USUŃ NA 24H
MENU LIGOWE
POZIOMY ROZGRYWEK
AKTUALNOŚCI
ROZGRYWKI
STATYSTYKI
FUTBOL.TV
TURNIEJE
WYWIADY
Puchar Fanów
GALERIA
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
RAPORT MECZOWY - 15.KOLEJKA

Poznaliśmy już pierwsze rozstrzygnięcie w tym sezonie! Mistrzem 3.ligi właśnie zostały Wilki, których bez względu na wyniki trzech ostatnich kolejek, nikt już nie zdoła wyprzedzić! Serdecznie gratulujemy! A kto pójdzie śladem tej drużyny i dołączy do mistrzowskiego grona w najbliższym czasie?

 
Kilka ekip ma na to szansę, jednak w zdecydowanej większości przypadków losy tytułów na poszczególnych poziomach rozgrywkowych będą się rozstrzygać dopiero w ostatniej lub przedostatniej serii. A przynajmniej taką mamy nadzieję, bo dzięki temu doświadczymy jeszcze większych emocji, a nic tak nie ekscytuje jak walka o złoto do ostatnich sekund. Kto się do tego przybliżył podczas ostatniej niedzieli? O tym jak zwykle przeczytacie w naszych cotygodniowych relacjach, które są już do Waszej dyspozycji!
 
Opisy wszystkich meczów 15.kolejki czekają już na Was w raportach, w zakładce PODSUMOWANIE SPOTKANIA. Ale mamy też coś dla tych, którym nie chce się za dużo klikać, a których interesują relacje wyłącznie z meczów ligi w której grają. Wchodząc w menu konkretnego poziomu rozgrywkowego dodaliśmy opcję RELACJE MECZOWE. Wszystkie streszczenia znajdziecie tam w jednym miejscu :)
 
Życzymy Wam przyjemnej lektury!

Ekstraklasa

W niedzielny poranek zmotywowany i mający niezły skład Alpan podejmował walczącą o mistrzostwo Kebavitę. Od początku mecz był niezwykle wyrównany i obie ekipy widać, że były zdeterminowane do walki o komplet punktów. Goście tym razem pozostawili na ławce swoich dwóch ofensywnych zawodników Christiana Namaniego i Borysa Ostapenko. Pierwsi na prowadzenie wyszli goście za sprawą Bartka Gwóździa, który huknął z dystansu i Piotr Koza nie dał rady odbić piłki. Kebavita zadowolona z prowadzenia miała swoje szanse, ale w tym dniu szwankowała zdecydowanie skuteczność. To wykorzystał Alpan, który za sprawą Rafała Radomskiego wyrównał. Długo utrzymywał się wynik remisowy, a w końcówce pierwszej połowy to jednak goście potrafili wyjść na prowadzenie. Michał Dryński po akcji zespołowej wpakował piłkę do siatki i na przerwę drużyny schodziły z wynikiem 1:2. Po zmianie stron Alpan dążył do wyrównania i ponownie na listę strzelców wpisał się Rafał Radomski. Od stanu 2:2 goście atakowali, lecz robili to w sposób nieporadny i to Alpan miał dwie znakomite okazje. Jednak strzały z zza połowy lądowały obok bramki i trzeba przyznać że Kebavita miała sporo szczęścia w tych sytuacjach. Gospodarze mieli jeszcze znakomitą okazję po swojej akcji, ale Rafał Radomski nie trafił do siatki z bliskiej odległości. Zawodnicy Kamila Melchera domagali się rzutu karnego twierdząc, że obrońca Kebavity faulował w polu karnym, ale sędzia zdecydował się kontynuować grę oceniając że obaj gracze byli w pozycjach leżących i ciężko było jednoznacznie stwierdzić czy w tej sytuacji należał się karny dla Alpana. Być może był to kluczowy moment meczu, bo za chwilę goście po kontrze wyszli na prowadzenie. Końcówka meczu bardzo emocjonująca, jednak wynik meczu nie uległ zmianie. Kebavita skromnie 2:3 pokonuje Alpan i nadal liczy się w walce o mistrzostwo. Gospodarze muszą szukać punktów w kolejnych meczach, by móc przypieczętować pozostanie w Ekstraklasie na kolejny sezon. 

Nim rozpoczęło się to spotkanie, to już mieliśmy dużo emocji, bo po raz pierwszy w tym sezonie na ligowych zmaganiach pojawili się Mariusz Milewski i Robert Śmigielski. Cieszy obecność zwłaszcza tego drugiego, który w końcu wrócił do pełnej sprawności po ciężkich kontuzjach. Sam mecz od początku przebiegał pod dyktando faworyta. Już w 2 minucie po indywidualnej akcji gola zdobył Ostrowski. Chwilę później faulowany w polu karnym był Kot a stały fragment gry na bramkę zamienił Śmigielski. Anonimowi nie pozostali dłużni rywalom, bo po błędzie Ostrowskiego kontaktowe trafienie zaliczył Sidorowicz. Następne kilka minut to festiwal niewykorzystanych szans FC Gorlickiej. Próbował Milewski, próbował Kot, ale albo strzelali niecelnie albo bronił Miękina. W końcu w 12 minucie wzorcowo przeprowadzony kontratak sfinalizował Kot. Ten sam gracz jeszcze przed przerwą podwyższył na 4:1, gola zdobył również Milewski i po 25 minutach rezultat brzmiał 5:1. Obraz gry w drugiej odsłonie nie uległ zmianie. Faworyci tego pojedynku częściej wymieniali podania, częściej utrzymywali się przy piłce i częściej stwarzali niebezpieczne sytuacje do zdobycia gola. I tak jak w pierwszej odsłonie szybko rozpoczęli strzelanie, tym razem Mińkowski. Chwilę później odpowiedzieli Stoch i Kurpiński. Swojego gola dorzucił też Walętrzak, ale, że wcześniej trafił ponownie Kot oraz Milewski to FC Gorlicka pewnie pokonała AnonyMMous 10:6.

W niedzielne popołudnie na AWF zmierzyły się ze sobą zespoły, które walczą o całkowicie inne cele. FC Impuls UA mimo zdecydowanie lepszej gry niż w rundzie jesiennej cały czas ma problemy ze zdobywaniem punktów i już jedną nogą jest w niższej klasie rozgrywkowej. Pojemna Halina wraca na dobre tory i notuje kolejne zwycięstwa. Mecz rozpoczął się od strzału z dystansu Tomka Warszawskiego, który jednak pewnie wybronił grający wyjątkowo tego dnia na pozycji bramkarza Igor Petlyak. W odpowiedzi próbował Budz, ale bardzo niecelnie. Kilka chwil później mieliśmy otwarcie wyniku za sprawą Mateusza Mazura, który wykorzystał podanie od Nahornego. Faworyci tego spotkania nie spoczęli na laurach i próbowali podwyższyć wynik. Próbował Petasz, próbował Cichawa, ale to Mazur strzelił swojego drugiego gola w tym pojedynku. Kilka minut później kontaktową bramę zdobył Stetsiuk. Goście próbowali szybko odpowiedzieć, ale albo brakowało szczęścia (Petasz w słupek) albo dobrze bronił Petlyak. Niespodziewanie tuż przed przerwą FC Impuls UA doprowadziło do wyrównania po indywidualnej akcji Budza. Drugie 25 minut rozpoczęło się od naporu Pojemnej Haliny, ale kapitalnie spisywał się Petlyak, który bronił strzały Przyborka, Nahornego, Cichawy i Mazura. Dopiero Petasz indywidualną akcją zdołał wyprowadzić swój zespół na prowadzenie 3:2. Ostatnie minuty należały do jego kolegów z zespołu. Najpierw wynik podwyższył Przyborek strzelając gola bezpośrednio z rzutu rożnego a wszystko zakończył Mazur ustalając rezultat na 5:2 dla Pojemnej Haliny.

Zespół Strefy Podium do spotkania z EXC Mobile Ochota przystępował z serią dwóch zwycięstw, natomiast ich przeciwnik w ostatniej kolejce musiał uznać wyższość swoich rywali i zakończył zmagania bez zdobyczy punktowej. Lepiej mecz rozpoczęli zawodnicy gospodarzy, którzy już w 2 minucie wyszli na prowadzenie. Kolejne fragmenty należały do gości, którzy coraz częściej gościli w polu karnym rywali, czego efektem były dwie strzelone bramki. Pod koniec pierwszej połowy do wyrównania doprowadził zespół gospodarzy, jednak ostatnie słowo w tej części meczu należało do zawodników z Ochoty, którzy zdobywając bramkę zeszli na przerwę z minimalną przewagą. Początek drugiej części spotkania to podwyższenie prowadzenia zespołu dowodzonego przez Sebastiana Dąbrowskiego, ale już minutę później prowadzenie zmniejszyło się ponownie do jednej bramki. Kolejne pięć minut to koncertowa gra zespołu gości, którzy aż trzykrotnie zdołali pokonać bramkarza rywali. Jak się okazało to były kluczowe minuty dla losów tego spotkania, ponieważ kilkubramkowa strata bramkowa wyraźnie załamała Strefę Podium, której ataki nie były już tak częste jak wcześniej. Po bardzo wyrównanej pierwszej połowie w drugiej zawodnicy EXC Mobile Ochota odskoczyli swoim rywalom na bezpieczną przewagę, którą utrzymali do końca meczu. Ostatecznie wygrali 9:4, dzięki czemu utrzymali matematyczne szanse na zdobycie mistrzostwa Ekstraklasy. Zawodnicy Strefy Podium nie wytrzymali tempa tego spotkania i z boiska zeszli bez jakichkolwiek punktów.

Walczące nadal o trzecie miejsce Esportivo Varsovia podejmowało broniącego się przed spadkiem Tura. Gospodarze nie dość, że mają sporo kontuzji, to borykają się z problemami by skompletować meczową szóstkę. Nie inaczej było i tym razem, gdzie Eryk Zieliński musiał natrudzić się, by znaleźć ludzi do grania. Goście wiedzą, że nie mają już marginesu błędu w tej rundzie i na mecz stawili się w najmocniejszym możliwym składzie. Od początku to Tur miał inicjatywę i po niespełna pięciu minutach było już 0:2. Konrad Wojtkielewicz dwa razy znakomicie dograł piłkę do Piotra Branickiego a ten nie zmarnował znakomitej sytuacji. Kolejne trafienia nie dawały złudzeń, że będzie to ciężka przeprawa dla gospodarzy. Zespół z Ochoty nie zatrzymywał się i zdobywał kolejne bramki. Przy stanie 0:4 pierwsze trafienie zaliczyło Esportivo. Sylwester Wielgat mocnym strzałem nie dał szans bramkarzowi gości i zrobiło się 1:4. Obie ekipy dorzuciły po jednym trafieniu i do przerwy było 2:5. Po zmianie stron rozpędzona ekipa z Ochoty wręcz nie schodziła z połowy przeciwnika. Kolejne akcje całego zespołu nakręcały wynik. Co więcej Tur nie zatrzymywał się i dążył do strzelania kolejnych bramek, co przed ciężkimi meczami jakie jeszcze przed nimi miało poprawić skuteczność i bilans bramkowy w tabeli. Esportivo pogodzone że w tym meczu o punkty będzie ciężko starało się dograć do końca minimalizując rozmiary porażki. Na wyróżnienie zasługuje Kuba Woźniak, który robił co mógł w ataku, lecz wobec dobrej defensywy Tura nie zawsze miał okazje do wykańczania akcji swojego teamu. Ostatecznie Tur rozgromił Esportivo 5:14 i dał sygnał rywalom, że zrobi wszystko by pozostać w Ekstraklasie. Ekipa Eryka Zielińskiego myśli już raczej o dokończeniu sezonu i szkoda chłopaków bo pierwsza runda wskazywała że mogą powalczyć nawet o mistrzostwo a najprawdopodobniej skończą sezon w środku tabeli.

1 Liga

Rozpędzona na wiosnę Zjednoczona Ochota miała w niedzielę za cel, aby po swoim meczu wreszcie znaleźć się w tabeli w innej strefie, niż ta zaznaczona na czerwono. Do tego były potrzebne dwa elementy – własne zwycięstwo nad MixAmatorem oraz porażki Warszawskiej Ferajny i Narodowego Śródmieścia. I jak się okazało na koniec dnia – wszystkie te warunki zostały spełnione, dzięki czemu drużyna Daniela Gałązki wreszcie znalazła się nad strefą spadkową! A jak wyglądał ich niedzielny mecz z MixAmatorem? Nie chcielibyśmy sprowadzać tej potyczki do jednej sytuacji, ale nie da się ukryć, że jednym z decydujących momentów była kontuzja w obozie rywala Łukasza Widelskiego. Nie dość, że mówimy o bardzo dobrym zawodniku, to dodatkowo MixAmator pozostał bez ani jednego zmiennika, co utrudniło mu udźwignięcie łatki faworyta tego spotkania. Drużyna Michała Fijołka trzymała się jednak bardzo dzielnie, po pierwszej połowie przegrywała tylko 0:1, lecz w drugiej nie miała już nic do powiedzenia. Dało o sobie znać zmęczenie, rywal wykorzystywał atut dłuższej ławki rezerwowych i wynik zaczął rosnąć na korzyść Zjednoczonej. Ze stanu 0:1 w pewnym momencie było już 0:7 i dopiero w samej końcówce, gdzie Ochota była już pewna swego, MixAmatorowi udało się zmniejszyć rozmiary porażki, a gole zdobyli wspomniany Michał Fijołek oraz Mateusz Karpiński. Na pewno nie tak wyobrażali sobie ten mecz gracze Mixa. Tyle że nawet ze zdrowym Łukaszem Widelskim nie mieliby tutaj łatwo i wydaje się, że porażka z nim czy bez niego, była nieuchronna. Zjednoczona Ochota była drużyną konkretniejszą, dobrze zabezpieczającą tyły i chyba nawet przez chwilę nie miała obaw, że może jej się tutaj stać jakakolwiek krzywda. Ten zespół nie może się jednak zadowolić ani tym zwycięstwem, ani też faktem, że wreszcie odbił się od dna. Bo tutaj wciąż trzeba pracować i grać na najwyższych obrotach, bo tylko w ten sposób uda się osiągnąć cel jakim jest utrzymanie. Zwłaszcza, że najgroźniejsi rywale niczego nie oddadzą im za darmo. Z kolei MixAmator musi po prostu dograć ten sezon, bo mamy wrażenie, że powoli jest już nim zmęczony. I w pewnym stopniu wcale nas to nie dziwi, bo nie jest łatwo być zespołem środka tabeli, gdzie nie grożą ci ani puchary, ani spadek. A w takiej właśnie sytuacji jest MixAmator, który musi znaleźć jeszcze trochę wewnętrznej motywacji, by zdobyć jeszcze kilka punktów i dokończyć ten sezon na szóstej pozycji w ligowej hierarchii.

Zdecydowanym faworytem spotkania pomiędzy FC Otomany z Green Lantern byli gospodarze, którym brakuje bardzo niewiele do awansu do Ekstraklasy. Zespół gości po kilku pechowych stratach punktów w poprzednich meczach zamyka ligową tabelę i żeby myśleć o utrzymaniu musi zacząć punktować. I od początku było widać, że nie składa jeszcze broni i długimi fragmentami grał jak równy z równym ze znacznie wyżej notowanym rywalem. Pierwszy poważny błąd popełnił pod koniec pierwszego kwadransa gry, gdy jeden z zawodników stracił piłkę na połowie przeciwników i kontra zakończyła się pierwszą bramką gospodarzy. Pod koniec premierowej części meczu zawodnicy Otomanów ponownie pokonali golkipera gości i wyszli na dwubramkowe prowadzenie. Prowadzenie, którego długo nie utrzymali, bo chwilę po strzelonej bramce z rzutu karnego zostali pokonani przez zawodnika rywali i drużyny schodziły na przerwę z wynikiem 2:1 dla gospodarzy. Druga połowa wyglądała bardzo podobnie do pierwszej części spotkania. Obydwie drużyny bardzo mądrze grały w obronie, przez co rywale długimi fragmentami nie byli w stanie poważniej zagrozić przeciwnikom. W ostatnich fragmentach meczu zawodnicy Green Lantern postanowili bardziej się otworzyć, żeby gonić wynik, jednak efekt był zupełnie odwrotny. Gospodarze wykorzystywali każdy błąd w defensywie przeciwników, czego efektem były trzy strzelone bramki, które ustaliły wynik spotkania na 5:1. Zespół FC Otomany po bardzo wyrównanym meczu zdobywa trzy punkty i robi kolejny krok do końcowego triumfu na tym poziomie rozgrywkowym. Zespół Green Lantern po kolejnym niezłym meczu schodzi z boiska jako drużyna pokonana, ale cały czas ma bardzo realne szanse na zajęcie miejsca gwarantującego utrzymanie. 

Warszawska Ferajna w poprzedniej serii uporała się z Narodowym Śródmieściem i łatwo się domyśleć, że przeciwko Almazowi bardzo chciała zbudować serię zwycięstw. A ponieważ rywale z Ukrainy, w swoich ostatnich dwóch spotkaniach stracili ważne punkty z ekipami z dołu tabeli, to wydawało się, że jest tutaj szansa na pozytywny scenariusz dla ekipy Kacpra Domańskiego. Boiskowe realia okazały się jednak dość brutalne dla jego drużyny. Początek nie wskazywał na to, że to może skończyć się tak źle, albowiem Ferajna z dużą werwą rozpoczęła zmagania, co zresztą przyniosło efekt w postaci zdobytej bramki. Myśleliśmy, że chłopakom uda się pójść za ciosem, jednak oponenci mieli w tym temacie zupełnie inne zdanie. Z minuty na minutę gra Almazu zaczęła się zazębiać, szybko udało się doprowadzić do remisu, z kolei na 2:1 dla faworytów przepięknego gola zdobył Ihar Bakun. Minimalnym prowadzeniem drużyny z Ukrainy zakończyła się pierwsza połowa. Na początku drugiej Ferajna znów wyszła na dużej determinacji, ale ten zespół został szybko sprowadzony na ziemię. Błyskawicznie zrobiło się bowiem 1:3, a potem kolejnego fantastycznego gola do kolekcji dołożył Ihar Bakun i tutaj nic już nie mogło się wydarzyć. Faworyci kontrolowali mecz, a trzeba powiedzieć, że pod nieobecność Eduarda Vakhidova bardzo dobrze w bramce spisywał się Jurii Rubasnhyi. Nominalnie jest to zawodnik z pola, ale między słupkami też świetnie sobie radził, a dodatkowo kapitalnie czytał grę i swoimi odważnymi wyjściami skasował wiele okazji dla przeciwników. Końcowy wynik brzmiał 7:2, co oznacza, że Almaz nadal będzie się liczył w walce o najniższy stopień podium. Ferajna znalazła się z kolei w strefie zagrożonej spadkiem i jeżeli w niedzielę nie zdobędzie punktów z Green Lantern, to jej sytuacja ze złej może się zmienić w tragiczną.

Explo Team nie widziało innej opcji w niedzielę, niż pewna wygrana nad dołującym Narodowym Śródmieściem. Perspektywa trzech punktów była bardzo realna, zwłaszcza że skład jaki Explo wystawiło na tę potyczkę był naprawdę obiecujący, z kolei Marek Szklennik musiał się zmagać z kilkoma nieobecnościami. Ale nawet one nie usprawiedliwiają Narodowców w kontekście tego, co ta drużyna zaprezentowała zwłaszcza w pierwszej odsłonie tego meczu. Rywale przejechali się bowiem po nich walcem i tak naprawdę, to już po 7-8 minutach było po meczu. Faworyci zdobywali gola za golem, szybko zbudowali sobie gigantyczną przewagę, a wynik 8:0 nie pozostawiał złudzeń, jak to się wszystko zakończy. W obozie Narodowego doszło do sytuacji, że z bramki postanowił zejść Marek Reszczyński, który miał dość wyciągania piłki z siatki, co sugerowało, że tutaj może się skończyć naprawdę bardzo wysoko. Ale paradoksalnie zastępujący go między słupkami Patryk Nowicki spisywał się bardzo dobrze i Narodowe trochę odżyło. Jeszcze do przerwy udało się zdobyć dwie bramki, po przerwie również i rezultat wreszcie zaczął wyglądać odrobinę lepiej. Marek Reszczyński ostatecznie wrócił do bramki i w wielu sytuacjach zaliczał świetne interwencje. Gracze Explo, mimo że ich przewaga trochę stopniała, to chyba nie czuli żadnego zagrożenia, bo z łatwością marnowali kolejne okazje, jednak zbytnio się tym nie przejmowali. W końcówce włączyli jednak wyższy bieg, co pozwoliło im nie tylko przekroczyć dwucyfrówkę, ale również dwucyfrowo pokonać oponenta różnicą aż dziesięciu goli. Był to niestety mecz bez wielkiej historii, bo Narodowcy tylko kilka minut zagrali na takim poziomie, na którym musieliby zagrać cały mecz, aby mieć tutaj jakiekolwiek szanse. To powoduje, że są coraz bliżej spadku z ligi. Szczególnie, że w tej rundzie nie ma gorszej ekipy od nich, bo każda drużyna zdobyła już jakieś punkty, a oni jeszcze ani jednego. To niestety nie wróży najlepiej. Natomiast Explo Team trzyma się dzielnie za plecami Contry i wciąż ma nadzieję, że wskoczy na podium na koniec sezonu. Teraz przed nimi trzy kluczowe mecze i naszym zdaniem, jeśli zagrają w nich na miarę swoich możliwości, to powinni swój cel osiągnąć. Bo potencjał (zwłaszcza gdy im się chce) mają naprawdę niewyczerpany.

Świetne, 1-ligowe widowisko oglądaliśmy w starciu Contry i Warsaw Bandziors. Gospodarze, aby myśleć o szansach na mistrzostwo musieli pokonać lidera tego szczebla rozgrywkowego, także mobilizacji nie brakowało. Dość zaskakująco gładko dla Contry potoczyły się losy w pierwszej połowie, w której gracze ekipy Michała Raciborskiego wypracowali sobie trzybramkowe prowadzenie, zachowując przy tym czyste konto. Bramki w tej części spotkania strzelali Radek Parszewski, Tomek Zagórski oraz Maciek Kurpias. Niewiele wskazywało na to, aby "Bandziory" miały się włączyć do walki o punkty, zwłaszcza że tuż po zmianie stron bramkę dla gospodarzy zdobył Filip Krakowiak i było już 4:0. To co się jednak wydarzyło w kolejnych trzech minutach, trzeba nazwać swoistą terapią szokową dla Contry. Dwie bramki po przechwytach Norberta Stachury oraz indywidualna akcja powracającego po operacji Szymona Kołosowskiego i stan rywalizacji brzmiał już tylko 4:3! Wtedy jednak o swoim niemałym talencie ofensywnym przypomniał Dawid Biela. Niezbyt widoczny w pierwszej odsłonie, jednak zabójczo skuteczny w drugiej części potyczki napastnik Contry wpisywał się dwukrotnie na listę strzelców w kluczowym momencie. Dzięki jego trafieniom gospodarze odskoczyli na trzy bramki do stanu 6:3, co zdecydowanie uspokoiło ich grę. Wynik spotkania na 6:4 ustalił Mikołaj Kiełpsz, który nie zmarnował dobrego podania od kapitana, Szymona Kołosowskiego. Czołówka tabeli zrobiła się niesamowicie ciekawa po zwycięstwie Contry, niemniej Warsaw Bandziors wciąż pozostają na drugim miejscu.

2 Liga

W zapowiedziach tego meczu prognozowaliśmy, że może paść mało bramek ze względu na dobrze funkcjonujące defensywy obu zespołów. O dziwo wynik był dość wysoki, a strzelanie zaczęło się już od pierwszych minut. W 2 minucie debiutujący w tym spotkaniu bramkarz Energii przy piąstkowaniu nie trafił w piłkę, a w zawodnika rywala i sędzia podyktował „jedenastkę”, którą pewnie wykorzystał Grzegorz Dybcio. Początek nie był więc zbyt dobry dla gospodarzy, ale szybko zabrali się za odrabianie strat. Sygnał do lepszej gry dał Igor Petlyak, który co prawda najpierw obił poprzeczkę, ale chwilę później był bardziej skuteczny i dwukrotnie wpisał się na listę strzelców. Energia poszła za ciosem, a świetną robotę w tym czasie wykonał Aidyn Yessaly, który najpierw minął paru rywali i wyłożył piłkę do pustej bramki Oleksandrowi Yakubiakowi, a następnie kapitalnym podaniem, które minęło całą obronę przeciwnika, znalazł w polu karnym Volodymyra Oksaka. Gdy na 5:1 podwyższył Dmytro Stetsiuk wydawało się, że jest już po meczu, ale Tylko Zwycięstwo w samej końcówce wróciło do gry. Dwie bramki tuż przed gwizdkiem kończącym pierwszą część dawało nadzieję na odwrócenie losów spotkania. Niestety dla gości druga część storpedowała te plany, bo Energia podwyższyła prowadzenie i miała ten mecz pod kontrolą, nie dając rozwinąć się oponentom. Coraz lepiej wyglądała współpraca gospodarzy z bramkarzem i choć nie dawał on tyle w ofensywie co Volodymyr Slobozheniuk i nie zapędzał się na połowę rywali, to często brał udział w rozgrywaniu akcji. Tylko Zwycięstwo musiało uznać wyższość rywala ulegając ostatecznie 8:4. Energia wygrywała większość przebitek i stykowych piłek i to też miało spory wpływ na taki wynik. Energia wciąż walczy o tytuł z GGS-em, natomiast Tylko Zwycięstwo musi się teraz skupić na obronie trzeciego miejsca.

Gracze Bonito Warszawa oraz Orlika Mokotów nadal liczą się w walce o medale, a jako, że w tabeli dzieliło ich raptem parę punktów, ten mecz zapowiadał się na bardzo zacięty. Nie za bardzo wiemy, co stało się z graczami gospodarzy w pierwszej połowie, ale zupełnie w niej oddali inicjatywę rywalom. Zaczęło się od ładnej akcji dwójkowej Tomka Hubnera oraz Oskara Barusia, po której spokojnie piłkę do bramki skierował drugi z wymienionych graczy. Przy akcji na 0:2, po dośrodkowaniu Patryka Urmanowskiego do piłki wystartował ponownie Oskar Baruś, tym razem pokonując Lucjana Barana strzałem głową. Świetne podanie od Tomka Hubnera do Arka Urmanowskiego i mamy bramkę na 0:3! Kiedy po zamieszaniu w polu karnym na listę strzelców wpisał się Patryk Kramek wynik brzmiał 0:4 i wszyscy się zastanawiali, dlaczego gracze Bonito pozwolili na tak gładkie przejęcie inicjatywy. Strzelecką niemoc gospodarzy przełamał Wiktor Mądry, który nie zmarnował podania Leona Hendigery. Jednakże wynik pierwszej odsłony ustalili goście, którzy po bramce Tomka Hubnera zakończyli tę część rezultatem 1:5. Wydarzenia z pierwszej odsłony nie napawały optymizmem graczy gospodarzy. Jakże miłym zaskoczeniem dla obrazu gry była postawa Bonito w drugiej połowie! Genialne zawody rozgrywał Leon Hendigery, który przeprowadził istną remontadę niemalże w pojedynkę. Brał udział przy kolejnych pięciu trafieniach, wyprowadzając swój zespół z deficytu 2:5 do stanu 7:5! W tym czasie trzykrotnie wpisywał się na listę strzelców, a także dwukrotnie asystował. Gracze Orlika niedowierzali w obrót spraw na murawie i tylko łapali się za głowę przy kolejnych bramkach strzelanych przez rywali. Ostatecznie gospodarze odwrócili losy tego meczu i wygrali potyczkę 9:7, dzięki czemu zachowali szansę nawet na złoto!

Czwarta w tabeli 2.ligi drużyna Ukranian Vikings podejmowała szóstą drużynę ligowej stawki Dziki Młochów. Już w 3 minucie gospodarze trafili na 1-0. Yeugen Sirotenko (5 bramek i 3 asysty) trafił po długim rogu po bardzo ładnym podaniu Vasyla Pidluzhnyi (3 bramki i 1 asysta). Dwie minuty później Vikingowie z Ukrainy prowadzili już 2-0 i to ponownie za sprawą wyżej wymienionego duetu. Dziki oczywiście starali się atakować, mieli swoje okazje, mieli sam na sam, mieli nawet 3vs1, ale na drodze do zwycięstwa stanął im bramkarz gospodarzy, popularny "Eduardo" Eduard Vakhidow. To co wyczyniał na bramce ten golkiper przechodzi ludzkie pojęcie. Pięć obronionych sytuacji sam na sam oraz jeden karny w pierwszej połowie mogły zdołować każdego przeciwnika. Patrząc na grę tego golkipera na myśl przychodzą człowiekowi występy najlepszych bramkarzy na świecie. Ściana a nie bramkarz. Brawo! Vikingowie dzięki grze zespołowej oraz indywidualnym wyczynom swojego golkipera do końca pierwszej połowy nie oddali już prowadzenia i schodzili do szatni z wynikiem 4:2. Druga odsłona meczu to można powiedzieć dominacja gospodarzy. Celne podania, sprytne zagrania, szybkie kontry. To jest to cechowało zawodników Vikingow. Zdominowali oni środek pola i Dzikom bardzo ciężko było przebić się i stwarzać sobie okazje. Oczywiście goście nie ziewali i trafili do bramki rywala dwa razy w drugiej połowie, lecz było to o wiele za mało na świetnie dysponowaną drużynę gospodarzy. Mecz zakończył się wynikiem 10-4 dla Ukranian Vikings i było to zasłużone zwycięstwo. Tabela w 2.lidze na szczęście jest bardzo wyrównana w tym sezonie, wiec tak naprawdę siedem ekip ma jeszcze szansę na awans i każde 3 punkty są na wagę złota. 

W poprzedniej rundzie Orzeły Stolicy miały często spore problemy z zebraniem składu, co bezpośrednio przekładało się na słabe wyniki. Obecnie team Jana Wnorowskiego wykazuje się wzorową wręcz frekwencją, za to FC Górka już na wstępie podkręciła sobie poziom trudności tego meczu, stawiając się raptem w sześciu. Szybko dało to o sobie znać, bo nie minęły nawet 2 minuty gry, a Orzeły wyprowadziły trzy, bardzo groźne ataki, w tym jeden zakończony golem Aleksandra Szarkowskiego. Goście to jednak waleczna i doświadczona drużyna, która potrafi wykorzystać nawet chwilowy brak koncentracji u przeciwnika i w 7 minucie gola wyrównującego zdobył Krzysztof Syty. Górka szanowała posiadanie piłki i mądrze rozgrywała od swojej bramki i Orzeły miały spory problem z rozgryzieniem takiego stylu gry. Co ciekawe taktyka ta przyniosła też niespodziewany obrót spraw, bo po kwadransie goście prowadzili już 1:3, a Krzysztof Syty miał na koncie hat-tricka. Napad gospodarzy obudził się jeszcze przed przerwą i gola kontaktowego strzelił Aleksander Szarkowski. W drugiej połowie powoli dawało znać o sobie zmęczenie w zespole niebieskich, ale kiedy trzeba było, skutecznymi paradami wykazywał się golkiper Cezary Łobodziński. Skapitulował w 33 minucie po golu Maxa Mahora, a gol ten uskrzydlił Orzeły, które szybko wbiły kolejną bramkę, a na listę strzelców wpisał się wracający po dłuższej przerwie Damian Długosz. Gospodarze wyszli na prowadzenie, którego nie oddali już do końca spotkania, choć niewiele zabrakło, aby Górka mimo wszystko odwróciła losy tej potyczki. W 43 minucie na 5:3 trafił Aleksander Szarkowski, ale goście odpowiedzieli trafieniem Krzysztofa Sytego. Do końca meczu pozostało jeszcze 5 minut, jednak zawodnikom Górki jakby zabrakło determinacji, aby rzucić się w ostatnią pogoń za wynikiem. Nadzieje na wyrównanie w ostatniej minucie meczu rozwiał Damian Długosz i wygrywając 6:4 Orzeły wciąż pozostają niepokonane w tej rundzie.    

Wicelider drugiej ligi zespół Gracze Gorszego Sortu tydzień temu nie wykorzystał potknięcia lidera, z którym ma taką samą liczbę punktów i chcąc pozostać w walce o pierwsze miejsce musiał pokonać drużynę Eternisu, dla której brak punktów w tym spotkaniu zwiastował tylko matematyczne szanse na opuszczenie strefy spadkowej. Gospodarze od samego początku przeważali na boisku dyktując własne warunki. Pierwsza bramka na konto GGs-u padała już w 3 minucie spotkania, a jej autorem był najlepszy snajper na boisku - Arkadiusz Waszak, który rozwiązał worek z bramki dla siebie i swojej drużyny. Goście nie byli w stanie postawić się rywalowi tracąc pięć goli i nie zdobywając ani jednego w pierwszej połowie. Druga odsłona tego jednostronnego meczu nie przyniosła zbyt widocznych zmian w grze zawodników Eternisu. Gospodarze natomiast nie zwalniali tempa, regularnie pokonując bramkarza rywala. Dziewięć zdobytych goli (łącznie 7 Arkadiusza Waszaka) i zero straconych ustaliło końcowy wynik meczu aż 14:0, co na tym poziomie rozgrywek zdarza się niezwykle rzadko. Wygrana daje szanse zawodnikom GGS-u na sięgnięcie po mistrzostwo, a zbliżający się mecz pomiędzy nimi a liderem zapowiada się niezwykle ekscytująco. Natomiast porażka Eternisu bardzo utrudniła opuszczenie „czerwonej” strefy, pozostawiając szanse na poziomie iluzorycznym.

3 Liga

Mecz drużyn, które są na dwóch innych ścieżkach w tym sezonie. FC Freedom ma już raczej iluzoryczne szanse na utrzymanie, natomiast ich przeciwnicy pewnie zmierzają ku wyższej klasie rozgrywkowej. Różnicę w umiejętnościach obu ekip było widać od początku spotkania. Faworyci stosowali bardzo wysoki i agresywny pressing, co opłaciło się już w 2 minucie, bo właśnie wtedy Michaliuk przejął futbolówkę blisko pola karnego rywali, podał do Sycheuskiego i mieliśmy otwarcie wyniku. Niespodziewane wyrównanie przyszło kilka chwil później po świetnej indywidualnej akcji Tichonenki. Radość gospodarzy nie trwała długo, bo Sycheuski zdobył drugą bramkę, tym razem z rzutu wolnego. Ten sam gracz skompletował hat-tricka jeszcze przed przerwą, a kiedy chwilę później gola dorzucił Michaliuk, to sytuacja gospodarzy mocno się skomplikowała. Przed przerwą obie ekipy dorzuciły jeszcze po jednym golu i po 25 minutach mieliśmy rezultat 5:2 dla faworytów. Druga odsłona zaczęła się od zmasowanych ataków Goodfellas. Próbował Sycheuski, próbował Manzhaliy i w końcu te próby przyniosły skutek, kiedy to ten drugi po indywidualnej akcji podwyższył prowadzenie swojego zespołu. Kilka minut później grę w przewadze wykorzystali gospodarze, zbliżając się do gości na trzy gole. Jeszcze lepiej było w 46 minucie, kiedy to Abramau popisał się kapitalną akcją i różnica między zespołami wynosiła tylko dwa trafienia. Ostatnie słowo należało jednak do faworytów. Michaliuk dobrze przymierzył z rzutu wolnego i AFC Goodfellas pokonało FC Freedom 7:4.

W trzeciej lidze dużo więcej emocji spodziewaliśmy się po spotkaniu Wilanowskich Wilków z Kanonierami. Jednak patrząc na skład jakim dysponował Artur Baradziej- Szczęśniak wiedzieliśmy że będzie niezwykle ciężko o punkty w tym spotkaniu. Początek to zdecydowana przewaga gospodarzy, którzy raz po raz ostrzeliwali bramkę gości. Okres przewagi to szybkie trafienie gospodarzy i worek z bramkami rozwiązał się na dobre. Wydaje się, że Kanonierzy przegrali ten mecz już przed pierwszym gwizdkiem, bo widać było brak wiary w to, że można nawiązać walkę z Wilkami. Szczególnie aktywni w ofensywie byli Borys Ostapenko i Oleh Vasylenko. To oni swoimi indywidualnymi umiejętnościami potrafili rozmontowywać defensywę gości. Gdy na boisku pojawił się Oleh Vasylenko, to praktycznie każda piłka była kierowana do niego a napastnik Wilków wykorzystywał seryjnie swoje sytuacje. Do przerwy było 9:1 i próżno było szukać jakiegoś zwrotu akcji w drugich 25 minutach. Faworyci mając wysoki wynik cały czas dążyli do ataków i powiększania i tak już ogromnej przewagi. Mecz zakończył się wynikiem 17:2 a honorowe trafienia dla Kanonierów zaliczyli Kacper Urban oraz Marcel Mich. Goście muszą w kolejnych meczach wziąć się w garść, bo problemy kadrowe swoją drogą, ale według nas najbardziej szwankuje mentalność oraz niepotrzebne wzajemne pretensje do kolegów z drużyny. Wilanowskie Wilki nie ponosząc żadnej porażki prowadzą w tabeli i dzięki tej wygranej zapewnili sobie mistrzostwo 3 ligi. Kanonierzy muszą cały czas walczyć o ligowe punkty i utrzymanie w lidze.

Spotkanie pomiędzy Awanturą Warszawa a East Team zapowiadało się bardzo ciekawie. Co prawda obie ekipy sąsiadują w tabeli, jednak przewaga punktowa gospodarzy była dość wyraźna. Teoretycznie faworyt był więc jasny. Wynik spotkania już w 6 minucie otworzył Sebastian Dydecki, a kilka minut później Sebastian Dominiak podwyższa rezultat. Gospodarze przeważali praktycznie w każdym elemencie piłkarskiego rzemiosła. W kolejnych minutach brakowało tylko skuteczności, a wynik mógłby zdecydowanie wyższy. Do końca pierwszej połowy rezultat już się nie zmienił i na przerwę schodziliśmy przy wyniku 2-0. Po zmianie stron obraz gry się nie zmienił, Awantura cały czas dominowała a gospodarze mili problem z konstrukcją jakichkolwiek akcji zagrażających bramkarzowi Awantury. Gospodarze chyba nie spodziewali się, że będą aż tak dobrze dysponowani tego dnia. Zespół Sebastiana Dydeckiego nie ustawał w atakach i po golu Grzegorza Himkowskiego prowadził już 3-0. Z przebiegu meczu nic nie wskazywało na to, że goście mogą w jakikolwiek sposób zagrozić zawodnikom gospodarzy. W kolejnych minutach Awantura kontynuowała swoje ataki, a zawodnicy East Teamu byli bezradni i czasami rozpaczliwym interwencjami ratowali się z opresji. Po 40 minutach gry mieliśmy już 5-0. Gościom brakło zdecydowania i skutecznego wykończenia akcji, za to gospodarzom wychodziło niemalże wszystko i mecz zakończył się wysokim wynikiem 7-0. Dzięki temu zwycięstwu Awantura Warszawa zbliża się do trzeciego miejsca, do którego traci już tylko dwa punkty. A East Team już teraz musi myśleć o poprawie gry, aby w kolejnych kolejkach skutecznie walczyć o utrzymanie w lidze.

Bardzo ciekawie zapowiadało się spotkanie pomiędzy drużyną Smocza Furioza Old Eagles Koło. Gospodarze cały czas desperacko walczą o utrzymanie w 3 lidze, natomiast Orzełki po serii kilku przegranych meczów mieli już tylko punkt przewagi nad strefą spadkową. Spotkanie od początku rodziło wiele emocji, zarówno tych piłkarskich jak i pozasportowych. Początek spotkania należał do gospodarzy, to oni prowadzili grę i stwarzali sobie więcej sytuacji do zdobycia bramki. Niestety często brakowało dokładności i zrozumienia w grze zawodników „Furiozy”. Goście natomiast mądrze się bronili i często kontratakowali. Właśnie po jednej z takich kontr Marcin Nałęcz zdobył pierwszego gola. Chwilę później po podaniu Michała Skalskiego ten sam zawodnik wyprowadził swój zespół na dwubramkowe prowadzenie i mieliśmy 0-2. Po kilku słabszych minutach do pracy wzięli się gospodarze i jeszcze przed przerwą Daniel Grzegory zdobywa swoją pierwszą bramkę w tym meczu. Na przerwę schodziliśmy przy wyniku 1-2. Drugą połowę od mocnego uderzenia rozpoczęli gospodarze. Na indywidualną akcję zdecydował się Aleksander Janiszewski, który biegnąc z piłką od własnej bramki przedryblował niemal wszystkich zawodników gości i płaskim strzałem po ziemi doprowadził do remisu. Od tego momentu na boisku byliśmy świadkami prawdziwego rollercoastera. Obie ekipy postawiły na bardzo ofensywny styl gry i często zapominały o obronie. Bramki padały po obu stronach boiska, a prowadzenie w meczu przejmowała raz jedna raz druga drużyna. Przy stanie 5-5 kwestia rozstrzygnięcia spotkania była jeszcze otwarta. W końcówce liczyło się zmęczenie i kto zachował więcej sił na ostatnie minuty meczu. Tych zdecydowanie więcej mieli młodzi zawodnicy Smoczej Furiozy i to oni za sprawą duetu Janiszewski-Grzegory wyprowadzają swój zespół na prowadzenie. W ostatnich minutach meczu gospodarze zdobywają jeszcze jedną bramkę, czym ustalają rezultat tego spotkania na 7-5. Dzięki wygranej Smocza Furioza ma jeszcze realne szanse na utrzymanie w lidze, dla Orzełków natomiast jest to czwarta porażka z rzędu i sytuacja w tabeli robi się nieciekawa. Obie drużyny mają jeszcze wszystko w swoich rękach, ale muszą zdecydowanie poprawić grę w obronie, by myśleć o pozytywnych wynikach w kolejnych bardzo ważnych meczach. 

Będąca na najniższym stopniu podium trzeciej ligi drużyna FC Ballers grała przeciwko Wiernemu Służewcowi, który zajmuje miejsce w środku tabeli. Gospodarze wyszli na prowadzenie już w 2 minucie, lecz nie cieszyli się z niego długo, gdyż niespełna minutę później po złym podaniu piłkę dopadli goście i na tablicy wyników widniał remis. Gospodarze mieli szansę w 11 minucie na strzelenie gola i wtórne prowadzenie w meczu. Michał Karaś podszedł do wykonania rzutu karnego i skierował piłkę poza zarys bramki Wiernego Służewca. Zmarnowaną okazję wykorzystali goście, którzy dwie minuty później po raz pierwszy wyszli na prowadzenie. Zaangażowanie i chęć wygrania tego meczu przez zawodników obu zespołów pozwoliło obejrzeć nam jeszcze trzy bramki z korzyścią dla gości, którzy na przerwę schodzili z dwubramkową przewagą. Dalsza rywalizacja była jeszcze ciekawsza, mimo, że nie przyniosła nagłego zwrotu akcji. Obie ekipy grały dokładną i szybką piłkę a walka toczyła się głównie w środkowej strefie boiska i była przeplatana efektownymi akcjami pod obiema bramkami. Tak samo jak w pierwszej połowie, tak i w tej gole padały jeden za drugim a ich kumulacja nastąpiła na dwie minuty przed końcem, kiedy to byliśmy świadkami aż czterech trafień (jeden dla Wiernego Służewca – trzy dla FC Ballers). Pogoń za niżej notowanym rywalem nie przyniosła pożądanego efektu i drużyna Artioma Pastushyka przegrała jedną bramką. Mając już tylko dwa „oczka” przewagi nad czwartym miejscem musi skupić się na nadchodzących spotkaniach, aby utrzymać miejsce na podium. Wierny Służewiec dzięki wygranej cały czas jest w grze o udział w naszych Pucharach, lecz tutaj sprawa rozstrzygnie się prawdopodobnie dopiero w ostatniej kolejce.

4 Liga

Spotkanie pomiędzy zespołami FC Tartak oraz LTM Warsaw to mecz drużyn broniących się przed spadkiem. Gospodarze jeszcze kilka kolejek temu byli wymieniani jako drużyna aspirująca do walki o podium, jednak po dwóch kolejnych porażkach baczniej muszą się przyglądać sytuacji w dolnych rejonach tabeli. Goście natomiast po kilku dobrych spotkaniach zmniejszyli straty do bezpiecznej lokaty i całkiem realnie mogą myśleć o utrzymaniu ligowego bytu. Pierwsze minuty to koncertowa gra gospodarzy, którzy wyszli na trzybramkowe prowadzenie. Chwilę później rolę się odwróciły i strzelając trzy bramki goście doprowadzili do wyrównania. W kolejnych minutach byliśmy świadkami wielu sytuacji podbramkowych z obydwu stron, czego efektem były kolejne gole. W pierwszej połowie meczu o jedno trafienie lepsi byli gospodarze i to oni schodzili na przerwę z prowadzeniem 7:6. Początek drugiej części meczu to kolejna wymiana ciosów, z której z biegiem czasu lepiej wychodzili goście i od stanu 8:8 powoli przejmowali kontrolę nad spotkaniem. Gospodarze złapali lekką zadyszkę, która okazała się kluczowa dla losów meczu. Goście raz po raz wykorzystywali braki w defensywie przeciwników i z biegiem czasu powiększali swoją przewagę. Prym w tym wiódł duet Krzysztofów Mikulski-Kulibski, którzy razem zdobyli 13 bramek i zanotowali 6 kluczowych podań. Mecz zakończył się zwycięstwem zespołu LTM Warsaw 14:9 i zespół ten bardzo szybko podniósł się po wysokiej porażce odniesionej w zeszłej kolejce. Zespół FC Tartak po bardzo dobrej pierwszej połowie musiał uznać wyższość swoich rywali i ma już tylko dwa punkty przewagi nad strefą spadkową. 

Z perspektywy tabeli spotkanie pomiędzy Compatiblem a Oldboys Derby nie powinno być trudnym zadaniem dla tych drugich. Wiemy jednak, że tabela to jedno a rzeczywistość to drugie, zwłaszcza w piłce nożnej 6-osobowej. Początek meczu wskazywał na to, że faktycznie goście będą stroną przeważającą, która bez problemów sięgnie po zwycięstwo. W 3 minucie Pryjomski stanął przed świetną okazją do pokonania bramkarza rywali, ale przegrał pojedynek sam na sam. Chwilę później Łukasiewicz trafił w poprzeczkę po strzale z rzutu wolnego. W 6 minucie Pryjomski dopiął swego i wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Ten stan rzeczy nie trwał długo, bo na 2:0 strzelił Kurowski. I po tym golu obudzili się gospodarze. Próbował Petlyak, próbował Hrynda a ostatecznie do siatki gości trafił Sidoruk. W następnych 10 minutach mieliśmy sytuacje z obu stron. Dogodne mieli zwłaszcza Pryjomski oraz Hrynda. Ten pierwszy przed przerwą gola już nie strzelił, ale ten drugi tak, co spowodowało rezultat po pierwszej połowie 2:2. Druga odsłona zaczęła się odwrotnie niż pierwsza. Dwa szybkie ciosy wyprowadził Compatibl, aby po kolejnych 10 minutach stracić 2 gole. Kiedy po bramkach Kustova oraz Petlyaka na 7 minut przed końcem pojedynku gospodarze wyszli na dwubramkową przewagę, to mało kto spodziewał się powrotu do gry drużyny Oldboys Derby. A jednak w ostatnich sekundach pojedynku faworyci pokazali swoją klasę. Najpierw Mamiński pokonał Fedosiuka, a ostatnie słowo należało do Pryjomskiego, który kompletując hat-tricka uratował jeden punkt dla swojej drużyny.

Mecz pomiędzy Fuszerką a FFK Oldboys zakończył się wynikiem 8:6, oferując kibicom prawdziwą ucztę bramkową. Spotkanie było pełne zwrotów akcji i niezwykłych momentów. Od samego początku obie drużyny wykazywały się ogromną determinacją i ofensywnym podejściem. Fuszerka rozpoczęła mecz z wielkim impetem i już w pierwszych minutach zdobyła bramkę. Ich ataki były szybkie i precyzyjne, gdzie nie brakowało zagrań dokonywanych z dużym zrozumieniem i zgraniem. Jednak FFK Oldboys szybko zareagowało i odpowiedziało bramką autorstwa Rothimmela. Obie drużyny kontynuowały ofensywne działania, próbując przejąć kontrolę nad przebiegiem meczu. Fuszerka jednak niezwykle skutecznie wykorzystywała swoje okazje i do przerwy zdobyła kolejne cztery bramki, ustalając wynik na 5:3 na swoją korzyść. Po przerwie atmosfera na boisku była równie gorąca i pełna emocji. Obie drużyny kontynuowały swoje ataki, a tempo gry było bardzo wysokie. Zawodnicy Fuszerki i FFK Oldboys stwarzali wiele sytuacji bramkowych, co prowadziło do kolejnych trafień. W drugiej połowie meczu zawodnicy FFK Oldboys byli szczególnie skuteczni, zdobywając kolejne trzy bramki i zbliżając się do wyrównania wyniku. Wielokrotnie udawało im się przełamać obronę Fuszerki i skutecznie wykorzystywać swoje okazje. Jednak Fuszerka nie zamierzała oddać prowadzenia i utrzymywała nacisk na przeciwnika. Ich wysiłki zostały nagrodzone kolejnymi trzema bramkami, które pozwoliły im ponownie odskoczyć FFK Oldboys. Ostatnie minuty meczu były pełne napięcia, gdyż obie drużyny walczyły o każdą piłkę. FFK Oldboys zdołało jeszcze zdobyć dwie bramki, ale nie było już wystarczająco czasu na odrobienie strat. Ostatecznie, po pełnym emocji i bramek spotkaniu, Fuszerka zwyciężyła 8:6. Mecz dostarczył mnóstwo wrażeń i niezapomnianych chwil zarówno dla zawodników, jak i dla kibiców, z uwagi na niezwykłą ilość strzelonych bramek i dynamiczny przebieg spotkania.

Mecz rozegrany pomiędzy ekipami Virtualne Ń a Mobilis był naprawdę ciekawym dla kibicowskiego oka widowiskiem. W 10 minucie goście objęli prowadzenie po ładnej akcji Bartłomieja Fabisiaka. Zawodnik ten przechwycił piłkę na środku boiska i będąc sam na sam bez problemu pokonał golkipera gospodarzy. Dwie minuty później wynik podwyższył Rafał Duda po ładnym, prostopadłym podaniu wyżej wymienionego Bartłomieja Fabisiaka. Mecz sportowej walki trwał i każda z ekip próbowała zdobyć następne trafienia, ale nic nie wpadało. Dopiero w 21 minucie gospodarze ponownie trafili do bramki rywala. Niezawodny Szymon Kolasa ( 3 bramki i 2 asysty ) wyszedł sam na sam, nie kalkulował i mocno "kropnął" po długim rogu bramki gospodarzy i mieliśmy wynik 2:1. Lada moment na 3-1 trafił Rafał Duda, po celnym wyrzucie bramkarza Łukasza Kuleszy. Arbiter spotkania już miał kończyć pierwszą odsłonę, ale Szymon Kolasa i ekipa Virtualnych postanowili trafić jeszcze raz w tej połowie. Do przerwy mieliśmy więc wynik "stykowy" 3:2. Widać było że obydwie ekipy schodzą do szatni niezadowolone z takiego obrotu sprawy. Druga połowa rozpoczęła się od ponownego trafienia gości. Po ładnej dwójkowej akcji Daniel Czerwonka wykorzystał sprytne podanie Michała Kaczyńskiego i goście prowadzili 4-2. Kilka minut później Szymon Kolasa ponownie wziął wszystko w swoje ręce i po ładnym uderzeniu głową zdobył bramkę kontaktową. Podrażnieni zawodnicy gości mocniej nacisnęli rywala i niezawodny w tym meczu Rafał Duda trafił na 5-3 po ładnym podaniu bardzo aktywnego Bartłomieja Fabisiaka. Kilka minut później Virtualni ponownie złapali kontakt i wszystko mogło się jeszcze wydarzyć. Jednak już do końca meczu kontrolę nad przebiegiem spotkania mieli zawodnicy Mobilisu. Zakończyli swoje strzelanie na wyniku 8-5 i spokojnie wygrali ten mecz. Virtualni znani z charakteru wojowników oczywiście nie odpuścili, ale niestety znów musieli się obejść smakiem...

Na koniec zmagań w piętnastej kolejce na arenie AWFu niezwykle ciekawe widowisko stworzyły drużyny Ognia Bielany i Cosmosu United. Już pierwsze minuty spotkania wskazywały, że będzie to mecz emocjonujący od pierwszej do ostatniej minuty. Szybkie tempo, znakomite wyszkolenie techniczne zawodników, wspaniałe parady bramkarzy i walka o każdy centymetr boiska to w zasadzie podsumowanie tego co działo się na boisku. Lepiej i skuteczniej zaczęli gospodarze i to oni osiągnęli dwubramkowe prowadzenie. Od stanu 2:0 Cosmos zaczął przejmować inicjatywę. Kolejne ataki na bramkę ekipy z Bielan były coraz groźniejsze i bramka kontaktowa wisiała w powietrzu. W końcu po znakomitym zagraniu piętą Salwadora de Fenixa udało się uruchomić kontrę, po której padła bramka na 2:1. Cosmos nie zatrzymywał się i z każdą minutą wyglądał lepiej. Jeszcze przed przerwą najpierw wyrównał a chwilę później już był na prowadzeniu. Po znakomitym początku Ogień lekko przygasł, ale wiedząc jaki ten zespół ma potencjał spodziewaliśmy się, że będzie dążył do odrobienia strat. Do przerwy było 2:3. Po zmianie stron nadal tempo spotkania nie malało. Na boisku oglądaliśmy wymianę ciosów i akcja przenosiła się szybko z jednej pod drugą bramkę. W ofensywie gospodarzy ciężar gry na siebie wzięli Antoni Sidor Karol Gozdalik i to ich bramki najpierw dały remis a później wyprowadziły zespół na prowadzenie. Cosmos starał się atakować. Miał sytuacje, lecz nie był już tak skuteczny jak w pierwszej połowie. W końcówce ostatni zryw gości by powalczyć o choćby punkt nie powiódł się a po kontrze Ogień ustalił wynik meczu na 5:3. Mógł być o bramkę wyższy, ale sędzia zakończył mecz w momencie gdy piłkę spod własnej świątyni wybijał defensor gospodarzy i chociaż ta wpadła do siatki, to niestety gol nie został zaliczony i wynik 5:3 został utrzymany. Ogień pewnie pnie się w górę tabeli i jak tak dalej pójdzie to może dokonać niesamowitej sprawy, gdyby udało mu się sięgnąć po medale. Cosmos nadal liczy na podium i trzy ostatnie kolejki akurat w tej lidze zapowiadają się pasjonująco. 

5 Liga

Podobnie jak w zeszłym tygodniu już pierwszy mecz na arenie AWF przyniósł niemałe, boiskowe emocje. Starcie Munji i Mikstury zapowiadało się ciekawie, a okazało się niespotykanie wyrównaną rywalizacją z finałem, którego nie powstydziłyby się najlepsze widowiska piłkarskie. W poprzedniej rundzie górą była ekipa rodziny Jochemskich, więc dla gospodarzy była to szansa na rewanż, ale obie drużyny podeszły do tego spotkania bardzo ambitnie. Po 10 minutach wzajemnego sprawdzania bloków obronnych na prowadzenie wyszła Munja, kiedy podanie Andrzeja Denysova na gola zamienił Kacper Drozdowicz. Nie minęła minuta, a był remis po golu Rafała Jochemskiego, lecz gospodarze błyskawicznie odpowiedzieli dwoma trafieniami Dawida Orzechowskiego. Wymiana ciosów trwała i w 17 minucie Dariusz Jochemski posłał precyzyjne podanie przez całe boisko, a Piotr Stefaniak strącił piłkę głową i było 3:2. W 22 minucie Rafał Jochemski dostał prezent w postaci rzutu wolnego i w klasycznym dla siebie stylu zapakował piłkę do siatki. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 3:3, a na kolejnego gola musieliśmy czekać… do ostatniej akcji tego spotkania. Mimo to w drugiej połowie nie wiało nudą, a wręcz przeciwnie, działo się sporo raz po jednej, raz po drugiej stronie boiska. Atmosfera nieco zgęstniała i nie zabrakło twardej gry i boiskowej złośliwości, ale sędzia miał mecz pod kontrolą i nie musiał ani razu wyciągać żółtego kartonika. Gdy wydawało się, że dojdzie do podziału punktów, Mateusz Skowroński wywalczył rzut z autu, który sprytnie rozegrał z Rafałem Jochemskim, a ten przedarł się przez trzech obrońców i z ostrego kąta zapakował piłkę do siatki. Była to dosłownie ostatnia akcja meczu, bo sędzia nie wznowił już nawet gry ze środka i rzutem na taśmę Mikstura wywalczyła trzy punkty, które dają nadzieje na walkę o srebro w tym sezonie.

Oba zespoły do gry motywowały zupełnie różne powody. Zawodnicy BJM Development, po kilku wpadkach w ostatnich kolejkach musieli się mocno zmobilizować, aby utrzymać się w rajdzie po mistrzostwo, natomiast gracze Bartolini Pasta desperacko potrzebowali punktów, aby oddalić się od strefy spadkowej. Mimo braku kontuzjowanego Oliwiera Aleksandra, gospodarze bardzo szybko przejęli inicjatywę, a świetnie w ofensywie spisywał się Patryk Ciborski i Grzegorz Rękawek. Ci dwaj Panowie brali udział w czterech trafieniach swojego zespołu, które pozwoliły im wyjść na bardzo komfortowe prowadzenie 4:0. W tym czasie Patryk Ciborski dwukrotnie wpisywał się na listę strzelców oraz raz podawał, a Grzegorz Rękawek raz pokonywał golkipera rywali, a także dwukrotnie popisywał się kluczowym dograniem. Po zmianie stron gospodarze dyrygowani zza linii bocznej przez Filipa Odolińskiego wciąż spisywali się dobrze, czego efektem było kolejne trafienie Grzegorza Rękawka. W poczynaniach gości powoli było widać zwątpienie, jednak gracze Bartolini słyną z radości gry w piłkę i walki do końca. To przyniosło efekt w postaci gola zdobytego przez Adama Kubajka, a zdobyta bramka wyraźnie rozruszała skrzydłowego gości, gdyż asystował jeszcze w tym meczu. Miało to miejsce przy golu Michała Cholewińskiego na 6:2. Do końca spotkania było jednak dość mało czasu, a jak się później okazało, oprócz gola zdobytego przez Mateusza Brożka, bramka Arka Kamińskiego na 6:4 była ostatnią w tym meczu. Zasłużone zwycięstwo ekipy BJM stało się faktem, natomiast zespół Bartolini Pasta do końca sezonu będzie musiał się zmobilizować, abyśmy nadal mogli ich oglądać na obecnym szczeblu rozgrywek.

Jeszcze kilka kolejek temu chyba nikt nie przypuszczał, że Sante będzie miało jakąkolwiek szansę, by na koniec sezonu wychylić głowę znad strefy spadkowej. Ale dwa ostatnie zwycięstwa tej ekipy spowodowały, że taka nadzieja się pojawiła. By ją podtrzymać, należało uporać się również z Junakiem, co jednak tylko w teorii było zadaniem prostym. Zespół Krzyśka Krzewińskiego gra świetnie w tej części sezonu, a dodatkowo ma ten atut, że na nowym boisku przy Grenady gra regularnie, podczas gdy Sante zagrało tutaj w tej edycji po raz pierwszy. No i niestety tego debiutu chłopaki nie zaliczą do udanych. Ten mecz od początku im się nie układał, zwłaszcza pod względem skuteczności. Chłopakom zdarzało się nawet nie trafić na pustą bramkę, tak jak to miało miejsce przy stanie 0:2, gdy gola miał obowiązek zdobyć Piotr Kowalski. Kto wie, czy to nie był kulminacyjny moment spotkania, bo zamiast 1:2, zaraz zrobiło się 0:3 i impas strzelecki Sante trwał. Warto jednak na chwilę zatrzymać się przy wspomnianym golu na 0:3, albowiem fantastyczną podcinką nad bramkarzem zdobył go Przemysław Bloch, znany głównie z przerywania akcji rywala, a tutaj popularny „Hans” popisał się naprawdę technicznym kunsztem. Na początku drugiej połowy ekipie Sante udało się wreszcie przełamać niemoc, lecz za pierwszym trafieniem niestety nie poszły kolejne. Z kolei rywal nie próżnował, rozkręcił się Paweł Groszkowski, dobrze grał Aleksy Sałajczyk, a swoje zrobił także bramkarz Andrzej Groszkowski, który dopisał do swojego konta kolejnego, obronionego karnego (tym razem nie dał się pokonać Albertowi Piórkowskiemu). Po 50 minutach gry wynik brzmiał 7:3, dzięki czemu triumfatorzy kontynuują swoją serię meczów bez porażki i będą celować w zajęcie czwartej lokaty na koniec sezonu. Sante musi z kolei jak najszybciej wrócić na zwycięską ścieżkę, bo terminarz ma trudny i każda kolejna porażka będzie oznaczać, że znaczenie hasła „mamy wszystko w swoich nogach”, będzie się dewaluować bardzo szybko.

Spotkanie Lagi Warszawy z FC Melange było niezwykle istotne dla obu ekip. Gospodarze od początku rzucili się na przeciwników i zespół z Bielan początkowo nie mógł złapać swojego rytmu gry. Z przodu szczególnie aktywny był Daniel Kielak. Wspierał go Mateusz Kwiecień, który najpierw strzelał, a później obsługiwał kolegów znakomitymi podaniami. Początkowo szybko strzelone bramki ustawiły mecz i długo czekaliśmy, aż zespół Daniela Kowalskiego wreszcie się obudzi. Z akcji nic nie chciało wpaść, dlatego rzut karny w końcówce pierwszej połowy wykorzystany przez Bartka Podobasa dawał nadzieję na walkę o odwrócenie losów meczu. Kara minutowa dla Lagi po żółtej kartce dla Jędrzeja Święcickiego dodatkowo mobilizowała w przerwie zespół z Bielan. Z animuszem goście wyszli na drugą odsłonę licząc, że odrobią czterobramkowy deficyt. Niestety okresu przewagi nie wykorzystali, a grając o jednego zawodnika więcej stracili kolejną bramkę. Laga od tego momentu rozpędzała się coraz mocniej i pewnym momencie wynik brzmiał 10:2. Szalał w ataku Daniel Kielak i tylko znakomite interwencje Bartosza Jakubiela nie powodowały wyższego prowadzenia na tablicy wyników. W końcówce gospodarze mając mecz pod kontrolą trochę się rozluźnili i Melanż zmniejszył rozmiary porażki. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 11:5 i to był najniższy wymiar kary dla gości. Laga po zwycięstwie nadal na drugiej pozycji w lidze. Melanż dzięki porażkom Sante i Bartolini Pasta pozostaje przynajmniej do następnego tygodnia na bezpiecznej lokacie w tabeli.

Bulbez już od kilku kolejek znajduje się w sytuacji, gdzie nie grożą mu medale, jakkolwiek przy niekorzystnym zbiegu okoliczności ta ekipa mogłaby się jeszcze uwikłać w walkę o utrzymanie. By temu zapobiec i zagwarantować sobie spokojną końcówkę sezonu, ekipa Michała Rychlika musiała pokonać Sportowe Zakapiory. Sprawa wydawała się dość prosta w realizacji, wszak przeciwnicy to najsłabsza drużyna tego poziomu rozgrywkowego. To jednak tylko teoria, bo ten zespół jest dużo groźniejszy niż wskazuje na to ligowa hierarchia i zamierzał to po raz kolejny udowodnić. Tyle że podobnie jak w wielu poprzednich przypadkach, tak i w tym sprzymierzeńcem Zakapiorów nie była skuteczność. Mimo, że chłopaki na przestrzeni całego spotkania wykreowali sobie naprawdę bardzo wiele okazji, to pierwszą bramkę w tym meczu zdobyli dopiero w 45 minucie spotkania, gdy przegrywali już 0:4. Dziś można gdybać, czy gdyby trochę wcześniej nie pokusili się o otwarcie swojego dorobku bramkowego, to czy nie napsuliby oponentom trochę więcej krwi. A tak Bulbez miał tutaj dość duży komfort, który pozwolił na bardzo spokojną grę. Tym bardziej, że z przodu dysponował dobrze rozumiejącym się duetem Rafał Szewczyk – Marcin Taras, który miał udział przy większości zdobytych bramek przez ekipę z Bemowa. Łącznie było ich sześć, z kolei Sportowe Zakapiory zanotowały dwa trafienia, obydwa autorstwa Krzyśka Westenholza. To było oczywiście za mało jak na potrzeby ostatniej ekipy w tabeli, która chyba na przyszły sezon musi pomyśleć o rasowym napastniku, który będzie potrafił zamieniać na gole wykreowane okazje. Bo to naprawdę nie jest słaba ekipa, tylko co z tego, skoro zupełnie nie potwierdzają tego wyniki. Tym samym Zakapiory mają już coraz mniejsze szanse na zachowanie piątoligowego bytu, chociaż wygrana w najbliższą niedzielę z Bartolini Pasta mogłaby jeszcze tchnąć w tę drużynę wiarę. Z kolei Bulbez praktycznie zagwarantował sobie grę na tym poziomie rozgrywkowym na kolejny sezon, a teraz jego zadaniem będzie walka o czwartą lokatę, która po przeciętnej jesieni, i tak wydaje się naprawdę fajną nagrodą za to, co ten zespół prezentuje wiosną.

6 Liga

Spotkanie Dzików z Lasu z Saską Kępą praktycznie mogło przesądzić o tym, która ekipa będzie bliżej drugiego miejsca na koniec sezonu. Gospodarze dość szybko wyszli na prowadzenie po dwóch trafieniach Konrada Adamczyka i Michała Janowicza. Saska Kępa starała się długo grać piłką i wykorzystywać w ataku Sebastiana Sitka. Po jednej z akcji to właśnie Sitek grą na jeden kontakt obsłużył podaniem Damiana Ostrowskiego i goście złapali kontakt z przeciwnikami. Przy wyniku 2:1 gospodarze mieli kilka okazji, ale dopiero po błędzie obrony i kontrze podwyższyli wynik meczu na 3:1. Saska Kępa nie rezygnowała i jeszcze przed przerwą udało się strzelić gola na 3:2. Ponownie Sebastian Sitek znalazł się na dogodnej pozycji i nie dał szans bramkarzowi rywali. Po zmianie stron ekipa Korneliusza Troszczyńskiego liczyła na odrobienie strat. Niestety błędy w wyprowadzaniu piłki kończyły się utratą kolejnych bramek i Dziki odskoczyły na trzy bramki. Przy stanie 5:2 nastąpiło chwilowe rozprężenie w szeregach gospodarzy, co skrzętnie wykorzystała Saska. Przy stanie 5:4 goście podjęli ryzyko i zdjęli bramkarza chcąc zrobić przewagę w ataku. Jednak totalnie nie mieli pomysłu na swoje ataki i dodatkowo gubili piłkę, co było wodą na młyn dla młodej ekipy Dzików. W końcówce wynik ustalili Konrad Adamczyk i strzałem przez całe boisko do pustej bramki Patryk Dąbrowski i mecz zakończył się wynikiem 8:5. Dziki z Lasu są już niemal pewni drugie miejsca, a Saska Kępa mimo porażki utrzymała przewagę punktową nad rywalami i wydaje się że sezon skończy na najniższym stopniu podium.

Przed tą kolejką ADP Wolska Ferajna zajmowała 4 miejsce w tabeli z 22 punktami. Tracili 6 oczek do miejsca premiowanego awansem i jednocześnie mieli 6 punktów więcej od swoich rywali czyli Tornado Squad, dla którego każda zdobycz jest na wagę złota w kontekście walki o utrzymanie. Gospodarze przystępowali do tego spotkania po dotkliwej porażce aż 0:15 z Dzikami z Lasu, natomiast ich przeciwnicy mogli mieć powody do optymizmu, bo tydzień wcześniej odprawili z kwitkiem FC Łazarski. Lepiej ten mecz rozpoczęli gracze Wolskiej Ferajny. Po dobrym podaniu od Nejmana pojedynek jeden na jeden z bramkarzem gości przegrał Wolski. I można powiedzieć, że to były miłe złego początki, bo od tego momentu coś popsuło się w grze gospodarzy. Zamiast skupić się na grze zaczęły się słowne przepychanki między sobą, co skrzętnie wykorzystali goście a konkretnie Stokowiec, który zachował się najlepiej w zamieszaniu w polu karnym. Z minuty na minutę przewaga Tornado Squad była coraz większa. W końcu przed końcem pierwszej połowy udokumentowali to kolejnymi dwoma trafieniami. Druga odsłona nie przyniosła zmian jeżeli chodzi o obraz gry jak i zachowania gospodarzy. Ci pierwsi cały czas skonfliktowani między sobą nie mogli złapać swojego rytmu, ci drudzy grając spokojnie dokładali kolejne gole. Trafił dwukrotnie Markiewicz, raz Sajnóg i w pewnym momencie pojedynku mieliśmy wynik 6:0. Bramkę na otarcie łez po dobrej indywidualnej akcji zdobył Nejman, ale na nic więcej nie było stać Wolskiej Ferajny, która ostatecznie znacząco uległa swoim rywalom w stosunku 1:6.

Pojedynek Dawida z Goliatem – tak można podsumować zmagania Perły WWa ze Slaviciem Warszawa. Chociaż obie drużyny dzieli niemal cała rozpiętość tabeli, to na boisku zdecydowanie lepiej prezentował się team Antka Nuszkiewicza. Gospodarze rozpoczęli spotkanie bez rezerwowych, co Slavic skrzętnie wykorzystał i narzucił swoje tempo już po pierwszym gwizdku. Efekt przyszedł błyskawicznie, bo w 3 minucie Krzysztof Blankiewicz przedarł się przez obronę zielonych i wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Cztery minut później ten sam zawodnik wykorzystał niezdecydowanie golkipera Perły i podwyższył na 0:2. Po tym golu ofensywa gospodarzy w końcu się obudziła i akcję Jarosława Sochy wykończył Filip Żukowski, ale Slavic odpowiedział golem Michała Zakrzewskiego. Gospodarze rozkręcali się i coraz częściej zagrażali bramce Mateusza Gołębiewskiego, choć brakowało skutecznego wykończenia. Pod koniec pierwszej połowy golkiper Perły Bartek Czajka zagrał daleką wrzutkę i piłka odbiła się od poprzeczki, ale nie przekroczyła linii bramkowej i do szatni obie ekipy udały się przy wyniku 1:3. W drugiej połowie Slavic szybko wyprowadził dwa zabójcze ciosy i po golach Arka Zarzyckiego i Jakuba Blankiewicza odskoczył z wynikiem na 1:5. Gospodarze, choć wyraźnie zszokowani przebiegiem spotkania, nie składali broni - w 32 minucie gola ustrzelił Bartosz Paśko, a pięć minut później Jarosław Socha strzelił w tłum z rzutu rożnego i piłka odbijając się od obrońcy wtoczyła się do bramki. Wydawało się, że Perła w końcu się przełamała, ale Slavic odpowiedział golem Jakuba Blankiewicza i pogoń za wynikiem rozpoczęła się od nowa. W 39 minucie Igor Bartkowski zdecydował się na strzał niemal z połowy boiska i piłka po rękach bramkarza wpadła do siatki. Chwilę później Jarosław Socha zdobył swoje drugie trafienie i gospodarze byli o krok od wyrównania, ale ostatkiem sił goście dowieźli wynik do końca i po tytanicznym wysiłku, jaki włożyli w to spotkanie mogli cieszyć się z arcyważnych, trzech punktów.

A.D.S. Scorpion's po serii porażek mocno zbliżył się do strefy spadkowej i ma tylko trzy punkty przewagi nad zespołami chcącymi się z tej strefy wydostać. Ekipa FC Radlera Świętokrzyskiego ostatnie dwa mecze również przegrała i praktycznie przekreśliła już swoje szanse na utrzymanie. W pierwszych minutach meczu gospodarze przejęli inicjatywę, ale mimo kilku sytuacji bramkowych wynik nie ulegał zmianie. Niespodziewanie strzelanie w tym spotkaniu rozpoczęli goście, którzy już jedną z pierwszych okazji zakończyli bramką. Kolejne minuty to ponowne ataki zespołu gospodarzy, które w końcu w 18 minucie przyniosły efekt w postaci wyrównującej bramki. Jednak riposta ich rywali była natychmiastowa i minutę później ponownie mieliśmy prowadzenie zespołu gości. W ostatnich fragmentach pierwszej części meczu zespół Skorpionów wyraźnie poprawił swoje celowniki i aż trzykrotnie pokonał golkipera rywali. To było wszystko warte do odnotowania w pierwszych 25 minutach i drużyny schodziły na przerwę z wynikiem 4:2 dla gospodarzy. Druga część meczu rozpoczęła się od podwyższenia prowadzenia, na które dwa razy odpowiedzieli goście, przez co ich strata wynosiła już tylko jedno trafienie. Kolejne minuty to ponownie przewaga Skorpionów, którzy za sprawą m.in. Bartka Filipa - strzelca czterech bramek ponownie odskoczyli rywalom na bezpieczną przewagę. Ostatecznie mecz zakończył się zwycięstwem A.D.S. Scorpion's 7:5 i zespół ten przerwał fatalną passę meczów bez zdobyczy punktowej. FC Radler Świętokrzyski rozegrał bardzo dobre spotkanie, ale niestety za walory estetyczne punktów nie dajemy i ponownie przyszło mu opuścić boisko w kiepskich humorach.

Spotkanie w ramach 15 kolejki szóstej ligi obfitowało w nie lada emocję. Naprzeciwko siebie stanęły ekipy Łazarskiego oraz Popalonych Styków. Tym samym mieliśmy przyjemność oglądać walczącą o utrzymanie „czerwoną latarnie”, z drużyną, która ma jeszcze realną szansę na awans. Tym samym spodziewaliśmy się zaciętego pojedynku. Nie było inaczej, a już w pierwszych minutach tego starcia, mogliśmy oglądać potwierdzenie naszej przedmeczowej predykcji. Do piłki, po podaniu Filipa Targowskiego dopadł Marcin Pniewski i precyzyjnym strzałem pokonał golkipera rywali. Piłkę z siatki, zaledwie chwilę po tym wydarzeniu, ponownie skierowali goście. Tym razem wynik na 0:2 podwyższył kapitalny tego dnia, Kamil Paszek. Drużyna ze Wschodu znalazła się w dość patowej sytuacji, co zdecydowanie nie skrępowało im nóg. Sygnał do odrabiania strat wystosował Atahan Subutay, który pokonał fenomenalnego i równie ekscentrycznego Krzysztofa Grabowskiego. Tym samym gracze obydwu ekip schodzili na przerwę z wynikiem 1:2. W drugiej odsłonie tego widowiska, jeszcze bardziej zaznaczyła się boiskowa dominacja Popalonych Styków. Kolejne trafienia zdecydowały o przebiegu spotkania. W tym okresie gry do głosu doszedł Antoni Zieliński, który dwukrotnie pokonał Suiemeza. Gospodarze co prawda próbowali jeszcze podjąć równorzędną walkę. Niestety jednak, przepiękne trafienie z rzutu wolnego, po strzale Khairullaev’a, spotkało się z natychmiastową odpowiedzią. Zaledwie sekundy przed końcowym gwizdkiem, wynik ustalił etatowy snajper Styków – Kamil Paszek, zamykając stan rywalizacji w stosunku 2:5.

7 Liga

Ostrzyliśmy sobie zęby na potyczkę Iglicy Warszawa z FC MiToTito. Wiedzieliśmy bowiem, że mimo miejsc dzielących te drużyny w tabeli, tutaj na pewno nie będzie jednostronnego widowiska. Teoretycznie zdecydowanym faworytem było MiToTito, jednak należało pamiętać, że ta ekipa ma swoje problemy i w niedzielę również nie mogła skorzystać ze wszystkich swoich najlepszych zawodników. Wystarczy wspomnieć o Michale Lechowiczu oraz Darku Pliszce. Tych dwóch graczy zostało wybranych do TOP 6 poprzedniego meczu z Iglicą (wygranego 9:2), a teraz na Arenie Grenady nie uświadczyliśmy ani jednego. Mimo tych problemów, drugi zespół w tabeli był na dobrej drodze, by ten mecz przechylić na swoją stronę. Do przerwy faworyci prowadzili 2:1, chociaż trzeba uczciwie przyznać, że więcej okazji mieli ich rywale. Świetnie między słupkami uwijał się jednak Darek Hanowicz, który potem słusznie został wybrany na najlepszego gracza swojej ekipy. W obozie Iglicy bardzo długo zawodziła skuteczność. Wszystko zmieniło się jednak w drugiej części gry, gdy na obiekt dojechał Michał Wszeborowski. Po tym jak pomylił areny, co było obiektem delikatnej szyderki ze strony kolegów, chciał chyba odkupić swoje winy i zrobił to w najlepszy, możliwy sposób. Błyskawicznie poukładał grę drużyny, która bardzo szybko nie tylko odrobiła straty, ale i wyszła na prowadzenie. W tym okresie bardzo dobrze grał też niezwykle aktywny Maciej Krupiński. FC MiToTiTo zdawało sobie sprawę, że mecz ucieka im z rąk. Mimo to byli w stanie wrócić do gry, zmniejszyć straty do jednego gola, jednak to była tylko krótka chwila, gdzie Iglica straciła kontrolę nad drugą połową. Potem wszystko wróciło już do normy, podopieczni Radka Sówki znów wyrobili sobie sporą przewagę i ku sporej radości dowieźli ją do końca w stosunku 6:4. Było to dla nich cenne zwycięstwo, bo nie dość, że pozwoliło odskoczyć od strefy spadkowej, to nic tak nie motywuje i nie daje pozytywnego kopa, jak dobry mecz z dobrym rywalem. A tak to właśnie tutaj wyglądało. Co do przegranych, to widać było, że brakuje jakości. Że wyrwy kadrowe są zbyt duże. Sam Tomek Wysogląd nie za wiele mógł zrobić, ale oddajmy drużynie Michała Czarnowskiego, że walczyła na tyle, na ile mogła. Ta porażka, w połączeniu z poprzednią z Na Wariackich Papierach powoduje, że MiToTito praktycznie nie mają już złudzeń co do walki o mistrzostwo. Teraz trzeba już bronić drugiej lokaty, zwłaszcza że z perspektywy całego sezonu ona im się po prostu należy. Ale trzeba to jeszcze udowodnić na boisku.

Oba zespoły przystępowały do tego meczu w świetnej dyspozycji. WSNT po dwóch zwycięstwach z rzędu wskoczyli na 3. miejsce w tabeli i kolejne 3 punkty pozwoliły by im gonić FC MiToTito. Z kolei Kubany dzięki 6 punktom w dwóch kolejnych spotkaniach uciekły ze strefy spadkowej. Bardzo szybko przekonaliśmy się, że to spotkanie będzie przebiegało pod dyktando WSNT. Gospodarze od pierwszego gwizdka zepchnęli rywali do głębokiej defensywy i kontrolowali spotkanie świetnie rozgrywając piłkę na całej długości boiska. Wynik otworzył już w 5 minucie Stasiak, który wykorzystał świetną wymianę podań z Krysiakiem i mocnym strzałem z lewej nogi po długim słupku pokonał bramkarza. 3 minuty później świetnym penetrującym środek boiska podaniem popisał się Stasiak, a pozostawiony bez opieki Piwowarski pewnym strzałem ustawił wynik na 2:0. Było to jednak wyjątkowe trafienie, gdyż była to setna bramka w tegorocznych rozgrywkach. Drużyna gospodarzy ani trochę nie zwalniała tempa. Bardzo szybko operowała piłką i było widać, że chce zamknąć to spotkanie jeszcze przed przerwą. Do gwizdka kończącego pierwszą połowę zobaczyliśmy jeszcze dwa trafienia Krysiaka. W drugiej części spotkania wynik dość długo nie ulegał zmianie, a gra zrobiła się zdecydowanie bardziej otwarta. Kubany często dochodziły do strzałów i tworzyły sobie dogodne sytuacje. Niestety szanse, że tej niedzieli wyjadą z AWF z choćby z jednym oczkiem, po świetnej kontrze, pogrzebał Marcin Szewczyk strzelając bramkę na 5:0. Chwilę później obejrzeliśmy honorowe trafienie gości autorstwa Rafała Sałasińkiego. Wykorzystał on stratę piłki rywali w środkowej części boiska, dzięki czemu Kubany wyszły 3 na 1 z bramkarzem rywali. Wynik spotkania na 6:1 ustalił Stasiak, który razem z Marcinem Szewczykiem został wybrany do TOP 6 kolejki. Niestety drużyna Kubanów pomimo optymistycznej postawy w drugiej połowie punktów w walce o utrzymanie będzie musiała szukać za tydzień. Niestety na koniec spotkania pomiędzy zawodnikami doszło do niepotrzebnego spięcia i miłe przyjacielskie spotkanie zakończyło się niesmakiem. Panom życzymy ochłonięcia i ustabilizowania emocji przed kolejnymi meczami.

8 Liga

W spotkaniu pomiędzy zespołem Drunk Team i SGS triumfowali gospodarze. Wynik spotkania otworzył Gabarkiewicz po asyście Walo i na tym się nie skończyło. Konsekwencja w grze ofensywnej przyniosła po raz kolejny efekt przy drugiej bramce. Kapitalnym przeglądem pola wykazał się po raz kolejny Gabarkiewicz, który zrezygnował ze strzału i zagrał do znajdującego się w obrębie pola karnego Walo. Łukasz miał mnóstwo miejsca do oddania strzału i mocnym uderzeniem pokonał bramkarza gości. SGS nie poddało się po dwóch golach straty. Jakubik trafił bramkę kontaktową po tym jak obrona Drunk Team zaspała, a on bez problemu to wykorzystał. SGS po tej bramce nieco przyspieszyli i zanotowali jeszcze trzy bramki. Na przerwę zawodnicy schodzili przy wyniku 5:4 i to w drugiej połowie miało się wyjaśnić czy Drunk Team „dowiezie” wynik czy rywale im te trzy punkty wyrwą. Niezwykłą gwiazdą tego starcia okazał się Łukasz Walo, zawodnik zespołu gospodarzy. Jego wyjątkowe umiejętności i determinacja pozwoliły mu zapisać się w historii tego spotkania. Strzelił aż pięć bramek, a nie było to wszystko ponieważ w swoim występie miał także trzy asysty, dzięki którym pomógł kolegom zdobyć kolejne punkty. Obie drużyny stawiały silny opór, ale to zespół Drunk Team okazał się lepszy w tym pojedynku. Ich zgrana gra i współpraca na boisku były kluczowe dla osiągnięcia sukcesu. Zespół SGS również zaprezentował się solidnie, ale nie zdołał sprostać skuteczności i determinacji Łukasza oraz reszty graczy rywali. Po ostatecznym gwizdku sędziego, zespół gości mógł świętować zasłużone zwycięstwo w stosunku 9:5.

Druga drużyn OldBoys Derby będąca tuż nad strefą spadkową podejmowała lidera swojej klasy rozgrywkowej -Wiecznie Drugich. Gospodarze nie ponieśli porażki od czterech spotkań, lecz ich rywal również ma udaną serię wygranych meczów, a żeby pozostać na pierwszym stopniu podium musiał wygrać. Zawodnicy OldBoys od pierwszych minut spotkania starali się przeważać na boisku i często przewagę mieli, lecz nie byli w stanie zdobyć gola. Goście natomiast nie mogli wejść na właściwe dla siebie obroty i tylko co jakiś czas gościli pod bramką rywala, lecz mimo że ich wizyty były groźne, to za sprawą Przemka Białego na tablicy wyników cały czas był remis. Pierwsza bramka padła dopiero w ostatniej minucie tej ekscytującej części meczu i została zapisana na konto gospodarzy, którzy dość niespodziewanie wyszli na prowadzenie. Stracona bramka i chwilę później żółta kartka Piotra Kawki nie zwiastowały łatwej drugiej połowy dla Wiecznie Drugich. Kiedy sędzia wznowił mecz goście wyszli na boisko w okrojonym składzie, lecz całkowicie odmienieni. Początkowa skuteczna gra defensywna pozwoliła na utrzymanie wyniku a po powrocie zawodnika odbywającego karę ofensywny styl gry zaczynał przynosić oczekiwany rezultat. Przemek Biały dwoił się i troił, aby nie być zmuszonym do wyciągnięcia piłki z własnej siatki, lecz w 38 minucie jego wysiłki zostały udaremnione po raz pierwszy, a trzy minuty później musiał po raz drugi wyciągnąć piłkę zza własnych pleców. Skromna wygrana gości pozwoliła utrzymać fotel lidera, a gospodarze mimo porażki cały czas są w grze o udział w Pucharach i podium 8.ligi.

W końcu nastąpiło wiosenne przełamanie francuskiego zespołu. Po kilku porażkach z rzędu w tej rundzie chłopaki wygrali z Mareckimi Wygami i odetchnęli z ulgą. Drużyny dzieliło tylko i aż 5 punktów, ale ciężko było wytypować faworyta tego spotkania na podstawie miejsca w tabeli. Francuzi mieli pewne braki kadrowe, bo w bramce zamiast Rosińskiego był Tanter, a dodatkowo dopisany do składu był nowy zawodnik. Za to w zespole z Marek za ławce rezerwowych zasiadał jeden zawodnik więcej, co pozwoliło im lepiej rotować składem. Wygi miały dogodną sytuację w 2. minucie, ale Tanter wyszedł z tego pojedynku zwycięsko. Od tego momentu Shot Dj zaczęło kontrolować przebieg spotkania, a obrona Mareckich Wyg z trudem powstrzymywała ataki rywali. Tuż po chwili Ferrer umieścił futbolówkę w siatce i otworzył wynik spotkania. Hugo popisał się jeszcze dwoma bramkami i w sumie zanotował hat-tricka oraz asystę. Został wybrany na MVP kolejki 8. ligi, czego serdecznie mu gratulujemy! Na przerwę zawodnicy schodzili przy wyniku 1:3 i czuć było dominację francuskiego zespołu. Mareckie Wygi grały zachowawczo i ciężko było im się przedostać na połowę rywala. Po zmianie stron gospodarze strzelili dwie bramki z rzędu i zaczęło robić się nerwowo. Francuzi momentalnie osłabli, a rywale to umiejętnie chcieli wykorzystać. Nie udało im się to z dwóch dosyć istotnych powodów. Chłopaki z Marek nie dość, że nie wykorzystali karnego, to jeszcze Tomasz Kąkol podarował rywalom bramkę w postaci gola samobójczego. Ten mecz mógłby się zupełnie inaczej skończyć, ale wykorzystywanie dogodnych sytuacji to również ważna cecha drużyny. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 4:5.

W meczu 15 kolejki Ligi Fanów ekipa Polskie Drewno podejmowała FC Po Nalewce. Zdecydowanym faworytem tego spotkania byli goście, którzy cały czas mają realne szanse na awans do wyższej klasy rozgrywkowej. Spotkanie już w 3 minucie otworzył Mateusz Rudnik, który precyzyjnym strzałem pokonał bramkarza gospodarzy. W kolejnych minutach przewaga gości rosła jeszcze bardziej. W 8 minucie po podaniu Sławka Ogorzelskiego, Mateusz Rudnik ponownie pakuję piłkę do bramki rywali i mamy już 0-2. Mecz był otwarty i obie ekipy miały wiele okazji bramkowych, jednak często brakowało zimnej krwi w wykończeniu akcji. W końcu po stracie dwóch bramek do pracy wzięli się gospodarze, którzy w 14 minucie strzelają bramkę kontaktową po indywidualnej akcji Pawła Szydziaka. Kiedy wszyscy myśleli, że takim wynikiem zakończy się pierwsza część spotkania, Mateusz Rudnik strzela swoją trzecią bramkę dla gości kompletując tym samym klasycznego hat-tricka. Po zmianie stron chyba mało kto spodziewał się, że Polskie Drewno nawiążą jeszcze rywalizację z zespołem w błękitnych strojach. Nic bardziej mylnego! Początek drugiej odsłony to świetna gra gospodarzy. Najpierw wykorzystują błąd obrony i samobójcze trafienie jednego z zawodników gości, a po chwili po zespołowej akcji całej drużyny Eryk Gumowski doprowadza do remisu i mamy 3-3! Taki obrót spraw wymusił na gościach zmianę stylu gry. FC Po Nalewce zastosowali wysoki pressing i doskakiwali do rywali już na ich połowie, przez co przeciwnicy mieli problemy z skonstruowaniem jakiekolwiek akcji zaczepnej. Taka taktyka gości sprawdziła się i już po kilku minutach FCP ponownie odzyskują prowadzenie w meczu. Przy wyniku 3-4 FCP grali zdecydowanie pewniej w obronie i wykorzystywali wszystkie błędy rywali. W 42 minucie na tablicy wyników mieliśmy już 3-7. W samej końcówce ekipa Sławka Ogorzelskiego zdobyła jeszcze dwie bramki, dzięki czemu ostatecznie wysoko wygrała to spotkanie 3-9. Gospodarze z zaledwie trzema oczkami pogodzeni już z degradacją, już teraz powinni myśleć jak wzmocnić kadrę przed startem kolejnego sezonu. Goście natomiast dzięki wygranej cały czas liczą na awans o szczebelek wyżej.

W spotkaniu pomiędzy drużynami FFK Oldboys II i Fuszerka II od samego początku zwycięzca mógł być tylko jeden. Ekipa występująca w roli gości zdeklasowała swojego niedzielnego rywala, wygrywając pewnie 7:1. Kluczową rolę w tym meczu odegrało bezapelacyjnie zgranie Fuszerki. Niemalże każda akcja przechodziła przez trzech albo czterech graczy zespołu gości, przez co mogli się oni wykazać ładnymi i celnymi podaniami, częstymi zmianami stron i naprawdę dobrą taktyką. Oldboys natomiast nie mogli znaleźć swojego rytmu i tym samym nie dali rady postawić wystarczająco twardych warunków drużynie gości. Pierwsza połowa to przewaga Fuszerki. W tej części spotkania stracili oni tylko jedną bramkę wbijając przeciwnikowi 3 gole. Pierwsza odsłona zakończyła się więc wynikiem 3-1 dla gości. Na druga połowę obydwie ekipy wyszły mocno zmotywowane, aby odnieść sukces. Oldboys aby dogonić wynik a Fuszerka aby jeszcze mocniej przycisnąć rywala. Stało się tak jak przewidywali bukmacherzy i to ekipa gości była ponownie stroną dominującą. Mateusz Nykiel (2 bramki i 1 asysta) i reszta ekipy przyjezdnych gładko rozprawili się z Oldboysami w drugiej odsłonie. Spokojnie prowadzili grę i cierpliwie czekali na błąd przeciwnika. Gospodarze nie mogli zrobić nic więcej niż atakować i było to tylko siłą napędową Fuszerki, drużyny która bezbłędnie wykorzystywała potknięcia przeciwnika. Wynik 7-1 dla triumfatorów mówi sam za siebie. Dzięki tej wygranej ekipa gości ma dużą szansę oddalić się ze strefy spadkowej 8 ligi, natomiast FFK Oldboys mając 6 punktów na koncie są już niestety bardzo blisko spadku do 9 ligi. 

9 Liga

Spotkanie pomiędzy drużynami FC Torpedo oraz Joga Bonito to mecz ekip znajdujących się w dolnych rejonach tabeli. W lepszej sytuacji znajdowali się goście, którzy mieli kilka punktów przewagi nad strefą spadkową. Gospodarze natomiast żeby myśleć o utrzymaniu się na tym poziomie rozgrywkowym musieli koniecznie zgarnąć pełną pulę. Stawka meczu sprawiła, że obydwie drużyny od początku skupiły się przede wszystkim na defensywie. Pojedyncze akcje obydwu zespołów były skutecznie blokowane przez obronę oponentów. Pierwszą bramkę zobaczyliśmy dopiero pod koniec pierwszego kwadransa i była ona autorstwa zawodnika gospodarzy. Po straconym golu do ataku ruszyli goście, ale na posterunku w bramce rywali stał dobrze dysponowany Andrii Baran, który w pierwszej połowie nie dał się pokonać swoim przeciwnikom. Dzięki jego dobrej postawie drużyna FC Torpedo prowadziła 1:0. Druga część spotkania rozpoczęła się od zdecydowanych ataków zespołu Joga Bonito, które w 30 minucie przyniosły bramkę wyrównującą. Po tej sytuacji mecz się ponownie wyrównał i kluczowa dla losów spotkania okazała się minuta 40. Wtedy właśnie drugą bramkę zdobyła drużyna gości i do końca spotkania tę jednobramkową przewagę utrzymała. Ostatecznie zespół Joga Bonito wygrał spotkanie 2:1 i odniósł bardzo cenne zwycięstwo w kontekście utrzymania. Zespół FC Torpedo pomimo bardzo dobrej gry przez większość spotkania musiał uznać wyższość sowich rywali i powoli musi się pogodzić z widmem spadku do niższej klasy rozgrywkowej.

Mecz pomiędzy Crimson Boys a Awanturą II Warszawa zakończył się wynikiem 7:4, oferując emocjonujące i pełne bramek widowisko dla kibiców. Przebieg spotkania obfitował w wiele akcji oraz ciekawych momentów. Crimson Boys rozpoczęło mecz z determinacją i od samego początku narzuciło swoje tempo. Ich ofensywna gra sprawiła trudności Awanturze II Warszawa, która musiała skupić się na obronie. Już w pierwszej połowie Crimson Boys zdołało zdobyć dwie bramki, wykorzystując swoje okazje. W drugiej połowie meczu obie drużyny kontynuowały walkę, a tempo gry się zwiększyło. Awantura II Warszawa postanowiła przejąć inicjatywę i zagrać bardziej ofensywnie. Ich wysiłki zostały nagrodzone trafieniem przy wyniku 4:0, który obniżył prowadzenie Crimson Boys. Jednak gospodarze tego starcia nie zamierzali oddać prowadzenia i odpowiedzieli błyskawicznym kontratakiem, zdobywając kolejną bramkę. W dalszej części meczu obie drużyny walczyły o przewagę, tworząc wiele sytuacji bramkowych. Crimson Boys okazało się bardziej skuteczne i zdobyło kolejne trzy gole, zwiększając swoje prowadzenie. Awantura II Warszawa nie poddała się i walczyła do końca. Zdołała zdobyć dwa gole, próbując zmniejszyć różnicę, ale nie była w stanie odwrócić losów meczu. Na kilka minut przed końcem Crimson Boys ponownie znalazło drogę do bramki przeciwnika, zdobywając swoją siódmą bramkę. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 7:4 na korzyść faworytów. Spotkanie było pełne emocji i widowiskowych akcji. Obie drużyny zaprezentowały się ofensywnie, stwarzając wiele sytuacji bramkowych. Crimson Boys okazało się bardziej skuteczne i umiejętne w wykorzystywaniu swoich okazji, co przyczyniło się do ich zwycięstwa. Awantura II Warszawa również zaprezentowała dobrą grę, ale nie zdołała odrobić straty i zakończyła mecz porażką.

Ponieważ w rundzie jesiennej starcie między Dynamo Wołomin a FC Vikersonn zakończyło się tylko jedną bramką różnicy na korzyść ekipy z Ukrainy, liczyliśmy że ich wiosenna konfrontacja przyniesie nam równie duże emocje. Co prawda inaczej kazała na to patrzeć tabela, gdzie te drużyny dzieli dość sporo miejsc, jednak wiadomo że każdy mecz to oddzielna historia, a gdy wybrzmiewa pierwszy gwizdek, to statystyki przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. No ale w tym przypadku wszystko miało taki scenariusz, jaki był tutaj najbardziej prawdopodobny. Czyli to Vikersonn miał zdecydowaną przewagę i już do przerwy było jasne, że tutaj do niespodzianki nie dojdzie. Katem ekipy z Wołomina okazał się duet Roman Danchuk – Dmytro Lavai, albowiem to oni mieli udział przy niemal wszystkich bramkach, jakie padły dla faworytów w premierowej odsłonie spotkania. Ten pierwszy zagrywał, drugi strzelał i Radosław Kania mógł jedynie wyciągać piłkę z siatki. Po stronie Dynama największe zagrożenie groziło ze strony Michała Matyi i Czarka Koziara, jakkolwiek to było trochę za mało na dobrze dysponowaną defensywę przeciwnika. Brakowało na pewno Kacpra Urbana, ale z kolei po drugiej stronie też było trochę nieobecności. Z opóźnieniem dojechał choćby Vadym Butenko, który jednak jak już pojawił się na boisku, to od razu wszedł na wysoki poziom, albowiem łącznie zainkasował aż cztery asysty i gola. Graczom z Wołomina trudno było się przeciwstawić szybkim, silnym i dobrym technicznie rywalom. Dynamo grało po prostu na tyle, na ile pozwalał oponent, a ten był w niedzielę naprawdę dobrze dysponowany. Wynik końcowy czyli 10:4 nie stanowi więc żadnego zaskoczenia. Wygrała ekipa zdecydowanie lepsza, która dzięki trzem punktom wciąż krąży wokół podium 9.ligi. Dynamo jest już z kolei jedną nogą o klasę niżej i tak naprawdę chłopaki zdają sobie sprawę, co ich czeka. Mimo to, znając ich zaangażowanie, na pewno nie odpuszczą żadnego z ostatnich trzech spotkań, wychodząc z założenia, że jak już się żegnać, to przynajmniej z klasą!

Kwestia złotego medalu w 9-tej Lidze Fanów jest nadal otwarta, a starcie Bad Boys z TRCH było jednym z tych spotkań, które mogło zadecydować o mistrzostwie jednej z drużyn. Było jasne, że mecz będzie bardzo twardy, szczególnie ze strony gospodarzy, którzy rywali przewyższali warunkami fizycznymi, a już na pewno doświadczeniem. Dużo lepiej w mecz weszli jednak goście, którzy już w pierwszej akcji autorstwa Kamila Pasika zdołali zdobyć bramkę. Nie minęło wiele czasu, a Kamila oglądaliśmy w roli asystenta, kiedy to ładnym podaniem obsłużył Corneilla Malongę, a ten z zimną krwią podwyższył na 0:2. Gdy po chaosie w polu karnym piłkę do bramki wbił Szymon Kaczyński na 0:3 sytuacja gospodarzy stała się bardzo ciężka i było jasne, że Bad Boys musza się szybką przebudzić. Na ich szczęście udało się ocknąć, a efektem było trafienie Damiana Sycha, który nie zmarnował podania Marcina Pyrki. Jeszcze przed przerwą niesamowitym uderzeniem z własnej połowy popisał się Damian Borowski, a jego bramka ustaliła wynik tej części gry na 2:3. Zmiana stron przyniosła bardzo wyrównane widowisko, w którym piłkarskimi ciosami wymieniali się Kamil Pasik oraz Bartek Krajewski i zrobiło się 3:4. Goście poczuli oddech rywali na plecach i po przechwycie i strzale Corneille’a Malongi oraz świetnym strzale z rzutu wolnego Bartka Fiksa odskoczyli na trzybramkowy dystans do stanu 3:6. Mimo niefortunnego trafienia do własnej bramki Szymona Kaczyńskiego, gracze TRCH zdołali utrzymać bezpieczne prowadzenie do końca spotkania, a kropkę nad „i” postawił Wojtek Matczak, który przechytrzył oddalonego od bramki Krystiana Matyska i strzałem zza połowy wpisał się na listę strzelców, ustalając wynik spotkania na 5:8. Po tym zwycięstwie ekipa TRCH wyprzedza Bad Boys o dwa punkty i w tej chwili to Oni są na pole position w walce o złoto.

Mecz pomiędzy Hiszpańskim Galeonem a Warsaw Gunners FC zakończył się wynikiem 4:1, a przebieg spotkania był pełen zaciętej walki i interesujących wydarzeń. Obie drużyny rozpoczęły mecz z dużym zaangażowaniem, dążąc do zdobycia bramek. Hiszpański Galeon zaczął spotkanie aktywnie, starając się narzucić swoje tempo. Już we wczesnej fazie meczu, dzięki dobrze skonstruowanej akcji ofensywnej, zdołali zdobyć bramkę, dając sobie prowadzenie. Warsaw Gunners FC jednak szybko odpowiedzieli, wykorzystując błąd w defensywie przeciwnika. Ich skuteczny atak pozwolił im wyrównać wynik przed przerwą, ustalając rezultat na 1:1. Po przerwie obie drużyny kontynuowały walkę, stwarzając wiele okazji do zdobycia bramek. Hiszpański Galeon okazał się bardziej skuteczny w drugiej połowie. Ich ciężka praca została nagrodzona kolejnymi trzema bramkami, które pozwoliły im zdobyć komfortową przewagę. Warsaw Gunners FC próbowali odwrócić losy spotkania, ale napotkali na dobrze zorganizowaną defensywę Hiszpańskiego Galeonu. Ich wysiłki nie były skuteczne, a Hiszpański Galeon nadal kontrolował przebieg meczu. Na kilka minut przed końcem, Hiszpański Galeon zdobył czwartą bramkę, zamykając wynik na 4:1. To była efektowna akcja ofensywna, która jeszcze bardziej umocniła ich pozycję. Był to dla nich udany mecz, w którym wykazali się skutecznością w ataku i solidną obroną. Warsaw Gunners FC również starał się walczyć, ale nie zdołał dorównać rywalom i zakończył mecz porażką.

10 Liga

W meczu Warsaw Wilanów z drugą drużyną Skorpionów faworytem byli gospodarze. Do spotkania tym razem przystąpili bez swojego ofensywnego duetu Kowalski – Świtalski i odpowiedzialność za zdobywanie bramek musieli wziąć na siebie pozostali zawodnicy. Początkowo mecz był dość wyrównany i nawet moglibyśmy pokusić się o stwierdzenie, że lekką przewagę mieli zawodnicy Artura Kałuskiego. Sporo było jednak niedokładności w rozgrywaniu piłki, przez co na pierwszą bramkę musieliśmy czekać aż do 13 minuty. Wtedy to piłkę do siatki skierował Maksym Samulak, a minutę później ten sam zawodnik trafił na 2:0.  Na tym się nie skończyło, bo łącznie team z Wilanowa w przeciągu zaledwie 6 minut aż czterokrotnie trafiał do bramki rywala i był to zabójczy dla tego meczu okres gry gospodarzy. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 4:0, choć goli mogłoby być nieco więcej. Druga część zaczęła się od kolejnych ataków Wilanowa, ale następna bramka była dziełem gości. A konkretnie Pawła Poniatowskiego, który przejął piłkę na środku boiska, po czym indywidualnie przebił się przez obronę rywala. Były to jednak przebłyski dobrej gry drugiej ekipy Skorpionów. Worek z bramkami rozwiązał się dopiero na 10 minut przed końcem tego spotkania. Strzelecki impas przełamał Piotr Wdowiński, który wykorzystał niezdecydowanie w grze obronnej oponenta. Gol na 6:1 to również wykorzystany prezent od defensywy gości i stało się zupełnie jasne, że w tym meczu niespodzianki nie doświadczymy. Wilanów w końcówce prowadził już 8:1 i gol Dominika Dedka na sekundy przed końcowym gwizdkiem jedynie zmniejszył rozmiary porażki. Gospodarze nadal mają 4 punkty przewagi nad ekipą MokryWilly i w najbliższej kolejce mogą sobie zapewnić start w Pucharze Ligi Fanów. Skorpiony muszą jeszcze trochę popracować nad dokładnością i koncentracją, bo straty paru bramek w tym meczu spokojnie można by uniknąć.

Patrząc na ostatni występ Kozic można było liczyć na to, że team Kajetana Kossakowskiego może w tym meczu sprawić niespodziankę i nie tylko powalczyć z liderem 10 ligi, ale nawet urwać mu punkty. W naszej ocenie sporo zależało od obecności Kuby Gadomskiego, który był głównym architektem ostatniego zwycięstwa Niestety tym razem zabrakło jego obecności na boisku i dało się zauważyć wakat w formacji ofensywnej Kozic. Gospodarze podeszli do przeciwnika z respektem, szanowali posiadanie piłki i mozolnie, ale konsekwentnie budowali przewagę na boisku. Dopiero po 10 minutach udało się pokonać golkipera gości, a wynik otworzył Elvin Namazov. Azerowie poczuli wiatr w żaglach i już po minucie mogło być 2:0, ale strzał z rzutu wolnego obił poprzeczkę. Gola do szatni w ostatniej akcji pierwszej połowy zapakował Veysov Alakbar i Deluxe schodził do szatni ze skromnym prowadzeniem 2:0. W drugiej połowie obraz gry specjalnie się nie zmienił. Goście szukali okazji strzeleckich, a szczególnie aktywni byli Kuba Wieteska i Debal Rose, ale formacji ofensywnej Kozic brakowało tego dnia finezji, a skuteczność w wykończeniu akcji pozostawiała - delikatnie mówiąc - sporo do życzenia. Oczywiście duża w tym zasługa ciasnej i aktywnej obrony gospodarzy, którzy większość akcji ofensywnych Kozic kasowała już w środku pola. W efekcie golkiper Barbershopu Amin Huseynov nie miał tego dnia specjalnie dużo pracy i ostatecznie zachował nawet czyste konto. Gospodarze dorzucili jeszcze trzy gole i gładko wygrali 5:0. Dzięki temu zwycięstwu Azerowie już po tej kolejce mogą świętować zdobycie mistrzostwa 10 ligi. Kozice za to zachowują jeszcze szansę na brąz, ale będą musiały wyciągnąć wnioski z tego starcia i poprawić skuteczność formacji ofensywnej.  

Niesamowity festiwal strzelecki w ramach spotkania 10.ligi zafundowali nam w niedzielę zawodnicy FC MokryWilly Cartel i Piwo Po Meczu FC. Zacznijmy od tego, że jedni i drudzy grali tego dnia w mocno okrojonych składach – MokryWilly musiał sobie radzić bez ani jednego zmiennika, a po drugiej stronie boiska sytuacja wcale nie wyglądała dużo lepiej, albowiem fanów złocistego trunku było ledwie o jednego więcej. Sam mecz okazał się dość jednostronny, bo drużyna MokryWilly miała w nim zdecydowaną przewagę. Chłopaki na dużym luzie przedostawali się pod pole karne Michała Izydorczyka i robili tam praktycznie co chcieli. Obrazek, gdzie Radek Kokoszka czy Łukasz Kobus z łatwością zdobywają gole lub zaliczają asysty był bardzo częsty i nic dziwnego, że MokryWilly do przerwy dość swobodnie wypracował sobie czterobramkową przewagę. Z takimi okolicznościami Piwo nie chciało się pogodzić. Przegrywający wierzyli, że tutaj nie wszystko jeszcze stracone i ambicji nie wolno im odmówić. Wielokrotnie udawało im się w trakcie drugiej części spotkania odrabiać straty, a w pewnym momencie przegrywali tylko dwoma bramkami (6:8 i 9:11), lecz na więcej przeciwnicy już im nie pozwolili. Gdy robiło się groźnie, MokryWilly podkręcał tempo i za sprawą swoich dwóch strzelb znów budował przewagę. Od stanu 11:9 ten zespół zdobył trzy gole z rzędu, czym definitywnie wybił oponentom z głowy marzenia o punktach. Tym samym triumfatorom udało się zrewanżować Piwoszom za porażkę z jesieni, co powoduje, że MokryWilly niemal na pewno nie da się już przeskoczyć w tabeli swoim niedzielnym konkurentom. Podsumowując ten mecz, trzeba powiedzieć że było to dość radosne granie, które często spotyka się w ostatniej kolejce, gdzie pojęcie defensywy nie istnieje. Tutaj było podobnie, co najbardziej ucieszyło wspomnianych Radka Kokoszkę i Łukasza Kobusa, którzy dzięki temu mogli znacząco podreperować swoje statystyki indywidualne, gdzie zwłaszcza ten drugi jest w czołówce zarówno klasyfikacji strzelców, jak i asystentów. A ponieważ teraz ekipę Cartelu czeka starcie z najsłabszym w tabeli ADS Scorpion’s, to łatwo sobie wyobrazić, jaki (poza wysokim zwycięstwem) będzie im przyświecał cel przewodni.

W niedzielne popołudnie na arenach Warszawskiego AWFu drużyna Na2Nóżkę podejmowała WKS Bęgal. Goście cały czas walczą o miejsce na podium w 10 lidze, gospodarze natomiast pewni już drugiego miejsca w tabeli grali bez żadnej presji. Spotkanie od pierwszych minut stało na wysokim poziomie, a obie ekipy prezentowały solidny futbol. Wraz z upływem minut na boisku rysowała się przewaga gości. W grze WKS Bęgal widać był większą determinację oraz większe zaangażowanie, co przełożyło się na premierowego gola. Swoją pierwszą bramkę w tym meczu zdobył Ernest Iwan. Kolejne minuty to jeszcze większa przewaga gości, którzy raz po raz atakowali świątynię gospodarzy. Jeszcze przed przerwą po zespołowej akcji całej drużyny Michał Borucki strzela bramkę na 0-2. Po odpoczynku i zmianie stron do pracy wzięli się goście i już na początku drugiej połowy udaje im się strzelić bramkę kontaktową. Kolejne minuty w meczu to powrót do gry sprzed przerwy. Na boisku ponownie dominowali goście, którzy za wszelką cenę chcieli zgarnąć komplet punktów. W 34 minucie meczu WKS Bęgal strzela kolejną bramkę i na tablicy wyników mamy już 1-3, goście nie spoczywali na laurach i chwilę później Ernest Iwan strzela swojego drugiego gola w tym meczu i podnosi rezultat na 1-4. W składzie drużyny Na2Nóżkę brakowało kilku kluczowych graczy, a z tak wąską ławką rezerwowych jaką przygotowali na te spotkanie gospodarze powoli brakowało również sił i zmęczenie dawało się we znaki. W drugiej połowie gospodarzom co prawda udało się zdobyć jeszcze jedną bramkę, jednak to wszystko na co było ich stać w dni dzisiejszym. W końcówce meczu byliśmy świadkami jeszcze kilku goli, z których głównie cieszyli się goście. Warto również wspomnieć o świetnej dyspozycji napastnika WKS Bęgal Ernesta Iwana, który był głównym motorem napędowym swojego zespołu. Mecz ostatecznie kończy się wynikiem 2-6 i zasłużonym zwycięstwem ekipy WKS Bęgal. Dzięki wygranej goście na dwie kolejki przed końcem rozgrywek zajmują miejsce na najniższym stopniu podium w tabeli 10 ligi. 

11 Liga

Serhat Kaymaz. To nazwisko muszą zanotować sobie wszyscy rywale Red Rebels, a także skauci z wyższych lig. W starciu na szczycie z gospodarzem tego spotkania, Borowikami, "Rebelianci" nie mieli łatwego zadania, gdyż "Grzybki" były doskonale przygotowane taktycznie pod kątem defensywy. Od początku meczu Serhat było podwajany i potrajany, a dobrze ustawiony blok obronny nie pozwalał mu na dochodzenie do klarownych sytuacji strzeleckich na dominującą, lewą nogę. Jednak niewiele mogli zrobić, gdy po podaniu Cema Ocaka młody napastnik Red Rebels potężnie uderzył na bramkę i nie dał szans dobrze spisującemu się Przemkowi Jażdżykowi. Gospodarze jednak zebrali się w sobie i po przeprowadzeniu zespołowej akcji ofensywnej, strzał jednego z kolegów "poprawił" Aleksandr Anischenkov, posyłajać potężną bombę na 1:1. W całym spotkaniu Serhat Kaymaz aż czterokrotnie wpisywał się na listę strzelców, a jedna z bramek zdecydowała o losach spotkania, gdyż została zdobyta w ostatniej minucie spotkania. Bramki dla Borowików strzelali jeszcze Marcin Stachacz oraz Dawid Bilski. Ostatecznie turecka ekipa, po końcowym gwizdku, mogła się cieszyć z cennego zwycięstwa 3:4, co pozwala im zachować szansę na mistrzostwo. Niemniej to Borowiki wciąż są liderem.

Niezwykle zacięty pojedynek widzieliśmy w starciu KTA Wszedło z Dżentelmenami. W bramce gości tym razem stanął Jakub Augustyniak, czyli etatowy snajper Gentlemanów, ale jak się później okazało, poradził sobie całkiem nieźle na nowej pozycji. Mecz zaczął się po myśli gospodarzy, którzy po składnej akcji i szybkiej wymianie paru podań, rozklepali defensywę oponenta. KTA dłużej operowało piłką, mieli nawet szansę na podwyższenie rezultatu, ale po mocnym strzale jednego z zawodników piłka jedynie obiła poprzeczkę. Goście natomiast nastawiali się bardziej na kontry, a z przodu grę ciągnął duet Paweł Szydziak – Paweł Domański i właśnie po akcji tej dwójki w 15 minucie mieliśmy remis. Co więcej goście mieli szansę na gola na 1:2, gdy został podyktowany dla nich rzut karny. Oko w oko z MVP poprzedniej kolejki Cezarym Szczepankiem stanęła Ola Pastuszko, ale jej strzał w środek bramki został obroniony. W pierwszej części zobaczyliśmy jeszcze dwie bramki. Najpierw świetną kontrę rozegrali zawodnicy Wszedło, ale z prowadzenia cieszyli się niespełna minutę, bo do wyrównania ponownie doprowadził Paweł Domański. Premierowe 25 minut zakończyło się więc wynikiem 2:2, przy czym chyba lekką przewagę mieli gospodarze, choć Dżentelmeni nie pozostawali dłużni rywalom. W drugą część znacznie lepiej weszli zawodnicy gości, którzy dość szybko wyszli na prowadzenie 2:3. Odpowiedź Wszedło była natychmiastowa i wynik 3:3 utrzymywał się przez większą część drugiej połowy. Właściwie trudno było wskazać która drużyna zajmuje miejsce na podium, a która znajduje się w dolnej części tabeli. Dużo było walki o każdą piłkę, a Dżentelmeni skutecznie niwelowali ofensywne atuty przeciwnika. Dopiero na 5 minut przed końcem spotkania niezawodny duet Filip Pacholczak- Daniel Kowalski wyprowadził KTA na prowadzenie, i gdy wydawało się, że jednak faworyt zgarnie 3 punkty Paweł Szydziak po indywidualnej akcji i kapitalnym strzale ustalił wynik spotkania na 4:4. Z przebiegu meczu remis raczej nie krzywdzi żadnej ze stron i wydaje się sprawiedliwym wynikiem. 

Dla Szeregu starcie z Oldboys Derby III było poniekąd ostatnią szansą na nawiązanie walki o podium. Braków kadrowych wciąż nie udało się załatać i podopieczni Artura Moczulskiego musieli z zazdrością patrzeć na szeroką ławkę rezerw Oldboysów. Jednak gospodarzom nie brakuje charakteru, talentu i niekonwencjonalnych pomysłów, jak choćby postawienie między słupkami znanego raczej z formacji ofensywnej Jana Mitrowskiego. W efekcie w 9 minucie Szereg wyszedł na prowadzenie po zespołowej akcji wykończonej przez Michała Daniluka. Goście długo nie mogli znaleźć swojego rytmu i często tracili piłkę w środku pola i gdyby nie rewelacyjna forma Andrzeja Gorzkowskiego po kwadransie gry mogło być już po meczu. W końcu odpaliła również ofensywa Oldboys i w 19 minucie Wojciech Zadrożniak zdobył gola wyrównującego, a chwilę później doszło do błyskawicznej wymiany ciosów i najpierw Michał Daniluk trafił dla Szeregu, a po chwili Wojciech Zadrożniak znów doprowadził do remisu. W drugiej połowie ujawniła się wszechstronność Jana Mitrowskiego, który nie tylko świetnie radził sobie w bramce, to na dodatek w 30 minucie wyprowadził szybki kontratak i wyłożył piłkę niezawodnemu tego dnia Michałowi Danilukowi. Chwilę później Michał dołożył kolejne trafienie, ale Oldboys zripostowali golem Wojciecha Zadrożniaka. Świetne zawody rozgrywali Mateusz Jarocki i Michał Daniluk, którzy stworzyli tego dnia niezwykle zabójczy duet. W 35 minucie Mateusz zaliczył czwartą asystę, a Michał piątego gola, a Szereg wyszedł na prowadzenie 5:3. W 40 minucie zamieszanie pod bramką wykorzystał Paweł Ślązak powiększając przewagę gospodarzy, ale Oldboys również nie zamierzali się zatrzymywać – najpierw trafił Cezary Dudało, a po chwili było już 6:5 po trafieniu Adama Włodarczyka. W tej chwili Oldboys powinni pójść za ciosem i dobić Szereg, jednak drużynie Przemka Białego jakby zabrakło koncentracji w ostatnich minutach. Michał Daniluk podwyższył na 7:5, jednocześnie kompletując drugiego już hat-tricka, za co należą mu się specjalne brawa. Do końca meczu pozostało jeszcze pięć minut i Oldboys mieli szanse na dogonienie wyniku, szczególnie, że gospodarzom wyraźnie zaczynało brakować sił. Goście końcówkę rozegrali trochę zbyt statycznie i choć w ostatniej minucie na 7:6 trafił Sławek Ogorzelski na więcej zwyczajnie zabrakło czasu i Szereg Homogenizowany w końcu przełamał się i po ciekawym meczu zgarnął bardzo ważne, trzy punkty.

Rywalizacja NieDzielnych z Pogromcami Poprzeczek kończyła zmagania 15 kolejki Ligi Fanów. W roli faworyta typowano tu zespół Marcina Aksamitowskiego, który po ostatnich sukcesach podchodził do tego spotkania wyjątkowo zmotywowany. Nie minęła nawet minuta gry, a balonik oczekiwań pękł z hukiem, kiedy po strzale Michała Boguckiego piłka odbiła się od obrońcy, zmyliła golkipera i wpadła do bramki. Co ciekawe poprzedni mecz NieDzielnych rozpoczął się od podobnej sytuacji i podobnie jak tydzień temu po kilku minutach team Marcina Aksamitowskiego zdobył gola wyrównującego – podanie kapitana z rogu wykorzystał Jan Wójcik i mieliśmy remis. Gospodarze atakowali coraz śmielej i w 14 minucie Artur Jaszczak pięknym wolejem wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Obie drużyny popełniały sporo drobnych błędów, ale jak wiadomo Mateusz Niewiadomy jest absolutnym specjalistą, jeśli chodzi o wykorzystywanie potknięć obrońców i 21 minucie przeciął niedokładne podanie, po czym zapakował piłkę do siatki. Kilka minut później dostał kolejny „prezent”, kiedy przejął fatalne wybicie bramkarza NieDzielnych i pierwsza połowa dość niespodziewanie skończyła się prowadzeniem Pogromców 2:3. W drugiej części spotkania gospodarze coraz mocniej napierali na bramkę Adama Maja i wyprowadzali akcję za akcją, ale ciasna obrona Pogromców nie pozwalała na wypracowanie klarownej pozycji do strzału. Goście, przeważnie zamknięci na swojej połowie, nie mieli zbyt dużo okazji, lecz gdy tylko się taka nadarzyła, wykorzystali ją z zabójczą skutecznością. Hubert Dąbrowski podał do Norberta Plaka, a ten urwał się obrońcy i strzelił obok słupka. NieDzielnym zdecydowanie zabrakło finezji i skuteczności z poprzednich spotkań, ale jedną z przyczyn niemocy gospodarzy była świetna postawa golkipera Pogromców Adama Maja, który popisał się kilkoma fenomenalnymi obronami. Skapitulował dopiero w 40 minucie, kiedy po strzale z rzutu wolnego dobitkę zaliczył Zbigniew Grzędowicz. Choć do końca meczu zostało jeszcze sporo czasu gospodarze potwornie męczyli się z defensywą Pogromców i mimo kilku dogodnych sytuacji nie byli w stanie odwrócić losów meczu. Goście skupili się na atakach z kontry i wybijaniu niebezpiecznych piłek, do tego bardzo skutecznie blokowali akcje Artura Jaszczaka. W ostatniej minucie meczu NieDzielni mieli szansę na wyrównanie – Jakub Janczyk strącił głową piłkę rzuconą z autu, ale zabrakło precyzji i futbolówka minęła słupek. Po chwili sędzia odgwizdał koniec spotkania i Pogromcy Poprzeczek cieszyli się ze swojego czwartego zwycięstwa w tym sezonie.

12 Liga

Mecz pomiędzy zespołami będącymi na podium zawsze zapowiada się emocjonująco. Będąca na trzecim miejscu i po dwóch porażkach z rzędu drużyna Zaruby chcąc pozostać w grze musiała pokonać lidera - Weiti FC. Gospodarze od pierwszego gwizdka sędziego narzucili swoje tempo gry, tylko sporadycznie dopuszczając rywala do bramki strzeżonej przez dobrze tego dnia dysponowanego Artura Sęka, który niemal bezbłędnie utrudniał życie ofensywnym zawodnikom Weiti. Zaruby już w 7 minucie wyszły na prowadzenie za sprawą najlepszego w tej kolejce Michała Platonova, który przez cały mecz był zmorą dla defensywy rywala. Osiem minut później gospodarze podwyższyli wynik, a minutę przed końcem zawodnicy gości zdobyli gola kontaktowego i kiedy wszyscy już myśleliśmy, że taki wynik się utrzyma Zaruby wtórnie odskoczyły na dwubramkowy bufor. Druga część spotkania była jeszcze bardziej obfita w gole, które głownie padały łupem gospodarzy. Na cztery trafienia goście odpowiedzieli tylko raz za sprawą Antka Kwietniewskiego, który zdobył gola po bezpośrednim strzale z rzutu wolnego. Wygrana pięcioma bramkami jeszcze bardziej wyrównała zmagania o podium dwunastej ligi, gdyż aż cztery drużyny (włączając Zaruby, oraz Weiti) tracą tylko trzy punkty do lidera. Obu zespołom dziękujemy za serce i pot pozostawione na boisku i życzymy powodzenia w nadchodzących meczach.

Lider dwunastej ligi zespół CF Kempton podejmował Złączonych, dla których był to mecz za sześć punktów w perspektywie walki o podium. Obie drużyny od pierwszych minut spotkania prezentowały się bardzo dobrze. Szybka gra piłką, oraz wyrównany poziom zawodników były ucztą dla kibiców oglądających to spotkanie. Pierwsza bramka została zapisana na konto gości za sprawą duety Desire Kamiayo – Michael Musiwago. Gospodarze znający stawkę meczu zdołali wyrównać, lecz i tym razem musieli oddać prowadzenie. Do końca wyrównanej pierwszej połowy zobaczyliśmy jeszcze po trafieniu każdej ze stron, a jednobramkowa przewaga Kemptonu zwiastowała jeszcze bardziej ekscytującą drugą odsłonę. Kiedy sędzia odgwizdał wznowienie zmagań na boisku, szybki gol w wykonaniu najlepszego strzelca gości Stydoma Thondhlanga pobudził Złączonych do odrabiania strat, a zajął się tym Łukasz Wasiak wraz z Piotrem Gipsiakiem doprowadzając do remisu. Był to ostatni remisowy rezultat tego spotkania. Od tej chwili goście lekko podkręcili tempo odskakując gospodarzom. Mimo iż mogliśmy oglądać jeszcze wiele pięknych akcji zakończonych golami po obu stronach, Złączeni nie zdołali dogonić rywala finalnie przygrywając pięcioma bramkami. CF Kempton dzięki zwycięstwu został samodzielnym liderem i przybliżył się mistrzostwa, a goście, mimo że stracili szanse na podium zaprezentowali znakomity futbol, za co im i ich rywalom dziękujemy.

Mecz pomiędzy Sportano Football Club a Shitable zakończył się wynikiem 4:2. Przebieg spotkania był bardzo emocjonujący, z wieloma interesującymi zwrotami akcjami. Od samego początku obie drużyny wykazały się dużą determinacją i chęcią odniesienia zwycięstwa. Sportano Football Club zaczął mecz odważnie, atakując przeciwnika i starając się utrzymać kontrolę nad piłką. Już w pierwszych minutach spotkania Sportano zdołało zdobyć bramkę, dzięki celnie wykonanemu uderzeniu jednego ze swoich napastników. Po kilku groźnych akcjach w okolicach bramki rywala, gracze w czarnych strojach zdołali podwyższyć prowadzenie. Strzał Kamoly okazał się zbyt mocny dla Luki Danylenki, dzięki czemu piłka wpadła do siatki. Mimo sporej straty, Shitable nie zraziło się i kontynuowało swoje ofensywne działania. Ich determinacja została nagrodzona, gdy w końcówce pierwszej połowy kapitan, Viacheslav Gladyshevski odnalazł celnym podaniem swojego kolegę z drużyny. Tym samym wynik do przerwy wynosił 2:1 na korzyść Sportano FC. W drugiej połowie meczu obie drużyny nadal preferowały otwartą piłkę. Sportano kontynuowało nacisk na przeciwnika, starając się zabezpieczyć swoje prowadzenie, podczas gdy Shitable próbowało odwrócić losy spotkania. Po kilku dogodnych sytuacjach dla obu drużyn, to Sportano zdołało powiększyć swoją przewagę. W drugiej odsłonie widowiska, to piłkarz Sportano (Motyczyński) zdobył drugą oraz trzecią bramkę, kompletując tym samym hat-tricka. Ostatecznie Sportano Football Club zwyciężyło 4:2, dzięki skutecznym atakom i umiejętnemu wykorzystaniu sytuacji. Mecz był pełen emocji i widowiskowych akcji, zapewniając kibicom wiele powodów do radości i zadowolenia z oglądanej rozgrywki.

Skromne zestawienie kadrowe Gastro Sparty na starcie z bardzo dobrze grającym Nagelem niestety nie wróżyło nic dobrego. Jakże miło byliśmy zaskoczeni, gdy to właśnie ekipa gospodarzy dużo lepiej zaczęła mecz. Zaczęło się od bramki Piotrka Janosa, który świetnie odnalazł się w zamieszaniu w okolicach pola karnego i skierował piłkę do siatki. Odpowiedź przyszła jednak dość szybko, kiedy to podanie Radka Przybylskiego wykorzystał skutecznie Tomek Rębiewski. Gospodarze jednak nie ustawali w atakach, czego efektem było trafienie Dylana Birchaniego, a asystę przy tym trafieniu zanotował Bartek Opiński. Cios za cios - tak trzeba opisać wydarzenia w pierwszej odsłonie. Wyrównanie na 2:2 nastąpiło, gdy do piłki podanej przez Mateusza Skalskiego dobiegł jeden z najszybszych graczy w Lidze Fanów, Arthem Ughai, a swój rajd zakończył trafieniem. Jednak determinacja graczy Gastro Sparty była niesamowita i po chwili zaowocowała kolejnym wyjściem na prowadzenie, tym razem 3:2, po golu Witka Kalinowskiego. Ostatecznie ta część meczu zakończyła się stanem 3:3, gdyż tuż przed przerwą do wyrównania doprowadził Maksimo Stesiuk. Po zmianie stron, a stwierdzamy to z przykrością, gracze Gastro Sparty nie przypominali już walecznej ekipy z pierwszej odsłony. Dość powiedzieć, że ta część spotkania zakończyła się zwycięstwem ekipy Nagel aż 1:8. Świetne zawody rozgrywał Maksimo Stesiuk, który w całym spotkaniu ustrzelił cztery bramki, w tym dwie z cyklu "stadiony świata", a konkretnie z przewrotki oraz "zdejmując pajęczynkę" przy golu na 4:10. Nie gorzej zaprezentował się kapitan gości, Radek Przybylski, który poza jednym trafieniem zakończył mecz z aż czterema asystami. Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 4:12, a o zwycięstwie gości absolutnie zadecydowała postawa w drugiej połowie. 

Data utworzenia artykułu: 2023-05-18 15:20
Facebook
Tabela
Poz Zespół M Pkt. Z P
4   TUR Ochota 11 18 5 3
5   ALPAN 11 15 5 6
7   FC Kebavita 11 10 3 7
3   FC Otamany 11 25 8 2
6   In Plus & Pojemna Halina 11 12 4 6
9   Explo Team 11 8 2 7
2   Gladiatorzy Eternis 11 28 9 1
8   Esportivo Varsovia 11 9 3 8
10   Warsaw Bandziors 11 4 1 9
1   EXC Mobile Ochota 11 29 9 0
Social Media
Youtube SUBSKRYBUJ



Reklama