MENU LIGOWE
POZIOMY ROZGRYWEK
AKTUALNOŚCI
ROZGRYWKI
STATYSTKI
FUTBOL.TV
TURNIEJE
WYWIADY
PUCHAR FANÓW
GALERIA
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
RAPORT MECZOWY - 12. KOLEJKA!

Mimo, że w ostatnia kolejkę rozegraliśmy we wtorek a nie niedziele, zagraliśmy mniej spotkań niż zwykle to i tak emocji było co nie miara. Powroty z dalekiej podróży, pościgi, zwroty akcji i strzelaniny - to nie zapowiedź filmu akcji, a krótki rys tego co działo się w ten weekend na trzech Arenach – Grenady, Picassa, Strumykowa. Cała liga wyraźnie wrzuciła wyższy bieg, ale my wierzymy, że nie jest to jeszcze maksymalny osiąg naszej maszyny. W końcu za nami  dopiero 3 kolejki rundy wiosennej. Zapraszamy na cotygodniowe podsumowanie piłkarskich wydarzeń w stolicy.        

 

EKSTRAKLASA

 

EAST WIND - NARODOWE ŚRÓDMIEŚCIE 14:2

W kolejnym spotkaniu ekstraklasy East Wind podejmował Narodowe Śródmieście. Niekwestionowanym faworytem był tutaj team Sebastiana Dąbrowskiego, ale chyba mało kto spodziewał się tak kolosalnej dominacji ze strony gospodarzy. Już w 3 minucie Mateusz Olszak posłał podanie do Damiana Patoki, a ten zdobył pierwszego gola. Nie minął nawet kwadrans a było już 5:0 dla gospodarzy, którzy grali jak natchnieni zarówno w ofensywie jak i w obronie. Goście długo nie byli w stanie nawet oddać strzału na bramkę Patryka Koryckiego, a Eastwindowy kwartet Olszak-Patoka-Szymajda-Gomoła kompletnie rozmontował defensywę Narodowego Śródmieścia i pierwsza połowa skończyła się wynikiem 8:0. Goście wyglądali momentami na kompletnie bezradnych, ale nie ukrywajmy – East Wind zagrał rewelacyjnie dobre spotkanie i drużynowy futbol na kosmicznie wysokim poziomie. Niewzruszona pewność w rozegraniu, dynamiczne akcje, dużo precyzyjnych podań i gra na jeden kontakt spowodowała, że gospodarze byli po prostu poza zasięgiem. W drugiej połowie East Wind mając już zwycięstwo w kieszeni trochę się rozluźnił, ale wciąż grał świetne zawody i dokładał kolejne gole. Narodowe Śródmieście stwierdziło, że nie ma już nic do stracenia i w rolę bramkarza lotnego wcielił się Tomek Terpiłowski. Dzięki temu udało się dwukrotnie pokonać Patryka Koryckiego i spotkanie skończyło się pewnym zwycięstwem East Windu aż 14:2. Jak zwykle nie zawiódł Damian Patoka, który strzelił cztery gole i trzy razy asystował kolegom, ale szczególny wkład w zwycięstwo swojego zespołu miał Mateusz Olszak, który aż sześciokrotnie pokonał bramkarza rywali i dołożył do tego cztery asysty. Forma drużyny Sebastiana Dąbrowskiego pozwala nam sądzić, że końcówka sezonu może być w wykonaniu tego teamu spektakularna.

 

FC IMPULS UA - TUR OCHOTA 4:4

Drużyna Impulsu mierzyła się w tej kolejce z Turem. Pisaliśmy w zapowiedziach,  że gospodarze nie mają łatwego kalendarza ale tuż przed meczem zapowiadali , że dzisiaj liczy się dla nich tylko wygrana. Goście mieli spore problemy kadrowe ale cieszył fakt,  że na boisku zobaczyliśmy Rafała Polakowskiego,  który ma pomóc ekipie z Ochoty w walce o podium. Początek spotkania już zwiastował problemy aktualnego mistrza. Ekipa z Ukrainy od początku stwarzała sobie okazje i szybko objęła prowadzenie. Duet Vladysław Budz i Bohdan Iwaniuk zaskoczyli obronę rywali i Impuls mocno rozpoczął rywalizację. Po chwili było już 2:0 dla gospodarzy. Tym razem po stracie piłki w środku pola Tur nadział się na kontrę i po niespełna dziesięciu minutach miał dwubramkowy deficyt. Atak pozycyjny teamu Konrada Kowalskiego był przewidywalny i ciężko było o jakieś klarowne sytuacje. Dopiero po dość kuriozalnej sytuacji Tomek Kotus zaskoczył golkipera gospodarzy strzałem w krótki róg. Bramka kontaktowa dawała nadzieję na to, że uda się jeszcze przed przerwą wyrównać. Jednak gdy Tur zaczął grać swoją grę to Robert Hankiewicz tak długo holował piłkę pod własnym polem karnym, że w końcu ją stracił i Impuls podwyższył wynik. Po 25 minutach rywalizacji było 3:1. Po zmianie stron Tur nie mając nic do stracenia ruszył z atakami. Bił jednak głową w mur i dopiero po rzucie karnym zdołał złapać kontakt. Kolejne ataki nie dawały wyrównania, a po kontrze ponownie ekipa z Ukrainy odskoczyła na dwubramkową przewagę. W takiej sytuacji nie pozostało nic innego jak zdjąć bramkarza. Tak też Tur zrobił i prawie dziesięć minut grał bez nominalnego golkipera. Jak się okazało był to skuteczny manewr, bo goście zdołali wyrównać. W ostatnich sekundach gospodarze mieli na nodze piłkę meczową, ale zawodnik Impulsu minimalnie chybił obok bramki. Po zaciętym i chwilami stojącym na wysokim poziomie adrenaliny spotkaniu sprawiedliwy podział punktów.

 

ANONYMMOUS! - FC KEBAVITA 4:5

Rywalizacja AnonyMMous! z FC Kebavitą należy do jednej z najbardziej spektakularnych w naszej lidze. Drużyny te spotkały się już wielokrotnie i często o wyniku decydowała dyspozycja danego dnia. Tym razem to Kebavita miała lepszy początek – po kilku nieudanych akcjach ofensywnych Baris Kazkondu podał do niekrytego Kamila Majorka, a ten zapakował piłkę do siatki przy samym słupku i zrobiło się 0:1 dla gości. Anonimowi spokojnie odbudowywali przewagę w środku pola, mocno pressowali przeciwnika i w końcu zmusili obrońców Kebavity do popełnienia błędu. Fatalne dogranie do bramkarza przejął Karol Sarnecki i mieliśmy remis. Kebavita próbowała odpowiedzieć grą z wysoko wysuniętym bramkarzem, ale paradoksalnie zemściło się to na ekipie Buraka Cana, bo niedokładnie dograną piłkę przejął Eryk Stoch i AnonyMMous! wyszli na prowadzenie 2:1. Defensywa Kebavity straciła czujność i już po minucie było 3:1 dla Anonimowych po golu Macieja Latosiewicza. Wydawało się, że gospodarze wypracowali solidną przewagę, ale jeszcze przed przerwą Kebavita zabrała się do odrabiania strat i dwa trafienia Kamila Majorka doprowadziły do remisu, a Moatasem Aziz strzelił gola, który wyprowadził gości na prowadzenie…z którego nacieszyli się raptem przez pół minuty, bo gola do szatni zapakował Maciej Latosiewicz i pierwsza połowa skończyła się remisem 4:4. Jednym z powodów sukcesu Anonimowych w pierwszej połowie meczu było zupełne wyłączenie z gry Christiana Nnamaniego, ale pozostawienie tego zawodnika nawet na moment bez krycia może spowodować katastrofę i tak stało się chwilę po wznowieniu gry, kiedy Christian wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Obie drużyny miały mnóstwo okazji strzeleckich, ale druga połowa to festiwal nieskuteczności po jednej i drugiej stronie. Wyraźnie częściej atakowali zawodnicy Maćka Miękiny – Rafał Krzywicki i Eryk Stoch mieli mnóstwo okazji do wyrównania, ale za każdym razem udawało się Kebavicie wyjść z opresji. W końcówce AnonyMMous wyraźnie przycisnęło obronę gości, ale brakowało tak skuteczności jak i zwyczajnego szczęścia. W ostatniej akcji meczu sędzia podyktował rzut wolny w okolicy pola karnego, ale defensywa Kebavity zachowała zimną krew i tym razem zespół Buraka Cana był górą wygrywając 4:5.

 

CONTRA - IN PLUS POJEMNA HALINA 0:8

W starciu Contry z In Plus Pojemną Haliną liczyliśmy na to,  że team Michała Raciborskiego postara się nawiązać walkę z faworytem. Jednak nasze nadzieje dość szybko opadły, a sam przebieg spotkania można by podsumować praktycznie jednym słowem. Dominacja to stwierdzenie dobrze obrazuje przebieg tego spotkania. Od pierwszej minuty goście standardowo grali swoją taktykę z lotnym bramkarzem  Tomkiem Warszawskim i kwestią czasu było kiedy otworzy się worek z bramkami. Contra próbowała, ale miała olbrzymie kłopoty by wyjść z własnej połowy, a pressing In Plusu Pojemnej Haliny wręcz powodował, że gospodarze szybko tracili piłkę. Po pierwszych trzech bramkach było wiadomo, że to spotkanie będzie jednostronnym widowiskiem. Próbował szarpać Tomasz Zagórski, ale tak naprawdę był to jedyny zawodnik który potrafił zagrać z rywalem jeden na jeden nie tracąc piłki. Do przerwy mieliśmy wynik 0:5, a był to najniższy wymiar kary. Po zmianie stron obraz gry był podobny. Gospodarze mieli kilka okazji ale brakowało wykończenia a gdy udawało się oddać strzał to na posterunku był Tomasz Warszawski. Trzeba podkreślić że świetne zawody zagrał Filip Góral - strzelec trzech bramek w tym dwóch niezwykłej urody. Przy stanie 0:8 goście zaczęli się bawić na boisku do tego stopnia, że w sytuacji gdy Rafał Barzyc dostał prezent od gracza Contry,  który odegrał piłkę do tyłu nie wiedząc, że tam jest przeciwnik, który nie wrócił po poprzedniej akcji. Ten zamiast wyjść z akcją sam na sam z bramkarzem oddał piłkę gospodarzom. Od taki gest przy wysokim wyniku,  który wprawił w uśmiech wielu zawodników. In Plus Pojemna Halina zgarnia kolejne trzy punkty nie dając szans rywalom. Contra walczyła, ale tego dnia nie miała za wiele argumentów by postawić się ekipie Patryka Galla.

 

FC GORLICKA – MIXAMATOR 15:1

W meczu drużyn z dwóch biegunów tabeli zdecydowanie lepszy faworyt, który nie dał najmniejszych szans swojemu przeciwnikowi. FC Gorlicka przystępowała do tego spotkania podrażniona po ubiegłotygodniowym remisie z FC Kebavita. Ich rywale natomiast po serii 3 potyczek bez zdobyczy punktowej liczyli na dobry rezultat w starciu z wiceliderem tabeli. Od samego początku aktualni wicemistrzowie Polski rzucili się do wściekłych ataków. Już w 1 minucie Marcel Gorczyca oddał bardzo groźny strzał, po którym musiał interweniować bramkarz. Kilka chwil później mieliśmy już otwarcie wyniku kiedy to Grzegorz Augustyniak odbił piłkę przed siebie, a stojący tam Eryk Murawski „kropnął” z całych sił nie dając żadnych szans na obronę. Zaraz potem mieliśmy już dwubramkowe prowadzenie, bo świetną indywidualną akcję Mateusza Leleno wykończył Jędrzej Gorczyca. Okres między 13, a 17 minutą to popis gry Kamila Dankowskiego, zakończony 2 bramkami i 1 asystą tego gracza. Mixamator próbował się odgryzać między innymi strzałami z dystansu, ale uderzali albo niecelnie albo dobrze w bramce spisywał się Mateusz Kot.  Do przerwy gole dorzucili jeszcze Leleno i Murawski. Oba trafienia poprzedzone były wzorcowymi akcjami całego zespołu. W drugiej części gry obraz się nie zmienił. Ponownie szybko strzelanie zaczęła Gorlicka, a konkretnie Dankowski. Swoją bramkę dorzucił również Mariusz Milewski i niedługo po starcie drugiej połowy mieliśmy już wynik 9:0. Ambitna postawa  przedostatniej drużyny ligowej tabeli została nagrodzona w 32 minucie, kiedy to jak się później okazało honorowego gola zdobył Kamil Krupa. Prawdziwą strzelaninę widzieliśmy w ostatnich 10 minutach meczu. Wicelider zdobył w nich aż 6 goli, nie tracąc przy tym żadnego i ustalając wynik spotkania na 15:1. W następnej kolejce Gorlicka zmierzy się z Contrą i jeśli będzie w takiej dyspozycji jak w tym meczu to może być spokojna o wynik. Mixamator natomiast zmierzy się z będącym po trzech wygranych z rzędu East Windem i jeśli marzą o jakiejkolwiek zdobyczy punktowej muszą przede wszystkim poprawić grę w obronie.

 

LIGA 1

 

ALPAN - FC OTAMANY 9:1

Lider zaplecza ekstraklasy mierzył się z ekipą z dolnej części tabeli. Alpan, który wygląda imponująco w tym sezonie pewnie zmierza w kierunku najwyższej klasy rozgrywkowej. FC Otomany muszą natomiast do samego końca bić się o utrzymanie. Standardowo prym w poczynaniach ofensywnych faworyta wiódł Mateusz Marcinkiewicz, strzelec 32 bramek w tym sezonie. Wtórowali mu Kamil Melcher, Kamil Kłopotowski oraz Piotr Skrajny. Od początku tego spotkania widoczna była różnica klas między rywalami. Alpan kontrolował wydarzenia boiskowe. Od pierwszej minuty najaktywniejszy na boisku był Marcinkiewicz, który co chwilę niepokoił golkipera drużyny przeciwnej. W 2 minucie po odbiorze piłki przez Kłopotowskiego właśnie najlepszy strzelec tego sezonu w drużynie Alpan otworzył wynik tego meczu. W 8 minucie w zamieszaniu pod bramką rywala nogę dołożył Wiktor Gajewski i mieliśmy 2:0. Kilka momentów później mieliśmy kolejną bramkę dla Alpana, tym razem Marcinkewicz podawał, a gola zdobył Artur Radomski. Do przerwy wynik nie uległ już zmianie, chociaż były ku temu okazje dla jednych jak i drugich, ale albo świetnie zachowywali się bramkarze albo poprzeczka okazywała się przeszkodą nie do przejścia tak jak przy strzale Dmytro Arterchuka. Po zmianie stron dalej stroną częściej atakującą był lider tabeli co potwierdził pomiędzy 35, a 46 minutą kiedy to zdobył aż 6 goli. 4 z nich były autorstwa Marcinkiewicza, który tylko potwierdził, że drzemie w nim niesamowity potencjał. Otomany również miały swoje sytuacje aby nieco zmienić niekorzystny dla siebie rezultat. Próbowali między innymi Yakovenko, Manzhaliy czy Gryb. Ostatecznie temu ostatniemu udało się zdobyć gola, który jak się okazało był ostatnim trafieniem w tym meczu, a więc Alpan pokonał Otomany aż 9:1.

 

TYLKO ZWYCIĘSTWO - FC FREEDOM 4:4

Patrząc na historię meczów 1 ligi widać, że Tylko Zwycięstwo ma swój sposób na ekipy z Ukrainy. Drużyna braci Jałkowskich świetnie radzi sobie ze stylem gry teamów zza wschodniej granicy i   przegrała do tej pory tylko z Almazem. Freedom liczył na rewanż za porażkę z poprzedniej rundy i już od pierwszego gwizdka próbował narzucić swoje warunki gry. Kyrylo Ivashchenko nie wykorzystał dwóch dobrych okazji, a do akcji ofensywnych podłączał się również golkiper gości Aleksandr Gritsak i kilka razy postraszył strzałem z dystansu. Tylko Zwycięstwo zamknięte na własnej połowie starało się grać dalekimi wrzutami w pole karne przeciwnika, ale nie przynosiło to wymiernych efektów. Blisko strzelenia gola był…bramkarz Freedomu, który obił poprzeczkę. Impas obu drużyn został przerwany dopiero w 23 minucie, kiedy rzut wolny z niemalże połowy boiska na gola zamienił Oleh Shevtsov i goście schodzili na przerwę ze skromnym prowadzeniem 0:1. Na początku drugiej połowy goście zasypali bramkę TZu gradem strzałów, ale Grzegorz Murawski popisał się kilkoma ofiarnymi interwencjami i nie dawał się pokonać. W 30 minucie głęboko w pole karne dośrodkował Mateusz Górski, a Andrzej Morawski dopadł do piłki i nie dał szans Aleksandrowi Gritsakowi. Freedom odpowiedział trafieniem Maksyma Oliinyka, a po chwili było już 1:3 po rajdzie skrzydłem i strzale Oleha Shevtsova. TZ nie składał broni i na dziesięć minut przed końcem meczu znów mieliśmy remis po golach Maćka Dombrowicza i Łukasza Adamiuka. W końcówce nie zabrakło emocji – Kyrylo Ivashchenko wyprowadził swój zespół na prowadzenie i kiedy wydawało się, że Freedom dowiezie wynik do końca, po raz kolejny ekipie Konstiantyna Vasyliuka zabrakło odrobiny szczęścia do zgarnięcia trzech punktów, ponieważ zamieszanie pod bramką gości wykorzystał Andrzej Morawski i ustalił wynik meczu na 4:4.

 

CLEOPARTNER - FC ALMAZ 2:11

W poprzedniej rundzie mecz pomiędzy Cleopartner, a FC Almaz był szalenie wyrównany, a minimalnie lepsi okazali się zawodnicy Ruslana Kobyliatskyego. Ukraińskie ekipy przyzwyczaiły nas do wyjątkowo zaciętych spotkań i jak zwykle spodziewaliśmy się wyrównanej rywalizacji, szczególnie zważywszy na to, że w kontekście tabeli była to walka o brązowy medal. Niestety było to jednostronne widowisko. Gospodarzom nie udało się zebrać optymalnego składu i poniekąd przegrali z własną frekwencją. Już w 4 minucie błąd w rozegraniu wykorzystał Ihar Bakun i wyprowadził Almaz na prowadzenie. Wprawdzie na kolejną bramkę musieliśmy czekać ponad kwadrans, ale jeszcze przed przerwą Almaz prowadził już 0:3 po golach Tarasa Mysko oraz Vladyslava Andriutsy. Gospodarze szukali okazji strzeleckich, ale kolejne rewelacyjne spotkanie rozegrał Leonid Isayenia, któremu udało się zatrzymać kilka stuprocentowych akcji. Druga połowa to już kompletna dominacja ze strony zespołu przyjezdnego. Cleopartner zmuszone było gonić wynik, ale to goście stwarzali więcej groźnych i skutecznych akcji. W 29 minucie daleki wyrzut pod bramkę przeciwnika Jurii Nievdakh zgrał piętą do Tarasa Levytskiego, a ten nie dał szans bramkarzowi Cleopartner i było już 0:4. Gol ten wyraźnie zdemotywował zespół Dmytro Zhdanova, bo napastnicy Almazu coraz śmielej poczynali sobie pod bramką Lyka Dahylenki. Gospodarze w końcu zdobyli gola kontaktowego…ale przy stanie 1:9 było już dawno po meczu. Almaz zagrał świetny, drużynowy futbol, choć na indywidualne wyróżnienie zapracował Jurii Nievdakh, który był zmorą defensorów Cleopartner, szczególnie w drugiej połowie - zaliczył hat-tricka i aż cztery asysty. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 2:11, co już samo w sobie jest zaskoczeniem w kwestii rywalizacji pomiędzy ukraińskimi drużynami. Almaz po raz kolejny udowodnił, że należy do topu 1 ligi, a Cleopartner zachowuje jeszcze teoretyczne szanse na trzecie miejsce, ale zdecydowanie musi poprawić frekwencję.   

 

GLADIATORZY - DEPORTIVO LA CHICKENO 10:6

Spotkanie Gladiatorów z Deportivo La Chickeno zapowiadało się na ucztę piłkarską. Obydwa zespoły znane są z gry kombinacyjnej i posiadają w swoich składach wybitnych techników. Trudno było przed spotkaniem wskazać faworyta, ponieważ gospodarze przystąpili do rywalizacji dopiero w rundzie rewanżowej, ale ich dyspozycja w pierwszych dwóch meczach pokazała, że trochę punktów do końca czerwca jeszcze zdobędą. Nic dziwnego, że w trakcie meczu sprawdziły się nasze przewidywania. Pierwszą bramkę zdobyli gospodarze, jednak szybko na nią dwukrotnie odpowiedział Patryk Zych, którego jeszcze kilka miesięcy temu mogliśmy obserwować na 1 ligowych boiskach. Stracone bramki mocno rozzłościły zawodników gospodarzy, którzy najpierw dwukrotnie pokonali bramkarza gości, a w kolejnej akcji na przeszkodzie stanął słupek bramki rywali oraz bramkarz gości, który piękną paradą uratował swój zespół od straty bramki. Pod koniec pierwszej połowy obydwie drużyny jeszcze raz zdołały pokonać bramkarza rywali i na przerwę schodziliśmy z wynikiem 4:3 dla Gladiatorów. Początek drugiej połowy to kolejna wymiana ciosów, a konkretnie po dwa ciosy wyprowadziła każda ze stron. W 40 minucie spotkania przy wyniku 6:5 dla gospodarzy powoli zaczynała się uwidaczniać przewaga zespołu gospodarzy, którzy wykorzystali szeroką kadrę meczową oraz świetnie dysponowanego tego dnia Adriana Giżyńskiego. Efektem tego było odskoczenie na pięć bramek przewagi, co nie spodobało się zawodnikowi gości Konradowi Szkopińskiemu, który po jednym ze starć ze swoim rywalem w kilku niewybrednych słowach odpowiedział swojemu przeciwnikowi. Z racji tego, że nie był to pierwszy taki wyczyn tego zawodnika oprócz osłabienia zespołu w końcowych fragmentach tego spotkania czeka go dłuższa przerwa w grze w naszych rozgrywkach. W ostatnich sekundach grający w osłabieniu goście zdobyli jeszcze jedną bramkę, ale nic ona nie dała. Ostatecznie zespół Gladiatorów pokonał Deportivo La Chcickeno 10:6 i zdobywa kolejne punkty. Porażka tych drugich sprawiła, że praktycznie wyłączyli już się z walki o najwyższy stopień podium.

 

NISKI PRESS - GREEN LANTERN 4:10

Spotkanie dwóch ekip walczących o coś. Z jednej strony Niski Press, który wciąż ma szanse na ligowe podium, z drugiej strony Green Lantern, które ze wszystkich sił próbuje  pozostać na zapleczu ekstraklasy. Waga tego spotkania była więc niemała i lepiej z takim ciężarem gatunkowym w pierwszych minutach spotkania radzili sobie goście. Wynik spotkania otworzył Tomek Ciurzyński, który wykorzystał niepewność obrony rywali i wpakował piłkę do siatki. Niski Press na swoją odpowiedź nie kazał długo czekać. Kilka chwil po stracie bramki Bartosz Charyton wykorzystał podanie Dawida Wichowskiego i doprowadził do wyrównania. Jak się później okazało, był to ostatni moment w meczu, kiedy Niski Press nie przegrywał. Ofensywne Trio Ciurzyński-Bełczyński-Rzepecki pokazali jak wielki w nich drzemie potencjał. Budowali akcje z dużym rozmachem, na dużej szybkości, z którą nie radzili sobie defensorzy gospodarzy. Co prawda wynik spotkania do przerwy mógłby wskazywać, że było to bardzo zacięte spotkanie, bo wynik był tylko 4:3 na korzyść Green Lantern, to byli oni znacznie groźniejsi w swoich poczynaniach. Po zmianie stron obraz gry się nie zmienił, z tą różnicą, że goście byli już znacznie skuteczniejsi, a kolejne bramki tylko dodawały im skrzydeł. Nawet licznie zgromadzeni kibice gości mogli w końcu cieszyć się z kolejnych bramek swoich zawodników. Niski Press w drugiej połowie zdobył tylko jedną bramkę, co prawda przedniej urody bo gol Bartosza Charytona strzelony z dystansu to istne stadiony świata, ale to było za mało by móc myśleć o dopisaniu do swojego konta kolejnych punktów. Green Lantern pozostaje w grze o utrzymanie, natomiast Niski Press ma już bardzo trudną sytuację, by myśleć o swoim celu którym niewątpliwie jest awans na najwyższy szczebel rozgrywkowy.

 

LIGA 2

 

SASKA KĘPA - GRACZE GORSZEGO SORTU 4:6

W spotkaniu 2 ligi pomiędzy ekipami Graczy Gorszego Sortu oraz Saskiej Kępy mieliśmy do czynienia z nie lada emocjami. Obydwie drużyny zdają się nadal poszukiwać optymalnej formy. W przypadku gości, na cztery ostatnie spotkania, tylko raz zdołali wywalczyć punkt po remisie z Playboys Warszawa. Gospodarze natomiast mieli za sobą serię trzech porażek z rzędu, poprzedzoną zwycięstwem nad Zjednoczoną Ochotą. Spotkanie dla obydwu zespołów z powodu ciężaru gatunkowego nie należało więc do najłatwiejszych oraz nie było dla nich spacerkiem. Niezwykle wyrównana pierwsza połowa i remis 1:1 potwierdzają tą teorię. Gospodarzom wybitnie przysłużył się tego dnia Arkadiusz Waszak. Dwa trafienia i taka sama ilość asyst, to na tak wyrównanym poziomie wynik imponujący. Gdyby nie postawa Leszka Gallewicza bramek mogłoby być o wiele więcej. Bramkarz Saskiej Kępy zaliczył naprawdę imponujący występ, niejednokrotnie ratując swój zespół przed stratą gola. Zwyżkowej formy na nieszczęście Saskiej Kępy nie wykazali gracze z pola. Oprócz Krajewskiego oraz Sitka, reszcie zespołu nie udało się zaznaczyć swojej obecności wieloma bramkami, czy asystami. Mimo tego, wynik 6:4 z takim rywalem należy traktować jako poważny sygnał dla poprawiającej się dyspozycji gości. Przed nimi niezwykle ciężkie starcie, w najbliższej kolejce zmierzą się z trzecim, Black Eagles Warszawa. Gospodarze tego starcia, dla porównania już w najbliższą niedzielę, podejmą drugą Górkę.

 

ETERNIS - ZJEDNOCZONA OCHOTA 8:9

Było to prawdopodobnie najlepsze spotkanie minionej kolejki, pełne walki, emocji i ofensywnej gry z obu stron. W mecz lepiej weszła drużyna gości, a w szczególności duet Rafał Popis - Krystian Kołodziejczak, którzy trzykrotnie rozmontowali obronę gości - 0:3. Dzięki temu Rafał już w 5 minucie mógł pochwalić się skompletowaniem hat-tricka. Kiedy później czwartą bramkę dołożył Kamil Kuczewski, wydawało się, że spotkanie można uznać już za zamknięte, jednak Eternis nie odstawiał nogi, grał twardo i szukał okazji na powrót do spotkania. Okazja dla gospodarzy nadarzyła się w okolicach 20 minuty, kiedy zdobyli trzy szybkie bramki w zaledwie 120 sekund. Tym razem byliśmy świadkami popisów niezwykle skutecznego duetu grającego w barwach Eternisu - Damiana Rudego i Igora Petlyaka - 3:4. Tuż przed gwizdkiem kończącym pierwszą połowę widzieliśmy jeszcze jedną bramkę, dzięki czemu na przerwę schodziliśmy ostatecznie z wynikiem 3:5. W drugiej odsłonie zmotywowany Eternis ponownie zaatakował. Gospodarze świetnie rozpoczęli tę odsłonę, zdobywając aż 4 bramki w 10 minut - 7:5. Potem jednak do głosu ponownie doszli zawodnicy gości. Zjednoczona Ochota, w ciężkiej sytuacji wreszcie podniosła się w dużej mierze dzięki kontaktowej bramce Adriana Wrońskiego na 7:6. W kolejnych minutach goście wykorzystali okres gry w przewadze i ostatecznie wyszli na prowadzenie 7:9. Gracze Eternisu jednak ciągle walczyli i do ostatniej sekundy spotkania wynik był sprawą otwartą. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 8:9, jednak w ostatniej akcji meczu strzał Emila Słomczyńskiego trafił w słupek.

 

WARSZAWSKA FERAJNA - BLACK EAGLES WARSZAWA 7:5

Kapitalne spotkanie oglądaliśmy w starciu Warszawskiej Ferajny z Black Eagles Warszawa. Właściwie w tym meczu mieliśmy wszystko – piękne bramki, wysokie tempo, indywidualne popisy zawodników, niesamowite emocje, dramaturgię i heroizm bramkarza Ferajny. Ale zacznijmy od początku. Mecz zaczął się dobrze dla gospodarzy. Właściwie już na samym początku objęli oni prowadzenie. Black Eagles ani myśleli odpuszczać i dążyli do wyrównania. Okazało się, że precyzyjne strzały z dystansu są receptą na obronę Ferajny, ale też trzeba oddać, że Olaf Gontarek (który zaliczył tego dnia cztery trafienia) miał tego dnia dobrze ułożoną stopę i gdy piłka odpowiednio mu „siadła”, bramkarz rywala nie miał za dużo do powiedzenia. Nie dziwiło więc nas, że zawodnik gości często próbował takich uderzeń. Obrona Ferajny grała bardzo dobrze, odpowiednio się przesuwała i nawet gdy Czarne Orły grały z wysuniętym bramkarzem tworzącym przewagę w polu, potrafiła tak przekazywać sobie krycie, że udawało im się w znacznej części powstrzymywać ataki rywala. Do przerwy Ferajna prowadziła 3:2. Pierwsza połowa była niezwykle ciekawa, ale drugie 25 minut dało nam jeszcze więcej emocji. Po zmianie stron byliśmy świadkami wymiany cios za cios. Najpierw błąd bramkarza gości wykorzystał Adrian Dembiński, który odebrał mu piłkę na jego połowie i praktycznie wszedł z futbolówką do pustej bramki. Ferajna długo się nie cieszyła, bo chwila nieuwagi kosztowała ich utratę gola tuż po wznowieniu. Następnie znów gospodarze wykorzystali błąd w rozegraniu przeciwnika i wyszli na prowadzenie 5:3. Przy golu na 5:4, przy próbie interwencji, kontuzji doznał bramkarz Ferajny i długo nie podnosił się z murawy. Postanowił jednak dokończyć spotkanie, co tylko podbudowało jeszcze mocniej morale w zespole Kacpra Domańskiego. Wynik ważył się do samego końca. Ferajna odskoczyła na 6:4, ale Black Eagles ponownie zbliżyli się na jedną bramkę. W końcu wygraną 7:5  przypieczętował Adrian Dembiński, który swoją drogą rozegrał kapitalne zawody. To był jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy mecz jaki oglądaliśmy tego dnia. Mnóstwo akcji, walka o każdą piłkę, determinacja jaką wykazali się zawodnicy obu drużyn, duża jakość i umiejętności poszczególnych zawodników – czego chcieć więcej? Mecz był niesamowicie wyrównany, ale Ferajna wygrała zasłużenie, w dużej mierze dzięki niesamowitemu Adrianowi Dembińskiemu, ale także dzięki poświęceniu i wysiłkowi każdego z zawodników. Oby więcej takich meczów!

 

FC GÓRKA - EXPLO TEAM  4:7

Niezwykle emocjonujący pojedynek stoczyły ekipy FC Górki i Explo Team. Dla gospodarzy to spotkanie mogło być decydujące w kontekście walki o mistrzostwo 2 ligi. Goście po dołączeniu do rozgrywek w drugiej rundzie póki co kroczą od zwycięstwa do zwycięstwa prezentując przy tym kawał dobrego futbolu. Od początku meczu zdecydowanie lepiej prezentowali się goście, a z biegiem upływających minut coraz bardziej naciskali swojego rywala i zdecydowanie przejmowali kontrolę w tym spotkaniu. Zawodnicy Explo grali uważnie w obronie i przeprowadzali groźne kontrataki. Imponowali spokojem i pomysłowym rozegraniem akcji. W tej części spotkania dobrze spisywał się duet Włudarski – Szarpak, który wspólnie kilkukrotnie rozmontował obronę rywali. Górka była zagubiona w obronie, a nieliczne ataki były wyprowadzane z dużą niedokładnością i brakiem zrozumienia. W szeregi doświadczonych zawodników gospodarzy wkradła się nerwowość co skutkowało stratą aż 5 bramek w pierwszej połowie. Druga połowa przyniosła już zdecydowanie więcej emocji. FC Górka zdecydowanie poprawiła grę w obronie, podwajając krycie i zagęszczając pole gry. Mądra gra defensywna oraz zaangażowanie w akcje ofensywne skutkowała kolejnymi golami i odrabianiem strat. Pod koniec meczu mieliśmy już wynik 4-6 i wszystko zapowiadało emocje do samego końca. Niestety końcówkę meczu zepsuł bramkarz FC Górki, który to w "mało elegancki" sposób zwrócił się do arbitra za co został ukarany żółtą kartką. Niestety to był koniec, bo po chwili w lekceważący sposób wykopał piłkę i dostał drugą żółtą a w konsekwencji czerwoną kartkę. Goście zdołali jeszcze dobić osłabionego rywala jedną bramką i mecz ostatecznie zakończył się wygraną zespołu Explo Team 4-7. Ostatecznie FC Górka po tej porażce spada w tabeli na drugie miejsce, ale wydaje nam się, że Explo Team urwie jeszcze punkty niejednej drużynie z ligowego topu.

 

 LIGA 3

 

FC BALLERS - UKRANIAN VIKINGS 5:9

Wczesnym wtorkowym popołudniem na Naszych boiskach przy ul. Strumykowej, jako pierwsze swoje zmagania rozpoczęły drużyny FC Ballers oraz Ukranian Vikings. Broniący trzeciej pozycji goście chcąc pozostać na podium musieli wygrać z gospodarzami zajmującymi ostatnie miejsce w ligowej tabeli. Początkowa faza gry toczyła się głownie w środkowej części boiska. Żadna z drużyn przez dość długi czas nie potrafiła wypracować sobie dobrej sytuacji do oddania celnego strzału. Dopiero w dziewiątej minucie pierwszego gola w tym meczu zdobyła drużyna gości. Silne i celne uderzenie odbiło się od bramkarza gospodarzy, a piłka wróciła pod nogi strzelca, który dopełnił formalności i umieścił piłkę w siatce.  Vikingowie poszli za ciosem i niespełna minutę później mieli już dwubramkową przewagę. Mecz zaczął nabierać tempa po szybko zdobytej bramce kontaktowej, która pchnęła FC BALLERS do odrabiania strat. Spotkanie robiło się oraz bardziej widowiskowe, a wyrównanie bramek tylko ożywiło widowisko. W ostatniej akcji pierwszej połowy, po szybkiej wymianie podań goście ustanowili wynik 3:2 na swoją korzyść. Dalsza część meczu była miła dla oka, kiedy to obydwie drużyny grały bardzo wyrównane spotkanie, ich składne akcje, oraz płynne przejścia z formacji defensywnej do ofensywnej nadawały rumieńca całemu wydarzeniu. W trzydziestej drugiej minucie oglądaliśmy ostatnią bramkę dla gospodarzy, którą zdobył Daniel Sobczyk wykorzystując rzut karny. Był to gol wyrównujący na 5:5. Dalszy przebieg meczu to coraz bardziej zwiększająca się przewaga UKRANIAN VIKINGS, czego skutkiem było wyjście w krótkim odstępie czasowym na trzy bramkowa przewagę, a ostatnim bezpośrednim strzałem z rzutu wolnego Arsen Oleksiv ustalił wynik spotkania na 5:9.

 

UN MATE TEAM – ENERGIA 3:7

Patrząc tylko na układ tabeli mogliśmy się spodziewać jednostronnego widowiska, w którym faworyt zdobędzie kilka bramek i bezproblemowo dopisze 3 oczka. Przebieg tego meczu był zgoła odmienny. UN Mate Team, który jak tlenu potrzebował punktów przystąpił do tego spotkania po 2 porażkach z rzędu z zaledwie jednym zawodnikiem na zmianę. Energia natomiast bez straty choćby punktu w tym sezonie dysponowała dość szeroką kadrą, bo aż trzema graczami na „ławce rezerwowych”. Pierwsze 15 minut tego meczu to zdecydowana przewaga aktualnego lidera tabeli. Od początku aktywni byli zwłaszcza Heorhii Parnitskii, Igor Petlyak oraz Andrii Plekh, którzy raz po raz zagrażali bramce strzeżonej przez Guillermo Gerpe. Swoją przewagę udokumentowali w 17 minucie kiedy świetnym, precyzyjnym strzałem zza pola karnego popisał się Igor Petlyak i otworzył wynik tego pojedynku. Do końca pierwszej połowy Energia mogła zdobyć jeszcze kilka bramek, ale zawodnicy tej ekipy albo nie trafiali w bramkę albo świetnie bronił bramkarz. Jedna z niewielu dogodnych szans do wyrównania stanu meczu przytrafiła się w 19 minucie Matiasowi Pinto, ale przegrał pojedynek oko w oko z Volodymyrem Slobozheniukiem. Do przerwy zatem mieliśmy skromne jednobramkowe prowadzenie lidera. Szybko się to zmieniło po zmianie stron. Energia miała rzut wolny z bardzo dobrej pozycji od bramki rywala. Do piłki podszedł Igor Petlyak, huknął jak z armaty i przepięknym trafieniem podwyższył wynik meczu na 2:0. Można powiedzieć, że od tego momentu spotkanie nabrało „rumieńców”. W 29 minucie bramkę kontaktową dla UN Mate Team zdobył Mariano Konopka. Zaraz potem Parnitskii sprawił, że znowu mieliśmy różnicę 2 goli między drużynami. W 38 minucie Matias Pinto nie wykorzystał rzutu karnego, świetnie zatrzymał go bramkarz. W przeciągu kolejnych 2 minut Energia skompletowała 2 żółte kartki co sprawiło, że przez kilka minut grali w osłabieniu co wykorzystali rywale zbliżając się na 1 gola. W końcówce spotkania dał jednak ponownie o sobie znać Igor Petlyak, dzięki któremu w kilka chwil lider strzelił 2 gole i na minuty przed końcem prowadził 5:2. Ostatnie momenty tego meczu to wymiana „cios za cios”, z której lepiej wyszli gracze z Ukrainy zdobywając 2 bramki i tracąc 1, co spowodowało, że końcowy wynik brzmiał 7:3.

 

OLD EAGLES KOŁO - FC MELANGE 6:4

Spotkanie Old Eagles Koło z Fc Melange miało istotne znaczenie w kontekście walki o podium. Chociaż składy obu drużyn były dalekie od optymalnych, to mimo to mieliśmy sporo emocji na boisku i w rolach głównych występowali zawodnicy,  którzy normalnie przebywają mniej minut na boisku. Goście nie mając swojego etatowego bramkarza postawili między słupkami Bartka Podobasa, który starał się rozgrywać akcje i stwarzać liczebną przewagę na boisku. Ta taktyka początkowo nie dawała rezultatu,  a pierwsza bramka padła po pressingu Łukasza Słowika i błędzie obrony gospodarzy. Sebastian Nowakowski nie zdążył do piłki i faulował napastnika Melanżu w polu karnym. Sam faulowany - Łukasz Słowik otworzył wynik meczu. Po chwili było już 0:2 i wydawało się, że to goście będą tutaj dominować. Jeszcze przed przerwą niby w niegroźnej akcji Michał Skalski huknął z czuba na bramkę i zrobiło się 1:2. Z takim wynikiem ekipy zeszły na przerwę. Po zmianie stron gracze z Koła starali się atakować,  ale robili to bardzo nieporadnie i długo nie byli w stanie zaskoczyć rywali. Melanż kontynuował dobrą grę z pierwszej odsłony i co najważniejsze zdobywał kolejne bramki. Damian Borowski i Łukasz Słowik wpisali się na listę strzelców i wydawało się, że przy stanie 1:4 nic się tutaj nadzwyczajnego nie mogło wydarzyć. Jednak gospodarze znani są z walki do końca i niespodziewanie ich gra zaczęła dobrze funkcjonować. Goście zadowoleni z wyniku stanęli i co najgorsze popełniali proste błędy w defensywie. To znakomicie wykorzystali zawodnicy Orzełków i na przestrzeni pięciu minut doprowadzili do wyrównania. Końcówka to popis Michała Skalskiego,  który wyprowadził swój zespół na prowadzenie,  a wcześniej był autorem dwóch bramek w tym tej dającej  remis. Wynik ustalił solową akcją Artur Guz i to gospodarze po kapitalnej remontadzie zgarniają cenne trzy punkty.

 

KANONIERZY – FUSZERKA 6:4

Dla FC Kanonierów spotkanie z Fuszerką było szansą na wydostanie się ze strefy spadkowej. Przez dwie ostatnie kolejki drużyna Artura Baradzieja-Szczęśniaka zdobyła więcej punktów niż przez całą rundę jesienną i wyraźnie miała ochotę na kontynuowanie dobrej passy. Z drugiej strony Fuszerce do podium brakowało zaledwie trzech punktów, więc spodziewaliśmy się wyjątkowo zaciętego spotkania. Początek należał do drużyny Jarosława Batorowskiego. W 4 minucie rzut wolny w okolicach pola karnego wykorzystał Kamil Burchacki, który zmieścił piłkę przy samym słupku bramki Kanonierów. Początkowa przewaga gości zaczęła szybko topnieć – Czarek Petasz podał Bartkowi Kalinowskiemu, a ten nie dał szans bramkarzowi Fuszerki. Nie minęły dwie minuty, a Kanonierzy wyprowadzili kolejny skuteczny atak zakończony golem Marcela Micha. Gospodarze poczuli się nieco zbyt pewnie, bo moment zawahania w defensywie wykorzystał Rafał Spodar i było 2:2. Po chwili Kanonierzy dostali okazję z rzutu wolnego. Marcel Mich mądrze wyłożył piłkę do Adama Wiśniewskiego, a ten strzelił nie do obrony. Bramkę do szatni trafił Mateusz Nejman i gospodarze schodzili na odpoczynek z solidną przewagą 4:2. Na początku drugiej ujawnił się jeden z głównych problemów ekipy Kanonierów. Do głosu doszły nerwy i w efekcie żółty kartonik obejrzał Adam Wiśniewski. Goście wykorzystali przewagę liczebną i nieco zaskakującym strzałem z dystansu popisał się Michał Kosecki. Po zakończeniu kary gospodarze wciąż nie mogli odnaleźć koncentracji i skończyło się to utratą kolejnego gola. Remis podziałał na Kanonierów jak kubeł zimnej wody. Poukładali grę w środku pola i w końcu na pięć minut przed końcem Bartek Kalinowski pokonał Konrada Jastrzębskiego. Fuszerka rzuciła się do dramatycznej pogoni, ale w końcówce żółty kartonik obejrzał Daniel Stasiński i zabrakło sił, aby wyrównać. W ostatniej minucie wynik na 6:4 ustalił Mateusz Nejman.

 

LIGA 4

 

BYCZKI STARE BABICE - KS IGLICA WARSZAWA 4:2

W czwartej lidze przetrwają tylko najskuteczniejsi. Przekonali się o tym zawodnicy Iglicy, którzy zanotowali trzecią porażkę z rzędu, mimo, że wcale nie prezentowali się źle we wszystkich tych spotkaniach. Wyrównane starcia z LTM Warsaw, a także teraz z Byczkami Stare Babice, to mecze, w których KS Iglicy Warszawa zabrakło jedynie skuteczności (a może odrobiny szczęścia?). W 12. kolejce mierzyli się z Byczkami i już do przerwy przegrywali 0:3. Czy to znaczy, że dali się zdominować rywalom? Nic bardziej mylnego. Oczywiście należy pochwalić gospodarzy, którzy na początku trafili bezpośrednio z rzutu wolnego, a później jeszcze nieraz pokazywali się z dobrej strony. Drugą bramkę zdobyli z najbliższej odległości, gdy Jastrzębski praktycznie wturlał piłkę do siatki przeciwnika. Trzecią natomiast zapisaliśmy na konto Głowackiego, który przelobował golkipera Iglicy, wykorzystując dobre podanie z autu od Krzyta. Skoro o bramkarzach mowa należy pochwalić “jedynkę” Byczków, czyli Trzaskowskiego. Golkipera BSB docenili również goście, wybierając go na zawodnika meczu i trzeba przyznać, że była to niezwykle zasłużona nominacja. Jeszcze lepiej ocenialibyśmy jego występ, gdyby zachował czyste konto, ale w drugiej połowie piłkarze KSI znaleźli w końcu sposób na pokonanie Trzaskowskiego i zdobyli dwie bramki. Najpierw trafił Szmańda, a później Wszeborowski uderzył z dystansu półwolejem i również wpisał się na listę strzelców. W międzyczasie gospodarze dwukrotnie trafiali w obramowanie bramki, ale w końcu dopięli swego i przypieczętowali zwycięstwo. Gola na 4:2 zdobył Głowacki, trafiając z rzutu karnego.

 

LTM WARSAW - MARGERITA TEAM 5:6

W ramach 12 kolejki Ligi Fanów doszło do spotkania lidera czwartej ligi LTMu Warszawa z drużyną Margerita Team. Goście w tym sezonie grają poniżej oczekiwań, utrzymują pozycje zaraz nad strefą spadkową i walczą o utrzymanie. Spotkanie zapowiadało się bardzo ciekawie, obie ekipy miały swoje ambicje i chciały pokazać się z jak najlepszej strony. Początek spotkania to równa gra z obu stron, obie ekipy badały się nawzajem, ale z czasem to gospodarze przejęli inicjatywę. W piątej minucie spotkania Krzysztof Kulibski strzelił pierwszą bramkę w tym meczu i wyprowadził tym samym swój zespół na prowadzenie. Przewaga gospodarzy rosła z każdą minutą, a jej efektem był kolejny gol. Przy wyniku 2-0 do głosu powoli zaczęli dochodzić zawodnicy Margerity. W dziesiątej minucie spotkania gola kontaktowego strzelił Piotr Pielak. Ekipa LTMu w tej części meczu grała bardzo nerwowo i nie wykorzystywał świetnych sytuacji na podwyższenie wyniku. Co nie udawało się gospodarzom, udało się gościom którzy najpierw wyrównali, a po chwili wyszli na prowadzenie 2-3. Druga część spotkania to ponownie walka w środku pola i wymiana ciosów z obu stron. Swoje robili też bramkarze, którzy popisywali się świetnymi interwencjami na linii bramkowej oraz skuteczną grą w polu. Najpierw bramkarz LTMu Sebastian Blok pięknym strzałem zdobył bramkę na 4-4, a po chwili bramkarz gości Radosław Rogaliński zdobywa swoją bramkę i Margerita ponownie prowadzi w tym spotkaniu 4-5. W końcowych minutach meczu do remisu w tym spotkaniu doprowadził jeszcze Krzysztof Kulibski, jednak ostatnie słowo należało do gości. Po perfekcyjnie rozegranym rzucie z autu zwycięstwo swojej ekipie zapewnił Łukasz Bubrowski. Margerita odniosła bardzo cenne zwycięstwo i dzięki zdobytym trzem punktom odskoczyli od strefy spadkowej już na siedem punktów.

 

WIERNY SŁUŻEWIEC - AWANTURA WARSZAWA I 5:9

Pamiętamy jak przewrotne było spotkanie Wiernego Służewca z Awanturą Warszawa jesienią. Awanturnicy wówczas przeważali, a to ekipa ze Służewca zgarnęła komplet punktów. Od początku spotkania mieliśmy wręcz bliźniaczy obraz gry jak w pierwszej rundzie. Goście atakowali i w pierwszych minutach byli zdecydowanie lepsi. Udokumentowali to dwoma trafieniami. Najpierw po rykoszecie piłka wpadła do bramki Grzegorza Łapacza, a chwilę później po znakomitym prostopadłym podaniu Patryk  Dominiak podwyższył prowadzenie. Jednak Wierny po marazmie na początku meczu  stopniowo grał coraz lepiej i dość szybko wyrównał. Dwie kombinacyjne akcje doskonale rozmontowały obronę Awantury i mecz zaczął się na nowo. Przy wyniku 2:2 to gospodarze przejęli inicjatywę. Po kolejnej z akcji świetnym odbiorem popisał się Michał Kowalski. Szybko uruchomił swojego kolegę z ataku,  a ten wyłożył piłkę Adamowi Żychlińskiemu i było już 3:2. Takim wynikiem zakończyła się pierwsza połowa. Po zmianie stron Awantura z animuszem ruszyła do ataku, jednak to Wierny po błędzie bramkarza podwyższył prowadzenie. Od tego momentu gospodarze starali się utrzymać wynik i to się zemściło. W przeciągu zaledwie trzech minut goście wyrównali. Dwa razy niefrasobliwość w defensywie została ukarana. Remis 4:4 zwiastował niesamowitą końcówkę. Po rzucie rożnym ponownie Wierny wyszedł na prowadzenie, ale od stanu 5:4 jego gra wyglądała fatalnie. Problemy  w wyprowadzaniu piłki i liczne błędy w obronie dały kolejne trafienia Awanturze. Skończyło się 5:9  i w kontekście całego spotkania  był to wynik jak najbardziej sprawiedliwy. Wygrana Awantury powoduje,  że nadal liczy się w walce o podium,  a Wierny mimo porażki nadal ma szanse nawet na mistrzostwo tej ligi.

 

OLDBOYS DERBY – FC RADLER ŚWIĘTOKRZYSKI 12:5

Spotkanie które rozpoczęło się przy Arenie Picassa o godzinie 16.30 na sektorze B obfitowało w dużą ilość bramek. Oldboys, drużyna ze środka tabeli 4 ligi mierzyła się z FC Radler Świętokrzyski, którzy to zajmują ostatnie miejsce. Piękna, wręcz wymarzona pogoda do grania w piłkę mocno sprzyjała zawodnikom Oldboys. Już w 2 drugiej minucie objęli oni prowadzenie po ładnej, dwójkowej akcji Jacka Pryjomskiego i Marcina Wiktoruka. Minutkę później mieliśmy podwyższenie wyniku na korzyść Oldboys. Tomasz Ciesielski trafił po sprytnym podaniu Jacka Pryjomskiego i w tym momencie było 2-0, a mieliśmy dopiero 3 minutę meczu. Dominacja graczy z osiedla Derby była wyraźna. Siódma minuta przyniosła nam zmianę wyniku ponownie na korzyść Oldboys. Marcin Wiktoruk, po podaniu Jacka Pryjomskiego, spokojnie podwyższył na 3-0. Do 12 minuty Oldboys zdobyli jeszcze 2 bramki. Jacek Pryjomski trafił po krótkim rogu po ładnym podaniu Jacka Łukasiewicza, a chwilkę później Marcin Wiktoruk bez najmniejszego problemu zdobył bramkę na 5-0. Oldboys chyba chcieli delikatnie odpocząć, stracili czujność i to się szybko zemściło. W 15 i 17 minucie Tomasz Lis z Radlera dwa razy uderzył pewnie w światło bramki i mieliśmy już 5-2. Podrażnieni zapewne rozwojem sytuacji zawodnicy Oldboys nie mieli zamiaru więcej przyjmować ciosów i szybko się odgryźli. Przed przerwą pokonali jeszcze dwukrotnie bramkarza Radlera i na przerwę zeszliśmy z wynikiem 7:3. Spokojnie rozpoczęta druga polowa delikatnie uśpiła zawodników Oldboys i Radler nie omieszkał tego nie wykorzystać. Po zamieszaniu w środku boiska, lewą nogą wyłuskał piłkę Szymon Fałowski, po kilku metrach został sam na sam z bramkarzem Oldboys i nie zmarnował tej okazji zdobywając bramkę na 4-7. Zmęczenie jednak wzięło górę i gospodarze po raz kolejny udowodnili, że w tym meczu nie wypuszczą zwycięstwa z rąk. Do końca meczu strzelili jeszcze 5 bramek, a stracili tylko 1, więc ostatecznie mecz zakończył się zwycięstwem 12:5, a 3 punkty dopisaliśmy do ligowej tabeli Oldboysom.

 

FC POPALONE STYKI - VIRTUALNE Ń 5:2

Mecz odbył się wieczorową porą na Arenie Picassa, a emocji w nim na pewno nie brakowało. Niestety, również nie brakowało tych negatywnych. Druga w tabeli drużyna Popalonych Styków podejmowała dziewiątych w tabeli Virtualnych. Można było pomyśleć, że będzie to łatwe spotkanie dla „Popalonych” ale tak na szczęście nie było. Początek meczu to zgodnie z oczekiwaniami optyczna przewaga „Styków” jednak nic z niej nie wynikało. Virtualni delikatnie cofnięci też czekali na swoją okazję do zdobycia bramki. Dziesiąta minuta przyniosła nam otwarcie wyniku na korzyść „Styków”. Wojciech Konieczny potężnie uderzył z rzutu wolnego z około 20 metrów i piłka bez najmniejszego problemu wylądowała w siatce bramki przeciwnika. Chwilę później, bo w 3 minucie „Styki” prowadziły już 2-0. Paweł Malec wyprowadzając piłkę spod swojej bramki zdecydował się na potężną „ bombę” ze swojej połowy i piłka bez problemu wpadła w okienko bramki Virtualnych. Bramka meczu, śmiało można by rzec. Vitualni jednak nie mieli zamiaru oddać tego meczu bez walki i w 15 minucie zdobyli kontaktową bramkę. Robert Zając przechwycił piłkę na prawym skrzydle i sam na sam wykorzystał nadarzającą się okazję, zdobywając tym samym bramkę na 2-1. Po chwili kolejna drzemka defensywy gospodarzy i na tablicy wyników widniał remis. Szymon Kolasa, po zamieszaniu i kopaninie w polu karnym, zachował się najbardziej przytomnie i zdobył wyrównującą bramkę na 2-2. Ta wymiana ciosów to był piękny moment tego ciekawego spotkania. Jednak pod koniec pierwszej polowy „styki” nie odpuściły i dopięły swego. Ponownie Wojciech Konieczny zdobył bramkę i wyprowadził swoja drużynę na prowadzenie. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 3-2 dla gospodarzy. Jeszcze w pierwszej połowie zrobiło się dosyć agresywnie na boisku i sędzia nie zawahał się dać „żółtka” . Pan Kamil Paszek musiał odpocząć 3 minuty. Druga połowa to naprzemienne ataki obu ekip, które jednak tylko jednej drożynie przyniosły zaierzony efekt. Virtualni co chwilę próbowali zdobyć bramkę ale obrońcy rywali byli jak średniowieczna forteca, nie dało się ich sforsować w żaden sposób. Sami natomiast odgryźli się zdobytymi dwiema trafieniami. Wojciech Konieczny, to ten Pan zapewnił zwycięstwo ekipie wicelidera tabeli. Najpierw zdobył bramkę z rzutu wolnego na 4-2 by po chwili ustalić wynik spotkania na 5-2 dla FC Popalonych Styków.

 

LIGA 5

 

MUNJA - EAST TEAM 4:8

W samo południe oglądaliśmy najważniejsze starcie w 5 lidze. O tym jak istotny to był mecz dla obu zespołów mogliśmy się przekonać już od pierwszych minut, bo nikt nie zamierzał odpuszczać, a arbiter też pozwalał na męską grę.  Początek spotkania należał zdecydowanie do East Teamu, który przeważał i dość śmiało poczynał sobie w ofensywie. To przełożyło się na bramki – po kilku minutach mieliśmy już 0:3 dla gości po szybkich, składnych akcjach. East Team grał to, do czego nas przyzwyczaił w tym sezonie, a Munja na początku nie bardzo miała pomysł jak zneutralizować rywala. Im dalej w mecz, tym bardziej to spotkanie się wyrównywało. W końcu do siatki trafili i gospodarze za sprawą Aksela Randal, a do końca pierwszej części obie ekipy zaliczyły jeszcze po jednym trafieniu. Do przerwy mieliśmy więc rezultat 2:4. Po zmianie stron znacznie lepiej w mecz weszli zawodnicy Munji. Już na początku drugiej połowy Kacper Drozdowicz zdobył bramkę kontaktową, a parę minut później wyrównał  po świetnym dośrodkowaniu z rzutu rożnego. Mecz zaczął się na nowo, ale jak się okazało, lepiej tę wojnę nerwów przetrwali gracze East Teamu. W trakcie tego spotkania byli znacznie skuteczniejsi od rywala, głównie dzięki dobrej dyspozycji Zhasulana Kamantay i Adileta Akkigarova. East Team odskoczył od rywala na 4:8 i takim wynikiem zakończyło się to spotkanie. Munja w końcówce miała parę sytuacji, ale wszystkie strzały leciały obok bramki. Nie udało im się także wykorzystać gry w przewadze. Niestety w trakcie meczu doszło również do krótkiej przepychanki pomiędzy zawodnikami obu drużyn. Podsumowując, był do niezły piłkarsko mecz, w którym było również sporo walki, niestety niekiedy zbyt ostrej z obu stron.

 

BRD YOUNG WARRIORS - PRAGA WARSZAWA 1:7

W kolejnym meczu na plac wyszli zawodnicy BRD i Pragi Warszawa. Mecz zaczął się obiecująco dla lidera 5 ligi – już na początku objęli prowadzenie za sprawą bramki Piotra Orzechowskiego. Wydawało się, że goście ruszą za ciosem, a tymczasem dość długo utrzymywała się jednobramkowa przewaga Pragi.  Mimo że goście mieli przewagę, to nie przekładało się to na kolejne trafienia. Impas strzelecki przełamał dopiero Patryk Pawłowski, a jeszcze w pierwszej części trzecie trafienie dla swojego zespołu dołożył Paweł Orzechowski. Po premierowych 25 minutach Praga prowadziła 0:3. Po zmianie stron ponownie do siatki trafił Patryk Pawłowski, co spotkało się z odpowiedzią BRD. Po kontrze Łukasz Skwarnik wykorzystał podanie Mateusza Adamca. Takich wyjść z kontrą BRD miało jeszcze parę, ale w kluczowych momentach brakowało skuteczności. Praga też miała swoje okazje, ale mieliśmy wrażenie, że czasem zbyt długo zwlekają z wykończeniem, albo dobrze interweniował Marcin Adamczyk. Niemniej jednak Praga utrzymywała bezpieczne prowadzenie, a nawet konsekwentnie je powiększała. Na 1-5 podwyższył Paweł Orzechowski – najpierw skutecznie przejął piłkę w środkowej strefie, a potem ładnym technicznym strzałem umieścił piłkę w siatce. Wynik ustalił Patryk Pawłowski – zdobywca kolejnych dwóch bramek. Praga zasłużenie wygrywa 1:7 pozostając liderem 5 ligi. BRD grało ambitnie i na ile mogli, na tyle postawili się mocniejszemu tego dnia rywalowi.

 

PRASKIE WARIATY - FC ALBATROS 3:13

Mecz pomiędzy Praskimi Wariatami, a FC Albatros rozstrzygnęła na swoją korzyść drużyna gości, która w rundzie wiosennej zdobyła swoje pierwsze cenne trzy punkty. Dobrze funkcjonująca tego dnia ekipa Albatrosów pokazała nam, że nadal chce walczyć o podium 5 ligi, a wcześniejsze niskie porażki były tylko wypadkiem przy pracy. Sam przebieg spotkania był relatywnie spokojny. Dokładność podań, szanowanie piłki powodowały częste wizyty pod bramką Wariatów z prawobrzeżnej części Warszawy. Bramkarz wraz z obrońcami dwoili się i troili, aby zatrzymać ofensywę gości. Gdyby nie ich starania i determinacja, wynik mógłby być wyższy. Większość spotkania toczyła się w środku pola i pod bramką gospodarzy, a próby zagrożenia bramki gości w wykonaniu Praskich Wariatów były szybko niwelowane przez ich obronę, dzięki czemu bramkarz nie miał zbyt wielu okazji do wykazania się w tym spotkaniu. Mamy nadzieję, że wynik tego meczu nie wpłynął negatywnie na drużynę gospodarzy i już w tą niedzielę pokażą nam piękno futbolu. Przed nimi jednak niezwykle trudne wyzwanie. Zadanie z gatunku niemożliwych będzie miało miejsce na arenie Grenady, gdzie podejmować będą w spotkaniu derbowym lidera tabeli, Pragę Warszawa. Goście natomiast mierzyć się będą z siódmym BRD Young Warriors, którzy w pięciu ostatnich spotkaniach wygrali zaledwie raz, odnosząc przy tym cztery porażki.

 

PRZYPADKOWE GRAJKI - STADO SZAKALI 4:8

Początkowo wydawało się, że obie ekipy rozpoczną mecz w niepełnych składach, bo tuż przed godziną planowego rozpoczęcia spotkania, liczba zawodników po obu stronach była niewielka. Rywalizację rozpoczęliśmy z parominutowym opóźnieniem, czekając na bramkarza Przypadkowych Grajków, ale nie mogąc już przedłużać, gospodarze rozpoczęli mecz o jednego zawodnika mniej, a między słupkami stanął chwilowo Czarek Klimkowski. Stado Szakali od pierwszych minut, czemu nie ma co się specjalnie dziwić, przeważało, miało 2-3 sytuacje, ale ich nie wykorzystało. Grając w przewadze zdobyli tylko jedną bramkę, a chwilę po objęciu prowadzenia obie ekipy grały już w pełnych składach, po przybyciu spóźnionego golkipera gospodarzy. Grajki odpowiedziały kapitalnym golem Jakuba Palki po mocnym strzale z dystansu, ale długo ten remis się nie utrzymał. Szakale przeważały i po dwóch trafieniach odskoczyli na 1:3. Przypadkowe Grajki, ponownie po strzale z dystansu, zdobyły bramkę kontaktową, ale dwa gole Aleksandra Osowskiego sprawiły, że do przerwy wynik brzmiał 2:5 dla Szakali. W drugiej części goście jeszcze podwyższyli swój stan posiadania o dwie bramki i właściwie w tym momencie stało się jasne, że raczej zwycięstwa w tym meczu już nie oddadzą. Jeszcze gospodarzy stać było na jeden zryw, gdy po dwóch golach zmniejszyli przewagę rywala do stanu 4:7, ale kropkę nad i postawił Jan Mitrowski. Szakale zasłużenie zdobyły 3 pkt, lepiej wytrzymując trudy gry bez zmian. Tworzyli większe zagrożenie pod bramką przeciwnika, ich akcje były bardziej składne, choć Przypadkowe Grajki również mieli swoje momenty w tym spotkaniu. Tyle tylko, że to było zdecydowanie za mało na tak dysponowanego oponenta.

 

TORNADO SQUAD – SANTE 4:4

Bardzo ciekawe spotkanie zobaczyliśmy w meczu pomiędzy Tornado Squad, a Sante. Już od pierwszych minut dało się zauważyć lekką przewagę gospodarzy, którzy wysoko kryli przeciwnika. Mieli też swoje okazje do otworzenia wyniku meczu, ale brakowało lepszego wykończenia. Jak to w takich sytuacjach bywa, niewykorzystane sytuacje się zemściły i to Sante zdobyło premierowego gola, po kontrze. Na 0:2 podwyższyli po świetnie rozegranym rzucie rożnym i precyzyjnej główce. Sante poszło za ciosem i w opałach byli zawodnicy Tornado. Przetrwali jednak ten czas i po okresie przewagi Sante, zdobyli bramkę kontaktową. Piotr Markiewicz świetnie wypatrzył w polu karnym Tomka Wiśniewskiego, a temu nie pozostało nic innego jak skierować piłkę do siatki. Na ripostę Sante nie musieliśmy długo czekać, chwilę później Adrian Winogrodzki znów wyprowadził gości na dwubramkowe prowadzenie. Na tym etapie meczu dobrą robotę dla Tornado wykonał bramkarz, dzięki któremu utrzymywał się wynik 1:3.  Sante jeszcze przed przerwą dopięło swego i zdobyło kolejną bramkę. W drugą część lepiej weszli zawodnicy Tornado. Zaczęli od ostrzeżenia, jakim był strzał w słupek, ale po kilku minutach już bardziej precyzyjny był Maciej Zamachowski i świetnym strzałem z dystansu posłał piłkę w okienko bramki rywala. Gospodarze szukali bramki kontaktowej, mieli ze 3 dogodne sytuacje, ale wynik wciąż pozostawał bez zmian. Dobry mecz w barwach Sante rozgrywał Tomasz Cacko, który skutecznie grał w odbiorze, dzięki czemu, przynajmniej częściowo, goście odpierali ataki oponenta. Do końca meczu zostało już dosłownie parę minut, a Tornado konsekwentnie szukało trzeciego gola. Sante mądrze się broniło, chcąc utrzymać prowadzenie. Gdy Michał Nawrocki w końcu zdobył upragnioną bramkę, zostało już niewiele czasu. Tornado rzuciło się do ataku i dosłownie w ostatniej akcji meczu Piotr Bratkowski zdobył bramkę na 4:4! Sędzia chwilę po tym zakończył mecz, a radość zawodników Tornado niosła się głośno po Arenie Grenady. Gospodarze do końca wierzyli, że uda im się odwrócić losy meczu i ta wiara się opłaciła. Warto grać do końca, a Tornado nie przestaje nas zaskakiwać w tej rundzie!

 

LIGA 6

 

LUJWAFFE TARCHOMIN - HISZPAŃSKI GALEON 12:0

Spotkanie 12 kolejki 6 ligi nie należało dla graczy Hiszpańskiego Galeonu do najprzyjemniejszych. Za ekipą gości dwie bolesne lekcje, najpierw 6:14 od Miejskich Ziemniaczków, później natomiast 18:4 z Tartakiem. Niestety w miniony wtorek nie doszło do przełamania, a czerwona latarnia ligi kontynuuje serie 7 porażek z rzędu. Tym razem lepsze okazało się tarchomińskie Lujwaffe, które wygrało w tym spotkaniu 12:0. W ekipie z piątego miejsca ligowej tabeli ciężko wyróżnić jedną wiodącą postać. Zagrali jako kolektyw, co opłaciło się wysokim zwycięstwem. Ofensywny duet Mikołaja Wysockiego z Piotrem Dobrzenieckim, był wspierany przez bardziej kreatywną dwójkę zawodników. Mowa tu o Jakubie Smolińskim oraz Jakubie Adamczyku. Co ciekawe kwartet ten był zamieszany w zdobycie niemalże wszystkich bramek, co rzecz jasna świadczy o jego jakości i zgraniu. Przed nami natomiast niezwykle ciekawie zapowiadające się pojedynki. Swoje mecze na arenie Picassa zagrają zarówno gospodarze jak i goście. Pierwsi mają przed sobą starcie ze starającymi się powiększyć bezpieczną przewagę nad strefą spadkową Miejskimi Ziemniaczkami. Drudzy natomiast zmierzą się z ósmym Laissez Faire United. W przypadku Hiszpańskiego Galeonu może to być ostatni dzwonek, aby zachować szanse na utrzymanie. Nie twierdzimy, że brak trzech punktów w tym spotkaniu przekreśli ich szanse, ale z pewnością może je ograniczyć. 

 

LAISSEZ FAIRE UNITED – MOBILIS 1:9

Bez niespodzianki obyło się w meczu pomiędzy Laissez Faire United, a Mobilisem. Już od samego początku przewagę osiągnęli goście i przełożyło się to też na zdobywane bramki. Strzelanie rozpoczął Rafał Duda, który wykorzystał podanie od Aleksandra Janiszewskiego. W kolejnych minutach Mobilis powiększał swój dorobek bramkowy, budując konsekwentnie przewagę. Laissez próbował odpowiedzieć na kolejne trafienia rywala, ale gdy już dochodzili do sytuacji bramkowych, to nie potrafili ich wykorzystać. Dopiero gdy Daniel Czerwonka podwyższył prowadzenie Mobilisu na 0:5 gospodarzom udało się strzelić pierwszą i jak się potem okazało ostatnią bramkę w tym meczu. Składną akcję przeprowadził duet Przemek Kobylarz - Tomek Kołodziejczuk, gdzie ten pierwszy asystował, a drugi skutecznie wykończył kontrę. W pewnym momencie w pierwszej części wśród zawodników rezerwowych gospodarzy trwała debata nad ustawieniem w jakim powinni się poruszać na boisku, więc po przekazaniu stosownych uwag w przerwie mogliśmy rozpocząć drugą część. A w niej m.in. Michał Derkowski popisał się indywidualnym rajdem przez całe boisko finalizując go golem na 1:6. Przy stanie 1:7 arbiter podyktował rzut karny dla gospodarzy, przed którymi otworzyła się szansa na drugie trafienie. Do piłki podszedł Artur Pokorski, ale w tym pojedynku lepszy okazał się Max Dubov. Duet Rafał Duda – Aleksander Janiszewski dobił rywala, ustalając wynik na 1:9. Mobilis mógł zdobyć więcej goli, ale niekiedy zbyt długo zawodnicy gości zwlekali z wykończeniem akcji. Zasłużona wygrana Mobilisu, który wciąż idzie łeb w łeb z Tartakiem!

 

SLAVIC WARSZAWA - FC TARTAK 5:6

Aspirująca do tytułu mistrzowskiego 6 Ligi drużyna FC Tartak chcąc pozostać na pierwszym miejscu rozegrała pełen emocji i zwrotów akcji mecz przeciwko niżej notowanej ekipie Slavic Warszawa. Od pierwszej minuty obserwowaliśmy determinację gości w dążeniu do zdobycia trzech punktów. Jednak to gospodarze, jako pierwsi zdobyli bramkę i to już w drugiej minucie spotkania, kiedy po szybkiej kontrze Michał Staszewski po podaniu Antka Nuszkiewicza umieścił piłkę w siatce Tartaku. Parę minut zajęło gościom doprowadzenie do remisu, a pierwsze ich wyjście na przewagę zapewnił im gol samobójczy gospodarzy. Obie drużyny przez cały czas gry pokazywały bardzo ofensywne nastawienie, co dało Nam wiele pozytywnych emocji, oraz sytuacji podbramkowych, które z przyjemnością oglądaliśmy. Efektowna, a zarazem efektywna gra bramkarzy przeplatana niewykorzystywanymi „setkami” napastników obu drużyn nie pozwalała oderwać oczu od wydarzeń na boisku. Przy prowadzeniu 5:2 dla Tartaku,  gospodarze zaczęli mieć problem, aby wyjść z tego meczu choćby z jednym punktem. Jednak ich wola walki była duża i opłacalna. Na pięć minut przed końcem można było wyczuć zaniepokojenie i lęk o wynik u gości. W przeciągu paru chwil mieliśmy już remis 5:5, a ataki Slaviku robiły się coraz groźniejsze. Było o włos od dużej niespodzianki, kiedy goście po faulu dostali rzut wolny. Mocny strzał obił ręce bramkarza, a obrońca chcąc wybić piłkę zmierzającą do siatki zanotował na swoim koncie trafienie samobójcze dając wygraną gościom 6:5. Pomimo dość niefortunnej sytuacji gospodarze walczyli do samego końca, aby zremisować. Na ich nieszczęście zabrakło im czasu. Pech jednych jest szczęściem drugich, a my oglądaliśmy przepiękny dynamiczny spektakl pełen zwrotów akcji, za co dziękujemy obu drużynom.

 

COMPATIBL - COSMOS UNITED 3:7

Spotkanie zajmującego przed majówkowym graniem pozycję w czołowej trójce CompatiBL, podejmował aspirujących do włączenia się do walki o ligowe podium Cosmosem United. Sam mecz zapowiadaliśmy jako megahit i dużo się nie pomyliliśmy. Mecz od pierwszego gwizdka był otwarty, owocował w wiele sytuacji podbramkowych, choć często albo dobrze interweniowali bramkarze, albo formacja defensywna obydwu zespołów w porę zażegnywała niebezpieczeństwo. Jako pierwsi w końcu do bramki rywali trafili zawodnicy Cosmosu, kiedy to Marcin Niemyjski wykorzystał podanie Cezarego Węgrzyńskiego. CompatiBL starał się jak mógł, próbował różnych sposobów na odrobienie strat i doprowadzenie do wyrównania. W końcu udała się ta sztuka i to w niebyle jakim stylu. Do rzutu wolnego podszedł Artur Kustov i uderzył tak, że nie było czego zbierać, a dobrze dysponowany w bramce Patryk Świtaj musiał po prostu wyciągnąć piłkę z siatki. Stracony gol zezłościł gości, którzy ruszyli do szaleńczych ataków na bramkę przeciwnika, co przyniosło pożądany skutek, w odstępie kilku minut dwukrotnie do siatki trafił Chris Rodil Kalaba, a wynik do przerwy na 1:4 ustalił Jurij Martynowycz. W drugiej połowie CompatiBL ruszył do odrabiania strat, bracia Volin robili co w ich mocy, żeby spróbować odrobić straty, udało im się nawet wspólnie wypracować jedną bramkę. To było jednak za mało na dobrze dysponowany Cosmos United, którzy po raz kolejny pokazali monolit w defensywie i trudno było pokonać ich bramkarza. Dodając do tego kilka składnych akcji w formacji ataku udało im się wygrać to niesamowicie ważne w kontekście układu tabeli spotkanie.

 

LIGA 7

 

KUBANY - LAGA WARSZAWA 3:6

Mecz w ramach 12 kolejki siódmej ligi, rozgrywany na arenie Strumykowa obdarował nas – obserwatorów sporymi emocjami – drużyna Kubanów podejmowała bowiem lidera rozgrywek, Lagę Warszawa. Gospodarze nie mogą poszczycić się ostatnio dobrymi wynikami, goście natomiast tydzień temu bliscy byli stracenia punktów z czerwoną latarnią ligi, Partyzantem Włochy. Poczucie pozornej niewiadomej w kwestii wyniku zwiększyło się gwałtowanie w pierwszej połowie tej rywalizacji. Gospodarze sensacyjnie objęli prowadzenie, co wprowadziło nerwowość w grze gości. Kolejne błędy w defensywie Lagi Warszawa wykorzystali Pozorski i Banak, dzięki czemu mieliśmy już 3:0. Z prawdziwego piłkarskiego nokautu drużynę lidera wyrwał dopiero gol Wojciecha Burasia, który to wlał nadzieję w serca zawodników w niebieskich strojach. Należy nadmienić ponadto, że bramkarz Kubanów, Piotr Arendt przed swoją kapitulacją niejednokrotnie musiał dwoić się i troić aby nie dopuścić do stracenia gola. Z tego powodu nie dziwi więc wybranie go zawodnikiem meczu, przez drużynę przeciwną. Druga odsłona rywalizacji to już natomiast popisowa gra i powrót na właściwe tory rozpędzonej lokomotywy. Bramki Jakuba Dmitruka, Daniela Krawczyka oraz Kamila Dąbrowskiego doprowadziły najpierw do wyrównania, a później do finalnego zwycięstwa 6:3. Wygrana, mimo że okazała, ma też swoje drugie dno. Należy traktować ją w kategorii sporego sukcesu w kontekście batalii o mistrzostwo siódmej ligi. Gdyby Ladze nie udało się odrobić straty, Dziki z Lasu dogoniłyby ją, zrównując się z Lagersami punktami.

 

KS PARTYZANT WŁOCHY - FC DZIKI Z LASU 1:12

Starcie ostatniej drużyny w tabeli z wiceliderem. Jedni notują długą serię porażek pod rząd, a drudzy od dawien dawna nie zaznali goryczy porażki. Trudno było zatem spodziewać się jakiekolwiek innego rezultatu niż zwycięstwa gości. Swoją przewagę udokumentowali już na początku meczu 12. kolejki. Dobrym pressingiem wymusili błąd jednego z obrońców Partyzanta, którego podanie trafiło pod nogi Tymka Kuroczko, a ten wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Napastnik Dzików zdobył również drugą bramkę, wykazując się doskonałym instynktem. Michał Makowski wcielił się w rolę Dawida Kownackiego z finału Pucharu Polski, uderzając na bramkę na tyle “szczęśliwie”, że piłka trafiła pod nogi Tymka Kuroczko (polskiego Joao Amarala), który skierował futbolówkę do bramki. Strzelecką serię TK przerwał na moment Szymon Bednarski - specjalista od stałych fragmentów gry. Technicznym uderzeniem z rzutu wolnego pokonał bramkarza i sprawił, że zanotowaliśmy wynik 0:3. Czwarte trafienie ponownie należało do Kuroczko, który w nietypowy sposób pokonał bramkarza z najbliższej odległości - o szczegółach tego gola opowiadał jeszcze długo po samej bramce. Kto zdobył piątego gola? Rzecz jasna Tymek Kuroczko! Przy jego bramce ponownie asystę zaliczył Makowski, ale tym razem w swoim podaniu (z wolnego) postawił na dokładność. Przed przerwą widzieliśmy również gola na 0:6 - Marek Dąbrowski załadował piłkę pod samą ladę pięknym uderzeniem z dystansu. W drugiej części meczu gola honorowego zdobył Krieger, ale owe trafienie z rzutu karnego było ostatnim autorstwa Partyzanta Włochy. Tymczasem FC Dziki z Lasu zaliczyły jeszcze sześć bramek, dzięki czemu mecz zakończył się przekonującym 1:12.

 

FC POLSKA GÓROM – SGS 5:5

Mecz który odbył się przy Arenie Picassa o godzinie 17.30 na sektorze B pomiędzy drużynami FC Polska Górom, a SGS dostarczył nam dużo piłkarskich emocji. Szósta w tabeli Polska Górom podejmowała dziewiąty SGS. Mecz od początku toczył się w dynamiczny sposób. SGS strzał w słupek, Polska Górom strzał w poprzeczkę i tak wyglądało to do 18 minuty. Wtedy to SGS ruszył mocniej do ataku co zaowocowało zdobytymi bramkami. 3 szybkie akcje, dwie Jakuba Westfala i jedna Krzysztofa Gryfińskiego i już było 3-0 dla SGS . Do końca pierwszej połowy można było zaobserwować dosyć dużą przewagę ekipy SGS i takim też wynikiem się ta połowa zakończyła. W drugiej połowie chłopaki z Polska Górom wzięli się do roboty i szybko wyrównali na 3-3. Jakub Stępniak trafił dwa razy, a Oskar Zakrzewski raz i zrobił się remis. Dalsza część spotkania przebiegała już w dosyć fizycznej i agresywnej formie co zaowocowało dwiema żółtymi kartkami, po jednaj dla każdej z drużyn. Sędzia delikatnie przytemperował zawodników obydwu ekip co przełożyło się na mniejszą agresję i paradoksalnie większą ilość okazji do zdobycia bramki. Od 30 minuty spotkania rozpoczął się festiwal strzelecki obydwu ekip. Jakub Westfal zdobył bramkę na 4-3 dla SGS, a za chwilę Marek Witusiński wyrównał na 4-4. Chwilę później ten sam Marek Witusiński strzelił bramkę na 5-4 dla Polska Górom i SGS musiało się „spinać”. Tak też uczynili i na 10 minut przed końcem spotkania Damian Jakubik zdobył bramkę wyrównującą na 5-5. Takim wynikiem zakończyło się to ciekawe spotkanie i myślę, że kibice, którzy je oglądali nie czuli się w żaden sposób zawiedzeni.

 

ŻOLIBALL - FFK OLDBOYS 7:14

Ósma w tabeli drużyna - Żoliball gościła trzecie FFK Oldboys, które od początku rundy wiosennej wygrywa swoje mecze strzelając powyżej dziesięciu bramek. Goście od samego początku zaczęli atakować bramkę rywali, nie dając dojść im do głosu. Bardzo mocna linia ofensywna z Przemkiem Szabatem na czele nie dawała odpocząć młodszym przeciwnikom. Pomimo starań, gospodarze nie byli w stanie zatrzymać tej dobrze naoliwionej maszyny, której doświadczenie było aż nadto widoczne. Poszanowanie piłki, spokój i dokładność dośrodkowań, co i rusz kończyły się oddaniem strzału w światło bramki Kuby Łasickiego. Nie zdziwiło Nas, kiedy po gwizdku sędziego kończącego pierwszą część meczu na tablicy wyników był rezultat 0:6. Dalsza kontynuacja meczu to przebudzenie gospodarzy i powolne odrabianie strat. Nie mając już nic do stracenia Żoliball zaczęło grać odważniej, strzelając w dość krótkim czasie trzy bramki. Od tej chwili głównie oglądaliśmy bramkarzy obydwu zespołów jak wyjmują piłkę z siatki. W samej drugiej połowie padło aż piętnaście z dwudziestu jeden goli w całym meczy. Prawie połowę z nich, bo dziesięć strzelił Przemek Szabat będący „zmorą” bramkarzy 7 ligi. Teraz przed Żoliball trudny pojedynek z liderem. FFK, jako jedyna drużyna na swoim poziome rozgrywek przekroczyła 100 trafień i będzie się mierzyć z siódmą drużyną ligi.

 

WIĘCEJ SPRZĘTU NIŻ TALENTU - WIECZNIE DRUDZY 2:0

W spotkaniu 12 kolejki siódmej ligi mieliśmy przyjemność oglądania starcia pomiędzy czwartą, a szóstą drużyną rozgrywek. Więcej Sprzętu Niż Talentu, mierzyło się z ekipa Wiecznie Drugich, Piotra Kawki. Spotkanie obfitowało w szerokie spektrum emocji, co sprawiło, że oglądało się je z niezwykłą przyjemnością oraz zaciekawieniem. Strzelanie rozpoczęli gospodarze, którzy relatywnie wcześnie otworzyli swoje strzeleckie konto. Za sprawą fenomenalnego podania Damiana Bartodzieja, piłkę do siatki zapakował Krzysztof Pałka. Jako, że obydwie drużyny preferują raczej grę z kontrataku oraz skuteczną grę w defensywie, obserwować mogliśmy w następnych fragmentach spotkania zaciętą rywalizację. Starcia bark w bark, częste przechwyty oraz boiskowe przepychanki bezapelacyjnie dodały kolorytu temu widowisku. Jeżeli dodamy do tego wprost kapitalną dyspozycję obydwu bramkarzy, maluje nam się obraz meczu godnego przystawki przed Ligą Mistrzów. W pewnym momencie, przed końcem pierwszej odsłony pojedynku, gospodarzom udało się podwyższyć swoje prowadzenie oraz nabrać delikatnie większego poczucia spokoju. Kontrolę nad rywalem pomógł powiększyć natomiast Daniel Dąbrowski, którego kapitalnym podaniem wypatrzył Mariusz Grzybowski. Wynik z pierwszej połowy nie zmienił się w drugiej odsłonie rywalizacji. Goście mieli sporo szans, ale niestety dla nich, żadnej nie udało się wykorzystać. Mimo tej porażki zdecydowanie obydwu ekipom należą się szczere gratulacje. Był to pokaz siły, boiskowej dojrzałości oraz przede wszystkim piłkarskich umiejętności. Czapki z głów Panowie, to było bardzo dobre widowisko!

 

LIGA 8

 

JUNAK - A.D.S. SCORPION"S 5:1

Spotkanie Junaka z A.D.S Scorpion’s od początku było niezwykle intensywne. Obie ekipy miały solidne składy i mimo,  że termin rozgrywania meczu  nie był na pewno dogodny, postarały się o szeroką kadrę. Po okresie wyrównanej gry w pierwszych dziesięciu minutach coraz częściej gorąco robiło się pod bramką Jakuba Rudnika. Gospodarze starali się dokładnie operować piłką i czekali na dogodne okazje. Wynik otworzył Aleksy Sałajczyk po składnej akcji całego zespołu. Po chwili Paweł Groszkowski podwyższył prowadzenie i goście musieli odrabiać straty. Co chwila słychać było mobilizację i podpowiedzi trenera Artura Kałuskiego. Gdy wydawało się, że wynikiem 2:0 zakończy się pierwsza połowa to znakomitą kombinację zaprezentowały  Skorpiony. Całą akcję przewrotką wykończył Paweł Poniatowski i dał gola kontaktowego dającego nadzieję na odwrócenie wyniku. Niestety sekundy po bramce na 2:1 błąd w obronie wykorzystał Kacper Chimczuk i do przerwy było 3:1. W drugich 25 minutach goście ruszyli do odrabiania strat. Mieli kilka znakomitych okazji. Słupek, poprzeczka i akcje sam na sam z Andrzejem Gorzkowskim nie przyniosły jednak oczekiwanych goli. Za to Junak kontrował ze  znakomitą skutecznością. Adam Rakowski podwyższył na 4:1, a kapitan Krzysiek Krzewiński pięknym soczystym strzałem ustalił wynik spotkania na 5:1. Doświadczenie i wyrachowanie wzięło górę w tym pojedynku choć trzeba przyznać , że gościom zabrakło skuteczności, bo mieli szczególnie w drugiej odsłonie sporo sytuacji. Tego dnia byli niestety bardzo nieporadni pod bramką rywali i muszą w następnych meczach poprawić ten element gry.

 

DECCO TEAM – BOROWIKI 6:5

Jeśliby spojrzeć na tabelę, Decco Team był zdecydowanym faworytem w tym spotkaniu. Zgodnie z oczekiwaniami, w pierwszych minutach gospodarze prowadzili grę, jednak niewiele z tego wynikało, ponieważ goście dość dobrze się bronili, a nawet wyprowadzali kontrataki. Jednak najsilniejszą bronią Borowików były stałe fragmenty gry, w których brylował przede wszystkim Aleksandr Anishchenkov. Dobrze zbudowany napastnik gości dwukrotnie zaskoczył Stanisława Korzeba, najpierw wykazując się intuicją w polu karnym, a później świetnie uderzając główką po rzucie rożnym - 0:2. Później jednak gospodarze przebudzili się i wyrównali dzięki trafieniom Macieja Kucy i Oskara Lipki - 2:2. W końcowych minutach Decco Team miało jeszcze co najmniej trzy szansę na poprawę wyniku, jednakże za każdym razem obronną ręką z opresji wychodził Daniel Suska. W drugiej połowie gospodarze kontynuowali dobrą grę z końcówki pierwszej odsłony. Dość szybko odskoczyli na bezpieczne, trzybramkowe prowadzenie - 5:2. Borowiki jednak nie odpuszczały i walczyły cały czas. Dzięki trafieniom Adama Kolanowskiego i Aleksandra Anishchenkova wrócili oni do gry, a wynik 5:4 dawał nadzieję na urwanie chociażby oczka faworytom. Szybko na ziemię ściągnął ich jednak Tomasz Lipka, który ładnie zszedł z piłką z prawego skrzydła i uderzył precyzyjnie po ziemi od słupka - 6:4. Borowiki jednak nie odpuszczały aż do końcowego gwizdka a ich ciężka praca na boisku została symbolicznie doceniona bramką Huberta Jakoniuka na 6:5. Gościom pozostał niedosyt, a nam pytanie, co by było, gdyby mecz potrwał jeszcze kilka minut - być może w 60 minutowym spotkaniu zwycięzca byłby inny.

 

SPORTOWE ZAKAPIORY - ELITARNI GOCŁAW  0:3

Seria - ten wyraz łączył obydwie drużyny przed starciem we wtorkowe popołudnie. Dla jednych ten wyraz wywoływał uśmiech na twarzy, na drugich trochę gorszy humor. Sportowe Zakapiory przed spotkaniem odniosły dwie porażki z rzędu, natomiast ich rywal Elitarni Gocław mogą się pochwalić czterema zwycięstwami z rzędu. Ostatnie wyniki sprawiły, że więcej szans na zwycięstwo miał zespół gości, ale to gospodarze jako pierwsi mieli doskonałą sytuację na objęcie prowadzenia.  Po składnej akcji i niezłym strzale piłka wylądowała na słupku. Kolejne minuty to bardzo szarpana gra z obydwóch stron, która sprawiła że większość czasu piłka znajdowała się w środkowej strefie boiska. Ostatnie minuty pierwszej połowy zdecydowanie należały do gospodarzy, którym dwukrotnie zabrakło kilku centymetrów do pokonania bramkarza przeciwników. Pierwszy ich strzał trafił w poprzeczkę a chwilę później wylądował na słupku. Więcej rzeczy wartych odnotowania już w tej połowie nie widzieliśmy i zespoły drugą połowę rozpoczynały z wynikiem bezbramkowym. Już pierwsza minuta tej części sprawiła, że w protokole meczowym pojawiło się pierwsze nazwisko. Na listę strzelców wpisał się Łukasz Eljasiak, który wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Chwilę później zrobiło się już 0-2 a drugą asystę zanotował Marcin Branowski. Ostatnia bramka w tym meczu padła w 40 minucie i było trzecie trafienie zespołu gości, którzy po ciężkim spotkaniu zdobywają kolejne trzy punkty. Zespół Sportowych Zakapiorów przedłużył serię swoich porażek, ale pierwsza połowa napawa optymizmem i jest dla nich światełkiem w tunelu w kolejnych spotkaniach.

 

FC PO NALEWCE - TSUBASA OZORA 3:1

Kiepsko rozpoczęła się ta runda dla zawodników Tsubasy. Zespół ten to wciąż drużyna, która w 8. lidze może się pochwalić największą ilością zdobytych bramek (70), ale w tym roku tylko czterokrotnie pokonywali bramkarzy rywali! Czy dobra runda jesienna wystarczy, aby utrzymać się w lidze? Ekstraklasowy przykład PGE FKS Stali Mielec pokazuje, że nieraz tak może to wyglądać (podopieczni trenera Majewskiego imponowali na początku sezonu, ale po świętach stracili kilku kluczowych zawodników i zawodzą formą - mimo to najprawdopodobniej utrzymają się na najwyższym szczeblu rozgrywkowym). Bracia Jankowscy również wystawiają w bieżącej edycji zupełnie inny skład i póki co nie ma to przełożenia na punkty. Sytuacja mogła się zmienić w spotkaniu z trzecią siłą ligowej tabeli, drużyną FC Po Nalewce. Starcie obu zespołów należy określić mianem niezwykle wyrównanego. W pierwszej połowie padła tylko jedna bramka, którą w dwudziestej minucie zdobył Rudnik. Goście trafiali jedynie w obramowanie bramki, w skutek czego zeszli na przerwę z wynikiem 1:0. W drugiej części meczu niewiele się zmieniło. Tsubasa prowadziła atak pozycyjny, ale oprócz strzałów z dystansu, nic z niego nie wynikało. Bezlitośni gracze w błękitnych koszulkach przeprowadzali natomiast skuteczne kontry, a jedną z nich zamienili na bramkę. Zaledwie po dwóch minutach goście zdołali zdobyć gola kontaktowego, więc wciąż sprawa ostatecznego rozstrzygnięcia pozostawała otwarta. Wiedzieli o tym gracze Tsubasy, którzy w końcówce wrzucili jeszcze wyższy bieg. W 45. minucie trafili w słupek, a w 47. minucie uderzyli w poprzeczkę tak mocno, że piłka odbiła się od linii bramkowej i wróciła na boisko. Jako, że niewykorzystane okazje lubią się mścić, w samej końcówce stracili trzecią bramkę i tym samym szansę na jakiekolwiek punkty w tym meczu. Mateusz Rudnik dobił rywali i pomógł swojej drużynie utrzymać się na miejscu, promującym do awansu.

 

LIGA 9

 

PHINANCE.SA - NIEDZIELNI  5:3

W meczu Phinance.SA z NieDzielnymi gospodarze byli stawiani w roli oczywistego faworyta. Team Oliviera Aleksandra idzie jak burza i wygrywa spotkanie za spotkaniem, ale walka o najwyższy stopień podium będzie wyjątkowo zacięta i każde potknięcie z nawet słabszymi przeciwnikami, może być na wagę mistrzostwa. Niewiele zabrakło, a w spotkaniu tym doszłoby do niemałej sensacji, bo gospodarze nie poszaleli z frekwencją i grając bez żadnej zmiany musieli przyjąć warunki narzucone przez NieDzielnych. Goście prędko zwietrzyli okazję i szybkie dwie bramki Łukasza Ostrowskiego wprawiły gospodarzy w niemałe zakłopotanie. Chlopaki z Phinance.SA zachowali zimną krew i uspokoili grę z tyłu. Mądrze oszczędzali siły, nie wyprowadzali szaleńczych ataków i często grali z wykorzystaniem bramkarza. Taktyka ta w połączeniu z mozolnym budowaniem akcji od własnej bramki przyniosła bardzo dobre efekty – jeszcze przed przerwą gospodarze zdołali doprowadzić do wyrównania i drużyny udały się na odpoczynek przy stanie 2:2. W drugiej połowie Phinance dokonał zmiany bramkarza – mający jeszcze sporo sił Filip Odoliński wszedł w pole i zmiana ta okazała się świetnym pomysłem. Wprawdzie NieDzielni wykorzystali okazję z rzutu wolnego, kiedy Marcin Aksamitowski miękko wrzucił piłkę w pole karne, a Jan Wójcik wyprowadził swój zespół na prowadzenie, ale z prowadzenia tego goście długo się nie nacieszyli, bo rzut karny Filip Odoliński pewnym strzałem zamienił na gola. Niewiele zabrakło, aby doszło do sensacji, bo NieDzielni szukali okazji do zdobycia bramki, ale w końcówce meczu nieco pogubili się w defensywie. Napastnicy Phinance wyprowadzili dwie zabójcze akcje i rzutem na taśmę zwyciężyli 5:3 zachowując w ten sposób fotel lidera

 

BARTOLINI PASTA – LEGION 9:1

Bartolini Pasta przystępowała do tego meczu ze świetną serią 7 zwycięstw z rzędu. Legion natomiast był po 3 porażkach i liczył na dobry rezultat z wyżej notowanym przeciwnikiem. Wicelider tabeli miał do dyspozycji właściwie swój najlepszy skład z najlepszym strzelcem drużyny Michałem Cholewińskim oraz najlepszym asystentem Krzysztofem Gniadkiem. Przeciwnicy musieli sobie radzić bez swojego najlepszego zawodnika Nazara Fiialkovskyia. Od samego początku meczu Bartolini Pasta próbowała narzucić swój styl gry. Bardzo aktywny był Cholewiński, który już w 1 minucie starał się zaskoczyć bramkarza. Nie udało mu się to, ale chwilę później wyręczyli go koledzy. Po akcji całego zespołu gola zdobył Mateusz Pęczek. Legion próbował szybko odpowiedzieć i był bliski wyrównania, kiedy to po strzale Oleksandra Pchłina musiał interweniować golkiper. W 6 minucie meczu ponownie dogodną sytuację do zdobycia gola zmarnował Cholewiński, tak samo jak kilka chwil wcześniej świetnie między słupkami poradził sobie Serhii Halushka. Wicelider cały czas prowadził grę i kiedy wszyscy zgromadzeni wokół boiska myśleli, że kwestią czasu jest podwyższenie rezultatu, to gola wyrównującego zdobyli przeciwnicy, konkretnie Oleksandr Pchłin. W zasadzie od tego momentu zaczął się koncert gry w wykonaniu Bartolini Pasta. Między 10,  a 20 minutą zdobyli oni 5 bramek ustalając wynik do przerwy na 6:1. W drugiej części gry cały czas stroną przeważającą byli faworyci tego meczu i to oni stwarzali więcej groźnych sytuacji do zdobycia gola. Ambitnie grający Legion próbował odpowiadać chociażby w osobie Yevhenija Lukasha, ale Piotr Szczypek bardzo pewnie bronił. Cały czas aktywny był Cholewiński, który do dwóch bramek i jednej asysty w pierwszej części spotkania dorzucił drugą asystę po przerwie. Bardzo dobrze również wyglądał Mateusz Pęczek, który swoimi bramkami na 8:1 i 9:1 ustalił wynik meczu.

 

OLDBOYS DERBY II - MIKSTURA  3:6

Jednoznaczne wskazanie faworyta w spotkaniu Oldboys Derby II z Miksturą było w zasadzie niewykonalne, oba zespoły były blisko siebie w ligowej tabeli, choć Mikstura przystępowała do tego meczu z lepszej pozycji, co mogło się zmienić już po ostatnim gwizdku sędziego. Należy również dodać, że pierwszy mecz zakończył się podziałem punktów, więc każdy miał coś do udowodnienia. Mecz rozpoczął się od ataków Mikstury, nie jakieś szaleńcze, bardziej cierpliwe rozgrywanie piłki od własnej połowy i usypianie czujności defensywnej rywali. Mikstura mogła wyjść kilkukrotnie na prowadzenie, ale kapitalny między słupkami był Rafał Wieczorek, który na początku sprawiał wrażenie niepokonanego. Oldboysi nie dość, że nie dali się uśpić grą swoich przeciwników, to wykorzystali błąd rywali i po szybkiej kontrze udało im się wyjść na prowadzenie, które zapewnił Marcin Chmielewski. Goście ruszyli do odrabiania strat, ale bardzo ciężko było im przedostać się przez szczelną defensywę Oldboysów kierowaną przez Łukasza Tarasiuka. Co nie udało się z akcji, udało się po rzucie rożnym, Tomek Uzarski idealnie wypatrzył Mateusza Pawlika który z najbliższej odległości pokonał bramkarza rywali. Do końca pierwszej połowy gościom udało się jeszcze dwukrotnie wpakować piłkę do siatki, a powinna zrobić to co najmniej jeszcze jeden raz, ale z najbliższej odległości do pustej bramki nie trafił jeden z napastników Mikstury. Druga połowa to w dalszym ciągu ataki zespołu klanu Jochemskich i kilka kolejnych niemożliwych interwencji Wieczorka w bramce Oldboysów. W końcu gościom udało się jeszcze podwyższyć wynik spotkania, kolejny raz dał o sobie znać najlepszy tego dnia na boisku Mateusz Pawlik, któremu udało się skompletować hat-tricka. W pewnym momencie wydawało się, że Mikstura opada z sił, których jednocześnie zaczyna przybywać Adamowi Włodarczykowi i reszcie ofensywnych zawodników Oldboysów, najpierw po kolejnym kontrataku bramkę zdobył Artur Gacoń, później wspomniany już wcześniej Włodarczyk uderzył w słupek. Oba zespoły zadały sobie jeszcze po jednym ciosie, ostatecznie mecz wygrała Mikstura, która miała przewagę w osobach Pawlika i Uzarskiego, a Oldboysi gdyby do siły w defensywie, dodali więcej ognia w ofensywie na pewno byli w stanie osiągnąć lepszy rezultat.

 

MARECKIE WYGI - GASTRO SPARTA 5:3

Minionej kolejki stanęły naprzeciwko siebie zespoły zajmujące szóste oraz ósme miejsce ligowej tabeli. Wtorkowe spotkanie pomiędzy ekipami Mareckich Wyg oraz Gastro Sparty obfitowało w szerokie spektrum emocji, a finalny wynik 5:3 potwierdza nasze słowa. Mimo początkowej dominacji gospodarzy w pierwszej odsłonie, w drugiej nie było już tak kolorowo. Ekipie z Marek udało się zdobyć zaledwie jednego gola, goście natomiast pokonali golkipera rywali trzykrotnie. - Od wysokiego prowadzenia gospodarzy, aż po szaloną pogoń gości – to był szalony mecz. Niestety oprócz sportowych popisów doszło do tragicznego w skutkach wypadku. Pędzący na bramkę rywala po kontrze zawodnik z Marek, bez kontaktu z rywalem padł na ziemię jak rażony piorunem. Zawodnik oznaczony numerem „8”, czyli Damian Glijer, był w tym meczu postacią bezapelacyjnie wiodącą. Tym bardziej, z wielką przykrością musimy zakomunikować o odniesionej przez niego kontuzji. Zdobywca dwóch bramek najprawdopodobniej zerwał ścięgno Achillesa. Przed nim niezwykle długi i żmudny proces leczenie oraz rehabilitacji. Odnajdując się w powadze sytuacji należy podkreślić, że całość „dochodzenia do siebie” może potrwać nawet do 9 miesięcy. Z tego powodu pragniemy życzyć mu szybkiego powrotu do zdrowia i powrotu na boiska Ligi Fanów. To wydarzenie rzuciło cień na to spotkanie, ale warto docenić próbę pogoni za wynikiem, którą zaprezentowała Gastro Sparta. Widać, że u Gastronomików coś drgnęło i zaczyna się zazębiać ich gra.

 

LIGA 10

 

FC ALLIANCE - FC WARSAW WILANÓW 5:7

W spotkaniu 12 kolejki dziesiątej ligi mieliśmy przyjemność oglądania starcia pomiędzy liderem rozgrywek, a ósmą drużyną tabeli. Przed spotkaniem typowaliśmy, że ekipa FC Alliance może nie mieć w tym spotkaniu pewności co do wygranej. Nie przeliczyliśmy się, ponieważ ekipa FC Warsaw Wilanów postawiła drużynie z Ukrainy bardzo ciężkie warunki do gry. To właśnie goście z Wilanowa otworzyli wynik spotkania za sprawą bramki kapitalnego tego dnia Marcina Sieradzkiego. Mimo tak fenomenalnego startu, relatywnie szybko gospodarze odpowiedzieli na to wydarzenie bramką Maksyma Borodina. Remis nie utrzymał się jednak zbyt długo, a w finalnym rozrachunku do przerwy, to właśnie FC Warsaw Wilanów schodziło na odpoczynek z jedną bramką przewagi, przy stanie 2:3. Druga odsłona rywalizacji to natomiast kontynuacja niezwykle zaciętej gry. Na szczególną uwagę zasługuje w niej trafienie Danylo Saltowskyi’ego, który to popisał się ekwilibrystycznym uderzeniem piętą. Mimo szalonej pogoni lidera sensacja stała się faktem. Goście zdobyli trzy punkty, pewnie wygrywając to spotkanie 5:7. Punkty zdecydowanie mogą cieszyć, ich dodatkowa wartość to natomiast zbliżenie się do Wólczańskich Smoków na zaledwie jedno „oczko”. Pogoń drużyny z lewobrzeżnej części Warszawy zdaje się opłacać, finalny sukces, czyli opuszczenie miejsc 8-10, które zagrażają spadkiem, jest na wyciągnięcie ręki.

 

POLSKIE DREWNO - FFK OLDBOYS II 5:9

Drużyna Polskie Drewno rundę wiosenną rozpoczęła od dwóch remisów z zespołami wyżej ulokowanymi w ligowej tabeli. Tym razem mierzyli się z FFK Oldboys II, którzy chcąc walczyć o pierwsze miejsce w tabeli musieli zacząć odrabiać straty z wcześniejszych spotkań. Mecz lepiej się rozpoczął dla Polskiego Drewna, które po dwóch bramkach Macieja Zaroda wyszło na prowadzenie. Zapowiadało się, że znowu odbiorą punkty lub chociaż się nimi podzielą z wyżej notowaną drużyną. Spotkanie było pełne zwrotów akcji i naprzemienną gonitwą za wynikiem po obydwu stronach. Najbardziej wyrównana okazała się pierwsza połowa, na końcu której to gospodarze mieli jedną bramkę więcej na swoim koncie. Większa obsada meczowa gości okazała się kluczowa dla przebiegu spotkania. Częstsze zmiany w polu, a idąca za nimi świeżość zawodników szybko zabrały powietrze z płuc gospodarzy, którzy cały czas próbowali się naprzemiennie bronić i atakować bramkę gości. Pomimo starań, oraz doskonałej dyspozycji dnia Macieja Zaroda, który zdobył wszystkie bramki dla swojej drużyny, rozpędzona ekipa FFK oddalała się z wynikiem finalnie wygrywając mecz 9:5, dzięki czemu zbliżyła się do pierwszej drużyny 10 ligi tracąc już tylko dwa „oczka”. Teraz przed obiema drużynami mecze przeciwko ekipom ze strefy spadkowej, które chcąc ją opuścić zrobią wszystko, co w ich mocy, aby ugrać jak najwięcej.

 

WIĘCEJ SPRZĘTU NIŻ TALENTU II - FUSZERKA II 1:9

Zdecydowanym faworytem spotkania pomiędzy Więcej Sprzętu Niż Talentu II z drugim zespołem Fuszerki byli goście, którzy cały czas liczą się w walce o mistrzostwo. Ich rywal zajmował ostanie miejsce w tabeli ze sporą stratą do bezpiecznej lokaty. Początek spotkania był bardzo wyrównany, ale już w 4 minucie skutecznym strzałem z własnej połowy popisał się zawodnik gości i po błędzie bramkarza objął prowadzenie. W kolejnych akcjach nie było już żadnego przypadku i wyżej notowany zespół w ciągu trzech minut trzykrotnie znalazł drogę piłki do bramki swoich rywali. Po tym ciosie zespół gospodarzy zdołał się otrząsnąć i w kolejnych minutach ich gra defensywna wyglądała znacznie lepiej. Niestety dla nich nie potrafili sobie stworzyć żadnej klarownej sytuacji w pierwszej połowie meczu i na przerwę schodzili z deficytem czterech bramek. Rozmowy motywacyjne odbyte w przerwie meczu nie dały żadnych rezultatów, ponieważ już w pierwszych dwóch akcjach drugiej odsłony spotkania stracili kolejne dwie bramki. Mogło być jeszcze gorzej, ale za trzecim piłka wylądowała tylko na słupku. Czego nie udało się dokonać w minucie 28, goście dokonali 3 minuty później i wyszli na siedmiobramkowe prowadzenie. Chwilę później gospodarze mogli się cieszyć z honorowego trafienia, na które jeszcze dwukrotnie odpowiedzieli goście. Ostatecznie Fuszerka II pewnie pokonała zespół Więcej Sprzętu Niż Talentu II 9:1 i ma już tylko dwa punkty straty do lidera. Dla ich rywala to już 12 porażka w tym sezonie i już tylko cud może sprawić, że ten zespół utrzyma się na tym poziomie rozgrywkowym.

 

AWANTURA WARSZAWA II - WÓLCZAŃSKIE SMOK 13:1

Kolejnym meczem było spotkanie ekip z dwóch różnych części tabeli. Awantura Warszawa cały czas myśli o wskoczeniu na podium 10 ligi, natomiast Wólczańskie Smoki po serii 5 porażek z rządu coraz mocniej zbliżają się do strefy spadkowej. Mecz zdecydowanie lepiej zaczęła drużyna gospodarzy, ich gra od początku wyglądała bardzo dobrze dzięki czemu stwarzali sobie wiele bramkowych sytuacji. Już po kilku minutach gry Awantura prowadziła 3-0 i wszystko wskazywało, że na Arenie Picassa będziemy świadkami pogromu. Dodatkowo jeden z zawodników gości znajdujący się na ławce rezerwowych "zagrzał się" na tyle mocno, że sędzia po niecenzuralnych komentarzach w swoją stronę pokazał mu czerwoną kartkę. To również miało zdecydowany wpływ na końcowy rezultat, ponieważ był to jedyny rezerwowy zawodnik jakim dysponowali Wólczańskie Smoki. Światełkiem w tunelu była jeszcze bramka zdobyta w końcówce pierwszej połowy, na którą obie ekipy schodziły przy wyniku 3-1. Trzeba przyznać, że taki rezultat to dla gości najniższy wymiar kary. Druga połowa gry wyglądała łudząco podobnie do pierwszej. Gospodarze mieli pełną kontrolę nad przebiegiem gry, a zawodnicy gości stanowili dla nich tylko tło. Grająca bez zmian ekipa Wólczańskich Smoków szybko opadła z sił i gole padały już tylko do jednej bramki. Z bardzo dobrej strony w tym meczu pokazał się Daniel Szadkowski, który zaliczył w tym meczu aż pięć bramek, co czyni go zdecydowanie najlepszym piłkarzem tego meczu. Spotkanie zakończyło się wynikiem 13-1, który w zupełności odzwierciedla przebieg tej rywalizacji. Sytuacja Wólczańskich Smoków wydaje się coraz gorsza, ale liczymy na to, że w kolejnych meczach pokażą się ze zdecydowanie lepszej strony. Dla gospodarzy zwycięstwo to jest o tyle ważne, że zachowują szanse na dogonienie podium 10 ligi.

 

PREDICA - BOROWIKI II 1:5

Wieczorne spotkanie 10 Ligi było starciem drużyn, które jeszcze nie odniosły porażki w tym roku kalendarzowym. Passa Predici się skończyła w dużej mierze przez dwa błędy na początku spotkania, które pozwoliły odskoczyć drugiej drużynie Borowików od już od pierwszych sekund spotkania. Oczywiście brawa należą się też zawodnikom Borowików II, którzy wykorzystali niefrasobliwość gospodarzy. Przykład stanowi Kacper Krzyt, który już przy rozpoczęciu, celnym strzałem z dystansu dał prowadzenie drużynie gości. Borowiki II przez większość spotkania podchodziły wysoko na połowę Predici, utrudniając zawodnikom drużyny przeciwnej przetransportowanie piłki pod drugie pole karne, więc przez większą część spotkania ciężko było można mówić o zagrożeniu bramki Kamila Borkowskiego. Dopiero w okolicach 35 minuty, przy wyniku 0:4 dla gości zaczęły być widoczne pęknięcia w formacji obronnej Borowików II. Predica zaczęła tworzyć groźniejsze akcje (szczególnie tutaj się wykazywał Dominik Suracki i Łukasz Gumula), gra się bardziej otworzyła z obu stron. Humor gospodarzy ponownie jednak popsuł Kacper Krzyt, który w drugiej połowie do swojego bilansu bramkowego dopisał jeszcze jedno trafienie - tym razem na 0:5. Ostatecznie, pod koniec spotkania gospodarze grający już w dużej mierze o honor zrobili kilka fajnych akcji, a nawet zdobyli bramkę honorową. Autorem trafienia na 1:5 był Dominik Suracki.

 

LIGA 11

 

FC VIKERSONN - KOMETA WARSZAWA 5:17

Poznaliśmy pierwszą drużynę, która awansuje do 10. ligi? Wiele na to wskazuje! Kometa Warszawa zajmuje obecnie pierwsze miejsce, mając na swoim koncie 36 punktów. Czwarta drużyna, czyli FC Vikersonn punktów ma 18, czyli połowę dorobku aktualnego lidera. Co ciekawe, FCV punktuje w tym sezonie niezwykle “symetrycznie” - mają 6 zwycięstw, 0 remisów i 6 porażek, a także po 75 bramek strzelonych i straconych! Tymczasem Kometa Warszawa może pochwalić się bilansem 119 bramek na plusie, więc faworyt meczu 12. kolejki był oczywisty. Nasze typy potwierdziły się również na boisku, choć pierwszego gola w tym spotkaniu zdobył Vadym Butenko - lider gospodarzy. Zrewanżował mu się Ziółkowski, który po mistrzowsku wykorzystał obramowanie bramki strzeżonej przez Mudraka - najpierw golem od słupka wyrównał wynik, a później wyprowadził swój zespół na prowadzenie w ten sam sposób. Kolejne minuty również należały do gości. Najpierw trafił Ostaszewski, a później zderzenie z bramkarzem wykorzystał Glinicki. Gole padały co kilka chwil, czego najlepszym przykładem jest fakt, że do przerwy padło ich aż dziesięć (3:7). W drugiej połowie zawodnicy zdjęli nogę z gazu? Nic bardziej mylnego! W ciągu kolejnych 25 minut padło następne 12 bramek - autorami przede wszystkim goście! Błyszczał przede wszystkim Daniel Ziółkowski, który ośmiokrotnie wpisywał się na listę strzelców i sześciokrotnie asystował swoim kolegom. Również gol na 3:9 zwrócił naszą uwagę, bo było to trafienie z rzutu wolnego. Następne bramki także były całkiem efektowne, a ostateczny wynik 5:17 potwierdził dominację Komety Warszawa.

 

DYNAMO WOŁOMIN - FC TORPEDO  4:4

Niewątpliwym hitem na tym poziomie rozgrywkowym było spotkanie Dynamo Wołomin z FC Torpedo. Sytuacja w tabeli sprawiła, że pierwsze miejsce jest raczej poza ich zasięgiem, ale pozostałe miejsca na podium są jak najbardziej dla nich realne. Zwycięzca tego spotkania zrobiłby duży krok do zdobycia srebrnych medali. Początek spotkania z lekkim wskazaniem na gospodarzy, którzy chcieli zmazać plamę z porażki z zeszłego tygodnia. Ich ataki przyniosły efekt w dziewiątej minucie, kiedy to po przechwycie Maciej Dorsz wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Odpowiedź rywali była piorunująca - po kolejnych trzech minutach to oni wyszli na prowadzenie. W pierwszej połowie jednym z ciekawszych elementów spotkania były stałe fragmenty młodych zawodników z Wołomina, które sprawiały sporo trudów ich rywalom. Po jednym z nich - rzucie rożnym doprowadzili oni do wyrównania. Na tym zawodnicy zakończyli strzelanie i w protokole meczowym widniał wynik remisowy 2-2. Początek drugiej połowy to ponowne otwarcie wyniku przez gospodarzy, dzięki czemu po raz drugi wyszli na prowadzenie. W 40 minucie spotkania kolejny raz skapitulował bramkarz gości i pierwszy raz w tym meczu pomiędzy drużynami była różnica dwóch bramek. Kolejne minuty to ataki z obydwóch stron, które nie przyniosły żadnego rezultatu. Kiedy na minutę przed końcem większość obserwujących spotkanie dopisało już gospodarzom 3 punkty stało się coś niesamowitego. W ciągu jednej minuty po dwóch przechwytach piłki bramki zdobył zawodnik gości Kyrylo Kud i rzutem na taśmę uratował remis dla swojej drużyny. Z przebiegu meczu wynik można uznać za zasłużony, ale dwie bramki stracone w ostatnich sekundach spotkania mogą zawodników Dynama Wołomin kosztować utratę szans na zdobycie drugiego miejsca w tabeli. Dzięki walce do końca zawodnicy FC Torpedo utrzymali sześciopunktową przewagę nad dzisiejszymi rywalami.

 

POGROMCY POPRZECZEK - OLD BOYS DERBY III 3:5

W spotkaniu najpopularniejszych zespołów jedenastej ligi emocji było co niemiara. Mecz lepiej rozpoczęli zawodnicy gości, którzy szybko objęli prowadzenie po bramce Michała Kurowskiego - 0:1. Później byliśmy świadkami twardej walki w środku pola, a tylko nieliczne akcje potrafiły zagrozić bramkarzom obu drużyn. Najszlachetniejsza i najlepsza z metod badawczych (tzw. na oko) wskazywała na niewielką boiskową przewagę gości, ale zamiast spodziewanego powiększania się przewagi dość szybko doszło do wyrównania. Wszystko za sprawą duetu Karolina Figiel - Patryk Rejmiś, którzy wykorzystali niefrasobliwość obrońców trzeciej drużyny białołęckich oldboyów i pokonali Patrycjusza Kurka - 1:1. W 16 minucie padła ostatnia bramka pierwszej połowy - zespołową akcję gości zakończył strzałem do pustej bramki Krzysztof Mikołajczyk - 1:2. Później swoje szanse na wyrównanie mieli Mateusz Niewiadomy i Patryk Rejmiś, jednak dzięki świetnym interwencjom Patrycjusza Kurka i odrobinie szczęścia trzeciej drużyny Oldboyów, do zmiany wyniku nie doszło. Na początku drugiej połowy do głosu w końcu doszli gospodarze. Dzięki dwóm szybkim trafieniom, wyszli one na prowadzenie 3:2. Goście pobudzeni niekorzystnym wynikiem ruszyli do ataku, ale poza bramką na 3:3 zdobytą przez Marcina Drożdża w 36 minucie, przez długie minuty nie byli oni w stanie pokonać dobrze dysponowanego Kacpra Mostowca. Mało tego, Pogromcy Poprzeczek mogli zakończyć te spotkanie z kompletem punktów, gdyż w końcowych minutach zaczęli wykorzystywać oni zmęczenie przeciwników. Ostatecznie jednak bohaterem spotkania okazał się  niespodziewanie Marcin Drożdż, który w 49 minucie ponownie odnalazł się w polu karnym przeciwników i z najbliższej odległości zakończył drużynowy kontratak - 3:4. Ostatecznie, mecz zakończył się wynikiem 3:5 a wynik ustalił w ostatniej akcji meczu Michał Kurowski, wykorzystując wznowienie spod własnej bramki Patrycjusza Kurka.

 

PIWO PO MECZU FC - ORŁY ZABRANIECKA 10:3

Mecz 11 ligi od samego początku stał pod znakiem zapytania. Obydwie drużyny miały okrojone składy, a między słupkami mieli stanąć gracze z pola. Brak zmian i majówkowa aura wróżyła katastrofalne dla oka spotkanie. Na szczęście nie wyciągamy pochopnie wniosków, a zawodnicy, którzy dostali kredyt zaufania spisali się na medal. Od samego początku obydwie ekipy prezentowały otwarty futbol, który zaowocował wynikiem 5:3 do przerwy. Druga odsłona to już natomiast koncertowa gra gospodarzy. Wzmocnieni o jednego zawodnika Piwosze odnieśli pewnie zwycięstwo 10:3. Brak pewności siebie Orłów jak i wysokie aspiracje gospodarzy, doprowadziły do pokaźnego zwycięstwa Piwa Po Meczu FC. Swoją boiskową jakość, bezapelacyjnie potwierdził natomiast napastnik ekipy grającej w zielonych strojach. Mowa o graczu oznaczonym numerem „8”, który rządził i dzielił na ligowym boisku. Michał Kukulski, bo o nim mowa, to zawodnik, który tego dnia wykazywał się niezłą techniką użytkową, a przede wszystkim nie mylił się w sytuacjach podbramkowych. Świadczą o tym trzy bramki, które walnie przyczyniły się do finalnego sukcesu. Co ciekawe, mimo stereotypowego obrazu napastnika „samoluba”, Michał od początku do końca grał zespołowo. Dzięki takiej postawie udało mu się trzykrotnie asystować w kluczowych fragmentach spotkania. Ekipa Zabranieckiej nie może jednak składać broni. Przed nimi niezwykle istotne w kontekście utrzymania starcie. Spotkanie z bezpośrednim rywale w walce o opuszczenie miejsc 8-10, czyli Vistulą Varsovia. Na tym etapie wszystko jest jeszcze możliwe, a strata do bezpiecznej lokaty niezwykle niska.

 

VISTULA VARSOVIA - GREEN TEAM 6:5

Późnym wieczorem na boisku przy ul. Strumykowej 21 mierzyły się zespoły z dołu tabeli 11 ligi. Ostatnia Vistula Varsovia podejmowało zajmującą ósmą lokatę drużynę Green Team. Różnica trzech punktów pomiędzy nimi zwiastowała bardzo wyrównane spotkanie. Na samym początku oglądaliśmy dominacją gospodarzy chcących odbić się od dna tabeli. Szybko zdobyte dwubramkowe prowadzenie gospodarzy rozdrażniło drużynę gości zmuszając do zmiany taktyki. Od tej chwili mecz zrobił się jeszcze bardziej widowiskowy. Coraz dokładniejsze podania i uspokojone tempo rozgrywania piłki gości przyniosło efekty. W cztery minuty to „Zieloni” odrobili straty dokładając jeszcze dwie bramki górką i cieszyli się z prowadzenia. W jednej z ostatnich akcji pierwszej części spotkania Arkadiusz Pawluczuk po samodzielnym dopadnięciu piłki zmniejszył straty ustalając wynik do przerwy na 3:4. Kontynuacja tego widowiska to szybka dwójkowa akcja gości zakończona bramką, oraz równie szybka odpowiedź dająca Nam powrót do jednobramkowej różnicy z pierwszej części gry. Im dłużej mecz trwał, tym bardziej był interesujący. Obie drużyny grały zaciekle, aby przeważyć szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Jak dobrze wiemy jedna bramka więcej to na Naszych boiskach bardzo mała przewaga, a losy spotkań lubią się odwracać w ostatnich sekundach. I tak właśnie było w tym meczu. Dwie minuty przed końcem duet Legacki – Urbański zapewnił zwycięstwo Vistuli. Wpierw Legacki zdobył bramkę z podania Urbańskiego dającą remis, a chwilę później role się odwróciły dając trzy punkty gospodarzą. Efektem tej rywalizacji jest status quo w strefie spadkowej 11 ligi i wszystkie trzy zespoły mają po dziesięć punktów tracąc do siódmego miejsca dwa punkty.

 

LIGA 12

 

GEORGIA TEAM - FC MITOTITO 5:7

Georgia Team mimo, że do meczu przystępowała z identycznym dorobkiem punktowym, co ich rywal FC Mitotito, to w odróżnieniu od swoich rywali ostatnie spotkanie przegrali i na pewno chcieli wrócić na zwycięski szlak, z którego bynajmniej nie chciał schodzić zespół gości. Po początkowym wzajemnym badaniu się oba zespoły zaczęły wykorzystywać słabsze punkty swoich oponentów. Jako pierwszy taką słabość wykorzystał najlepszy na dwunastym poziomie rozgrywkowym napastnik Michał Lechowicz, który wykorzystał zamieszanie w polu karnym po dokładnym wyrzucie piłki z autu przez Kamila Kolasę. Gruzini nie kazali jednak długo czekać na odpowiedź z ich strony i dosłownie po kilku minutach Lasha Gabritchidze wyrównał stan spotkania. W ogóle cała pierwsza połowa wyglądała, jak wyżej opisany fragment. Jak tylko goście obejmowali prowadzenie, to gospodarze po chwili doprowadzali do wyrównania. I tak po wymianie ciosów z jednej i drugiej strony obie ekipy do przerwy schodziły z remisem 3:3 który gwarantował nam nie lada emocje w drugiej odsłonie spotkania. Nasze oczekiwania nie okazały się złudne, od samego początku drugiej części meczu obie ekipy kontynuowały ofensywne zapędy raz po raz zagrażając bramkarzom groźnymi strzałami. Gościom udało się wyjść na prowadzenie, ale nieuważna postawa w obronie pozwoliła Gruzinom po raz kolejny wyrównać rezultat spotkania, tym razem po strzale z rzutu wolnego bez czekania na gwizdek sędziego. Dopiero w końcówce meczu Mitotito udało się wyjść na wyższe niż jednobramkowe prowadzenie ustalając wynik spotkania na 7:5 na swoją korzyść. To był bardzo wyrównany mecz, który na swoją korzyść goście przeciągnęli wyłącznie za sprawą indywidualności, bo obydwa zespoły prezentowały bardzo podobny poziom gry.

 

GENTLEMAN WARSAW TEAM - GANG ZACISZE 2:8

Po trzech kolejkach 12. ligi zaczynamy już powoli wyciągać pierwsze wnioski. Zarysowują się także pewne różnice między drużynami, a nam łatwiej przewidywać, które zespoły zdołają awansować do wyższej ligi. Jednym z faworytów jest z pewnością Gang Zacisze, który prezentuje równą formę i dochodzi do wielu sytuacji. Potwierdzili to w starciu z Gentleman Warsaw Team. Od początku widać było ich przewagę, mimo znacznie węższej kadry. Zawodnicy w różowych koszulkach rozegrali mecz bez jakichkolwiek zmian, a mimo to, zdołali w pierwszej połowie wyjść na dwubramkowe prowadzenie po golach Woźniaka i Sierheja. Gospodarze nie składali jednak broni, a trafienie w poprzeczkę z woleja mogło dać im nadzieję na odrobienie strat. Na ich nieszczęście Gang Zacisze był skuteczniejszy i w drugiej części spotkania Marcinkiewicz poprawił wynik na 0:3. Tomasz Woźnica - bramkarz GWT - próbował zatrzymać napierających graczy z Zacisza, ale po kilku dobrych interwencjach został pokonany przez… jednego ze swoich kolegów. Niestety to nie był jedyny błąd gospodarzy, bo to oni asystowali przy piątym trafieniu GZ. I choć Jakub Augustyniak z zespołu dżentelmenów trafił dwukrotnie do siatki Mikiciaka, to nie było to wystarczające, aby faktycznie powalczyć z Gangiem. Mecz zakończył się wynikiem 2:8, więc GWT wciąż będzie musiało zaczekać na pierwsze punkty na boiskach Ligi Fanów.

 

FC CHOSZCZÓWKA - FC ŁAZARSKI 4:8

Mecz który odbył się przy Arenie Picassa o godzinie 14.30 na sektorze A dostarczył nam dobrych, piłkarskich emocji. Lider tabeli - FC Łazarski podejmował zajmującą 4 miejsce drużynę Choszczówki. Pierwsze minuty to widoczna przewaga zespołu gospodarzy. Tomasz Dąbrowski sprytnym strzałem otworzył wynik spotkania i zrobiło się 1-0. Chwilę później podrażnieni „studenci” zdobywają bramkę wyrównująca na 1-1. W tym momencie ekipa Łazarskiego zaczęła się rozkręcać i chwilkę później trafili na 1-2. Mocno rozpędzona „studencka” drużyna podwyższa wynika na 1-3. Następne minuty to duża przewaga „żaków” co przyniosło efekt w postaci bramki na 1-4. Łazarski dzielił i rządził lecz Choszczówka nie odpuszczała. Efektem tego była piękna bramka na 2-4. Patryk Opęchowski potężnym uderzeniem z 20 metrów pokonał bramkarza Łazarskiego. Takim wynikiem zakończyła się pierwsza połowa. Druga polowa to nadal mocny pressing „studentów”. Przyniosło to wymierny efekt w postaci bramki na 5-2. Choszczówka jednak nie zamierzała składać broni i próbowała się odgryzać. Chłopaki zdobyli co prawda chwilkę później bramkę na 3-5, ale ekipa Łazarskiego nie zamierzała wypuścić zwycięstwa z rak. Obie drużyny starały się atakować co chwile, raz jedni raz drudzy oddawali strzały na bramkę przeciwnika. Wynik też zmieniał się jak w kalejdoskopie. Tym razem Łazarski zdobył bramkę na 6-3 lecz za chwilę Choszczówka znowu się odgryzła i mieliśmy 6-4. W końcówce ekipa Choszczówki delikatnie opadła z sil co szybko wykorzystała Drużyna „Żaków”. Dwie szybkie bramki pod koniec meczu i Łazarski wygrywa 8-4 . Lider nie dał za bardzo poszaleć ekipie ze środka tabeli i pewnie wziął 3 punkty.

 

 

Data utworzenia artykułu: Ponad tydzień temu, 2022-05-07
Facebook
Tabela
Poz Zespół M Pkt. Z P
3   TUR Ochota 14 25 8 5
9   Mixamator 14 7 2 11
6   AnonyMMous! 14 19 6 7
4   East Wind 14 25 8 5
5   FC Kebavita 14 21 6 5
10   Narodowe Śródmieście 14 3 1 13
8   Contra 14 15 5 9
7   FC Impuls UA 14 17 5 7
1   FC Gorlicka 14 37 12 1
2   In Plus & Pojemna Halina 14 35 11 1
Social Media
Reklama