RAPORT MECZOWY - KOLEJKA 7.

Można śmiało powiedzieć, że jesień zagościła za naszymi oknami. Wielu z nas z pewnością będzie tęsknić za promykami słońca i upalnymi dniami, ale jeśli chodzi o warunki do gry w piłkę, to zdecydowanie lepsze są te obecne, o czym świadczy wysoka liczba meczów rozegranych w minionym tygodniu. 6-7 stopni, lekka mżawka, typowa angielska pogoda i choć przez pewien czas można się odprężyć i przenieść się ze swoich kłopotów do innego świata, świata piłki nożnej. Ale dosyć biadolenia, przejdźmy do sedna, zapraszamy na cotygodniowe podsumowanie piłkarskich wydarzeń w stolicy.    



 

EKSTRAKLASA

 

NARODOWE ŚRÓDMIEŚCIE - FC KEBAVITA (6:11)

Ostatnie w tabeli Narodowe Śródmieście podejmowało mającą aspiracje do walki o czołowe lokaty Kebavitę. Gospodarze mający ogromne problemy ze składem w eksperymentalnym zestawieniu przystąpili do spotkania. Goście tego dnia oprócz swoich etatowych zawodników mieli kilku graczy,  którzy sporadycznie pojawiali się w tym sezonie. Do bramki powrócił  także, dawno nie widziany na Grenady Piotr Kalbarczyk. Początek meczu to szybkie dwa trafienia dla Kebavity. Autorem bramek był Christian Namani i wydawało się,  że kolejne trafienia są kwestią czasu. Jednak po dobrym początku zapanował w ekipie Buraka Cana chaos i efektem tego były dwie stracone bramki. Najpierw Mateusz Bienias po podaniu Oscara Kalickiego strzelił bramkę kontaktowego, a po chwili był już remis. Nieszczęśliwa interwencja defensora gości dała gola samobójczego. Gdy wydawało się, że Narodowe Śródmieście łapie wiatr w żagle to niefortunny kiks bramkarza wykorzystał ponownie Christian Namani i do przerwy Kebavita skromnie prowadziła 2:3. Po zmianie stron  oglądaliśmy sporo bramek i mecz obfitował w grę ofensywną. W obronie obie ekipy robiły sporo błędów i jak na ekstraklasowy mecz sporo było gry improwizowanej, a mało było taktyki i wyrachowania. Przy wyniku 3:8 Narodowe Śródmieście zaliczyło jeszcze zryw i w krótkim czasie doprowadziło do stanu 5:8, ale w końcówce to gracze Kebavity byli skuteczniejsi i ostatecznie pokonali swoich przeciwników 6:11. Gospodarze nadal bez punktów i mimo że walczą w każdym spotkaniu to odstają zdecydowanie od reszty stawki. Goście zdobyli zgodnie z planem trzy punkty ale tym razem gra nie była zachwycająca i w starciu z mocniejszymi rywalami nie ma co oczekiwać dobrych wyników.

 

TUR OCHOTA - FC GORLICKA (1:6)

W meczu na szczycie w ekstraklasie Tur Ochota podejmował lidera tabeli FC Gorlicką. Gospodarze tego dnia nie mieli kilku podstawowych zawodników i to nie napawało optymizmem przed starciem z drużyną która ma w swoich szeregach naprawdę kilku klasowych zawodników. Początek tego prestiżowego starcia nie był przyjemny dla oka. Dominowała siłowa gra i sporo było fauli i niepotrzebnego gadania na boisku. Oliwy do ognia dolewali kibice, którzy dodatkowo podgrzewali atmosferę na boisku. Gdy wreszcie trochę się sytuacja uspokoiła zaczęły się pojawiać pierwsze dogodne sytuacje. Najpierw świetną okazję zmarnował Konrad Kowalski nie trafiając w dogodnej sytuacji. To chwilę później się zemściło. Eryk Murawski przejął piłkę w środku pola i mocnym strzałem nie dał szans Pawłowi Wysockiemu. Tur miał swoje okazje i dopiął swego w końcówce pierwszej połowy. Konrad Kowalski przejął futbolówkę i płaskim strzałem pokonał Mateusza Kota. Do przerwy mieliśmy zatem remis 1:1. Po zmianie stron Gorlicka napierała i widać było coraz większą przewagę ekipy Daniela Gello. Kwestią czasu były bramki i na przestrzeni dwóch minut szybko mieliśmy wynik 1:3. Świetnie grający całe spotkanie Maksymilian Kot najpierw wyłuskał piłkę obrońcy, a chwilę później po akcji zespołowej ponownie pokonał bramkarza rywali. Z tego Tur próbował się podnieść i atakował coraz bardziej ryzykując. Niestety nic, mimo kilku okazji nie chciało wpaść, a do tego Gorlicka ponownie dwa razy skutecznie skontrowała i było już 1:5. Decyzja o grze z lotnym bramkarzem nic tak naprawdę nie dała i w końcówce Kamil Dankowski ustalił wynik spotkania na 1:6. Bolesna lekcja dla obecnego mistrza i niestety w tabeli strata punktowa do rywali coraz większa. Dawno tak się nie zdarzyło by Tur przegrał trzy mecze z rzędu. Brawa dla Gorlickiej za konsekwencję i grę która była niezwykle skuteczna w ten weekend na Grenady.

 

CONTRA – MIXAMATOR (5:1)

Po słabym początku sezonu Contra kontynuuje serię zwycięstw, tym razem pokonując beniaminka ekstraklasy - Mixamatora. Spodziewaliśmy się zaciętego spotkania i taki mecz oglądaliśmy, aczkolwiek inicjatywa niemal od samego początku była po stronie ekipy Michała Raciborskiego. Goście agresywnie otworzyli spotkanie i dwoma strzałami postraszyli Macieja Antczaka, ale Contra szybko ustabilizowała grę w ataku i szansę na strzał z rzutu wolnego dostał Maciej Kurpias. Nie udało się wykorzystać stałego fragmentu gry, ale kilka minut później Maciej przejął niedokładne podanie i otworzył wynik meczu. Mixy coraz mocniej atakowały bramkę gospodarzy i Maciej Antczak kilkukrotnie popisał się fenomenalnymi obronami. Contra powoli, ale skutecznie budowała przewagę bramkową. W 17 minucie Jakub Dąbrowski wypracował sytuację strzelecką wykończoną skutecznie przez Pawła Pająka. Tuż przed przerwą Rafał Osiński rozegrał precyzyjne podanie do Pawła z rzutu rożnego, a ten celnym strzałem z główki wpakował piłkę do siatki i mieliśmy już 3:0. W przerwie zawodnicy Mixamatora musieli powiedzieć sobie kilka męskich słów, bo tuż po wznowieniu gry Kamil Kamiński zdobył gola kontaktowego. Niestety motywacji nie wystarczyło gościom na więcej i była to jedyna bramka zdobyta w tym meczu przez zespół Michała Fijołka. Contra za to dostała prezent w postaci rzutu wolnego przed samym polem karnym, kiedy za zagranie ręką żółtym kartonikiem został ukarany defensor Mixów. Maciej Kurpias strzelił obok bramki, a gospodarzom nie udało się ostatecznie przekuć przewagi liczebnej na bramkę, ale kontrolowali grę na tyle, aby Mixamator nie miał zbyt dużo okazji do złapania wyniku. W 42 minucie trzecią bramkę strzelił Paweł Pająk, a w samej końcówce meczu dało się już zauważyć zrezygnowanie w ekipie gości. Tuż przed ostatnim gwizdkiem za zagranie ręką, tym razem w polu karnym, Damian Starosta został ukarany kartonikiem koloru czerwonego, a rzut karny pewnym strzałem zamienił na gola Michał Raciborski, ustalając wynik meczu na 5:1.

 

IN PLUS & POJEMNA HALINA - FC IMPULS UA (16:3)

W ekstraklasie zmierzyły się zespoły In Plus & Pojemna Halina oraz FC Implus UA. Patrząc na tabelę zdecydowanym faworytem tego spotkania była drużyna wicelidera czyli In Plus. My jednak pamiętając zaciętą rywalizację tych dwóch drużyn w Warsaw Cup liczyliśmy, że goście postawią się faworyzowanej drużynie rywali. Gospodarze przystąpili do tego spotkania bardzo zmotywowani i już sam początek spotkania pokazał jak ciężki mecz czekał zespół z Ukrainy. Początek spotkania to całkowita dominacja ekipy In Plus & Pojemna Halina, która już w pierwszych minutach meczu wychodzi na prowadzenie. Pięknym strzałem praktycznie z połowy boiska popisał się bramkarz Mateusz Cichawa. Kolejne minuty to kolejne bramki gospodarzy, którzy imponowali spokojem, dokładnością w rozgrywaniu piłki i pewnością siebie. Przy wyniku 7:0 pierwszy raz do głosu doszli goście, którym końcówce pierwszej połowy udało się strzelić dwie bramki. Strzelcem obu goli był Kostiantyn Didenko. Druga część meczu miała podobny przebieg co pierwsza odsłona. Drużyna In Plus & Pojemna Halina od samego początku oblegała bramkę gości, sukcesywnie powiększając swoją przewagę. Każda następna bramka nakręcała ich coraz bardziej. Goście próbowali odgryzać się nielicznymi kontrami i w stałych fragmentach szukali swojej szansy na zdobycie bramki. Po jednym z takich kontrataków oraz po błędzie bramkarza gospodarzy Impuls UA strzela swoją trzecią bramkę w tym spotkaniu. Jak się później okazało bramkę na otarcie łez. W końcówce meczu obrona gości rozsypała się już całkowicie, zawodnicy z Ukrainy całkowicie stracili pomysł na grę czego efektem błędy i strata kolejnych bramek. Mecz ostatecznie kończy się deklasacją i wynikiem 16:3. W drużynie "Haliny" wyróżniało się szczególnie dwóch zawodników Patryk Szeliga oraz Jan Skotnicki, który był tego dnia nie do powstrzymania. Ekipa In Plus & Pojemna Halina pokazała, że jest dla gości rywalem z innej piłkarskiej półki, potwierdzając tym samym swoje mistrzowskie aspiracje na koniec sezonu.

 

EAST WIND - ANONYMMOUS! (5:6)

Niezwykłych emocji dostarczyło nam starcie East Windu z Anonimowymi. Obie ekipy mają o co walczyć, bo obecnie w tabeli plasują się w górnej części tabeli i zwycięstwo mogłoby zdecydowanie poprawić ich notowania. Gospodarze przyszli w solidnym zestawieniu i byli mocno zdeterminowani by zdobyć kolejne trzy punkty. Goście bez kapitana Maćka Miękiny, ale z solidnym w bramce Norbertem Plichtą i z jedną zmianą, która jak się okazało po niespełna kilku minutach gry nie była już dostępna. Robert Dębski naciągnął mięsień dwugłowy uda i Anonimowi musieli grać bez zmian niemal całe spotkanie. To jednak jak się okazało nie było przeszkodą, bo mądrze grający team gości długo utrzymywał korzystny dla siebie wynik. Gospodarze po trafieniu Michała Kępki wyszli na prowadzenie i gdy wydawało się, że pójdą za ciosem to zostali skarceni przez rywali. Dwie bramki zdobył Michał Głębocki i do przerwy było nieoczekiwanie 1:2. Jak wcześniej wspomnieliśmy Anonimowi grali mądrze w obronie i czekali cierpliwie na swoje okazje. I z takim nastawieniem wyszli na drugą odsłonę. By nie podpalać się i na siłę atakować lecz rozsądnie się bronić i czekać na kolejne szanse na kontry. East Wind szybko jednak wyrównał. Jeszcze dobrze nie zaczęła się druga połowa, a Damian Patoka pokonał golkipera przeciwników i było 2:2. Wydawało się, że to nakręci zespół gospodarzy, ale mimo że optyczną przewagę miał team Sebastiana Dąbrowskiego, to ta przewaga nie przekuwała się na zmianę wyniku. Niezwykle ambitna ekipa Anonimowych potrafiła perfekcyjnie wykorzystać błędy rywali., a było ich w tym meczu sporo i Damian Karczmarczyk miał sporo pracy. Gdy goście trafili na 2:3 East Wind zdjął golkipera i zagrał z lotnym bramkarzem. To była jednak zła decyzja, bo po chwili było już 2:4. Po stracie w rozegraniu napastnik ekipy Maćka Miękiny wykorzystał szansę i podwyższył prowadzenie. Do końca spotkania trwał pościg za wynikiem i East Wind do końca walczył choćby o remis, ale ostatecznie przegrał to starcie 5:6 i trochę skomplikował sobie sytuację w tabeli. Brawa za kolejny kapitalny mecz Anonimowych tym bardziej, że grali niemal 50 minut bez zmian.

 

LIGA 1

 

FC ALMAZ – CLEOPARTNER (3:2)

W meczu na szczycie pomiędzy Almazem, a Cleopartnerem od początku oglądaliśmy bardzo intensywne spotkanie, gdzie obie ekipy miały jasny cel - zwycięstwo. Pierwsze minuty to koncentracja na grze defensywnej i żadna z drużyn nie chciała stracić bramki. Ataki prowadzili goście,  ale brakowało dokładności i końcowego podania. Gdy już udało się strzelić na bramkę rywali to albo znakomicie spisywał się golkiper gospodarzy,  albo strzały były niecelne. Ekipa w seledynowych koszulkach przetrzymała pierwszy napór i starała się  kontrować. Jednak również i Almazowi brakowało wykończenia i kilka razy zamiast spokojnie rozegrać piłkę, to nerwowo jej się pozbywali. Długo na tablicy wyników był bezbramkowy remis i gdy wydawało się, że takim wynikiem może nawet zakończyć się pierwsza połowa, mieliśmy dwie kuriozalne sytuacje. Najpierw napastnik Cleopartnera chcąc pomóc w defensywie tak niefortunnie kopnął piłkę,  że trafił do swojej bramki, a dosłownie chwilę później po rzucie wolnym było już 2:0. Piłka odbiła się od poprzeczki i trafiła w zawodnika Almaza i wpadła do siatki. Z perspektywy pierwszych 25 minut wynik zaskakujący i goście musieli odrabiać straty. Po zmianie stron Cleopartner mozolnie starał się atakować. Kilka sytuacji wręcz stuprocentowych jednak zmarnował, ale w końcu udało się strzelić gola kontaktowego. Radość nie trwała jednak długo, bo Ihar Bakun mocnym strzałem z dystansu ponownie wyprowadził swój zespół na dwubramkową przewagę. W końcówce jeszcze Maksym Salauyou po akcji kombinacyjnej strzelił gola na 3:2, ale na nic więcej tego dnia nie było stać gości. Po emocjonującym meczu Almaz zdobywa komplet punktów i dobija do czołówki ligowej tabeli.

 

FC OTAMANY - FC FREEDOM (2:3)

Do dość niecodziennej sytuacji doszło na arenie Grenady. W minioną niedzielę oglądaliśmy równolegle dwukrotne derby Ukrainy. Kiedy na jednym boisku mierzyły się ekipy Cleopartner i Almazu, na drugim spotkały się drużyny Otamanów i Freedomu. O ile pierwsze spotkanie było walką w górnej części tabeli, o tyle Otamany i Freedom nie mogą zaliczyć tego sezonu do udanych i znajdują się w strefie spadkowej. Bezpośrednie spotkanie tych drużyn było więc szansą na wydostanie się z mało komfortowej sytuacji. Oba teamy prezentują bardzo zbliżony poziom i można było przewidywać, że będzie to mecz, w którym jeden błąd może zadecydować o końcowym wyniku. Spotkanie było bardzo zacięte i wyrównane i pierwszego gola zobaczyliśmy dopiero po kwadransie gry, a na prowadzenie wyprowadził Otamanów Volodymyr Bevziuk. Napastnicy Freedomu oddawali sporo strzałów na bramkę Olega Bortnyka, ale brakowało precyzji i bramkarz Otamanów długo zachowywał czyste konto. Gospodarzom za to brakowało jasnej komunikacji w ataku i choć rozkręcali się z minuty na minutę, dało się zauważyć, że tego dnia w ich grze brakowało nieco polotu. Wprawdzie napastnicy drużyny Romy Starykha starali się rozciągać obronę przeciwnika grą na skrzydłach, nie przynosiło to większych efektów. Kiedy wydawało się, że skromna przewaga Otamanów utrzyma się do końca pierwszej połowy w ostatniej minucie niezdecydowanie obrońców gospodarzy poskutkowało faulem w okolicy pola karnego, a Freedom mądrze rozegrał stały fragment gry i mieliśmy remis 1:1. Punktem zwrotnym w meczu była sytuacja z drugiej połowy, kiedy za niepotrzebne dyskusje z sędzią żółty kartonik obejrzał bramkarz Otamanów. Goście wykorzystali przewagę liczebną i podwyższyli prowadzenie na 1:2. Kilka minut później kolejne trafienie dołożył Oleh Shevtsov i wydawało się, że jest już po meczu. W ostatnich minutach Otamany w końcu zaczęły grać w swoim tempie i rozgrywać dynamiczne akcje i w efekcie zdobyli bramkę kontaktową autorstwa Dmytro Arterchuka. Niestety Otamany zmotywowały się do walki zdecydowanie zbyt późno i zabrakło czasu na wyrównanie, a Freedom dowiózł zwycięstwo2:3 do końca i zgarnął szalenie ważne 3 punkty. 

 

DEPORTIVO LA CHICKENO – ALPAN (3:4)

Prawdziwy piłkarski spektakl obejrzeliśmy w ramach 7 kolejki w pierwszej lidze. Naprzeciw siebie stanęły drużyny Deportivo La Chickeno oraz Alpanu. Spotkanie od początku stało na bardzo wysokim poziomie piłkarskim i było dość wyrównane. Mogliśmy zaobserwować wiele ciekawych akcji, schematów piłkarskich, a przede wszystkim wiele indywidualnych pojedynków między zawodnikami obu zespołów. Na pierwszego gola czekaliśmy aż do 14 minuty meczu. Wtedy to składną akcję całego zespołu wykończył Rafał Radomski. Kilka minut później było już 0:2, Przemek Wycech świetnie wypatrzył Mateusza Marcinkiewicza i Alpan prowadził już różnicą dwóch bramek. Wtedy to do solidniej pracy wzięli się gospodarze. W 22 minucie po jednym z ataków, bramkę kontaktową strzela Eryk Agnyziak. Do końca pierwszej części wynik nie uległ zmianie, a wszyscy kibice zgromadzeni na Arenie Picassa ostrzyli już sobie zęby na drugą odsłonę spotkania. Druga połowa podobnie jak pierwsza, to prawdziwe widowisko. Ataki z obu stron, parady bramkarskie oraz efektowne indywidualne popisy zawodników obu ekip. Piłka wędrowała raz na jedną raz na drugą stronę boiska. Na gola w drugiej odsłonie musieliśmy czekać aż do 38 minuty meczu. Wtedy to po sprytnie rozegrany rzucie wolnym Eryk Agnyziak doprowadza do remisu. W końcówce obie ekipy próbowały przechylić szalę na swoją korzyść, często zapominając już o defensywie. W 44 minucie Kamil Kłopotowski strzela bramkę na 2:3, a chwilę później ponowne rozprężenie w szeregach obronnych gospodarzy wykorzystuje Przemek Wycech i dobija piłek zdobywając czwartego gola dla drużyny gości. Chickeny nie mając już nic do stracenia, rzuciły się do rozpaczliwych ataków i odrabiania strat. Trzy minuty przed końcem meczu, po jednym z takich ataków Patryk Zych strzela bramkę kontaktową, jednak na nic więcej nie starczyło już czasu i sędzia kończy to rewelacyjne pod kątem piłkarskim widowisko. Brawo Panowie! Alpan umacnia się na prowadzeniu w pierwszej lidze, a Deportivo La Chickeno utrzymuje swoją czwartą pozycję.

DRUNK TEAM - NISKI PRESS (5:11)

Kolejna wysoka porażka gospodarzy meczu Drunk Team – Niski Press zdecydowanie nie wróży najlepiej. Ekipa grająca w białych strojach bezapelacyjnie musi wziąć się do pracy, ponieważ w serii siedmiu spotkań nie wygrali ani razu. Jest to sygnał alarmujący i mający na celu zmobilizowanie drużyny, ponieważ hipotetyczne utrzymanie na zapleczu Ekstraklasy jest poważnie zagrożone. Tego dnia mogli oni wystawić zaledwie szóstkę graczy, co przy jednym rezerwowym na ławce Niskiego Pressu okazało się na tyle znaczące, że musieli uznać wyższość rywali, przegrywając tym samym 5:11. Brak siły rywali bezlitośnie wykorzystywali Albert Krukowski, Dawid Wichowski i Patryk Hull, którzy już w pierwszej odsłonie rywalizacji zapewnili komfortowe 1:5 do przerwy. Druga odsłona tego meczu była zdecydowanie bardziej otwarta z obydwu stron. Goście odsłonili się przed gospodarzami dając im strzelić tym samym cztery bramki. Ze swojej strony dołożyli za to sześć kolejnych trafień – zamykając rywalowi drogę do odrobienia strat. Przed nimi starcie z Green Lantern co w przypadku możliwego potknięcia Cleopratnera w meczu z liderującym Alpanem – oznaczać może dla nich wskoczenie na trzecią lokatę dającą awans. Gospodarze natomiast w przyszłej kolejce zmierzą się z drużyną Tylko Zwycięstwo – w pojedynku o być albo nie być. Jeżeli wygrają (przy najlepszym scenariuszu) zminimalizują stratę do bezpiecznego miejsca do zaledwie trzech oczek. Zadanie z gatunku niemożliwych ? My wątpimy, ponieważ już nie raz Drunk Team zaskakiwał pozytywnie na boiskach Ligi Fanów.

 

GREEN LANTERN - TYLKO ZWYCIĘSTWO (6:5)

Obie ekipy przed rozpoczęciem meczu dzielił zaledwie jeden punkt w tabeli. Green Lantern liczną grupą zawodników stawił się na spotkanie z Tylko Zwycięstwo, czując, że od tego meczu może zależeć ich późniejszy byt w 1 lidze. Ekipa braci Jałkowskich wzmocniona dwoma nowymi zawodnikami starała się wrócić do formy, którą prezentowała jakiś czas temu gdy z powodzeniem walczyli o awans do najwyższej klasy rozgrywkowej. Początek meczu to jednak przewaga gospodarzy, którzy naciskali na obronę TZ. Przewagę zdobyczą bramkową udokumentował Mikołaj Wysocki, który zamienił dokładne podanie Patryka Przygody na gola. Taki obrót spraw zadziałał mobilizująco na najlepszego snajpera gości, Andrzeja Morawskiego, który po chwili doprowadził do wyrównania. Dwie następne bramki to zdobycze gospodarzy, którym udało się odskoczyć na dwubramkowe prowadzenie. Końcówka 1 połowy i dwa gole przewagi chyba zbyt rozluźniająco wpłynęły na Green Lantern, bo w jednej z ostatnich akcji meczu Tylko Zwycięstwo zdobyło bramkę kontaktową. Druga połowa wyglądała niemal bliźniaczo do pierwszych 25 minut spotkania, czyli wyrównana gra obydwu zespołów, sporo sytuacji bramkowych i trochę lepsza skuteczność gospodarzy. Mecz ostatecznie wygrał zespół Green Lantern jedną bramką, a samo spotkanie było niesłychanie ciekawe. Tylko Zwycięstwo musi w końcu zacząć zdobywać punkty, bo spędzenie zimy w strefie spadkowej coraz realniej zagraża ekipie braci Jałkowskich, a Green Lantern tym zwycięstwem oprócz 3 punktów zyskało dodatkowo trochę spokoju.

 

LIGA 2

 

GRACZE GORSZEGO SORTU - WARSZAWSKA FERAJNA (2:11)

Niedzielne granie w drugiej lidze zaczęliśmy z wysokiego “c”. Jak w końcu inaczej nazwać poprzeczkę w pierwszych sekundach meczu? Gracze Gorszego Sortu postraszyli bramkarza rywali, oddając potężny strzał bezpośrednio po pierwszym gwizdku sędziego. Szybko (i skuteczniej) odpowiedzieli im zmotywowani zawodnicy Warszawskiej Ferajny. Już w trzeciej minucie Adrian Dębiński “odpalił petardę” w kierunku bramki przeciwnika i wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Kolejne minuty również były niezwykle intensywne (dla piłkarzy, którzy dawali z siebie 110% i dla koordynatora, który co chwila notował nazwiska kolejnych strzelców). Często w protokole meczowym wspominany był właśnie Dębiński, ale również kapitan gości, Kacper Domański, który finalnie został wybrany zawodnikiem meczu (między innymi dzięki jego umiejętności zastawiania się i gry “na ścianę”). Po stronie GGS należy wyróżnić Łukasza Kuleszę, w którym upatrywaliśmy nadzieję dla zespołu gospodarzy. Jego powrót na ligowe boiska miał wnieść (i wniósł) sporą jakość - zdobył wszystkie bramki dla swojej drużyny, choć pewnie żałuje, że skończyło się na dwóch trafieniach. Niestety dla niego zawodnicy Warszawskiej Ferajny byli w tym spotkaniu lepsi w większości aspektów. Również w strzałach “ze środka”, bowiem na początku drugiej połowy skopiowali taktykę rywali i od razu posłali piłkę w kierunku bramkarza, Patryka Kieszkowskiego. Golkiper ten mimo wyraźnych starań i obiektywnie niezłego spotkania, nie zdołał zapobiec temu uderzeniu, ani jeszcze kilku następnym, bo końcówka wyglądała dość jednostronnie. Czas skończył się przy wyniku 2:11, a nasz typ odnośnie zwycięstwa zespołu spod znaku Weszło się sprawdził.

 

ORZEŁY STOLICY - BLACK EAGLES WARSZAWA (5:11)

Grające w tym sezonie w kratkę Orzeły Stolicy podejmowały kraczące od zwycięstwa do zwycięstwa Black Eagles Warszawa. O tym, że dla gospodarzy to był mecz w którym mogli się pokusić o niespodziankę było sprawą oczywistą. I tak też Orzeły rozpoczęły mecz, bardzo składne i szybkie akcje pozwoliły szybko objąć dwubramkowe prowadzenie. Ekipa gości starała się jak mogła, zdobyli nawet bramkę kontaktową, którą zdobył Artur Wrzyszcz, ale Jan Wnorowski razem ze swoją ekipą dalej rozgrywał koncert, szybko zdobywając dwie kolejne bramki. I od tego momentu koncert Orzełów stał się jedynie suportem przed prawdziwym spektaklem Black Eagles Warszawa. Goście wzięli się w garść i mimo, że osłabieni absencją kilku ważnych dla siebie zawodników to jednak ekipa która znajduje się w czołówce drużyn sześcioosobowych w Warszawie. Rozkręcił się na dobre Adam Wosiek, szalał w obronie Łukasz Dworakowski i nawet brak nominalnego bramkarza przestał przeszkadzać gościom. Orzeły przy tak dysponowanym rywalu nie miały już nic do powiedzenia, szybko roztrwoniona przewaga trzech bramek i później już sukcesywne oddawanie pola Black Eagles kończyło się kolejnymi stratami bramkowymi. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 5:11 i tylko możemy się zastanawiać, jak wyglądałby ten mecz, gdyby Orzeły byli w stanie przez cały mecz grać tak, jak robili to na początku. Natomiast goście kroczą pewnie po mistrzostwo i chyba nikt im w tym nie przeszkodzi.

 

FC NOVA GROUP - SZMULKERS TEAM (3:8)

Podchodząc do rywalizacji z FC Nova Group zawodnicy Szmulkers Team nie byli w zbyt dobrych nastrojach. Okrojony skład i brak zmian nie nastrajał zbyt pozytywnie, ale boisko bardzo szybko zweryfikowało obawy gości, bo nie minęła nawet minuta gry, a już było 0:1 dla Szmulkersów po strzale Patryka Nowickiego. Kapitan ekipy przyjezdnej rozegrał rewelacyjne spotkanie i walnie przyczynił się do ostatecznego triumfu swojego teamu. W 3 minucie dostał okazję do wykonania rzutu wolnego i nie czekając na gwizdek zapakował piłkę do siatki. Gospodarze mieli ogromny problem w poukładaniu swojej gry, aż w końcu się udało i bramkę zdobył Kamil Filipek, ale po chwili fatalny błąd bramkarza Novy skończył się trzecią bramką dla Szmulkers. Jeszcze przed przerwą goście podwyższyli na 1:4 i ich przewaga powoli stawała się bezdyskusyjna. Nova Group grała zupełnie bez polotu i nawet mając trzech rezerwowych nie była w stanie zabiegać świetnie zgrany zespół ze wschodniej części Warszawy. W drugiej części spotkania fantastyczną robotę między słupkami drużyny gości odegrał bramkarz Sebastian Blichta, który nie tylko popisał się kilkoma świetnymi interwencjami, to na dodatek obronił rzut karny, a już wisienką na torcie była sytuacja z 36 minuty, kiedy koledzy podarowali Sebastianowi rzut karny, a ten potężnym strzałem w środek bramki nie dał szans bramkarzowi przeciwników. Nova Group zagrała bardzo słabe spotkanie i nie była w stanie zagrozić Szmulkersom. Dwie bramki strzelone w końcówce meczu nieco osłodziły gorycz porażki, ale wynik 3:8 wyraźnie wskazuje Szmulkers jako drużynę, która zdominowała ten mecz.  

 

ZJEDNOCZONA OCHOTA – ETERNIS (7:3)

Po meczu Zjednoczonej Ochoty z Eternisem oczekiwaliśmy nieco więcej, ale gościom niestety nie udało się zebrać optymalnego składu. Wobec braków kadrowych przeciwnika naturalnym faworytem była tutaj drużyna z Ochoty i ekipa Daniela Gałązki widząc oczywistą przewagę rozpoczęła spotkanie bardzo agresywnie. W efekcie już w 2 minucie gola otwierającego wynik zdobył Krystian Kołodziejski, ale już akcję później był remis po bramce Adriana Idzikowskiego. Gospodarzy trochę zaskoczył taki obrót spraw, ale szybko odzyskali rezon i już po chwili prowadzili 3:1 po trafieniach Rafała Popisa i Damiana Dąbrowskiego. Eternis znów wykorzystał chwilę dekoncentracji w szeregach obronnych Zjednoczonej i drugą bramkę trafił Adrian Idzikowski. Wydawało się, że goście mają remis w zasięgu ręki, ale chłopaki z Ochoty poprawili nieco komunikację w defensywie i Eternis długo nie był w stanie zagrozić bramce Przemysława Morawskiego. Gospodarze mozolnie budowali ataki w środkowej części boiska, aż w końcu Przemysław Kostrzycki podwyższył na 4:2. Kolejna bramka to kapitalne trafienie nożycami Rafała Popisa, a na 6:2 podwyższył kapitan swojego zespołu Daniel Gałązka. Goście odpowiedzieli jeszcze golem Damiana Rudego i pierwsza połowa skończyła się solidnym prowadzeniem Zjednoczonej Ochoty 6:3. Druga część spotkania wyglądała już zupełnie inaczej – choć tempo gry nieco opadło i jedyną bramkę obejrzeliśmy w 29 minucie po drugim trafieniu Daniela Gałązki, to gra wyrównała się i na boisku oglądaliśmy sporo sportowej walki. Niezmordowani zawodnicy Eternisu mądrze rozgrywali piłkę w obronie i szukali okazji strzeleckich, ale rewelacyjne spotkanie rozgrywał golkiper gospodarzy Przemysław Morawski, który co i rusz popisywał się świetnymi interwencjami. Zwycięstwo dało Zjednoczonej Ochocie utrzymanie pozycji wicelidera 2 ligi, a Eternis ma czego żałować, bo przy solidniejszym składzie przebieg tego meczu mógł wyglądać zupełnie inaczej.    

 

 LIGA 3

 

UN MATE TEAM - FC KANONIERZY (2:2)

Mecz UN Mate Team z FC Kanonierzy był za przysłowiowe 6 pkt, ponieważ obie drużyny jak na razie biją się w strefie spadkowej. Gospodarze od pierwszych minut bardzo wysoko zaczęli mecz, starając się zepchnąć rywali do głębokiej defensywy, mając na uwadze ostatnie zwycięstwo Kanonierów z Ukranian Vikings. Na boisku w pierwszej połowie było dużo walki, pojedynków 1vs1, brakowało większej ilości  gry piłką w szeregach obydwu stron, jednak boiskowe emocje nam to zreflektowały. Przed przerwą ligowcy Un Mate Team potrafili doprowadzić do remisu i byli o włos o wyjście na prowadzenie, ale Jony Kraajenbrink strzelił tylko w spojenie. Do przerwy utrzymał się bramkowy wynik remisowy 1:1. Po zmianie stron mecz był bardzo otwarty, ostry, w którym doszło do spięcia, które skutkowało reakcją sędziego, który pokazał po żółtym kartoniku dla zawodnika gospodarzy i gości. Kolejne minuty to podtrzymanie tempa spotkania, ale nadal było więcej walki i szarpanych ataków, niż przemyślanych akcji kombinacyjnych. Nie mogliśmy jednak narzekać na skuteczność egzekwowania stałych fragmentów gry przez Kanonierów, którzy zdobyli drugą bramkę bezpośrednio z rzutu wolnego po pięknym strzale „zewniakiem”. Goście nie potrafili odskoczyć na więcej niż jedną bramkę i to się na nich zemściło, ponieważ stracili bramkę na 2:2 i taki wynik pozostał aż do końca spotkania. Obie drużyny musiały obejść się smakiem.

OLD EAGLES KOŁO - FC MELANGE (9:1)

Mocno osłabiony FC Melange musiał zmierzyć się z nieźle spisującym się Old Eagles Koło, a dodatkowo nie pomagał im fakt, że ostatnio większość spotkań rozgrywali na Arenie Picassa, więc jakby nie patrzeć, grali w tym spotkaniu „na wyjeździe”. Mimo to dość dzielnie sobie radzili w starciu z Orzełkami. Długo utrzymywał się remis, mecz był twardy, ale fair i choć więcej okazji mieli rywale, to Melange prezentował się dobrze. Niestety, w ofensywie wyłączony został Łukasz Słowik, który próbował się przebić przez obronę rywala, ale albo był blokowany, albo w najgorszym wypadku powstrzymywany faulem. Dopiero w 17 minucie wynik otworzył Sylwester Madej, kapitalnym strzałem z dystansu. Przed przerwą na 2:0 podwyższył Jan Fabian i z takim wynikiem drużyny udały się na mały odpoczynek. Taki rezultat dawał jeszcze nadzieję na to, że Melange spróbuje w drugiej części odrobić straty, ale były to nadzieje płonne, bo tuż po przerwie worek z bramkami po stronie Orzełków rozwiązał się na dobre, a goście jakby zdawali sobie sprawę, że tutaj już nic się nie da ugrać. Melanżownicy starali się na różne sposoby zdobyć bramkę m.in. w dość ekwilibrystyczny sposób oddał strzał Bartek Podobas, ale Sebastian Nowakowski stanął na wysokości zadania przerzucając piłkę nad poprzeczką. Dopiero przy stanie 6:0 udało się FC Melange strzelić bramkę honorową. Old Eagles natomiast konsekwentnie powiększało swoją przewagę, kończąc na 9 golach. To co zwraca uwagę to fakt, że po stronie Orzełków na listę strzelców wpisało się aż 8 różnych zawodników, a to tylko pokazuje, jak wyrównana i mocno kadrowo jest ta ekipa. Orzełki po tym spotkaniu wskoczyły na najniższy stopień podium, Melange za to pozostał w środku tabeli, ale coraz mocniej musi się oglądać za siebie, bo strefa spadkowa znacznie się przybliżyła.

 

ENERGIA - BONITO WARSZAWA (4:3)

Pierwsze minuty pod jednoznaczną przewagą gospodarzy, Bonito Warszawa broniło się skutecznie odpierając blisko dziesięć bramkowych sytuacji. Pomagała im w tym dyspozycja pomiędzy słupkami Kuby Przygody, determinacja, ale także spójność formacji w defensywie i mimo wszystko trochę szczęścia. Niewykorzystane sytuacje Energii i po prostu brak skuteczności zemściły się, kiedy Andrzej Skorupa obsłużył podaniem napastnika Diego Deisadze, który skutecznie pokonał bramkarza rywali i wyprowadził na prowadzenie swój zespół. Był to zdecydowany najmocniejszy punkt drużyny Bonito Warszawa. Strategia zespołu gości przed przerwą znowu okazała się skuteczna, ponieważ skutecznie wyszli z kontratakiem i potrafili przekuć sytuację bramkową na kolejnego gola, wychodząc przy tym na prowadzenie 0:2. Po zmianie stron tempo meczu nadal stało na wysokim poziomie, a sam obraz meczu nie uległ większej zmianie. To było niekorzystne z punktu widzenia gości, którym z minuty na minutę zaczęło brakować sił i pojawiały się w ich szeregach błędy. Natomiast gospodarze byli już dużo skuteczniejsi, i przede wszystkim zdecydowani by odwrócić losy spotkania. Mimo to, rywale nie pozostawiali dłużni i zdołali strzelić kolejną bramkę. Na sześć minut przed końcem spotkania Energia zdołała doprowadzić do remisu, by decydującą bramkę na wagę zwycięstwa zdobył Yyrii Biliavskiy.

 

FC BALLERS - FUSZERKA (10:0)

W spotkaniu drużyn z dolnej części tabeli FC Ballers kompletnie zdemolowali ekipę Fuszerki. Mecz jeszcze dobrze się nie zaczął, a już było 2:0 po golach Jana Ojrzyńskiego i Karola Mileja. Gospodarze nie zdejmowali nogi z gazu i defensywa Fuszerki była bez przerwy nękana groźnymi atakami i wynik powinien być dużo bardziej korzystny dla ekipy Artioma Pastushki, ale Ballersom kompletnie rozregulowały się celowniki i mnóstwo strzałów nie trafiało w światło bramki. Kolejne akcje nie przynosiły efektu i dopiero w 22 minucie meczu kapitan gospodarzy huknął z dystansu na 3:0. Po chwili podwyższył Jan Ojrzyński i Ballers schodziło na przerwę z solidną przewagą bramkową. O grze Fuszerki niestety nie możemy napisać zbyt wiele dobrego. Zawodziło praktycznie wszystko, począwszy od spóźnionej obrony, przez brak rozegrania w środku boisko, na fatalnej dyspozycji napadu skończywszy. Goście atakowali rzadko i zbyt czytelnie, na dodatek brakowało zamknięcia akcji oskrzydlającej, czy precyzyjnego strzału i w efekcie golkiper Ballers nie miał zbyt dużo pracy. Druga połowa była praktycznie kalką pierwszej części spotkania. Brak komunikacji w drużynie Fuszerki katastrofalnie wpływał zarówno na morale jak i skuteczność zawodników Jarosława Batorowskiego, za to gospodarze dokładali kolejne gole i ich przewaga na boisku rosła bezapelacyjnie. Tytaniczną pracę w tym spotkaniu wykonał Artiom Pashtushyk, który ostatecznie skompletował dwa gole oraz aż pięć asyst. Mecz zakończył się wynikiem 10:0, dzięki czemu FC Ballers wydostali się ze strefy spadkowej. Przed zawodnikami Fuszerki stoi teraz ciężki zadanie poprawienia komunikacji wewnątrz zespołu, bo przy tak fatalnej grze ciężko będzie nawiązać rywalizację na tym szczeblu rozgrywkowym.

 

UKRANIAN VIKINGS – PERŁA WWA (15:3)

Ukrainian Vikings to obecnie jedna z najmocniejszych ekip w 3-ciej lidze i do starcia z Perłą WWA przystępowali w roli zdecydowanych faworytów. Opinię tę wzmacniał…skład gości. Niestety, poza brakami kadrowymi wśród graczy z pola, nie mieli oni także nominalnego bramkarza. Bardzo szybko gospodarze zdobyli dwubramkową przewagę, a autorem obu był Ivan Markovych, który dwukrotnie wykorzystał świetne podanie Eduarda Vakhidova. Wszystko to rozegrało się w pierwszych dwóch minutach, zatem swoisty szok dla „Perełek”. Niestety, dalsze losy spotkania toczyły się bardzo podobnie. Świetnie zgrani „Wikingowie” co chwila wykorzystywali chaos w linii defensywnej rywali i powiększali sukcesywnie przewagę. Już do przerwy wynik był bardzo jednostronny (6:0). Zmiana stron przyniosła jeszcze większy grad goli, gdyż ekipa z Ukrainy w drugiej odsłonie trafiała aż dziewięciokrotnie. Zabawnym zdarzeniem tego starcia był rzut karny wykonywany przez golkipera gospodarzy, Serhieja Orenchuka. Piłkę po jego strzale odbił stojący wówczas między słupkami, nominalny gracz z pola. Serhii nie dowierzał, że znowu mu ta sztuka nie wyszła i zapowiedział, że następnym razem to już na pewno trafi. Na szczęście dla Perły, także ich gracze przełamali strzelecki impas, gdyż na listę strzelców wpisał się Igor Bartkowski (piękna bomba niemal z połowy boiska !) oraz Oliwier Tetkowski i Jakub Wielocha. Niestety, były to bramki na otarcie łez, gdyż całe spotkanie skończyło się pogromem 15:3.

 

LIGA 4

 

AWANTURA WARSZAWA I - VIRTUALNE Ń (5:3)

Mecz pomiędzy Awanturą I Warszawa i drużyną Virtualne Ń był niezwykle istotny z perspektywy układu tabeli dla obydwu drużyn. Od pierwszych minut ligowcy byli przygotowani na ostrą rywalizację o komplet punktów. Początek spotkania trochę pechowy dla gospodarzy, ponieważ stracili bramkę po samobóju. Kolejne minuty ze wskazaniem na gospodarzy, karta się odwróciła, składniej operowali piłką przechodząc z defensywy do ataku pozycyjnego, by znaleźć się w polu karnym przeciwników. Rywale natomiast próbowali swoich szans w długich piłkach do Szymona Kolasy i szans w pojedynkach 1 vs 1. Mimo wszystko do przerwy gra była ze wskazaniem na gospodarzy, w której brylował tercet Sawicki i bracia Dominiak. Ich wkład był nieodzowny w tej części spotkania, zbudowali przewagę i zakończyli pierwszą część spotkania dwubramkowym prowadzeniem 4:2. Po zmianie stron na boisku był większy chaos, brakowało konkretów, ale wciąż większą inicjatywą wykazywali się gospodarze, których ataki były groźniejsze, wykonywali szybsze podania, częściej stwarzali zagrożenie. To był klucz do zwycięstwa w tym spotkaniu i mimo, że dochodziło do słownych starć, to nie doszło do złamania zasad gry fair play. Warto również wyróżnić postawy bramkarzy obydwu drużyn, którzy w najważniejszych momentach stawali na wysokości zadania, mimo że wcale tak wiele ich nie było. Ostatecznie Awantura I Warszawa potrafiła dowieźć wynik do końca. dzięki czemu mogli się cieszyć z bardzo istotnego zwycięstwa z bezpośrednim rywalem w ligowej tabeli. Kapitanowie obydwu zespołów zgodnie wybrali bramkarzy na najlepszych zawodników tego spotkania. Końcowy wynik to 5:3 na korzyść gospodarzy.

 

OLDBOYS DERBY - LTM WARSAW (6:7)

Jedno z najciekawszych, najbardziej zaciętych i pełnych zwrotów spotkanie miało miejsce w 4-tej lidze, gdzie Oldboys Derby podejmowało LTM Warsaw. Zespoły o zupełnie różnych profilach graczy, gdzie gospodarze pełni byli doświadczonych wyjadaczy boiskowych, a zespół rywali to przede wszystkim, wciąż młodzi gracze pełni werwy i charakteru. Na boisku działo się sporo, zarówno piłkarsko, jako i emocjonalnie. Na szczęście dość szybko gracze obu drużyn zapanowali nad nerwami i skupili się na meczu, dzięki czemu stworzyli genialne widowisko. Ale po kolei. Już pierwsza minuta przyniosła aż dwa gole, kiedy najpierw po podaniu Krzyśka Kulibskiego do bramki rywali trafił Piotrek Baran, a w odpowiedzi, dosłownie kilka sekund później, stan meczu wyrównał Jacek Pryjomski. Etatowy snajper gospodarzy był także autorem trafienia na 2:1, a świetnym podaniem popisał się Krzysiek Mamiński. Kilka słupków, trochę szarpaniny i świetna gra w obronie Oldboysów długo pozwalały utrzymać korzystny rezultat, jednak bramka na 2:2 zupełnie ich zaskoczyła. Po rzucie rożnym wykonywanym prze „Kulę” do piłki dopadł…bramkarz LTM-u, Artur Jędrych i pewnym strzałem pokonał zaskoczonego Michała Piątkowskiego. Odpowiedź na zamknięcie wyniku w pierwszej odsłonie była jednak wyborna, gdyż po rzucie z autu Marcina Wiktoruka, piłkę z woleja uderzył Wojtek Nowak, dając swojej ekipie prowadzenie 3:2. Druga połowa od pierwszych minut, trzymała w napięciu. Świetne podanie Grześka Bogdańskiego do Krzyśka Kulibskiego, piękny strzał z dystansu i mamy 3:3. Po drugiej stronie boiska, rzut rożny wykonywany przez Łukasza Maziarza, piłka pod nogami Wojtka Nowaka, a ten, dokładnym strzałem po ziemi nie daje szans golkiperowi rywali. LTM jednak nie daje za wygraną i po kolejnej, świetnej akcji „Kuli” piłka trafia pod nogi Jakuba Lipnickiego, a ten strzałem po ziemi w długi róg daje kolejne wyrównanie, tym razem na 4:4. Wymiana ciosów trwała w najlepsze, a autorem kolejnego był Tomek Ciesielski, który po podaniu Wojtka Nowaka wpakował piłkę do siatki na 5:4. Po raz pierwszy, na „bezpieczny” dystans gracze Derby odskoczyli po trzecim trafieniu Wojtka Nowaka, który wykorzystał podanie Łukasza Łukasiewicza i podwyższył na 6:4. Wtedy jednak rozpoczął się „Kula-Show”. Najpierw popisał się świetnym podaniem do Jakuba Lipnickiego (6:5), a następnie rozpracował akcję, po której piłkę w bramce umieścił Piotrek Baran. Była ostatnia minuta meczu, stan potyczki 6:6. Rzut wolny, mur ustawiony, do piłki podchodzi Krzysiek Kulibski. Przymierza i…strzałem obok muru nie daje szans Michałowi Piątkowskiemu, trafiając na 6:7 ! Po tej bramce sędzia zakończył zawody, a gracze LTM-u zaczęli świętować cenne trzy punkty po prawdziwym thrillerze. Świetny mecz !

 

FC POPALONE STYKI - BYCZKI STARE BABICE (8:6)

Spotkanie dwóch sąsiadujących drużyn w środku tabeli zapowiadało się niezwykle interesująco. Drużyna Popalonych Styków podejmowała Byczków ze Starych Babic. Mecz rozpoczął się od pięknego gestu Fair Play ze strony gospodarzy. Zdjęli oni bowiem jednego ze swoich zawodników widząc, że jeszcze nie cały skład rywala zdołał przybyć na mecz. Obydwie drużyny przystąpiły zatem do rywalizacji grając po czterech w polu, poszerzając tym samym pole gry. Tak piękne zachowanie i idące za nim zmiany poskutkowały szybkim otwarciem wyniku. Po podaniu Julii Błażejowskiej do Wojtka Koniecznego gospodarze mogli cieszyć się z objęcia prowadzenia. Spotkanie toczyło się w dość równym tempie. Drużyny na zmianę dochodziły do głosu kontrując się wzajemnie, ale to Styki lepiej potrafiły skorzystać ze swoich okazji – wychodząc w późniejszym etapie gry na czterobramkowe prowadzenie. Byczki dążące do wyrównania w tym spotkania, zmieniły swoją strategię dzięki dużej ilości stałych fragmentów gry, które wychodziły im wprost wybornie. Na początek Kacper Krzyt pięknym i bezpośrednim strzałem pokonał bramkarza Styków - wprost z rzutu rożnego. Moment później po otrzymanym podaniu z rzutu wolnego ustalił on wynik do przerwy na 4:2. W drugiej odsłonie rywalizacji goście próbowali gonić gospodarzy zbliżając się na zaledwie jedną bramkę. Mimo zaangażowania i zdrowia pozostawionego na boisku nie udało im się odrobić strat. Wpływ na to miała bardzo dobra dyspozycja reprezentantki Popalonych Styków, która zakończyła ten mecz z dwiema bramkami i taką samą liczbą asyst. Bez dwóch zdań gdyby nie Julia, mecz mógłby potoczyć się zgoła odmiennie. Odstawiając jednak na bok wszelkie spekulacje – jedno jest pewne, a mianowicie wynik  końcowy brzmi 8:6

 

WIERNY SŁUŻEWIEC - FC RADLER ŚWIĘTOKRZYSKI (4:1)

Gdy naprzeciw siebie wychodzą lider tabeli i zespół zamykający ligową stawkę naturalnym jest, że za faworyta uważa się tych pierwszych. Jednak Wierny, mimo że Radler znajdował się po drugiej stronie tabeli, łatwej przeprawy nie miał. Goście postawili trudne warunki, mądrze broniąc się od połowy boiska. Gospodarze próbowali rozciągać grę, przerzucając piłkę z jednej strony boiska na drugą, ale nie mogli znaleźć wolnych przestrzeni, które otworzyłyby drogę do bramki. Dłuższą chwilę musieliśmy poczekać na pierwszą bramkę, ale w końcu do siatki trafił Piotr Gratkowski. Wierny nie cieszył się długo z prowadzenia, bo po kontrze i strzale z dystansu Macieja Lisa zrobiło się 1:1. Każdy z zespołów wrócił do swojej taktyki z początku meczu, lecz jeszcze przed przerwą udało się ponownie wyjść gospodarzom na prowadzenie i po 25 minutach mieliśmy 2:1. W drugiej części widzieliśmy podobny przebieg meczu co w pierwszej połowie. Wierny próbował grać szeroko, niekiedy próbując strzałów z dystansu, Radler natomiast czekał na błąd rywala i kontry. Jednobramkowa przewaga była bardzo wątła i mimo że Wierny prowadził grę, to bardziej w powietrzu wisiała bramka dla Radlera. Jednak w końcu udało się ekipie ze Służewca zdobyć gola na 3:1 i to nieco uspokoiło ich grę. Chwilę później było już 4:1 i raczej było pewne, że tego zwycięstwa Wierny nie wypuści z rąk. Tak też się stało i 3 pkt powędrowały na Mokotów, choć trzeba oddać, że Radler mocno postawił się liderowi i choć wciąż czeka na pierwszą zdobycz punktową, to przy lepszej skuteczności jest szansa, że uda się zapunktować jeszcze w tej rundzie.

 

MARGERITA TEAM - KS IGLICA WARSZAWA (9:2)

7 kolejkę w czwartej lidze zakończyliśmy spotkaniem Margerity z Iglicą. Margerity, która znajdowała się w strefie spadkowej, nie świętując zwycięstwa w trzech kolejnych meczach i Iglicy, która od pięciu spotkań nie przegrywała. Wielu mógł zatem zaskoczyć nasz typ, którym zasugerowaliśmy przerwanie dwóch serii i zwycięstwo gospodarzy. Tymczasem wychodzi na to, że mieliśmy rację! Od samego początku było widać przewagę Margerity. Strzelanie rozpoczął Łukiewicz, który wykazał się dużą wolą walki - mógł się przewrócić w polu karnym, ale postanowił utrzymać się na nogach i opłaciło mu się to! Na 2:0 dobił Pielak, a akcję, prowadzącą do trzeciej bramki, zapoczątkował Kurowski, który przejął piłkę i wystawił koledze. Chwilę później obrońcy Iglicy pozwolili rywalom przejąć piłkę, a gdy Celuch zgarnia futbolówkę w polu karnym to rzadko się myli. Przed przerwą padła jeszcze jedna bramka dla MT, ale gdy jeden z ich piłkarzy obejrzał żółtą kartkę, goście stworzyli sobie kilka obiecujących sytuacji - pochwalić należy Bartka Drzewuckiego, który dzielnie walczył o czyste konto. Finalnie nie udała mu się ta sztuka, bo już na początku drugiej połowy Cyranowski zmieścił piłkę między jego nogami i zdobył honorowe trafienie dla swojego zespołu. Zmotywowało to Margeritę, której zawodnik załadował prawdziwą bombę pod poprzeczkę na 6:1. W okienko trafili też goście, gdy po rzucie rożnym trafił Dąbrowski. Później Iglica miała dwie świetne okazje po uderzeniach główkami, ale nie udało im się podgonić przeciwnika. Co więcej, sami oddalili się od nich, bo Szydłowski pokonał własnego bramkarza, zdobywając gola samobójczego. Pod koniec obrona popełniła jeszcze jeden błąd i po ostatnim gwizdku było 9:2. Niestety widowisko popsuły udzielające się emocje zawodnikom obu zespołów, którzy oprócz ostrzejszej gry, długo kłócili się w wulgarny sposób. Mamy nadzieję, że za tydzień chłopaki skupią się już tylko na grze w piłkę, bo niewątpliwie mają do tego predyspozycje.

 

LIGA 5

 

MUNJA - TORNADO SQUAD (4:2)

Mecz Munji z Tornado zaczął się od dwóch szybkich ciosów gospodarzy. Już po około 5 minutach prowadzili 2:0 po dwóch golach Roberta Zająca. Po takim początku można było przypuszczać, że to spotkanie może się skończyć wysoką wygraną Munji. O dziwo, rywale wcale się nie podłamali, nie wywiesili białej flagi, a wręcz przeciwnie, toczyli wyrównany bój z rywalem. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że zliczając wszystkie dogodne sytuacje bramkowe, to Tornado wcale nie odstawało od oponentów. Jeszcze w pierwszej części, przy lepszej skuteczności, goście mogliby przynajmniej wyrównać. W premierowych 25 minutach jednak więcej goli już nie oglądaliśmy i do przerwy utrzymał się wynik 2:0. Po zmianie stron Tornado udało się zdobyć bramkę kontaktową, której autorem był Patryk Bejnarowicz. Można było liczyć na to, że po tym golu w gości wstąpi większa wiara w to, że uda się odwrócić losy meczu, ale niestety nie trwało to długo.  W polu karnym tak niefortunnie piłka odbiła się od zawodnika Tornado, że ta zmyliła bramkarza i wpadła do siatki. Chwilę później Michał Sztajerwald strzelił na 4:1 i właściwie można powiedzieć, że było już po meczu. Munja miała już wystarczającą przewagę, by dowieźć zwycięstwo do końca. Jeszcze Tomasz Wiśniewski nieco zmniejszył rozmiary porażki, ale po końcowym gwizdku kolejna przegrana Tornado stała się faktem.

 

PRAGA WARSZAWA - ADP WOLSKA FERAJNA (12:3)

W niedzielny poranek na Grenady jako pierwsze do rywalizacji przystąpiły ekipy Pragi Warszawa z ADP Wolską Ferajną. Goście tego dnia mieli kłopot ze składem i na mecz stawili się  w zaledwie pięciu. To nie zwiastowało łatwej przeprawy tym bardziej, że gospodarze jak zawsze mocno nastawili się na kolejne punkty i umocnienie się na szczycie tabeli. Pierwsze minuty to szybkie bramki Artura Markiewicza. Przy stanie 3:0 było wiadomo, że ten pojedynek będzie jednostronnym widowiskiem. Ekipa Kamila Jagiełło starała się ustawić szyki obronne i czyhała na ewentualne kontry. Po przechwycie Adama Wiśniewskiego nadarzyła się okazja na bramkę i efektownym rajdem przez całe boisko popularny Wiśnia strzelił gola na 3:1. To były jednak sporadyczne sytuacje bo w całej pierwszej połowie dobrze zorganizowana defensywa Pragi na zbyt wiele nie pozwalała swoim rywalom. Jeszcze przed przerwą ponownie obrońca gości z rzutu wolnego trafił do bramki przeciwników i wynik do przerwy nie był taki zły jak na okoliczności z jakimi musieli się mierzyć zawodnicy ADP Wolskiej Ferajny. Po 25 minutach mieliśmy rezultat 5:2. Po zmianie stron z każdą minutą goście opadali z sił, a gospodarze starali się zdobyć jak najwięcej bramek, które mogą się liczyć na koniec sezonu. W ataku szczególnie aktywny był jak zawsze Patryk Pawłowski, a znakomitą robotę i sporo niezłych akcji przeprowadzał Artur Markiewicz. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 12:3 i z perspektywy gry przez całe 50 minut w zaledwie pięciu zawodników brawa za walkę dla teamu Kamila Jagiełły. Praga Warszawa natomiast zdobywa kolejne cenne trzy punkty i widać że chce zakończyć rundę w fotelu lidera.

 

PRZYPADKOWE GRAJKI - STADO SZAKALI (3:10)

W przedmeczowych zapowiedziach stawialiśmy, trochę wbrew tabeli, na wygraną Przypadkowych Grajków. I przynajmniej w pierwszej części meczu wydawało się, że ten typ nie był wcale taki kontrowersyjny. Już w 4 minucie gospodarze wyszli na prowadzenie, za sprawą Macieja Krupińskiego. Parę minut później było już 2:0 po bramce tego samego zawodnika i byliśmy świadkami małej niespodzianki. Grajki cofnęły się na własną połowę, wciągając w nią swoich rywali, którzy atakowali nawet całą piątką. To dawało przestrzeń Grajkom do kontr i często nawet jednym długim podaniem potrafili przenieść się pod bramkę rywala z groźną akcją. Niestety dla nich, nie wykorzystali wszystkich swoich okazji i w dalszej części meczu to się zemściło. Ataki Szakali w końcu przyniosły efekty, choć pierwszą bramkę zdobyli z rzutu wolnego. To przełamało szczelną do tej pory obronę Grajków i jeszcze przed przerwą Szakale wyszli na prowadzenie 2:3. W drugiej połowie sprawy w swoje ręce wziął Kamil Ceran. To on dyrygował grą Szakali i zdobył dwie bramki, dzięki którym jego zespół odskoczył rywalowi na 2:5. Od tego momentu goście powiększali swoje prowadzenie, jednocześnie grając znacznie swobodniej w ataku. Szybka wymiana piłki i dobrze dopracowane sytuacje strzeleckie zamieniały się na kolejne gole dla tej drużyny. Przy stanie 2:8 Grajki jeszcze raz trafiły do siatki, ale ten gol za wiele nie zmienił w obrazie gry. Ostatecznie skończyło się na 3:10, choć z przebiegu całego spotkania Przypadkowe Grajki nie zasłużyły na aż tak wysoką porażkę.

 

SANTE - BRD YOUNG WARRIORS (4:6)

Od pierwszych minut w meczu Sante z BRD Young Warriors w ramach 7.kolejki było pozostawione przez zawodników obu drużyn dużo miejsca, co pozwalało wykorzystywać przewagi w pojedynkach 1vs1. BRD na początku meczu dwukrotnie bardzo groźnie przeprowadzili kontrataki, jednak dopiero po pięknym strzale zawodnika gości piłka odbiła się od poprzeczki I trafiła w plecy bramkarza. Kolejny gol dla gości padł po błędzie gospodarzy i mieliśmy już 0:2. Sante, do czego nas już przyzwyczaili z minuty na minutę się rozkręcali, czym dawali wyraz w postaci liczby wypracowanych ataków. Tak zdominowali ten fragment gry, że potrafili zremisować I wyjść na prowadzenie jeszcze przed przerwą na 3:2. Po zmianie stron rywale szybko się otrząsnęli i to oni zaczęli prowadzić grę podobnie jak to miało miejsce na początku pierwszej połowie. Prym wiódł Arkadiusz Bieniek. Gra nam się trochę podostrzyła, ale sędzia potrafił skutecznie zareagować, czym ochłodził zapędy ligowców do ostrej, często niepotrzebnej gry. Sante na czele z Adamem Lewandowskim nie byli w stanie wytrzymać kondycyjnie trudów spotkania i dzięki również temu przewaga rywali doprowadziła do zwycięstwa BRD Young Warriors 4:6, które im się należało z perspektywy obrazu całego spotkania.

 

EAST TEAM - FC ALBATROS (3:3)

Ten mecz miał przynieść nam odpowiedz na pytanie, czy East Team jest drużyną, która może bić się z najsilniejszymi o mistrza piątej ligi. Z drugiej strony Albatros miał udowodnić, że zasługuje na miano nazywania ich najsilniejszymi w lidze. Spotkanie było rozgrywane w bardzo dobrym tempie, dużo się działo pod bramkami obu bramkarzy, tylko gdzieś w ostatnim momencie waga meczu chyba paraliżowała napastników jednych i drugich. W pierwszej połowie oglądaliśmy trzy bramki, 2 dla East Teamu i jedna dla Albatrosów. W drugiej połowie, jak to przy spotkaniach takiej rangi, w dodatku przy stykowym wyniku zaczęło pojawiać się trochę uszczypliwości z obydwu kierunków, na szczęście wszystko było w granicach rozsądku i mecz dalej toczył się swoim dobrym, szybkim tempem. Zespół gospodarzy mógł podwyższyć prowadzenie, po niedozwolonym zagraniu we własnym polu karnym sędzia był zmuszony podyktować rzut karny, ale Piotrek Arendt wyczuł intencje strzelającego i wybił piłkę do boku. Druga połowa to również trzy gole, tylko, że dla dla zespołu gości i jeden dla East Teamu. Wynik 3:3 i na tyle pytań przed rozpoczęciem spotkania nie uzyskaliśmy żadnej odpowiedzi, ale to dobrze, bo widać jak czołowe drużyny w tej lidze są wyrównane.

 

LIGA 6

 

MIEJSKIE ZIEMNIACZKI – COMPATIBL (12:5)

Mecz pomiędzy Miejskimi Ziemniaczkami, a CompatiblL zapowiadał się raczej jako walka underdoga z potentatem, ale jak to rzeczywiście wyglądało na boisku? Już w pierwszych minutach goście wyszli na prowadzenie, a oprócz tego doskonale zachował się w bramce Oleksandr Fedosiuk. Mimo to Miejskie Ziemniaczki stale próbowały wymusić błąd w zespole rywali. CompatibL w tej części gry próbował swojego szczęścia w kontratakach. Przez kilka minut mieliśmy fragment gry w środkowej części boiska, brakowało składnych akcji po obydwu stronach. W drugiej części pierwszej połowy doszło do wymiany ciosów gol za gol, ale kropkę nad „i” postawił Konrad Konik, który skutecznie wyegzekwował rzut karny po błędzie rywali. Do połowy mieliśmy wynik 2:2. Po zmianie stron w gospodarzy jakby ktoś natchnął nową energię, biegali od pola karnego do pola karnego, potrafili zepchnąć do głębokiej defensywy rywali oraz wykorzystać swoje atuty właśnie w postaci szybkiego przeprowadzenia piłki na stronę rywala. Efektem tego były kolejne skuteczne akcje tercetu Konik-Saif-Zimny, który był nie do upilnowania. Obrońcy CompatibL starali się wrócić do gry, jednak najpierw cztery, a później pięć kolejno straconych bramek może podciąć skrzydła. Co ważne gospodarze za wszelką cenę chcieli strzelać kolejne gole, co było paradoksalnie fair wobec rywali, ponieważ z szacunku do lidera nie zwolnili tempa ani przez chwilę. Rozbici goście w tej części połowy zdobyli w sumie trzy bramki, tego dnia było to za mało. Ostatecznie zasłużone zwycięstwo padło łupem gospodarzy, którzy wygrali 12:5, dzięki zwycięstwu uciekli ze strefy spadkowej ligi 6.

 

COSMOS UNITED - HISZPAŃSKI GALEON (13:4)

W niedzielne popołudnie Cosmos United podejmował Hiszpański Galeon. Obu ekipom bardzo zależało na zdobyciu kompletu punktów, by poprawić swoją pozycję w ligowej tabeli. Mecz zdecydowanie lepiej zaczęli "kosmiczni", ich gra od początku meczu zazębiała się dzięki czemu stwarzali sobie wiele bramkowych sytuacji. Na pierwszego gola nie musieliśmy długo czekać. Na indywidualną akcję zakończoną strzałem zdecydował się Paweł Kucharski i dał prowadzenie swojej drużynie. Z każdą upływającą minutą coraz groźniejsze sytuacje pod bramką gości, stwarzali sobie zawodnicy gospodarzy. Dopiero przy stanie 2:0 na chwilę przebudzili się zawodnicy Hiszpańskiego Galeonu, dwójkową akcję Magnusa Michalskiego oraz Norberta Skrzecza wykańcza ten drugi i mieliśmy 2:1. Niestety gości jednak w tej części spotkania nie było stać już na nic więcej, a gospodarze z każdą upływającą minutą powiększali swoją przewagę i na przerwę schodziliśmy przy stanie 6:1. Druga połowa nie przyniosła zmiany obrazu gry, goście nadal rozpaczliwie bronili swojej bramki starając się co jakiś czas wyprowadzać kontrataki. Cosmos United natomiast co chwile nakręcali się zdobytą bramką i powiększali swoją przewagę. Prawdziwą kanonadę strzelecką w tym meczu urządził sobie Chris Rodil Kalaba, który był autorem aż sześciu bramek i bez wątpienia był jednym z wyróżniających się zawodników w tym meczu. Przy wyniku 10:2 w szyki obronne gospodarzy wdało się małe rozluźnienie, ale dwie strzelone bramki przez Hiszpański Galeon nie miały już zupełnie wpływu na końcowy rezultat. Spotkanie zakończyło się wynikiem 13:4 i dzięki temu "Kosmici" mocno zbliżają się do strefy medalowej, a Hiszpański Galen coraz mocniej "umacnia się" w strefie spadkowej.

 

LUJWAFFE TARCHOMIN - BAD BOYS (8:5)

Zespół Lujwaffe Tarchomin w ubiegłym tygodniu zgarnął bez wysiłku cenne trzy punkty, ponieważ ich przeciwnik nie stawił się na boisku. Zespół Bad Boys przeżywający problemy kadrowe nie byli w stanie stawić czoła ówczesnym liderom ligi i swój mecz wyraźnie przegrali. Gospodarze lepiej rozpoczęli mecz otwierając wynik spotkania już w drugiej minucie. Po straconej bramce do odrabiania strat wzięli się goście, którzy najpierw strzelili w słupek, a chwilę później doprowadzili do wyrównania. Wynik ten utrzymywał się tylko przez chwilę, gdyż ponownie gospodarze wyszli na prowadzenie. Mecz do tej pory był bardzo wyrównany, ale bardziej konkretny w swoich ataków był zespół gospodarzy. Mądra gra w obronie oraz wykorzystywanie błędów przeciwnika sprawiły, że w ciągu kilku minut zawodnicy z Tarchomina osiągnęli czterobramkową przewagę. W ostatniej akcji pierwszej połowy źli chłopcy zdołali raz pokonać Aleksa Janickiego i na przerwę drużyny schodziły z wynikiem 5-2 dla gospodarzy. Druga połowa rozpoczęła się od ataków z obydwu stron, czego efektem była jedna bramka strzelona przez każdą z drużyn. W kolejnych minutach inicjatywę przejęli goście, którzy nie mając nic do stracenia rzucili wszystko co najlepsze do przodu. Dwie strzelone bramki przez gości sprawiły, że ich strata stopniała do jednej bramki. Chwilę po strzelonej bramce zawodnicy gospodarzy ponownie dwukrotnie pokonali bramkarza Bad Boysów, którzy po raz kolejny w tym sezonie musieli uznać wyższość swoich rywali. Zawodnicy Lujwaffe Tarchomin wygrywając drugi mecz z rzędu wskoczyli do górnej części tabeli, ale różnice punktowe na tym poziomie rozgrywkowym są bardzo małe i wszystko może się zmienić po rozegraniu następnej kolejki spotkań.

 

MOBILIS - SLAVIC WARSZAWA (5:4)

W kolejnym meczu mierzyli się Mobilis i Slavic Warszawa czyli zespoły, które walczą o to, by zakończyć rundę jesienną na podium. Lepiej zaczęli zawodnicy Slavic, którzy po kilku minutach otworzyli wynik meczu po bardzo mocnym strzale Arka Zarzyckiego. Piłka zanim przekroczyła linię odbiła się jeszcze od poprzeczki, po czym wyszła w pole i zawodnicy Mobilisu próbowali protestować twierdząc, że piłka nie przekroczyła linii bramkowej. Sędzia jednak wskazał na środek boiska, uznając bramkę na 0:1. Chwilę później mieliśmy ponownie remis, po bramce Rafała Dudy. Ten zawodnik okazał się kluczowy dla Mobiliu, kiedy to Slavic znów wyszedł na prowadzenie 1:2. Właśnie wtedy dwa gole napastnika gospodarzy sprawiły, że Mobilis odrobił straty z nawiązką. Jeszcze przed przerwą na 4:2 podwyższył Ireneusz Kowal i Mobilis mógł być zadowolony po 25 minutach. Po zmianie stron lepiej w mecz wszedł Slavic Warszawa. Najpierw Krzysztof Blankiewicz zdobył bramkę kontaktową, a następnie za sprawą Tomasza Markowicza goście doprowadzili do wyrównania 4:4. Na tym etapie meczu zawody były bardzo wyrównane i właściwie zwycięstwo mogło przechylić się na korzyść którejkolwiek ze stron. Tego dnia padło na ekipę Mobilisu, a bramka, którą przypieczętowali zwycięstwo, była przedniej urody. Aleksander Janiszewski dośrodkował w pole karne, a Ireneusz Kowal kapitalnie złożył się do główki i szczupakiem umieścił piłkę w siatce. Nawet rywale byli pod wrażeniem, bo takich goli nie oglądamy zbyt często. W końcówce jeszcze żółtą kartką ukarany został zawodnik Mobilisu i gospodarze kończyli w osłabieniu. Slavic mimo częstych ataków i usilnych prób nie doprowadził już do wyrównania. 3 punkty powędrowały do gospodarzy, choć Slavic również zaprezentował się całkiem nieźle.

 

FC TARTAK - LAISSEZ FAIRE UNITED (5:3)

Drużyna Fc Tartak po kolejnych dwóch wygranych meczach umocniła się na podium na tym poziomie rozgrywkowym i jest jednym z głównych faworytów do awansu. Zawodnicy Laissez Faire United ostatnich spotkań nie mogą zaliczyć do udanych, gdyż z dziewięciu możliwych punktów zdobyli tylko jeden. Jednak mimo mniejszej ilości zdobytych punktów lepiej spotkanie rozpoczęli goście, którzy już na początku meczu wyszli na prowadzenie. Podrażnieni straconą bramką zawodnicy gospodarzy od razu wzięli się do roboty i aż trzykrotnie w krótkim odstępie czasowym pokonali bramkarza gości. Kolejne minuty to dominacja zawodników Luca Kończala, którzy najpierw trafili w słupek by chwilę później podwyższyć swoje prowadzenie. Ostatnie słowo w pierwszej połowie należało do gości, którzy zdołali zmniejszyć stratę do dwóch bramek i drużyny schodziły na przerwę z wynikiem 4-2. Na początku drugiej części spotkania pewnie, z rzutu karnego, prowadzenie podwyższyli gospodarze. Kolejne minuty oprócz kar dla obydwu drużyn oraz dwóch strzałów w słupek zespołu gości nie przyniosły zmiany rezultatu. Chwilę przed końcowym gwizdkiem sędziego kolejną bramkę zdobyli goście i było to trafienie które ustaliło wynik spotkania na 5-3. Po tym zwycięstwie zespół FC Tartak wskoczył na fotel lidera i przynajmniej do następnej kolejki może na wszystkie drużyny patrzeć z góry. Drużyna Laissez Faire United przegrywając ten mecz znalazła się w strefie spadkowej, ale strata do bezpiecznego miejsca wynosi tylko punkt. Warto zwrócić uwagę na fakt, że w Tartaku na 5 strzelonych bramek było 5 różnych strzelców, co tylko potwierdza, że Drwale potrafią być niebezpieczni w każdej formacji swojego zespołu.

 

 

LIGA 7

 

WIĘCEJ SPRZĘTU NIŻ TALENTU - KUBANY (5:6)

Przed meczem pisaliśmy, że będzie to arcyważne spotkanie, bo jeśli wygrają Kubany to obie ekipy zrównają się punktami. I to właśnie gościom dawaliśmy większe szanse, choć faktycznie szykował się niezwykle wyrównany mecz. I taki też był! Mimo kilku “setek” zawodników w pomarańczowo-czarnych strojach, pierwszą bramkę zdobyli dopiero w 15 minucie. Karol Talarek inteligentnie przełożył obrońcę i wykończył strzałem przy słupku. Chwilkę później Kubany mogły podwyższyć prowadzenie, ale ich gol nie został uznany, ze względu na źle wykonany rzut z autu. Goście nie zrezygnowali ze swoich starań i w końcu podwyższyli prowadzenie. W 22 minucie bramkę kontaktową zdobył Zawadzki, który popisał się spokojem w polu karnym rywali. Przed przerwą dwa kolejne trafienia zaliczyli goście (między innymi piękne uderzenie z daleka Antoniuka), a wynik w protokole prezentował się następująco - 1:4. W drugiej połowie Łuczak wziął sprawy w swoje ręce i pomógł swojej drużynie wrócić do gry. W 34 minucie mieliśmy zatem 3:4, a sprawa ostatecznego rozstrzygnięcia wciąż była otwarta. Na szczęście dla Kubanów, Papadiuk był tego dnia w świetnej formie i dał im trochę oddechu kolejnym trafieniem. Parę minut później obserwowaliśmy jednak nieporozumienie obrońców gości, które skrzętnie wykorzystali reprezentanci WSnT. Mimo tych starań i pięknej pogoni nie zdołali ani razu wyjść na prowadzenie. Ostatecznie Kubany wygrały 6:5, doganiając rywali w ligowej tabeli.

 

FC POLSKA GÓROM - KS ZŁOTY STRZAŁ (11:2)

Gospodarze, czyli FC Polska Górom, słyną z silnych i nieprzewidywalnych charakterów, ale także solidnego kolektywu, który jednak wciąż ma problemy z załapaniem stabilizacji, czego efektem jest tylko środek tabeli. Z kolei goście, czyli KS Złoty Strzał, do tej pory tylko raz zdołał wywalczyć punkt w zremisowanym meczu. Początek raczej zgodnie z oczekiwaniami, grający twardą piłkę „Polacy” przejęli dość szybko inicjatywę i raz po raz nękali młodych graczy gości pod ich bramką. Pierwszy efekt przyniosła akcja przeprowadzona przez Kubę Kucharskiego, który dograł piłkę do Czarka Dudka, a ten strzałem po ziemi otworzył rezultat potyczki. Także „Czarodziej” był autorem bramki na 2:0, kiedy nie zmarnował podania kolegi. Kolejne dwa trafienia to świetna gra Kacpra Kowalskiego, który najpierw po dograniu Michała Oktały zdobył bramkę na 3:0, a następnie wykreował świetną okazję dla wspomnianego wcześniej Kuby Kucharskiego, a ten podwyższył na 4:0. Kiedy wydawało się, że „Złoci” nie będą mieli nic do powiedzenia, bramkę dla gości zdobył Michał Belina. Jeszcze przed przerwą gracze KS-u stanęli przed okazją skrócenia dystansu i ją wykorzystali, a konkretnie poprzez egzekucję rzutu karnego w wykonaniu Janka Garnczarka i mieliśmy 4:2. Niestety, druga połowa to absolutna dominacja ekipy Olo Kuśmierza. Możemy to jedynie skwitować faktem, iż strzelali w niej tylko  „Polacy”  i to aż siedmiokrotnie. Najlepsze statystyki indywidualne zapisali na swoim koncie Kacper Kowalski (trzy bramki i dwie asysty), Kuba Kucharski (dwa trafienia oraz cztery asysty) oraz autor czterech goli, Czarek Dudek. Wynik końcowy 11:2 niestety oddawał przebieg spotkania. FC Polsce Górom gratulujemy kompletu punktów, a młodym graczom gości życzymy powodzenia w kolejnych spotkaniach !

 

ŻOLIBALL - LAGA WARSZAWA (2:11)

Nie mogło być inaczej. Laga Warszawa wygrała swój siódmy mecz z rzędu i może już poważnie myśleć o złotym medalu na koniec sezonu. Żoliball natomiast walczy o wyjście ze strefy spadkowej, ale jeśli tylko będą przychodzić pełnym składem, powinni dać radę się utrzymać. Nie przybliżyli się jednak do tego celu w 7. kolejce, bo już po sześciu minutach dwiema bramkami prowadzili goście. Żółtowski zaliczył asystę i zdobył gola, więc nic dziwnego, że został finalnie wybrany zawodnikiem meczu. Z drugiej strony Żoliballe dawali z siebie 100% i zdołali zdobyć bramkę kontaktową. Później jednak Wzorek i Pogłód dali o sobie znać, sprawiając, że do przerwy było już 1:4. W drugiej połowie wyglądało to podobnie. Mecz bez większej historii, bo Lagersi się rozpędzali, a ekipa z Żoliborza nie była w stanie temu zapobiec. Hat-tricki zdobyli Dąbrowski i Wzorek, kilka asyst zanotowali Bajek i Święcicki. Bramkową passę gości przerwał Kamil Lanek, który pewnie wykorzystał rzut karny, strzałem w okienko. Zawodnik gospodarzy okazał się prawdziwym mistrzem stałych fragmentów gry, biorąc pod uwagę, że w pierwszej połowie wykonywał rzuty rożne na przemian prawą i lewą nogą! Ostatecznie jednak na niewiele się to zdało, bo lider 7. ligi kontynuował swoją dominację i doprowadził do wyniku 2:11.

 

KS PARTYZANT WŁOCHY - FC DZIKI Z LASU (5:13)

W meczu pomiędzy zajmującymi drugie miejsce w tabeli Dzikami, a drugimi od końca Partyzantami z Włoch goście wyraźnie stawiani byli w roli faworyta. Pierwsze minuty spotkania przebiegały bardzo spokojnie i zawodnicy obydwu drużyn badali wzajemnie w jakiej dyspozycji jest ich przeciwnik. Ku zdziwieniu wszystkich to drużyna gospodarzy pierwsza wyszła na prowadzenie w tym meczu - po strzale Michała Danga. Radość chłopaków z warszawskich Włoch nie trwała jednak zbyt długo. Na początek Tymek Kuroczko po asyście Konrada Adamczyka pokonał bramkarza gospodarzy i tym samym rozwiązał worek z bramkami dla Dzików. Wcześniej wymieniony zawodnik z Bielan korzystając z dobrej dyspozycji dnia w pierwszej połowie dołożył do swojego dorobku jedną asystę, oraz dwie bramki. Jego koledzy postanowili pójść jego śladami, a w szczególności Szymon Bednarski, który postanowił sprawdzić kto strzeli w tym meczu więcej bramek i zaliczy więcej asyst. To właśnie ciągłą żądza powiększania przewagi doprowadziła ich do komfortowego wyniku 2:6 – kończąc tym samym pierwszą odsłonę rywalizacji. Druga połowa to kontynuacja skutecznego oblegania bramki Partyzanta. Gospodarze starali się jak mogli, aby wyciągnąć z tego meczu jak najlepszy wynik. Niestety wola walki okazała się niewystarczającym argumentem w zderzeniu z boiskową jakością rywala. Sytuacja w tabeli, braki kadrowe i różnica poziomu sportowego te aspekty zadecydowały o finalnym rezultacie 5:13.

 

WIECZNIE DRUDZY - FFK OLDBOYS (8:4)

Pewne zwycięstwo gospodarzy nad faworyzowanymi gości. Ekipa Piotra Kawki w minioną niedzielę odniosła wysoką wygraną nad drużyną FFK Oldboys i mimo mało skutecznej pierwszej połowy tego pojedynku zdołała zaskoczyć swoich rywali w drugiej odsłonie. Kapitalny Oskar Krajewski, który zdobył tego wieczoru cztery bramki, zaliczając przy tym jedną asystę spisał się wprost kapitalnie. Tego dnia wszystko zdawało się iść po jego myśli – piłka słuchała go jak nikogo innego na placu gry, przez co jego postawa walnie przyczyniła się do tego sukcesu. Gospodarze wypadli również zdecydowanie lepiej pod kątem wytrzymałościowym na tle swoich starszych - bardziej doświadczonych kolegów. Wachlarz jakościowo dobry zmian przyniósł zamierzony skutek, a dzięki potknięciu Żoliballa gracze w żółtych strojach mogą cieszyć się z „odjechania” grupie pościgowej na co najmniej trzy oczka. Goście natomiast muszą ponownie wstąpić na zwycięską ścieżkę, ponieważ drużyna Olka Kuśmierza czyli FC Polska Górom zdaje się stąpać im po piętach. Przed nimi starcie z liderującą Lagą Warszawa, z tego powodu zadanie to można określić mianem ciężkiego. Jednakże FFK nie powinno tracić nadziei, ponieważ posiadają w swoich szeregach kapitalnego snajpera Vitaliego Yakovenko, który w meczu przeciwko Wiecznie Drugim popisał się trzema trafieniami. Z kronikarskiego obowiązku wynik tego spotkania to 8:4 na korzyść gospodarzy. Dzięki niemu role w ligowej tabeli zdają się powoli odwracać, a całość rozgrywek niewątpliwie podniosła swoją ciekawość i zainteresowanie.

 

LIGA 8

 

DECCO TEAM - JUNAK (3:5)

Decco Team w ostatnich dwóch kolejkach zdobył komplet punktów, dzięki czemu włączył się do walki o czołowe lokaty. Ich przeciwnik, Junak do tej pory zdobył tylko punkt mniej od rywali i w przypadku wygranej przeskoczyłby ich w tabeli. Lepiej mecz rozpoczęli mniej doświadczeni zawodnicy gospodarzy, którzy w szóstej minucie otworzyli wynik spotkania. Po zdobytej bramce zespół gospodarzy cofnął się i nie pozwalał na rozwinięcie skrzydeł zawodnikom Junaka. Ich taktyka była bardzo skuteczna, ale tylko do siedemnastej minuty, kiedy to błąd obrony przeciwnika wykorzystał Yuriy Trush i doprowadził do wyrównania. Kilka minut później ponownie prowadzenie objęli gospodarze tego spotkania i na przerwę schodzili z jednobramkowym prowadzeniem. Pierwszą groźniejszą sytuację w drugiej połowie stworzył bramkarz gości, jednak mimo bardzo dobrego strzału zabrakło kilku centymetrów i piłka wylądowała na poprzeczce. Następne trafienie  w tym spotkaniu padło ponownie łupem zawodników Decco Team, którzy po objęciu prowadzenia dwoma bramkami wyraźnie spuścili z tonu. W ostatnim kwadransie tego meczu na boisku panował już tylko zespół Junaka, który nie dość że odrobił straty i doprowadził do wyrównania to w ostatnich fragmentach meczu zdołał jeszcze dwa razy pokonać bramkarza gospodarzy. Dwa ostatnie trafienia sprawiły, że po końcowym gwizdku sędziego zawodnicy Junaka schodzili z boiska z trzema punktami. Drużyna Decco Team przez większość meczu miała wszystko pod kontrolą, jednak kilka prostych błędów w obronie sprawiło że tym razem mecz kończą z zerowym dorobkiem punktowym.

 

ORŁY BIAŁE AUUU - SPORTOWE ZAKAPIORY (1:14)

Spotkanie Sportowych Zakapiorów z Orłami Białymi mogło mieć tylko jednego faworyta i to w dodatku podrażnionego dwoma porażkami z rzędu, mowa o gościach tego meczu, natomiast gospodarze mimo iż zdobyli przed tygodniem swój pierwszy komplet punktów są chyba półkę niżej od swoich niedzielnych rywali. I tak też to spotkanie wyglądało, od samego początku Sportowe Zakapiory rzucili się do gardeł swojemu rywalowi, i choć pierwszą bramkę w dość kuriozalnych okolicznościach wbił sobie bramkarz Orłów to tak naprawdę Zakapiory tego dnia nie potrzebowali dodatkowej pomocy ze strony swojego rywala. Niemal każdy z zawodników gości miał jakiś udział w tym spotkaniu, natomiast show skradł duet Daniel Dąbrowski – Daniel Lasota którzy mieli pośredni lub bezpośredni udział przy 12 z 14 zdobytych bramkach. Bramkę honorową i to bardzo ładną dla Orłów Białych zdobył Marcin Tomczak. Zakapiory tym samym wróciły na zwycięski szlak i jak będą do każdego meczu podchodzić z takim zaangażowaniem jak do tego, to pierwsze miejsce jest bardzo możliwe, z drugiej strony Orły Białe muszą liczniej przychodzić na swoje mecze, i zdecydowanie popracować nad swoją formą. W tabeli, dzięki tej wygranej Sportowe Zakapiory powróciły na pozycję lidera, ale sytuacja w 8 lidze jest niesamowita, bo SZ mają tylko 3 punkty przewagi nad 7 drużyną w tabeli.

 

A.D.S. SCORPION"S - ELITARNI GOCŁAW (2:0)

W iście angielskiej pogodzie przyszło mierzyć się A.D.S Scorpions i Elitarnym Gocław. Mżawka i śliska murawa z pewnością nie były sojusznikami zawodników, ale mimo to widać było, że obie ekipy na początku stawiały na próby sforsowania obrony rywala poprzez szybkie podania po ziemi. Niestety zagrożenie kończyło się na kilka metrów od pola karnego, co wskazuje na to, że obie ekipy postawiły przede wszystkim na mocną defensywę. W pierwszej części przyniosło to nadspodziewany efekt, bo przez 25 minut nie zobaczyliśmy ani jednej bramki. Najlepszą, wydawało się wymarzoną sytuację mieli Elitarni, dla których został podyktowany rzut karny. Karny nieco kontrowersyjny, bo zagranie ręką obrońcy Skorpionsów było na skraju pola karnego i sędzia wskazał na wapno, a zawodnicy gospodarzy upierali się, że zagranie było poza polem karnym. „Jedenastkę” wybronił jednak Jakub Rudnik i Scorpiony mogły się cieszyć, że wyszło na ich. Po zmianie stron obie drużyny chciały zmienić bezbramkowy wynik, a lepsi w tych próbach okazali się gospodarze. Świetnie wykonali rzut wolny, mocną piłkę w pole karne posłał Jarosław Marek, a przebiegający Aleksander Wawrowski zmienił tor lotu i umieścił futbolówkę w siatce. Elitarni dążyli do wyrównania, ale albo strzelali obok bramki, albo dobrze interweniował Jakub Rudnik. W końcówce bezsensowną żółtą kartkę otrzymał Marcin Brzozowski, a grę w przewadze wykorzystali rywale, a dokładnie Jarosław Marek, który ustalił wynik spotkania na 2:0. To było bardzo wyrównane spotkanie, choć lepiej taktycznie rozegrali je Scorpionsi.

 

BOROWIKI - TSUBASA OZORA (6:7)

Chcesz obejrzeć mecz pełen emocji? Wybierz się na spotkanie Tsubasy! Po serii wysokich zwycięstw przyszedł czas na thirllery, trzymające w napięciu do ostatnich chwil. Zeszłotygodniową porażkę Tsubasy z Decco można porównać do tej, którą zanotowali teraz reprezentanci Borowików. Gospodarze prowadzili 3:0 już po 10 minutach spotkania, ale z czasem opadli z sił i wypuścili zwycięstwo z rąk. Trudno jednak winić zawodników Grzybków, gdy bracia Jankowscy wpuszczają z ławki prawdziwych jokerów! Po wejściu na boisko Karola Bieniasa gra zupełnie się odmieniła. Ofensywny pomocnik wyróżniał się nie tylko jaskrawym kolorem znacznika, ale także absolutnie wyjątkowymi umiejętnościami piłkarskimi. Drybling, przewidywanie, gra na małej przestrzeni i wreszcie te zabójcze uderzenia z dystansu, którymi zdobył kilka goli… kosmos! Szybko jednak trzeba było wrócić na ziemię, bo przed przerwą Ułasiuk dał Borowikom wyrównanie, strzelając na 4:4. W drugiej części meczu było równie ciekawie. W pewnym momencie na tablicy wyników widzieliśmy 5:5 i sprawa ostatecznego rozstrzygnięcia była otwarta. Na szczęście dla Tsubasy Paweł Niemirski wziął sprawy w swoje ręce, a fani japońskiej bajki wyszli na dwubramkowe prowadzenie. Borowiki nie poddały się jednak ani na moment i szybko zdobyli gola kontaktowego. Końcówka zaskoczyła wszystkich - Man Of The Match, Karol Bienias, przestrzelił dwa rzuty karne pod rząd! Chwilę później goście dostali jeszcze jedną szansę na podwyższenie wyniku, ale po raz trzeci zmarnowali “jedenastkę”. Pogratulować należy zatem bramkarzowi, który utrzymywał swoją drużynę w grze. Zawodnicy Borowików nie zdążyli jednak nadgonić, a mecz zakończył się rezultatem 6:7 dla Tsubasy.

 

LIGA 9

 

TEKTON CAPITAL - MIKSTURA (14:1)

Ekipa Tekton Capital w meczu z Miksturą była przymierzana jako zdecydowany faworyt tego pojedynku, mimo że te zespoły zajmowały przed tą kolejką drugie oraz trzecie miejsce w 9.lidze. Gospodarze na przekór naszym słowom już w pierwszej minucie pozwolili sobie wbić bramkę. Kolejne minuty były nerwowe po obydwu stronach, żadna z drużyn nie potrafiła przez dłuższy czas utrzymać się w posiadaniu. W końcu Tekton przełamał obronę rywali i zdobył dwie bramki w mniej niż minutę. Mikstura od tego czasu była bezbronna, nie potrafiła wykreować sobie szans bramkowych, a napompowani rywale z każdą kolejną minutą stwarzali coraz większe zagrożenie w polu karnym rywali i to doprowadziło do tego, że do przerwy wyszli na prowadzenie 4:1. Po zmianie stron sytuacja boiskowa nie uległa zmianie, gospodarze przez cały czas napierali na rywali stojąc wysokim pressingiem, który uniemożliwiał kreowanie sytuacji podbramkowych Mikstury. Wydawało się, że na tle rywali są o tempo spóźnieni. Po zmianie stron goście szybko otrzymali żółtą kartkę, jednak podczas gry w osłabieniu wynik pozostał ten sam. Kolejne minuty to budowanie akcji ofensywnych Tektonu całym zespołem, co zaprowadziło ich do kolejnych celnych strzałów i w konsekwencji strzelonych bramek. Głównymi aktorami w drużynie gospodarzy byli Marcin Skowroński oraz Olivier Aleksander. Jednak siłą Tektonu był monolit, każdy z zawodników dodał coś od siebie - także bramkarz. A fakt zanotowania 11 asyst przy 14 strzelonych bramkach tylko to potęguje. Ostatecznie Gospodarze pewnie zwyciężyli 14:1 i tym samym uciekają stawce w ligowej tabeli wciąż będąc niepokonaną drużyną w tym sezonie.

 

SHOT DJ - LEGION (3:6)

Zarówno zawodnicy Shot Dj jak i Legionu do meczu przystępowali w bardzo dobrych humorach. Gospodarze po słabym początku sezonu ostatnie dwa spotkania zakończyli jako zwycięzcy i były to dla nich pierwsze zdobyte punkty. Goście natomiast po porażkach w dwóch pierwszych meczach mają serię pięciu kolejnych zwycięstw. Lepiej spotkanie rozpoczęli zawodnicy pochodzący z Francji, którzy już w drugiej minucie objęli prowadzenie. Po kolejnych dziesięciu minutach goście doskonale wykorzystali grę w przewadze jednego zawodnika i doprowadzili do wyrównania. Kolejna akcja dała ponowne prowadzenie zespołu gospodarzy, którzy przewagę utrzymywali aż do ostatnich sekund pierwszej połowy meczu. Tuż przed gwizdkiem kończącym tą część spotkania do wyrównania doprowadził Oleksandr Chamara i drużyny schodziły na przerwę z wynikiem 2-2. Początek drugiej połowy również należał do drużyny Shot Dj, którzy za sprawą drugiego trafienia w tym spotkaniu Marca Lebolec ponownie byli lepsi o jedną bramkę od swoich rywali. Po dwóch kwadransach gry na boisku zaczęła wyraźnie dominować ekipa gości. Pierwsza ich akcja zakończyła się na poprzeczce, kolejna już przyniosła zamierzony efekt i doprowadziła do wyrównania. Ostatnie dziesięć minut spotkania to koncertowa gra zespołu Legionu. Strzelanie z rzutu karnego rozpoczął Nazar Fiialkovskyi, który na sam koniec meczu ustalił wynik spotkania na 3-6 dla gości. Zespół Shot DJ długimi fragmentami prowadził, ale ostatecznie musiał uznać wyższość zespołu Legionu, który kontynuuje zwycięską passę i pnie się w ligowej tabeli.

 

GASTRO SPARTA - BARTOLINI PASTA (4:7)

Żartobliwie można powiedzieć, że byliśmy świadkami kuchennych derby, bowiem Gastro Sparta, czyli potentaci restauracyjno-piłkarscy, podejmowali Bartolini Pasta, a więc ekipę związaną z branżą makaronową. Co wyszło z tego gotowania? Dość ciekawe widowisko, biorąc pod uwagę odległość w tabeli, jaka dzieliła oba zespoły. Początek spotkania zdecydowanie po myśli gości. Po akcji kombinacyjnej braci Zaremba, czyli Rafała oraz Marcina, pada bramka, której autorem jest drugi z wymienionych Panów. Stan na 0:2 podwyższa Michał Cholewiński, który skutecznie wykorzystał sytuację wykreowaną podaniem Krzyśka Gniadka. Kiedy na 0:3, po rzucie rożnym i świetnym podaniu „krzyżakiem” od Rafała Zaremby podwyższył Mateusz Pęczek, wszystko wskazywało na pogrom. Niestety dla strzelca wspomnianej bramki, Mateusza Pęczka, zapisał on na swoim koncie także trafienie samobójcze na 1:3. Trochę to zdekoncentrowało gości, gdyż chwilę później dokładne podanie Vlada Ovdiyenko wykorzystał Karol Rodak, strzelając bramkę kontaktową na 2:3. Akcją zamykającą pierwszą połowę i to w fantastycznym stylu, był strzał Marcina Zaremby, który „rogalem” z połowy ustalił wynik tej części gry na 2:4. Trzeba w tym miejscu podkreślić, że całe spotkanie odbywało się w atmosferze fair-play, co zawsze z przyjemnością pochwalimy w każdej relacji meczowej. Uprzejmości piłkarskich jednak nie było, a udowodnił to Michał Cholewiński podwyższając prowadzenie swojej ekipy na 2:5. „Spartanie” nie dawali jednak za wygraną i po akcji Karola Rodaka i dograniu do Szymona Ilnickiego oglądaliśmy bramkę na 3:5. Skracanie dystansu przez rywali nie spodobało się najwyraźniej Michałowi Cholewińskiemu, który bramką na 3:6 skompletował hat-tricka. Złość piłkarską na statystyki zamienił natomiast Tomek Onopiuk, kiedy po podaniu Michała Opińskiego huknął jak z armaty, a piłka po jego strzale odbiła się od słupka i wpadła do bramki, zmieniając stan gry na 4:6. Zrobiło się bardzo ciekawa końcówką, gdyż gospodarze uwierzyli, że mogą wycisnąć z tego meczu choćby punkt, jednak kropkę nad „i” postawił najlepszy strzelec tego spotkania, Michał Cholewiński, ustalając wynik potyczki na 4:7. Trzy punkty dla Bartolini Pasty, a gorycz porażki do przełknięcia dla Gastro Sparty.

 

MARECKIE WYGI - MORALNI ZWYCIĘZCY (9:4)

W meczu siódmej kolejki zmierzyły się ze sobą drużyny Mareckich Wyg i Moralnych Zwycięzców. Spotkanie to zdecydowanie obfitowało w spore emocje związane z bliskim sąsiedztwem w ligowej tabeli siódmej ligi. Po szóstej serii gier ekipy dzielił zaledwie jeden punkt – przez co spodziewać mogliśmy się zaciętego starcia. Pierwsza odsłona tego meczu pod kątem wyrównanej gry bezapelacyjnie nie zawiodła. Zarówno jedni jak i drudzy z rozwagą konstruowali swoje akcje, z tego powodu na tablicy wyników widniał skromny rezultat 3:2 na korzyść gospodarzy. Niestety dla graczy pod batutą Sebastiana Falickiego druga część spotkania, oraz mniej wartościowa ławka rezerwowych zadecydowała o finalnym rezultacie. Wcześniej wymieniony kapitan Moralnych Zwycięzców i napastnik Sebastian Bartosik zdołali „dorzucić” od siebie po jednym trafieniu co w kontekście kapitalnego tego dnia Damiana Glijera i Damiana Kotowskiego (9 bramek i 2 asysty) okazało się niewystarczającym. Mareckie Wygi odniosły pewne, a przede wszystkim przekonywujące zwycięstwo 9:4 i mogą cieszyć się z wyjścia ze strefy spadkowej. Mamy nadzieje, że sukces ten podziała na nich motywująco, oraz że ekipa z podwarszawskich Marek rozłoży skrzydła – szybując niemalże na same pudło. Strata do miejsc 3-4 jest niewielka, dlatego wszystko jest jeszcze możliwe. Moralni Zwycięzcy muszą natomiast zakasać rękawy i wziąć się do roboty, ponieważ dwa ostatnie mecze, które pozostały im przed końcem rundy mogą okazać się decydujące  w aspekcie rundy rewanżowej.

 

NIEDZIELNI - OLDBOYS DERBY II (5:8)

Gospodarze przed tym meczem w trzech spotkaniach z rzędu zdobyli tylko sześć goli i nie zdobyli żadnych punktów. Nie można jednak powiedzieć, że grali bardzo źle, więc nie wykluczaliśmy ich przełamania. Pewne jest to, że obu drużynom  bardzo zależało na dobrym wyniku, bo już w pierwszych minutach padło kilka goli. Za pierwsze dwie odpowiedzialny był duet z Oldboysów, a więc Bugajski i Włodarczyk. Szybciutko kontaktową bramkę zdobył Wójcik, ale chwilę później ponownie trafił Włodarczyk. Gdy do rywali znowu zbliżyli się zdesperowani NieDzielni, doprowadzając do wyniku 2:3, ODII kolejny raz lekko odskoczyli. Bugajski przełożył obrońcę i uderzeniem od słupka pokonał bramkarza. Później historia znów się powtórzyła. Kontakt złapali ND, dzięki Krzysztofowi Kasce, ale rezerwy Oldboysów kolejny raz odskoczyły na dwie bramki. Gospodarze chyba mieli już dość tych nieskutecznych prób pościgu, bo w drugiej połowie sytuacja nieco się zmieniła. Dwie asysty Włodarczyka doprowadziły do wyniku 3:7 i w końcu można było liczyć na trochę spokoju. Kapitan NieDzielnych nie pogodził się jednak z takim obrotem spraw. Marcin Aksamitowski dał swojej drużynie sygnał do ostatniej pogoni, dobijając strzał przyjaciela z drużyny (radość była tak ogromna, że padło słowo “kocham”!) Zmotywowany bramkarz ND kilkukrotnie stopował kontry Oldboysów, utrzymując swój zespół przy życiu. I słusznie, bo niedługo później oglądaliśmy piękne okienko po rzucie wolnym, a wynikiem było już 5:7. Niestety dla dzielnie walczących gospodarzy, Jastrzembski trafił na 5:8 i zamknął to spotkanie. Gratulujemy obu drużynom wyrównanej walki i trzymamy kciuki za punkty w kolejnych meczach.

 

LIGA 10

 

FC JORDANEK - FFK OLDBOYS II (2:9)

Starcie Dawida z Goliatem, bo tak chyba trzeba nazwać potyczkę ostatniego w tabeli FC Jordanka z pretendentami do mistrzostwa, czyli drugim zespołem FFK Oldboys. Od pierwszych minut zdecydowanie gra toczyła się pod dyktando doświadczonych graczy gości. Trzeba tutaj podkreślić wspaniałą dyspozycję Vitalija Yakovenko oraz Darka Filipka. Ten duet w pojedynkę praktycznie stanowił o ofensywie FFK, a trzeba przyznać, że odrobina więcej szczęścia i wykręciliby już w pierwszej połowie kosmiczne statystyki. Niemniej, obaj zapisali na swoim koncie po dwa trafienia oraz dwie asysty, a ich ekipa prowadziła 0:4. Trzeba koniecznie wspomnieć o dość kuriozalnej sytuacji, w której pod koniec pierwszej połowy gracze Oldboys szli z kontrą we trzech na bramkarza, a cała akcja zakończyła się trafieniem z bliska w słupek. Darzymy graczy FFK ogromną sympatią i szacunkiem, dlatego nie podajemy nazwiska gracza, który miał tak ogromnego pecha. Niemniej, gra całego zespołu była bardzo przyjemna dla oka. Zespołowość, dobre pozycjonowanie, mądre rozgrywanie. W drugiej części goście kontynuowali marsz po komplet punktów aż do stanu 0:7, kiedy to po raz pierwszy dla gospodarzy trafił Jan Wojtyczek i mieliśmy 1:7. Na osłodę drugie trafienie do stanu 2:9 zapisał na swoim koncie Igor Nowak, ale biorąc pod uwagę grę FFK, nie za bardzo się z niego cieszył. Ukłony za świetną grę dla Darka Filipka, zdobywcy hat-tricka i czterech asyst, Vitalija Yakovenko, który pięć razy trafiał i raz asystował, a także Marcina Kossonia, który dobrym rozgrywaniem i solidną postawą w obronie dawał spokój w grze gości. Pewne zwycięstwo FFK Oldboys II stało się faktem, a FC Jordanek zapomina o tej potyczce i mobilizuje się już na kolejne starcie!

 

FUSZERKA II - WÓLCZAŃSKIE SMOKI (2:1)

Spotkanie między drugą drużyną Fuszerki, a Wólczańskimi Smokami zapowiadało się bardzo ciekawie. Oba zespoły miały po 12 punktów w tabeli i ewentualna wygrana dawała realne szanse na walkę o podium w ligowej tabeli w pierwszej części sezonu. Początek był dość spokojny, oba zespoły "badały się" wzajemnie. Kolejne minuty to wymiana ciosów po obu stronach. W 4 minucie meczu byliśmy świadkami pierwszego gola w tym spotkaniu, pierwsi na prowadzenie wyszli gospodarze. Pięknie rozegraną akcję Damiana Słojkowskiego precyzyjnym strzałem wykończył Marek Malenka. Po strzeleniu gola Fuszerka cofnęła się do obrony licząc na grę z kontry, a gospodarze rzucili się do odrabiania strat. Liczne ataki Smoków w końcu przyniosły upragnionego gola, asystę Krzysztofa Roguskiego wykorzystał Mirosław Pisarek i ponownie mieliśmy remis. Do końca pierwszej połowy nie widzieliśmy już gola, oba zespoły postawiły na obronę i starannie broniły dostępu do swoich bramek. Druga część meczu to ponownie wymiana ciosów z obu stron. Świetnymi interwencjami popisywał się bramkarz Wólczańskich Smoków - Mateusz Wiśniewski, który wielokrotnie ratował swój zespół przed utratą gola. W końcówce mecz trochę się zaostrzył i nie brakowało wielu twardych starć po obu stronach boiska. W 36 minucie spotkania Fuszerka wykonywała rzut rożny. Do piłki podszedł Damian Słojkowski i zaliczył bardzo ładną asystę przy bramce Marka Malenki, Fuszerka II prowadziła 2:1. W końcówce spotkania goście rzucili się do odrabiania strat, ale niestety nie udało się im doprowadzić do wyrównania. Fuszerka wygrywa tą rywalizację, odskakuje rywalom na 3 punkty dzięki czemu awansuje na 3 miejsce w tabeli.

 

POLSKIE DREWNO - AWANTURA WARSZAWA II (5:6)

Bardzo zaciętą rywalizację stoczyły ze sobą ekipy Polskiego Drewna oraz Awantury Warszawa II. Spotkanie nie przebiegało w szaleńczym tempie, ale obie ekipy postarały się o to, aby emocji nie zabrakło do ostatniego gwizdka. Początek meczu zdecydowanie należał do ekipy przyjezdnej. W 6 minucie wynik otworzył Patryk Dominiak, a po dwóch minutach było już 0:2 po golu Adama Aleksandrowicza. Drewniacy zabrali się do odrabiania strat i rzut karny na bramkę zamienił Maciej Zarod. Długo czekaliśmy na kolejnego gola, ale w końcu gospodarze doprowadzili do remisu po golu Macieja Biernackiego. Polskie Drewno skupiło się na konstruowaniu ataków w środku pola, Awantura odpowiadała na to zabójczymi kontratakami. Jeszcze przed przerwą dwie takie kontry przyniosły gole i goście schodzili na przerwę ze skromnym prowadzeniem 2:4. Druga część spotkania zaczęła się bardzo obiecująco dla drużyny gospodarzy. Najpierw Paweł Szydziak trafił na  3:4, a po chwili był remis po kolejnym trafieniu Macieja Zaroda. Wydawało się, że Polskie Drewno złapało przewagę, ale fatalny błąd popełnił golkiper Robert Sadren i Awantura wróciła na prowadzenie. Kapitalne spotkanie rozgrywał Patryk Dominiak, który cały mecz harował zarówno w obronie jak i ataku, a jego gol z 38 minuty okazał się kluczowy w tym spotkaniu. Awantura złapała dwubramkową przewagę i mimo usilnych starań gospodarzy długo utrzymywała przewagę. Na pięć minut przed końcem gola na 5:6 zdobył Maciej Biernacki i Polskie Drewno poczuło, że remis jest w zasięgu ręki. Gospodarze rzucili się w dramatyczną pogoń, ale Awanturnicy zachowali czujność do samego końca, a kilkoma dobrymi interwencjami popisał się golkiper gości Marcin Kabański. Awanturze udało się utrzymać przewagę i ostatecznie pokonała Polskie Drewno 5:6.

 

FC WARSAW WILANÓW - BOROWIKI II (4:5)

FC Warsaw Wilanów oraz Borowiki II to zespoły, dla których ostatnie tygodnie nie były udane. W ostatnich meczach pomimo dużego zaangażowania obydwie ekipy schodziły z boiska jako pokonani i w tym meczu każdy z tych zespołów liczył na przełamanie. Pierwsza połowa była bardzo wyrównana i obydwa zespoły miały kilka okazji do strzelenia bramki. Pierwsza z nich została wykorzystana przez Łukasza Wronę i zespół gości objął prowadzenie. Kolejne minuty, pomimo bardzo dobrych sytuacji bramkowych zespołu gospodarzy nie przyniosły zmiany rezultatu. Zawodnicy z Wilanowa w ostatniej akcji pierwszej połowy dopięli swego i doprowadzili do wyrównania. Początek drugiej połowy przyniósł nam kolejną zmianę rezultatu spotkania, kiedy to ponownie na prowadzenie wyszli goście. Chwilę później mieli doskonałą sytuację na odrobienie strat, ale ich strzał wylądował na słupku. Ostatnich dziesięciu minut spotkania nie powstydziłby się sam Hitchcock, ponieważ sytuacja na boisku zmieniała się bardzo dynamicznie. Na początku prowadzenie podwyższyli goście. Na straconą bramkę bardzo szybko odpowiedzieli gospodarze, którzy w ciągu trzech minut zdołali trzy razy pokonać bramkarza przeciwników. Długo nie cieszyli się z prowadzenia, ponieważ ostatnie dwa ciosy należały do zawodników gości. Ciosy te okazały się bardzo celne i  dzięki nim zespół Borowików po końcowym gwizdku cieszył się ze zdobycia cennych trzech punktów. Słowa uznania należą się też zespołowi FC Warsaw Wilanów, którzy do końca walczyli o korzystny wynik, jednak niestety dla nich po tym meczu nie dopisują sobie żadnego punktu.

 

PREDICA - FC ALLIANCE (3:4)

FC Alliance to zespół, który walczy o ligowy triumf, więc w teorii spotkanie z broniącym się przed spadkiem zespołem Predici powinien być wyłącznie formalnością. No właśnie, powinien ale nie był to tak łatwy mecz jak mogłoby się wydawać. Mecz lepiej zaczął się dla Alliance, których po kilku minutach gry na prowadzenie wyprowadził niezawodny Ivan Shyla. Na odpowiedź gospodarzy chwilę musieliśmy poczekać, w końcu po jednym z rzutów rożnych piłkę do swojej bramki skierował Mykola Khromei i na tablicy wyników pojawił się remis. Wyrównana gra obydwu zespołów w tym spotkaniu sprawiła, że nikt z obserwujących to spotkanie nie był w stanie stwierdzić, która to drużyna walczy o awans, a która, pozdrawiamy pana Franciszka Smudę, walczy o spadek. Różnicę stanowiły indywidualności, które faktycznie były po stronie faworyta tego meczu. Jeszcze przed przerwą po szybko wznowionym rzucie z autu zrehabilitował się i tym razem trafił do właściwej bramki Mykola Khromei. Zaraz po wznowieniu gry w drugiej połowie prowadzenie podwyższył inny Mykola, tym razem Sadowiec uderzając piłkę z rzutu wolnego prosto w bramkę Predici. O tym, że różnicy poziomów obu ekip nie dało się za bardzo zobaczyć, już pisaliśmy, ale w trakcie meczu tez nikt się nie spodziewał, ze gospodarze przy dwóch bramkach straty będą w stanie jeszcze powalczyć o korzystny wynik. Jednak Predica zaskoczyła wszystkich, najpierw zdobywając bramkę kontaktową, a następnie z rzutu karnego doprowadzając do wyrównania. Ostatnie słowo należało jednak do gości, którzy w samej końcówce spotkania wyszli znów na prowadzenie i już go nie oddali do końca meczu. Meczu, w którym walczący o mistrzostwo zespół drżał o wynik do ostatnich sekund, ostatecznie wygrał, ale od Alliance oczekujemy zdecydowanie lepszej gry, natomiast na duże słowa uznania zasługuje zespół gospodarzy, bo zapracowali chociaż na remis w tym spotkaniu. Tym razem się nie udało, ale jesteśmy pewnie ze z taką grą na pewno zaczną regularnie zdobywać punkty.

 

LIGA 11

 

FC TORPEDO - POGROMCY POPRZECZEK (11:5)

Kolejnym meczem w 11 lidze było spotkanie FC Torpedo oraz Pogromców Poprzeczek. Młoda ekipa FC Torpedo bardzo dobrze spisuje się w tegorocznych rozgrywkach i po sześciu kolejkach zajmują 2 miejsce w ligowej tabeli. Pogromcy Poprzeczek to drużyna mająca już za sobą kilka sezonów w naszych rozgrywkach, a w obecnym sezonie prezentują się naprawdę solidnie. Początek meczu to przewaga zawodników z Ukrainy, którzy jako pierwsi opanowali emocje i przejęli inicjatywę w meczu. Po jednej z kontr wyprowadzonych przez gospodarzy piłka obija tylko słupek. Kilka minut później pada pierwsza bramka w tym meczu, po bardzo dobrze rozegranym rzucie rożnym piłkę do siatki skierował Mikita Hanchuk. W kolejnych minutach do głosu zaczęli dochodzić goście, a wśród nich szczególnie wyróżniał się Mateusz Niewiadomy, który najpierw dobijał piłkę do pustej bramki, a po chwili wykorzystał fatalną stratę młodych zawodników FC Torpedo i wyprowadził Pogromców na prowadzenie 1:2. Do końca pierwszej połowy wynik zmieniał się na korzyść raz jednej raz drugiej drużyny. Grę prowadzili gospodarze, jednak niepotrzebne straty i błędy pod swoją bramką skrzętnie wykorzystywali zawodnicy Pogromców. Pierwsza połowa ostatecznie kończy się prowadzeniem gospodarzy 5:4. Druga część spotkania niestety nie była już tak wyrównana. Od początku FC Torpedo dominowało na boisku, już pierwsze akcje przyniosły gola Mikity Hanchuka najpierw na 6:4 a potem ten sam zawodnik dołożył jeszcze kolejne bramki. Pogromcy Poprzeczek zdecydowanie opadli już z sił i nie nadążali za młodą, wybieganą ekipą FC Torpedo, która wykorzystywała większość kreowanych sytuacji. W samej końcówce meczu goście zdołali jeszcze strzelić jedną bramkę, jednak nie miała ona już żadnego wpływu na przebieg spotkania. Rezultat końcowy to 11:5 i trzeba obiektywnie powiedzieć, że wygrała lepsza drużyna.

 

GREEN TEAM - FC VIKERSONN (2:7)

Green Team - FC Vikersonn Mecz pomiędzy ekipami Green Team oraz FC Vikersonn był kolejnym pojedynkiem rozgrywanym w ramach 7 kolejki Ligi Fanów. Oba zespoły spotkały się na arenie Picassa i z dużymi nadziejami przystępowały do tego pojedynku. Gospodarze plasują się tuż nad strefą spadkową, a goście utrzymują czwarte miejsce w ligowej tabeli. Faworytem meczu byli goście których potencjał sportowy jest zdecydowanie wyższy i gdyby tylko nie problemy kadrowe mogliby walczyć o najwyższe cele. Od początku lepiej prezentowali się zawodnicy Vikersonn, to oni prowadzili grę i co chwilę stwarzali sobie dogodne sytuacje do zdobycia gola, niestety szwankowała skuteczność. Świetnie też dysponowany był bramkarz "zielonych", który momentami wyczyniał cuda między słupkami. Pod koniec pierwszej części spotkania goście w końcu strzelają gola, zamieszanie w polu karnym i dobitkę po strzale wykorzystuje Oleksandr Bilous. Ważnym aspektem pierwszej połowy była kontuzja bramkarza Green Teamu, Daniel co prawda wrócił do gry, ale widać była że ma problemy z odpowiednim poruszaniem się na bramce. Początek drugiej połowy to wymiana ciosów z obu stron. Gospodarze jako pierwsi strzelili bramkę i doprowadzili do remisu 1:1, ale po chwili prowadzenie odzyskali goście. Przy wyniku 2:2 Vikersonn zdecydowanie przejął kontrolę nad meczem i sukcesywnie punktował rywali, widać było że goście wrzucili drugi bieg. Przy wyniku 2:4 jeden z zawodników "zielonych" został ukarany żółtą kartką, co skutkowało stratą kolejnych bramek. Mecz kończy się wynikiem 2:7 i w perspektywie całego meczu wydaje się być sprawiedliwym. Goście małymi krokami zbliżają się do podium tracąc już tylko jeden punkt do trzeciego miejsca.

 

VISTULA VARSOVIA - OLD BOYS DERBY III (4:4)

Kolejnym bardzo interesującym spotkaniem w 11 lidze był mecz pomiędzy drużynami Vistula Varsovia oraz drużyną Old Boys Derby II. Obie ekipy zajmowały dwa ostatnie miejsca i z pewnością liczyły na wygraną z rywalem sąsiadującym w ligowej tabeli. Początek spotkania to ataki obydwu drużyn, jednak w pierwszej części meczu bardziej konkretni byli goście, którzy jako pierwsi wyszli na prowadzenie. Piłkę po strzale dobijał Marcin Drożdż. Niespełna dwie minuty później mieliśmy już remis, akcję całego zespołu po asyście Mateusza Legackiego zdobywa Mateusz Czekaj. Kolejne minuty spotkania to wymiana ciosów z obu stron, oba zespoły przeprowadziły wiele szybkich dynamicznych akcji, jednak brakowało wykończenia po obu stronach. Na kolejnego gola czekaliśmy aż do 22 minuty, strzelcem bramki był Mateusz Legacki. Po zmianie stron niezbyt dobrze tę część meczu zaczęła ekipa Vistuli, której obrona całkowicie się posypała. Najpierw Jan Dominiewski doprowadza do remisu 2:2, po chwili Adam Włodarczyk silnym i precyzyjnym strzałem z daleka pokonuje bramkarza Vistuli i mamy 2:3. Niespełna dwie minuty później mieliśmy już 2:4, bo swoją pierwszą bramkę w tym meczu dorzuca Bartek Krywko. I kiedy wszyscy myśleli, że spotkanie zakończy się wygraną Old Boysów, Mateusz Czekaj najpierw strzela bramkę kontaktową i mieliśmy 3:4 a niespełna 60 sekund później ten sam zawodnik ponowie skierował piłkę do bramki i doprowadził do wyrównania. To były już końcowe minuty spotkania i po chwili sędzia odgwizdał koniec meczu, który ostatecznie kończy się remisem i podziałem punktów. Z przebiegu spotkania i bramek strzelonych w końcówce zdecydowanie bardziej zadowolona z remisu może być ekipa Vistula Varsovia, a OldBoysi mogą tylko żałować że nie utrzymali koncentracji do końca spotkania.

 

ORŁY ZABRANIECKA - PIWO PO MECZU FC (6:2)

W niedzielny wieczór na Grenady oglądaliśmy na koniec zmagań w ramach siódmej kolejki starcie Orłów Zabraniecka z ekipą Piwo Po Meczu. Od początku spotkania obie ekipy wzięły się do pracy i w efekcie tego mieliśmy po jednym trafieniu z obu stron. Przy wyniku 1:1 mimo wielu ataków, długo czekaliśmy na kolejne trafienie. Zarówno gospodarze jak i goście starali się zabezpieczyć drogę do własnej bramki i dużo oglądaliśmy walki i gry w środku pola. Niemoc strzelecką przed przerwą przełamały Orły Zabraniecka i przed przerwą strzeliły bramkę na 2:1. W przerwie team w zielonych trykotach mobilizował się do walki w drugiej połowie tym bardziej, że strata nie była duża i wszystko można było odwrócić w drugiej odsłonie. Po zmianie stron jednak to gospodarze lepiej zaczęli funkcjonować na boisku. Ich akcje były coraz groźniejsze i na efekty nie trzeba było długo czekać. Szczególnie aktywny był Michał Getka, który jak nie strzelał to asystował i to on sprawiał najwięcej kłopotów rywalom. W pewnym momencie było już 6:1. Tak wysoki wynik nie do końca odzwierciedlał obraz całego meczu, bo gościom tak naprawdę brakowało skuteczności, bo stwarzali sobie okazje i mieli ich kilka. Widząc niemoc swoich kolegów bramkarz teamu Piwo Po Meczu postanowił ostatnie minuty zagrać w polu i strzelił bramkę. Kto wie, czy kolejnego meczu nie powinien zagrać jako napastnik, bo znakomicie potrafił oszukać obronę rywali. Mecz zakończył się wynikiem 6:2, a z perspektywy całego spotkania był to rezultat jak najbardziej zasłużony.

 

KOMETA WARSZAWA - DYNAMO WOŁOMIN (9:4)

Mecz dwóch zespołów aspirujących do tytułu mistrza jesieni 11-stej ligi. Niepokonana do tej pory Kometa Warszawa podejmowała bardzo dobrze spisujący się zespół Dynamo Wołomin. Obie ekipy obfitują w bardzo młodych zawodników, zatem spodziewaliśmy się pełnego walki spotkania na bardzo wysokich obrotach, chociaż trzeba przyznać, że gospodarze stawili się w bardzo skromnym składzie z zaledwie jednym zmiennikiem. Niemniej, to właśnie oni jako pierwsi trafili do bramki rywali, a miało to miejsce po fantastycznym uderzeniu  z dystansu Sebastiana Ostaszewskiego. Świetnego trafienia pozazdrościł koledze z zespołu Daniel Ziółkowski, który równie efektownie wykończył akcję wykreowaną przez Jakuba Liberę, podwyższając na 2:0. Kilku minut potrzebowali gracze Dynama, aby się otrząsnąć i zdobyć gola kontaktowego autorstwa Maćka Dorsza, który nie zmarnował podania Kamila Pasieki. Gospodarze jednak nie zamierzali oddawać inicjatywy i po kolejnym trafieniu Daniela Ziółkowskiego mieliśmy wynik 3:1. Rezultat do przerwy na 3:2 ustalił Kacper Urban, który nie zmarnował dobrego podania od swojego kapitana, Maćka Dorsza. O ile pierwsza połowa była bardzo zacięta i zakończyła się minimalnym prowadzeniem Komet, o tyle w drugiej odsłonie niestety oglądaliśmy mocno jednostronne widowisko. Doskonale w ataku spisywali się Daniel Ziółkowski oraz Filip Górski. Pierwszy z wymienionych, w całym spotkaniu, aż pięciokrotnie trafiał do bramki rywali, a drugi z nich skompletował hat-tricka. Dla gości w drugiej połowie bramki zdobywali jeszcze Maciek Dorsz oraz Tomek Dzięcioł, jednak w obliczu postawy rywali miało to wymiar symboliczny. Ostatecznie Kometa pokonała Dynamo aż 9:4 i jest raczej pewne, że zimę spędzi na fotelu lidera.

 

Data utworzenia artykułu: Ponad 2 tygodnie temu, 2021-11-11
Facebook
Tabela
Liga :
Poz Zespół M Pkt. Z P
4   TUR Ochota 9 15 5 4
9   Mixamator 9 7 2 6
6   AnonyMMous! 9 12 4 5
5   East Wind 9 13 4 4
3   FC Kebavita 9 17 5 2
10   Narodowe Śródmieście 9 3 1 8
8   Contra 9 9 3 6
7   FC Impuls UA 9 10 3 5
1   FC Gorlicka 9 24 8 1
2   In Plus & Pojemna Halina 9 22 7 1
Social Media
Reklama


609 021 030
kontakt@ligafanow.pl
www.ligafanow.pl