Wczytuję...

KOLEJNA WALKA, KOLEJNA RUNDA!

Zmagania w rundzie jesiennej dobiegły końca, ale tak naprawdę kluczowe spotkania przed nami. Prawdziwą wartością zespołu jest całokształt: nie jest ważne jak zaczyna, ale jak kończy!

ODWOŁANE WARSAW CUP I HPF

Dzwonicie, piszecie, pytacie - czy organizujemy w najbliższym czasie kolejne edycje naszych sztandarowych imprez – Turnieju Noworocznego,czy Halowego Pucharu Fanów. Mamy wam w tym temacie coś do …

SUBSKRYBUJ - LIGA FANÓW TV !

Mamy kanał YouTube! Liga Fanów, oprócz samych spotkań, zapowiedzi, wywiadów, newsów czy imprez, postanowiła pójść o krok dalej i śledzić nasze działania w najpopularniejszym serwisie z ma…

DLACZEGO MY!

Jako że nie jesteśmy jedyni w tym co robimy, a nie chcielibyśmy być jednymi z wielu, przedstawiamy wam poniżej kilka argumentów, dla których warto zagrać w LIDZE FANÓW!

KOLEJNA WALKA, KOLEJNA RUNDA!
ODWOŁANE WARSAW CUP I HPF
SUBSKRYBUJ - LIGA FANÓW TV !
DLACZEGO MY!

RAPORT MECZOWY - KOLEJKA 9.

09
Gru

DOTRWALIŚMY! W imieniny św. Mikołaja rozegraliśmy ostatnią kolejkę Ligi Fanów. Jesteśmy dumni, że udało się nam zaliczyć wszystkie 9 kolejek, a pandemia nie storpedowała naszych rozgrywek. Pomimo dość późnego terminu, ostatnia kolejka przebiegła wzorowo, a na boisku nie brakowało prezentów, które czasem były bramkami zdobytymi po błędach rywali, a czasem spektakularnymi samobójami. W najlepszej lidze szóstek nadszedł czas podsumowań i analiz oraz tworzenia planów na rundę wiosenną. Niektóre zespoły pochwalą się tabelą przy świątecznym karpiku, inne myślami są już przy zabawie sylwestrowej i tradycyjnych życzeniach „żeby następny rok był lepszy niż ten poprzedni". Zanim jednak to nastąpi, przeczytajcie ostatnie podsumowanie kolejki w 2020 roku i przeżyjcie raz jeszcze emocje, które miały miejsce w 9 kolejce Ligi Fanów!

RAPORT MECZOWY - KOLEJKA 9.


EKSTRAKLASA

Niezwykle istotne spotkanie w kontekście walki o utrzymanie stoczyły ekipy Bulbezu i Wawalions. Gospodarze wygrywając ten mecz mogli opuścić strefę spadkową i ciekawi byliśmy jak poradzą sobie w konfrontacji z drużyną, która w tej rundzie gra w kratkę. Goście potrafili wygrywać bądź remisować z ekipami z góry tabeli i tracić punkty z teoretycznie słabszymi rywalami. Początek był wymarzony dla teamu Michała Rychlika. Rafał Szewczyk już w trzeciej minucie dał prowadzenie. Wawalions stopniowo grał coraz lepiej, czego efektem było wyrównanie Volodymyra Humeniuka. Cała pierwsza połowa była niezwykle wyrównana i długo żadna z drużyn nie potrafiła osiągnąć znaczącej przewagi. Pod koniec pierwszej odsłony mieliśmy groźną sytuację w polu karnym ekipy z Bemowa. Ihor Linchenko niefortunnie zahaczył o głowę interweniującego Marcina Osowskiego i przez chwilę bramkarz zielonych dochodził do siebie po tym zdarzeniu. Na przestrzeni ostatnich pięciu minut uaktywnili się goście, czego efektem były dwie bramki, które ustaliły wynik po 25 minutach. Do przerwy było 1:3 dla teamu z Ukrainy. Po zmianie stron od razu Wawalions podwyższyło wynik i wydawało się, że spokojnie będą kontrolować już to spotkanie. Jednak Bulbez nie zamierzał się poddawać i walczył do końca. Gol kontaktowy Rafała Szewczyka od razu napotkał ripostę rywali. Gospodarze jeszcze raz zerwali się do pogoni za przeciwnikami i po dwóch trafieniach Marcina Osowskiego mieli już tylko stratę jednej bramki. Końcówka była niezwykle emocjonująca, gdzie ekipa z Bemowa nie miała nic do stracenia i starała się wyrównać i zdobyć choćby punkt, ale po solowej akcji Ihor Linchenko ustalił wynik na 4:6. Bulbez z siedmioma punktami może tę rundę zaliczyć do udanych i na pewno na wiosnę musi trochę się wzmocnić, by nie spaść w premierowym sezonie z elity. Wawalions muszą na wiosnę grać stabilniej i skutecznej, a wtedy jest szansa na włączenie się do walki o najwyższe cele w Ekstraklasie.

O tym jak ważnie było spotkanie Narodowego Śródmieścia z Contrą obie drużyny wiedziały doskonale. Gospodarze tej jesieni grali fenomenalnie i przed ostatnią kolejką druga lokata nie była dziełem przypadku. Contra po trzech porażkach w środku rundy wygrała z Wawalions i teraz chciała udowodnić że w spotkaniach o najwyższą stawkę potrafi wygrywać. Początek spotkania był lepszy w wykonaniu gości. Szczelna, dobra obrona i szybkie kontry powodowały, że Narodowe Śródmieście miało w pierwszych minutach sporo problemów. Po jednej z akcji Maciej Kurpias otworzył wynik spotkania. Ekipa Marka Szklennika próbowała szybko wyrównać, a bramkarz Marek Reszczyński starał się brać często udział w ataku pozycyjnym, chcąc stworzyć przewagę na boisku. Niestety, przy jednej z takich sytuacji złe dogranie do kolegi z drużyny zostało przechwycone przez Michała Zagórskiego, który strzałem przez całe boisko podwyższył wynik spotkania. Przy stanie 0:2 Contra jakby zadowolona z przebiegu meczu spuściła z tonu, a to szybko wykorzystali gospodarze. Najpierw Damian Talarek strzelił gola kontaktowego, a tuż przed przerwą Oscar Kalicki doprowadził do remisu. Po zmianie stron Contra szybko wyszła na ponowne prowadzenie. Michał Raciborski fantastycznie zgrał piłkę do Aleksandra Szyszki, a ten w takich sytuacjach rzadko się myli i mamy wynik 2:3. Trzeba przyznać że kapitan gości zagrał naprawdę kapitalne zawody i sprawiał sporo problemów obrońcom rywali. Gdy na przestrzeni trzech minut Contra strzeliła dwa gole i było już 2:5, wydawało się, że jest po meczu. Jednak Narodowe Śródmieście to ekipa, która walczy zawsze do ostatniego gwizdka. Zryw tej drużyny daje na pięć minut przed końcem deficyt tylko jednej bramki. Jednak duet Szyszka Raciborski w końcówce zamknęli wynik spotkania i Contra wygrała ostatecznie 5:7. Narodowe mimo porażki mogą zaliczyć tą rundę do udanych i będą na wiosnę walczyć o medale. Contra dzięki temu zwycięstwu zachowuje szanse na czołową lokatę na koniec sezonu.

W meczu na szczycie TUR Ochota mierzył się z FC Kebavitą. Mieliśmy nadzieję, że to spotkanie będzie pięknym podsumowaniem zmagań na poziomie Ekstraklasy. Gospodarze w tym sezonie byli niepokonani i w założeniach chcieli zakończyć rundę z kompletem zwycięstw. Kebavita po kilku dobrych spotkaniach chciała udowodnić, że jest ekipą, która jest gotowa do walki na najwyższym poziomie. Początek spotkania to szybki gol dla gości. Baris Kazkondu dostał świetne podanie od Azamata Qutpiddinova i nieoczekiwanie mieliśmy na tablicy wyników 0:1. Gospodarze próbowali akcji ofensywnych, ale brakowało wykończenia pod bramką Piotra Kalbarczyka. Gdy Kamil Majorek podwyższył wynik spotkania wydawało się, że Kebavita może tutaj osiągnąć korzystny wynik. W tym okresie spotkania team Buraka Cana miał jeszcze kilka dogodnych sytuacji, ale defensywa ekipy z Ochoty miała tego dnia świetnie dysponowanego Michała Bruździaka, który świetnie zatrzymał co najmniej trzy groźne akcje pod własną bramką. Sygnał do odrabiania strat dał Michał Jeliński, który wykorzystał błąd w kryciu i spokojnie pokonał bramkarza rywali. Ostatnie pięć minut pierwszej połowy były zabójcze w wykonaniu mistrzów z Ochoty. Cztery bramki kompletnie zaskoczyły przeciwników i widać było, że z Kebavity zeszło powietrze. Do przerwy mieliśmy wynik 5:2 dla teamu Konrada Kowalskiego. Po zmianie stron mistrz nie odpuszczał i powiększał swoją przewagę. U gości nic nie funkcjonowało tak jak w pierwszych minutach meczu. Gubili krycie, przegrywali wszystkie akcje stykowe, a w ofensywie byli nieskuteczni. Trzeba też przyznać, że Paweł Wysocki świetnie spisywał się między słupkami, skutecznie zniechęcając rywali do gry. W końcówce spotkania mieliśmy czerwoną kartkę dla Tura za zagranie ręką w polu karnym, ale przy tak wysokim wyniku możliwość odrobienia strat była niemożliwa. Kebavita zmniejszyła tylko rozmiary porażki i mecz zakończył się wynikiem 10:5. Po meczu można było usłyszeć głośne Turoo, Turoo i mistrz w pięknym stylu, z kompletem punktów został mistrzem jesieni i patrząc na przewagę ekipy z Ochoty, tylko jakiś drastyczny spadek formy może spowodować, że nie obronią mistrzostwa w tym sezonie. Kebavita ma szanse na walkę o podium i na pewno z tego spotkania musi wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Niezwykle istotne dla obu drużyn było spotkanie AnonyMMous! z East Windem. Gospodarze musieli walczyć o każdy punkt, bo sytuacja w tabeli pokazuje, że ekipa Macka Miękiny będzie w tym sezonie walczyć o utrzymanie. Z kolei goście wiedzieli, że ich główni konkurenci w tabeli pogubili punkty i zwycięstwo dałoby im miejsce na podium. Od początku spotkania mecz toczony był w szybkim tempie i obie ekipy miały swoje okazje strzeleckie. Wynik spotkania otworzył Maks Himel. Anonimowi jednak dość szybko wyrównali za sprawą Eryka Stocha. Trzeba zaznaczyć że team Maćka Miękiny starał się wreszcie grać zespołowo i obrona nie popełniała tak dużo błędów jak w poprzednich spotkaniach. W ofensywie dużą pracę wykonywał wspomniany autor pierwszego gola Eryk Stoch i to właśnie on dał nieoczekiwanie prowadzenie swojej drużynie. Jeszcze przed przerwą Sebastian Dąbrowski wyrównał i do przerwy było 2:2. Po zmianie stron długo żadna z drużyn nie znajdowała sposobu na pokonanie golkiperów ekip. Dopiero Dawid Brewczyński po zamieszaniu pod polem karnym sprytnym strzałem dał prowadzenie East Windowi. W dalszej fazie spotkania uaktywnił się Damian Patoka, strzelając dwie bramki. Widać było, że goście piłkarsko wyglądali bardzo dobrze i przełożyło się to na wynik końcowy tego meczu. AnonyMMous stworzyli sobie kilka klarownych sytuacji, ale szwankowała skuteczność pod bramką rywali, a swoje także odbił Damian Karczmarczyk. Ostatecznie goście wygrali pewnie 3:7 i z nadziejami na korzystne miejsce na koniec sezonu przystąpią do rundy rewanżowej. Anonimowi na wiosnę muszą grać o wiele lepiej bo widmo spadku w przypadku słabszej formy może stać się rzeczywistością..

W ramach dziewiątej kolejki Cykacze podejmowały Tylko Zwycięstwo na arenie Picassa. Było to stracie dwóch drużyn z dołu tabeli, ale dla obu ekip każdy punkt był cenny w kontekście utrzymania się w Ekstraklasie. W tym spotkaniu nie było zdecydowanego faworyta, co zwiastowało bardzo wyrównaną grą i walkę do ostatnich minut. Pierwsza połowa tak jak przystało na najwyższy poziom rozgrywkowy była bardzo intensywna. Obie drużyny grały pewnie, krótkimi podaniami po ziemi. Każda z nich prezentowała rozegranie po trójkącie, które pozwalało szybko przemieszczać się w stronę bramki rywala. Jednak pierwszy cios należał do gości, którzy jako pierwsi wyszli na prowadzenie. W tej części spotkania ważną postacią dla TZ był Kacper Stępień, który kreował grę dla swoich kolegów. Po jego rzucie wolnym jego koledzy cieszyli się z dwubramkowej przewagi. Cały obraz gry zmienił się w momencie wejścia na plac gry Piotra Amermajstera, który dał impuls swoim kolegom. Nie trwało to jednak zbyt długo, ale zdołał w tym czasie wpakować piłkę do bramki rywali. Zwieńczeniem pierwszej połowy była bramka bezpośrednio z rzutu rożnego, której autorem był Szymon Jałkowski. Pomimo, że goście szybko podwyższyli prowadzenie na początku drugiej połowy to Cykacze zaczęli dominować w środku pola i zaczęli gonić przeciwników. Ponownie głównym playmakerem był Piotr Amejmaster z pomocą którego gospodarze zdołali wyrównać stan meczu. Spotkanie rozpoczęło się od nowa, ale każda z drużyn chciała odnieść w nim triumf. Doskonałą okazję na wyjście na prowadzenie miało TZ, ale bramkarz gospodarzy wyciągnął się jak struna i wybronił niebezpieczny strzał rywali. Kiedy wszyscy byli już pewni, że mecz zakończy się podziałem punktów to goście przeprowadzali ostatnią akcję meczu. Po strzale Szymona Jałkowskiego piłka znalazła się w siatce i to ostatecznie goście wygrali swój drugi mecz w rundzie jesiennej.

LIGA 1

Dzień wcześniej rozgrywki w Lidze Fanów w roku 2020 zakończyli Chłopcy z Bielan, którzy tego dnia mierzyli się z zespołem Bękartów Warszawy. Bękarty, które tego dnia pełniły role gospodarza, stawiły się w dość nielicznym składzie na Arenie Grenady, ale wiemy, że chłopaki są trochę przetrzebieni przez różne kontuzje i urazy, a zimą czeka ich ciężka praca nad wzmocnieniem składu. Goście natomiast stawili się bardzo licznie i mieli tego dnia tylko jeden cel – zdobyć 3 punkty. Jak się okazało, ambitnie walcząca drużyna Bękartów, nie miała w tym meczu zbyt wiele do powiedzenia, a wynik mówi sam za siebie. W szeregach gospodarzy brakowało szczelnej defensywy, która zatrzymałaby chłopaków z ChzB. Widzieliśmy w tym sezonie jednak kilka meczów, w których Bękarty grały dużo lepiej, więc liczymy, że na wiosnę pokażą nam, na co ich stać. Chłopcy z Bielan z całą pewnością byli szczęśliwi, że udało im się wygrać, bo tego dnia zaliczyli porażkę z Hazardem 86 i to spowodowało, że z Areny Grenady nie wyjeżdżali z kompletem punktów. Bardzo dobry mecz rozegrał Damian Kowalewski i Paweł Pająk, których gra znalazła w naszych oczach uznanie. Nieźle też prezentował się Tomek Terpiłowski, który trzykrotnie obsłużył podaniami swoich kolegów, a im nie pozostało nic innego, jak wykończyć akcję strzałem do bramki. Wynik 2:11 mówi sam za siebie, Chłopcy z Bielan pozostają w walce o mistrza, a w kwestii Bękartów sprawa wygląda klarownie – czekamy na ich przebudzenie i tytuł rycerzy wiosny!

Mimo zimowej aury, spotkanie zapowiadało się bardzo gorąco. Aspirujące do awansu do Ekstraklasy Deportivo la Chickeno podejmowało lidera pierwszej ligi, Mixamatora. Juz od pierwszych minut w obu zespołach można było wyróżnić kluczowe postacie. Po stronie gospodarzy był to Patryk Zych, którego bardzo rywale momentami nawet potrajali, natomiast wśród "Mixów" był to stojący na bramce Grzesiek Augustyniak, który świetnie kierował blokiem defensywnym, a w razie potrzeby popisywał się doskonałymi interwencjami. Niemniej, jego świetna postawa nie pomogła przy pierwszych dwóch bramkach strzelonych przez "Czikenów". Najpierw świetną akcję indywidualną przeprowadził wspomniany Patryk Zych i było 1:0. Podwyższenie na 2:0 przyszło wraz z bramką Tomasza Januszkiewicza, który znalazł się w odpowiednim miejscu i czasie aby dobić piłkę po nieskutecznym strzale kolegi z ataku. Kiedy wydawało się, że Deportivo przejęło inicjatywę, do głosu doszli goście. Po interwencji Roberta Jaoko, do piłki dopadł Kamil Kamiński i zdobył bramkę kontaktową. Jeszcze przed przerwą pięknym strzałem z rzutu wolnego popisał się Mikołaj Prybiński i na odpoczynek oba zespoły schodziły przy stanie 2:2. Pierwszych kilka minut to wymiana ciosów i nieco uszczypliwości z obu stron. Napięcie rosło, a wynik oscylował w okolicach remisu. Najpierw na prowadzenie 3:2 wyszli gospodarze po golu Konrada Szkopińskiego, a w odpowiedzi bramkę na 3:3 zdobył Paweł Żwirbla. "Czikeni" znów łamią blok defensywny rywali, a bramkę na 4:3 po sprytnie rozegranym rzucie rożnym zdobywa Eryk Agnyziak. Wtedy sprawy w swoje ręce postanowił wziąć, jak się później okazało , bohater tego spotkania, Bartek Nowodworski. To jego dwa trafienia oraz asysta pozwoliły "Mixom" zdobyć trzy bramki z rzędu i z jednobramkowego deficytu wyjść na prowadzenie dwoma golami. Szczególnie bramka na 4:6 była urodziwa, gdyż piłka po potężnym strzale odbiła się najpierw od poprzeczki, a potem tuż za linią bramkową, a jej autorem był Kamil Kamiński. Kolejne trafienie na konto gości padło łupem Mikołaja Prybińskiego i było już 4:7. Ekipa Ernesta Woźniaka zdołała jeszcze raz pokonać golkipera rywali, a miało to miejsce po strzale Patryka Zycha, jednak goście nie oddali już prowadzenia do końca i ostateczni wygrali 5:7. Niestety pod koniec spotkania miał miejsce nieprzyjemny incydent i sędzia pokazał "Asa kier" głównym „zainteresowanym" z obu zespołów. Zawodnicy w gorącej atmosferze opuścili boisko i jesteśmy pewni, że wiosenny rewanż będzie arcyciekawym widowiskiem.

Bardzo ciekawy pojedynek stoczyły ze sobą ekipy Alpana i Niezłomnych. Choć drużyny podchodziły do tego meczu w zupełnie innych nastrojach, to cel był jasny – wygrać. Ekipa Rafała Dębskiego niebezpieczna zbliża się do strefy spadkowej, co zupełnie nie odzwierciedla potencjału drzemiącego w drużynie Alpana. Niezłomni biją się o podium zachowując nawet szansę na zdobycie mistrzostwa na sam koniec sezonu, ale warunkiem koniecznym jest wygrywanie wszystkich spotkań, a przeciwnicy tacy jak drużyna gospodarzy do najłatwiejszych nie należą. W tym spotkaniu Ukraińcy mogli liczyć na swojego lidera Tarasa Kobliuka, który po raz kolejny udowodnił, że kiedy jest w formie, drużyna Niezłomnych jest w stanie ograć wszystkich. Po 8 minutach meczu i dwóch bramkach Tarasa oraz jednej Leonida Zueva było już 0:3 dla gości i zapowiadało się jednostronne widowisko. Alpan odpowiedział trafieniem Łukasza Malczewskiego, ale goście błyskawicznie odzyskali kontrolę i dołożyli kolejne dwa trafienia i było już 1:5. Gospodarze grali trochę ospale, ale jeszcze przed przerwą zabrali się za odrabianie strat i wbili szybkie dwa gole autorstwa Damiana Borowskiego i Patryka Dębskiego. Bramkę do szatni strzelił Bogdan Horynevskii i pierwsza połowa skończyła się wynikiem 3:6. W drugiej części spotkanie nabrało kolorów, bo Alpan zdecydowanie się ożywił, szybko strzelił bramkę na 4:6, a w 31 minucie Damian Borowski wykorzystał rzut karny i Niezłomni mieli już tylko jedną bramkę przewagi. Gospodarze momentami zamykali Ukraińców na ich połowie i ostrzeliwali bramkę Vitaliya Yashchuka, ale w takich chwilach o swoich umiejętnościach lubi przypomnieć Taras Kobliuk, który dał znak do ataku i zdobywając dwa gole wyprowadził Niezłomnych na bezpieczne prowadzenie 5:8. Do końca meczu zostało jeszcze niemal 10 minut, tempo wzrosło i napastnicy obu drużyn szukali sposobu na pokonanie bramkarza przeciwnika. Witek Jasiński zdobył bramkę na 6:8. Po tym golu Niezłomni skupili się na obronie wyniku i odcięli Alpana od możliwości zdobycia bramki. Kropkę nad i w ostatniej akcji meczu postawił Taras Kobliuk ustalając wynik na 6:9 i zgarniając 3 punkty Niezłomni utrzymali trzecią pozycję w tabeli 1 ligi.

Spotkanie Drunk Teamu z PGU decydowało, która ekipa po rundzie jesiennej będzie mogła spokojnie przezimować ponad strefą spadkową. Obie drużyny do spotkania nie przystąpiły w optymalnych zestawieniach. Jednak mimo braku kilku kluczowych zawodników stworzyły niezłe widowisko na koniec zmagań na arenie Grenady. Lepiej zaczęli goście, bo po kilku minutach prowadzili już dwoma bramkami, a w role egzekutora wcielił się Oscar Górecki. Ten zawodnik miał bardzo udany koniec rundy i regularnie trafiał w ostatnich spotkaniach do bramki rywali. Gospodarze początkowo mieli problemy z konstruowaniem akcji i w ataku widać było brak Łukasza Walo, który potrafił czasami w pojedynkę stwarzać zagrożenie. Drunk Team musiał radzić sobie bez swojego napastnika i im dalej w mecz tym robił to coraz lepiej. PGU za sprawą Marcina Łyczkowskiego podwyższył wynik na 0:3 i gdy wydawało się, że takim wynikiem zakończy się pierwsza odsłona tuż przed przerwą Piotr Zygiel strzelił gola, który dał nadzieję na nawiązanie walki w drugiej połowie. Po zmianie stron to goście ponownie wykazali się skutecznością. Dwie szybko strzelone bramki dały już czterobramkową przewagę i wydawało się że jest po meczu. Gospodarze jednak pokazali charakter i walczyli do końca. Uaktywnił się Damian Wolski, który dwa razy znakomicie strzelił z dystansu i mieliśmy na osiem minut przed końcem wynik 3:5. Końcówka to świetne okazje z obu stron, ale w ostatnim fragmencie spotkania obaj bramkarze nie dali już się zaskoczyć i nawet okres gry w osłabieniu PGU po faulu taktycznym Adriana Gajosa nie przyniósł zmiany rezultatu. Obie ekipy na wiosnę będą walczyć o utrzymanie choć jeżeli na meczach gości będą pojawiać się gracze pokroju Maciej Pyrki, Adriana Wierciocha czy Piotra Lacha to niewykluczone że ta drużyna włączy się w walkę o medale.

Ostatnim meczem kończącym jesienne zmagania w 1 lidze było spotkanie FC Górka oraz FC Hazard 86. Gospodarze, którzy jeszcze rok temu grali w Ekstraklasie przez całą rundę mają olbrzymie problemy ze składem, czego efektem jest miejsce w strefie spadkowej. Goście natomiast punktują bardzo przyzwoicie i pewnie zmierzają do najwyższej klasy rozgrywkowej. I to właśnie oni od początku meczu przejęli inicjatywę. Stwarzali więcej sytuacji bramkowych, byli bardziej konkretni, czego efektem były trzy trafienia. Chłopaki z Górki nieraz pokazywali, że mimo kiepskiego wyniku do końca starają się odwrócić losy spotkania. W ciągu kilku minut udało im się zdobyć dwie bramki i wynik meczu cały czas był sprawą otwartą. Inny plan na ten mecz mieli zawodnicy Hazardu, którzy chcąc mieć mecz pod kontrolą jeszcze przed przerwą podwoili swój dorobek bramkowy. Do przerwy 6:2 dla faworytów tego spotkania. Po przerwie niewiele się zmieniło. Goście kontrolowali przebieg meczu i cały czas utrzymywali bezpieczną przewagę, którą dowieźli do końcowego gwizdka sędziego. Mecz był bardzo czysty i prowadzony w sportowej atmosferze, ale mimo tego zawodnik Górki Piotrek Wardzyński doznał groźne wyglądającej kontuzji kostki. Mamy nadzieję, że kontuzja nie będzie taka groźna na jaką w pierwszym momencie wyglądała. Piotrkowi życzymy zdrowia oraz wzmocnienia składu. Bo bez tego będzie im bardzo trudno utrzymać się w pierwszej lidze. Natomiast FC Hazard 86 dorzucili kolejne trzy oczka do ligowej tabeli co gwarantuje im miejsce na podium aż do rundy wiosennej.

LIGA 2

Na rozpoczęcie zmagań ostatniej kolejki 2 ligi zmierzyły się sąsiadujące ze sobą w tabeli Green Lantern z Orzołami Stolicy. Ciężko tu było wskazać faworyta, bo oba zespoły, tak jak i inne zespoły w tej lidze dzieli bardzo niewiele. Mecz lepiej rozpoczęli gospodarze spotkania, którzy szybko wyszli na dwubramkowe prowadzenie dzięki akcjom Kuby Kublika i strzałom Tomka Ciurzyńskiego. Gdy wydawało się, ze już w pierwszej połowie Zielone Latarnie odskoczą na kilkubramkowe prowadzenie, to coś w dalszej części pierwszej połowy się zepsuło. Mecz się wyrównał, a w końcówce pierwszych 25 minut goście zdobyli bramkę kontaktową. Green Lantern wychodził na drugą połowę osłabiony brakiem jednego zawodnika, który dostał żółtą kartkę. To jednak zadziałało mobilizująco na gospodarzy, którzy mimo gry w 5 na boisku zdołali podwyższyć prowadzenie i od tego momentu przejęli inicjatywę do końca meczu. Tomek Ciurzyński raz po raz niepokoił obrońców Orzełów strzelając łącznie aż 5 bramek w spotkaniu. Goście próbowali się odgryzać, ale brakowało im tym razem argumentów na świetnie dysponowanych Latarników. Ostatecznie mecz zakończył się zwycięstwem Green Lantern 7:3, co pozwoliło im na zbliżenie się do podium i ostatecznie zakwalifikowało do drużyn walczących o awans. Orzeły również zaliczają się do tego grona, ale muszą porządnie przepracować zimę, bo na wiosnę trzeba będzie wygrać z czołówką.

Un Mate Team podejmował na Arenie Picassa zespół Popalonych Styków. Goście patrząc w ligową tabelę nie byli być może faworytami, ale zaliczyli świetne otwarcie, bo dosłownie 5-6 minut po rozpoczęciu meczu, do rzutu wolnego podszedł Jacek Mogiła. Musimy przyznać, że jesteśmy w szoku, bo Jacek z dwóch kroków ma takie uderzenie, że mury mógłby nim burzyć. Idealnie uderzona piłka i Mohamed Labraiki musiał wyciągać ją z siatki. Okazało się, że to trafienie podziałało jak płachta na byka dla drużyny Argentyńczyków. Ciężar zdobywania bramek wziął na siebie Mariano Konopka, który najpierw strzelając z pola karnego, wpakował piłkę do bramki, a potem zaliczył asystę przy bramce na 2:1. Tempo meczu trochę siadło, a Popalone Styki wyraźnie nie miały koncepcji na dobrze grających w obronie reprezentantów Un Mate. Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja po drugiej stronie boiska, gdzie ponownie trafił Mariano Konopka, a chwilę później gola dołożył Fernando Ramos i na przerwę zeszliśmy przy stanie 4:1 dla gospodarzy. Druga połowa przyniosła o wiele więcej emocji niż pierwsza odsłona. Mimo iż świetne zawody rozgrywał Jony Kraajenbrink nie był on w stanie wpisać się na listę strzelców - za każdym razem brakowało mu odrobiny szczęścia, z czego najlepszy przykład stanowi sytuacja z trzydziestej minuty, kiedy to utalentowany napastnik świetnie zgubił obrońcę i technicznym strzałem uderzył w poprzeczkę. Drużyna gości nie składała jednak broni, a sygnał do ataku dał Damian Dobrowolski. Zawodnik Popalonych Styków dwukrotnie pokonał Mohameda Labraikiego, przez co na dwanaście minut przed końcem na tablicy widniał wynik 4:3. Pościg kosztował jednak gości bardzo dużo sił, co przed końcem wykorzystali gospodarze - Jony Kraajenbrink szybko wykonał rzut rożny, a do piłki w polu karnym dopadł Mariano Konopka, który kompletując hat-tricka ustanowił końcowy wynik spotkania na 5:3.

Niesłychanie ciekawie zapowiadało się spotkanie dwóch ekip liczących się w walce o mistrzostwo drugiej ligi. Warszawska Ferajna, czyli bardzo zdyscyplinowana, dobrze przygotowana fizycznie Kacpra Domańskiego podejmowała weteranów z FC Melange Kamila Marciniaka. Od samego początku to gospodarze byli zdecydowanie dominującą stroną. Szybkość, siła i zgranie sprawiły, że praktycznie od pierwszych minut przebieg meczu sprowadzał się do bombardowania bramki strzeżonej przez Bartka Jakubiela przez młodych graczy Ferajny. Jednak cierpliwość i doświadczenie sprawiły, że to Melange jako pierwszy zaczął strzelać. Świetnie w pierwszych minutach spisywał się Grzegorz Mac, który otworzył wynik spotkania, a także asystował przy bramce na 0:2, zdobytej przez Łukasza Słowika. Ferajna nie przestawała napierać i w końcu ich starania przyniosły efekt w postaci bramki Kamila Żochowskiego, który dobił piłkę odbitą przez golkipera rywali. Po raz drugi na dwubramkowe prowadzenie gości wyprowadził Kamil Pietrzykowski, który na raty kilka razy dobijał piłkę wybronioną przez Bartka Wojciechowskiego. Wynik pierwszej części spotkania na 2:3 ustalił Konrad Pietrzak, który nie zmarnował dobrego dogrania od Patryka Stefańskiego. Druga połowa dalej była pod dyktando gospodarzy, ale na przeszkodzie bardzo często stawał bramkarz rywali, którego niektóre interwencje, nawet w ocenie samych zawodników Ferajny, były wręcz niemożliwe. I to właśnie zawodnik stojący między słupkami FCM zapoczątkował kolejną akcję bramkową, kiedy to po jego rzucie przez całe boisko wynik na 2:4 podwyższył Łukasz Słowik. Na boisku i poza nim doszło do kilku utarczek słownych, które niepotrzebnie popsuły świetne widowisko. Sędzia w ramach uspokojenia wręczył obu stronom kilka kartek. Do końca spotkania oglądaliśmy jeszcze trzy trafienia. Dla Melanżu trafiali Adrian Zegar oraz po raz kolejny Łukasz Słowik, który tym samym skompletował hat-tricka. Wynik na 3:6 ustalił na minutę przed końcem Przemysław Bella, którego obsłużył Konrad Pietrzak. Wygrana zapewniła FC Melange fotel lidera, natomiast Ferajna już szlifuje formę, aby się zrewanżować na wiosnę.

Szlagier na poziomie drugiej ligi czyli starcie Olimpiku z FC Nova Group przebiegło niezwykle emocjonująco. Stawka szalenie wysoka i obie ekipy doskonale wiedziały, że każda bramka jest tu na wagę zwycięstwa, a być może i mistrzostwa jesieni. Maksymalne skupienie dało się odczuć już po pierwszym gwizdku sędziego. Z początku to zawodnicy Olimpiku przejęli inicjatywę i mozolnie budowali akcje ofensywne, a drużyna gości nieco onieśmielona i przyciśnięta skupiła się na tym, aby nie stracić szybko bramki i odpowiadała groźnymi kontratakami. Choć gospodarze byli drużyną przeważającą, to Nova zdobyła pierwszą bramkę, kiedy w 11 minucie golkipera Olimpiku pokonał niezawodny Łukasz Wirski. Obraz gry nie uległ zmianie, Olimpik atakował, Nova kąsała kontratakami i w 19 minucie Łukasz dostał podanie od swojego bramkarza i wychodząc sam na sam nie dał szans Oleksandrowi Smyrnovowi i zrobiło się 0:2. Goście długo z przewagi bramkowej się nie nacieszyli, bo po kolejnych dwóch minutach był już remis za sprawą goli Stanisława Oseledchenki. Goście w ostatniej akcji pierwszej połowy strzelili gola do szatni i schodzili na przerwę ze skromnym prowadzeniem 2:3. W drugiej połowie tempo meczu wyraźnie wzrosło, a drużyna Nazariego Kharytonova w końcu znalazła swój rytm i zaczęła grać to, co wychodzi jej najlepiej – szybkie akcje z wymianą dwóch-trzech podań i strzał na bramkę. W 34 minucie wyrównał Stanisław Oseledchenko, minutę później na prowadzenie wyprowadził swój zespół Dmytro Zhdanov. Po tej bramce Olimpik poczuł wiatr w żaglach i zaczął atakować coraz śmielej, przez co otworzył się w obronie, co zawodnicy Nova Group mieli kilkukrotnie okazję wykorzystać, ale koszmarny brak skuteczności nie przekładał się na zdobywanie goli. Za to od 42 minuty gole sypały się jak śnieg w górach. Najpierw po podaniu Oleksandra Yakubiaka kapitan gospodarzy Nazarii Kharytonov dosłownie wjechał z piłką do bramki, a minutę później kolejną bramkę dla gości strzelił Hubert Czady i zrobiło się 5:4. Inicjatywa pozostała jednak zdecydowanie po stronie Olimpiku, który rozstrzelał się na dobre i dwoma golami Ivana Shevtsova i jednym Ihora Puzenki zapewnił sobie przewagę, której Nova nie zdołała już dogonić. Daniel Makus ustalił wynik meczu na 8:6 i w ten sposób zespół z Ukrainy zrzucił FC Nova Group z fotela lidera samemu plasując się na drugim miejscu w tabeli 2 ligi.

Gdy na boisku obok rozgrywał się mecz na szczycie drugiej ligi, na plac wychodzili gracze Truskawki na Torcie oraz Wiernego Służewca. Stawką tego pojedynku było to, kto zostanie czerwoną latarnią tego poziomu rozgrywkowego i przezimuje na ostatnim miejscu. Pierwsza część nie była zbyt porywająca, mało było dogodnych sytuacji do strzelenia bramki, zarówno z jednej jak i z drugiej strony. Raczej drużyny grały tak, by nie stracić bramki i bramkarze w tej części nie mieli zbyt wiele okazji do pokazania swoich umiejętności. Pierwsze 25 minut skończyło się bezbramkowym remisem, i choć obie ekipy nie grały najgorzej, to też nie była to połowa, która na długo zapadnie nam w pamięć. W końcówce pierwszej części nieco lepsze okazje miał Wierny, w tym raz oddał strzał w poprzeczkę, ale nie była to wielka przewaga. Za to po zmianie stron, bardziej energicznie w mecz weszła Truskawka. Zaczęło się od paru akcji, przy których jeszcze dobrze interweniował Grzegorz Łapacz. W końcu wynik meczu otworzył Michał Mikołajczuk, a następnie Truskawka podwyższyła prowadzenie na 2:0 po rzucie rożnym. Wiadomo już było, że Wiernemu ciężko będzie odwrócić losy meczu, bo jego postawa w drugiej części nie przekonywała. Mimo to udało się zdobyć bramkę kontaktową autorstwa Bartosza Konckiego. Jak się okazało, był to już ostatni gol ekipy ze Służewca w tej rundzie. Za to Truskawka grała konsekwentnie i jeszcze dwukrotnie udało jej się pokonać bramkarza Wiernego. Mecz kończy się zasłużonym zwycięstwem Truskawki na Torcie 4:1 i w konsekwencji opuszczeniem przez nią ostatniego miejsca w tabeli. Obie ekipy czeka przebudowa, by na wiosnę pokazać się ze znacznie lepszej strony i wcale nie skazujemy ich jeszcze na spadek.

 LIGA 3

Dla Graczy Gorszego Sortu starcie z Energią było zasadniczo meczem o mistrzostwo jesieni. Ekipie gości brakowało zaledwie jednego punktu do podium, więc oczywistym było, że obie drużyny będą walczyć o każdy centymetr boiska. Team Patryka Sznajdera od samego początku przycisnął gości, ale to Ukraińcy strzelili pierwszą bramkę i to już w 3 minucie meczu. Rzut wolny na bramkę zamienił Serhii Khmel, ale GGS bardzo szybko odzyskał rezon i już w 7 minucie uaktywnił się duet Wąś – Mydłowiecki. Grzegorz podawał, Jakub strzelił i mieliśmy remis, który utrzymał się raptem minutę, bo po takim czasie Łukasz Kulesza zdobył swojego 41 gola w tym sezonie i gospodarze wyszli na prowadzenie. Nastroje w drużynie gospodarzy popsuł w 13 minucie Ivan Polianskiy strzelając dla Energii bramkę na 2:2. Na kolejną bramkę musieliśmy trochę poczekać, bo obie drużyny nie otwierały się w obronie, ale w końcu w 21 minucie Ivan Polianskiy strzelił swojego drugiego gola i Energia schodziła na przerwę z jednobramkowym prowadzeniem. Kiedy sędzia zagwizdał początek drugiej połowy Gracze Gorszego Sortu zabrali się za odrabianie straty, ale było widać, że styl gry Energii gospodarzom po prostu nie leży. Nie był to też dzień Łukasza Kuleszy, który bezskutecznie ostrzeliwał bramkę Vitaliia Lychmana, ale golkipera gości pokonać już nie zdołał. GGS próbował i próbował, aż w końcu w 34 minucie wrzutkę Michała Wierzchonia wykorzystał Kuba Mydłowiecki i zrobiło się 3:3. Po tej bramce tempo meczu tylko wzrosło, a zespół Patryka Sznajdera usiadł na drużynie Energii i bramkarz gości musiał non-stop ratować swój zespół przed utratą bramki. GGS praktycznie zamknął gości na ich połowie, ale Ukraińcy mocno zacieśnili obronę i wyprowadzali groźne kontrataki. Graczom Gorszego Sortu zabrakło tego dnia finezji z poprzednich spotkań, np. niekonwencjonalnych zagrywek, dzięki którym ograli wcześniej Brazylijczyków. Do tego doszły nerwy i gospodarze przez chwilę byli bardziej skoncentrowani na komentowaniu decyzji sędziego niż szukaniu kolejnego gola. Dopiero w końcówce meczu w ich grze pojawiła się potrzebna świeżość, ale zawodnicy Energii przeszli do zupełnej defensywy i dowieźli remis do końca, choć naprawdę niewiele zabrakło GGSowi aby w końcu wbić zwycięskiego gola. Mimo remisu gospodarze utrzymali się na pozycji lidera, ale z niepokojem patrzyli na zaległy mecz Furduncio, które miało szansę rzutem na taśmę wskoczyć na pierwsze miejsce w tabeli. Niezależnie od wyniku tego meczu sezon wiosenny w 3 lidze zapowiada się szalenie ciekawie.

Wiecznie Drudzy podbudowani ostatnim zwycięstwem, z optymizmem przystępowali do starcia z Junakiem. I jak pokazała pierwsza połowa, ten optymizm nie wziął się znikąd. Sam początek to nieco zagubiona defensywa Wiecznie Drugich, ale obyło się bez konsekwencji w postaci straconej bramki. Z czasem lepsze okazje mieli właśnie gospodarze, raz po mocnym strzale obili poprzeczkę, a raz na wysokości zadania stanął Andrzej Groszkowski. Junak miał szansę na objęcie prowadzenia, kiedy to żółtą kartką został ukarany Piotr Kawka, ale trzyminutowa gra w przewadze nie przełożyła się na bramki. W dodatku kiedy skończyła się kara dla rywala, stracili chwilę później gola na 1:0. To zmobilizowało Wiecznie Drugich do dalszego wysiłku, który przyniósł efekt w postaci kolejnej bramki. Gdy wydawało się, że zagranie z boku boiska nie znalazło adresata, po drugiej stronie przejął je Rafał Michalski i podwyższył prowadzenie na 2:0. Właściwie nic nie skazywało na to, że coś jeszcze się zmieni w pierwszej części, a tymczasem Aleksy Sałajczyk dosłownie w ostatnich sekundach pierwszej części zdobył bramkę kontaktową, po której sędzia zakończył pierwsze 25 minut. W drugiej części obie ekipy miały sytuacje do zmiany wyniku, ale pozostały one niewykorzystane. W końcu Junak przełamał ten impas i po rzucie wolnym doprowadził do wyrównania. Następnie poszedł za ciosem i długie podanie od bramkarza głową przedłużył Patryk Pawłowski, myląc golkipera rywali i mieliśmy 2:3 dla Junaka. Wiecznie Drudzy dążyli do wyrównania, ale w kluczowych momentach brakowało im dokładności i niekiedy piłka im zbyt często odskakiwała. Być może brakowało już na boisku Piotra Kawki, który zarobił drugą żółtą kartkę i nie mógł już pomóc drużynie. Rywala dobił Aleksy Sałajczyk strzelając na 2:4 i takim wynikiem kończy się ten mecz.

Na zakończenie rundy jesiennej w 3 lidze zmierzyły się dwa zespoły z dwóch różnych biegunów tabeli. Saska Kępa, która od 4 spotkań nie przegrała i Mikstura, która rundę jesienną może spisać na straty znajdując się na dnie tabeli. Mecz lepiej rozpoczęli goście, którzy szybko wyszli na prowadzenie za sprawą niezawodnego Sebastiana Sitka. Goście byli cały czas w natarciu, a Mikstura ograniczyła się do wybijania piłek. Po tym jak Saska podwyższyła prowadzenie coś drgnęło w ekipie braci Jochemskich i ruszyli do odważniejszych ataków. Bramkę kontaktową zdobył nie kto inny jak Damian Patoka i wydawało się, że kolejne bramki są kwestią czasu. I tak tez było, tylko, że kolejną bramkę uderzeniem z dystansu i fatalnym błędzie bramkarza zdobyli goście. Gospodarze dwoili się i troili, ale defensywa rywali spisywała się na tyle dobrze, że nie dużo mogli zdziałać. W drugiej połowie gra już bardziej się układała i zrobił nam się na prawdę fantastyczny mecz. Ataki w jedną stronę, fantastyczne parady bramkarzy i piękne bramki. Mikstura co tylko dogoniła wynik meczu i udawało się doprowadzić do wyrównania, to Saska odskakiwała znowu na jedna bramkę. I gdy wydawało się, że mecz zakończy się remisem, ostateczny cios zadał Sebastian Sitek zapewniając swojemu zespołowi niezmiernie ważne 3 punkty i drugie miejsce w tabeli na koniec rundy jesiennej. Mikstura przegrała kolejny mecz z drużyną z czołówki, jednak tej różnicy co pokazuje tabela w ogóle nie było widać co może być dobrym prognostykiem na rundę rewanżową.

Rozgrywki Ligi Fanów oficjalnie zakończyły się przed tygodniem, ale ostatnim akordem były 2 mecze zaległe rozegrane 12 grudnia. Kilka drużyn siedziało jak na szpilkach, bo tego dnia mieli zmierzyć się ze sobą faworyci do zwycięstwa w 3 lidze. Furduncio Brazil podejmowało Chacaritę i z całą pewnością był to mecz godny zakończenia rozgrywek w roku 2020. Pierwsza połowa rozpoczęła się lepiej dla gości, którzy zaskoczyli chyba Brazylijczyków swoją skutecznością. Maciej Frąckiewicz i Paweł Mańk spowodowali, że na tablicy wyników widniał wynik 0:3 i Furduncio musiało się otrząsnąć, po otrzymaniu tak ostrych ciosów. Okazało się jednak, że gospodarze potrafią walczyć do końca i chyba za punkt honoru przyjęli sobie, żeby wyrównać przed przerwą, co ostatecznie im się udało, a architektem tej zwycięskiej pogoni był Eduardo Kanela. Do przerwy mieliśmy wynik remisowy – 3:3. Druga połowa stała przede wszystkim pod znakiem dobrej gry bramkarzy. Obaj golkiperzy zaliczyli kilka takich interwencji, że napastnicy rywali musieli ukryć twarz w dłoniach, bo nie mogli pokonać ostatniej instancji na drodze do zdobycia bramki. Strzelecki impas przełamał w końcu Bruno Martins, który trafił dla Furduncio. Chacarita rzuciła się do odrabiania strat, ale świetnie bronił Adam Czerwiński. Gdy wydawało się, że to Furduncio zostanie liderem 3 ligi... Wojtek Rudaś trafił do bramki rywali i wyrównał stan meczu na 4:4. Na więcej nie starczyło już czasu, a obie drużyny musiały zadowolić się podziałem punktów.

Drugim zaległym spotkaniem w 3 lidze było starcie Lujwaffe Tarchomin z Izbą Wytrzeźwień. Stawką było spędzanie Sylwestra na spokojnym miejscu w środku tabeli, a nie słuchanie życzeń „obyście się utrzymali". Trzeba przyznać, że sobotni termin nie był chyba wymarzony dla żadnej z ekip, bo Lujwaffe stawiło się zupełnie bez zmian, a IW z 1 zawodnikiem rezerwowym. Pierwsze 25 minut było toczone w niezłym tempie, a na brak emocji z całą pewnością nie mogliśmy narzekać. Szczególnie zadbali o to gracze Lujwaffe, którzy w pierwszej połowie stracili dość... spektakularną bramkę. Odczuwający problemy zdrowotne Mikołaj Wysocki postanowił stanąć na bramce. Lujwaffe rozgrywało piłkę i w pewnym momencie Mikołaj zagrał do kolegi z drużyny, który po kilku chwilach odegrał mu piłkę w światło bramki. Cały problem polegał na tym, że Mikołaja już tam nie było, a Luje strzeliły sobie samobója kolejki. Mimo to chłopaki nie złożyli broni i do przerwy było 2:3 dla Izby. Tuż po przerwie udało się Lujom wyrównać, a po raz kolejny świetnie na boisku prezentował się Patryk Przygoda, który w tym meczu zdobył 3 bramki. Po drugiej stronie boiska podobną skutecznością wykazał się Kacper Kurowski, który również zakończył ten mecz z dorobkiem 3 bramek. To właśnie między innymi Kacper był zdobywcą jednej z bramek w drugiej połowie, która padła dla IW. Goście prowadzili już 5:3 i nawet strzelona bramka w ostatnich minutach przez gospodarzy, nie była im w stanie zabrać 3 punktów. Lujwaffe spada na 8 miejsce w tabeli, a Izba Wytrzeźwień po potężnym laniu pokazała, że potrafi się zebrać i wygrywać mecze w 3 lidze. Dzięki tej wygranej chłopaki z Izby lądują na 7 miejscu w tabeli i mogą już szykować się na rozgrywki wiosenne.

LIGA 4

W meczu rozpoczynającym zmagania w 4 lidze naprzeciwko siebie stanęli Kanonierzy i Joga Bonito. Pierwsze słowo należało do gospodarzy, kiedy to Mateusz Nejman wykorzystał świetne podanie od Bartka Oleksiewicza. Kanonierzy długo nie cieszyli się z prowadzenia, bo chwilę później Sebastian Kluczek wyrównał w dość niecodzienny sposób. Oddał strzał z boku boiska i wydawało się, że piłka spokojnie minie bramkę, ale ku zdumieniu wszystkich, odbiła się słupka i wtoczyła do siatki. Następnie ten sam zawodnik wykorzystał błąd obrońcy, zabrał mu piłkę w polu karnym i wyprowadził Jogę na prowadzenie 1:2. Po tej bramce koncert gry dał Marcel Nowak. Najpierw asystował przy golu Dawida Chudzia, a potem sam dwukrotnie wpisał się na listę strzelców. Przy tym zawodnicy Jogi mieli wiele problemów, by powstrzymać ofensywnego zawodnika Kanonierów. W odpowiedzi na 4:3 trafił Grzegorz Szostak, ale ponownie świetną akcją popisał się Marcel Nowak i na 2 minuty przed końcem pierwszej części widniał wynik 5:3. Już się wydawało, że w tej części nic się nie zmieni i Kanonierzy zejdą na przerwę z dwubramkowym prowadzeniem. Nic bardziej mylnego, bo kolejne błędy w obronie zostały w pełni wykorzystane przez Sebastiana Kluczka i Mariusza Tkaczyka, którzy w 2 minuty doprowadzili do remisu. Po kanonadzie w pierwszej części, druga była bardziej spokojna pod względem goli. Wciąż kiepsko w obronie spisywali się Kanonierzy, którzy często tracili piłkę na swojej połowie, ale tym razem Joga nie potrafiła skarcić rywala. Gol padł dopiero po rzucie wolnym, kiedy to Sebastian Jary mocnym strzałem nabił swojego kolegę z zespołu i po rykoszecie piłka wpadła do bramki. Joga miała jeszcze parę okazji do podwyższenia, ale brakowało skuteczności. To się zemściło i Dawid Chudź doprowadził do wyrównania. W końcówce Kanonierzy jeszcze przycisnęli, ale wynik już się nie zmienił. Zakończyło się rezultatem 6:6 i podziałem punktów, choć Kanonierzy sami stwarzali sytuacje Jodze i niemal dali jej zwycięstwo jak na tacy.

Strzelanina w spotkaniu Munji z Diabła Trzeci Róg to zasługa nielicznej reprezentacji gości - na Estadio Picassa przyjechało zaledwie pięciu zdolnych do gry zawodników w czerwonych koszulkach, przez co mecz został rozegrany 4vs4 w polu. Więcej luzu na boisku i zmiany faworyzowały drużynę gospodarzy, jednak nie czekali oni na zmęczenie Diabłów i szybko zaczęli punktować nielicznych przeciwników. Już kilka minut po gwizdku rozpoczynającym spotkanie, Michał Konopka skompletował hattricka, po czym zadbał o to, aby reszta kolegów również wpisała się na listę strzelców. Ostatecznie skończył spotkanie z aż pięcioma asystami. Goście tymczasem byli ciągnięci do boju przez napakowanego (nie tylko sportową) złością Macieja Biernackiego - to w dużej mierze jego trafienia trzymały przy życiu Diabły toczące ten nierówny bój. Chwila rozluźnienia kosztowała gospodarzy trzy stracone bramki w ostatnich minutach pierwszej połowy, przez co z komfortowego 4:0 zrobiło się tuż przed przerwą 4:3. Luz pod koniec pierwszej odsłony nie przeszkodził Munji na szybką mobilizację na początku drugiej połowy - gospodarze szybko odjechali na 7:3 i spokojnie kontrolowali wynik. Nie wybiła ich z rytmu nawet nieszczęśliwa kontuzja kostki Piotra Skwarczyńskiego, któremu życzymy jak najszybszego powrotu do zdrowia. Zmęczenie i rozluźnienie z obu stron pozwoliło w kolejnych minutach na intensywne nabijanie statystyk - ostatecznie aż siedmiu graczy odnotowało co najmniej trzy oczka do kanadyjczyka w spotkaniu, które ostatecznie zakończyło się wynikiem 12:8 dla gospodarzy.

Mecz na szczycie czwartej ligi między Awanturą Warszawa a Playboys Warszawa był niezwykle emocjonujący i stał na wysokim poziomie piłkarskim. Szybkie tempo jakie od pierwszej minuty narzuciły obie ekipy spowodowało, że przyjemnie spędziliśmy 50 minut na boisku na Grenady. Początek był lepszy w wykonaniu gości. To oni starali się narzucić swój styl gry, atakowali groźnie na bramkę przeciwników i dość szybko objęli prowadzenie. Awantura jakby zaskoczona dyspozycją rywala nie potrafiła grać swojej piłki. Dopiero po dziesięciu minutach zaczęła stwarzać sobie sytuacje, ale skuteczność pozostawiała wiele do życzenia. Tymczasem Playboysi podwyższyli na 0:2 i wydawało się, że kolejne bramki są tylko kwestią czasu. Jeszcze przed przerwą Awanturze udało się strzelić gola kontaktowego. Sebastian Dominiak skorzystał z błędu obrońcy i nie dał szans bramkarzowi. Do przerwy mieliśmy wynik 1:2. Po zmianie stron emocje dopiero się zaczynały. Najpierw gospodarze przeprowadzili dwie bliźniacze akcje z których padły bramki. Obie po crossach przez całe boisko do napastnika, który z woleja wpakował piłkę do siatki. Nie minęło pięć minut a było już 3:2 dla ekipy Alberta Zimocha. Goście jednak nie zrazili się i zaczęli jeszcze mocniej atakować. Na pięć minut przed końcem spotkania padł remis. Końcówka meczu była wręcz szalona, kiedy Michał Wasilewski dobił odbitą przez golkipera piłkę i na minutę przed końcem było 3:4. Awantura przeprowadziła jeszcze ostatni rozpaczliwy atak, który dał bramkę Grzegorza Himkowskiego na wagę jednego punktu. Po niesamowitym spotkaniu na szczycie Awantura podzieliła się punktami z Playboysami i sprawa mistrzostwa w tej lidze rozstrzygnie się na wiosnę, a że kilka ekip ma na to szanse, runda rewanżowa zapowiada się fascynująco.

Stawką bezpośredniego starcia Old Eagles Koło z Virtualnym Ń było podium 4 ligi. Gospodarzom potrzebne było zwycięstwo, aby utrzymać fotel lidera, za to ekipa Marka Giełczewskiego walczyła o trzecie miejsce w tabeli. Obie drużyny rozpoczęły mecz z maksymalną koncentracją i było jasne, że nikt się tutaj oszczędzał nie będzie. W pierwszych minutach Szymon Kolasa dwukrotnie sprawdził dyspozycję Sebastiana Nowakowskiego, ale bramkarz gospodarzy wyszedł z tego egzaminu obronną ręką. Skapitulował dopiero w 8 minucie po golu Marcina Furtaka, a w 13 minucie Robert Zając wyłożył piłkę Szymonowi Kolasie i zrobiło się 0:2. Old Eagles odpowiedzieli strzałem Pawła Lewandowskiego, ale piłka odbiła się od słupka bramki Jerzego Modzelewskiego. Orzełki atakowały, ale nic nie chciało wpaść i kiedy wydawało się, że Virtualni dowiozą wynik do końca połowy, Paweł Lewandowski w końcu przełamał się i zdobył gola kontaktowego. Drugą połowę Old Eagles rozpoczęli wyśmienicie, bo Paweł wykorzystał rzut wolny i było 2:2. Obrońcy gospodarzy zupełnie odcięli Szymona Kolasę od możliwości oddawania groźnych strzałów na bramkę, ale w 33 minucie Bartosz Kaca wyprowadził gości na prowadzenie strzelając gola niebywałej urody, bo uderzając niemal z połowy boiska zmieścił piłkę przy samym słupku. Old Eagles szukali okazji, ale mieli tego dnia wyjątkowego pecha, bo przez 10 minut obijali poprzeczkę i słupek bramki Virtualnych i dopiero w 43 minucie Piotr Parol dośrodkował z rzutu wolnego, a Rafał Flak zdobył bramkę wyrównującą. Zdawało się, że Orzełki pójdą za ciosem i końcówka będzie należała do nich, ale stało się coś zupełnie innego. Zabrakło dosłownie dwóch minut koncentracji, bo tyle czasu potrzebował Michał Płotnicki i Robert Zając, żeby dwukrotnie pokonać Sebastiana Nowakowskiego i zapewnić swojej drużynie trzy punkty. W efekcie Virtualni przezimują na trzecim miejscu, a Old Eagles Koło z pozycji lidera spadli na 4 miejsce! Na wiosnę spodziewamy się w 4 lidze walki o mistrzostwo do ostatniej kolejki.

Ostatnim akcentem 4 ligi był pojedynek OKS-u Nowy Raków z Iglicą Warszawa. Obie ekipy musiały poradzić sobie bez kilku swoich czołowych zawodników, niestety kontuzje i inne przeszkody mocno przetrzebiły składy obu zespołów. Mimo to obejrzeliśmy całkiem ciekawy mecz, w który lepiej wszedł OKS. Już w pierwszych minutach gospodarze wyszli na prowadzenie za strawą Szymona Borka, który wykorzystał podanie Łukasza Peszuka. Chwilę później mogliśmy zobaczyć drugą bramkę, ale piłka zamiast do siatki obiła jedynie poprzeczkę. Gola wyrównującego dla Iglicy zdobył Mateusz Pietrusiński, który swoją drogą był w tym meczu najgroźniejszym zawodnikiem swojego zespołu i rywale musieli niekiedy uciekać się do fauli, by zatrzymać napastnika Iglicy. Była to jedyna bramka dla gości i do siatki trafiali już tylko gospodarze. Najpierw na 2:1 strzelił Szymon Borek, który został dobrze obsłużony prostopadłym podaniem przez Łukasza Peszuka, a wynik do przerwy ustalił Janusz Nieznany. 3:1 po pierwszej części, w której lepsze wrażenie pozostawili po sobie zawodnicy Czarka Dudka. Druga połowa była bardzo wyrównana, pomimo paru sytuacji z obu stron żadna z drużyn nie potrafiła przełamać strzeleckiego impasu. Z czasem coraz większą przewagę osiągała Iglica, ale dobrze między słupkami radził sobie występujący w innej roli, niż do tej pory Michał Dudziński. Napór Igliczan wzrastał, ale brakowało napastnika, który skutecznie wykorzystałby stwarzane sytuacje. OKS również miał parę sytuacji, ale optycznie przewagę miał jednak rywal. Niestety, w drugiej części nie zobaczyliśmy ani jednej bramki i wynik 3:1 utrzymał się do końca spotkania. OKS dzięki tej wygranej przeskoczył w tabeli swojego oponenta, ale obie ekipy wciąż pozostają w strefie spadkowej. Nie mniej jednak wierzymy, że na wiosnę się odbudują i jeszcze nie raz zaskoczą w rundzie rewanżowej.

LIGA 5

Kiedy na boisku spotykają się zespoły, gdzie jeden zajmuje miejsce na podium, a druga znajduje się w strefie spadkowej, to faworyt wydaje się oczywisty. Jednak mimo tego, że FC Internationale miało w pierwszych minutach optyczną przewagę nad Dental Doctor, to właśnie gospodarze objęli prowadzenie i strzelali kolejne bramki. Na początku meczu Internationale miało parę okazji, ale dobrze między słupkami interweniował Adrian Kłoskowski. Wynik za to otworzył Mateusz Mateusiak, który strzałem z sytuacyjnej piłki, dał prowadzenie Dental 1:0. Rywale dążyli do wyrównania, niby przeważali, ale konkretniejsi w działaniach byli goście. Na 2:0 podwyższył Piotr Jaskłowski po podaniu Marka Saneckiego, a następnie sam kapitan Doktorów wpisał się na listę strzelców. Wynik 3:0 chyba zbytnio rozluźnił zawodników gospodarzy i poczuli się za pewnie. Zostało to skarcone jeszcze w pierwszej części, kiedy to piłka, po wydawało się niezbyt groźnym strzale z rzutu wolnego z dość sporej odległości, minęła zaskoczonego bramkarza i wpadła do siatki. Do przerwy 3:1, ale najgorsze dla Dental miało dopiero nadejść. Po zmianie stron Internationale wzięło się w garść i zaczęło grać tak jak na zespół z górnej części tabeli przystało. Jeszcze na samym początku drugiej części swój team w grze utrzymywał bramkarz Dental, ale nie trwało to długo. Goście zdobyli bramkę kontaktową, chwilę później doprowadzili do wyrównania i mecz zaczął się na nowo.. Dobre spotkanie rozegrał Ihar Bakun, który dobrze radził sobie w obronie i po jednym z odbiorów zdobył bramkę na 3:4. Internationale w dalszej części punktowało rywala, strzelając kolejne bramki, a kropkę nad i postawił Eduard Vakhidov, który ustalił wynik meczu na 3:8. Dental chyba przy wyniku 3:0 poczuł się za pewnie i jego gra zupełnie się posypała, bo w drugiej części nie potrafili nawet wykorzystać akcji dwóch na bramkarza. Może gdyby utrzymała się w ich zespole większa koncentracja, wynik byłby znacznie lepszy.

Grali jak zawsze, przegrali jak nigdy – tak można by napisać o występie Miejskich Ziemniaczków w starciu z Byczkami Stare Babice. Ekipa gospodarzy przyzwyczaiła nas do tego, że początek meczu gra dobrze, ale brakuje koncentracji w końcówce. Tym razem było trochę inaczej, bo ekipie Jakuba Kaczmary udało się zebrać zaledwie sześciu zawodników, co wyglądało po prostu źle w stosunku do szerokiej ławki Byczków i raczej nikt nie spodziewał się tutaj niespodzianek. Po 5 minutach było już 0:2 dla gości po golach Adama Trybusa i Mateusza Kaczyńskiego, ale Ziemniaczkom ambicji odmówić nie można, bo już minutę później Szymon Groblicki zdobył bramkę kontaktową. Jeszcze przed przerwą Mateusz Kaczyński podwyższył prowadzenie dla zespołu ze Starych Babic i pierwsza połowa skończyła się wynikiem 1:3. Jeśli ktoś pomyślał, że już nic ciekawego się w tym spotkaniu nie stanie musiał doznać niemałego szoku, bo druga część meczu rozpoczęła się szybkim golem Michała Radnego, a po chwili był już remis po drugim trafieniu Szymona Groblickiego. Miejskie Ziemniaczki nie tylko nie opadali z sił, a jeszcze przycisnęli zespół gości do tego stopnia, że bramkarz gospodarzy Marcin Kołomański nie miał zbyt dużo pracy w tej części meczu. W 38 minucie gola na 4:3 strzelił Michał Radny, a 5 minut później Paweł Żurek wyprowadził swój zespół na dwubramkowe prowadzenie! Choć Mateusz Kaczyński golem na 5:4 poderwał swoich kolegów do walki, niespodzianka wisiała w powietrzu, a po zawodnikach Ziemniaczków nie było nawet widać zmęczenia. Naprawdę niewiele zabrakło gospodarzom, żeby dowieźć korzystny wynik do końca, ale ostatnie 2 minuty meczu okazały się dla nich katastrofalne. Gospodarze na moment stracili koncentrację w obronie i gola zdobył najpierw Mateusz Kaczyński, a dosłownie akcję później Maciej Piasecki strzelił bramkę na 5:6 i comeback Byczków stał się faktem. Mimo wszystko Miejskim Ziemniaczkom należą się słowa uznania za walkę w tym meczu. Byczki ze Starych Babic zdobywają za to cenne 3 punkty i przezimują w środku tabeli.

Przed ostatnią jesienną kolejką sytuacja obydwóch ekip była zgoła odmienna. FC Tartak miał realną szansę na wygranie ligi, natomiast FC Albatros uciekać musieli przed strefą spadkową. Już po kilku pierwszych minutach widać było, że drużyny wyszły na boisko bardzo skoncentrowane i z myślą żeby przede wszystkim bramki nie stracić. Mimo kilku dogodnych sytuacji bramkowych przez pierwsze 15 minut protokół meczowy oprócz imion i nazwisk nie zawierał innych informacji. Wynik dopiero w 17 minucie otworzyli niespodziewanie goście, którzy tuż przed przerwą dorzucili jeszcze jedno trafienie. Wynik do przerwy 0-2. Pierwsze 10 minut drugiej połowy to powtórka z rozrywki - sytuacje bramkowe, bardzo dobra gra bramkarzy i wynik pozostawał bez zmian. Sytuacja na boisku zmieniła się parę minut później, gdy po przypadkowym karnym bramkę zdobyli gospodarze. Chwilę później poszli za ciosem i w ciągu 2 minut doprowadzili do remisu. Dwie szybko stracone bramki nie podłamały zawodników Albatrosa i w ciągu kilku minut ponownie odskoczyli na dwubramkową przewagę. Gospodarze do końca starali się doprowadzić choćby do remisu ale stać było ich tylko na jedno trafienie. Bardzo wyrównany mecz zakończony skromnym zwycięstwem gospodarzy. Najlepszym zawodnikiem spotkania bramkarz ekipy FC Tartak Konrad Dudek, którego spektakularne parady przez cały mecz dawały gospodarzom nadzieję na zdobycz punktową. Dzięki wygranej FC Albatros przezimują spokojnie nad strefą spadkową, gospodarze natomiast mimo porażki utrzymali drugie miejsce w tabeli, które gwarantuje awans o ligę wyżej.

Starcie sąsiadów ze środka tabeli, a więc potyczka OldBoys Derby z nieprzewidywalną ekipą Świadomie Gorszych. Zwłaszcza Ci drudzy są dla nas wielką zagadką, gdyż nie brakuje im umiejętności, a z jakiegoś powodu nie są w stanie przekuć tego na korzystne wyniki. Tym razem od początku dali się zdominować ekipie gospodarzy, a świetnie w mecz wszedł Tomek Owczarski. To właśnie jego podanie otworzyło drogę do bramki na 1:0 Jackowi Pryjomskiemu. Ten sam zawodnik, który chwilę wcześniej asystował, był autorem trafienia na 2:0. Świadomie Gorsi mogli doprowadzić do kontaktu, jednak zmarnowali 100% sytuację, po której łapali się za głowy i pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 2:0. Druga odsłona to kontynuacja świetnej postawy duetu: Tomek Owczarski & Jacek Pryjomski. Bramka na 3:0 to książkowa klepka, a ta strzelona na 4:0 to popis przeglądu pola oraz popis strzeleckiego kunsztu. W obu przypadkach pierwszy z wymienionych Panów asystował, a drugi wpisywał się na listę strzelców. Przepiękne trafienie oglądaliśmy, kiedy to po podaniu Arka Sajnoga do strzału z daleka złożył się Bartek Stokowiec. Piłka po uderzeniu leciała parabolą a'la "rogal" i nie dała szans golkiperowi rywali. Trafienie zwieńczające zawody było autorstwa Jacka Pryjomskiego, który wykorzystał błąd bramkarza "Gorszych" i bez problemu umieścił piłkę w siatce, notując tym samym czwarte trafienie w tym spotkaniu. Wynik 5:1, a trzy punkty zainkasowane przez Oldboys Derby dają nadzieję na walkę o "pudło".

Margerita Team i FC Freedom bardzo poważnie podeszły do rywalizacji między sobą. Można powiedzieć, że nawet trochę zbyt poważnie, bo nie minęło jeszcze 5 minut, a sędzia musiał uspokajać zawodników obu drużyn żółtymi kartkami. Niezdrowe emocje i nerwowa atmosfera początku meczu szybko się rozwiała i obie ekipy skupiły się na strzelaniu bramek. Zdecydowanie lepiej wychodziło to Freedomowi, bo team z Ukrainy wykorzystał w 10 minucie zamieszanie pod bramką Radosława Rogalińskiego i gola otwierającego wynik zdobył Vasyl Kruhlii. Mecz rozstrzygnął się praktycznie już w pierwszej połowie, bo goście dokładali kolejne trafienia, a zawodnicy Margerity nie byli w stanie znaleźć sposobu na obronę Freedomu. Po dwa gole strzelili Oleh Shevtsov i Konstiantyn Mantytskiy, jedno trafienie dołożył Dmytro Bobyn i zanim sędzia odgwizdał koniec pierwszej połowy było już 0:6. Nikt nie miał złudzeń o tym, jak potoczy się reszta spotkania. Zespół gości prezentował się wyśmienicie zarówno w obronie jak i w środku pola, czy ataku. Ukraińcy grają twardy i siłowy futbol, ale w tym spotkaniu często wyprowadzali akcje skrzydłami i rozciągali grę długimi podaniami. Za to zawodnicy Aleksandra Celucha nie mieli za bardzo pomysłów na przebicie się pod bramkę Volodymyra Antoshki i zagrali wyjątkowo słabo w ofensywie. Napastnicy Margerity zawiedli, ale honor drużyny uratował bramkarz gospodarzy Radosław Rogaliński, który w 37 minucie wyszedł wysoko poza pole karne i umieścił piłkę w siatce pięknym strzałem z dystansu. W 39 minucie gospodarze stanęli przed szansą odrobienia strat, bo żółty kartonik obejrzał Oleh Shevtsov, ale nawet przewaga liczebna nie pomogła Margericie. Na dodatek Oleh bezpośrednio po zakończeniu kary dopadł do piłki i zdobył gola na 1:7. Wynik utrzymał się do końca i w ten sposób Margerita Team po nieco rozczarowującym występie znalazła się w strefie spadkowej, a FC Freedom umocnił się na pozycji lidera 5 ligi i jeśli utrzyma formę na wiosnę, to tytuł mistrza wydaje się być bardzo blisko..

LIGA 6

BRD Young Warriors zmierzyli się z LTM Warsaw w walce o drugie miejsce w tabeli 6 ligi. W przedmeczowym wywiadzie lider drużyny gości Krzysztof Kulibski zapewniał, że LTM jest w 100% nastawiony na zwycięstwo w tej rywalizacji i swoje słowa bardzo szybko zaczął wcielać w życie, bo już w 2 minucie zdobył bramkę otwierającą wynik. Po tym błyskawicznym ciosie gra skupiła się w środku boiska, ale kiedy napastnicy obu ekip nastawili celowniki gole padały co chwilę. W 13 minucie gapiostwo obrony LTMu wykorzystał Arkadiusz Bieniek, wyłożył piłkę Łukaszowi Sokołowskiemu, który nie dał szans bramkarzowi gości i BRD wyrównało. Już 2 minuty później gospodarze wyszli na prowadzenie, kiedy to Łukasz asystował przy golu Arkadiusza, ale radość trwała tylko chwilę, bo Krzysiek Kulibski zdobył drugą bramkę dla swojego zespołu. Gospodarze nie czekali długo i odpowiedzieli golem autorstwa Pawła Naszkiewicza, ale jeszcze przed przerwą Krzysiek Kulibski zdobył hat-tricka, a nawet wyprowadził swój zespół na prowadzenie i pierwsza połowa skończyła się wynikiem 3:4 dla LTMu. W drugiej części spotkania gospodarze szybko zabrali się do odrobienia straty i już w 29 minucie gola wyrównującego strzelił Arkadiusz Bieniek. Zdawało się, że Young Warriors w końcu znaleźli sposób na ekipę gości i pójdą za ciosem, ale stało się coś zupełnie innego. W 33 minucie obrońcy nie upilnowali supersnajpera LTMu i popularny Kula trafił kolejnego gola, a brak koncentracji w obronie spowodował, że Krzysztof błyskawicznie dołożył jeszcze dwa trafienia i momentalnie zrobiło się 4:7 dla LTMu. Przewaga gości zrobiła się wyjątkowo odczuwalna i drużyna gości zaczęła pozwalać sobie na dość nonszalanckie zagrania, ale BRD nie skorzystało z takich prezentów. W 47 minucie Rafał Kęsik zdobył ostatnią bramkę w tym meczu i ustalił wynik na 5:7. Ostatecznie spotkanie można podsumować słowami – teatr jednego zawodnika. BRD Young Warriors podjęło walkę, ale nie mogąc zatrzymać rewelacyjnie dysponowanego tego dnia Krzysztofa Kulibskiego ostatecznie uległo LTMowi i musi się zadowolić 3 miejscem w tabeli 6 ligi. LTMowi brakuje już tylko 2 punktów do prowadzącego FC Po Nalewce i wiosenny wyścig między tymi drużynami zapowiada się wyjątkowo ciekawie.

Mecz sąsiadów w tabeli czyli ekipy Bad Boys z LandTech FC był bardzo otwarty. Obie ekipy postawiły na ofensywną grę, dzięki czemu byliśmy świadkami wielu bramek, które padały dosłownie w przeciągu paru minut. Wynik otworzył Patryk Nowicki, który zdobył bramkę bezpośrednio z rzutu wolnego. Dość szybko odpowiedział na to trafienie Bartek Podobas, który doprowadził do wyrównania, ale taki stan rzeczy nie trwał długo, bo Landtech w niedługim czasie odskoczył na dwie bramki. Wynik zmieniał się jak w kalejdoskopie, a Bad Boys nie zamierzali składać broni. Ich determinacja się opłaciła, bo udało się doprowadzić do ponownego wyrównania 3:3. W międzyczasie doszło do spięcia pomiędzy Michałem Podobasem i Damianem Gałeckim za które obaj zobaczyli po żółtej kartce. Dalsza część pierwszej połowy należała do Landtechu, który trafił do siatki jeszcze trzy razy, dzięki czemu zawodnicy schodzili na przerwę przy wyniku 3:6. W drugiej części z obu stron było kilka okazji do zmiany wyniku, jednak piłka zazwyczaj przelatywała obok bramki. Ten okres nieskuteczności przerwał Bartek Podobas strzelając na 4:6 dając jeszcze nadzieję na korzystny rezultat. Nadzieje te okazały się płonne, bo Landtech wrzucił wyższy bieg konsekwentnie punktując rywala. Dopiero przy wyniku 4:10 Bad Boys nieco zmniejszyli rozmiary porażki dwukrotnie pokonując bramkarza przeciwników. Czasem podczas tego pojedynku było nerwowo, ale ostatecznie mecz kończy się wynikiem 6:10 i zasłużoną wygraną Landtechu. Bad Boys kończą rundę tuż nad strefą spadkową, ale widać w tej ekipie potencjał i coś czujemy że na wiosnę zaprezentuje się lepiej niż na jesieni.

Zdecydowanym faworytem w tym spotkaniu były Przypadkowe Grajki. NieDzielni, którzy mają serię kiepskich wyników musieliby mocno się natrudzić, żeby pokonać gości, a o to było bardzo ciężko, bo gospodarze przyszli na mecz bez ani jednej zmiany. Tak jak się spodziewaliśmy, Przypadkowe Grajki od razu ruszyli do ataku na bramkę NieDzielnych i Piotr Pieńkowski strzałem piętką pokonał bramkarza. Kolejne ataki sunęły w kierunku gospodarzy, którzy bronili się całą drużyną na swojej połowie, ale nie przyniosło to pożądanego efektu, bo kolejne bramki zdobywali Przypadkowi. Dopiero przy stanie meczu 0:3 Łukasz Dobrowolski zdobył bramkę, która pozwoliła na chwile uwierzyć, że w pierwszej połowie uda się dogonić gości. Niestety dla Marcina Aksamitowskiego i jego drużyny kolejna bramka była autorstwa najlepszego naszym zdaniem na boisku Mateusza Adamowicza. Druga połowa była nieco ciekawsza, bardziej wyrównana. Sygnał do ataki gospodarzy dał sam kapitan strzelając kolejne bramki. W między czasie za niesportowe zachowanie z boiska na 3 minuty został usunięty Kamil Możdżonek, ale na szczęście Przypadkowych Grajków nic z gry w osłabieniu nie wyniknęło. Ostatecznie mecz wygrali goście 5:11, którzy mają cały czas kontakt z czołówką, a ekipa Marcina Aksamitowskiego musi solidnie popracować w zimę, żeby zostać rycerzami wiosny. Jesteśmy pewni, że menadżer NieDzielnych się nie podda i wiosną zobaczymy inne oblicze graczy w żółtych strojach.

Zarówno sytuacja w tabeli jak i ostatnie wyniku obydwu drużyn wyraźnie wskazywały faworyta tego spotkania. ADP Wolska Ferajna cały czas liczy się w walce o awans, natomiast Zakon Bonifratów uzbierał do tej pory tylko 4 punkty i widmo spadku zagląda coraz bardziej w oczy ekipie gości. Początek spotkania rozpoczął się tak jak można było przypuszczać - liczne ataki gospodarzy, które zakończyły się trzema trafieniami. Jak niewiele potrzeba do diametralnej zmiany sytuacji na boisku. Zawodnicy gospodarzy zamiast grać w piłkę zajęli się dyskusjami z sędzią ( bezpodstawnymi ) co zaowocowało dwoma trafieniami Zakonu Bonifratrów w końcówce pierwszej połowy. Przerwa to czas na uspokojenie niepotrzebnych emocji. Niestety te kilka minut nie wystarczyło zawodnikom ADP aby skupić się na fajnej grze, którą pokazywali w pierwszych minutach spotkania. Żółta kartka, stracona bramka na 3:3 wprowadziła dużą nerwowość w grze gospodarzy. Od tego momentu mecz się bardzo wyrównał. Z dużym problemem faworyci dochodzili do sytuacji bramkowych, a jak się im już zdobyć bramkę, szybko dostawali odpowiedź od zawodników Zakonu. Do końca meczu trwała wymiana ciosów, żadna z drużyn nie potrafiła odskoczyć przeciwnikowi na bezpieczny wynik. Ostatecznie mecz zakończył się niespodziewanym remisem. I gdyby nie bardzo dobra dyspozycja bramkarza gości Kamila Jagiełły to niespodzianka byłaby o wiele większa. Chłopaki z Woli mogą sobie pluć w brodę, ponieważ meczu nie wygrali na własne życzenie i w końcowym rozrachunku może im właśnie tych dwóch punktów zabraknąć do awansu.

Na mecz z liderem Radler przyjechał w dość okrojonym – siedmioosobowym składzie. FC Po Nalewce tego dnia mieli na ławce tylu zawodników, że właściwie mogliby oddać gospodarzom kilku zawodników i rozegrać mecz na dużym boisku. Jak wiadomo, często tak się zdarza, że jak na papierze jakiś zespół wygląda lepiej... to ten drugi otwiera wynik spotkania. Radlery bardzo ochoczo ruszyły od pierwszego gwizdka do ataku, a wynik meczu otworzył Adrian Romańczyk. Radlerom chyba się spodobał taki pomysł na grę, więc postanowili postrzelać trochę więcej. Zaczęli jednak od bramki samobójczej... To jednak ich nie załamało, bo po chwili Damian Wroński wyprowadził ich znów na prowadzenie! To jednak było za mało, bo Wielbiciele Nalewek włączyli kolejny bieg i Mateusz Rudnik do spółki z Radkiem Jankiewiczem zapewnił prowadzenie 4:2 do przerwy. Goście w drugiej połowie udowodnili, że miejsce w tabeli to nie przypadek, a oni sami naprawdę potrafią grać w piłkę. Co prawda na bramkę Radosława Jankiewicza odpowiedział Michał Główczyk, ale niestety taki przebieg drugiej połowy trochę zamazuje fakt, że lider 6 ligi po prostu grał w tym meczu lepiej i wyraźnie nie chciał stracić sił przed zaległym meczem, który czekał go jeszcze wieczorem. Wynik meczu ustalił Marcin Wiktoruk. Gospodarze nie mogą być zadowoleni z wyniku 3:6, ale jesteśmy pewni, że ta rywalizacja mogłaby mieć zupełnie inne oblicze, gdyby nie fakt, że pojawili się w tak małej reprezentacji.

LIGA 7

W siódmej lidze już w pierwszym meczu mieliśmy do czynienia z hitem tego poziomu czyli spotkaniem na szczycie pomiędzy NAF Genduś a CompatibL. Szybka bramka dla gospodarzy, autorstwa Pawła Madeja niejako ustawiła sposób grania obydwu zespołów. Genduś nie forsował tempa, często korzystał ze swojego bramkarza, rozgrywając przez niego akcje i czekając na odpowiedni moment do ataku. Taka taktyka, patrząc na wynik do przerwy, wydawała się skuteczna, aczkolwiek gdyby nie dobre interwencje Adama Królaka i czasami wręcz rażąca nieskuteczność CompatibLu, gospodarze niekoniecznie schodziliby po 25 minutach z prowadzeniem. Goście mieli masę sytuacji, niekiedy wystarczyło tylko dołożyć nogę, a i tak bramka rywala była jak zaczarowana. Widać też było, że CompatibL ma opracowane rzuty rożne, gdzie cały czas Yauheni Volin szukał szczęścia strzałami głową, ale bez rezultatu. Jak na ironię właśnie po rzucie rożnym bramkę stracili goście. Paweł Madej zagrał do Marcina Ziaka i ten podwyższył na 2:0. Takim wynikiem skończyła się pierwsza część. W drugiej odsłonie świetną okazję do strzelenia bramki kontaktowej miał CompatibL, kiedy w polu karnym faulował bramkarz rywala. Jednak Adam Królak się zrehabilitował i wybronił jedenastkę, oraz dobitkę przeciwnika! Trzy minuty później nie miał jednak nic do powiedzenia przy bramce Vlada Yarmolenki. CompatibL uwierzył, że jeszcze można się podnieść w tym meczu, ale ich wysiłki skutecznie odpierała defensywa Gendusia. Co więcej, udało się gospodarzom znów wyjść na prowadzenie 3:1 i w tym momencie goście postawili wszystko na jedną kartę, próbując gry z lotnym bramkarzem. Na nic się to jednak nie zdało, a w końcówce Genduś dobił rywala po bramce Doriana Kwiecińskiego na 4:1. CompatibL nie był zespołem gorszym, może nawet patrząc na grę był lepszy, ale brak skuteczności i świetny Adam Królak między słupkami byli przyczyną porażki w meczu na szczycie.

Spotkanie dwóch drużyn ze środka tabeli nie było meczem o pietruszkę - oba zespoły straciły już dużo punktów i kolejne wpadki mogą przekreślić szansę na strefę medalową na wiosnę. Od pierwszego gwizdka dogodniejsze sytuacje tworzyli zawodnicy Gastro Sparty - goście już w piątej minucie mogli wyjść na prowadzenie po strzale Karola Rodaka, jednak gospodarzy uratowała wtedy poprzeczka. Goście kontynuowali swoje ataki i po chwili Marcin Głębocki był ponownie w tarapatach, jednak tym razem uratował go słupek. Jego radość i czyste konto nie trwały jednak długo, ponieważ w trzynastej minucie Gastro Sparta w końcu dopięła swego i wyszła na przewagę 0:1 dzięki trafieniu Grzegorza Smendy. Wtedy też w końcu do roboty wzięła się drużyna Elitarnych i zaczęli tworzyć sobie dogodniejsze sytuacje. Ostatecznie gospodarze do wyrównania na kilka chwil przed przerwą po mocnym uderzeniu po ziemi autorstwa Mateusza Zalewskiego 1:1. O wiele więcej emocji przyniosła druga odsłona, która była pełna zwrotów akcji, szczególnie w końcówce. Strzelanie w tej połowie mógł rozpocząć Eduard Vakhidov, przegrał on jednak z Marcinem Długołęckim w sytuacji sam na sam. W rewanżu kontratak gospodarzy zakończył niecelnym strzałem Adam Długołęcki. W trzydziestej piątej minucie bliski szczęścia był Mariusz Głębocki, ale przełamanie statusu quo nastąpiło dopiero w czterdziestej drugiej minucie spotkania. Dwa szybkie gole dla Gastro Sparty i (wydawałoby się) bezpieczne prowadzenie 1:3 zmusiło zespół Elitarnych do szukania bardziej radykalnych rozwiązań. Pomimo szybko zdobytej bramki kontaktowej na 2:3, Elitarni zdjęli z boiska bramkarza, a na jego miejsce stanął Mateusz Zalewski. W pierwszej chwili przyniosło to efekt odwrotny od zamierzonego, bo piłkę przechwycił Eduard Vakhidov i strzelił na 2:4, jednak ostatnie pięć minut należało w pełni do drużyny gospodarzy. Mateusz Zalewski szybko się zrehabilitował, a kreowane przez niego okazje dwukrotnie zakończyły się hokejową asystą w kluczowych momentach spotkania. Bramki na 3:4 oraz 4:4 padły tak szybko, że jeszcze przed końcowym gwizdkiem to Elitarni Gocław mieli w powietrzu piłkę meczową, ale na ich nieszczęście minął się z nią Adam Długołęcki, a Gastro Sparta odetchnęła z ulgą. Niestety, mecz miał też gorzki akcent - Kacper Kochański w pierwszej połowie odnowił kontuzję kolana, przez którą pauzował na jesieni poprzedniego roku - życzymy mu najszybszego powrotu do zdrowia!

Relację meczową z tego spotkania chcieliśmy zacząć od tego, że redaktor serwisu w zapowiedziach nie będzie mógł już napisać, że Slavic jest nieskuteczny, ponieważ w ostatnich 2 spotkaniach Słowianie wbili tyle bramek, co w poprzednich 7 spotkaniach. Przechodząc już do samego pojedynku, to zapowiadało się naprawdę dobrze, bo obie drużyny miały po 12 punktów przed tym spotkaniem. Bezpośrednie pojedynki zawsze mają niesamowitą dramaturgię, ale w tym wypadku Słowianie mieli chyba trochę inne plany. Początek meczu to zdecydowanie fragment spotkania, który należał do Krzysztofa Blankiewicza, który wyprowadził Slavic na prowadzenie 2:0. Po chwili trafił Wojtala i sytuacja Awanturników nie była najlepsza. Wtedy jednak obudził się Sebastian Dominiak, który najpierw zaliczył otwierające podanie, a po chwili sam trafił do siatki i mieliśmy wynik 3:2. Tuż przed przerwą piłkę na swojej połowie przejął jednak Antek Nuszkiewicz, który ruszył środkową częścią boiska i „załadował" z dystansu, ustalając wynik po 25 minutach na 4:2. Druga połowa to teatr jednego aktora, który w pierwszej połowie zaliczył dość nieśmiały występ. Mowa tu o Tomku Markowiczu, który po przerwie odpalił turbo. Asysta, bramka, asysta, bramka, bramka – tak to wyglądało w jego wykonaniu. Mieliśmy wrażenie, że Tomek miał jakiś dodatkowy napęd, bo obrońcy Awantury nie byli wstanie go zatrzymać. Tuż przed końcem Awanturnicy w końcu trafili i mecz zakończył się wynikiem 9:3. Dzięki takiemu obrotowi sprawy, to Slavic zimuje na ligowym podium.

Mikrostrzelby ostatnie punkty zdobyły w pierwszej kolejce sezonu, więc przyszedł najwyższy czas na przełamanie. Nie było chyba lepszej okazji, niż mecz z sąsiadem w tabeli – drużyną Laissez Faire United. Widać było, że tego dnia gospodarze są naładowani pozytywną energię i udało się ją spożytkować na bramki! Wynik meczu otworzył Marek Jasiński, a kilka minut później podwyższył Hubert Woźniak. O dziwo mecz był niesamowicie wyrównany, ale skuteczność była w tym fragmencie spotkania po stronie gospodarzy. Goście strzelili bramkę kontaktową, a konkretnie zrobił to Tomek Kołodziejczyk, który skierował piłkę do bramki... piętką! Przy wyniku 2:1 zawodnicy obu ekip udali się na odpoczynek. Po przerwie do wyrównania doprowadził Artur Pokorski i wydawało się, że goście w końcu ruszą do przerwy. Nic z tego jednak, ponieważ Mikrostrzelby po raz kolejny udowodniły, że może nie grają typowej Brazyliany, ale proste środki nie są najgorszym pomysłem w tym wypadku. Marek Jasiński i Tomek Kołodziejczyk trafili do bramki rywali, a gościom zrobiło się gorąco, bo przegrywali już 4:2. Z pomocą przyszły im same Mikrostrzelby, które strzeliły sobie samobója... To chyba trochę załamało gospodarzy, którzy przed końcem spotkania stracili jeszcze jedną bramkę, a jej autorem był Adam Mierzejewski. Wynik 4:4 na pewno nie krzywdzi żadnej ze stron, ale sprawia również, że straty do bezpiecznego miejsca są dość spore i oba zespoły musiałyby rozegrać idealną rundę, żeby skończyć na bezpiecznym miejscu rozgrywki ligowe.

Kolejny, bardzo zacięty pojedynek zaserwowali nam zawodnicy FFK Oldboys. Tym razem miało to miejsce w starciu z ekipą FC Albatros. Ogólnie trzeba zaznaczyć, że gospodarze w tej rundzie, zwłaszcza w ostatnich kilku spotkaniach, są dostawcami niemałych emocji. Ich ostatnie spotkania kończyły się jednobramkowymi różnicami, a nie inaczej było i tym razem. Strzelanie rozpoczęli jednak goście, kiedy to Konrad Kostrzewa dostrzegł dobrze ustawionego Yaroslava Udota, a ten pewnie pokonał golkipera rywali. Bramka na 0:2 to doskonałe, długie podanie bramkarza gości, Marcina Letkiego, którego nie zmarnował Maciek Michalski. Prowadzenie najwyraźniej uśpiło czujność bloku defensywnego Albatrosów, gdyż po fatalnym błędzie jednego z obrońców piłkę przejął Darek Filipek i ustalił wynik pierwszej połowy na 1:2. Po zmianie stron do natarcia ruszyła ekipa FFK, a to głównie dzięki podłączeniu się do akcji ofensywnych Przemysława Szabata. Bardzo dobrze spisywał się również Bartek Sosnówka, którego podanie dotarło do Mariusza Mackiewicza, a ten skutecznym uderzeniem doprowadził do wyrównania. "Oldboje" niemiłosiernie obijali słupki i poprzeczki przeciwników, a jak to mówi przysłowie: "Niewykorzystane sytuacje się mszczą". Tak było i tym razem, kiedy to po akcji Maćka Michalskiego i dobrym dograniu w tempo piłkę do bramki skierował Rafał Złotnik. Jakby tego było mało, parę minut później rzut karny zmarnował filar FFK - Przemek Szabat, a dosłownie minutę później wynik na 2:4 podwyższył Bartek Kapsa. Kiedy wydawało się, że ekipa Albatrosów dowiezie wynik do końca, w ostatnich trzech minutach zeszli z nieba do piekła. Dwie szybko strzelone bramki przez Przemka Szabata po indywidualnej akcji, a następnie bezpośrednio z rzutu wolnego i było 4:4. Kropkę na "i" postawił Darek Filipek, którego bramka w ostatniej minucie meczu dała gospodarzom cenne trzy punkty, a mecz ostatecznie zakończył się wynikiem 5:4.

LIGA 8

Rozgrywki 8 ligi rozpoczynaliśmy tego dnia od meczu Mobilisu z rezerwami Oldboyów. Goście tradycyjnie już, bardzo licznie stawili się na Arenie Picassa. Mecz z liderem ligi mobilizuje jak żaden inny, więc na boisku mogliśmy oglądać odmienionych Oldboyów. Zanim nastąpiła przemiana Starszych Chłopców, to wynik otworzył Mobilis za sprawą swojego kapitana – Szymona Januły. Gospodarze nie nacieszyli się jednak zbyt długo, bo po kilku minutach wyrównał Radek Sawicki. Dodatkowo przed przerwą trafił Jarek Michoń i po 25 minutach mieliśmy na Arenie Picassa nie lada sensację, bo Mobilis przegrywał 1:2. Po przerwie wszystko wróciło jednak do normy, a przynajmniej tak nam się wtedy wydawało. Michał Zdanowski, Paweł Janiszewski i ponownie Szymon Januła zadbali, żeby Mobilis miał dwubramkową przewagę, która w tamtym momencie wydawała się wszystkim bezpieczna. Wtedy jednak gracze gospodarzy byli chyba myślami na spotkaniu wigilijnym zespołu, za to Oldboye wznieśli się na wyżyny swoich umiejętności i przejęli inicjatywę w meczu. Najpierw Michał Wąż dograł do Radka Sawickiego, a ten wpakował piłkę do bramki, a kilka chwil przed końcem spotkania Adam Włodarczyk podał, a Bartosz Niks doprowadził do wyrównania! Oba zespoły jeszcze chciały przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść, ale remis 4:4 mówi wszystko. Oldboye zabierają punkty faworytom i w lepszych humorach spędzą zimę. Z kolei Mobilis musi myśleć nad problemem , jak odrobić 2 punkty straty do lidera.

W ramach dziewiątej kolejki Green Team podejmował Orły Białe AUUU na arenie Picassa. Gospodarze mieli w planie zatrzymać rozpędzone Orły, ale byli świadomi, że nie będzie to spacerek. Jednak zdecydowanym faworytem tego spotkania byli goście, którzy jak zaczęli wygrywać to nie mogą przestać. Pierwsze kłopoty Green Team'u zaczęły się już przed meczem. Po pierwsze na ten mecz nie mieli do dyspozycji żadnego ze swoich nominalnych bramkarzy, dlatego to dwóch zawodników z pola musiało bronić dostępu do własnej bramki. Po drugie nie udało im się zgromadzić zbyt szerokiej kadry, ponieważ na mecz stawili się tylko w sześć osób, co stanowi wyjściowy skład bez ławki rezerwowej. Natomiast Orły przybyły w swoim optymalnym składzie na arenę Picassa. Początek spotkania należał do dość intensywnych. Obie drużyny rzuciły się do ataku. Szczególnie gospodarze, którzy w tym meczu nie mieli nic do stracenia. Jednak to goście wypracowywali bardziej klarowne okazję. Już po zaledwie kilku minutach Orły mogły wyjść na prowadzenie, ale świetną interwencją popisał się bramkarz gospodarzy. W momencie gdy u gospodarzy brakowało sił to Orły rosły i coraz bardziej przejmowały inicjatywę w spotkaniu. Skutkiem tego było wyjście na prowadzenie przez gości. Green Team nie zamierzał się cofać i coraz bardziej zaczął się odkrywać. Goście bezlitośnie wykorzystywali luki w obronie rywala i go punktowali. Schodząc na przerwę Orły zgromadziły pięciobramkową przewagę. Druga połowa to już całkowite pogodzenie się z porażką przez gospodarzy, którzy zaczęli grać bez żadnej presji nie patrząc na wynik spotkania. Green Team starał przejmować piłkę od gości i wychodzić z kontrą. Jednak ataki Orłów były tak skuteczne, że bramkarz gospodarzy nie raz musiał wyciągać piłkę z siatki. Natomiast taktyka Green Teamu pozwoliła im na strzelenie czterech bramek w drugiej części spotkania. Ostatecznie to goście zgarniają komplet punktów i zimują na podium 6 ligi.

Mecz FC Alfy z La Fortuna FC goście musieli rozpocząć jedynie w pięciu, gdyż jeden z jej zawodników... pomylił boiska i udał się na Arenę Picassa. To stawiało w uprzywilejowanej pozycji zawodników Alfy, jednak rywale, pomimo szybko straconej bramki, przez długi okres dzielnie się bronili. Dobrze między słupkami radził sobie Roman Klymchuk, który zazwyczaj grywał w polu, więc tym bardziej należą się mu słowa uznania. Alfa przez długi czas nie potrafiła w pełni wykorzystać swojej przewagi. Być może niepotrzebnie próbowali strzałów z dystansu, które nie przynosiły oczekiwanych rezultatów. W końcu na 2:0 podwyższył Paweł Bąbel, który dobił odbitą przez bramkarza piłkę, przy czym trzeba przyznać, że to była bardzo ładna robinsonada golkipera gości. Po tym golu chyba nieco zeszło powietrze zawodników Fortuny. W końcu po ok 18 minutach na boisko dotarł spóźniony zawodnik gości, jednak zanim wszedł na boisko było już 3:0. Do przerwy Alfa trafiła jeszcze jeden raz i po 25 minutach prowadzili 4:0. Po zmianie stron, mimo że obie ekipy grały już w pełnych składach, Alfa kontrolowała przebieg meczu, a Fortuna nie była w stanie odrobić strat. Pierwsza bramka dla gości padła dopiero przy stanie 5:0, ale Andriy Mys tak uderzył piłkę, że ten gol mógłby śmiało wziąć udział w konkursie na najładniejszą bramkę jesieni. Następnie obie ekipy zaliczyły po trafieniu, a po golu Fortuny na 6:2 byliśmy świadkami niecodziennej sytuacji, gdy Paweł Bąbel umieścił piłkę w siatce... od razu ze wznowienia z połowy boiska. Sama końcówka meczu to już próba dogrania tego spotkania przez Fortunę, gdyż wynik był zbyt wysoki, by udało się odrobić straty, a w dodatku kontuzji nabawił się jeden z zawodników. Ostatecznie spotkanie kończy się wynikiem 9:3 i pewnym zwycięstwem Alfy.

Przed tym meczem było wiadome, że będziemy świadkami dużej ilości goli. Zarówno w meczach Tsubasy Ozora jak i Ekipy Remontowej zawsze wpada dużo bramek. Oczywiście faworytem spotkania byli goście, których aspiracje są proste - awans. Sytuacja w tabeli gospodarzy nie jest za bardzo optymistyczna i na pewno chcieliby zakończyć rundę jesienną na bezpiecznej pozycji. Już po pierwszych minutach było wiadome, że będzie im bardzo trudno zdobyć choćby punkt. Trzy skuteczne akcje gości i w 10 minucie było już 3:0. W pierwszej połowie gra gospodarzy zarówno w ataku jak i obronie była bardzo chaotyczna i stać było ich tylko na jedną bramkę. Goście natomiast dorzucili kolejne cztery i do przerwy w protokole meczowym widniał wynik 1-7. W drugiej połowie mecz stał się jeszcze bardziej otwarty. Zawodnicy Tsubasy coraz śmielej atakowali bramkę Piotra Krynickiego, czego efektem były trzy trafienia. Po drugiej stronie boiska znacznie więcej pracy miał bramkarz Tsubasy, który finalnie 15 razy wyciągał piłkę z siatki. Wynik 15 do 4 dla gości w pełni zasłużony. Najbardziej aktywny na boisku duet Pocztowski - Binkowski, którzy brali udział przy większości bramek Ekipy. Gospodarze zimę spędzą w strefie spadkowej, ale mają tylko jeden punkt straty do bezpiecznego miejsca. Goście natomiast wykorzystali wpadkę największego rywala i aż do wiosny samodzielnie będą patrzeć na wszystkich z góry, z pozycji lidera.

LIGA 9

Jako pierwsi na Arenie Picassa swój mecz rozgrywali zawodnicy A.D.S. Scorpion's oraz Borowików. Gdyby oba zespoły przystąpiły do rywalizacji w optymalnych składach, była by szansa na bardzo ciekawe, zacięte spotkanie. Niestety, trener "Skorpionów" Artyr Kałuski wyznał przez pierwszym gwizdkiem, że jego ekipa jest zdziesiątkowana. Także "Grzybki" nie mogły liczyć na komplet graczy, a brakowało przede wszystkich ich snajpera Mykoli Senkiva. Lepiej w okrojonym składzie odnaleźli się jednak goście, którzy praktycznie zdominowali pierwszą część spotkania. Doskonale spisywał się duet Leonid Tkachenko & Dmytro Zhdanov. To właśnie Ci dwaj Panowie stanowili o sile ofensywy Borowików i mieli udział przy wszystkich trzech bramkach zdobytych przez ich zespół. Dwukrotnie do bramki trafiał Dmytro Zhdanov, a jedno trafienie na swoim koncie zapisał Leonid Tkachenko. Szczególnie bramka na 0:3 była popisem sprytu Dmytro, kiedy przy mozolnie rozegranym rzucie wolnym przez rywali, wyskoczył zza pleców obrońcy, przejął piłkę i z zimną krwią umieścił ją w siatce, ustalając wynik pierwszej odsłony. Pech nie opuszczał "Skorpionów, kiedy to na początku drugiej połowy piłkę do własnej bramki skierował jeden z zawodników tej ekipy. Kilka "żołnierskich" słów od trenera Kałuskiego najwyraźniej nieco zmotywowało zespół gospodarzy, gdyż po golach Pawła Poniatowskiego oraz Olka Wawrowskiego dystans się skrócił do dwóch bramek, a na protokole widniał wynik 2:4. Jednak w szeregach gospodarzy znów o swoim instynkcie rozgrywania przypomniał Leonid Tkachenko, który miał udział przy trzech kolejnych bramkach dla Borowików. Najpierw dwukrotnie asystował przy golach Kacpra Żmijewskiego oraz Maćka Kucharskiego, a następnie wziął sprawy w swoje ręce i strzelił bramkę na 2:7. Ekipa A.D.S. była w stanie jeszcze raz pokonać bramkarza rywali, jednak trafienie Mateusza Łuczaka na 3:7 miało gorzki smak w kontekście końcowego wyniku. Borowiki zimują na fotelu lidera po tej wygranej.

Decco Team stanęło przed szansa przezimowania na podium, jednak aby to się stało musieli pokonać bardzo dobrze spisujący się zespół Phoenix Warsaw FC. Szczególnie ostatnich kilka meczów "Fenixów" pozwala wysnuć przypuszczenie, iż na wiosnę włączą się do walki o awans. Coraz istotniejszą postacią w dążeniu do tego celu staje się Artur Trojanowski, który odgrywa coraz ważniejsza rolę w ofensywie swojego zespołu, zarówno jako konstruktor akcji, jak i egzekutor. Tym razem zaczął od strzelania, gdyż to jego trafienie, po podaniu Krystiana Miszkurki otworzyło wynik spotkania. Asystował także przy trafieniu Michała Kurowskiego na 0:2. Szanse na skrócenie dystansu mieli zawodnicy DECCO, jednak rzut karny podyktowany po faulu fantastycznie wybronił Kamil Borkowski. Co się odwlecze, to nie uciecze. Zamieszanie w polu karnym najlepiej wykorzystał Maciek Kuca i po jego dobitce było już tylko 1:2. Jednak swoją przewagę w pierwszej połowie goście ukoronowali jeszcze pięknym trafieniem Michała Rzeczkowskiego, który po ładnym dośrodkowaniu w pole karne złożył się do strzału z półobrotu i nie dał szans Staszkowi Korzebowi. Druga połowa zaczyna się od pogoni młodych zawodników z DECCO i to skutecznej. Świetne podanie Tomka Lipki wykorzystał Maciek Kuca, dzięki czemu wynik znów był kontaktowy (2:3). Niestety dla widowiska, od tego momentu zdecydowaną przewagę zdobyli zwodnicy gości. Doskonale w akcjach ofensywnych spisywali się Artur Trojanowski (w całym meczu cztery trafienia), Michał Kurowski (dwie bramki oraz dwie asysty), a także Przemek Prusarczyk, który co prawda zanotował tylko jedną asystę, ale robił bardzo dużo zamieszania na połowie rywali, skupiając na sobie defensywę Decco. Wynik końcowy 2:7 to przede wszystkim nierówna walka w drugiej odsłonie, a szkoda, bo spotkanie miało potencjał na wyrównaną potyczkę. Po tej wygranej, Phoenix dołączają do grona ekip, które na wiosnę mogą realnie powalczyć o awans !

Vistuli Varsovia kalendarz nie sprzyja. W kończącym rundę spotkaniu przyszło im się mierzyć z dobrze naoliwioną maszyną Polskiego Drewna. Goście byli zdecydowanymi faworytami tego spotkania i od początku meczu to potwierdzali. Swój znakomity mecz od bramki rozpoczął Paweł Szydziak, od którego wszyscy w zespole oczekują dobrej gry z uwagi na jego doświadczenie ligowe. Kwestią minut były kolejne bramki dla gości, a gospodarzom udało się coś trafić dopiero przy wyniku 0:4. Konkretnie zrobił to Oskar Jąder wykańczając ładną zespołową akcje gospodarzy. W końcówce pierwszej połowy obudził się Maciej Zarod, który został w końcu obsłużony dobrym podaniem od partnerów i w swoim stylu podwyższył prowadzenie gości. W pierwszej połowie obraz gry już się nie zmienił, do przerwy 2:5 Druga połowa była dużo lepsza w wykonaniu Vistuli, a konkretniej Wojtka Podgórskiego, który raz po raz nękał obronę Polskiego Drewna. Bramki padały na zmianę, raz Maciej Zarod dla Gości, następnie wspomniany wyżej Wojtek Podgórski dla Vistuli. To było bardzo otwarte spotkanie z wieloma dogodnymi szansami obu zespołów i kto wie, czy gdyby nie gorsza skuteczność gospodarzy, wynik mógłby być znacznie korzystniejszy. A tak zakończyło się zwycięstwem Pawła Szydziaka i spółki. 8:12 to wynik z jednej strony wysoki, ale z drugiej przebieg spotkania w ogóle nie odzwierciedla takiego rezultatu.

Na zakończenie rozgrywek w 9 Lidze Mistrzów mogliśmy obejrzeć pojedynek porozbijanych kontuzjami Pogromców Poprzeczek z vice-liderem tabeli – FC Vikersonn. Goście przed tygodniem pokonali Borowików, dla których to była pierwsza porażka w sezonie. Do spotkania z Pogromcami przystąpili więc w roli murowanych faworytów, więc nie mógł dziwić przebieg meczu w którym to raczej goście mieli częściej piłkę przy nodze. Mimo wszystko, w bramce Pogromców świetnie spisywał się wypożyczony z Tartaku Konrad Dudek, który niejednokrotnie ratował gospodarzy przed utratą bramki. Vikersonn dopiął jednak swego i za sprawą ich kapitana – Yevhenii'a Kyrii, wyszli na prowadzenie. Pierwsza połowa była festiwalem niewykorzystanych szans z obu stron, a jak sytuacje były klarowne, to świetnie bronili bramkarze lub napastnicy razili nieskutecznością. Mimo to, do 24 minuty emocji nie było zbyt wiele, a goście prowadzili 3 bramkami. Wtedy jednak zrobiło się gorąco, bo w odstępie dosłownie 30 sekund, gracze w pomarańczowych strojach kompletnie się pogubili. Najpierw bramkarz wyjechał z piłką w rękach poza pole karne za co obejrzał żółty kartonik, a następnie jeden z graczy z pola stojący w murze... zasłonił bramkę ręką... i również wyleciał na 3 minuty z boiska. Rzut karny pewnie wykorzystał wracający do gry Bartłomiej Rafał i do przerwy było 1:3. Po przerwie Pogromcy wykorzystali przewagę liczebną i trafił Mateusz Niewiadomy, ale na niewiele się to zdało. Vikersonn wrzucił wyższy bieg i wykorzystał również żółtą kartkę dla Konrada Dudka, więc na 2 minuty przed końcem prowadził już 8:2. Ostatnią bramkę w rundzie dla Pogromców zdobył Bartłomiej Rafał strzałem z rzutu wolnego, co daje nadzieję, że po zimowej przerwie sympatyczni piłkarze gospodarzy zdobędą jakieś punkty. Tymczasem Vikersonn dopiął swego, zostaje na drugim miejscu w tabeli i może spokojnie obmyślać plany, jak tu ograć „Grzybki".

ZALEGŁE MECZE

Kiedy wszyscy rodzice jeździli po sklepach w poszukiwaniu upominków dla grzecznych dzieci na Mikołajki, a drużyny Ligi Fanów oczekiwały z niecierpliwością na ostatnie rozdanie w tym roku, Chłopcy z Bielan wybiegli na Arenę Grenady, żeby zmierzyć się w meczu na szczycie 1 ligi z zespołem FC Hazard 86. Trzeba przyznać, że CHzB tradycyjnie pojawili się na meczu w licznym składzie, a rezerwowi dbali o zagrzewanie do boju kolegów, którzy biegali po murawie. Tymczasem goście mieli szansę zaliczyć niesamowitą końcówkę rozgrywek, bo cały czas Hazard przed oczami mógł mieć jeszcze fotel lidera 1 ligi, a to już jest jakaś nobilitacja w piłkarskim środowisku. Początek meczu to wymiana cios za cios, ale prym wiedli głównie bramkarze, którzy tego dnia zaliczyli naprawdę sporo dobrych interwencji. Dla Chłopców z Bielan trafił Bartek Tula, ale goście doprowadzili do wyrównania za sprawą Piotra Dzisiów. To właśnie gracz Hazardu okazał się prawdziwą gwiazdą spotkania. W drugiej połowie Piotrek dowodził Hazardem na boisku, a efektem tego było skończenie meczu z dubletem na koncie. Jego współpraca z Adrianem Bartkiewiczem doprowadziła do końcowej wygranej Hazardu, który w meczu na szczycie zwyciężył jedną bramką. Słowem musimy jednak wspomnieć o zawodniku, który mógł z całą pewnością zamknąć ten mecz dużo szybciej. Damian Kowalewski, bo o nim mowa, który zdobył tytuł Króla Strzelców Jesieni w 1 lidze, na długo zapamięta ten mecz. O ile jego gra w środku pola wyglądała nieźle, to pod bramką przeciwnika tego dnia Damian zupełnie sobie nie radził, a w ciągu całego spotkania nie był w stanie znaleźć drogi do bramki. To z całą pewnością nie pomogło CHzB, którzy zazwyczaj mogą liczyć na zabójczą skuteczność swojego snajpera. Gospodarze kończą rundę poza czołową trójką, natomiast Hazard, jak się później okazało, wygrał wszystko co miał do wygrania i zimę spędzi na pozycji vice-lidera, punkt za Mixami. Już nie możemy się doczekać wiosny w 1 lidze.

W ramach dziewiątej kolejki FC Hazard 86 podejmowało Bękarty Warszawy na arenie Picassa. Było to spotkanie drużyn, które walczą o zupełnie dwa różne cele. Gospodarze pewnie gonią lidera, którym obecnie jest Mixamator, a goście walczą, żeby w przyszłym sezonie ponownie grać w pierwszej lidze. Dlatego zdecydowanym faworytem tego spotkania była drużyna FC Hazard 86 szczególnie, że było to już drugie spotkanie gości w ciągu dnia, co na pewno skutkowało zmniejszonym progiem zmęczenia. Początek spotkania zdecydowanie należał do gospodarzy, którzy od pierwszych minut postawili na ofensywny futbol. Po kilku minutach gry gracz FC Hazard 86 miał sytuację sam na sam, ale świetnym instynktem popisał się bramkarz rywali. Według przysłowia „co się odwlecze to nie uciecze" gospodarze jako pierwsi wyszli na prowadzenie za sprawą Kamila Bassa. Od tego momentu zaczęły się problemy FC Hazardu 86, który zdecydowanie zwolnił z grą i zostawiał coraz więcej miejsca rywalom. Błąd w ustawieniu defensywy rywali wykorzystał Hubert Krzemiński i doprowadził do remisu. Na początku drugiej połowy to gospodarze ponownie przejęli inicjatywę i ponownie wyszli na prowadzenie. Jednak znowu oddawali coraz więcej pola rywalom, a ich egzekutorem ponownie okazał się Hubert Krzemiński ponownie doprowadzając do wyrównania stanu meczu. Kluczowym zawodnikiem dla FC Hazard 86 był Adrian Bartkiewicz, który rozrzucał piłkę do swoich kolegów i tworzył im dogodne sytuacje na strzelenie bramki. Po jego asystach padły, aż trzy bramki, co pozwoliło stworzyć bezpieczną przewagę dla gospodarzy. Bez większych niespodzianek to FC Hazard 86 zdobył komplet punktów i ciągle depcze po piętach Mixamatora.

W ramach dziewiątej kolejki FC Po Nalewce podejmowało Zakon Bonifratrów na arenie Picassa. Dla obu zespołów było to już drugie spotkanie w ciągu dnia. Natomiast to FC Po Nalewce miało prawdopodobnie więcej siły po pewnej wygranej nad Radlerem, niż Zakon po zaciętym spotkaniu z ADP. Patrząc na same pozycje zajmowane prze obie drużyny w tabeli zdecydowanym faworytem tego meczu byli gospodarze. W mecz lepiej weszła drużyna FC Po Nalewce, która dość szybko objęła prowadzenie w meczu po bramce Mateusza Rudnik. Zwrotem akcji w meczu było zejście Radosława Jankiewicza na ławkę rezerwową. Od tego momentu to goście częściej dochodzili do głosu. Rosnąca ilość okazji poskutkowała wyrównaniem stanu meczu. Kilka minut później Łukasz Konopko całkowicie zaskoczył Michała Piątkowskiego oddając mocny strzał po ziemi z połowy boiska. Dał tym samym prowadzenie swojej drużynie w meczu. Zakon miał doskonałe okazję na podwyższenie wyniku. Na początku nie wykorzystali akcji 2vs1, a następnie Michał Piątkowski uratował swoich kolegów od utraty gola. Dodatkowego impuls gospodarzom dało ponowne wejście Radosław Jankiewicza, z którego pomocą FC Po Nalewce na początku doprowadziło do remisu, a kilka minut później już wypracowali dwubramkową przewagę. W drugiej połowie meczu było widać zmęczenie na twarzach gości. Natomiast Radosław Jankiewicz robił z nimi co chciał przechodząc trzykrotnie z piłką niemal przez cały plac gry. Rosnącą przewagę gospodarze dokumentowali kolejnymi trafieniami i zabieraniem nadziei rywalom na pozytywny rezultat spotkania. FC Po Nalewce zdobyło kolejny komplet punktów w ciągu dnia i wskoczyli na pozycję lidera 6 ligi kosztem LTM.

 

 

dodaj komentarz

 
Wybierz kolejkę:
1 1

EKSTRAKLASA

Kolejka 9
Wybierz kolejkę:
3 2

1 LIGA

Kolejka 9
Wybierz kolejkę:
3 0

2 LIGA

Kolejka 9
Wybierz kolejkę:
3 0

3 LIGA

Kolejka 9
Wybierz kolejkę:
0 0

4 LIGA

Kolejka 9
Wybierz kolejkę:
5 0

5 LIGA

Kolejka 9
Wybierz kolejkę:
4 0

6 LIGA

Kolejka 9
Wybierz kolejkę:
2 0

7 LIGA

Kolejka 9
Wybierz kolejkę:
2 0

8 LIGA

Kolejka 9
Wybierz kolejkę:
4 0

9 LIGA

Kolejka 9

Statystyki kolejki

     

    Ankieta

    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Aby zagłosować musisz wybrać jedną z odpowiedzi