji bramkowych. Efektem tych ataków były kolejne zdobyte bramki, które wyraźne załamały zespół gości. Licznik zdobytych goli w pierwszej części spotkania przez zawodników z Mokotowa zatrzymał się na trzynastu! W drugiej części spotkania gospodarze troszkę zwolnili tempo i nie byli już tak skuteczni jak na początku meczu, ale i tak cały czas powiększali swoją przewagę. Najbardziej aktywni w ich drużynie byli Patryk Hermann oraz Patryk Borowski, którzy razem zainkasowali 8 bramek. Ich rywale tylko raz zdołali pokonać golkipera gospodarzy w tej części spotkania i mecz zakończył się wysokim zwycięstwem Husarii Mokotów II 19:2. Zespół ten pokazał olbrzymią jakość zarówno w defensywie jak i ofensywie i pewnie zdobywa kolejne trzy punkty. Drużyna Pantery była tylko tłem dla swoich rywali i ponosi w pełni zasłużoną porażkę.

Dziś możemy już zdradzić, że gdyby była taka możliwość, to starcie Lagi Warszawa z Popalonymi Stykami nie doszłoby do skutku. Przedstawiciele Styków zasugerowali, że mogą mieć kłopoty ze składem i nie bardzo pasowało im rozgrywanie tego spotkania. Nie było jednak opcji przełożenia, więc chcąc-nie chcąc musieli przyjechać na Arenę Grenady i stawić czoła liderowi. Ich skład nie był optymalny, co sugerowało, że nie ma większych nadziei, by mogli pokusić się tutaj o niespodziankę. Tym bardziej, że rywal nie po to skompletował niemal wszystkie możliwe oczka w tej rundzie, by potknąć się na ostatnim płotku. Ekipa Jędrzeja Święcickiego wyglądała na zdeterminowaną i żądną okazałego zwycięstwa. Jak pomyśleli, tak zrobili. Co prawda Styki stawiały opór, ale faworyci byli zdecydowanie lepsi, szybsi i skuteczniejsi. Ich bramkarz Antek Duda nie miał za wiele pracy, z kolei Krzysiek Grabowski owszem. I z wielu sytuacji wychodził obronną ręką, natomiast nie był w stanie obronić wszystkiego. Do przerwy było 3:0 i to był jasny sygnał, że Laga może powoli otwierać bagażnik i robić miejsce na trzy punkty. Obraz gry w drugiej połowie nie zmienił się. Lider tabeli był w natarciu, a przy okazji świetnie pilnował swojej świątyni. Kapitalną partię rozgrywał Szymon Dudzik, absolutny fundament defensywy Lagi. Z przodu szalał z kolei - nomen omen - Hubert Szalski, który najbardziej zapamięta trafienie na 7:0, gdzie przelobował bramkarza rywali i przynajmniej na chwilę spowodował, że poziom decybeli przy Grenady 16 trochę opadł. Styki grały jednak do końca i przy stanie 0:8 zdobyły bramkę honorową za sprawą Antka Zielińskiego. I na tego gola zasłużyły, bo chociaż przeciwnik był nieosiągalny, to Popalone robiły co mogły a los chociaż w drobnym stopniu ich za to wynagrodził. Piąte miejsce na koniec rundy też wydaje się uczciwym. Laga jest z kolei liderem i przy okazji głównym kandydatem do tytułu. Na laurach nie mogą jednak spocząć, bo przewaga nad peletonem nie jest duża i trzeba będzie powalczyć o swoje. Jeśli jednak nic się w ich składzie i nastawieniu nie zmieni, to nie widzimy opcji, by ktoś mógł im w tym sezonie zagrozić.

5 Liga

Stawką konfrontacji Munji z A.D.S. Scorpion's było miejsce w górnej połowie tabeli na koniec rundy jesiennej 5.ligi. Faworyt? Trudno go było wskazać, tym bardziej że Munja – o czym wielokrotnie pisaliśmy – to ekipa chimeryczna i jest z nią trochę jak z pudełkiem czekoladek. Nigdy nie wiesz, na co trafisz. Ale w niedzielę ten zespół przyjechał może w nie najszerszym składzie, lecz pod względem jakości wyglądało to nieźle. Ekipa Skorpionów chyba też nie mogła narzekać, chociaż ekipie Artura Kałuskiego miny szybko zrzedły. Rywale zaczęli bowiem od dwóch błyskawicznych trafień i to oni lepiej odnaleźli się w trudnych warunkach, bo boisko o godzinie 9:00 było jeszcze lekko białe i zmrożone. Rywale odpowiedzieli co prawda trafieniem kontaktowym, ale właśnie wtedy w obozie Munji pojawił się Kacper Drozdowicz, który swoją obecność od razu spuentował asystą. Jego zrozumienie z Dawidem Orzechowskim, jak również bardzo pewne trzymanie defensywy przez Eryka Białeckiego spowodowało, że Munja powiększała przewagę. Do przerwy było 5:1, ale na początku drugiej połowy rywale błyskawicznie zdobyli bramkę i dali sygnał, że to nie koniec ich walki o punkty. Problem polegał na tym, że często tracili gole po sytuacjach, po których nie powinni, jak stałe fragmenty gry. Mimo to w pewnym momencie spotkania, drużyna Artura Kałuskiego doszła oponentów na odległość dwóch trafień, jednak na więcej rywal już nie pozwolił, a gol na 7:4 ustalił wynik spotkania. To był niezły mecz Munji, która gdyby zawsze miała dokładnie ten skład, to spokojnie mogłaby być na podium 5.ligi. Nie ma jednak wątpliwości, że wiosną chłopaki będą chcieli zaatakować trzecie miejsce, bo tracą do niego tylko punkt. Skorpiony mają większą stratę, ale zanim wezmą się do roboty, to chyba trzeba wpierw pewne rzeczy załatwić wewnątrz zespołu. Bo widać, że coś tutaj nie współgra i mamy tego efekt w postaci wzajemnych uwag, których nie brakuje podczas meczów. Jeśli te problemy uda się rozwiązać, to dalej będzie już z górki.

Sportowe Zakapiory cały czas czują oddech rywali na plecach, więc aby móc spokojnie spędzić zimę na fotelu lidera potrzebowali zwycięstwa w starciu z BM niczym tlenu do oddychania. Jednak to goście weszli dużo lepiej w mecz, gdy po podaniu Faizena Rahmatshieva, na rajd zdecydował się Andrii Okuma, a swoją akcję zakończył celnym strzałem na 0:1. Jednak weteran Ligi Fanów w szeregach gospodarzy, czyli Daniel Lasota chyba miał minionej niedzieli tak zwany “dzień konia”, gdyż był naprawdę wiodącą postacią w szeregach swojej ekipy. Najpierw osobiście wykonał rzut karny po faulu a następnie tuż przed polem karnym dopadł do bezpańskiej piłki i pięknym strzałem z niewygodnej pozycji umieścił futbolówkę w okienku bramki strzeżonej przez Mykotę Sytnyka. Odpowiedź była naprawdę bardzo efektowna, gdyż pięknym strzałem zza pola karnego popisał się Faizen Rahmatshiev. Goście po raz kolejny wyszli na prowadzenie, tym razem 2:3, gdy po podaniu Andrija Okumy, na przebojowy rajd zdecydował się Danylo Trubnikov, a swój bieg zakończył pewnym strzałem do siatki. Zakapiorom udało się jednak jeszcze przed przerwą doprowadzić do wyrównania, a bohaterem tej konkretnej sytuacji został Aleksy Sałajczyk, który wpisał się na listę strzelców po podaniu Daniela Dąbrowskiego. Chwilę po zmianie stron obejrzeliśmy piłkarską wymianę ciosów, której nie brakowało także efektowności. Najpierw gola na 4:3 zdobył Daniel Lasota, a zrobił to w dość ekwilibrystyczny sposób, strzałem z półobrotu. Goście nie dawali jednak za wygraną i po akcji Faizena Rahmatshieva i podaniu do Oleha Blintsova obejrzeliśmy gola na 4:4. Do końca meczu to gospodarze dyktowali już warunki spotkania, a swoją przewagę udokumentowali jeszcze trzema trafieniami. Szczególnej urody było trafienie Roberta Lacha, który potężnym strzałem z okolic połowy boiska nie dał szans golkiperowi BM. Ostatecznie Sportowe Zakapiory pokonały BM 7:4, a graczem meczu został zdobywca hat-tricka, Daniel Lasota. 

Zarówno Deluxe Barbershop jak i Bartolini Pasta nie mogą zaliczyć tej rundy do udanej. Przed tym meczem obie ekipy miały na koncie po jednym zwycięstwie, a w przypadku gości był to zaledwie walkower z Inferno. Było więc jasne, że trzeba postawić na blok ofensywny, bo w przypadku przegranej perspektywa wydostania się ze strefy spadkowej robiła się coraz bardziej odległa. Gospodarze przystąpili do tego spotkania zdecydowanie bardziej zmobilizowani. Już w 6 minucie wynik otworzył Farid Abdullayev, a trzy minuty później było 2:0 po golu Kenana. Bartolini odpowiedziało trafieniem Rafała Zaremby, a w końcówce pierwszej połowy znów trafił Farid Abdullayev. Wydawało się, że Azerowie zejdą do szatni z bezpiecznym prowadzeniem 3:1, jednak w ostatniej akcji pierwszej połowy Michał Cholewiński urwał się obrońcom i zdobył bardzo ważnego gola dla gości. Po zmianie stron jeszcze przez kilka minut inicjatywa była wyraźnie po stronie gospodarzy, a w 29 minucie gola na 4:2 zdobył Khazar Narimanli. Zdawało się, że Deluxe Barbershop „są w gazie”, ale z minuty na minutę jakość rozegrania spadała, a gospodarze popełniali coraz więcej błędów i złych decyzji. Po jednej z takich sytuacji żółty kartonik obejrzał Djavid Zeynalli, a Bartolini wykorzystało przewagę liczebną - Michał Cholewiński wyłożył piłkę Adamowi Kubajkowi, a ten nie dał szans bramkarzowi gospodarzy. Po kolejnej minucie gry był już remis, kiedy Michał Cholewiński przejął fatalne podanie od golkipera Deluxe i bez mrugnięcia okiem zapakował piłkę do siatki. Końcówka była istną wojną nerwów, szczególnie po stronie goście, bo zawodnicy Bartolini mieli przykre doświadczenia w przypadku takich scenariuszy. Tym razem fortuna uśmiechnęła się do gości, bo na dwie minuty przed końcem żółtym kartonikiem został ukarany obrońca Deluxe, a Azerowie postawili wszystko na jedną kartę i okazało się to pechowym posunięciem. Strata piłki w ataku, szybka akcja Adam Kubajka i w 48 minucie gola na wagę zwycięstwa strzelił Mateusz Brożek i rzutem na taśmę Bartolini zwyciężyło 4:5. 

Przed startem ligowych rozgrywek w ramach szóstego poziomu, ekipa Patriot myślała pewnie nad grą o czołowe lokaty. Rzeczywistość brutalnie ich zweryfikowała, a widmo walki o utrzymanie stało się bardzo realne. Minionej niedzieli czekało ich relatywnie prostsze wyzwanie. Podjęli oni bowiem drużynę Igora Patkowskiego, która podobnie jak gospodarze - delikatnie mówiąc - nie zachwyca. Wszystko spowodowane mierną postawą, z powodu której czerwona latarnia ligi zdobyła jak dotąd zaledwie jeden punkt. Strzelanie zgodnie z przedmeczową predykcją rozpoczęli Ukraińcy, którzy za sprawą trafienia Dzimitryego Tsikhanenki objęli prowadzenie. W odpowiedzi na taki obrót spraw, goście ku zdziwieniu wszystkich błyskawicznie wyrównali. Niestety dla nich był to ostatni moment w tym pojedynku, w którym mogliśmy oglądać remis. W dalszym fragmencie gry gospodarze zdominowali bowiem przeciwników, aplikując im kolejne cztery bramki. Ostatnia drużyna tego poziomu co prawda próbowała podjąć rękawicę, ale okazało się to być niewystarczające, ponieważ do przerwy mieliśmy wynik 5:2. W drugiej, bliźniaczej odsłonie tego meczu obserwowaliśmy powiększające się różnice między obydwiema drużynami. FC Patriot nie zwalniał tempa, a mniej liczna drużyna Inferno Team wyraźnie opadła z sił. Efektem tego była wysoka, bolesna oraz dotkliwa porażka w stosunku 14:4. Po tym blamażu przegrani muszą wziąć się w garść i solidnie przepracować okres zimowych przygotowań, ponieważ są w tym momencie murowanym wręcz kandydatem do spadku.

Druga z trzecią ekipą spotkały się na Arenie Grenady w niedzielę o godzinie 13:00. Old Eagles kontra Georgian Team to był fajnie zapowiadający się mecz, który naszym zdaniem miał jednak faworyta i byli nim reprezentanci Gruzji. No bo skoro ostatnio potrafili pokonać BM i to nie tracąc ani jednego gola, to w starciu z Orzełkami również powinni sobie poradzić. Ale wiadomo – drużyna z Koła już niejednemu rywalowi czy sprawozdawcy z ich meczu potrafiła zrobić psikusa. Tym razem było jednak do tego bardzo daleko. Old Eagles tak naprawdę tylko na początku spotkania mieli kontakt z rywalem, a potem uwidoczniała się przewaga oponentów, zwłaszcza jeśli chodzi o aspekt techniczny. Zawodnicy z Gruzji bardzo mądrze grali piłką, wymieniali się pozycjami, wyciągali obrońców, a potem następowało kluczowe podanie, po którym zwykle padał gol. I tak ze stanu 1:1 zrobiło się w pierwszej połowie 1:5. Orzełki nie odpuszczały i chęci nie wolno im odmówić. Natomiast rywal był po prostu lepszy, szybszy i zasłużenie wyrobił sobie dużą przewagę. W pewnym momencie tego spotkania było już nawet sześć goli różnicy i dopiero wtedy Old Eagles złapali na dłużej wiatru żagle i od stanu 3:9 zdobyli trzy bramki z rzędu. Nikt się jednak nie łudził, że za chwilę doprowadzą do remisu. Georgian Team lada moment uspokoili sytuację, zdobyli dziesiątego gola i chociaż ostatnie słowo należało do rywali, to mecz zakończył się wynikiem 10:7. Triumfatorzy zrobili to, co do nich należało i mimo iż naszym zdaniem za bardzo rozluźnili się w drugiej odsłonie, to najważniejsze, że osiągnęli cel. I nie ma żadnych wątpliwości, że na wiosnę zaatakują pozycję lidera, bo mają ku te temu wszystkie argumenty. Z kolei Orzełki, mimo że rundę zakończyły porażką, to ta część sezonu była dla nich naprawdę udana. Zespół szybko odbudował się po niepowodzeniu w tamtej edycji i widać, że znów jest duża chęć do gry i do tego, by nie tylko być w Lidze Fanów, ale też powalczyć o coś więcej. I jeśli z takim nastawieniem wrócą na wiosnę, to możemy się spodziewać, że swoje trzy grosze do walki o medale na pewno dorzucą.

6 Liga

Bad Boysi by liczyć się w walce o medale i nie stracić kontaktu z czołówką potrzebowali zwycięstwa w meczu z Crimsonami. Goście w tabeli byli wysoko i wygrana dawałaby miejsce na podium, niezależnie od wyników pozostałych spotkań. Goście jednak na spotkanie stawili się meczową szóstką i dopiero w drugiej połowie dojechał jeden zawodnik, który był jedną z kluczowych postaci tego zespołu w tej rundzie. Bad Boysi choć także mieli kilka absencji, to jednak dysponowali większym polem manewru. Gospodarze mądrze długo utrzymywali się przy piłce a akcje kreował jak zawsze Maciek Pyrka z pomocą Bartka Podobasa, który z konieczności musiał stanąć między słupkami. Wiemy jednak że Bartek to zawodnik wszechstronny i z takiej roli nie raz już potrafił dobrze się wywiązać. Goście starali się szczelnie bronić, ale również stwarzali sobie sytuacje, choć tego dnia nie byli tak skuteczni jak zawsze. Gdy Dawid Lewandowski otworzył wynik spotkania worek z bramkami się rozwiązał. Do przerwy Bad Boysi aż pięć razy trafili do siatki rywali i z wynikiem 5:1 schodzili na przerwę. Po zmianie stron był moment, gdy wydawało się że rywale jeszcze mogą wrócić z dalekiej podróży i odwrócić losy meczu. Dwa gole strzelone w krótkim odstępie czasu dawały wynik 5:3 i nadzieję na pogoń za przeciwnikiem. Jednak doświadczenie Złych Chłopców i upływający czas nie był sprzymierzeńcem Crimsonów. Końcówka to trzy bramki dla ekipy Bartka Podobasa i w konsekwencji cenne trzy punkty na koniec sezonu. Goście muszą w rundzie rewanżowej zadbać o szerszy skład, bo wykruszenie się jednego czy dwóch zawodników na tym poziomie daje takie efekty, jak w niedzielę. Bad Boysi utrzymują się w grze o najwyższe cele i na wiosnę, jeżeli będą się zbierać na mecze w solidnym składzie, to mogą wygrać w tej lidze absolutnie z każdym.

Iglica Warszawa znajdująca się w strefie spadkowej musi w każdym meczu walczyć o punkty i spotkanie z Więcej Sprzętu niż Talentu dawało nadzieję na poprawę sytuacji w tabeli. Ekipa Łukasza Krysiaka chcąc mieć kontakt z czołówką tabeli również musiała wygrać i zmobilizowana podeszła do konfrontacji z niewygodnym rywalem. Od początku z determinacją stwarzała sobie kolejne sytuacje, ale gospodarze nie zamierzali ustępować i walczyli dzielnie kreując swoje okazje. Goście w swoich szeregach mieli doskonale dysponowanego tego dnia Dominika Banasiewicza a w bramce świetnie usposobionego golkipera, który bronił kapitalnie w całym meczu. To pozwoliło osiągnąć przewagę w pierwszej połowie i do przerwy mieliśmy wynik 0:2. Po zmianie stron Iglica próbowała odmienić losy meczu, lecz tego dnia chłopaki nie byli skuteczni. Sporo problemów defensywie sprawiał Krystian Sobierajski, który swoimi akcjami dawał kolegom kolejne szanse, ale nic nie chciało wpaść do bramki rywali. Ci w odpowiedzi dorzucili dwa trafienia i spokojnie kontrolowali wydarzenia na boisku. Gospodarze w końcówce strzelili gola honorowego, ale niewiele to zmieniło w ogólnym rozrachunku i przegrali całe spotkanie 1:4. Więcej Sprzętu niż Talentu potrafili zdobyć cenne trzy punkty i to daje nadzieję na walkę o czołowe lokaty wiosną. Iglica Warszawa zimę spędzi w strefie spadkowej, lecz w tej ekipie jest spory potencjał i rezerwy, które mamy nadzieję, że chłopki uwolnią w rundzie rewanżowej.

Bardzo emocjonujący mecz mogliśmy zobaczyć w wykonaniu Wiecznie Drugich i Mikstury. Gospodarze będący w dolnej części tabeli mierzyli się z liderem, który musi uważać, aby nie spaść z pierwszego miejsca. Mecz rozpoczął się od szybkiego wyjścia na prowadzenie gości, lecz zaraz po tym golu spotkanie zrobiło się bardzo wyrównane. Oba zespoły preferowały ofensywny styl gry, lecz to gospodarze kreowali lepsze sytuacje podbramkowe. Na ich drodze stał jednak Jakub Mezglewski, który wielokrotnie ratował swój zespół przed stratą bramki. W tej części spotkania jedynie Piotr Kawka zdołał go pokonać, nie pozwalając rywalowi na „odjechanie” z wynikiem. Brak nominalnego bramkarza u Wiecznie Drugich wykorzystał Rafał Jochemski, dając jednobramkowe prowadzenie do przerwy. Druga część meczu była jeszcze bardziej wyrównana i faworyzowana Mikstura do samego końca musiała walczyć o jak najlepszy wynik. Na początku gospodarze zdołali doprowadzić do wyrównania i z każdą upływającą minutą mecz nabierał tempa. Szybka wymiana ciosów i na tablicy wyników wciąż był remis. Kiedy do końca pozostała tylko minuta a wynik nie zadawalał żadnej ze stron, Mateusz Jochemski i spółka zdołali wyjść na prowadzenie, którego nie oddali do samego końca. Rafał Jochemski mający udział przy wszystkich golach dla swojej drużyny powiększył wygraną do różnicy dwóch goli i tym samym zapewnił fotel lidera sobie i kolegom na najbliższych kilka miesięcy. Gospodarze mimo przegranej mają do podium tylko i aż pięć punktów straty, a zimę spędzą na siódmym miejscu. Jesteśmy jednak pewni, że w tej edycji nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.

W tabeli 6.ligi jest naprawdę ciasno i gdyby w tym momencie spojrzeć na ligową hierarchię, to widzimy, że aż siedem zespołów może na wiosnę marzyć o tym, iż zakończy ligę na podium. W tym gronie bezsprzecznie są FC Vikersonn i After Wola. Ci pierwsi byli nawet liderami przed tą kolejką. No właśnie – byli, bo już nie są, gdyż w niedzielę przegrali swój mecz. Ktoś powie, że po prostu boisko na Arenie Grenady im nie służy, bo obydwa mecze jakie tutaj rozegrali, kończyły się porażkami. Najpierw z Kanonierami, a teraz z After Wolą. Ale problem jest głębszy, co zresztą za chwilę postaramy się zdiagnozować. Sam mecz zaczął się dla drużyny Ihora Makhlaia bardzo dobrze, bo od gola na 1:0. Ale przeciwnicy wcale nie grali gorzej i nic dziwnego, że lada moment mieliśmy remis. Więcej goli w pierwszej połowie nie padło, aczkolwiek powinno. A przynajmniej jeden więcej, bo Vikersonn dysponował rzutem karnym, lecz Bartek Matuszkiewicz, który z konieczności bronił bramki ekipy z Woli, wyczuł intencje Ruslana Kosmacha. I kto wie, czy to nie był kulminacyjny moment spotkania. Bo zamiast 2:1, wciąż był remis, a na początku drugiej połowy After Wola wyprowadziła dwa zabójcze ciosy i po golach Patryka Abbassiego prowadziła 3:1! Vikersonn był wyraźnie przybity, no i nie był w stanie nic zrobić. Po raz kolejny, gdy został zmuszony do ataku pozycyjnego, nie miał argumentów, by poradzić sobie z dobrze usposobioną i grającą z dużym poświęceniem obroną rywala. Co z tego że był częściej przy piłce, skoro nie wiedział co z nią zrobić. Z kolei przeciwnicy byli bardzo konkretni i mimo, że przy stanie 3:1 nie wykorzystali karnego (zamiary Patryka Abbassiego odczytał Serhii Zaridze), to za chwilę i tak zrobiły się trzy gole przewagi. Vikersonn jeszcze walczył, jednak napędzeni swoją dobrą grą przeciwnicy, nie dali im nawet przez chwilę poczuć, że mogą wypuścić zwycięstwo z rąk. Ostateczny wynik to 6:3, który wysforował After Wolę na drugie miejsce w tabeli. I to nie jest przypadek, bo choćby ten mecz pokazał, że to zespół zdyscyplinowany, nieustępliwy, gdzie jest miejsce na pożartowanie, ale też ciężką, boiskową pracę. A Vikersonn? Cóż, jak dla nas drużyna bezzębna, której brakuje elementu zaskoczenia. Wszystko jest grane tak samo, nie ma zawodnika, który wyłamie się poza schemat i zrobi coś z niczego. I jeśli coś się tutaj nie zmieni na wiosnę, to nie tylko nie powalczą o mistrzostwo 6.ligi, ale ciężko im będzie, by znaleźć się nawet na podium.

7 Liga

Obie ekipy są niejako weteranami Ligi Fanów, bo możemy je oglądać na naszych boiskach od kilku ładnych lat. Patrząc na ligową tabelę i dyspozycję w tym sezonie faworytem tego starcia wydawali się zawodnicy gości. Nasze przypuszczenia okazały się trafne, bo już na początku meczu Virtualni mieli dwie dogodne okazje, ale nie zostały one zamienione na bramkę. Jak mawia piłkarskie porzekadło, niewykorzystane sytuacje się mszczą i to gospodarze w 5 minucie wyszli na prowadzenie, z którego jednak nie cieszyli się zbyt długo, bo dwie minuty później mieliśmy już remis. I z biegiem czasu Virtualni zaczęli przeważać, przynajmniej w kreowaniu sytuacji strzeleckich – tu jednak bardzo dobrze spisywał się bramkarz Drunk Teamu, ale i on musiał skapitulować przy trafieniu Filipa Giełczewskiego. Gospodarze wyrównali po rzucie wolnym, ale chwilę później wyższy bieg włączył duet Szymon Kolasa – Michał Płotnicki, który w przeciągu dwóch minut zdobył dwa gole. Co ciekawe, ten drugi padł po stwierdzeniu rywala, skądinąd słusznym, że to właśnie na tę dwójkę należy zwrócić szczególną uwagę. Jak widać teoria teorią, a wprowadzenie pewnych założeń w życie okazuje się o wiele trudniejsze. Do przerwy mieliśmy więc wynik 2:4. Początek drugiej części to szybkie podwyższenie rezultatu przez Virtualnych i równie szybka riposta Drunk Teamu, niemniej jednak mecz raczej pozostawał pod kontrolą gości. W międzyczasie drużyna Łuksza Walo musiała grać dwukrotnie w osłabieniu, co też nie pomagało w odrobieniu strat. Kolejne gole zaczęły - na zmianę - padać dopiero na 10 minut przed końcem meczu. Trzykrotnie do bramki rywala trafiali Virtualni i dwukrotnie zawodnicy Drunk Teamu, przy czym ci drudzy nie zbliżyli się do przeciwnika na mniej niż trzy gole. Goście zagrali bardzo dobre spotkanie i zasłużenie wygrali, a Drunkersi, pomimo walki, niestety musieli uznać wyższość niedzielnego oponenta.

W niedzielny wieczór doszło do spotkania dwóch ekip zajmujących dolne lokaty w 7.lidze. Wszystkiego towarzyszyła iście skandynawska pogoda, ponieważ śnieg podczas meczu cały czas sypał. Już w 1 minucie spotkania ujrzeliśmy czerwoną kartkę dla bramkarza FC Ballers, za złapanie piłki za polem karnym. Zatem obrońca przejmuje rękawice i wkracza między słupki drużyny gości. Chwilę po tym wydarzeniu następuje wymiana ciosów i wciąż mamy remis a bramki wpadły w tej samej minucie. Świetne widowisko, wynik ciągle na styku i gdy jedna drużyna wychodzi na prowadzenie, to po chwila druga dogania nie dając długo nacieszyć się przeciwnikom. Do przerwy remis 4:4. Chwile po powrocie do gry, drużyna gospodarzy wychodzi na prowadzenie po golu Jacka Łukasiewicza. Druga odsłona tego spotkania wyglądała niemal tak samo jak pierwsza. Cały czas oglądaliśmy równy mecz i tak naprawdę zwycięsko z tej potyczki mogli wyjść zarówno jedni, jak i drudzy. Jednak w ostatnich minutach to FC Tartak okazał się skuteczniejszy, szachując przeciwnika na 7:5. Cała drużyna cofnęła się do połowy, mądrze broniąc własnej bramki. Mimo to FC Ballers udało się zdobyć bramkę, ale zabrakło czasu na wyrównanie i to gospodarze zdobyli pierwszy komplet punktów w tej edycji.

Minionej niedzieli na obiektach warszawskiego AWF-u mieliśmy przyjemność oglądać pojedynek pomiędzy brazylijskim Furduncio, a Bulbez Team Bemowo. Gospodarze tej rywalizacji ostatnimi czasy mkną jak burza przez boiska 7 ligi, nie zatrzymując się nawet na moment. Trzy ostatnie spotkania w ich wykonaniu to trzy pewne zwycięstwa, które spowodowały, że gracze w żółtych strojach zasłużenie okupują ostatni stopień pudła. W przypadku ewentualnej wygranej w ich wykonaniu, przezimowanie na tej lokacie nie podlegało żadnym dywagacjom. Z tego powodu był to dla nich najważniejszy mecz tej rundy. W starciu z gośćmi sytuacja nie malowała się jednak tak kolorowo, bo oponenci nie przegrali od ostatnich pięciu meczów. Tym razem jednak przed drużyną z Bemowa o wiele bardziej wymagające spotkanie. Tego dnia czekał ich bowiem jeszcze jeden (zaległy) mecz z ekipą Tornado Squad. Strzelanie rozpoczęli goście, którzy po składnej akcji Macieja Paluchowskiego z Rafałem Szewczykiem wyszli na prowadzenie. Radość nie trwała zbyt długo, ponieważ rywale z Ameryki Południowej nie tylko wyrównali, ale zdołali również objąć prowadzenie tuż przed przerwą za sprawą trafienia Bruno Pessoa. Mimo dwóch bolesnych ciosów rywale Furduncio podnieśli się z kolan w drugiej połowie spotkania. Ogromny udział w finalnym sukcesie miał fenomenalny Maciej Paluchowski oraz wcześniej wspomniany Rafał Szewczyk, który zdobył tego dnia dwie bramki, dodając do swojego dorobku taką samą liczbę asyst. Tym samym to Bulbez zdołał przekonująco zwyciężyć w stosunku 3:5, zbliżając się do upragnionego szczytu tabeli.

Jednym z najbardziej zaciętych szczebli w całej Lidze Fanów jest zdecydowanie liga 7-ma. Tym razem do walki o punkty stanęły dwa zespoły ze środka tabeli, a mianowicie Tornado Squad oraz KK Wataha Warszawa. Goście stawili się w dość mocnym zestawieniu pod kątem jakościowym i w naszym odczuciu byli faworytem tego spotkania. Na przekór naszej opinii to jednak gracze Tornada zaczęli mecz lepiej, gdyż po podaniu Piotra Janika na piękny strzał z dystansu zdecydował się Piotrek Bratkowski i mieliśmy 1:0. Ten gol najwyraźniej rozjuszył gości, gdyż przez resztę pierwszej połowy to tylko oni trafiali do bramki. Zaczęło się od dwójkowej akcji Mikołaja Kuszki oraz Maćka Lulki, gdzie pierwszy z graczy kreował akcję, a drugi z nich wykańczał. Trzeba tutaj podkreślić, że Maciek rozegrał fantastyczną pierwszą połowę, gdyż zaliczył klasycznego hat-tricka i w dużej mierze dzięki jego grze, Wataha wyszła na bardzo solidne prowadzenie 1:4. W międzyczasie gola na swoim koncie zanotował Mateusz Musiński, który popisał się ładnym dryblingiem, by ostatecznie zapakować piłkę do bramki strzałem na długi róg. Niestety zmiana stron nie przyniosła diametralnej zmiany obrazu gry i to goście nadal przeważali, chociaż nie można odmówić graczom Tornado walki, mimo niekorzystnego wyniku. Jednak gole zdobywali zawodnicy Watahy, a konkretnie Wojtek Wolny, Kajetan Podgórski oraz Piotrek Cieślak. Szczególnej urody było trafienie Kajetana, gdyż występował on na pozycji bramkarza, a swojego gola zanotował po strzale prawie z połowy! Na pocieszenie gospodarze zdołali zdobyć bramkę zamykającą wynik tego starcia, a miało to miejsce po strzale Piotrka Markiewicza na 2:7. Taki wynik sprawił, że tabela 7-mej Ligi Fanów stała się jeszcze bardziej ciasna i na wiosnę będzie się tutaj działo naprawdę dużo!

Po fantastycznym triumfie nad ekipą z Brazylii, drużynie Bulbez Team Bemowo (zaledwie trzy godziny po tym meczu) przyszło zagrać zaległą ligową kolejkę. Na sektorze C podjęli rywalizację z Tornado Squad. Mimo diametralnej różnicy w ligowych pozycjach (gospodarze zajmowali trzecie miejsce, goście natomiast ostatnie bezpieczne tuż nad strefą spadkową) spotkanie zapowiadało się niebywale interesująco. Pierwsi do głosu doszli gospodarze, którzy po kapitalnym podaniu bramkarza, Marcina Osowskiego popisali się bezbłędnym wykończeniem pod polem karnym rywala, którego autorem był bohater poprzedniego spotkania, Rafał Szewczyk. Od tego momentu sytuacja na boisku zdecydowanie się wyrównała. Po straconym golu piłkarze Tornado wyrównali. Niestety dla nich ich rywal kolejny raz zaskoczył. Wszystko za sprawą wybitnego uderzenia z dystansu w wykonaniu wcześniej wspomnianego Marcina Osowskiego. W momencie, kiedy wszystko zaczęło wskazywać na okres dominacji Bulbezu, w ich szeregi wkradła się doza niedokładności, czego następstwem było oddanie prowadzenia tuż przed przerwą. Po zmianie stron zarówno jedni, jak i drudzy dwoili się i troili, aby zdominować boiskowe poczynania. Niestety tym razem nikomu nie udało się postawić przysłowiowej „kropki nad i”, co poskutkowało remisem 3:3. Ekipa w zielonych strojach może jednak uznać przebieg spotkania za udany. Po absolutnie wymagającym meczu z Furduncio Brasil F.C. udało im się w końcu zdobyć jakże cenne punkty, które finalnie mogą mieć bezpośrednie przełożenie na końcowy układ tabeli.

Ekipa Zaruby United końcówkę rundy może uznać za absolutnie fantastyczną. Niestety po serii pięciu imponujących wygranych, dwa ostatnie mecze ukazały pewne mankamenty w ich szeregach, które poskutkowały dwukrotną stratą punktów. W starciu z minionej niedzieli, w którym mierzyli się z TRCH, faworyt zdawał się oczywisty. Droga do celu drużyny z warszawskiego Tarchomina zdawała się być bardzo długa i niezwykle wyboista. Mimo pozornego skazywania na porażkę, goście nie tylko podjęli rękawicę, ale w zatrważająco szybkim tempie zdewastowali swoich rywali. Mimo początkowego remisu 1:1, taki stan rywalizacji utrzymał się tylko przez chwilę. Kamil Pasik i spółka zdecydowanie nie próżnowali, dyktując tym samym tempo pojedynku. Na tle rywali byli zdecydowanie bardziej wybiegani, a ich umiejętności techniczne oraz precyzja w wykończeniu sprawiły, że do przerwy prowadzili aż pięcioma bramkami (2:7). Podrażniony faworyt nie zamierzał jednak składać broni. Gracze Zaruby usilnie próbowali odwrócić losy tego spotkania. Tyle że skończyło się tylko na chęciach. Znacznie lepsza dyspozycja w drugiej odsłonie tego pojedynku poskutkowała jedynie trzema bramkami, co w zestawieniu z pięcioma w wykonaniu TRCH sprawiło, że wicelider musiał obejść smakiem, przegrywając wyraźnie 5:12. Z tego powodu zimę spędzą oni ze stratą pięciu punktów do prowadzącego w tabeli Virtualnego Ń.

8 Liga

Minionej niedzieli na obiektach warszawskiego AWF-u mieliśmy przyjemność oglądać pojedynek pomiędzy Kozicami Warszawa, a BRD Young Warriors. Zarówno gospodarze, jak i goście stanowią dla nas niewiadomą. Gwoli wyjaśnienia, chodzi tu oczywiście o ich boiskową dyspozycję oraz formę, ponieważ fenomenalne spotkania przeplatane są miernymi wynikami. Dodając do tego kosmetyczne różnice w pozycjach obydwu ekip, zwiastowało to niezwykłe emocje. Strzelanie rozpoczęli goście, którzy po rzucie karnym objęli prowadzenie. Do piłki podszedł wtedy Marek Sanecki, który pewnym strzałem pokonał bramkarza rywali. Mimo tak fenomenalnego startu rywalizacji, BRD Young Warriors nie zdołało utrzymać należytej koncentracji w pierwszej odsłonie pojedynku, tracąc do przerwy trzy bramki. Zawodnicy w niebiesko-żółtych strojach nie poddali się jednak i po przerwie byli w stanie doprowadzić do remisu. Od tego momentu rozpoczęła się szalona wymiana ciosów, w której to raz jedni, raz drudzy wychodzili na minimalne prowadzenie. Niemalże do końca spotkania nie było jasne, komu bliżej do trzech punktów. Z jednej strony wśród gospodarzy mogliśmy obserwować kolektywną grę, w której monolit drużyny Kozic próbował zatrzymać szalejącego na murawie Marka Saneckiego. Finalnie z tego pojedynku nikt nie wrócił "z tarczą", co poskutkowało podziałem punktów a wynik końcowy to 7:7. Po obu stronach mógł być odczuwalny pewien niedosyt, jednak naszym zdaniem wynik ten nie krzywdzi nikogo, pozostawiając ekipy w grze o coś więcej niż tylko utrzymanie.

W 9 kolejce doszło do spotkania Hiszpańskiego Galeonu z Na2Nóżkę. Drużyna gości zajmuje miejsce w środku stawki, z kolei ich rywale są na ostatnim miejsce w tabeli. Pierwszą bramkę oglądaliśmy już w 1 minucie, gdy Sebastian Roguski wykorzystał błąd bramkarza i zdobył gola po rykoszecie. Goście się nie zatrzymali i dalej robili swoje. Hiszpański Galeon próbował się odgryzać, lecz czynił to bezskutecznie. Jak na razie to rywal dominował i mądrze punktował swoich oponentów. Na koniec połowy padają aż dwie bramki w przeciągu minuty po obu stronach. Wynik do przerwy 1:4. Na drugą połowę gospodarze wychodzą z dużo lepszym nastawianiem, dzięki czemu przejmują kontrolę nad spotkaniem. Udało im się strzelić dwie bramki z rzędu i do odrobienia została już tylko jedna. Po faulu na zawodniku drużyny gości Mateusz Rosłanowski strzela z rzutu wolnego i podwyższa prowadzenie swojej ekipy. Galeon wciąż walczy i nie odpuszcza, na skutek czego zdobywa kolejnego gola. Emocje kończy nam jednak Wiktor Sląz. Starcie zakończone wynikiem 4:7 dla gości. Gospodarze wyszli w drugiej połowie odmienieni, jednak mimo dużych chęci, straty z pierwszej części okazały się zbyt duże i tym samym Galeon zakończył rundę jesienną jako czerwona latarnia 8.ligi.

Mecz pełen goli mogliśmy zobaczyć w wykonaniu Saskiej Kępy grającej przeciwko Legionowi. Większość spotkania toczyła się pod dyktando gospodarzy, którzy dysponowali szerszą ławką rezerwowych. Goście mający tylko jedną zmianę dzielnie stawiali opór ofensywnym graczom Saskiej Kępy, lecz ci byli w wyśmienitej formie i ani myśleli się zatrzymywać. Pierwsza bramka która zobaczyliśmy, została zdobyta przez Sebastiana Sitka w 4 minucie z rzutu karnego. Goście zdołali doprowadzić do remisu dosłownie dwie minuty później, lecz nie dali rady wyjść na prowadzenie, w przeciwieństwie do swojego oponenta. Saska Kępa przy czterobramkowej różnicy trochę zwolniła tempo, dzięki czemu przed przerwą goście odrobili dwa gole i wciąż mieli szansę na zdobycz punktową w tym meczu. Kiedy zawodnicy wrócili na boisko po chwili przerwy, gospodarze szybko powiększyli swoje prowadzenie i oddali trochę inicjatywy rywalowi. Duet z Legionu Denys Dubovyi – Vladyslav Barabash skutecznie wykorzystywał nadarzającą się okazję na złapanie kontaktu, lecz czerwona kartka za faul taktyczny na osiem minut przed końcem zniweczyła starania w odrabianiu strat. Gospodarze sumiennie wykorzystali grę w przewadze, wygrywając ostatecznie 11:7 i przerwę zimową spędzą na fotelu lidera. Legion grający poniżej oczekiwań, jeżeli nie chce spaść do niższej ligi, na wiosnę musi wziąć się za odrabianie strat. No i przede wszystkim pomyśleć o wzmocnieniach, bo w naszej ocenie zawodników do gry jest u nich zdecydowanie za mało.

Sporo obiecywaliśmy sobie po meczu Shot Dj oraz Mreckich Wyg. Jednak już początek spotkania wskazywał, że będzie to jednostronne starcie. Goście mimo że nie mieli kilku podstawowych zawodników, to wyglądali na boisku o co najmniej dwie klasy lepiej niż rywale. Tylko początek meczu był w miarę wyrównany, lecz z każdą minutą dominacja gości było coraz większa. Znakomite zawody zagrali wszyscy zawodnicy Mareckich Wyg. Cała drużyna grała zespołowo i ze stoickim spokojem rozgrywała piłkę pod bramką ekipy Elie Rosinskiego. Na szczególne wyróżnienie zasługuje Szymon Pietrucha, który tego dnia był nie do zatrzymania. Do przerwy mieliśmy wynik 1-8. Po zmianie stron i kilku trafieniach gości emocje opadły całkowicie. Drużyna Marceckich Wyg nie zatrzymywała się i zdeklasowała rywali. Wynik 3:13 mówi sam za siebie. Goście zgarniają cenne trzy punkty, dzięki czemu odskakują rywalom na cztery oczka. Gospodarze muszą ustabilizować sytuację kadrową, zacząć grać zespołowo i przede wszystkim wykorzystywać wszystkie stworzone przez siebie sytuacje. Konieczne będzie wsparcie doświadczonych graczy, którzy stanowili o sile tego zespołu w poprzednich sezonach.

Mecz na szczycie – tak śmiało możemy określić pojedynek pomiędzy Warsaw Gunners FC a FC Polska Górom. Obydwie drużyny bardzo dobrze radzą sobie w tym sezonie i zajmują miejsce gwarantujące awans na wyższy poziom rozgrywkowy. Od początku mecz stał na bardzo wysokim poziomie a pierwszą bramkę po składnej akcji zdobyli goście. Riposta gospodarzy była natychmiastowa – sprytnie rozegrany wrzut z autu i już było 1:1. Chwilę później gospodarze mieli doskonałą okazję aby wyjść na prowadzenie, gdyż żółtą kartkę za faul otrzymał zawodnik gości, co oznaczało 3-minutową karę. Niestety dla nich ten fragment spotkania zagrali bardzo słabo i nie dość, że nie zdołali pokonać golkipera rywali, to jeszcze grając o jednego więcej więcej stracili bramkę. W pierwszej połowie nic więcej wartego uwagi nie odnotowaliśmy i na przerwę drużyny schodziły z wynikiem 2:1 dla FC Polska Górom. Początek drugiej połowy to ataki Kanonierów, które nie przyniosły oczekiwanego efektu. Mądrze broniący się zespół gości sprytnie czekał na nadążające się okazję na kontrę i właśnie jeden z takich ataków zakończył skutecznym strzałem. Parę minut po straconej bramce gracz Gunnersów został upomniany żółtą kartką, ale ponownie drużyna przeciwna nie wykorzystała gry w przewadze i wynik nie uległ zmianie. Kilka minut przed gwizdkiem kończącym spotkanie faulowany w polu karnym był zawodnik gospodarzy i pewnym strzałem z rzutu karnego zdobył bramkę kontaktową. Ostatnie minuty to dążenie do wyrównania przez ekipę Arkadiusza Trwogi, ale jedna chwila nieuwagi kosztowała ich straconą bramkę, która ustaliła wynik spotkania na 2:4. Po bardzo emocjonującym i wyrównanym meczu zespół FC Polska Górom odnosi cenne zwycięstwo, które pozwala im przeskoczyć bezpośrednich rywali w tabeli i przerwę między rundami spędzić na drugim miejscu. Zawodnicy Warsaw Gunners FC mogą czuć duży niedosyt, bo przy odrobinie lepszej skuteczności mogli tutaj liczyć na zdobycz punktową.  

9 Liga

Dla Łazarskiego ostatnie tygodnie były naprawdę udane. Ivan Kirianov i spółka odnieśli dwa zwycięstwa, z czego jedno nad dużo wyżej notowanym rywalem, dlatego mogło się wydawać, że rundę również zakończą pozytywnym akcentem. Nie wolno jednak nie wspomnieć, że poprzednie wiktorie miały wspólny mianownik i nazywał się on Inigo Erro. To właśnie ten gracz decydował o obliczu Łazarskiego w minionych potyczkach, a w niedzielę go niestety zabrakło. Tym samym rola faworyta przypadła Elitarnym, którzy walczyli o to, by najbliższe miesiące przezimować na podium. No i udało im się, jakkolwiek mecz z Łazarskim tak naprawdę z obydwu stron nie był wielkim widowiskiem. Dużo błędów indywidualnych, pomyłki bramkarzy, sporo niedokładności – te obrazki przychodzą nam na myśl w pierwszej kolejności, gdy wracamy do tego spotkania. Zresztą – już początek był kuriozalny, bo Elitarni zdobyli bramkę praktycznie w pierwszym strzale, a golkiper rywali myślał, że piłka chyba nie leci w światło bramki i odpuścił interwencję. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że ta sytuacja będzie trochę symboliczna z perspektywy całej potyczki. Łazarski szybko puścił jednak w niepamięć tego gola i wyrównał, ale dalsza część pierwszej połowy należała do ekipy z Gocławia, która prowadziła nawet 3:1, lecz do przerwy różnica wynosiła jednego gola. Ciekawiej było w drugiej odsłonie. Elitarni znowu mieli dwie bramki zapasu, jednak rywale nie odpuszczali. Najpierw doprowadzili do stanu 4:3, a potem doskonałą okazję miał Wiktor Rychlik, ale zmarnował ją, a kolejną próbę Łazarskiego kapitalnie obronił Marcin Głębocki. To była kluczowa interwencja, bo gdyby tutaj doszło do wyrównania, to mecz mógł się potoczyć w dwie strony. A tak to Łazarski wciąż musiał gonić, natomiast końcówkę spotkania rozegrał najgorzej jak tylko się da. Najpierw żółtą kartkę obejrzał  Jokhongir Khairullaev, a potem błąd popełnił bramkarz Deniz Suicmez, który tak podawał piłkę, że sprezentował ją rywalom, a ci zamknęli mecz w stosunku 5:3. Elitarni zgarnęli więc całą pulę i w naszej ocenie zrobili to zasłużenie, będąc drużyną dojrzalszą. Dzięki temu kończą rundą na podium. Łazarski musi się zadowolić 9 lokatą i za kilka miesięcy czeka go trudna batalia o to, by wreszcie wychylić głowę znad strefy spadkowej.

Mecz podwyższonego ryzyka – tak śmiało możemy opisać spotkanie pomiędzy zespołami GLK a Hetmanem FC. Zawodnicy obydwu drużyn doskonale się znają, bo sporo z nich w poprzednim sezonie występowało razem na boiskach Ligi Fanów w barwach Awantury Warszawa. W lepszej sytuacji przed spotkaniem byli gospodarze, którzy pewnie prowadzą w tabeli. Goście natomiast w ostatnich kolejkach minimalnie przegrywali, odnosząc tylko jedno zwycięstwo, przez co znajdują się w dolnych rejonach tabeli. Początek spotkania lepszy dla faworytów, którzy już w 4 minucie objęli prowadzenie. W kolejnych minutach obydwie drużyny bardzo mądrze się broniły i mimo kilku klarownych sytuacji, wynik nie ulegał zmianie. Sytuacja ta trwała do końca pierwszej części meczu i drużyny schodziły na przerwę ze skromnym prowadzeniem GLK. Druga odsłona spotkania ponownie rozpoczęła się idealnie dla liderów tabeli, którzy już na początku podwyższyli prowadzenie. Kolejna zmiana wyniku nastąpiła dopiero dziesięć minut później i ponownie piłkę do bramki skierowali gospodarze. Od tego momentu gra gości robiła się coraz bardziej nerwowa. Głupio otrzymana kartka przez golkipera spowodowała, że oponenci skrzętnie wykorzystali grę w przewadze. Ostatni kwadrans to popis skuteczności napastników GLK, którzy raz po raz groźnie atakowali bramkę rywali. Motorem napędowym był głównie Sebastian Dominiak, który w całym meczu zdobył sześć bramek. Gole te miały znaczny udział w końcowym rezultacie, który ostatecznie wyniósł 11:1 dla faworytów. Kolejne trzy punkty umocniły ten zespół na prowadzeniu. Zawodnicy Hetmana FC w drugiej połowie zdołali tylko raz pokonać bramkarza rywali i rundę zakończyli w minorowych nastrojach.

Obie ekipy zajmowały miejsce w strefie spadkowej, z zaledwie jednym zwycięstwem w całej rundzie i walka w tym spotkaniu była przede wszystkim o zwiększenie swoich szans na wydostanie się z tej strefy na wiosnę, bowiem strata do bezpiecznej pozycji na ten moment była zbyt duża. Rywalizację z wysokiego C zaczęli goście – już po kilkunastu sekundach prowadzili 0:1, co zapowiadało nam grad goli. Po sześciu minutach Force Fusion mieli już na koncie trzy trafienia, problem w tym, że jedno z nich to było dość kuriozalne trafienie samobójcze, tak więc goście prowadzili zaledwie 1:2. Do głosu coraz mocniej zaczęli dochodzić gospodarze – słabsze wejście w mecz nie związało im nóg, dzięki czemu mecz stał się wyrównany. Podopieczni Jakuba Spławskiego najpierw doprowadzili do remisu, a następnie nawet wyszli na prowadzenie – Radosław Niziołek odebrał piłkę rywalowi przed polem karnym i mocnym strzałem pokonał bramkarza. Force Fusion nie dało za wygraną i dosłownie w końcówce pierwszej części doprowadziło do stanu 3:3. W drugiej części gospodarze na dobre się rozkręcili. Kluczowy był okres między 32 a 37 minutą, wtedy to padły aż cztery bramki, przy czym trzy z nich dla Mistrzów Chaosu, a zaledwie jedna dla Force Fusion. To pozwoliło odskoczyć gospodarzom na dwie gole różnicy, której rywal nie był już w stanie odrobić. Co więcej - Mistrzowie dołożyli w tym meczu jeszcze dwa trafienia i mecz zakończył się wynikiem 8:4. I z przebiegu 50 minut wydaje się on sprawiedliwy, bo triumfatorzy zagrali lepiej przede wszystkim jako drużyna – gole padały po niezłych zespołowych akcjach i Mistrzowie mogą być w gronie tych drużyn, które mogą żałować, że runda właśnie dobiegła końca. Goście natomiast spadają na ostatnie miejsce w tabeli i w zimę muszą solidnie popracować, by na wiosnę jeszcze powalczyć o utrzymanie w lidze.

Niezwykle ciekawe widowisko zaprezentowały drużyny Rodziny Soprano i ADP Wolskiej Ferajny. Gospodarze przed meczem byli wyżej w tabeli, ale goście też prezentowali się solidnie w tej kampanii i z nadziejami na korzystny wynik przystępowali do spotkania. Przed pierwszym gwizdkiem czuć było jednak w sztabie ADP Wolskiej Ferajny lekki niepokój, bo mieli tylko pięciu zawodników, lecz na szczęście w trakcie meczu szybko dojechali pozostali i można było wejść na wyższe obroty. Gospodarze jak zawsze liczyli na swojego lidera Krzysztofa Kulibskiego, który potrafi zrobić różnicę na boisku. Pierwsi do bramki trafili jednak rywale, ale dość szybko właśnie Krzysiek wyrównał wynik. Od tego momentu inicjatywę na boisku przejęli goście i to oni wyszli na prowadzenie. Stopniowo z każdą minutą powiększali swoją przewagę i na kilka chwil przed końcem pierwszej połowy było już 1:4. Rodzina Soprano przed przerwą zdołała jeszcze strzelić gola i po 25 minutach rywalizacji było 2:4. W przerwie gospodarze mobilizowali się, by nie popełniać prostych błędów i walczyć na całego a tymczasem odpuszczanie krycia skończyło się kolejnymi bramkami i rywal doskoczył na cztery gole. Sytuację starał się ratować kapitan Rodziny Soprano, który strzelał kolejne bramki. Przeciwnicy szybko jednak potrafili odpowiedzieć swoimi trafieniami. Końcówka to gol za gol, ale przewagę wypracowaną w pierwszej połowie ADP Wolska Ferajna utrzymała i zasłużenie wygrała to spotkanie. Na wiosnę będzie ciekawie w tej lidze, bo minimum sześć ekip ma szansę, by w grze o medale pozostać do samego końca.

10 Liga

W spotkaniu dziesiątej ligi w ramach 9.kolejki mieliśmy przyjemność obserwować hitowe starcie. Naprzeciwko siebie stanęły ekipy lidera, Bejernu oraz wicelidera, FC Po Nalewce. Przy pierwotnym terminie rywalizacji różnica w tabeli wynosiła zaledwie dwa punkty. Obecnie zwiększyła się do aż pięciu oczek, co w bezpośrednim pojedynku zwiastowało nie lada emocje. Rywalizację podgrzewał również pojedynek pomiędzy bramkarzami obydwu zespołów, których cechują ogromne umiejętności. Mowa tu o Dominiku Trzaskowskiemu, który jak dotąd stracił zaledwie piętnaście bramek, a z drugiej strony między słupkami stanął Michał Piątkowski, którego rywale pokonali 26 razy. Tym samym mogliśmy się spodziewać niezwykle wyrównanego oraz defensywnego spotkania. I nie pomyliliśmy się w naszym przedmeczowych predykcjach, a wynik 1:0 do przerwy świadczył o tym dobitnie. Jedyną bramkę dla Bejernu zdobył w tym okresie Filip Pławiak, pokonując bramkarza rywali precyzyjnym i mocnym uderzeniem z rzutu wolnego. W drugiej części spotkania niezwykle długo czekaliśmy na rozwój sytuacji. Finalnie to dzięki fenomenalnemu podaniu Piątkowskiego, drogę do bramki znalazł Łukasz Gaba, który pokonał bramkarza rywali. W momencie, gdy wszystko zdawało się wracać na właściwe tory w wypadku FC Po Nalewce, zawodnicy w niebieskich strojach kolejny raz sfaulowali jednego z przeciwników. Znowu do piłki podszedł etatowy wykonawca stałych fragmentów, Filip Pławiak. Po ustawieniu futbolówki nastąpiła chwila na wzięcie głębokiego oddechu, dzięki któremu piłka kolejny raz została celnie posłana do siatki, dając tym samym zwycięstwo Bejernowi 2:1.

Ostatnia w tabeli drużyna FFK OldBoys II mierzyła się z FC Patetikos, które gra o wejście na podium. Borykający się z problemami w tej rundzie gospodarze od pierwszych minut wyglądali słabiej na tle swojego rywala. Goście bardzo szybko, bo już 1 minucie pokazali swoją przewagę, wychodząc na prowadzenie. FFK starało się nie ustępować FC Patetikos, lecz liczba strzałów na bramkę była niewielka, a jak już coś leciało w światło bramki, to nie sprawiało problemów golkiperowi. Goście z kolei sumiennie powiększali swój stan posiadania, prowadzący do przerwy czteroma golami. Druga część meczu nie przyniosła większych zmian w wydarzeniach na boisku. FC Patetikos spokojnie i rozsądnie rozgrywali piłkę, czego efektem były kolejne zdobycze. FFK nie ustępowało w dążeniu do zdobycia gola, grając odważniej pod polem karnym oponenta. Sztuka ta w końcu się powiodła i honorowe trafienie zaliczył Darek Filipek, wykorzystując podanie od własnego bramkarza. Mecz ostatecznie zakończył się wygraną FC Patetikos 7:1 i dzięki temu zwycięstwu drużyna ta pozostaje w grze o podium. FFK niestety po raz kolejny uległo swojemu rywalowi i z minusowym punktem zamyka tabelę dziesiątej ligi...

Mecz zespołów ze strefy spadkowej dziesiątej ligi. Gospodarze z większym dorobkiem punktowym byli w lepszej sytuacji do opuszczenia „czerwonej” strefy, lecz aby do tego doszło, musieli wygrać to spotkanie. Zawodnicy z Białołęki od pierwszych minut trochę lepiej prezentowali się od rywala na boisku, którego wszystkie próby zdobycia gola niwelował stojący między słupkami Rafał Wieczorek, wprowadzając spokój podnoszący morale w szeregach kolegów. Pierwsza połowa była pełna czystej, twardej gry i strzałów na bramkę po obu stronach. Jedynego gola, jakiego mogliśmy zobaczyć zapisaliśmy na konto gospodarzy w 8 minucie. Druga odsłona tego spotkania w pierwszych minutach wyglądała bliźniaczo podobnie do tej wcześniejszej. Minimalna przewaga gospodarzy zwieńczona golem nie zwiastowała tego, co zobaczyliśmy parę chwil później. Niemający już nic do stracenia goście przycisnęli obronę rywala i w trzy minuty doprowadzili do wyrównania. Zdezorientowani wydarzeniami na boisku zawodnicy OldBoys Derby II nie byli już w stanie pokonać Radka Kani, który parokrotnie popisał się wysokimi umiejętnościami bramkarskimi. Napastnicy Dynamo poszli za ciosem i w ostatnich minutach wyszli na trzybramkowe prowadzenie, wygrywając swój drugi mecz w rundzie jesiennej. Dzięki wygranej gości, obydwa zespoły mają taką samą liczbę punktów i na wiosnę czeka je zażarta walka o opuszczenie strefy spadkowej.

Dla obu drużyn był to bardzo istotny mecz, bowiem zarówno Kresowia jak i Na Wariackich Papierach to drużyny, które są w gronie zespołów walczących w tym sezonie o awans. Przed tym spotkaniem goście mieli zaledwie punkt przewagi, więc tym bardziej ich rywalizacja nabierała szczególnego znaczenia. Jak się dowiedzieliśmy, te zespoły rywalizowały już ze sobą przed startem ligi, gdy jeszcze nie wiedziały, że los znów je sobą połączy. Sparing zakończył się remisem i wydawało się, że taki rezultat może paść również w starciu o punkty. Oba teamy prowadziły bardzo wyrównany mecz. w którym szczególnie w pierwszej części, nie padło zbyt wiele goli. Wynik otworzyła ekipa Na Wariackich Papierach, gdy Sebastian Roszak wykorzystał podanie Patryka Raka. I właściwie niemal do końca premierowych 25 minut nie zobaczyliśmy kolejnych bramek. Faktem jest, że obaj bramkarze nie musieli wznosić się na wyżyny swoich umiejętności, bo choć tempo gry było całkiem niezłe, to jednak brakowało w tym wszystkim dokładnego ostatniego podania. Gdy wydawało się, że na przerwę zawodnicy zejdą przy skromnym, jednobramkowym prowadzeniu Na Wariackich Papierach, gospodarze rzutem na taśmę wyrównali po rzucie wolnym, przy czym golkiper nie miał szans na skuteczną interwencję, bo piłka po drodze jeszcze dwukrotnie odbiła się od obrońców, kompletnie go myląc. Druga połowa była już znacznie ciekawsza, obie drużyny nieco się otworzyły, co zaowocowało znacznie większą ilością sytuacji strzeleckich. Bliżej ponownego prowadzenia byli zawodnicy NWP, chociażby Mateusz Sieciechowicz z rzutu wolnego obił poprzeczkę, ale po akcji rozegranej z Lashą Kvelashvili był już bardziej precyzyjny i goście prowadzili 1:2. Kresowia wyrównała na 10 minut przed zakończeniem spotkania, ale końcówka należała do teamu Adriana Pagasa. Najpierw Mateusz Sieciechowicz trafił na 2:3 po bardzo sprawnie przeprowadzonej kontrze, a następnie wynik meczu ustalił Shota Jibladze. Na Wariackich Papierach zgarnęli cenne 3 pkt, szczególnie że rywalizacja z Kresowią do najłatwiejszych nie należała. Gospodarze w tej rundzie mogli poszczycić się jednym z lepszych ataków w lidze, ale tym razem rywal znalazł sposób na zatrzymanie tak mocnej ofensywy.

 

Bardzo jednostronne widowisko obejrzeliśmy w starciu ekip WKS Bęgal oraz Heavyweight Heroes. Spora w tym "zasługa" dość skromnego składu, jakim dysponowali gospodarze, aczkolwiek dwie zmiany to nie jest taki fatalny wynik. Z drugiej strony goście przyprowadzili na tę potyczkę aż pięciu zmienników, tak więc mogli sobie pozwolić na zdecydowanie większy wysiłek na placu gry. Od samego początku optyczną przewagę zdobyły "Grubasy", a świetnie w ofensywie spisywał się Marcin Janicki, który był autorem pierwszych dwóch trafień. Przy golach Marcina asystowali odpowiednio Konrad Zieliński oraz Krzysiek Jastrzębski. Bardzo ładną bramkę obejrzeliśmy po strzale z dystansu Daniela Dudzińskiego i było już 0:3. Gdy po podaniu Łukasza Półchłopka piłkę do siatki skierował Mateusz Nykiel było jasne, że gospodarzom będzie niebywale ciężko wrócić meczu i powalczyć o punkty. Czterobramkowy deficyt po pierwszej odsłonie nie napawał optymizmem a i początek drugiej połowy nie wskazywał, aby gracze WKS mieli magiczny przepis na odwrócenie losów pojedynku. Kolejne gole zdobywali za to goście a świetny moment w meczu zaliczył Maciek Chrzanowski, który w drugiej połowie zanotował klasycznego hat-tricka. Gospodarze tylko raz zdołali pokonać Artura Macka, ale była to bramka tylko na osłodę wysokiej porażki, gdyż po strzale Szymona Barwińskiego sędzia zakończył mecz a wynik brzmiał 1:9. Dzięki okazałemu zwycięstwu, zespół Heavyweight Heroes przeczeka chłodne, zimowe dni na trzeciej pozycji w tabeli. 



11 Liga

Dla obu ekip był to mecz szalenie ważny w kontekście sytuacji w tabeli, choć z zupełnie odmiennych powodów. Gospodarze walczyli o wydostanie się ze strefy spadkowej, a goście o fotel lidera i początkowo to ekipa Daniela Władka była bardziej zdeterminowana, aby dopiąć swego. Borowiki wyprowadzały atak za atakiem i bramka wisiała w powietrzu, bo udało się obić słupek i poprzeczkę, aż w końcu w 10 minucie podanie Piotra Jankowskiego wykorzystał Łukasz Wrona i gospodarze wyszli na prowadzenie. Wynik nie utrzymał się zbyt długo, bo Złączeni przeszli do ataku i po golu Dominika Kostrzewy to oni byli praktycznie non-stop stroną przeważającą. W 15 minucie nieupilnowany Piotr Gipsiak wyłożył piłkę Łukaszowi Wasiakowi i goście wyszli na jednobramkowe prowadzenie, które dowieźli do końca pierwszej połowy. Druga część meczu zaczęła się od zabójczego ciosu ze strony Złączonych – w 27 minucie z rzutu rożnego dośrodkował Adrian Siara, a Piotr Gipsiak zapakował piłkę do siatki. Dwie minuty później ten sam zawodnik znów wpisał się na listę strzelców i nagle zrobiło się 1:4 dla gości. Z każdą minutą sytuacja Borowików robiła się coraz bardziej nieciekawa i choć goście regularnie atakowali bramkę Krzysztofa Milczarka, to zawodziło wykończenie. Dopiero w 36 minucie niemoc swojego zespołu przełamał Daniel Kaczmarek, a trzy minuty później Złączeni prowadzili już tylko jednym oczkiem, bo gola ustrzelił Denis Shevchenko. Uskrzydlone Borowiki rzuciły się do ataku, ale chwilowy brak koncentracji wykorzystał Piotr Gipsiak, który podał do niekrytego Mariusza Niedźwiadka, a ten tylko dołożył nogę  i na dziesięć minut przed końcem Złączeni prowadzili 3:5. Czasu pozostało dużo, jednak gospodarzom zabrakło pomysłów na przełamanie defensywy gości, jak i zwyczajnego szczęścia i ostatecznie to Złączeni cieszyli się ze zdobycia kompletu punktów.

ME-CZY-CHO, przez duże "M"! Takiego dreszczowca z odwróceniem losów spotkania włącznie nie oglądaliśmy już dawno w 11-stej Lidze Fanów. Biorąc pod uwagę dotychczasową formę obu zespołów, spodziewaliśmy się pewnego zwycięstwa Red Rebels, gdyż ich rywale, Broke Boys, nie zdobyli do tej pory choćby punktu. Najwyraźniej zamierzali zmienić ten stan rzeczy, gdyż już od pierwszych minut bardzo dobrze wykorzystywali okazję na kontrataki. Pierwszy efekt dała akcja skonstruowana przez Ilyę Melnika, który podał do dobrze ustawionego Antona Liashuka, a ten otworzył wynik strzałem obok interweniującego golkipera "Rebeliantów". Co prawda gospodarze wyrównali po bardzo ładnym crossie Rahima Kulliyeva i golu Hemry Gurbanova, jednak do końca pierwszej odsłony to goście spisywali się lepiej. Udokumentowali to golami Tarika Muslu oraz Antona Liashuka, dzięki czemu premierową odsłonę zakończyli prowadzeniem 1:3. W oczach Red Rebels tlił się jednak żar nadziei na lepszą drugą połowę, potrzebowali jednak porywu wiatru do rozpalenia. Trochę potrwało, zanim forma strzelecka wróciła w ich szeregi, gdyż w międzyczasie, na początku drugiej połowy, gola na 1:4 zdobył Tarik Muslu. Od tego momentu to jednak "Rebelianci" spisywali się o wiele lepiej, aczkolwiek trzeba przyznać, że Broke Boys mieli ogromnego pecha, gdyż co najmniej pięciokrotnie obijali poprzeczki i słupki bramki rywali. Początek powrotu do walki o punkty gospodarzy to podanie Hemry Gurbanova do Azamata Bazarova, który piłkę do bramki skierował głową. Ten sam duet, w tej samej konfiguracji doprowadził do trafienia kontaktowego, a miało to miejsce po składnie przeprowadzonej kontrze. Gdy po podaniu Hemry Gubranova gola na 4:4 zdobył Rahim Kuliyev, zrobiło się naprawdę ciekawie. Goście poczuli, że mogą stracić szansę nawet na jeden punkt, więc nieco się zmobilizowali. Na piękny strzał z daleka zdecydował się Anton Liashuk, a w obliczu celności i mocy strzału, bezradny był Medan Rahmedov. Tego dnia jednak gospodarze mieli w swoich szeregach człowieka od zadań specjalnych, czyli Azamata Bazarova. Świetny moment gry turkmeńskiego gracza i dwie zapisane na jego koncie bramki pozwoliły gospodarzom wyjść po raz pierwszy w tym starciu na prowadzenie! Broke Boys zacisnęli jednak mocno zęby i dali z siebie naprawdę wszystko w ostatnich minutach, dzięki czemu udało im się jeszcze przed końcem zdobyć gola wyrównującego, gdy po podaniu Tarika Muslu, po raz czwarty na listę strzelców wpisał się Anton Liashuk. Bardzo emocjonujący mecz, powrót Red Rebels ze stanu 1:4, i podział punktów po ostatecznym remisie 6:6. Świetnie się to oglądało!

Zdecydowanym faworytem starcia pomiędzy FC Torpedo a FC Wombaty była drużyna gospodarzy. Po bardzo dobrym początku podopieczni Andrzeja Barana złapali chwilę zadyszki, ale tym meczem chcieli udowodnić, że wracają na odpowiednie tory. Początek spotkania to zmasowane ataki faworytów, którzy starali się jak najszybciej zdobyć bramkę dającą prowadzenie. Piłka niestety długo nie chciała wpaść do siatki, co z każdą minutą powodowała większą frustrację wśród gospodarzy. Goście natomiast długo dość mądrze się bronili, a gdy zawodziła ich linia obronna na posterunku stał bramkarz. Na pierwszego gola przyszło nam czekać aż do 17 minuty, kiedy to do odbitej przez bramkarza piłki dopadł Oleh Ilnytskyi i wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Do końca pierwszej połowy wynik już się nie zmienił. Druga odsłona łudząco przypominała pierwszą połowę, z tą mała różnicą, że gospodarze byli zdecydowanie bardziej skuteczni, a dowodem na to była dość szybko zdobyta bramka Siarheia Zdanovicha. Co prawda w 32 minucie goście po ładnej akcji odpowiadają trafieniem Macieja Stąporka, jednak jak się później okazało była to jedynie bramka honorowa. Torpedo z każdą kolejną minutą nabierało większej pewności i widać było, że bramki są kwestią czasu. Na 3-1 wynik podwyższa ponownie Oleh Ilnytskyi, chwilę później dwa kolejne gole zdobywa najlepszy tego dnia zawodnik na boisku Oleksandr Tovchyha i na tablicy wyników mieliśmy 5-1. W samej końcówce wynik ustalił Siarhei Zdanovich i mecz ostatecznie kończy się rezultatem 6:1. Gospodarze zasłużenie odnoszą kolejne zwycięstw w tej rundzie i dzięki wygranej przezimują sezon na drugim miejscu, co z pewnością można uznać za duży sukces ekipy Andrzeja Barana.

Nie takiego obrotu spraw w starciu z Joga Bonito spodziewali się gracze FC Melange. Gospodarze ledwo zdołali skompletować skład na ten pojedynek i trzeba podkreślić, że dwóch zawodników dotarło dosłownie w ostatniej chwili. Od samego początku goście wyjątkowo leniwie konstruowali akcje ofensywne a każde podejście pod bramkę strzeżoną przez Patryka Wąsowskiego sprawiało im bardzo duży trud. Jako pierwsi gola zdobyli gospodarze, którzy po podaniu Mateusza Hnatio i strzale Piotrka Skiby wyszli na prowadzenie. Jednak Melanżownicy mimo dość przeciętnej gry zdołali doprowadzić do wyrównania, gdy po podaniu Kamila Pietrzykowskiego bramkę zdobył weteran gości, Łukasz Słowik. Pierwsza połowa stała pod znakiem optycznej przewagi Jogi oraz nieporadności w obronie FC Melange. Wściekał się niemiłosiernie Bartek Jakubiel, który przez słabą postawę kolegów z defensywy, musiał wielokrotnie ratować zespół przed utratą gola. W pierwszej połowie musiał jeszcze dwukrotnie wyciągać piłkę z bramki, a miało to miejsce po golach Grześka Szostaka i Mateusza Hnatio. Gola kontaktowego zdobył jednak tuż przed przerwą Kamil Marciniak i premierowa odsłona zakończyła się przy stanie 3:2. Po zmianie stron gospodarzom udało się odskoczyć na dwie bramki, konkretnie rzecz ujmując do stanu 5:3, jednak po raz kolejny, tym razem po podaniu Grześka Maca, na listę strzelców wpisał się Kamil Marciniak. W tym momencie FC Melange zdecydował się na dość niezrozumiałą zmianę, gdyż dobrze grającego golkipera, Bartka Jakubiela, między słupkami, w roli “lotnego golkipera” zmienił Grzesiek Mac. Efektem były dwie bardzo szybko i dość kuriozalnie stracone bramki, które miały miejsce po stratach i niemalże “egzekucjach” w ataku w wykonaniu Grześka Szostaka oraz Doriana Kwiecińskiego. Joga Bonito wyszła na prowadzenie 7:4 i już do końca spotkania kontrolowała wynik. Ostatecznie gospodarze pokonali FC Melange 9:5, a wyróżniającymi się graczami byli Grzegorz Szostak, zdobywca hat-tricka oraz Mateusza Hnatio, który zanotował na swoim koncie trzy kluczowe podania i asystę. Na osłodę goryczy porażki, po raz pierwszy od dość dawna hat-tricka na swoim koncie zanotował weteran FC Melange, Kamil Marciniak, ale marne to pocieszenie, gdyż jego ekipa spadła na trzecie miejsce.

Dla graczy KS Centrum rywalizacja z Lipinkami była o to, by zbliżyć się do strefy medalowej, co jeszcze parę kolejek temu wydawało się w tej rundzie poza zasięgiem tej młodej ekipy. Mecz jednak nie zaczął się zbyt dobrze dla gospodarzy – już w 1 minucie został podyktowany przeciwko nim rzut karny, ale w pojedynku Jakuba Czerskiego z Piotrem Bąkowskim górą okazał się bramkarz Centrum. I jak się potem okazało, to nie była ostatnia tak świetna interwencja golkipera gospodarzy. Goście mogli objąć prowadzenie, tymczasem parę minut później to oni musieli gonić wynik – świetną akcję Maćka Ciołka wykończył Kamil Tomala, a chwilę później ten pierwszy sam wpisał się na listę strzelców. Lipinki odpowiedziały golem Kacpra Grotka, ale jeszcze w pierwszej części goście nadziali się na kontrę, po której Centrum ustaliło wynik do przerwy na 3:1. W drugiej części Lipinki rzuciły się do odrabiania strat. Już w 33 minucie było 3:3 i mecz niejako zaczął się na nowo. Pozostała część tej rywalizacji miała dwóch bohaterów. Pierwszy z nich to Gustaw Kowalski, który najpierw świetnie dośrodkował z rzutu rożnego, po którym Kacper Morus trafił na 4:3, a następnie sam dwukrotnie wpisał się na listę strzelców, ustalając wynik na 6:3. Nie byłoby jednak tego zwycięstwa KS Centrum, gdyby nie postawa Piotra Bąkowskiego – niejednokrotnie kapitalnie bronił on dostępu do swojej bramki, a rywale nie mogli uwierzyć, że znów nie udało im się skierować piłki do siatki, jednogłośnie wybierając go zawodnikiem meczu. Kapitalny występ znacznie przyczynił się do wygranej, dzięki której Centrum kończy rundę tuż za podium – do drugiego miejsca gospodarze tracą zaledwie dwa punkty i wiosna może być niezwykle ciekawa. Lipinki mogą czuć niedosyt po tym meczu, bo nie byli drużyną gorszą i w rundzie rewanżowej na pewno będą chcieli to udowodnić.

12 Liga

Obie ekipy podeszły do tego spotkania w mocno okrojonych składach. Gospodarze stawili się zaledwie meczową szóstką, jeden z zawodników dotarł na spotkanie nieco spóźniony, ale rywal zachował się po koleżeńsku i również rozpoczął mecz o jednego mniej. Jak się okazało, goście z siedmiu anonsowanych do gry zawodników również pozostali z zaledwie sześcioma graczami i żadna ze stron nie miała w tym meczu zmian. Sądząc po wyniku, lepiej przygotowani kondycyjnie byli gracze Sportano. Jednak mecz rozstrzygnął się już właściwie w pierwszej połowie, nie było więc tak, że WEiTI pod koniec meczu opadło z sił i to wtedy rywal nastrzelał tyle goli. Wręcz przeciwnie, strzelanie zaczęli już od 1 minuty, kiedy to Filip Motyczyński wykorzystał rzut karny. Goście szybko wyrównali, ale potem długo prym wiedli ich oponenci. Kapitalnie na boisku współpracował duet Filip Motyczyński – Łukasz Rysz, którzy praktycznie we dwójkę rozmontowali defensywę rywali – w 14 minut zdążyli trafić do siatki aż siedmiokrotnie! WEiTI jakby kompletnie zaskoczone takim obrotem spraw nie było w stanie odpowiednio wcześnie zareagować i przeciwstawić się tak ofensywnie grającemu oponentowi. Dopiero przy wyniku 7:1 udało im się drugi raz skierować piłkę do siatki. Po zmianie stron Sportano znów ruszyło do ataku i po dwóch bramkach Łukasza Rysza jeszcze podwyższyło prowadzenie. WEiTI odpowiedziało tym samym, doprowadzając do stanu 9:4 i wydawało się, że chociażby świetny gol Adama Szumady zmobilizuje gospodarzy do odrabiania strat. Nic takiego się nie stało i Sportano konsekwentnie punktowało rywala. Chwilowe rozprężenie przyszło dopiero pod koniec meczu, kiedy to WEiTI trzykrotnie pokonało Kamila Dąbrowskiego, ale i tak dało im to zaledwie zmniejszenie porażki do końcowego rezultatu 12:7. Kluczowy okazał się początek spotkania, w którym Sportano wypracowało sobie taką przewagę, której nie roztrwoniło do finałowego gwizdka sędziego.

Świetnie ułożył się terminarz rundy jesiennej w 12.lidze, bo okazało się, że o tym, kto będzie okupował trzecie miejsce na koniec pierwszej części sezonu, zdecydował bezpośredni mecz między Lisami bez Polisy a Shitable. Ci drudzy mieli trzy punkty przewagi nad niedzielnym przeciwnikiem, co sugerowało, że jeśli Lisy chciały wskoczyć na najniższy stopień podium, musiały tutaj wygrać. Mecz okazał się bardzo emocjonujący, ale też zaskakujący w swoim przebiegu. Pierwszego gola zdobyli reprezentanci Shitable, jednak na nic im się to zdało, bo im dłużej trwał mecz, tym lepiej grali oponenci. A zwłaszcza Miłosz Górski. Nie da się przejść obojętnie obok występu tego gracza, bo praktycznie wszystko co ofensywne w poczynaniach Lisów, musiało zostać podstemplowane przez tego gracza. Był on absolutnym bohaterem pierwszej połowy, bo nie tylko strzelał, ale też asystował przy bramkach Damiana Borkowskiego i po 25 minutach gry było 4:1! Zdawaliśmy sobie sprawę, że Shitable nie powiedziało tutaj ostatniego słowa, jednak chłopaki musieli się wziąć szybko do pracy, bo czas uciekał. Energetyczny początek drugiej połowy spowodował, że goniący odrobili jednego gola, ale potem znów dali się oszukać duetowi Górski – Borkowski. Wynik 5:2 wydawał się w miarę bezpieczny, lecz po prowadzących widać było upływającą energię. Brak sił dawał o sobie znać, co wykorzystali dysponujący znacznie szerszą kadrą zawodnicy Shitable. 5:3, 5:4 a w końcówce doświadczyliśmy prawdziwego rollercoastera, bo najpierw Miłosz Górski nie wykorzystuje znakomitej okazji, a następnie szansę na 5:5 psuje Fedir Ivanchenko. Lisy ratują się przed remisem i ostatecznie, po naprawdę zaciętej batalii triumfują 5:4. Mimo wszystko zasłużenie, chociaż różnie to się mogło skończyć, jednak kto będzie o tym niedługo pamiętał. Ekipa w pomarańczowych strojach melduje się tym samym na trzecim miejscu w tabeli i wydaje się, że to może być dobre miejsce, by zaatakować drugą lokatę, bo pierwsza jest poza ich zasięgiem. Trzeba jednak patrzeć również za siebie, bo choćby Shitable na pewno zrobią wszystko, by wrócić na podium. Ale by tak się stało, trzeba trochę popracować nad defensywą, bo to nie jest przypadek, że z ekip z czołówki to oni mają najwięcej straconych goli. Niedzielny mecz również to potwierdził, bo tak naprawdę krzywdę wyrządziło im dwóch zawodników, co (z całym szacunkiem dla tego duetu) drużynie walczącej o medale po prostu nie przystoi.

W ostatniej jesiennej kolejce 12 ligi Ajaks Warszawa podejmował FC Warsaw Wilanów. Widowisko stało na wysokim sportowym poziomie, chociaż układ tabeli na to nie wskazywał. Pierwsza bramka padła już w 4 minucie. Gospodarze mocniej przycisnęli i po składnej akcji trafili na 1-0. 3 minuty później goście odpowiedzi, ale rywale nie pozostali dłużni i za sprawą duetu Dominik Pietruczuk i Maksym Samulak strzelili na 2-1. Rozpędzona ekipa z Wilanowa chwilę po strzelonej bramce trafiła ponownie. Można było zauważyć rosnącą przewagę faworytów. Jednak Ajaks nie chciał się z tym pogodzić i po jednej z kontr zmniejszył straty. Chwilę później arbiter odgwizdał koniec pierwszej części tego ciekawego spotkania. Na drugą połowę meczu obydwie ekipy wyszły mocno zmotywowane. Efektem tego była zdobyta bramka na 3-3 przez zawodników Ajaksu. Jej strzelcem Michał Ślaza, który wykorzystał ładne podanie Adama Bogusza. Można więc powiedzieć, że mecz zaczął się od początku. Efektem takiego obrotu wydarzeń boiskowych było trafienie na 4-3 dla drużyny przyjezdnych. Ponownie niezawodny Dominik Pietruczuk wykorzystał ładne podanie od Kuby Świtalskiego i nie zmarnował okazji, dając przewagę swojej ekipie. Na 5-3 swoje trafienie zaliczył wcześniej asystujący Patryk Świtalski, który wykorzystał podanie Karola Kowalskiego. Widać było, że ekipa przyjezdnych coraz bardziej się rozpędza a gospodarze niestety gaśli w oczach. Efektem takiego obrotu spraw było trafienie na 6-3 dla ekipy z Wilanowa. Po tym trafieniu nastąpiła obopólna wymiana ciosów, która skończyło się dopiero przy stanie 7:5 dla Wilanowa. Faworyt więc nie zawiódł, ale warto pochwalić Ajaks za ambitną postawę i grę do samego końca.   

Trudno powiedzieć, jak dokładnie po przecinku wyglądałyby procentowe szanse na zwycięstwo z Essing Gorillaz w kontekście NieDzielnych. Bo o tym, że byłoby 0 z przodu, chyba wszyscy się zgodzimy i piszemy to z całym szacunkiem dla ekipy w żółtych koszulkach, bo w tej lidze nikt na ten moment nie może się równać do Gorylków. Pewną szansą dla NieDzielnych był jednak fakt, że oponenci nie dysponowali optymalnym zestawieniem, aczkolwiek to którym przyjechali i tak było bardzo solidne. W pierwszej połowie nie doświadczyliśmy jednak wielkiej różnicy poziomów, która wynikałaby choćby z tabeli. Owszem, faworyci prowadzili 2:0, ale to nie było tak, że rywale rozłożyli im czerwony dywan. Co więcej – ekipę Marcina Aksamitowskiego stać było, aby zaliczyć trafienie kontaktowe, a potem mieli nawet rzut karny! Do piłki podszedł Michał Karaś, lecz Staszek Mazur wyczuł jego intencje i wynik do przerwy się nie zmienił. Kara dla Michała Karasia przyszła błyskawicznie, bo jeszcze w przerwie spotkania opuścił Arenę Grenady (a tak poważnie, pojechał po prostu na kolejny mecz). Czy możemy dziś gdybać, co byłoby, gdyby ten zawodnik zdobył bramkę? Wydaje się, że nie miałoby to wielkiego znaczenia, zwłaszcza patrząc na ostateczne rozmiary porażki, które wyniosły cztery bramki. Było to konsekwencją drugiej połowy, gdzie NieDzielni zdobyli tylko dwa gole, z czego jednego bardzo efektownym lobem Michał Drosio, a rywale aż pięć. To jednak nie zmienia ogólnego wrażenia, które pozostawili po sobie przegrani. To nie był mecz oddany za darmo i chłopaki zawiesili poprzeczkę wyżej, niż można się było spodziewać. Gorylki i tę przeszkodę były jednak w stanie przeskoczyć i tym samym jako jedna z dwóch drużyn w Lidze Fanów, mogą się pochwalić kompletem punktów po pierwszej części sezonu. A plan na drugą część jest pewnie identyczny.

Spotkanie Niezamocnych z Bagstar Wszedło było zdecydowanie jednym z najciekawszych w 12.lidze. Już w 2 minucie na prowadzenie drużynę gości wyprowadził Filip Pacholczak po indywidualnej akcji. Świetnie wykorzystał błąd defensywny Niezamocnych i nie miał problemu z pokonaniem bramkarza. Pomimo prowadzenia ekipy gości, nie mogliśmy mówić o ich zdecydowanej przewadze. Tym bardziej, że w kolejnych fragmentach, nikt  nie był w stanie znaleźć drogi do bramki. W końcu Dawid Brzoskowski świetnym strzałem doprowadza do wyrównania. Pierwsza połowa kończy się sprawiedliwym wynikiem 1:1. Chwilę po wyjściu na drugą odsłonę oglądamy akcje braci Pacholczaków, zakończoną bramką. Wydawało się, że ten gol uspokoi grę Bagstaru. Niestety mecz nie potoczył się idealnie po ich myśli. Co prawda obie strony przeprowadzały liczne ataki, lecz to drużyna gospodarzy była zdecydowanie skuteczniejsza. Chłopaki zdobyli trzy bramki z rzędu, dzięki czemu wypracowali przewagę, której już nie wypuścili. Dla Niezamocnych to pierwsze zwycięstwo w tym sezonie i na pewno ucieszyło ich, że zdążyli to zrobić jeszcze w tej części sezonu. W ich szeregach na szczególne wyróżnienie zasłużył duet Dawid Brzoskowski i Marcin Popławski, którzy zdobyli po dwa gole i przyczynili się do tego historycznego wyniku.

13 Liga

Starcie NieDzielnych II z Gentlemen Warsaw Team trzeba zaliczyć do meczów z kategorii "dla koneserów", gdyż oba zespoły mają bardzo zdrowe, rozrywkowe podejście do gry w piłkę. Absolutnie nie twierdzimy, że brak którejkolwiek ze stron ambicji, lub umiejętności, jednak gracze obu ekip doskonale sobie zdają sprawę, co jest najważniejsze i w jakiej kolejności: zdrowie, zabawa, wynik. Spodziewaliśmy się zatem gradu bramek i tzw. wesołej piłki, jednak obie drużyny nas zaskoczyły i obejrzeliśmy bardzo wyrównane widowisko! Zdecydowanie lepiej w mecze weszli "Dżentelmeni", którzy od samego początku raz po raz nacierali na bramkę strzeżoną przez Kamila Jarosza. Pierwszy efekt przyszedł po podaniu Marcina Pelowskiego, który wypracował świetną okazję Piotrkowi Loze, a ten świetnej sytuacji nie zmarnował. Popularny "Pele" pozazdrościł koledze z ataku i kilka chwil później przechwycił źle zagraną piłkę i osobiście wykończył akcję, podwyższając stan na 0:2. W szeregach gospodarzy panował spory nieład i mówiąc zupełnie szczerze, grali poniżej swoich możliwości. Momentem przełamania była akcja, po której faulowany był jeden z "NieDzielniaków", a ponieważ miało to miejsce w polu karnym, mieliśmy rzut karny. Pewnie, tuż przy słupku "wapno" wykorzystał Marcin Aksamitowski i oba zespoły schodziły na przerwę przy stanie 1:2. Marcinowi ta bramka na pewno dodała skrzydeł, ale chyba też zmobilizowała kolegów. Drugą odsłonę wspomniany weteran NieDzielnych zaczął od świetnego strzału z dystansu, a zasłonięty bramkarz, mimo próby interwencji, nie zdołał obronić tej próby i mieliśmy 2:2. Punktem zwrotnym było trafienie Maćka Piątka, który po podaniu Przemka Sosnowskiego znalazł się przed praktycznie pustą bramką i nie pozostało mu nic innego niż wbić piłkę do siatki. O swojej skuteczności przypomniał jednak duet Loze-Pelowski. Panowie przeprowadzili składną akcję, po której "Pele" zdobył swojego drugiego gola, a trzeciego dla gości, zatem wynik brzmiał 3:3. Obie strony wydawały się być pogodzone z wynikiem, jednak dość nieoczekiwanie, po kolejnej dobrej asyście Przemka Sosnowskiego, swojego drugiego gola w tym meczu zdobył Daniel Czekaj i gospodarze prowadzili 4:3! I nie oddali cennego rezultatu do końca meczu, dzięki czemu po ostatnim gwizdku unieśli ręce w górę w geście zwycięstwa!

W ostatniej kolejce rundy jesiennej Szereg Homogenizowany podejmował czerwoną latarnię tego szczebla rozgrywkowego Asap Vegas FC. Patrząc na tabelę, miało to być łatwe spotkanie dla gospodarzy. Na szczęście dla widowiska tak nie było, przynajmniej w pierwszej połowie. Pierwsi bramkę zdobyli zawodnicy gości. Po mocnym uderzeniu na bramkę zawodnika Asap najprzytomniej w polu karnym zachował się Łukasz Świtalski, który dobitką pokonał golkipera rywala. Poddenerwowani takim obrotem spraw gospodarze szybko wyrównali wynik meczu. Na 1-1 strzelił najskuteczniejszy tego dnia w swojej ekipie Tomasz Świeczka. Asap nie pozostawali dłużni i już chwilę później strzelili na 2-1. Łukasz Świtalski ładnym podaniem uruchomił Sebastiana Walczaka, który bez problemu wykorzystał okazję. Lada moment mieliśmy ponownie remis. Jan Mitrowski został ładnie obsłużony podaniem od Tomasza Świeczki i bez problemu wykończył okazję. Obraz meczu zmieniał się jak w kalejdoskopie, gdyż następne dwie bramki zdobyte zostały przez zawodników przyjezdnych. Na 3-2 trafił Sebastian Walczak, na 4-2 Mateusz Kania, a wszystko to zostało okraszone dwiema asystami Norberta Kupisza. Do końca pierwszej połowy pozostało niecałe 5 minut, ale drużyna Szeregu nie miała zamiaru odpuścić tego wyniku. Zdołali jeszcze w tej odsłonie zdobyć bramkę kontaktową, a chwilę później arbiter zagwizdał koniec pierwszej połowy. Druga odsłona spotkania to szybko zdobyta bramka 4-4 przez duet Tomasz Świeczka i Filip Ptaszek. Po tym trafieniu ekipa Asap dosłownie zatrzymała się, a Szereg mocno przyspieszył. Efektem tego było zdobycie przez gospodarzy pięciu bramek. Tym samym Szereg Homogenizowany udowodnił, że będzie liczyć się w wyścigu o awans, natomiast Asap musi wziąć się bardzo mocno do roboty i zdobywać punkty na wiosnę, jeżeli nie chce zostać czerwoną latarnią 13 ligi.  

Drużyna Wystrzelonych po bardzo dobrym początku sezonu, w ostatnich kolejkach dwa razy zremisowała, przez co straciła pozycję lidera. Mimo wszystko w starciu z Oldboys Derby III byli zdecydowanymi faworytami. Początek spotkania lepiej rozpoczęła niżej notowana drużyna, która w 2 minucie objęła prowadzenie. Kolejne dwie minuty i w protokole meczowym mieliśmy już wynik remisowy. W następnych fragmentach spotkania przewagę osiągnęli gospodarze, którzy po upływie dziesięciu minut gry pierwszy raz wyszli na prowadzenie. I widać było, że powoli łapali swój rytm, czego efektem było powiększenie prowadzenia do dwóch bramek. Pod koniec pierwszej części meczu zobaczyliśmy jeszcze dwa gole, po jednym dla każdej ze stron i na przerwę drużyny schodziły z wynikiem 4:2. Na początku drugiej połowy kolejną bramkę zdobyli zawodnicy Wystrzelonych i po tej sytuacji przez kilka dobrych minut żadna z drużyn nie potrafiła znaleźć drogi do świątyni swoich rywali. W ostatnim kwadransie zawodnicy z osiedla Derby wyraźnie opadli z sił, co skrzętnie wykorzystali oponenci, którzy w tym czasie zdołali strzelić aż sześć goli. Ostatnie słowo należało do pogodzonych już z porażką zawodników gości, którzy pewnie egzekwując rzut karny ustalili wynik spotkania na 11:3. Wysoka wygrana Wystrzelonych sprawiła, że drużyna ta spędzi przerwę między rundami na fotelu lidera. Na uwagę zasługuje duet zawodników Opiński - Kalinowski, którzy wspólnie zdobyli 8 bramek. Zespół Old Boys Derby III po kolejnej porażce mocno zbliżył się do strefy spadkowej a ważnych dla siebie punktów będzie musiał poszukać już w rundzie rewanżowej.

W ostatniej jesiennej kolejce ligowej 13 ligi Green Team rywalizował z Pogromcami Poprzeczek. Mecz ten był spotkaniem bezpośrednich rywali w tabeli, więc zapowiadał się ciekawie. Pierwsza połowa, patrząc na wynik, to duża przewaga gości. Już w 8 minucie Aleksander Peszko przejął piłkę w środku pola i w sytuacji sam na sam z bramkarzem nie zmarnował okazji trafiając na 1-0. Po zdobytej bramce Pogromcy nie zwolnili tempa i już kilka minut później trafili ponownie. Robert Szołtyk wypatrzył wybiegającego na czystą pozycję Norberta Plaka, zagrał ładnie w uliczkę a Norbertowi pozostało tylko wykończyć tę akcję. Rozpędzeni Pogromcy nie zwalniali tempa a Green Team mógł jedynie się bronić. Efektem takiego obrotu spraw była trzecia bramka dla gości. Ponownie Norbert Plak trafił do siatki, po sprytnym zagraniu klepką Bartłomieja Rafała. Przy stanie 3-0 Pogromcy spuścili nogę z gazu, ale Zieloni nie byli w stanie tego wykorzystać. Na drugą odsłonę obie ekipy wyszły bardzo zmotywowane. Gospodarze musieli gonić wynik a goście nie chcieli wypuścić z rąk trzech punktów. Lepiej w tym wszystkim odnaleźli się Pogromcy. MVP spotkania w ekipie przyjezdnych Mateusz Niewiadomy wykorzystał celne podanie od Bartłomieja Rafała i bez problemu trafił na 4-0. Po czwartej bramce wreszcie doczekaliśmy się odpowiedzi przegrywających. Na 1-4 trafił Ilia Marchenko po przechwycie przed polem karnym rywala. Stracona bramka podziałała na Pogromców jak płachta na byka. Olek Markowski, popularnie nazywany BelliGol, tym razem ładnym krosem uruchomił Norberta Plaka a ten drugi bez problemu wykorzystał okazję strzelając na 5-1. Duża przewaga Pogromców widoczna była do końca meczu. Co prawda Green Team strzelili jeszcze na 2-5, ale to triumfatorzy przypieczętowali swoje zwycięstwo bramką w 50 minucie, ustalając wynik meczu na 6-2!

Pojedynek dwóch czołowych zespołów 13-tej Ligi Fanów nie zawiódł, a o to, kto przeczeka zimę na fotelu lidera, wszyscy drżeli do samego końca. Od samego początku inicjatywę próbowali przejąć gracze Wystrzelonych, jednak aspirujące do przejęcia pierwszego miejsca w tabeli Piwo Po Meczu bardzo dobrze rozbijało próby ofensywne gospodarzy. Co więcej, po zamieszaniu w polu karnym i nieprzepisowym zagraniu, sędzia wskazał na "wapno", a rzut karny pewnie na bramkę zamienił Piotrek Zakrzewski. Obie strony bardzo szanowały piłkę, czego efektem była dość skromna ilość okazji bramkowych. Bramki padły jednak jeszcze dwukrotnie i w obu przypadkach były to błędy bloków defensywnych. Najpierw do wyrównania, po niewymuszonej stracie rywala, doprowadził Witek Kalinowski, a następnie, również po przechwycie źle zagranej piłki przez rywala, gola ustalającego wynik pierwszej połowy na 1:2 zanotował Rafał Wiercioch. Przerwa najwyraźniej dobrze zrobiła Wystrzelonym, gdyż po zmianie stron znów prezentowali się nieco lepiej na boisku, czego efektem była dwójkowa akcja Witka Kalinowskiego oraz Daniela Ziółka, gdzie pierwszy z graczy wykreował okazję, a drugi z nich pewnie umieścił dobrze dograną piłkę w bramce. Gol na 2:3 to dobre dośrodkowanie Jakuba Królika i piękne uderzenie głową Piotrka Zakrzewskiego, więc wszystko wskazywało na to, że "Piwosze" w tym arcyważnym starciu zdobędą komplet punktów. Ostatnie minuty to jednak zmasowany atak gospodarzy, którzy mieli kilka naprawdę świetnych okazji, jednak na posterunku pewnie stał Jacek Spaliński. Był jednak bezradny wobec akcji, która wyniknęła z zamieszania w polu karnym, a która zakończyła się dobitką Karola Rodaka po strzale kolegi. Cenne trafienie popularnego "Rodeo" sprawiło, że w hicie tego szczebla ligowego doszło do podziału punktów, a wynik 3:3 odzwierciedlił doskonale dramaturgię tego meczu. Wystrzeleni liderem, Piwo Po Meczu na najniższym stopniu podium. 

Dla gospodarzy był to niezwykle istotny mecz, bowiem wobec remisu Piwa Po Meczu i Wystrzelonych otworzyła się przed nimi szansa na zrównanie się punktami z liderem. Widać było po graczach Furduncio, że są mocno skoncentrowani i mają zamiar wykorzystać swoją szansę w tym spotkaniu. Goście po wyczerpującym meczu, przystąpili do drugiego spotkania w okrojonym składzie, bo z zaledwie jedną zmianą. Nie pomagał też im sposób w jaki grali Brazylijczycy, którzy lubią długo utrzymywać się przy piłce, często wykorzystując do tego własnego bramkarza. Na domiar złego, mecz również nie ułożył się po myśli Piwa Po Meczu – tutaj w założeniach można było dostrzec próbę cofnięcia się do defensywy i czekanie na błąd rywala, ale już po 7 minutach ten plan trzeba było weryfikować, bo goście przygrywali 0:2. Najpierw z dystansu wynik otworzył Carlitos Moreira, a chwilę później świetną indywidualną akcją popisał się Lucas Silva. Goście nie rzucili się jednak do huraganowych ataków, wiedzieli bowiem czym to grozi – szybkimi kontrami, a przy narastającym zmęczeniu coraz trudniej byłoby utrzymywać formacje w ryzach i biegać za rywalem. Piwosze odkładali zatem moment, w którym postawiliby wszystko na jedną kartę. Furduncio miało przewagę, dłużej utrzymywało się przy piłce, cierpliwie budując swoje kolejne akcje. Goście w drugiej części zaczęli śmielej atakować – finalizacja pozostawiała jednak sporo do życzenia, bo Bruno Martins nie musiał pokazywać pełni swoich możliwości i bez problemu radził sobie ze strzałami. Za to gospodarze byli nieco bardziej skuteczni – do końca spotkania jeszcze trzykrotnie pokonali bramkarza przeciwnika i zasłużenie zgarnęli komplet punktów. Piwo Po Meczu dało z siebie wszystko – ciekawi jesteśmy jak potoczyłby się ten mecz, gdy nie to, że goście mieli już w nogach jedno spotkanie. Nie ma co ukrywać - w starciu z Brazylijczykami musieli się mocno nabiegać za piłką i zwyczajnie w pewnych momentach prawdopodobnie brakowało im prądu. Brazylijczycy zrobili z kolei swoje i runda rewanżowa zapowiada nam się bardzo ciekawie, bo różnice pomiędzy zespołami z podium są naprawdę niewielkie.

Data utworzenia artykułu: 2023-11-30 19:26
Facebook
Tabela
Poz Zespół M Pkt. Z P
6   FC Kebavita 8 9 3 5
2   Gladiatorzy Eternis 8 19 6 1
5   ALPAN 8 15 5 3
4   TUR Ochota 8 16 5 2
9   Warsaw Bandziors 8 3 1 7
8   Explo Team 8 6 2 6
3   FC Otamany 8 18 6 2
7   In Plus & Pojemna Halina 8 8 3 5
10   Esportivo Varsovia 8 3 1 7
1   EXC Mobile Ochota 8 20 6 0
Social Media
Youtube SUBSKRYBUJ



Reklama