RAPORT MECZOWY - KOLEJKA 9.

Pierwsza część sezonu za nami! I tak jak się spodziewaliśmy przed rozpoczęciem tej edycji - poziom jest bardzo, bardzo wysoki. Często zdarza się tak, że nawet drużyny z dołu tabeli jeśli przegrywają, to nisko, po walce i to powoduje, że każdy nie może się już doczekać na wiosnę rewanżów. A kto zakończył rundę jesienną zwycięstwem i sprawił sobie mikołajkowy prezent? Zapraszamy do lektury!  



 

EKSTRAKLASA

 

CONTRA - IN PLUS POJEMNA HALINA (7:16)

Będąca jednym z pretendentów do mistrzostwa IN Plus & Pojemna Halina chcąc pozostać w walce o najwyższe cele i nie dać odjechać rywalom przed przerwą zimową musiała pokonać niżej notowanego gospodarza tego spotkania - Contrę, która po dobrej serii trzech zwycięstw potknęła się w ostatnim meczu i chciała pozostać w grze o „pudło”. Mecz rozpoczął się od szybko strzelonej bramki na 0:1 z dobitki przez Jakuba Nahornego. Parę minut później mogło być już 0:2, lecz zawodnik „ In Plus & Pojemnej Haliny” nie wykorzystał „setki” i moment później zawodnicy Contry doprowadzili do wyrównania tego spotkania. Były to ostatnie chwile, kiedy byli tak blisko swoich przeciwników, ciąg dalszy pierwszej połowy przebiegał na warunkach narzuconych przez graczy gości, którzy bardzo szybko odskoczyli rywalom i spokojnie grali „swoje”. Pierwsza część spotkania zakończyła się wynikiem 3:6, który mógł zwiastować pogoń gospodarzy w dalszej części tego meczu. Bezpieczne i szybkie powiększenie prowadzenie po odbiorze piłki bramkarzowi Contry zapewnił gościom strzelec pierwszej bramki spotkania - Jakub Nahorny, rozwiązując worek z bramkami dla swojego zespołu. Niemoc gospodarzy w tym meczu nie pozwalała na zbliżenie się do gości i dość wysoką porażką 7:16, przez co zawitali do strefy spadkowej na koniec rundy jesiennej, a goście utrzymali dystans do lidera i pozostają w walce o mistrza.

 

ANONYMMOUS! - FC IMPULS UA (3:8)

Kolejnym ciekawie zapowiadającym się spotkaniem w ekstraklasie było starcie AnonyMMous! z FC Impuls UA. Oba zespoły mają swoje problemy w tym sezonie ligowym, jednak zdecydowanym faworytem tego spotkania byli gospodarze. Goście podeszli do tego meczu bardzo zmotywowani i już sam początek meczu zwiastował, że będziemy świadkami bardzo zaciętego pojedynku. Mecz był bardzo otwarty, akcje przenosiły się z jednej pod drugą bramkę. Obie ekipy prezentowały duże umiejętności piłkarskie i świetne wyszkolenie techniczne. Pierwsi z gola cieszyli się zawodnicy Impulsu, a autorem bramki był Vadym Tymonik. Kilka minut później, Anonimowi doprowadzają do remisu, po świetnie rozegranym rzucie z autu bramkę zdobywa Maciej Sidorowicz. Jeszcze przed przerwą ponownie na prowadzenie wyszła ekipa z Ukrainy, tym razem pięknym strzałem popisał się Artur Tymonik i goście na przerwę schodzili prowadząc 1:2. Po zmianie stron AnonyMMous zdecydowanie postawili na grę ofensywną, często przy tym zapominając o grze w defensywie. Impuls świetnie to wykorzystał i już po kilku minutach drugiej połowy goście prowadzili 1:4. Anonimowi zdecydowali się na wycofanie bramkarza chcąc przy tym rozgrywać piłkę z przewagą jednego zawodnika w polu. Maćka Miękinę zastąpił Damian Borowski. Niestety taka taktyka nie przynosiła efektu, brakowało precyzji w rozgrywaniu piłki, a w kluczowych momentach szwankowała skuteczność. Goście kontrowali raz po raz ekipę gospodarzy i podwyższali swoje prowadzenie. Przy wyniku 1:7 Anonimowym udaje się strzelić jeszcze dwie bramki, jednak były to gole na otarcie łez. Ostatecznie Impuls dość niespodziewanie wygrywa to spotkanie aż 3-8 i pokazuje, że nie wolno ich lekceważyć w kolejnej rundzie Ligi Fanów.

 

FC KEBAVITA - TUR OCHOTA (9:4)

Niezwykle ważne w kontekście układu tabeli w ekstraklasie było starcie Kebavity z Turem. Od początku było widać, że oba zespoły chcą wygrać i to powodowało, że oglądaliśmy niezwykle emocjonujące widowisko. Gospodarze ustawili się w defensywie i czekali na ataki gości. Ekipa Konrada Kowalskiego starała się konstruować spokojnie atak pozycyjny, ale nie mogła sobie wypracować klarownych sytuacji bramkowych. Kebavita w poprzednich sezonach w  starciach z Turem  nie potrafiła skutecznie zagrać całego spotkania w defensywie i w pewnym momencie Tur potrafił ich zdominować. Tym razem było inaczej, bo podopieczni Buraka Cana potrafili wytrzymać napór rywali i po kontrze wyszli na prowadzenie. Goście po chwili mogli wyrównać, bo grali w przewadze po karze indywidualnej dla Jacka Żołnierskiego. Okresu przewagi nie wykorzystali, a po chwili przegrywali już 2:0. Valik Chopaniuk po rajdzie po skrzydle mocno uderzył futbolówkę i nie dał szans Pawłowi Wysockiemu. Do przerwy było jeszcze gorzej, bo Christian Namani wykorzystał błąd w obronie i było już 3:0. Po zmianie stron Kebavita strzeliła gola na 4:0 i wydawało się, że jest po meczu. Wtedy do gry wrócił niespodziewanie Tur. Robert Hankiewicz zamienił na pozycji bramkarza Pawła Wysockiego i w okresie kilku minut grając z lotnym bramkarzem ekipa z Ochoty odrobiła trzy bramki i było już tylko 4:3. Jednak tego dnia Kebavita miała dużo więcej argumentów po swojej stronie. Kolejne akcje gości nie były udane i po kontrach team Buraka Cana ponownie odjechał rywalom. Ostatecznie skończyło się 9:4 i mimo, że jeszcze nie wszystkie mecze w ekstraklasie się zakończyły o tej porze, to wiedzieliśmy, że Kebavita zakończy zmagania po rundzie jesiennej na podium. Tur pierwszy raz od paru sezonów poza strefą medalową, ale jak dobrze wiemy wszystko decydować się będzie na wiosnę i obecny mistrz na pewno zmobilizuje się na rundę rewanżową.

 

MIXAMATOR - NARODOWE ŚRÓDMIEŚCIE (2:3)

Dla Mixamatora zwycięstwo w meczu z Narodowym Śródmieściem było szansą na wydostanie się ze strefy spadkowej. Ekipa Marka Szklennika walczyła za to o pierwsze punkty w sezonie i w końcu udało się kapitanowi Narodowego zebrać skład, który dawał solidne nadzieje na wygraną. Od pierwszego gwizdka obie drużyny grały raczej zachowawczy futbol i przede wszystkim skupiły się na grze z tyłu, przez co pierwszego gola obejrzeliśmy dopiero po dwudziestu minutach gry. Wynik otworzył Yurii Suliatytskyi i Mixamator objął prowadzenie. Wprawdzie gospodarze byli stroną zdecydowanie przeważającą w pierwszej połowie, to trafienie Yuriego było jedynym, jakie obejrzeliśmy przed przerwą. W drugiej części spotkanie zdecydowanie nabrało kolorów, bo choć w 31 minucie na 2:0 podwyższył Kamil Krupa, to z każdą minutą dało się zauważyć, że Mixom zaczyna brakować pomysłów i polotu w grze ofensywnej. W 36 minucie Kamil Gadomski posłał piłkę przez całe boisko do niekrytego Victora Yaremii, ale z sytuacji jeden na jeden górą wyszedł golkiper Śródmieścia Marek Reszczyński. Goście spychali zespół Michała Fijołka do defensywy, a Mixy odpowiadały nieskutecznymi kontratakami. W końcu gola kontaktowego zdobył Tomek Terpiłowski i dało się odczuć, że Narodowe Śródmieście łapie wiatr w żagle. W 45 minucie Yurii Suliatytskyi zatrzymał akcję ofensywną gości i widząc daleko wysuniętego bramkarza oddał strzał przez niemal całe boisko i zdobyłby gola, gdyby nie pogoń Marka Reszczyńskiego, któremu w ostatniej chwili udało się zatrzymać piłkę. W 46 minucie gola wyrównującego potężnym strzałem z dystansu zdobył Marcin Banasiak i Narodowe całkowicie przejęło inicjatywę. Mixamator dzielnie się bronił i kiedy zdawało się, że dowiezie remis do końca, na minutę przed ostatnim gwizdkiem wysiłek zawodników Narodowego Śródmieścia ukoronował Patryk Nowicki zdobywając zwycięskiego gola.

 

EAST WIND - FC GORLICKA (5:8)

W meczu na szczycie na koniec zmagań w ekstraklasie w rundzie jesiennej zmierzyły się ekipy East Windu i Gorlickiej. Patrząc na to w jakim składzie przyszli gospodarze nie sądziliśmy, że postawią tak duże wymagania swoim rywalom. Już na początku spotkania Maciek Aderek - golkiper teamu Sebastiana Dąbrowskiego, strzałem z dystansu dał prowadzenie.  Goście stopniowo zaczęli grać swoje schematy gry i to dało efekty. Dwie bliźniacze akcje przeprowadził Marcel Gorczyca, który uderzał na bramkę, a tor lotu piłki w obu przypadkach zmieniał Maksymilian Kot i było już 1:2. Po indywidualnej akcji napastnika Gorlickiej zrobiło się 1:3 i wydawało się, że ekipa Daniela Gello ma mecz pod kontrolą. Jednak East Wind nie rezygnował ze swojej taktyki i to się opłaciło. W odstępie trzech minut dwa razy pokonał Mateusza Kota i zrobił się remis 3:3. Mimo jeszcze kilku okazji z obu stron wynik do przerwy się nie zmienił. W drugiej połowie obie ekipy grały konsekwentnie swoje założenia. Po okresie, w którym nie padały bramki, pierwsi dali się zaskoczyć goście. Paweł Rybak wykorzystał błąd w defensywie i wyprowadził East Wind na prowadzenie. Radość nie trwała zbyt długo, bo po chwili Eryk Murawski wyrównał i od tego momentu to właśnie Gorlicka zaczęła dominować. Dwie bramki dające prowadzenie ustawiły scenariusz końcówki spotkania. Goście operowali piłką i długo budowali swoje akcje. Gospodarze musieli zaryzykować nie mając nic do stracenia. Obrona kierowana przez Roberta Śmigielskiego grała perfekcyjnie w destrukcji, choć samemu Robertowi przydarzył się kiks i po bloku napastnika rywali piłka wtoczyła się do bramki. Nie miało to jednak konsekwencji na wynik tego spotkania, bo Gorlicka w końcówce po solowym rajdzie Marcela Gorczycy przypieczętowała zwycięstwo 5:8. Oznacza to, że przez zimę będzie w fotelu lidera po rundzie jesiennej i patrząc na grę tego zespołu nie jest to dla nas zaskoczenie. East Wind w środku tabeli i jest pewnie w teamie Sebastiana Dąbrowskiego lekki niedosyt, bo ta runda zagrana była poniżej ambicji i oczekiwań.

 

 

LIGA 1

 

CLEOPARTNER - TYLKO ZWYCIĘSTWO (5:5)

W spotkaniu Cleopartnera z Tylko Zwycięstwo zdecydowanym faworytem wydawała się ekipa z Ukrainy. Gospodarze mimo braku kilku zawodników mają w swoich szeregach graczy,  którzy mają spore umiejętności i od początku spotkania starali się pokazać kto jest lepszy na boisku. Goście jak zawsze prezentowali swój plan taktyczny z mocną defensywą wyczekując na okazje do kontr i liczyli na skuteczność Andrzeja Morawskiego. Pierwsza bramka w tym starciu padła po rzucie wolnym. Dmytro Zhdanov sprytnie uderzył obok muru i zmieścił piłkę przy słupku bramki Tylko Zwycięstwo. Ekipa braci Jałkowskich starała się odrobić straty ale była nieskuteczna. Cleopartner natomiast spokojnie powiększał przewagę. Po dwóch błędach w końcówce pierwszej połowy na tablicy wyników mieliśmy wynik 3:0 i taki wynik utrzymał się do przerwy.  Po zmianie stron po golu na 4:0 wydawało się, że jest już po meczu. Jednak gol Andrzeja Morawskiego dał nadzieję, że jeszcze nie wszystko stracone. Ekipa z Ukrainy starała się utrzymywać długo przy piłce, ale popełniała coraz więcej prostych  błędów w obronie. To spowodowało, że przy stanie 5:2 zrobiło się nerwowo ponieważ Tylko  Zwycięstwo miało coraz więcej okazji bramkowych. Ostatnie pięć minut to szalona pogoń za wynikiem. Po kontratakach Andrzej Morawski strzelił dwie bramki i gdy wydawało się, że zabraknie czasu na wyrównanie to na minutę przed końcem Mateusz Górski dał gola na 5:5. Niesamowita złość kapitana Cleopartnera na rozwój sytuacji i stratę punktów. Tylko Zwycięstwo natomiast pokazało charakter i to z czego ta ekipa słynie, czyli walkę niezależnie od wyniku do samego końca.

 

FC ALMAZ - FC FREEDOM (2:2)

Ukraińskie drużyny powoli przyzwyczajają nas do tego, że bezpośrednie starcia między tymi ekipami zawsze dostarczają potężnych emocji i należą do wyjątkowo zaciętych. I nawet mimo, że FC Almaz i FC Freedom dzieli niemalże cała wysokość tabeli, oglądaliśmy szalenie wyrównane spotkanie i futbol na naprawdę wysokim poziomie. W pierwszej połowie meczu nie padła ani jedna bramka, ale jeśli komuś wydaje się, że w meczu tym wiało nudą, jest w grubym błędzie. Gra w zawrotnym tempie przenosiła się od bramki do bramki i zarówno broniący bramki Almazu Leonid Isayenia, jak i jego odpowiednik w drużynie Freedomu Artem Bohatikov mieli ręce pełne roboty. Nie zabrakło również walki w środku pola i jeszcze przed zakończeniem pierwszej części meczu można było stwierdzić, że tak wyrównane spotkania to rzadkość.  Tuż po rozpoczęciu drugiej połowy brak koncentracji w defensywie gości wykorzystali napastnicy Almazu – Oleg Lazovik pognał skrzydłem i wyłożył piłkę Romanowi Chukhachowi, a ten nie dał szans bramkarzowi Freedomu. Na kolejnego gola musieliśmy czekać aż 10 minut, ale mecz nabrał kolorów, bo wyrównał Vitaliy Kram. Freedom długo nie nacieszył się z tego gola, bo nie minęła minuta, a Vladyslav Andriutsa wykorzystał rzut wolny i precyzyjnym strzałem umieścił piłkę w siatce. Dało się odczuć, że inicjatywa jest po stronie Almazu, ale ekipa Ruslana Kobyliatskiego nie mogła wyprowadzić ostatecznego ciosu, który pogrzebałby Freedom. Okazja taka przydarzyła  się w samej końcówce meczu, kiedy żółtym kartonikiem został ukarany Oleksandr Didkivskiy. Wydawało się, że Almaz ma zwycięstwo w garści, ale stało się coś, czego raczej nikt się nie spodziewał. Gospodarze stracili piłkę na połowie przeciwnika, a kontratak Freedomu wykończył Maksym Oliinyk i grając w osłabieniu FC Freedom zdobył gola wyrównującego! Almazowi, który grał w przewadze do samego końca meczu zwyczajnie nie starczyło czasu i spotkanie skończyło się remisem 2:2. Cieniem na tym meczu położyła się sytuacja, którą opisywaliśmy w minusach kolejki, ale poza nią, było to jedno z najciekawszych spotkań, jakie oglądaliśmy w tej rundzie i czujemy, że obie ekipy jeszcze nie raz pokażą nam świetny futbol.

 

DRUNK TEAM - FC OTAMANY (1:12)

Na zakończenie zmagań w pierwszej lidze byliśmy świadkami starcia ekip, które zajmują dwa ostatnie miejsca w ligowej tabeli i prezentują się zdecydowanie poniżej swoich oczekiwań. Mowa tu o ekipie Drunk Teamu oraz Otomanów. Spotkanie zdecydowanie lepiej rozpoczęła ekipa Otomanów, która to od początku spotkania przystąpiła do zdecydowanych ataków. Goście przeważali i grali bardzo widowiskowo. Na boisku widać było, że każdy z zawodników prezentował nienaganną technikę oraz wysoki poziom rozumienia gry w piłkę nożną. Drunk Team natomiast miał spore problem w konstruowaniu akcji, a wysoki pressing przeciwnika często powodował niepotrzebne straty w środku pola. Na bramki w tym meczu nie musieliśmy długo czekać, a nakręcona maszyna Otomanów do końca pierwszej połowy zaaplikowała rywalom aż cztery trafienia. Gospodarzom nie pomogła nawet gra w przewadze, kiedy to za dyskusje z sędzią żółtą kartką został ukarany Oleksandr Gryb. Na przerwę schodziliśmy przy wyniku 0:4. Druga połowa to już prawdziwa deklasacja gospodarzy, napór gości stawał się coraz większy. Widząc słabą dyspozycję rywala ekipa Otomanów raz po raz przeprowadzała groźne ataki na bramkę Drunk Teamu, a brylował w nich wspomniany już Oleksandr Gryb. To głównie dzięki jego siedmiu asystom oraz trzem bramkom goście dokładają osiem trafień w drugiej części spotkania. Kiedy sędzia miał już kończyć to widowisko, na rozpaczliwy atak zdecydował się Kamil Wróbel i kąśliwym strzałem uratował honor Drunk Teamu. Spotkanie ostatecznie kończy się wynikiem 1:12, co w pełni odzwierciedla obraz całego meczu.

 

DEPORTIVO LA CHICKENO - GREEN LANTERN (7:6)

Mecz Deportivo La Chickeno kontra Green Lantern było to widowisko na miarę pierwszej ligi! Od pierwszych minut meczu spotkanie mogło się podobać, gracze postawili wszystko na jedną kartę i dało się zauważyć, że żadna drużyna nie chce być przegraną w tym meczu, walka o piłkę była widoczna na każdym polu. Kilka ciekawych i kombinacyjnych akcji po obu stronach dało w końcu efekt w postaci bramki, a pierwszy w tym meczu wpisał się do protokołu zawodnik gości Mikołaj Wysocki, który zajął odpowiednie miejsce w polu karnym i dobił piłkę, która wcześniej została skutecznie obroniona przez bramkarza. Chwilę później odpowiedzieli gospodarze. Piękną akcję skonstruowali Agnyziak i Grabowicz, a piłka po strzale pierwszego gracza odbiła się od słupka i wpadła prosto do bramki. W kolejnych minutach meczu widzieliśmy ładne akcje, jednak brakowało skuteczności przy wykańczaniu akcji lub popis swoich umiejętności dawali bramkarze obu drużyn. W pierwszej części spotkania obejrzeliśmy jeszcze dwie bramki, a wynik po 30 minutach był wciąż remisowy czyli 2:2. Kolejną część meczu lepiej rozpoczęła drużyna Gospodarzy i wykorzystali rozproszenie krótką przerwą u piłkarzy Green Lantern zdobywając 3 bramki w 3 minuty. Gdy wydawało się, że wynik meczu jest już przesadzony, ponownie swoje siły zebrała drużyna Gości i po 18 minutach drugiej odsłony gry doprowadzili do wyrównania, a minutę później wyszli nawet znowu na prowadzenie. To oznaczało, że końcówka będzie bardzo emocjonująca i tak też było. Dwójkową akcją popisali się gracze Deportivo i przyniosła ona pozytywne zakończenie dla nich. Po podaniu Kwarczeliszwiliego swoją 4 w tym spotkaniu bramkę zdobył Rudnicki. Chwilę później po podaniu tego samego zawodnika, który wcześniej zaliczył również asystę, decydującą i dającą komplet punktów w tym meczu drużynie gospodarzy bramkę zdobył Patryk Zych. Przyczynił się on jeszcze w jeden sposób do zachowania takiego wyniku na sam koniec gry - powstrzymując, ale przy tym też faulując  zawodnika gości wychodzącego sam na sam z bramkarzem w sposób, za który otrzymał czerwoną kartkę w ostatniej minucie. Kto oglądał to spotkanie z perspektywy kibica na pewno po nim mógł odczuwać zadowolenie oglądając piłkarskie widowisko na najwyższym poziomie.

 

DEPORTIVO LA CHICKENO - DRUNK TEAM (20:10)

Strzelanie sylwestrowe rozpoczęte miesiąc wcześniej, a przyczyniły się do tego drużyny Deportivo La Chickeno, którzy rozgrywali zaległy mecz z drużyną Drunk Team. Na początku spotkania nikt z nas nie przypuszczałby, że dostaniemy w tym meczu taki grad goli. Lepiej w mecz udało się wejść drużynie gospodarzy, którzy rozgrywali ten mecz chwilę po skończeniu poprzedniego. Na pewno o odpowiednią rozgrzewkę mimo mrozu nie musieli się martwić, a 3 szybko zdobyte bramki dały im wiarę, że ten mecz może być dla nich wygrany.  Jednak jeżeli tak pomyśleli w tamtym momencie, to musieli się z tym chwilę wstrzymać, ponieważ zaraz później gracze gości odpowiedzieli 2 zdobytymi golami i mecz przez chwilę zrobił się stykowy. Pod koniec 1 połowy jednak gospodarze zdołali zdobyć jeszcze 2 bramki i na gwizdek sędziego zapraszający na przerwę wynik mieliśmy 5:2. Druga połowa to istne szaleństwo jeżeli chodzi o zdobywanie bramek, padały one praktycznie po każdej akcji i z przeróżnych sektorów boiska. Po akcjach 1 na 1, główką, wolejem, z wolnego. Obie drużyny nastrzelały ich łącznie 30, a wynik końcowy to 20:10.  Jest to zdecydowanie ilość goli świadcząca o tym, że skuteczność zawodników była na najwyższym poziomie, bramkarze mieli w tym meczu dużo interwencji. I co by nie napisać, spora ilość z nich była jednak skuteczna. Ten mecz zapamiętamy na pewno na długo.

 

ALPAN - NISKI PRESS (5:2)

Byliśmy pewni, że spotkanie Alpanu z Niskim Pressem będzie bardzo zacięte i ciekawe. Oba zespoły prezentują wysoki poziom piłkarski i rzadko spotykaną kulturę gry. Nie było mowy o chamstwie czy złośliwościach – jedni i drudzy byli skupieni tylko i wyłącznie na walce o punkty. W bardzo dobrej dyspozycji tego dnia był Rafał Radomski i to właśnie on zdobył bramkę otwierającą wynik starcia, a dokładnym podaniem w tej akcji popisał się Daniel Kania. Wynik na 2:0 podwyższył Kamil Melcher, który nie zmarnował okazji wykreowanej przez Mateusza Marcinkiewicza. Niski Press nie dawał za wygraną, chociaż trzeba przyznać, że w pierwszej połowie byli nieco zmuszeni grać pod dyktando ALPAN-u. Niemniej, po akcji Dawida Wichowskiego i podaniu do Kacpra Wójcikowskiego, piłkę w siatce umieścił drugi z wymienionych Panów i mieliśmy 2:1. O swojej świetnej dyspozycji, pod raz drugi tego wieczoru, przypomniał Rafał Radomski, ustalając wynik pierwszej odsłony na 3:1. Zmiana stron przyniosła nieco inny obraz gry. Gracze gości przejęli inicjatywę w rozgrywaniu, a przez dobry kwadrans gracze gospodarzy kreowali sobie okazję tylko w postaci kontrataków, co przy stylu gry ALPAN-u było dość zaskakujące. Bramka na 4:1 padła po przerwaniu ataku pozycyjnego Nieskiego Pressu oraz wyprowadzeniu pięknego crossa przez bramkarza gospodarzy, Błażeja Kaima. Świetnej sytuacji nie zmarnował Daniel Kania i jego nazwisko trafiło na listę strzelców. Goście jednak wciąż byli więcej przy piłce, a ich odpowiedzialne rozgrywanie przyniosło efekt na pięć minut przed końcem, kiedy po podaniu Patryka Hulla gola na 4:2 zdobył Patryk Kowalczyk. Ostatnie słowo należało jednak do gospodarzy, kiedy to po podaniu Daniela Kanii do piłki dopadł jeden z najszybszych graczy grających w Lidze Fanów – Mateusz Marcinkiewicz – i ustalił wynik spotkania na 5:2. ALPAN z kompletem punktów kończy jesień na pierwszej pozycji, natomiast Niski Press ostatecznie plasuje się dokładnie w środku tabeli, mając jednak tylko 4 punkty straty do podium. Wiosna będzie ciekawa !

 

LIGA 2

 

ORZEŁY STOLICY - GRACZE GORSZEGO SORTU (5:2)

Dynamika tego meczu w 2 lidze zdecydowanie zasługuje na uznanie. Takiego typu spotkania są oglądane przez organizatorów z największą przyjemnością. Przede wszystkim na pierwszy plan wysuwa się waleczność obu drużyn, które dodały kolejną zasadę w Kodeksie Hammurabiego – akcja za akcję. Ciężko przed meczem było wytypować zwycięzcę tego pojedynku, my postawiliśmy na gospodarzy i jak się finalnie okazało – mieliśmy rację. Początek spotkania to wiele niewykorzystanych sytuacji Orzełów. GGS mogło nazwać się szczęściarzami, bo przeciwnikom piłka za nic w świecie nie chciała wlecieć do siatki. Jak wiadomo niewykorzystane sytuacje lubią się mścić i pierwszego gola trafił niezawodny Łukasz Kulesza z GGS przy asyście Karola Wierzchonia. Walka była na tyle zacięta, że ten gol padł dopiero w 19 minucie. Orzeły do przerwy wyrównały wynik i obie drużyny na przerwę schodziły z apetytem na więcej. Na gole nie trzeba było długo czekać, bo już w 5 minucie prowadzenie objęły Orzeły. Łukasz Kulesza po raz kolejny próbował interweniować, ale jego kolejny gol nie uratował sytuacji. Gospodarze rozstrzelali się na dobre. Bramki zdobyli w tej części spotkania Mikołaj i Maciej Kiełpsz oraz Damian Długosz. Gra Macieja została doceniona i został on wybrany MVP 2 ligi w ostatniej kolejce tej rundy za fenomenalne dwa gole! Po tym spotkaniu Orzeły Stolicy z Graczami Gorszego Sortu zamieniły się miejscami w tabeli i obecnie to Orzeły zajmują wyższą lokatę po 9 kolejce.

 

BLACK EAGLES WARSZAWA – ETERNIS (4:5)

W deszczowej aurze ostatnie spotkanie rundy jesiennej rozegrały między sobą ekipy Black Eagles Warszawa oraz Eternis. Obie drużyny nie porwały nas z frekwencją, wystawiając tylko po jednym zmienniku. Poza zawodnikami rezerwowymi na boisko nie dotarła również celność, bo ilość wyśmienitych okazji zmarnowanych po obu stronach była wręcz nieprzyzwoita. Spotkanie miało piorunujący początek, bo gospodarze typowani w roli murowanego faworyta stracili bramkę już w pierwszej minucie meczu. Orły potrzebowały kilku minut na otrząśnięcie się po tej sytuacji, ale kiedy tylko złapały swój rytm meczowy bramkarz Eternisu Karol Dębowski musiał dwukrotnie ratować swój zespół przed utratą gola. Za trzecim razem się nie udało i Łukasz Dworakowski strzelił bramkę wyrównującą. Eternis znów zaskoczył i znów Damian Rudy wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Kilka minut później za groźne zagranie żółtym kartonikiem został ukarany bramkarz Eternisu, a rzut karny na gola zamienił Przemysław Harasimiuk. W pierwszej połowie więcej bramek już nie oglądaliśmy, ale druga część spotkania znów rozpoczęła się od mocnego ciosu ze strony gości i tym razem Daniel Mikołajczyk wykorzystał zamieszanie pod bramką przeciwnika i wyprowadził Eternis na prowadzenie. Nie minęła minuta i Adam Wosiek wyrównał, a po chwili Black Eagles prowadzili 4:3 po strzale Łukasza Dworakowskiego. Goście mieli mnóstwo wyśmienitych okazji do wyrównania. Kilkukrotnie wyprowadzali kontry trzech na jednego, ale nie byli w stanie znaleźć drogi do bramki Norberta Skórskiego. Black Eagles również nie grzeszyli skutecznością, a ich atakom brakowało impetu. W 42 minucie losy meczu odwrócił Damian Rudy, który w końcu pokonał golkipera gospodarzy. Eternis atakował, ale Norbert Skórski zachowywał czujność i popisał się kilkoma świetnymi interwencjami. Niestety koledzy Norberta zawodzili tak w ataku, jak i obronie i w samej końcówce meczu, mimo ofiarnych obron golkiper Black Eagles musiał po raz czwarty wyciągać piłkę z siatki po strzale Damiana Rudego, a chwilę później sędzia odgwizdał koniec meczu. Mimo przegranej Black Eagles zachowali fotel lidera, ale był to nieco rozczarowujący występ i jeśli ekipa Darka Pocztowskiego myśli o zdobyciu mistrzostwa 2 ligi, nie może sobie już pozwolić na takie potknięcia. 

 

FC GÓRKA - SZMULKERS TEAM (6:3)

Na zakończenie dziewiątej kolejki w drugiej lidze byliśmy świadkami pojedynku pomiędzy drużynami FC Górka i Szmulkers Team. Obie ekipy podchodziły do tego starcia w zgoła odmiennych nastrojach. Gospodarze, którzy kroczą od zwycięstwa do zwycięstwa chcieli podtrzymać dobrą passę i zakończyć rundę w ligowej czołówce, goście natomiast mają swoje problemy kadrowe i już od kilku kolejek okupują strefę spadkową. Początek spotkania wyrównany, oba zespoły bardziej skupiały się na obronie niż na kreowaniu sytuacji podbramkowych. Górka grając z bramkarzem starała się cały czas tworzyć przewagę i tym zaskakiwać swoich rywali. Taka taktyka przyniosła zamierzony efekt, kiedy to potężnym strzałem na bramkę popisał się bramkarz gospodarzy Konrad Litwiniuk. Po stracie gola goście nie zamierzali załamywać rąk i dalej kontynuowali swoją grę. Pod koniec pierwszej połowy, po jednym z kontrataków Szmulkersi doprowadzają do wyrównania, bramkę zdobywa Mateusz Repczyński. Druga połowa zwiastowała wiele emocji, tym bardziej, że obu ekipom zależało na zdobyciu kompletu punktów. W drugą część meczu zdecydowanie lepiej weszli goście, którzy już na początku, za sprawą Daniela Guby obejmują prowadzenie. Po stracie gola Górka, mocno wzięła się do pracy. Gospodarze podkręcili tempo i z minuty na minutę szturmowali na bramkę przeciwnika. Kluczowe dla całego pojedynku były minuty pomiędzy 30 a 33, kiedy to gospodarze całkowicie odwrócili wynik spotkania i wychodzą na prowadzenie 4:2. W końcówce meczu Szmulkersi otworzyli się jeszcze bardziej co skutkowało, stratą kolejnych dwóch bramek. Mecz ostatecznie dość pewnie wygrywają gospodarze 6:3, jednak sam wynik nie oddaje do końca przebiegu spotkania. Szmulkersi zagrali naprawdę nieźle i na tle faworyta zaprezentowali się bardzo dobrze. Górce gratulujemy wygranej, Szmulkersi natomiast muszą dokonać kilku transferów dzięki którym, na wiosnę powalczą o utrzymanie w drugiej lidze.

 

WARSZAWSKA FERAJNA - SASKA KĘPA (5:1)

Ostatni mecz ostatniej kolejki przed przerwą w 2 lidze. Na boisko wybiegły drużyny Warszawskiej Ferajny i Saskiej Kępy. Pogoda nie zachęcała do gry w piłkę ale deszcz i zimne powietrze nie stanęły na przeszkodzie aby rozegrać te spotkanie. Od pierwszych minut bardzo wyrównane i zacięte widowisko przyszło nam Oglądać w pierwszej połowie tego widowiska. Obie drużyny miały swoje szanse na wyjście na prowadzenie, jednak dobra gra bramkarzy, a także szczęście w kilku sytuacjach spowodowały, że pierwsza połowa zakończyła się bez trafień. Bramki odczarowały Nam się dopiero w drugiej połowie z korzyścią dla gospodarzy. Ładną akcje przeprowadził duet Dembiński-Brzozowski, którzy rozklepali obronę gospodarzy i dali prowadzenie swojej drużynie. Druga bramka padła w podobny sposób, a wykonawcami akcji byli Ci sami zawodnicy co przy pierwszej. Trzy szybko strzelone bramki ustawiły przebieg tego spotkania i pomimo chęci i walki drużyny gości, którym trzeba przyznać zabrakło trochę szczęścia w tym meczu, wyniku nie udało się odmienić i musieli uznać wyższość rywala. Strzelili jednak honorowego gola w końcówce spotkania. Mecz zakończył się wynikiem 5:1 I dla drużyny gospodarzy była to cenna wygrana, ponieważ kończą tę rundę ze stratą 2 punktów do miejsca na podium.

 

 

 LIGA 3

 

FC BALLERS - UN MATE TEAM (1:4)

Nieczęsto zdarza się, by w ciągu 25 minut żadna z drużyn nie znalazła drogi do bramki. A tak właśnie było w meczu FC Ballers – Un Mate Team. Pierwsza połowa była dość dynamiczna z obu stron, ale było też sporo fauli i sędzia musiał często sięgać po gwizdek. Jeżeli chodzi o sytuacje strzeleckie, to w pierwszej części nie było ich za wiele, a to, co udało się skierować w światło bramki, odbijali bramkarze. Wydawało się, że w pierwszej części małą przewagę mieli zawodnicy Ballers, ale wynik pozostawał bezbramkowy. W drugiej części było już nieco lepiej z celnością. Szczególnie u Argentyńczyków, bo właściwie dwa groźniejsze strzały zamienili od razu na gole. Najpierw do siatki trafił Guillermo Gerpe, a potem na 0:2 podwyższył Jony Kraajenbrink. Był to okres czasu, w którym Un Mate się rozegrał i był lepszy od swoich oponentów. FC Ballers zdobyło bramkę kontaktową po golu Maxa Nerkevicha i zaczęło wracać na właściwe tory. Lepiej operowali piłką, Karol Milej robił sporo zamieszania z przodu swoimi dryblingami, ale niestety dla nich, nie przekładało się to na dalszą zdobycz bramkową. A jak wiadomo, piłka czasami bywa bezlitosna i zamiast remisu, był kolejny gol dla Un Mate. Mimo starań zawodników Ballers nie udało się w tym meczu zdobyć chociaż punktu. Na dodatek gospodarzy dobił Jony Kraajenbrink, który ustalił wynik na 1:4. Patrząc na cały mecz, bardziej sprawiedliwy mógłby być remis, ale to też jest umiejętność wygrywania meczów na styku. W ostatnią niedzielę Un Mate Team zdecydowanie wykazał się większą skutecznością i zgarnął 3 punkty.

 

UKRANIAN VIKINGS – ENERGIA (1:7)

Wielkie derby Ukrainy w trzeciej Lidze Fanów miały być ozdobą niedzielnych zmagań na Picassa. Niestety, Ukranian Vikings nie zdążyli się odbudować po niespodziewanej porażce sprzed tygodnia i w starciu z Energią tylko w kilku pierwszych minutach grali jak równy z równym, przez co wynik był bezbramkowy przez niemal kwadrans. Wtedy jednak do akcji wszedł Patryk Komorowski, którym po podaniu Andrija Plekha posłał piłkę w długi róg i otworzył wynik spotkania. Energia miała kilka wybornych sytuacji, ale w ich skutecznej egzekucji przeszkodził między innymi…Igor Petlyak, który został trafiony piłką na linii bramkowej, po strzale kolegi z ataku. Jednak świetnie tego dnia dysponowany był wspomniany wcześniej „Komor”, który po sprytnym dryblingu w polu karnym, pięknym strzałem pod poprzeczkę podwyższył na 0:2. Wynik na 0:3 do przerwy ustalił Heorhii Parnitskii, który wykorzystał dobre podanie Igora Petlyaka. W powiększaniu przewagi gości w drugiej połowie dwukrotnie pomagali gracze „Wikingów”. Po bardzo niefortunnych zagraniach, piłki do własnej siatki kierowali Roman Mazur oraz Eduard Vakhidov. Zaskakująca niemoc gospodarzy została przełamana dopiero przy stanie 0:6, kiedy to „wapno” skutecznie wykorzystał popularny „Edy”. Jednak to właśnie jego noga skierowała piłkę do własnej bramki, a „zdobyta” w ten sposób bramka ustaliła wynik spotkania na 1:7. W szeregach Energii świetnie zagrał Patryk Komorowski, zdobywca dwóch bramek oraz asysty, a także Heorhii Parnitskii, który w zgodnej opinii rywali został wybrany MVP spotkania. Energia mistrzem jesieni, ale jesteśmy pewni, że Ukranian Vikings jeszcze się nie poddali w walce o mistrzostwo całego sezonu !

 

OLD EAGLES KOŁO - BONITO WARSZAWA (3:3)

Spotkanie Old Eagles Koło z Bonito Warszawa przyniosło nam dwie odmienne połowy. W pierwszej to goście dominowali i stwarzali sobie sporo okazji bramkowych i tylko dzięki interwencjom Sebastiana Nowakowskiego wynik nie był wyższy. Początek spotkania w wykonaniu gospodarzy był nerwowy i dużo czasu minęło, zanim ekipa z Koła wróciła do swojej gry do jakiej nas przyzwyczaiła na początku sezonu. Sporo było niedokładności i w akcjach ofensywnych brakowało często ostatniego podania. W defensywie często obrońcy gubili krycie i bardzo ruchliwi zawodnicy Bonito dochodzili do łatwych sytuacji strzeleckich. Duet napastników Jakub Melak i Diego Deisadze wypracowali trzy bramki i niespodziewanie to goście wyraźnie prowadzili do przerwy 1:3. Jedyne trafienie dla Old Eagles Koło zaliczył Przemysław Długołęcki, który potężnym strzałem z dystansu pokonał Kubę Przygodę. Po zmianie stron to ekipa z Koła lepiej funkcjonowała. Widać było determinację i wolę odwrócenia wyniku spotkania. Jednak długo utrzymywał się wynik z pierwszej odsłony i na bramki musieliśmy czekać do niemal końcówki spotkania. Wtedy to Piotr Parol najpierw asystował, a później sam strzelił bramkę dającą w tym spotkaniu remis. Bonito po znakomitych 25 minutach, w drugich nie zagrało już tak skutecznie. Kilka znakomitych okazji zmarnowało i to zemściło się na końcu spotkania. Po dobrym spotkaniu zasłużony podział punktów, który wydaje się z perspektywy całego meczu sprawiedliwy.

 

FC KANONIERZY - FUSZERKA (2:3)

Wynik spotkania Kanonierów z Fuszerką był bardzo istotny z punktu widzenia tego, jak będzie wyglądała dolna połowa tabeli. Od początku widzieliśmy wyrównane spotkanie, podczas którego trudno było ocenić, która z drużyn będzie się cieszyła ze zwycięstwa po ostatnim gwizdku. Jako pierwsi bramkę zdobyli zawodnicy Fuszerki, a uczynił to Aleksander Goc, który popisał dobrym strzałem z dystansu. Kanonierzy odpowiedzieli równie ładną akcją. Świetnie Czarek Petasz wypatrzył w polu karnym Mateusza Nejmana i dośrodkował tak, że napastnikowi Kanonierów wystarczyło dobrze dołożyć głowę i trafić do siatki. Była to jedna z ładniejszych akcji tego spotkania. W pierwszej części nieco lepsi byli Kanonierzy, którzy schodzili na przerwę z jednobramowym prowadzeniem. Jeszcze w pierwszych 25 minutach bramkarza rywala pokonał Adam Domidowicz i było 2:1. Po zmianie stron Kanonierzy mogli podwyższyć prowadzenie, ale zawodnicy Fuszerki również nie byli dłużni w ataku. Na 2:2 kapitalnym strzałem wyrównał Szymon Owczarek – przyjął on długie podanie od swojego bramkarza, zgubił obrońcę i trafił w okienko bramki, nie dając szans golkiperowi na interwencję. W tym momencie mecz zaczął się na nowo i szala zwycięstwa mogła przechylić się w jedną lub drugą stronę. Szanse Kanonierów wzrosły w momencie, kiedy żółtą kartką został ukarany zawodnik Fuszerki. Los jednak bywa przewrotny i to goście, grając w osłabieniu, zdobyli bramkę na 2:3! Mało kto się spodziewał takiego obrotu sprawy. Kanonierzy mieli jeszcze świetną okazję do wyrównania – w ostatniej akcji meczu po strzale Adama Domidowicza piłka trafiła jednak w słupek i wyszła w pole. Chwilę po tej akcji sędzia zagwizdał po raz ostatni, a Kanonierzy mogli żałować, że po raz kolejny przegrali mecz, choć nie byli drużyną gorszą.

 

PERŁA WWA - FC MELANGE (1:9)

Gospodarze w tym meczu bardzo gościnnie przyjęli FC Melange. Perła pozwoliła sobie wbić aż 9 goli i dopuścić do rozgromienia, któremu nie zdołała się oprzeć. Po ostatnim spotkaniu FC Melange był w wyśmienitej formie i pokazał to też na boisku w tej kolejce. Zaczęło się całkiem niewinnie i w czwartej minucie Łukasz Słowik przy asyście Arkadiusza Zegara rozpoczął strzelanie. Gra w pierwszej połowie była bardzo dynamiczna i FC Melange zdecydowanie przeważał na boisku. Do połowy spotkania wynik wyniósł 1:2 dla gości, a to dopiero była rozgrzewka przed startem maszyny. W drugiej części spotkania niesamowitą bramkę zdobył Luc Kończal, który wykorzystał błąd rywali i pokonał przeciwników umieszczając z precyzją snajpera piłkę w siatce. Pozostawił bramkarza bez szans tak samo jak  cały Melange drużynę gospodarzy, którzy po trochu tracili nadzieję na odwrót sytuacji. Do końca spotkania padło jeszcze pięć goli, a Perła niestety nie dała rady się temu przeciwstawić. Wynik spotkania był niezwykle wysoki bo aż 1:9, a trzy punkty oczywiście zabrała ze sobą drużyna gości. Obecnie FC Melange plasuje się tuż za podium i jesteśmy bardzo ciekawi jego formy na wiosnę. Perła natomiast jest obecnie w strefie spadkowej i musi się postarać żeby w kolejnej rundzie jak najszybciej się z niej wydostać.

 

 

LIGA 4

 

FC POPALONE STYKI – FC RADLER ŚWIĘTOKRZYSKI (3:9)

Relacje ze spotkań 4 ligi musimy zacząć od zaległej relacji z poprzedniej kolejki i meczu, który rozegrany został między Popalonymi Stykami, a Radlerem Świętokrzyskim. Gospodarze byli murowanym faworytem, bo tabela ligowa była nieubłagana i Radler przed tym spotkaniem nie miał na koncie żadnych punktów. Początek meczu to istna wymiana ciosów, a obie ekipy wymieniały się argumentami, które miały przesądzić o zwycięstwie w tym spotkaniu. Gospodarze trzykrotnie trafili do bramki rywali, ale Radler odpowiadał za każdym razem. Przed przerwą Adrian Romańczyk zaskoczył wszystkich i sprawił, że Radler wygrał pierwszą połowę 3:4. Nie wiemy co mamy napisać, bo szczerze mówiąc sporo dalibyśmy za możliwość wejścia za kulisy przemowy trenera Radlera, ale goście w drugiej połowie wyglądali jak armia rycerzy Jedi, którzy kasują wszystkie ataki rywali. Popalone Styki zupełnie zapomniały, że są faworytem w tym spotkaniu. Przegrywali pojedynki, brakowało im pomysłu na rozmontowanie obrony Radlera, a tymczasem goście pokazali, że potrafią grać bardzo dobrze w piłkę. Strzelenie 5 bramek, przy zachowaniu czystego konta, to prawdziwy wyczyn zespołu gości. Wygrana 3:9 stała się faktem, a gracze w żółtych strojach mogli zacząć świętować.

 

LTM WARSAW - KS IGLICA WARSZAWA (6:6)

W niedzielny poranek na Grenady jako pierwsi do rywalizacji przystąpili gracze LTM Warsaw i Iglicy Warszawa. Gospodarze nie mieli tym razem tak dobrego składu jak zazwyczaj. Brakowało kilku podstawowych zawodników w tym bramkarza  i miedzy słupami musiał z konieczności stanąć Irek Weber. Goście widać było,  że zmobilizowali się na ostatnie starcie w rundzie i od samego początku meczu dominowali. Już w trzeciej minucie Daniel Szmańda huknął z dystansu i było 0:1. Nie minęło jeszcze dziesięć minut spotkania,  a było już 0:3. LTM miał problemy w obronie i młodzi zawodnicy Iglicy łatwo dochodzili do sytuacji strzeleckich. Gdy padł gol na 0:4 wydawało się,  że to spotkanie może się nawet skończyć pogromem. Jeszcze przed przerwą promyk nadziei dał Piotr Baran. Na tablicy wyników po 25 minutach rywalizacji  było 1:4. Po zmianie stron i mobilizacji w szeregach gospodarzy zawodnicy LTMu ruszyli do ataku. Jednak goście potrafili skutecznie bronić i wyłączyli z gry napastnika Krzyśka Kulibskiego,  który nie mógł znaleźć recepty na obronę przeciwników. Przy stanie 2:6 nagle Iglica spuściła z tonu. Jakby zadowolona z wyniku nie grała już tak konsekwentnie i to niestety się zemściło. Team Patryka Kostałkowicza poczuł,  że można jeszcze odrobić straty i zaczął seryjnie strzelać bramki. Osiem  minut i cztery bramki  dały remis 6:6. W ostatniej akcji meczu Iglica miała piłkę na wagę trzech punktów, ale Michała Wszeborowski  trafił w słupek i mecz zakończył się remisem. Brawa dla LTMu za walkę do końca i być może niezwykle cenny punkt w takich trudnych okolicznościach grając  mocno osłabionym składem. Iglica zaś  wypuściła kolejne punkty z rąk i szansę na zmniejszenie dystansu do rywali i długo zawodnicy tej ekipy nie dowierzali, że mecz skończył się podziałem punktów.

 

FC POPALONE STYKI - VIRTUALNE Ń (9:7)

W ostatnią niedzielę przed zimową przerwą FC Popalone Styki podejmowały Virtualne Ń na arenie Picassa. Faworytem tego spotkania byli gospodarze, ale obydwa zespoły bardzo potrzebowały kompletu punktów, aby spokojnie przezimować w tabeli ligowej. Od pierwszych minut spotkania zawodnicy Popalonych Styków stosowali wysoki pressing, który utrudniał rywalom wychodzenie z własnej połowy. Wynik meczu został otwarty już w jego trzeciej minucie. Autorem bramki był Kamil Paszek, który wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie. Jednak goście nie dali odskoczyć rywalom i zaledwie dwie minuty później doprowadzili do wyrównania stanu meczu po trafieniu Szymona Kolasy. Z minuty na minutę rosła przewaga gospodarzy, którzy ponownie coraz częściej zaczęli gościć w polu karnym rywala. W przeciągu czterech minut udało się im wyprowadzić dwa szybkie ciosy, które pozwoliły im wypracować przewagę. Została ona szybko zminimalizowana po drugim trafieniu Kolasy, który pozwoliło złapać kontakt z przeciwnikiem. Wynik do przerwy na 5:2 ustalił Kamil Paszek. Druga część spotkania przez pierwsze minuty toczyła się pod dyktando gospodarzy, którzy kontrolowali przebieg gry. W tym czasie powiększyli swoją przewagę do 7:2 pozbawiając rywali nadziei na osiągnięcie korzystnego rezultatu. Spokój i opanowanie pozwoliło gospodarzom na osiągnięcie rezultatu 9:4 na osiem minut przed końcem meczu. Od tego momentu w ich szeregach pojawiło się rozluźnienie, które z zimną krwią zaczął wykorzystywać Kolasa razem z kolegami z drużyny. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 9:7, ale nie wiemy co mogłoby być gdyby goście mieli jeszcze dodatkowe pięć minut na zmianę końcowego rezultatu.

 

FC RADLER ŚWIĘTOKRZYSKI - OLDBOYS DERBY (3:7)

Czwarta liga, 9 kolejka, a my mogliśmy oglądać spotkanie pomiędzy drużyną Radler Świętokrzyski, a Oldboys Derby. Atmosfera tego spotkania była wysoka, a początek meczu wyrównany, mogliśmy zobaczyć kilka groźnych sytuacji na zdobycie pierwszego gola z obydwu stron. Dobra gra bramkarzy skutecznie to powstrzymywała. Sztuka ta udała się w końcu zawodnikowi Oldboys Jackowi Pryjomskiemu. Wykorzystując podanie kolegi z drużyny pewnym strzałem posłał piłkę do bramki. Gol zdobyty przez Gości podziałał na drużynę Radlera jak płachta na byka i odpowiedzieli na niego kilkoma groźnymi akcjami, jednak nieskutecznymi. Za niewykorzystane okazje gospodarzy skutecznie po raz drugi ładnym strzałem z woleja ukarał  Radlera ten sam zawodnik co poprzednio. Odpowiedzieli na to po otrząśnięciu się piłkarze przeciwnej drużyny doprowadzając do remisu i wynik do przerwy widniał 3:3. W drugiej połowie na właściwe tory wrócili piłkarze Gości, którzy musieli ten mecz wygrać żeby na koniec rundy utrzymać pozycje wicelidera. Zdobyli w tej odsłonie gry 4 bramki nie tracąc już ani jednej. Tym meczem udowodnili, że walka o awans jest dla Nich sprawą otwartą i jeżeli dalej będą prezentowali  tak dobrą formę w kolejnej rundzie to mają ogromną szanse aby to osiągnąć.

 

MARGERITA TEAM - AWANTURA WARSZAWA I (0:4)

Szalenie wyrównane spotkanie rozegrały między sobą ekipy Margerita Team oraz Awantura Warszawa. Obie drużyny nie popisały się frekwencją i wystawiły po zaledwie jednej zmianie. Dodatkowo w ekipie Margerity zabrakło kilku kluczowych zawodników, a w  Awanturze nie dotarł nominalny bramkarz, przez co w rolę golkipera musiał wcielić się Patryk Dominiak. Mocno eksperymentalne składy przyczyniły się do dość nieśmiałej gry ofensywnej z jednej i drugiej strony. W efekcie pierwsza połowa zakończyła się bezbramkowym remisem, a widowisko skupiało się na walce w środkowej części boiska. Grzegorz Himkowski wraz z Sebastianem Dominiakiem wyprowadzili kilka groźnych akcji, ale defensywa Margerity zachowywała czujność, a i Bartosz Drzewucki stojący między słupkami bramki gospodarzy nie dał się zaskoczyć. Początek drugiej połowy nie przyniósł wyraźnej zmiany w obrazie gry, jednakże powoli rysowała się przewaga Awantury, która atakowała nieco śmielej. Napastnicy Margerity grali zbyt czytelnie i bez polotu i bardzo rzadko stwarzali klarowne sytuacje. Brakowało uderzeń z dystansu, a przede wszystkim celności, bo strzały w światło bramki można było policzyć na palcach jednej ręki, przez co golkiper Awantury nie miał zbyt dużo pracy tego wieczoru. Za to bramka dla gości wisiała w powietrzu. Najpierw Sebastian Dominiak oddał groźny strzał z dystansu, po chwili Grzegorz Himkowski strzelił w poprzeczkę. Nie minęły dwie minuty i Grzegorz w końcu przełamał niemoc strzelecką i wyprowadził swój zespół na prowadzenie. W 40 minucie zawodnik ten podwyższył na 0:2, a już akcję później mogło być 0:3, ale ofiarną interwencją Bartosz Drzewucki uratował swój zespół. Gospodarzom zostało sporo czasu na dogonienie wyniku, niestety Margerita raziła koszmarną nieskutecznością i ostatnie słowo należało do Awantury. Dwie minuty przed końcem gola zdobył Sebastian Dominiak, chwilę później kropkę nad i postawił Grzegorz Himkowski. Awantura zasłużenie wygrała 0:4, dzięki czemu wydostała się ze strefy spadkowej. Dla Margerity przegrana jest wyjątkowo bolesna, bo z trzeciego miejsca w tabeli spadła na szóstą pozycję, ale tabela 4 ligi jest na tyle wyrównana, że drużyna ta już po dwóch kolejkach kolejnej rundy ma szansę wrócić na podium. 

 

WIERNY SŁUŻEWIEC - BYCZKI STARE BABICE (4:10)

Nieco więcej spodziewaliśmy się po spotkaniu Wiernego Służewca z Byczkami Stare Babice. I o ile goście zaprezentowali się w tym meczu naprawdę dobrze, o tyle gospodarze zagrali znacznie poniżej oczekiwań. Dość napisać, że pierwsza bramka dla Byczków padła już w pierwszej minucie spotkania, a potem mecz dla teamu ze Starych Babic potoczył się jeszcze lepiej. Szybko objęli prowadzenie 0:3, a jeżeliby zliczyć wszystkie okazje jakie mieli, już po kilkunastu minutach spokojnie mogliby prowadzić i 0:7. Jednak goście marnowali swoje sytuacje, do których dochodzili nadzwyczaj łatwo. To też mogło doprowadzić do małego rozprężenia w szeregach Byczków, bo zamiast strzelać kolejne bramki, bramkę stracili. W dalszej fazie meczu obie ekipy trafiły jeszcze po razie i przy stanie 2:4 Wierny miał szansę na gola kontaktowego. Ta nie została wykorzystana, a co więcej, Byczki wyszły z kontrą i zamiast 3:4 mieliśmy 2:5. Takim wynikiem zakończyła się pierwsza połowa. W drugiej części Byczki odskoczyły z wynikiem na 2:7 i było już pewne, że w takiej dyspozycji Wierny nie zdoła odrobić strat. Przewaga była już zbyt duża, a dodatku i tak więcej okazji wciąż miał team Kacpra Krzyta. Bardzo dobrze spisywał się duet Maciej Piasecki – Dawid Głowacki. Ten pierwszy zdobył trzy bramki i dwie asysty, drugi miał tyle samo asyst, ale zdobył aż pięć goli. Właśnie Dawid Głowacki przypieczętował zwycięstwo Byczków trafiając na 4:10, a chwilę później arbiter zagwizdał po raz ostatni w tym roku na Arenie Grenady.

 

 

LIGA 5

 

BRD YOUNG WARRIORS - PRZYPADKOWE GRAJKI (4:6)

Przypadkowe Grajki w końcu zebrały solidny skład i od razu było to widać po ich dyspozycji na boisku. W starciu z BRD dość szybko objęli prowadzenie, za sprawą Macieja Krupińskiego. Zbyt długo nie cieszyli się jednak z prowadzenia, bo do wyrównania doprowadził Łukasz Skwarnik. Kolejne trafienie zaliczył Piotr Pieńkowski – przejął futbolówkę i ładnym mierzonym strzałem umieścił piłkę obok słupka, nie dając szans bramkarzowi. Długo utrzymywało się prowadzenie Przypadkowych Grajków – były sytuacje z jednej i drugiej strony, ale na kolejnego gola musieliśmy czekać aż do końca pierwszej części. Wtedy to do rzutu wolnego podszedł Paweł Sujak i ze znacznej odległości pokonał Mateusza Tuzina. Bramka była naprawdę przedniej urody, a chwilę po niej sędzia zakończył pierwszą połowę. Do przerwy był więc remis 2:2. W drugiej części Piotr Pieńkowski chyba pozazdrościł rywalowi ładnej bramki i sam, z sytuacyjnej piłki, zdecydował się na uderzenie z dystansu, po którym bramkarz mógł tylko wyciągnąć piłkę z siatki. Grajki podwyższyły potem wynik na 2:4, kiedy to prostopadłą piłkę świetnie posłał Michał Marczyk, a sytuację sam na sam wykorzystał Mariusz Żmuda. BRD goniło za wynikiem i Paweł Sujak znów trafił z dystansu zdobywając bramkę kontaktową na 3:4. Wtedy pokazał się z dobrej strony Maciej Krupiński – zdobywca dwóch goli, które de facto przypieczętowały zwycięstwo Przypadkowych Grajków. Gol na 4:6 Łukasza Skwarnika był już tylko trafieniem na otarcie łez. Po dobrym meczu zawodnicy Czarka Klimkowskiego zasłużenie wygrali i tylko szkoda, że w tak szerokim składzie nie przychodzili wcześniej, bo tych punktów mogliby zebrać znacznie więcej. 

 

MUNJA - FC ALBATROS (7:4)

Po meczu Munji z FC Albatros oczekiwaliśmy wyrównanej i zaciętej rywalizacji. Obie ekipy podeszły do tego spotkania bardzo ambitnie i zebrały solidne składy z dużą ilością rezerwowych. Z początku oba teamy nie szalały z akcjami ofensywnymi i powoli, ale cierpliwie szukały błędów w obronie przeciwnika. Dopiero w 10 minucie dynamiczna akcja Munji przyniosła efekt – Tomasz Kalinka podał ze skrzydła, a Kacper Drozdowicz uderzył z pierwszej piłki i gospodarze objęli prowadzenie. Utrzymało się ono raptem przez minutę, a rzut karny na gola zamienił Cezary Małecki. Albatrosy przejęły inicjatywę i szybko przekuły ją na kolejną bramkę, tym razem Michała Kowalczyka. Munja odpowiedziała golem Piotra Skwarczyńskiego i kiedy wydawało się, że remis utrzyma się do przerwy, bramkę do szatni w ostatniej akcji pierwszej połowy strzelił Robert Zając i na tablicy widniał wynik 3:2. W drugiej połowie mecz tylko nabrał kolorów i nie brakowało twardej walki, ale sędzia nie musiał ani razu sięgać po żółty kartonik. Za to padały kolejne gola – Michał Kowalczyk wykorzystał rzut wolny i Albatros znów wyrównał, ale już akcję później było 4:3 po strzale Kacpra Drozdowicza. Punktem zwrotnym meczu okazał się gol Michała Konopki, który przedarł się przez obronę gości i nawet mimo tego, że był przytrzymywany przez zawodnika Albatrosów, nie dał się zatrzymać i załadował piłkę do siatki. Po chwili Michał wyłożył piłkę Pansherowi Bororzodowi, a ten pokonał Piotra Arendta i było już 6:3 dla Munji. Goście zgaśli w końcówce meczu i choć próbowali gonić wynik, robili to bez przekonania i nie byli w stanie realnie zagrozić bramce Konrada Lewkowicza. Chwilę przed ostatnim gwizdkiem obie drużyny zaliczyły jeszcze po jednym trafieniu i mecz zakończył się zwycięstwem Munji 7:4.

 

ADP WOLSKA FERAJNA - STADO SZAKALI (4:5)

W zapowiedziach pisaliśmy, że ADP Wolska Ferajna to ekipa, która potrafi postawić się wyżej notowanemu rywalowi i trzeba przyznać, że ekipa Kamila Jagiełły postawiła bardzo trudne warunki Stadu Szakali. Goście byli tutaj typowani w roli murowanego faworyta, ale na boisku nie dało się tego odczuć, przynajmniej w początkowej fazie meczu. Wolska Ferajna zaczęła napierać na bramkę Damiana Bieńki już po pierwszym gwizdku i w 4 minucie Mateusz Nejman popędził lewym skrzydłem, oddał strzał z ostrego kąta sparowany przez bramkarza Szakali, ale w środku pola karnego nie było żadnego obrońcy i Mateusz dobił piłkę do pustej bramki. Jeszcze większy szok nastąpił, kiedy w 12 minucie Dawid Chudź nieco zaskakującym strzałem z dystansu podwyższył na 2:0. Stado Szakali wyglądało na nieco zagubione, ale paradoksalnie strata drugiego gola podziałała jak kubeł zimnej wody i już minutę później gola kontaktowego zdobył Jan Mitrowski. W pierwszej połowie nie oglądaliśmy już żadnych goli, ale za to początek drugiej części spotkania obrodził gradem bramek. Najpierw swoje drugie trafienie zaliczył Jan Mitrowski, ale Szakale znów straciły koncentrację w obronie. Strzał Bartosza Szatałowicza odbił się od słupka i znów niepilnowany Mateusz Nejman zapakował piłkę do siatki. Goście momentalnie odzyskali inicjatywę i błyskawicznie wyrównał Kamil Ceran, a już minutę później, po trzecim trafieniu Jana Mitrowskiego, Szakale pierwszy raz w tym meczu wyszli na prowadzenie. W 43 minucie Aleksander Osowski podwyższył na 3:5 i kiedy wydawało się, że goście mają już wygraną w kieszeni, gola na 4:5 strzelił Mateusz Romanowski. Końcówka to dramatyczna pogoń Wolskiej Ferajny, która dosłownie do ostatniego gwizdka szukała wyrównującego trafienia i niewiele zabrakło, żeby w ostatniej akcji meczu gospodarze zdobyli upragnionego gola, ale ostatecznie strzał chybił celu. Szakale zdobyły nieco wymęczone trzy punkty, dzięki czemu przezimują na drugiej pozycji w tabeli 5 ligi.

 

TORNADO SQUAD - EAST TEAM (2:5)

Drużyna zajmująca czwartą pozycję w tabeli Ligi 5 – East Team rywalizowała w ostatniej kolejce jesiennej rundy Ligi Fanów z ostatnią drużyną z tejże tabeli – Tornado Squad. Warto zwrócić uwagę, że gospodarze w tej rundzie nie zdołali jeszcze osiągnąć żadnych zdobyczy w postaci ligowych punktów. Goście rozpoczęli to spotkania zdecydowanie pod swoje dyktando. Byli bardzo aktywni od pierwszego gwizdka i narzucali swoje tempo gry. Kilka groźnych akcji nie dawało jednak zdobyczy bramkowych aż do 14 minuty. Wtedy po dwójkowej akcji na prowadzenie East Team wyprowadził Tursynbay Bekzat. Kolejna akcja i mamy 0:2. Tym razem do bramki gospodarzy trafił Khayrullaev. Do odrabiania strat rzuciła się ekipa Tornado i do przerwy mieliśmy remis 2:2. Druga połowa to już dominacja drużyny East Team. Napór tejże drużyny trwał już do końca spotkania. Po wielu szybkich i kombinacyjnych akcjach przyszedł czas na punktowanie rywala. Goście dołożyli trzy trafienia do obecnego dorobku i spotkania zakończyło się w pełni zasłużonym w Naszej opinii zwycięstwem East Teamu, który tym samym zbliżył się niebezpiecznie do podium w tabeli tracąc do trzeciej drużyny tylko punkt.

 

SANTE - PRAGA WARSZAWA (3:14)

Meczem bez większej historii był pojedynek Sante z Pragą Warszawa. Ewidentnie nie był to dzień zawodników gospodarzy, którzy nie mieli zbyt dużo do powiedzenia w starciu z ekipą Patryka Pawłowskiego. Już na samym początku goście odskoczyli z wynikiem, który otworzył kapitan Pragi. Chwilę później po trafieniu Sebastiana Jarego było już 0:2 i wiadome było, że ten mecz może skończyć się wysoką wygraną Pragi. Kolejne dwa trafienia to świetna współpraca duetu: Patryk Pawłowski – Artur Markiewicz. Dopiero przy stanie 0:5 zobaczyliśmy pierwsze trafienie dla Sante. Ostatnie słowo w pierwszej połowie należało jednak do Pragi, która ustaliła wynik do przerwy na 1:6. W drugiej goście walczyli już nie o wygraną, ale o jak najlepszy rezultat w tym spotkaniu. I swój plan realizowali konsekwentnie, strzelając kolejne bramki. Z drugiej strony defensywa Sante też nie była najszczelniejsza tego dnia, a w dodatku zawodnicy Pragi w pełni wykorzystywali błędy które popełniała. Przy stanie 1:10 Sante stanęło przed świetną okazją, na drugie trafienie, kiedy to sędzia podyktował rzut karny. Wojciech Piotrowski pewnie wykorzystał „jedenastkę”, ale za wiele to nie zmieniło. Praga miała bezdyskusyjną przewagę i właściwie mogła tych bramek strzelić znacznie więcej. Sante też miało swoje okazje, bo rywale od pewnego momentu skupiali się już tylko na ofensywie.  Ostatecznie skończyło się na 3:14 i wynik w pełni oddaje boiskowe wydarzenia.

 

LIGA 6

 

BAD BOYS - SLAVIC WARSZAWA (5:7)

W ostatniej kolejce obecnej rundy Ligi Fanów zmierzył się zajmujący ostatnią pozycję w tabeli szóstej Ligi zespół Bad Boysów z ekipą Slavic Warszawa plasujący się na piątej pozycji. Zdecydowanie lepiej w spotkanie weszli gospodarze po pięknej bramce w trzeciej minucie Michała Podobasa z półwoleja. Slavic Warszawa próbował szybko odpowiedzieć, ale obrona gospodarzy była czujna. Na 2:0 próbował natomiast podwyższyć wynik strzelec pierwszej bramki – Podobas ale piłka posłana przez niego efektownymi nożycami zatrzymała się na słupku bramki strzeżonej przez Bartosza Piotrkowskiego. Bramkarz gości był już jednak bezradny po kontrataku dwójki Podobas – Staniszewski, kiedy to ten drugi zmienił wynik spotkania na 2:0. Slavic w pierwszej połowie zdołał odpowiedzieć jeszcze trafieniem kontaktowym w wykonaniu Maksymiuka, którego bezbłędnie obsłużył Arek Zarzycki. Druga odsłona to przebudzenie gości. Mocnym strzałem na 2:3 bramkarza pokonał Michał Staszewski, a następnie po samodzielnej akcji Krzysztof Blankiewicz. W drużynie Bartłomieja Podobasa zapanował chaos. Nerwy puszczały również wspomnianemu kapitanowi, który po celowym zagraniu ręką w polu karnym przeciwnika został ukarany żółtą kartką. Pozostała część meczu wydawała się być pod kontrolą gości, którzy dopisując do ligowej tabeli komplet punktów zakończyli to spotkanie zwycięstwem 5:7.

 

LAISSEZ FAIRE UNITED - COSMOS UNITED (3:1)

W ostatnią niedzielę, podczas rozgrywania ostatniej kolejki rundy jesiennej Ligi Fanów zespół Laissez Faire United podejmował mającą ogromny apetyt na podium w ligowej tabeli ekipę Cosmos United. Goście mimo, że mają w swoich szeregach ciekawych zawodników grają w tej rundzie w kratkę. Odzwierciedla to dorobek punktowy, który klasyfikuje się znacznie poniżej oczekiwań drużyny. Cosmos United wychodził na to spotkanie osłabiony brakiem swojego nominalnego bramkarza – Patryka Świtaja, który swoją formą w tej rundzie niejednokrotnie udowadniał świetną dyspozycję pojawiając się raz po raz w najlepszych szóstkach minionych kolejek. Spotkanie rozpoczęło się pod dyktando Kosmitów. To oni kontrolowali grę, utrzymując się długo przy piłce i próbując zagrozić bramce przeciwnika. Wynik spotkania otworzyli jednak gospodarze, którzy po błędzie stojącego w tym meczu w bramce Cosmos United – Radosława Kowalczyka wyszli na prowadzenie. Goście próbowali odpowiedzieć, ale bezskutecznie. Większość strzałów była szczęśliwie blokowana przez obrońców Laissez albo broniona dzielnie przez bramkarza gospodarzy. Na 0:2 do przerwy wynik spotkania ustalił Gniadkowski po podaniu Szymaniuka. Druga odsłona spotkania wyglądała podobnie do pierwszej. Goście prowadzili grę, ale niestety bez skuteczności w ataku. Wykorzystała to ekipa Laissez Faire United strzelając trzecią bramkę w tym spotkaniu. Na niedługo przed końcem meczu nadzieję gościom dał jeszcze gol strzelony przez Pawła Kucharskiego. W jednej z ostatnich akcji dwójkową akcję przeprowadził kapitan Cosmosu – Salvador de Fenix, który zagrywał na jeden kontakt do Sebastiana Kaczmarka, ten świetnie wyłożył piłkę do Cezarego Węgrzyńskiego, ale ten ostatni nie zdołał pokonać bramkarza gospodarzy. Wynik spotkania już nie uległ zmianie. 3:1.

 

MIEJSKIE ZIEMNIACZKI - HISZPAŃSKI GALEON (6:5)

Ostatnie spotkanie w rundzie jesiennej Ligi Fanów tych obu zespołów odzwierciedliło w pełni poziom rozgrywek w szóstej lidze! Mecz był bardzo wyrównany a obie drużyny zacięcie ze sobą rywalizowały. Miłym aspektem jest fakt, iż mimo tego oglądaliśmy 50 minut mocnej gry z zachowaniem zasad Fair Play. Mecz rozpoczął się od prowadzenia Galeonu. Po dwójkowej akcji Norberta Skrzecza i Mateusza Górskiego ten pierwszy umieścił piłkę w siatce. Obie drużyny, czy to z kontry, czy z ataku pozycyjnego próbowały forsować bramkę rywali. W szóstej minucie po błędzie bramkarza Hiszpańskiego Galeonu wyrównał Kamil Saif. W pierwszej odsłonie oglądaliśmy jeszcze kilkanaście składnych akcji i kilka ładnych bramek. Do przerwy 3:5. Druga odsłona to w dalszym ciągu wyrównana twarda walka o każdy centymetr boiska. W tym dniu w drużynie Hiszpańskiego Galeonu wyróżniał się Mikołaj Zakrent – strzelec czterech bramek dla swojej drużyny. Warto wspomnieć o niesamowitym zrywie Miejskich Ziemniaczków w drugiej części spotkania. Po bramkach Pawłów – Żurka i Białasa w końcówce spotkania mieliśmy wynik remisowy (5:5) i dosłownie w ostatniej akcji meczu gospodarze zdołali przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Po kontrataku Kamil Saif do Pawła Białasa i 6:5 dla Ziemniaczków.

 

COMPATIBL – MOBILIS (1:3)

Pojedynek pomiędzy CompatibL, a Mobilisem był bardzo istotny dla układu podium, a w szczególności dla gości, którzy w przypadku wygranej zrównaliby się punktami z oponentem, a w razie porażki znacznie powiększyliby stratę do pierwszego miejsca. Mimo stawki, jaką miało to spotkanie, obie ekipy podeszły do rywalizacji bez kompleksów – mecz toczył się w dobrym tempie, a zespoły szukały najlepszych rozwiązań w ataku, by objąć prowadzenie. Ta sztuka udała się jako pierwszym graczom Mobilisu – podanie Aleksandra Janiszewskiego wykorzystał Michał Żurowski i goście objęli prowadzenie. CompatibL szukał wyrównania, ale dobrze między słupkami spisywał się Max Dubov swoją drogą, wyprzedzając nieco fakty, wybrany przez przeciwników  najlepszym zawodnikiem swojego zespołu. Co nie udało się gospodarzom, udało się po raz drugi gościom – przed polem karnym został sfaulowany jeden z zawodników Mobilisu, a rzut wolny pewnie wykorzystał Rafał Duda. Chwilę później arbiter zagwizdał koniec pierwszej części. Po zmianie stron wciąż oglądaliśmy dobre spotkanie w wykonaniu obu zespołów, wynik jednak, w dużej mierze dzięki dobrym interwencjom bramkarzy, pozostawał bez zmian. W końcu CompatibL zdobył bramkę kontaktową. Z rzutu wolnego mocno uderzył Jacek Fijałek nie dając szans golkiperowi Mobilisu. Mecz nabrał rumieńców, a gra toczyła się o dużą stawkę. Bohaterem gości został Aleksander Janiszewski – nie dość, że zaliczył kilka odbiorów na własnej połowie, to jeszcze przypieczętował zwycięstwo swojego zespołu, zdobywając bramkę na 1:3. Więcej goli już nie zobaczyliśmy i Mobilis mógł cieszyć się z ważnego zwycięstwa. Gospodarzom zabrakło nieco skuteczności i jakości w ofensywie i to zebrało swoje żniwo.

 

FC TARTAK – LUJWAFFE TARCHOMIN (4:8)

Mecz pomiędzy Drwalami, a Lujami zapowiadał się wyśmienicie. Frekwencja w drużynie gospodarzy nie zawiodła, a goście przystąpili do tego meczu wzmocnieni Mikołajem Wysockim. Tartak bronił pozycji lidera, a goście grali o przedłużenie nadziei na dobry wynik w tym sezonie. Początek spotkania należał do gospodarzy. Tartak atakował, a potwierdzeniem przewagi była bramka Piotra Kawki na 1:0. Dość szybko odpowiedział jednak Piotr Dobrzeniecki i wynik z powrotem był remisowy. Niestety kilka minut później Lujwaffe, przy ogromnym udziale popularnego Mixona strzeliło 3 bramki w 5 minut i Luje uciekły przed przerwą na bezpieczną przewagę 3 bramek. W drugiej połowie spotkanie wyrównało się, a bramki padały dla każdej ze stron. Tartak trzykrotnie zmniejszał przewagę Lujwaffe do 2 bramek, ale ostatecznie Drwalom nie udało się dogonić rywali. Tymczasem w końcówce Miłosz Majewski i Mikołaj Wysocki ustalili wynik na 4:8. Lujwaffe w tym meczu zaprezentowało się najlepiej w tej rundzie i klasę drużyny gości należy docenić, bo z taką grą Luje mogą w tym sezonie włączyć się do walki o medale. Tartak mimo przegranej, spędzi zimę na pozycji lidera, ale jego przewaga bierze się tylko i wyłącznie z lepszej ofensywy i lepszego bilansu bramkowego, więc Drwale będą mieli czego bronić w rundzie wiosennej.

 

LIGA 7

 

ŻOLIBALL - WIĘCEJ SPRZĘTU NIŻ TALENTU (5:9)

Do ciekawego spotkania doszło na 8 szczeblu rozgrywkowym piłkarskiej Ligi Fanów. Do rywalizacji stanęły drużyna Żoliball i ekipa Więcej Sprzętu niż Talentu. Już w pierwszej minucie meczu mogliśmy oglądać bramkę, wynik meczu otworzył zawodnik gospodarzy Sulkiewicz, który po dobrze kombinacyjnie przeprowadzonej akcji wykorzystał podanie od kolegi. Mimo tej szybko strzelonej bramki gra była wyrównana i obie drużyny starały się zagrozić bramce rywala. Po kilku minutach bez bramki mogliśmy w końcu ujrzeć kolejne trafienia. Dwie szybkie bramki zdobył MVP tego spotkania Łukasz Krysiak, dwa razy dostając kluczowe podania od swojego kolegi z zespołu Roberta Łuczaka. Następnie chwilę później ta sama drużyna mogła się cieszyć z bramki, a strzelcem został Zawadzki. Pierwsza połowa mimo szybko strzelonej bramki, nie ułożyła się pomyślnie dla drużyny gospodarzy i na przerwę schodzili ze straconymi 5 golami. Drugą połowę Żoliball rozpoczęło od prób gonienia wyniku i zbliżyli się do rywala zdobywając dwie bramki, ale dobra gra gości nie pozwoliła na to żeby oddać już wypracowaną przewagę i mecz zakończył się wynikiem 5:9. Mecz był na wysokim poziomie i drużyny zapewniły Nam sporo emocji.

 

FC POLSKA GÓROM - WIECZNIE DRUDZY (5:2)

Wynik tego meczu w 7 lidze pomiędzy dwiema drużynami ze środka tabeli ciężko było wytypować. Dwa teamy sąsiadowały ze sobą na szóstym i siódmym miejscu z podobną liczbą punktów. Forma obu zespołów również była w kratkę, dlatego z niecierpliwością czekaliśmy na to spotkanie. Zaczęło się tak jak przewidzieliśmy czyli bardzo wyrównanie. Pierwsza bramka Szymona Małkowskiego przy asyście Piotra Kawki padła po dośrodkowaniu piłki z autu i Wiecznie Drudzy wyszli na prowadzenie. Nie trwało to jednak długo, bo już za chwilę Kacper Figura w samodzielnej akcji wyrównał wynik. Kolejna bramka była nietypowa, bo okraszona wspaniałą cieszynką Oskara Krajewskiego. Kto jeszcze jej nie widział powinien koniecznie wybrać się na mecz Wiecznie Drugich, bo jest naprawdę bardzo oryginalna. W pierwszej połowie padło dużo strzałów z dystansu, ale nie wszystkie były wykorzystane i obie drużyny liczyły na lepszą skuteczność w drugiej części spotkania. Do przerwy było 2:2 i wynik ten w pełni odzwierciedlał wydarzenia na boisku. Od gwizdka rozpoczynającego drugą połowę wszystko się jednak zmieniło. Wiecznie Drudzy do końca nie strzelili już gola za to FCPG zdecydowało się wykorzystać dobrą falę i na niej popłynąć. Spotkanie zakończyło się wynikiem 5:2 i obecnie gospodarze plasują się na 5 miejscu w tabeli po ostatniej kolejce w rundzie jesiennej.

 

KS PARTYZANT WŁOCHY - KUBANY (6:7)

W spotkaniu pomiędzy Partyzantem Włochy, a drużyną Kubanów – na papierze faworyt zdawał się być jeden. Mimo tej predykcji, paradoksalnie to właśnie ekipa Michała Amanowicza pierwsza wyszła na prowadzenie. Początkowe piętnaście minut zdecydowanie mogło napawać ich optymizmem, ponieważ zdobyli oni wtedy cztery bramki tracąc zaledwie jedną. Niestety od tego momentu boiskowa sytuacja w tej rywalizacji zaczęła malować się w kontrastowych barwach. Bramki Mateusza Świderka, Romana Popadiuka i Konstantego Antoniuka zminimalizowały stratę gości i przywróciły wiarę w finalny sukces. Druga odsłona tego widowiska to już natomiast zdecydowanie bardziej widoczna dominacja czerwono-czarnych i kolejne cztery bramki, które przy zaledwie dwóch gospodarzy okazały się decydujące w kontekście zdobycia kolejnych trzech punktów, oraz wejścia do strefy medalowej siódmej ligi. Jak podkreślają gracze Jakuba Zygmunta, był to jeden z ich najcięższych dotychczasowych sprawdzianów. Mimo tak pozytywnie wartościujących słów z ust drużyny przeciwnej, Partyzant po raz kolejny może obejść się tylko smakiem, modląc się jednocześnie o odmianę swoich losów w rundzie rewanżowej o sto osiemdziesiąt stopni. Jeżeli gracze z warszawskich Włoch nie wezmą się do roboty i nie przepracują z pełnym zaangażowaniem okresu pomiędzy rundami, to na wiosnę może dojść do prawdziwej tragedii. Wszystko spowodowane fatalnym bilansem i brakiem punktów w niemalże każdym meczu.

 

FFK OLDBOYS - FC DZIKI Z LASU (9:11)

Tego typu starcia aż chce się oglądać. Po obu stronach mogliśmy obejrzeć ekipy, które miały tego dnia ogromną ochotę na zwycięstwo. W całym meczu padło aż 20 bramek, a to tylko dobitnie potwierdza, że na Arenie Picassa mieliśmy możliwość obejrzenia naprawdę dobrego futbolu. Początek spotkania to świetna gra Dzików z Lasu, które wyszły na prowadzenie 0:2. Goście nie byli jednak dłużni i dość szybko wyrównali. Następnie obserwowaliśmy wymianę ciosów, a pierwsza połowa skończyła się wynikiem 4:5. Po przerwie dużo lepiej zaczęli grać goście, ale to było tylko chwilowe. Dziki wyszły na prowadzenie 4:6, ale minutę później Vitalii Yakovenko znalazł się przed szansą zdobycia gola z rzutu karnego. Nie udało się, ale Vitalii powetował sobie to pudło tym, że w ciągu kolejnych 2 minut strzelił… 2 bramki. Obie ekipy znów wymieniały się argumentami, aż do bramki Darka Filipka, który wyprowadził FFK po raz pierwszy na prowadzenie przy stanie 8:7. Goście nie zamierzali jednak odpuszczać i strzelili 2 kolejne bramki. Wyrównał Bartosz Sosnówka i myśleliśmy, że mecz zakończy się remisem 9:9. Ostatnia minuta to popis Dzików, które zdobyły w ciągu 60 sekund 2 bramki i wygrały to spotkanie. Komplet punktów spowodował, że Dziki z Lasu w lidze zajmują 2 miejsce i będą walczyły o złoto z Lagą. Tymczasem FFK po 4 porażkach spadło na 6 miejsce i ma nad czym myśleć w przerwie zimowej.

 

LIGA 8

 

ELITARNI GOCŁAW - NAF GENDUŚ (5:3)

Drużyna, znajdująca się na podium niezwykle wyrównanej ósmej ligi kontra ekipa z ujemnym wynikiem punktowym. Zwycięzca znany jeszcze przed pierwszym gwizdkiem? Nic bardziej mylnego. Typowaliśmy, że Elitarni, którzy tydzień wcześniej pokonali Sportowe Zakapiory, wygrają w tym meczu, ale mieliśmy nadzieję, że NAF da z siebie wszystko. I tak też się stało! Pierwsza połowa była niezwykle wyrównana, ale to goście stworzyli sobie więcej stuprocentowych sytuacji. Była poprzeczka po uderzeniu w stylu Mateusz Praszelik vs Stal Mielec (z daleka i po rykoszecie), była w końcu też bramka. Sebastian Groszyk pokonał bramkarza Elitarnych, sprawiając ogromną niespodziankę. Krótka rozmowa motywacyjna gospodarzy i na drugą połowę wyszli z zupełnie innym nastawieniem. Udało się wyrównać po szybko rozegranym rzucie wolnym przez Brzozowskiego i Głębockiego. Później ofiarnie interweniował bramkarz Gendusia, a o tym, że gol dla EG nie został uznany zadecydował system Goal-line technology (czyli czujne oko sędziego). W końcu faworyci zdołali jednak wyjść na prowadzenie, ale jak się okazało, Genduś nie powiedział jeszcze ostatniego słowa w tej rywalizacji. Groszyk zdobył swoją drugą bramkę, ładnym uderzeniem pod poprzeczkę. Kolejne kilka minut ostatecznie zamknęło jednak to spotkanie. Trzy szybkie akcje Elitarnych i trzy ładne bramki. NAF ewidentnie opadł z sił, a gospodarze udowodnili, że nie bez powodu zajmują topowe miejsca w ligowej tabeli. W końcówce goście strzelili jeszcze gola na 5:3, ale nie byli w stanie odmienić losów tego spotkania.

 

SPORTOWE ZAKAPIORY - A.D.S. SCORPION"S (4:2)

Jedno z najciekawszych spotkań zeszłej niedzieli, a już na pewno najbardziej zacięte w 8-mej Lidze Fanów. Starcie nieobliczalnych, twardo grających Sportowych Zakapiorów ze zdyscyplinowaną przez trenera Artura Kałuskiego ekipą A.D.S. Scorpion’s. Zdecydowanie lepiej w to spotkanie wchodzą goście, aczkolwiek spory udział przy pierwszej bramce miał blok defensywny gospodarzy, gdyż po dziwnej stracie, piłkę do siatki rywali skierował Paweł Pytko. Mecz był dość ostry, a zawodnicy obu zespołów nie szczędzili sobie uszczypliwości, co kilkukrotnie wyłapywał sędzia. Niestety doszło do kontrowersji, po której jeden z graczy Skorpionów został ukarany bezpośrednią, czerwoną kartką, co oznaczało 10-minutową grę w osłabieniu. Mimo jednego gracza mniej, zorganizowali się na tyle dobrze, że zdołali zdobyć bramkę na 0:2, gdy po świetnym podaniu Przemka Prusarczyka trafienie na swoim koncie zapisał Olek Wawrowski. Zakapiory szybko się jednak otrząsnęły po stracie gola i do końca gry w przewadze skrupulatnie wykorzystywały większość ilość graczy na placu. Najpierw pięknym strzałem z dystansu popisał się Daniel Dąbrowski, dając kontakt 1:2. Świetna akcja Piotrka Maciuka to z kolei zalążek akcji, po której na listę strzelców wpisał się Kamil Możdżonek. Po raz pierwszy gospodarze wyszli na prowadzenie po akcji zainicjowanej przez Krzyśka Westenholza, po której piłkę do bramki rywali wpakował Łukasz Figura, a była to bramka ustalająca wynik pierwszej odsłony. Po zmianie stron emocje były na szczęście przede wszystkim piłkarskie, a świetna postawa obu bramkarzy, a w szczególności Daniela Lasoty sprawiły, że oglądaliśmy jeszcze tylko jednego gola. Co do golkipera Zakapiorów, był on absolutną ostoją swojego zespołu. Świetnie kierował formacją defensywną, a nie raz zaprezentował nienaganną grę nogami, kiedy jego zespół wychodził spod pressingu. Wynik spotkania na 4:2 ustalił Daniel Dąbrowski. Popularny „Legia” wykorzystał świetne podanie piętą Kamil Możdżonka i nie dał szans Jakubowi Rudnikowi. Świetne spotkanie, pełne napięcia i z kluczowym zwrotem akcji w pierwszej połowie dało ostatecznie komplet punktów Sportowym Zakapiorom !

 

JUNAK - TSUBASA OZORA (9:7)

“Uff, w końcu przerwa zimowa” - odetchnęli głęboko reprezentanci Tsubasy, którzy ostatnio złapali niemałą zadyszkę. Zaliczyli świetny początek sezonu i spodziewaliśmy się, że będą z Junakiem okupować miejsca na podium. Tymczasem to gospodarze przystępowali do tego meczu w roli faworyta, siedząc w fotelu lidera. Swoją wyższość planowali zaprezentować od samego początku. Po sześciu minutach prowadzili już 2:0, wykorzystując kiepską organizację zagubionych zawodników Tsubasy. Nie takie numery z mistrzami powrotów! Między jedenastą i trzynastą minutą goście zdobyli trzy bramki, których autorami było wspaniałe trio: Wodnicki, Niemirski, Pawlak. Niedługo cieszyli się prowadzeniem. W następnej fazie meczu inicjatywę przejęli doświadczeni gracze Junaka. Wyrównanie dał im Yuriy Trush, przewagę samobój Janka Napiórkowskiego, a dwie bramki na plusie ponownie Trush. Po przerwie powtórzył się scenariusz z pierwszych minut - trzy szybkie gole Junaka i przewaga była już naprawdę imponująca (8:3). Bracia Jankowscy wiedzieli jednak, że nie mogą tak tego zostawić. Zachęcili swój zespół do ostatniego zrywu w nadziei na kolejny udany comeback. I byli bardzo blisko osiągnięcia tego celu! Na 8:4 i 8:5 strzelał Pawlak, a na 8:6 i 8:7 Wodnicki. W międzyczasie bramkarz gospodarzy obronił dwa rzuty karne, odbierając Tsubasie nadzieję na korzystny rezultat. Gol z końcówki spotkania, autorstwa Groszkowskiego, ostatecznie pogrzebał szanse TO i zagwarantował Junakowi kolejne trzy punkty. Należy pochwalić Tsubasę za walkę do samego końca, ale należy również pamiętać, że za imponujące pościgi punktów nie przyznajemy. Jeśli goście chcą powalczyć o awans muszą w rundzie wiosennej grać na większej koncentracji przez całe mecze.

 

DECCO TEAM - FC PO NALEWCE (7:4)

W meczu zespołów, które wciąż realnie myślą o zajęciu pozycji w strefie medalowej emocji nie zabrakło. Zaczęło się od ładnego gestu fair play Nalewkarzy, którzy rozpoczęli mecz o jednego zawodnika mniej, bo jeden z zawodników Decco dotarł na mecz spóźniony. Jak już zespół gości skończył z delikatną pomocą dla Decco, to zaczęli grać w piłkę na bardzo wysokim poziomie. Szalał w środku pola Sławomir Ogorzelski, który asystował przy trzech pierwszych bramkach swoich kolegów z boiska i Nalewka objęła prowadzenie 0:3. Wydawało się, że Decco, które przyjechało ostatecznie na to spotkanie bez ani jednej zmiany, stając naprzeciw nie dość, że doświadczonej, to w dodatku licznie zebranej drużynie, już się z tych opresji nie wydostaną. Nic bardziej mylnego! Decco ruszyło do zdecydowanych ataków, często akcjami indywidualnymi pokazując gościom dużą jakość czysto piłkarską. Zaowocowało to doprowadzeniem do wyrównania jeszcze przed końcem pierwszej połowy. Na ostatnie dwadzieścia pięć minut rundy jesiennej Decco wyszło  naładowane jak najlepsze baterie Duracella, natomiast FC Po Nalewce jakby straciło energię, ich akcjom brakowało tempa, dokładności i odpowiedniego podjęcia decyzji w kluczowych momentach pod bramką rywali. Gospodarze nie mieli tego problemu, a duet Maciej Kuca – Michał Janik dostarczyli swojemu zespołowi łącznie aż sześć bramek i dwie asysty, co przy ostatecznym wyniku 7:4 robi olbrzymie wrażenie. Stawka w 8 lidze jest bardzo wyrównana, sami jesteśmy ciekawi jakie będą końcowe rozstrzygnięcia, ale na ten moment młodzi gracze Decco są bliżej miejsc medalowych, choć wiemy, że FC Po Nalewce będzie walczyło na wiosnę do ostatniego gwizdka sezonu.

 

ORŁY BIAŁE AUUU – BOROWIKI (3:7)

Mecz zespołów, które przed rozpoczęciem meczu dzielił w tabeli zaledwie jeden punkt, nie była to co prawda walka o mistrzostwo, a próba poprawienia sytuacji i odbicie się od dna ligowej tabeli, Orły Białe AUUU mają gigantyczne problemy ze zdobywaniem punktów w tym sezonie, a ich rywalem były Borowiki, którzy wiedzą jak wygrywać mecze, ale w tym sezonie gdzieś zatracili te dość ważną umiejętność. Mecz to jednak pełna dominacja Borowików, którzy jakby ostatnim meczem w rundzie chcieli sobie poprawić humory przed rewanżami i pokazali czym jest radosny, ofensywny i skuteczny futbol. Cztery bramki wbite Orłom Białym do przerwy nie pozostawiały złudzeń, kto jest w lepszej dyspozycji podczas ostatniego meczu rundy jesiennej. Orłom Białym AUUU w drugiej połowie zaczęło grać się lepiej, jakby padający z nieba deszcz pozytywnie wpłynął na ich morale. Jednak zdołali oni zdobyć zaledwie trzy bramki, a Borowiki napędzani fenomenalną grą Adama Kolanowskiego dołożyli do zdobyczy z pierwszej odsłony jeszcze dwa gole. 6:3 dla Borowików oznacza, że sezon nie jest jeszcze stracony i są na dobrej drodze do uniknięcia spadku, z kolei Orły Białe AUUU mają całą zimę, żeby solidnie popracować nad formą i od wiosny zacząć piąć się w górę tabeli.

 

 

LIGA 9

 

MIKSTURA – LEGION (6:4)

Na pierwszy ogień w 9 lidze poszedł mecz Mikstury z Legionem. Obie ekipy zajmowały miejsce w górnej części tabeli, ale żeby Mikstura złapała kontakt z czołówką, musiała ten mecz wygrać. Początek meczu był dość wyrównany, choć na pierwszy rzut oka nieco więcej z gry mieli zawodnicy Legionu. Dość długo utrzymywał się wynik bezbramkowy, ale nie można napisać, że sam mecz był nudny. Dopiero w okolicach 15 minuty doszło do przełamania, a rękę do tego przyłożył, i to dosłownie, Mateusz Jochemski, który odbił zmierzającą do siatki piłkę ręką. Sędzia podyktował rzut karny, jednocześnie pokazując czerwień obrońcy Mikstury. „Jedenastkę” pewnie wykorzystał Ivan Zvizhynskiy i Legion objął prowadzenie. Wydawało się, że goście przez 10 minut gry w przewadze odjadą rywalom z wynikiem, szczególnie po bramce na 0:2, ale Mikstura nie dawała za wygraną nawet w osłabieniu. Najpierw udało im się zdobyć bramkę na 1:2, a tuż przed przerwą ponownie odrobili straty trafiając na 2:3. Po zmianie stron obie ekipy grały już w komplecie. Chwilę po rozpoczęciu  drugiej części Mikstura wyrównała, a potem udało jej się wyjść na prowadzenie 5:3. Właściwie w tym momencie gospodarze mogli zamknąć mecz. Jednak najpierw nie wykorzystali jednego rzutu karnego, a gdy zawodnik Legionu zagarnął piłkę ręką w polu karnym i, adekwatnie do sytuacji z pierwszej części, zobaczył czerwoną kartkę, ponownie zawodnik Mikstury przegrał pojedynek z bramkarzem. Dwa nietrafione karne w jednym meczu to sytuacja dość niecodzienna. Do tego Legion grając w osłabieniu zbliżył się na wynik 5:4!  Mikstura jednak zdobywając gola na 6:4 ustaliła wynik spotkania. Mecz był bardzo zacięty, z twardą grą, gdzie o wyniku  zadecydowało to, kto popełni mniej błędów.

 

NIEDZIELNI - BARTOLINI PASTA (1:6)

W meczu pomiędzy NieDzielnymi, a zespołem Bartolini Pasta zdecydowanym faworytem byli Ci drudzy. Goście pomimo wygranej w dziwnych okolicznościach z ekipą Mikstury, dość pewnie kroczą od zwycięstwa do zwycięstwa. Jedyny remis jaki zanotowali na swoim koncie, to zacięty bój z liderem dziewiątej ligi. Gospodarze natomiast są w zupełnie odmiennej sytuacji i z zaledwie z jednym punktem na koncie zajmują ostatnie miejsce w ligowej tabeli. Mecz zgodnie z oczekiwaniami lepiej rozpoczęła drużyna Bartolini, która już po kilku minutach prowadziła 0:1. Mocnym strzałem z dystansu popisał się Mateusz Pączek i wyprowadził gości na prowadzenie. Kolejne minuty to jeszcze większa przewaga gości. Na 0:2 podwyższył Marcin Zaręba, a chwile później Michał Cholewiński zdobywa swoją pierwszą bramkę w tym meczu i mamy 0:3. Pod koniec pierwszej połowy niefrasobliwość oraz gapiostwo obrońców gości skutkuje utratą bramki. NieDzielni za sprawą Arkadiusza Lenarta strzelają gola i na przerwę schodziliśmy przy wyniku 1:3. Druga część meczu podobnie jak pierwsza pod dyktando gości, którzy w pełni kontrolowali przebieg spotkania. Nieliczne ataki gospodarzy były wyprowadzane zbyt wolno, a przede wszystkim często w kluczowych momentach szwankowała dokładność. Wąska kadra na to spotkanie była dodatkowym elementem, który mocno wpływał na słabą postawę NieDzielnych. Goście natomiast w dalszym ciągu atakowali i dążyli do zdobywania kolejnych bramek. Ze znakomitej strony w tej części meczu pokazał się Michał Cholewiński, który dołożył kolejne trzy bramki na swoje konto. Spotkanie ostatecznie kończy się zasłużoną wygraną gości, a wynik 1:6 w pełni oddaje ich przewagę w tym meczu. Bartolini Pasta przezimuje przerwę między rozgrywkami na drugim miejscu, a Niedzielni muszą szukać wzmocnień aby myśleć jeszcze o utrzymaniu w Lidze.

 

TEKTON CAPITAL - SHOT DJ (4:1)

Shot DJ w ostatnich tygodniach prezentuje się znacznie lepiej, niż na starcie rozgrywek, ale na zakończenie kolejki przyszło im się zmierzyć z rozpędzonym Tektonem Capital. Faworytem byli oczywiście zajmujący pierwsze miejsce w tabeli gospodarze, ale boisko pokazało, że francuscy zawodnicy są niezwykle ambitni. Już od początku widać było, że Shot DJ nie przyjechał na Arenę Picassa bronić dostępu do własnej bramki tylko nawiązać walkę jak równy z równym. To właśnie goście wyszli na prowadzenie w tym meczu, Gabriel Kermiche wykorzystał dokładne podanie od  swojego partnera i pokonał bramkarza gospodarzy. Tekton starał się szybko odrobić straty, ale z każdą ubiegającą minutą ich poczynania były coraz bardziej nerwowe i mniej dokładne. W końcu pod koniec pierwszej połowy udało się doprowadzić do remisu i z luźniejszymi głowami gospodarze mogli wyjść na drugą połowę. Druga część to na początku kilka niezłych sytuacji gości, ale dobrze w bramce spisywał się Filip Odoliński. Zawodnikom Shot DJ nie udało się wyjść na prowadzenie, ale zdobyli bramkę, problem w tym, że samobójczą. Tekton od momentu wyjścia na prowadzenie grał już znacznie lepiej, coraz bardziej aktywny był Oliwier Aleksander, któremu udało się w końcówce zdobyć bramkę, choć nie był to występ na miarę jego możliwości. Ostatecznie Tekton wygrał 4:1, zapewniając sobie tym samym tytuł mistrza rundy jesiennej, a zawodnicy z Francji pokazali, że na wiosnę będą groźni dla każdego rywala.

 

GASTRO SPARTA - MARECKIE WYGI (0:4)

Zajmujący przedostatnie miejsce w tabeli, dodatkowo z bardzo słabą serią kilku kolejnych porażek z rzędu zawodnicy Gastro Sparty podejmowali znajdujących się na drugim biegunie nastrojów graczy Mareckich Wyg, którzy dwa ostatnie spotkania wygrali i nie zamierzali się zatrzymywać. Mecz był z gatunku tych, w których faworyt musiał wygrać, żeby wciąż mieć szanse na medale na koniec sezonu, z drużyną, która już tylko chce się bawić piłką nie walcząc o stawiane przed sezonem cele. Czuć było na boisku, że Mareckie Wygi grają pod presją, bo od początku za dużo im nie wychodziło na  boisku, natomiast Gastro Sparta robiła co mogła, by wyjść na prowadzenie. Jednak to zawodnicy z Marek zdobyli pierwszą bramkę w tym spotkaniu, której autorem był Damian Kotowski. Jednobramkową przewagę przyjezdni dociągnęli do przerwy, co zapewniło nam sporo emocji przed rozpoczęciem ostatniej połowy w tej rundzie. O te emocje postarali się już tylko Mareckie Wygi, którzy poprawili swoją grę w porównaniu do pierwszej połowy i nie dali już większych szans Gastronomikom. Trzy strzelone bramki, żadnej straconej – co jeśli chodzi o zespół z Marek należy uznać za duże osiągniecie i kolejny komplet oczek zdobytych tym  samym nie pozwolili czołówce odjechać im przed startem rundy wiosennej.

 

MORALNI ZWYCIĘZCY - OLDBOYS DERBY II (4:8)

Przystępujący do meczu gospodarze stanęli przed ostatnią w tej rundzie szansę, aby zdobyć komplet punktów wywalczonych na boisku. Wystarczyło tylko pokonać drugą drużynę Oldboys-sów, która całą rundę grała naprzemiennie, wygrywała z zespołami zajmującymi miejsca w dolnej części tabeli, a z górą tylko raz zremisowała. Zadanie w teorii jak i w praktyce nie było łatwe, lecz nie niemożliwe. Niestety dla Moralnych mecz zaczął się od hat-tricka strzelonego przez Michała Bugajskiego, który swoją postawą motywował swoich kolegów do atakowania bramki rywala. Dobra gra gości w ataku i obronie bardzo utrudniała życie piłkarzom Moralnych. Tylko dwukrotnie pokonali bramkarza swoich rywali, którzy również do swojego dorobku bramkowego pierwszej połowy dopisali dwie strzelone bramki i na przerwę schodziliśmy z wynikiem 2:5. Druga część tego spotkania zaczęła się podobnie jak pierwsza. Szybka strzelona bramka przez „Starszych Panów” spowodowała rozluźnienie w ich szeregach. Jako pierwszy z tej sposobności skorzystał Sebastian Bartosik, który po przejęciu podania i samodzielnej akcji zmniejszył stratę bramkową. Dosłownie chwilę później, kiedy wszyscy już widzieli piłkę w siatce Rafał Wieczorek popisał się piękna interwencją wyciągając się jak struna, sięgnął piłkę tuż z przed linii bramkowej i wypchnął ją poza pole gry nie pozwalając cieszyć się z zmniejszenia straty bramkowej rywalowi. Gospodarze robili, co mogli, aby dogonić gości, lecz umieszczenie piłki w siatce udało się jeszcze tylko raz. Niemożność pokonania bramkarza gości i błędy w obronie nie pozwoliły na zatrzymanie graczy w pomarańczowo-czerwonych barwach, którzy podwyższyli wynik strzelając jeszcze trzy bramki i ustalając wynik spotkania na 4:8.

 

LIGA 10

 

FC ALLIANCE - FC WARSAW WILANÓW (4:1)

Ostatni dzień zmagań przed przerwą zimową rozpoczęliśmy na arenie Picassa od starcia pomiędzy FC Alliance, a FC Warsaw Wilanów. Gospodarze przed spotkaniem zajmowali fotel lidera i byli stawiani w roli faworytów względem przeciwnika. Od pierwszych minut meczu, obie drużyny postawiły na bardzo ofensywną grę, aby jak najszybciej napocząć przeciwnika w celu przejęcia kontroli nad przebiegiem spotkania. W dodatku zawodnicy musieli zmagać się z zimową aurą, która zagościła na ostatniej kolejce rundy jesiennej, co przekładało się na liczne straty w środku pola. Mogliśmy również oglądać dużą ilość strzałów, które niestety nie były konstruktywne względem zagrożenia rywalowi. Na pierwszego gola w meczu trzeba było czekać, aż do 21 minuty. Ku zaskoczenia większości, to właśnie goście wyszli na prowadzenie po niskim strzale Mariusza Jaskóły zza pola karnego. FC Warsaw Wilanów przez ostatnie cztery minuty pierwszej połowy nie cofnęło się na własną połowę, a wręcz dążyli do podwyższenia wyniku. Po przerwie w szeregach gospodarzy, którzy wiedzieli, że czas gra na ich niekorzyść, nastąpiło przebudzenie. Gospodarze ruszyli do zmasowanego ataku. Największy problem gościom sprawiał Mykola Sadowiec, którego piłka szukała w polu karnym. Konsekwentna realizacja planu na odwrócenie losów spotkania przyniosła gospodarzom upragnione wyrównanie po bramce Davrona Saydimakhmudova. Od tej pory zaczęły się problemy gości, którzy zostali zepchnięcie na własną połowę przez rywala. W fenomenalnej dyspozycji dnia znalazł się Sadowiec i w ciągu trzech minut dwukrotnie pokonał bramkarza gości studząc zapędy graczy FC Warsaw Wilanów na urwanie choćby jednego oczka. Kropkę nad „i” w 44 minucie postawił Saydimakhmudov ustalając wynik spotkania na 4:1.

 

WÓLCZAŃSKIE SMOKI - AWANTURA WARSZAWA II (3:10)

Bardzo żałujemy, że obie ekipy miały ogromne problemy z zebraniem liczebnego składu. Mroźny poranek bardzo szybko wysysał energię zarówno z Wólczańskich Smoków, jak i Awantury Warszawa II. Zespoły zaczęły o jednego zawodnika mniej, więc było sporo biegania. Kiedy do gości dojechał jeden zawodnik, nie od razu pojawił się na murawie, gdyż „Awanturnicy” zachowali się bardzo fair-play i postanowili poczekać, aż do gospodarzy dołączy szósty gracz – wyrazy uznania za gest. Nie możemy tez pominąć faktu, że podczas gdy większość graczy była ubrana „na cebulę”, Daniel Szadkowski, napastnik gości, był ubrany niemal jak na plażę, a zero stopni w powietrzu zdawało się nie robić na nim większego wrażenia! I to właśnie on rozpoczął strzelanie w tym spotkaniu, kiedy po dwójkowej akcji z Patrykiem Dominiakiem wbił piłkę do bramki na 0:1. W odpowiedzi na płaski strzał z dystansu pokusił się Przemek Urbaniak, a jego próba dała wyrównanie. Kiedy oba zespoły zaczęły grać już w komplecie, zdecydowanie lepiej prezentowała się Awantura II. Szczególnie dobrze radził sobie Patryk Dominiak. Popularny „Helmi” zdobył dwie bramki z rzędu w tej części spotkania i wyprowadził swoją ekipę na 1:3. Wynik premierowej odsłony na 1:4 ustalił Adam Aleksandrowicz, który pięknym, potężnym strzałem obił słupek, a po rykoszecie piłka zatrzepotała w siatce. Po zmianie stron tylko raz zrobiło się ciekawie, kiedy po golach Przemka Urbaniaka oraz Alberta Piórkowskiego Smoki zmniejszyły dystans z 1:6 na 3:6, a w ich grze dostrzec można było wiarę w pogoń za punktami. Ze złudzeń odarł ich jednak duet Patryków: Królaka oraz Dominiaka. Ci dwaj Panowie jeszcze cztery razy pokonywali golkipera rywali, a mecz zakończył się ostatecznie wynikiem 3:10. Świetny zawody rozegrał Patryk Dominiak, a o jego postawie przeczytaliście już wcześniej podczas prezentacji MVP.

 

POLSKIE DREWNO - FUSZERKA II (1:3)

Spotkanie tych drużyn w 9 kolejce tej odsłony sezonu mimo różnicy między nimi dziesięciu punktów w ligowej tabeli wyglądało bardzo obiecująco. W tym meczu nikt nie odstawiał nogi, a równa walka trwała przez obie połowy. Wynik spotkania otworzył Damian Słojkowski po bardzo ładnej asyście kolegi z zespołu – Rafała Spodara. Warto zauważyć, że na pierwszą bramkę czekaliśmy aż do 14 minuty, co tylko może zobrazować jak zwarte w szykach obronnych były obie ekipy. Chwilę później po składnej akcji gospodarzy mieliśmy remis. Arkadiusz Dąbek dogrywał na nogę Pawła Szydziaka, a ten mocnym strzałem pokonał bramkarza gości. Piłka z impetem jeszcze odbiła się od poprzeczki. Do przerwy już nie oglądaliśmy bramek, wynik pozostał 1:1. W drugiej połowie gracze gości poczuli wiatr we włosach. Po żółtej kartce otrzymanej przez Michała Wróbla, a następnie golkipera gospodarzy – Roberta Sadrena grali w przewadze. Postanowili skrzętnie taką sytuację na boisku wykorzystać. Na listę strzelców dokładając bramkę do asysty w tym meczu wpisał się Rafał Spodar po samodzielnie wykonanym kontrataku, a wynik spotkania na 1:3 dla zespołu Fuszerki II ustalił Jakub Lejman.

 

PREDICA - FFK OLDBOYS II (2:5)

Predica w tym sezonie nie wygląda najlepiej, ale w spotkaniu z FFK II nie było tego widać na boisku. Gospodarze zaliczyli ciężkie wejście w mecz, ale im dalej w las, tym było lepiej, chociaż końcówka nie była już dla nich taka kolorowa. Zaczęło się od dobrej skuteczności graczy zespołu gości, a na prowadzenie wyprowadził ich Vitalii Yakovenko. Kilka minut później podanie Marcina Bonio wykorzystał Darek Filipek i FFk II prowadziło już 0:2. Wtedy jednak mieliśmy możliwość przekonania się, że Predica potrafi przejąć inicjatywę i przy małej pomocy zespołu gości, Predica doprowadziła do remisu. Na przerwę schodziliśmy z wynikiem 1:2, ale ostrzyliśmy sobie ząbki na drugą część spotkania. W przerwie musiały paść męskie słowa w obu szatniach, bo Predica po przerwie dość szybko wyrównała. Ciekawostką jest fakt, że Predica w tej kolejce spotkań naprawdę tworzyła sobie sporo sytuacji, ale skuteczność kulała. Sytuację wyjaśnił jednak Vitalii Yakovenko, który zdobył w drugiej połowie klasycznego hat-tricka i sprawił, że drużyna gości wygrała to spotkanie aż 2:5. Predica udowodniła jednak nam i przede wszystkim sobie, że wcale nie musi zostać w strefie spadkowej na stałe, bo widać, że długimi fragmentami ich gra wygląda lepiej, niż sytuacja w tabeli pokazuje.

 

 

LIGA 11

 

KOMETA WARSZAWA - POGROMCY POPRZECZEK (24:2)

W ramach dziewiątej kolejki Kometa Warszawa podejmowała Pogromców Poprzeczek. Zdecydowanym faworytem przed tym spotkaniem byli gospodarze, którzy notują niesamowitą passę zwycięstw. Goście przystępowali do tego meczu bez nominalnego bramkarza, co już przed pierwszym gwizdkiem był sporym osłabieniem. Niestety napastnicy Komety dość szybko odnaleźli braki w szeregach defensywnych rywala i już w trzeciej minucie spotkania wyszli na prowadzenie. Gospodarze narzucili rywalom wysoki pressing, co utrudniało im konstruowanie akcji. Jedyne szanse jakie mieli nadarzały się po kontrze, ale tam brakowało już skuteczności pod bramką przeciwnika. W pierwszej połowie spotkania bramka dla Komety padała średnio co minutę. Pomimo tego goście nie tracili wiary i cały czas starali się zagrozić bramce rywala. W drugiej części spotkania gospodarze byli bezlitośni i zimną krwią poprawiali swoje statystyki strzeleckie. Ewidentnie bramka na 17:0 ustawiła wynik tego spotkania. Iskra nadziei dla Pogromców nadarzyła się w 35 minucie spotkania, kiedy Tomek Mazurek wykorzystał karnego, ale przewaga była na tyle duża, że było to raczej honorowe trafienie. Liczba trafień Komety Warszawa w tym spotkania była tak ogromna, że każdy z zawodników grających w tą niedzielę brał udział przy bramce. Pomimo różnicy klas zawodnicy gospodarzy zachowali koncentrację do ostatnich minut spotkania. Ani przez moment nie planowali odpuścić żadnego starcia z rywalem, który pomimo świadomości porażki cały czas walczył i chciał cieszyć się grą. Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 24:2 dla Komety Warszawa, co na pewno jest niesamowitym oraz niecodziennym osiągnieciem.

 

ORŁY ZABRANIECKA  - VIKERSONN (2:12)

Zaskakująca dominacja FC Vikersonn! Sąsiedzi z tabeli zazwyczaj prezentują wyrównany poziom i takiego meczu również się spodziewaliśmy. Orły ostatnio prezentowały niezły styl, więc można było oczekiwać, że zechcą w końcu powalczyć o zwycięstwo. Tymczasem pomarańczowy zespół gości od samego początku prezentował się niezwykle solidnie. Strzelanie zaczął Nasinnyk, później dołączyli do niego również Butenko i Bilous. Widzieliśmy szaloną walkę o piłkę, kończące się wybiciem piłki bramkarzowi, a także imponujące uderzenia głową, przelatujące nad golkiperem Orłów. Do przerwy było już 0:6 i niewiele wskazywało na to, że OZ będą w stanie powalczyć w drugiej części meczu. Zaczęli jednak zaskakująco dobrze. Na 1:6 trafił Kolasa, a chwilę później gola dorzucił Kurowicki. Niestety były to ostatnie trafienia gospodarzy. Podrażnieni zawodnicy FCV ruszyli ze zdwojoną siłą. Ponownie imponował duet Butenko - Nasinnyk, który odpowiadał łącznie za 10 goli dla swojego zespołu. W końcówce zespół Orłów był już zupełnie bezsilny, czego efektem były kolejne trafienia gości. Skończyło się wynikiem 2:12, który sprawił, że to Vikersonn wskoczył na czwarte miejsce z jednopunktową stratą do podium. Orły przezimują na piątej lokacie z nadzieją na lepsze wyniki w rundzie wiosennej.

 

DYNAMO WOŁOMIN - OLD BOYS DERBY III (4:7)

Solidna sensacja w meczu Dynamo Wołomin, w którym ich przeciwnikiem była trzecia drużyna Oldboys Derby. Mimo pozornej różnicy poziomów i odmiennej sytuacji w tabeli Odlboysi podjęli w tym pojedynku rękawice – wygrywając pewnie z faworyzowanym rywalem. Gracze w białych strojach poprzez absencje kilku czołowych graczy byli tego dnia jedynie cieniem drużyny, którą pamiętamy z początków rundy, kiedy to na sześć meczy wygrali czterokrotnie, remisując i przegrywając zaledwie raz. Mimo wszystkiego należy oddać cesarzowi co cesarskie i przyznać tym samym, że ekipa Przemysława Białego zagrała wprost kapitalnie. Manewr z przesunięciem z linii ataku Adama Włodarczyka, oraz fakt ustawienia go jako ostatniego stopera przyniósł zamierzony efekt, a sam wcześniej wymieniony zawodnik pokazał się w tym spotkaniu z dobrej strony. Większość akcji rywala zatrzymywała się właśnie na nim, a zdolność skutecznego wyprowadzenia kontrataku zaowocowała trzema trafieniami i dwiema asystami w jego wykonaniu. Bezapelacyjnie była to postać wiodąca. Nie możemy jednak zapominać o Janie Dominiewskim i Sławomirze Ogorzelskim – duet ten wspomagał z pełnym zaangażowaniem swojego kolegę, przez co finalny wynik tego spotkania opiewał na 4:7, na korzyść gości. Seria dwóch wygranych na koniec rundy utwierdza nas w przekonaniu, że nie jest to ostatnie słowo tego zespołu, a runda rewanżowa zapowiada się nader ciekawie.  

 

GREEN TEAM - VISTULA VARSOVIA (3:5)

W niedzielę po południu około godziny 18:00 na boisko wybiegły dwie drużyny z dołu ligowej tabeli 11 Ligi Fanów. Mecz od pierwszego gwizdka jawił się Nam na bardzo wyrównany, zacięty i czysto sportowy pojedynek. Obie drużyny na przemian konstruowały składne akcje zakończone strzałami na jedną lub drugą bramkę. Jeden z nich przyniósł efekt już w drugiej minucie. Z dystansu precyzyjnie uderzył Hubert Jakoniuk na 1:0. Po kilku próbach odwetu ze strony Vistuli Varsovia wreszcie drogę do bramki znalazła futbolówka uderzona przez Łukasza Rostka, któremu podawał kolega z zespołu Łukasz Han. Warto zwrócić uwagę na Łukasza Rostka, ponieważ zawodnik ten aż czterokrotnie dawał powody do zadowolenia swojej drużynie. Swoje dokonania rozpoczął wyprowadzając w kolejnej akcji swoją drużynę na prowadzenie 1:2. Green Team jednak przed przerwą zdołał jeszcze odpowiedzieć bramką wyrównującą i do przerwy mieliśmy remis 2:2. Druga połowa, gwizdek sędziego rozpoczyna Mateusz Legacki, podaje do Rostka i ten w pierwszym swoim kontakcie z piłką w drugiej połowie wyprowadza zespół na prowadzenie fantastycznym strzałem z połowy boiska. W tej odsłonie spotkania gospodarze próbowali wydrzeć prowadzenie i powalczyć do końca o korzystny dla siebie wynik, ale jednak to Vistula Varsovia zgarnia trzy punkty w ostatniej kolejce tej rundy.

 

PIWO PO MECZU FC - FC TORPEDO (4:3)

W spotkaniu dziewiątej kolejki jedenastej ligi stanęły naprzeciwko siebie ekipy Piwa Po Meczu i FC Torpedo. Drużyna Andriia Barana stawała do tego spotkania z dużym komfortem. Wszystko spowodowane było porażką depczącego im po piętach Dynama, które zostało pokonane przez odradzające się niczym feniks z popiołów Oldboys Derby III. Pozorny spokój okazał się w naszej opinii gwoździem do trumny, ponieważ w pewnym stopniu splątało to nogi zawodników w pomarańczowych trykotach. Mimo remisu dwa do dwóch po pierwszych dwudziestu pięciu minutach, w drugiej połowie lepsi okazali się gospodarze, zdobywając o bramkę więcej niż rywal z minionej niedzieli. Personą, która walnie przyczyniła się do tego niebywałego sukcesu był natomiast zawodnik oznaczony numerem „8”, który wziął na swoje barki ciężar boiskowej rywalizacji zdobywając wszystkie cztery bramki. Mimo wszystko mecz mógł zakończyć się z o wiele większą różnicą bramkową, na posterunku stał jednak kapitan Torpedo. To właśnie wcześniej wymieniony Andrii Baran dwoił się i troił między słupkami, aby utrzymać bezpośredni kontakt z rywalem. Nagroda zawodnika meczu, którą otrzymał zasłużenie po tym spotkaniu, to niestety jedyne czym może otrzeć łzy i osłodzić gorycz porażki. Mimo tej straty punktów, ekipa gości zachowała status quo, zostając na drugim miejscu z trzema punktami przewagi nad drużyną spod warszawskiego Wołomina.

 

 

Data utworzenia artykułu: 2021-11-11 15:06
Facebook
Tabela
Liga :
Poz Zespół M Pkt. Z P
4   TUR Ochota 9 15 5 4
3   FC Kebavita 9 17 5 2
2   In Plus & Pojemna Halina 9 22 7 1
7   FC Impuls UA 9 10 3 5
8   Contra 9 9 3 6
6   AnonyMMous! 9 12 4 5
9   Mixamator 9 7 2 6
10   Narodowe Śródmieście 9 3 1 8
5   East Wind 9 13 4 4
1   FC Gorlicka 9 24 8 1
Social Media
Reklama


609 021 030
kontakt@ligafanow.pl
www.ligafanow.pl