Wczytuję...

OBOSTRZENIA, ZASADY!

100% powagi - o to na samym wstępie chcemy Was poprosić. Poniższe punkty są WARUNKIEM KONIECZNYM do wzięcia udziału w meczach Ligi Fanów.

POLÓWKI LIGI FANÓW!

Stylowe koszulki LIGI FANÓW dostępne dla wszystkich uczestników i sympatyków naszych rozgrywek.

PROFIL NA FACEBOOKU!

Na facebooku doszło do dużych zmian. Jedną z ich konsekwencji może być to, że przestaniecie widzieć nasze posty. Sprawdźcie jak się do tego przygotować, aby być z LIGĄ FANÓW na bieżąco!…

LIGA FANÓW NA INSTAGRAMIE

Masz Instagram? Obserwuj nas i bądź na bieżąco! Zobacz co tam znajdziesz z życia Ligi Fanów.

OBOSTRZENIA, ZASADY!
POLÓWKI LIGI FANÓW!
PROFIL NA FACEBOOKU!
LIGA FANÓW NA INSTAGRAMIE

RAPORT MECZOWY - KOLEJKA 6.

18
Lis

Życie nie lubi próżni, dlatego oddajemy Wam dziś do lektury kolejny artykuł naszych meczowych podsumowań. Coraz więcej kart odsłoniętych, a do finiszu rundy jesiennej jeszcze 3 kolejki. Miniona niedziela obfitowała w emocje, głównie te czysto piłkarskie, byliśmy świadkami powrotów z dalekiej podróży, pościgów, zwrotów akcji, dużej ilości bramek, trochę kartek, a co i jak się potoczyło przeczytacie poniżej. Zapraszamy do lektury!

RAPORT MECZOWY - KOLEJKA 6.


EKSTRAKLASA

Niezwykle emocjonujący pojedynek stoczyły ekipy Wawalions i East Wind. Gospodarze w poprzednich spotkaniach nie mieli szczęścia i gubili punkty, ale potencjał teamu z Ukrainy jest olbrzymi i w naszej opinii nie stali na straconej pozycji w starciu z drużyną Sebastiana Dąbrowskiego. Początek spotkania to ataki Wawalions i dość szybko Igor Linczenko wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Goście dążyli do wyrównania, a szczególnie aktywny był Damian Patoka. Kilka prób miał nieudanych, ale w końcu po podaniu od swojego kapitana doprowadził do remisu. Jeszcze przed przerwą w niegroźnej sytuacji piłka odbiła się od dwóch zawodników East Windu i Dmytro Shuliak wpakował piłkę do siatki. Do przerwy wynik na tablicy brzmiał 2:1. Po zmianie stron goście szybko wyrównali, lecz od stanu 2:2 zaczęła się dominacja gospodarzy. Mieli kilka znakomitych okazji, ale kapitalnie w bramce spisywał się Damian Karczmarczyk. Po okresie przewagi Wawalions, z której de facto nic nie wynikło, to East Wind przeprowadził akcję, po której wyszedł na prowadzenie. Niezawodny Damian Patoka po indywidualnej akcji wpakował piłkę do siatki. Gdy wydawało się, że goście dowiozą korzystny wynik, Oleksandr Bielik dograł w pole karne do Volodymyra Humeniuka i mieliśmy remis 3:3. Ostatnia akcja meczu to szansa dla ekipy z Ukrainy. Ihor Linczenko wychodził na dogodną pozycję i był faulowany. Rzut wolny nie dał zmiany wyniku i gwizdek, który kończył spotkanie, oznaczał remis w tym niezwykle zaciętym pojedynku. East Wind po raz kolejny zagrał poniżej oczekiwań i widać, że forma całej drużyny nie jest taka jak w poprzednim sezonie. Wawalions szanuje na pewno ten punkt, ale nadal musi poprawić skuteczność, jeżeli chce walczyć o podium w tym sezonie.

Mecz Tura Ochota z Narodowym Śródmieściem zapowiadał się niezwykle emocjonująco z uwagi na to, że ekipa Marka Szklennika nie przegrała jeszcze na poziomie Ekstraklasy i zamierzała powalczyć z obecnym mistrzem. Szybko jednak okazało się, że gospodarze postanowili pokazać maksimum swoich możliwości i od początku spotkania dyktowali warunki gry. Goście jakby trochę stremowani stawką spotkania zaczęli nerwowo i błędy w kryciu szybko zostały obnażone. Michał Bruździak mocnym strzałem z dystansu rozpoczął strzelanie drużyny z Ochoty. Narodowe próbowało nawiązać walkę, ale nie miało za wiele argumentów. Dość szybko Tur podwyższył prowadzenie i przy stanie 3:0 wkradło się trochę rozluźnienia i to potrafili wykorzystać gracze Narodowego Śródmieścia. Mateusz Bienias po podaniu od obrońcy samotnie pobiegł skrzydłem i z ostrego konta pokonał Pawła Wysockiego. Do przerwy mieliśmy wynik 3:1. Po zmianie stron gospodarze starali się podwyższyć wynik, by spokojnie kontrolować spotkanie. Początkowo goście nieźle się bronili i starali się kontrować. Widać było, że bramka kontaktowa dawała nadzieję na powalczenie o korzystny wynik, ale szybko te nadzieje prysły. Poniżej oczekiwań zagrał Damian Talarek. Starał się strzelać z dystansu, ale nie był to jego dzień, a w defensywie nie pomagał kolegom, z czego korzystali rywale, często wychodząc z kontrami w liczebnej przewadze. Tur strzelał kolejne bramki i mając bezpieczny, wysoki wynik bawił się boisku. W końcówce Narodowe Śródmieście strzeliło jeszcze dwie bramki honorowe i ostatecznie mecz skończył się wynikiem 10:3. Team Konrada Kowalskiego jest chyba poza zasięgiem i pokonanie obecnego mistrza to wyzwanie chyba nieosiągalne tej jesieni. Ekipa Marka Szklennika w ostatnich trzech kolejkach ma słabszych rywali i jest olbrzymia szansa zakończyć tę rundę na podium, co będzie dobrą sytuacją wyjściową do rundy rewanżowej.

Niezwykle istotne spotkanie dla układu tabeli stoczyły ekipy Contry i FC Kebavity. Od początku spotkania widać było, że każdej z drużyn zależy na komplecie punktów. Pierwsze minuty były niezwykle intensywne i oglądaliśmy po kilka dobrych sytuacji z obu stron. Na prowadzenie pierwsza wyszła Contra, kiedy to po składnej akcji Adrian Bucki zaczął strzelanie w tym spotkaniu. Szybko jednak Baris Kazkondu wyrównał po błędzie bramkarza, który zaliczył pusty przelot i nie zdążył przeciąć podania do napastnika Kebavity. Po wznowieniu od razu Dawid Biela pakuje silnym strzałem z dystansu piłkę do siatki i było już 2:1 dla Contry. Jeszcze przed przerwą goście wyrównali po solowej akcji Azamata Qutpiddinova. Po 25 minutach było 2:2. Po zmianie stron Contra źle weszła w drugą połowę. Mnożyły się błędy w obronie i na przestrzeni dwóch minut straciła dwie bramki. Sygnał do odrabiania strat dał ponownie Adrian Bucki zdobywając gola na 3:4. Szybko jednak jego drużyna ponownie straciła dwie bramki i przy stanie 3:6 wydawało się, że jest po meczu. Goście za szybko uwierzyli, że mają bezpieczny wynik i to mogło ich zgubić. Maciej Kurpias i Michał Raciborski strzelili dwie bramki i mieliśmy znów wynik był na styku - 5:6. Końcówka spotkania była niezwykle emocjonująca. Gospodarze zdjęli bramkarza, jednak gra w przewadze nie dała żadnego rezultatu i team Buraka Cana ostatecznie zgarnia cenne trzy punkty. Drużyna Michała Raciborskiego po raz kolejny w meczu z drużyną aspirującą do medali nie dała rady i to jest niewątpliwie problem tej ekipy. W tym sezonie jeszcze nie wygrała meczu z potencjalnymi rywalami do podium. Kebavita po porażce z Narodowym Śródmieściem złapała oddech i teraz przed nią niezwykle ważne końcowe trzy kolejki, w których trzeba ugrać jak najwięcej punktów.

Pojedynek Tylko Zwycięstwo z AnonyMMous! był niezwykle istotny w kontekście utrzymania w Ekstraklasie. Obie ekipy nie miały optymalnego składu, ale od początku spotkania mecz był niezwykle dynamiczny i każda drużyna chciała zrealizować swoje cele. W teamie Maćka Miękiny powrócił do składu Konrad Kozłowski i to właśnie on otworzył wynik spotkania. Gospodarze jednak nie zrazili się i dążyli do wyrównania. Szybko nadarzyła się okazja, bo po faulu w polu karnym mieliśmy jedenastkę. Niestety Andrzej Morawski nie strzelił i nadal utrzymywało się minimalne prowadzenie po stronie Anonimowych. Dosłownie chwilę później pomocnik gospodarzy zagrał piłkę do bramkarza, a ten niepotrzebnie łapał w ręce futbolówkę i mieliśmy groźną sytuację dla rywali. Nic z tej sytuacji nie wyniknęło, ale niepotrzebnie Kuba Karasiński w kierunku sędziego miał, delikatnie mówiąc, uwagi osobiste, przez co osłabił swój zespół dostając żółtą kartkę. Okres przewagi przez Anonimowych jednak nie został wykorzystany. Jeszcze przed przerwą po rzucie rożnym Andrzej Morawski wpakował piłkę do siatki i na tablicy wyników był remis 1:1. Po zmianie stron goście prowadzili grę i stwarzali sobie sporo okazji bramkowych, ale byli nieskuteczni. Dopiero Maciej Latosiewicz znalazł sposób na pokonanie bramkarza rywali i było 1:2 dla Anonimowych. Odpowiedź Tylko Zwycięstwo była natychmiastowa i Kacper Stępień strzelił gola na remis. Końcówka byłą niezwykle emocjonująca, gdzie najpierw sytuacje sam na sam zmarnowali gospodarze, a na niespełna dwie minuty przed końcem Anonimowi strzelili dwie bramki, które zadecydowały o zwycięstwie. Ostatecznie mecz skończył się wynikiem 2:4 dla teamu Maćka Miękiny i to na pewno dało oddech tej ekipie przed końcówką rundy. TZ nadal bez punktów, choć ponownie byli niezwykle blisko choćby remisu i ponownie w ostatnich sekundach stracili decydujące gole.

Spotkanie z Bulbezem było dla Cykaczy szansą na pierwsze punkty w tym sezonie. Obie ekipy raczej odstają od czołówki ekstraklasy, ale bezpośrednie spotkanie tych drużyn zapowiadało się jako ciekawe widowisko. Niestety ekipie Krzyśka Gołosa nie udało się zebrać solidnego składu i podeszli do rywalizacji z zaledwie jedną zmianą. Mecz rozpoczął się od błyskawicznego ciosu ze strony ekipy gospodarzy, bo Marcin Osowski potężnie uderzył z połowy boiska, a zaskoczony Dominik Pajda nie zdążył sięgnąć piłki. Cykaczy gol ten nie powalił na kolana, bo już w 4 minucie Michał Walętrzak urwał się obrońcom i zdobył bramkę wyrównującą. Goście złapali wiatr w żagle i zdołali nawet wyjść na prowadzenie po strzale Piotra Płatka, ale Bulbez wziął się do roboty i jeszcze przed przerwą zdołał nie tylko wyrównać, a nawet odzyskać prowadzenie. W drugiej części spotkania gracze z Bemowa raczej nie kwapili się do rozgrywania szybkich piłek i skupili się na szukaniu dziur w obronie gości. Jak zwykle często cofali piłkę do wysoko wysuniętego bramkarza, który pomagał w rozegraniu akcji. W 28 minucie na 4:2 podwyższył Leszek Zalewski, a do gry Cykaczy wkradła się niepotrzebna nerwowość. Chłopaki nie mogli porozumieć się między sobą, pojawiły się niepotrzebne dyskusje z sędzią. W efekcie drugą żółtą kartkę obejrzał Damian Bedynek. Gra gości uspokoiła się dopiero kiedy na 10 minut przed końcem meczu zdobyli gola na 4:3, a chwilę później udało się im nawet zdobyć bramkę wyrównującą. Zwycięstwo Cykaczy wisiało w powietrzu, ale znów brak spokoju doprowadził do katastrofy, bo w samej końcówce meczu blok obrony gości rozluźnił się na tyle, że Marcin Taras znalazł drogę do siatki i Cykaczom zwyczajnie zabrakło już czasu, żeby dogonić wynik i przy stanie 5:4 sędzia odgwizdał koniec meczu.

LIGA 1

Jak równy z równym swoje spotkanie rozgrywały drużyny PGU i Mixamatora. To zdanie zaczyna nabierać nieco więcej sensu kiedy spojrzymy na tabelę 1 ligi – Mixamator nie przegrał do tej pory ani razu, a PGU znajdowało się w strefie spadkowej, ale boisko szybko zweryfikowało, że kiepski wynik gospodarzy jest raczej kwestią braku szczęścia, niż umiejętności czy determinacji. Zawodnicy Adriana Gajosa podeszli do rywalizacji z liderem absolutnie bez kompleksów i bardzo szybko dało się zauważyć, że Mixamator łatwo w tym spotkaniu mieć nie będzie. Już w pierwszych minutach Grzegorz Augustyniak musiał wykazać się kilkoma dobrymi interwencjami. W 5 minucie Bartosz Nowodworski wykorzystał zamieszanie pod bramką Artur Kopiejka i zdobył bramkę na 0:1 dla Mixamatora, ale po wznowieniu gry PGU mocno napierało w ataku i w 9 minucie zdołało wyrównać po strzale Jakuba Wałachowskiego. Druga bramka dla Mixamatora padła po dośrodkowaniu Kamila Kamińskiego – piłka odbiła się nieszczęśliwie od obrońcy PGU i Artur Kopiejek nie zdążył jej wybić z linii bramkowej. PGU wyglądało energiczniej w tym spotkaniu, za to goście grali dość statycznie i nie byli w stanie zdominować przeciwnika. Do końca pierwszej połowy wynik nie zmienił się i przy stanie 1:2 drużyny udały się na odpoczynek. Druga część spotkania rozpoczęła się od błyskawicznego gola dla Mixamatora autorstwa Mikołaja Prybińskiego, ale PGU nie straciło pazura i już akcję później Adrian Wiercioch strzelił na 2:3. Adrian wykonał w tym meczu tytaniczną pracę i obrońcy drużyny Michała Fijołka mieli ogromne kłopoty z zatrzymaniem rozpędzonego napastnika PGU. Mecz znów wyrównał się i żadnej z drużyn nie udało się wypracować wyraźnej przewagi, ale warto zaznaczyć, że gdyby nie świetna dyspozycja Grzegorza Augustyniaka Mixamator prawdopodobnie przegrałby to spotkanie. W 42 minucie Adrian Wiercioch zdobył w końcu bramkę na 3:3, po kolejnej akcji Mixamator znów prowadził 3:4 po golu Damiana Starosty, a już minutę później znów był remis, kiedy Adrian Wiercioch skompletował hat-tricka. Wynik nie zmienił się już do końca i po świetnym, wyrównanym spotkaniu PGU zremisowało z Mixamatorem 4:4 pokazując, że jest drużyną, z którą każdy przeciwnik musi się liczyć.

Spotkanie FC Niezłomnych z Chłopcami z Bielan było szansą dla gości na zmniejszenie straty punktowej do Mixamatora. Te dwie ekipy na pewno będą biły się pod koniec sezonu o tytuł mistrza, ale w pierwszej kolejności trzeba wygrywać wszystkie mecze, a takie ekipy jak Niezłomni do łatwych przeciwników na pewno nie należą. Mecz rozpoczął się zdecydowanie lepiej dla CHZB, bo już w 4 minucie Krzysztof Mamla wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Gospodarze odpowiedzieli groźną akcją i Dmytro Onufrak wyszedł jeden na jeden z bramkarzem, ale Norbert Wierzbicki nie dał się pokonać. Inicjatywa była zdecydowanie po stronie ekipy Tomka Miziurkowskiego, ale napastnicy nie potrafili skutecznie wykończyć akcji. Na dodatek błąd obrońców wykorzystał Taras Tsipuk i przy stanie 1:1 mecz praktycznie zaczął się od nowa. Chłopcy mozolnie budowali przewagę i w 18 minucie w końcu Tomasz Terpiłowski pokonał Vitaliya Lychmana. Do przerwy wynik na styku 1:2. Po wznowieniu gry Niezłomni wyglądali dużo żywiej i śmielej atakowali bramkę przeciwników, a w 32 minucie Ukraińcy wykorzystali zamieszanie pod bramką gości, 3 strzały obronił Norbert Wierzbicki, ale w końcu Taras Musko umieścił piłkę w siatce. CHZB długo szukali okazji do ponownego objęcia prowadzenia i na 10 minut przed zakończeniem spotkania upragnionego gola zdobył Andrzej Łukomski. Końcówka należała już zupełnie do zespołu gospodarzy. W drużynie Chłopców z Bielan zabrakło Damiana Kowalewskiego, który w takich momentach potrafi pociągnąć swój zespół i zbudować przewagę bramkową, ale tym razem Damian nie dotarł na mecz, za to Niezłomni pokazali przysłowiowy pazur. Najpierw rzut karny wykorzystał Leonid Zujev, chwilę później na prowadzenie wyprowadził swój zespół Bogdan Horyneskii, a żółty kartonik obejrzał Emil Gadomski. Kończąc mecz w pięciu Chłopcy z Bielan rzucili wszystkie siły w atak i niewiele zabrakło, aby trafić bramkę wyrównującą, ale ostateczny cios wyprowadził Bogdan Horynevskii, który ustalił wynik na 5:3.

Z Alpanem to jest taka historia, że jak się pojawiają w najmocniejszym składzie, to są w stanie pokonać prawie każdego rywala, a na pewno mecze z ich udziałem są zacięte i wyrównane. Trochę żałowaliśmy, że na meczu z FC Hazard 86 pojawili się w skromnym składzie, z zaledwie jedną zmianą. Pierwsza połowa to jednak festiwal nieskuteczności z obu stron. Piłka jak zaczarowana nie chciała wpaść do bramki, a jak udało się zawodnikom nastawić celowniki na biały prostokąt, to między słupkami znajdował się bramkarz, który miał inny pomysł na skończenie akcji i bronił wszystko. Jedynego gola zdobył w pierwszej połowie Krzysiek Batorski i Hazard schodził na przerwę z jednobramkową przewagą. Druga połowa zaczęła się dużo lepiej dla Hazardu, bo gola na 0:2 strzelił Krzysztof Skrzypczak. Alpan odpowiedział jednak bramką Patryka Dębskiego. Mecz się wyrównał, a Alpan może mówić o sporym pechu. Nawet jak dochodzili do dobrych sytuacji, to świetnie bronił Franciszek Teodorczyk. Niemoc gospodarzy wykorzystali goście, którzy za sprawą Bartosza Iwanowskiego wyszli na prowadzenie 1:3. Do końca spotkania bramki strzelał już tylko Hazard, który ostatecznie zwyciężył w tym meczu 1:5. Dzięki tej wygranej Hazardziści wskakują na 2 miejsce w tabeli i są już tylko punkt za liderem ligi – drużyną Mixamator. Tymczasem Alpan z 7 punktami na koncie usadowił się na 6 pozycji i w ostatnich 3 kolejkach okaże się, o co ta drużyna powalczy w tym sezonie.

Na zakończenie pierwszoligowych zmagań na obiekcie Picassa zmierzyło się Deportivo La Chickeno z FC Górką. Początek meczu był wyrównany, co mogło zapowiadać ciekawe spotkanie. Niestety dla zawodników Górki, początek meczu był ich najlepszym momentem tego dnia. Zawodnicy Deportivo rozkręcali się z każdą kolejną minutą. Gospodarzy na prowadzenie wyprowadził Kacper Grabowicz, a po chwili jeszcze podwyższył prowadzenie swojej drużyny. Bramkę kontaktową zdobył, w niecodzienny sposób, Arkadiusz Świątek, który strzałem bezpośrednio z rzutu rożnego zdobył gola. Na odpowiedź nie musieliśmy długo czekać, bo już chwilę po rozpoczęciu gry ze środka boiska, Damian Warmiak pozwolił znów wyjść na dwubramkowe prowadzenie Chikenom. Po chwili względnego spokoju na boisku doszło do czegoś, czego nie spodziewał się chyba nikt zgromadzony na obiekcie. Marcin Godlewski postanowił, że zrobi akcję, której nie powstydziłby się sam Lionel Messi. Zawodnik Górki przebiegł z piłką przez całe boisko, i strzelił bramkę, czym chyba obudził graczy zespołu gospodarzy. Niby wydaję się to takie proste, ale rzadko oglądamy takie akcje na piłkarskich boiskach. Następnych 5 bramek było już autorstwa zawodników Deportivo. Druga połowa niewiele się różniła od pierwszej, ciągłe ataki Deportivo, dużo indywidualnych akcji i pięknych bramek. Niestety w zespole gości widoczny był brak kilku kluczowych zawodników. Ostateczny wynik meczu to 14:7 i różnica klas była olbrzymia. Można powiedzieć, że trio Szkopiński – Grabowicz – Warmiak wygrało ten mecz. Wszystkie bramki które zdobyli gospodarze było autorstwa któregoś z tych zawodników

Chłodny, wilgotny wieczór to idealne warunki do gry dla Drunk Teamu. Tak przynajmniej to wyglądało, gdyż w starciu z Bękartami Warszawy, ku naszemu zaskoczeniu, byli zdecydowanie lepsi. Już od pierwszych minut gospodarze postanowili grać wysokim pressingiem i było to taktyczny strzał w dziesiątkę. Co prawda zawodnicy Bękartów nie tracili piłek, ale mieli bardzo duże problemy z wyprowadzeniem piłki i często ratowali się podaniami do bramkarza. W ofensywie straszył duet Łukasza Walo i Damian Wolski. Pierwszy z Panów po podaniu od Witka Bartnika otworzył wynik spotkania. Łukasz miał także udział przy bramce na 2:0, kiedy asystował przy trafieniu Damian Wolskiego. Bramka na 3:0 to popis dryblingu i zimnej krwi przy wykończeniu Łukasza, kiedy to "przełożył" obrońcę i zostawił go zdezorientowanego w polu karnym, po czym sam pewnie pokonał Michała Staniszewskiego. Wśród gości bardzo walczyli Włodzimierz Frantyk oraz Kirill Tsvirko, jednak litry wylanego potu wystarczyły tylko na jedno trafienie pierwszego z wymienionych (3:1). Bramki na 5:1 oraz 6:1 to gratka dla kibiców. Najpierw niesamowitą asystę przez całe boisko autorstwa Rafała Siwińskiego dość szczęśliwie wykorzystał Witek Bartnik, a następnie ten sam zawodnik na spółkę z Damianem Wolskim zrobili sobie wręcz zabawę z defensywą rywali, ustalając wyniki pierwszej połowy na 6:1. Niestety, ale rezultat dość mocno odzwierciedlał przewagę, jaką miał Drunk Team i mając w pamięci umiejętności Bękartów byliśmy tym mocno zaskoczeni. Druga połowa znacznie bardziej wyrównana, jednak również wygrana przez gospodarzy. Znów trafiał Łukasz Walo, który w całym spotkaniu skompletował aż cztery trafienia, do których dorzucił dwie asysty. Damian Wolski również był bardzo jasną postacią "Drunkersów" a swój występ zakończył z hat-trickiem i jedną asystą. Wśród pokonanych na pochwały zasłużył Włodzimierz Frantyk, który jednak nie okazywał specjalnie radości ze zdobycia hat-tricka, gdyż ostatecznie jego ekipa uległa 10:4.

LIGA 2

Rywalizacja w 2 lidze rozpoczęła się na Arenie Picassa od meczu FC Nova Group z FC Melange. Goście przed tym spotkaniem byli liderem tabeli, ale gospodarze tracili do Melanżowiczów tylko 3 punkty, co zapowiadało ogromne emocje. Pierwsza połowa nie potoczyła się jednak tak, jak wszyscy myśleli. Od początku spotkania optyczną przewagę miała Nova Group, ze swoim boiskowym generałem – Łukaszem Wirskim. Zawodnik gospodarzy tego dnia grał jak natchniony, był zawsze tam gdzie być powinien. W pierwszej połowie Nova Group zdobyła 4 bramki. Przy wszystkich swój udział miał właśnie Łukasz, który już na przerwę schodził z dorobkiem 2 goli i 2 asyst. Melanżowicze nie mieli pomysłu na obronę gospodarzy, a jak już przedostali się pod bramkę rywali, to szwankowała skuteczność. Emocji jednak nie brakowało, a w pewnym momencie gorące głowy musiał studzić sędzia, który rozdał zawodnikom obu ekip po 1 żółtej kartce. Druga połowa rozpoczęła się dla gości fatalnie, bo Łukasz Wirski dokończył wcześniej rozpoczęte dzieło zniszczenia. Zdobyty błyskawicznie hat-trick spowodował, że gospodarze wyszli na prowadzenie 7:0. Wtedy jednak nastąpiło przebudzenie i goście ruszyli do odrabiania strat. W końcu skutecznie zagrał Łukasz Słowik, który w dość krótkim odstępie czasu zdobył hat-tricka. Niestety wykluczenie z gry Kamila Sadowskiego, który zobaczył drugi żółty kartonik oraz zbyt krótki czas na dogonienie rywali spowodował, że Melange przegrał to spotkanie 7:4. Nova Group wyprzedziła FC Melange w tabeli i wskoczyła na 3 miejsce. Były lider wypadł poza podium i w ostatnich 3 meczach musi udowodnić, że więcej taka drzemka jak w pierwszej połowie, już im się nie zdarzy.

UN Mate Team mimo lepszego bilansu musieli w starciu z Truskawką na Torcie mieć się na baczności, ponieważ ich rywale potrzebowali w końcu zapunktować i w powietrzu można było przeczuwać, że to będzie ten mecz. Na początku spotkania podpytaliśmy zawodników "Truskawek" co jest receptą na dzisiejszy mecz. Odpowiedź była w naszym odczuciu żartem, gdyż jako kluczowy czynnik wskazali nieobecność swojego kapitana, Tomka Cymermana. Od pierwszego gwizdka goście rzucili się na rywali, Argentyńczycy wyraźnie zdezorientowani szybko stracili dwie bramki, bo w pięć minut. Przy obu z nich udział miał Darek Piwowarski. Gospodarze znani z dużej ambicji i ciągłego podążania za bramkami potrafili nawiązać walkę, co przełożyło się na wynik spotkania. Z drugiej strony Truskawka była bardzo skoncentrowana i konsekwentnie utrzymywała przewagę. Po pierwszej połowie 2:4, ale mecz nadal nie był rozstrzygnięty. Po zmianie stron Truskawka utrzymywała bezpieczny rezultat, jednak jej zawodnicy do końca musieli drżeć o końcowy wynik. Wszystko dlatego, że UN Mate Team przeprowadzali bardzo groźne ataki ofensywne i tylko brak skutecznego wykończenia akcji doprowadziło do tego, że o trzy punkty, a nawet o punkt było niezwykle trudno. Gospodarze przeprowadzali bardzo groźne akcje, a przy wyniku 3:4 po świetnej akcji trafili w poprzeczkę. Goście grali nerwowo i tylko wyczekiwali na końcowy gwizdek. Szczęście się do nich uśmiechnęło, kiedy błąd techniczny bramkarza wykorzystał Krzysiek Cymerman, który ustalił wynik spotkania na 3:5, mimo że gospodarze do ostatniej minuty napierali na przeciwników, tym razem nieskutecznie. Gratulujemy Truskawce pierwszego zwycięstwa w sezonie i liczymy, że ten mecz to taka swoista pobudka zespołu, który zajmuje miejsce w tabeli, które zupełnie nie odzwierciedla ich potencjału.

Prawie w pełnym składzie stawili się zawodnicy Olimpiku na potyczkę z ekipą FC Popalone Styki. Biorąc pod uwagę dotychczasowe dokonania obu ekip, to gospodarze podchodzili do meczu z pozycji faworyta. Bardzo szybko przekonaliśmy się, że pozycja w tabeli w tym przypadku odzwierciedla potencjały drużyn. Pierwsze trafienie zostało zapisane w protokole meczowym po akcji Andriieja Plekha, który celnym podaniem obsłużył Iliie Marchenko, a ten pewnie umieścił piłkę w siatce i mieliśmy 1:0. Na indywidualną akcję zdecydował się Ihor Puzenko, który po oszukaniu obrony nie miał problemu z pokonaniem bramkarza gości. Kilka minut później świetnym przeglądem pola popisuje się Anton Shevchenko. PIłka po jego podaniu trafiła pod nogi Ivana Shevtsova i było już 3:0. Goście obudzili się jeszcze w pierwszej odsłonie, kiedy po wyrzucie z autu Filipa Targowskiego bramkę dla "Styków" zdobył Mateusz Kostylew. Jeszcze przed gwizdkiem kończącym pierwszą część spotkania gracze Olimpiku wykorzystują akcję z rzutu rożnego, a bramka Ivana Shevtsova ustala wynik tego fragmentu spotkania na 4:1. Niedługo po rozpoczęciu ten, który zamykał wynik pierwszej połowy, a więc Ivan Shevtsov, popisuje się celnym strzałem i kompletuje hat-tricka. Goście jednak nie składają broni i zaczynają desperacką pogoń rezultatem. Najpierw skuteczna dobitka autorstwa Antoniego Zielińskiego a następnie drugie trafienie w tym spotkaniu Mateusza Kostylewa i dystans skraca się do dwóch bramek (5:3). Jednak "Olimpijczycy" to solidna firmie i tego dnia nie zamierzali schodzić z pola walki bez kompletu punktów. Zawodnikiem, który przypieczętował zwycięstwo chłopaków zza wschodniej granicy był Dmytro Zhdanov, a jego trafienie ustaliło wynik spotkania na 7:3. Olimpik wciąż się liczy w walce o mistrzostwo, a Popalone Styki muszą się zmobilizować, jeżeli nie chcą zakończyć jesieni w strefie spadkowej.

Pojedynek Wiernego Służewca z Orzełami Stolicy miał mniej więcej podobny przebieg, co rozgrywany parę godzin później mecz Polski z Włochami. Orzeły od pierwszych minut zepchnęły rywala do głębokiej obrony, co i rusz wyprowadzając kolejne ataki. Brakowało jednak tym akcjom wykończenia, przez co mimo znacznej optycznej przewagi, goście nie potrafili trafić do siatki Grzegorza Łapacza. Paradoksalnie najlepszą sytuację w pierwszej części miał Wierny, kiedy to po nieporozumieniu w szeregach Orzełów, Michał Komorowski przejął piłkę w środku boiska i wyszedł sam na sam z bramkarzem. Jan Ławcewicz wygrał jednak ten pojedynek, a potem skutecznie wyłapał dobitkę Tomka Krzyżańskiego. Mimo że początkowa faza meczu wskazywała na to, że dość szybko padnie pierwsza bramka, to w ciągu 25 minut nikomu nie udało się trafić do siatki. Po zmianie stron obraz gry raczej się nie zmienił. Orzeły wciąż miały przewagę, a Wierny swoją ambicją i walką próbował postawić się rywalowi. W końcu wynik otworzył Jan Wnorowski trafiając bezpośrednio z rzutu wolnego. Drugą i zarazem ostatnią bramkę w tym meczu zdobył Mikołaj Kiełpsz: przy faulu na zawodniku Orzełów został zastosowany przywilej, piłka trafiła do Mikołaja, a ten ustalił wynik meczu na 0:2. Wierny w drugiej części nie przeprowadził żadnej groźniejszej akcji i aż nadto widać było braki w przodu zespołu ze Służewca. Orzeły zasłużenie wygrały to spotkanie i mimo że wynik nie był zbyt wysoki, to gra gości mogła się podobać.

Zmagania w 2 lidze kończyła się meczem zespołu Green Lantern z Warszawską Ferajną. Gospodarze pojawili się na meczu w szerokim składzie, goście zaś mieli tylko jedną zmianę. Czasem jednak przygotowanie kondycyjne i walka do końca są ważniejsze, a mieliśmy wrażenie, że drużyna gości jest potężnie zdeterminowana żeby odnieść sukces. Mecz rozpoczął się od bardzo wyrównanej gry, a obie ekipy miały swoje okazje. Pierwszą bramkę zdobyli goście, a niezawodny Kacper Domański został obsłużony przez Przemysława Bellę i zdołał trafić do siatki rywali. W odpowiedzi Green Lantern przeprowadziło składną akcję, a Adam Puchała zdobył gola po podaniu Kuby Kublika. Do przerwy – remis. Druga połowa rozpoczęła się od pięknej bramki Mikołaja Wysockiego, który wyprowadził Latarników na prowadzenie 2:1. Na ich nieszczęście w polu karnym ręką zagrał jeden z gospodarzy, a rzut karny na bramkę zamienił Kacper Domański. To był początek świetnej passy Warszawskiej Ferajny, która za sprawą trio Domański – Bella- Miśtal, wyszli na trzybramkowe prowadzenie. Niesamowita była jednak ta wspomniana wcześniej determinacja gości, którzy najwyraźniej byli nakręceni tym, że kilku z ich kolegów nie mogło pojawić się na meczu i postanowili zagrać dla nich. Latarnicy nie mogli się otrząsnąć i dopiero pod koniec meczu trafił dla nich na otarcie łez Adrian Rzepecki, ale to było zdecydowanie za mało. Warszawska Ferajna wygrywa 5:3 i wyprzedza bezpośrednich sąsiadów w tabeli.

 LIGA 3

Spotkanie Energii z Junakiem poprzedzone było minutą ciszy, ku pamięci zmarłego ojca braci Rakowskich. Drużyny do rywalizacji przystąpiły w skromnych zestawieniach. Goście początkowo mieli zaledwie meczową szóstkę, ale grali mądrze, broniąc szczelnie dostępu do swojej bramki i czyhając na kontry. Po jednej z nich Adam Rakowski obsłużył podaniem Pawła Groszkowskiego, a ten precyzyjnym strzałem dał prowadzenie ekipie z Pragi. Gospodarze starali się atakować i mieli kilka znakomitych okazji, lecz Andrzej Groszkowski świetnie interweniował. Golkiper Junaka jak zawsze nie tylko świetnie bronił, ale potrafił szybko wyprowadzać akcje swojego zespołu. Gdy wydawało się, że skromnym prowadzeniem zakończy się pierwsza połowa, po wznowieniu piłkę w ostatnich sekundach dostał Robert Kościesza, który w trakcie pojedynku dojechał wspomóc team Krzyśka Krzewińskiego, i mieliśmy niespodziewanie drugą bramkę. Wynik po 25 minutach brzmiał 0:2. Po zmianie stron gospodarze wzięli się za odrabianie strat. Bramkę kontaktową strzelił Sergii Domin i to napędziło cały zespół do jeszcze większego wysiłku. Po chwili był już remis, po znakomitej akcji Ivana Polianskiyego. Junak opadł z sił, a na domiar złego, kontuzji doznał Paweł Groszkowski, który nie mógł już pomóc drużynie. Końcówka to popis napastnika z numerem 19. Mowa oczywiście o Ivanie Polianskiym, który dołożył jeszcze dwa trafienia, w tym wolej po dograniu z rzutu rożnego był bramką w stylu „stadiony świata" i Energia po wspaniałej remontadzie wygrała ostatecznie mecz 4:2.

Mikstura przystępowała do tego spotkania uskrzydlona premierowym zwycięstwem w zeszłym tygodniu, natomiast Izba Wytrzeźwień potrzebowała jak tlenu zwycięstwa w tym meczu, który można powiedzieć, był meczem o 6 punktów. Izbie miał pomóc fakt, że wrócili na Arenę Picassa, gdzie czują się zdecydowanie lepiej, niż na Grenady. Początek meczu wyglądał tak, jakby goście byli bardziej zmotywowani do tego meczu, Mikstura popełniała błędy w obronie, a Izba co chwilę dochodziła do dogodnych sytuacji strzeleckich. Brakowało skuteczności, lub świetnie w bramce spisywał się Czarek Kubalski. Po krótkim okresie niemocy Mikstura zaczęła lepiej operować piłką, co pozwoliło przenieść ciężar gry na połowę Izby i gdy wydawało się, że bramka dla drużyny Klanu Jochemskich jest kwestią czasu, to Mariusz Głowacki prostopadłym podaniem uruchomił Krzysztofa Chodkowskiego, który wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Mikstura jakby podrażniona takim obrotem sytuacji wpuściła z ławki swoich najlepszych zawodników i na efekty tej roszady nie musieliśmy długo czekać, Czarek Kubalski wypuścił w bój Damiana Patokę, a wiadomo, że Damian jak się rozpędzi to może go zatrzymać tylko nadjeżdżający z naprzeciwka pociąg relacji Gdańsk – Amsterdam. Żadnego pociągu oczywiście nie było, była bramka Patoki, który doprowadził do wyrównania. Do końca pierwszych 25 minut bramek już nie oglądaliśmy, 1:1, zmiana w bramce gospodarzy i zaczęliśmy drugą odsłonę meczu. Goście znów jakby żwawiej ruszyli do ataku na bramkę Mikstury, wywalczyli rzut karny po faulu Patryka Stefaniaka w polu karnym, którego nie udało im się wykorzystać, bo kapitalną paradą popisał się broniący w drugiej połowie Adrian Sosnowski. Chwilę później Izbie udało się wyjść na prowadzenie, po bramce Julka Omiego. W tym momencie coś przeskoczyło w głowach zawodników w czerwonych koszulkach. Ich akcje z każdą minutą nabierały tempa, co powodowało błędy rywali. Jeden z takich błędów wykorzystał Rafał Jochemski, który odebrał piłkę i skierował ją do nadbiegającego Patoki, a ten znów doprowadził do wyrównania. Niedługo później zawodnicy Izby Wytrzeźwień już się całkowicie pogubili, kolejna bramka Patoki, do tego po jednym trafieniu zanotowali Rafał Molski i Piotr Stefaniak. Wynik 5-2 i Mikstura zrównała się punktami z Izbą Wytrzeźwień i wygląda na to, że mistrzowie z sezonu letniego w końcu łapią odpowiedni rytm, co może być kluczowe w kontekście końcówki rundy jesiennej. Z drugiej strony jesteśmy ciekawi, jakby się to spotkanie potoczyło dla Izby, gdyby na boisku pojawił się Paweł Rozemski, którego pomoc mogłaby okazać się kluczowa.

Rewelacyjne widowisko piłkarskie zaserwowały nam ekipy Graczy Gorszego Sortu oraz Furduncio Brasil FC. Przewidywaliśmy, że będzie to spotkanie na styku, w którym jedna bramka może zdecydować o ostatecznym zwycięstwie i nie pomyliliśmy się ani trochę. Obie drużyny podeszły do siebie z dużym respektem i od pierwszego gwizdka oglądaliśmy dużo walki w środkowej części boiska. Z reguły początek meczu w wykonaniu Brazylijczyków jest nieco słabszy niż druga połowa i tak było i tym razem. GGS wyglądał nieco żywiej w rozegraniu i już w 6 minucie po strzale napastnika gospodarzy piłka obiła oba słupki, a gola z dobitki zdobył Łukasz Kulesza. Ekipa Patryka Sznajdera niesiona przewagą szybko zdobyła drugą bramkę autorstwa Grzegorza Wąsia i choć Furduncio atakowało bramkę Eryka Saniewskiego, wynik nie zmienił się do końca pierwszej połowy. Jeszcze przed gwizdkiem kończącym początkowe 25 minut gry tempo meczu było zawrotne i było widać, że zawodnicy obu drużyn zostawią sporo zdrowa na boisku. Po wznowieniu gry Canarinhos w końcu zaczęli grać w swoim stylu. Rafael Andrade urwał się obrońcom, podał pędzącemu skrzydłem Bruno Martinsowi, który nie dał szans bramkarzowi GGSu. Gospodarze odpowiedzieli błyskawicznie – Maciek Chojnacki podał wybiegającemu na pozycje Jakubowi Mydłowieckiemu i Adam Czerwiński musiał znów wyciągać piłkę z siatki. Kolejna bramka Brazylijczyków była niemalże kalką poprzedniej – znów asystował Rafael, a strzelał Bruno. Mimo zaledwie jednej bramki przewagi GGS grał spokojnie i nie starał się przepychać piłki pod bramkę przeciwnika. Zamiast tego chłopaki mądrze rozgrywali piłkę i nie bali się cofnąć rozegrania, dzięki czemu nie pozwalali gościom złapać rytmu i często zagrażać bramce Eryka Saniewskiego. Taktyka przynosiła dobre efekty, dodatkowo Jakub Mydłowiecki zdobył kolejną bramkę, ale Furduncio nie odpuszczało ani trochę. W 41 minucie Christopher Romero zdobył bramkę na 4:3, ale już w akcji po wznowieniu GGS wrócił na dwubramkową przewagę, kiedy to sprytne podanie trafiło do Grzegorza Wąsia, który znów pokonał bramkarza Canarinhos. Na dwie minuty przed końcem żółtą kartkę obejrzał Mateusz Przybysz, a rzut wolny wykorzystał Christopher Romero. Ostateczne słowo należało do Jakuba Mydłowieckiego, który skompletował hat-tricka, a Brazylijczykom zabrakło czasu, żeby wyrównać i ostatecznie po świetnym meczu Gracze Gorszego Sortu wygrywali 6:4 z Furduncio i brakuje im już tylko 2 punktów do fotelu lidera 3 ligi.

Przeczuwaliśmy, że spotkanie Saskiej Kępy z Chacaritą to może być jeden z hitów 3 ligi w tej kolejce i nie zawiedliśmy się. Od początku spotkania gra toczyła się w naprawdę fajnym tempie, chociaż moment kulminacyjny nadszedł dopiero w drugiej połowie. W początkowych 25 minutach ogromną ochotę do gry wykazywali gracze Saskiej Kępy, którzy pojawili się tym razem na Arenie Picassa bez swojego trenera Troszczyńskiego. Gdyby Korneliusz widział grę swoich chłopaków, to z całą pewnością biłby im głośno brawo, bo w początkowych minutach to gracze w ciemno zielonych strojach zdominowali rywali. Dwa gole Marka Kwiatkowskiego otworzyły wynik spotkania, a kilka minut później bramkę dorzucił Bartosz Krajewski i Saska Kępa prowadziła już 3 bramkami. Na szczęście dla losów tego spotkania, bramkę kontaktową zdobył Bartosz Czarnecki i na przerwę drużyny zeszły przy stanie 3:1. Chwilę po przerwie „Czarny" włączył chyba piąty bieg, bo błyskawicznie zdobył 2 bramki i doprowadził do remisu w meczu. To jednak był dopiero początek emocji, bo bramki zaczęły się sypać jak piasek w popularnym wierszyku o Grzesiu, co szedł przez wieś. Najpierw błąd brakarza Chacarity wykorzystał Łukasz Kryczka, a chwilę później bramkę zdobył Maciej Frąckiewicz i wyrównał stan gry. Wtedy trafił ponownie „Czarny" (po raz czwarty w tym meczu!) i wyprowadził Chacaritę na prowadzenie 4:5! Po chwili podobna sytuacja, bo obejrzeliśmy 2 błyskawiczne gole. Najpierw Sebastian Borkowski doprowadził do wyrównania, a odpowiedział mu Kamil Wędzyński, który wyprowadził znów gości na prowadzenie 5:6. Wtedy obudził się nagle Bartosz Krajewski, który najwyraźniej upodobał sobie końcówki spotkań. Najpierw doprowadził do remisu, potem trafił ponownie i skompletował hat-tricka na swoim koncie. Wynik na tablicy brzmiał 7:6! Do końca meczu zostało niewiele czasu i Chacarita ruszyła do ataku. Niestety rzucenie wszystkich sił na ofensywie skończyło się... bramką dla Saskiej Kępy, gdy po podaniu bramkarza gospodarzy, gola zdobył Sebastian Borkowski. Wynik 8:6 oznacza, że Saska wdrapała się na podium, a Chacarita spadła z pozycji lidera. Jesteśmy jednak przekonani, że rewanż tych ekip będzie znów bardzo zacięty, a rywalizacja o medale będzie trwała do ostatniej kolejki.

Na zakończenie dnia na Arenie Picassa zaplanowane starcie pomiędzy Lujwaffe Tarchomin i zespołem Wiecznie Drugich. Ten pojedynek miał ogromne znaczenie w kwestii walki o utrzymanie, bo oba zespoły zajmują miejsca w dolnej części tabeli i ich wyniki są dalekie od oczekiwań. Niestety czasem jak człowiek planuje, to się diabeł cieszy, bo o ile gospodarze w tym meczu mieli do dyspozycji naprawdę potężne zestawienie osobowe, o tyle goście mieli tylko jednego zmiennika i wydaje nam się, że kadra znacząco odbiegała od planów Krzyśka Wawrzynkiewicza. Mecz rozpoczęli lepiej Luje, którzy już w pierwszej połowie postanowili zamknąć mecz. Świetną partię rozgrywali Kamil Kobus, Filip Drożdż i Piotrek Dobrzeniecki, który ukąsił między innymi bezpośrednio z rzutu wolnego. Do przerwy Luje prowadzili 8:0 i wydawało się, że goście marzą już tylko o zakończeniu tego spotkania. Druga połowa ponownie przebiegała pod dyktando gospodarzy, ale widać było, że Wiecznie Drudzy próbują zdobyć chociaż honorową bramkę. Luje jednak byli tego dnia świetni w obronie, a czego im się nie udało zatrzymać formacją defensywną, to łapał bramkarz – Aleks Janicki. Niestety przy stanie 9:0 miała miejsca sytuacja, którą opisaliśmy już w plusach i minusach, a największym pechowcem spotkania został Piotrek Dobrzeniecki. Obie drużyny trochę zwolniły tempo gry, ale przed końcem spotkania mocno uaktywnił się Sebastian Pindor, który w drugiej połowie skompletował hat-tricka. Dokładając do tego bramkę Kamila Kobusa, mamy rezultat 12:0. Lujom należy pogratulować, bo w końcu ich gra wygląda tak, jak powinna, ponieważ znamy ich potencjał i wiemy, że dotychczasowe spotkania nie odzwierciedlają ich potencjału. Gościom zaś życzymy, aby nastąpiło w końcu przełamanie i przyszły pierwsze punkty w ligowej tabeli.

LIGA 4

Zmagania w 4 lidze rozpoczęły się meczem Awantury Warszawa z Joga Bonito. Gospodarze byli tutaj typowani w roli faworytów, ale z początku ciężko było zauważyć jakąkolwiek przewagę. To Jogersi atakowali często i zagrażali bramce Marcina Kabańskiego, a zawodnicy Awantury grali dość niemrawo i zupełnie nie mogli odnaleźć się w tym spotkaniu. W jednym z ataków Marcin Białkowski wyszedł sam na sam z bramkarzem, ale ostatecznie gola nie zdołał strzelić. Niewykluczone, że gdyby Joga zdobyła bramkę jako pierwsza mecz mógłby potoczyć się zupełnie inaczej, ale strzelanie rozpoczął Grzegorz Himkowski, który przyjął piłkę w środku pola, obrócił się o 180 stopni i oddał potężny strzał pod poprzeczkę. Awanturnicy nie zdążyli za bardzo nacieszyć się tym golem, bo fatalny błąd w obronie wykorzystał Sebastian Kluczek i Joga wyrównała. Gospodarze wciąż nie mogli odnaleźć swojego tempa, ale i tak byli nieco skuteczniejsi niż przeciwnicy i kolejne dwa trafienie dołożyli Sebastian Dominiak i Patryk Dominiak. Żadnej z drużyn nie udało się już pokonać bramkarza oponentów i wynik 3:1 utrzymał się do przerwy. Po wznowieniu gra nieco się ożywiła. Goście goniąc wynik nałożyli swoje tempo, a Awantura bała się wyjść wysoko w ataku i raczej skupiła się na odgryzaniu się z kontr. Po jednej z takich akcji bramkę zdobył Patryk Królak i Awantura mając trzybramkową przewagę powoli zaczynała kontrolować spotkanie. Gracze Jogi Bonito szukali sytuacji bramkowych, ale nie byli w stanie przebić się przez gąszcz obrońców gospodarzy. Awantura również nie próżnowała i Kuba Kaproń kilkukrotnie uratował swój zespół przed utratą większej ilości bramek. Skapitulował jeszcze raz po golu Grzegorza Himkowskiego, którego bramka była ostatnim trafieniem w tym spotkaniu. Awantura pokonała Jogę Bonito 5:1 i utrzymała drugą pozycję w tabeli.

Mecz Old Eagles Koło z KS Iglica Warszawa to jak pojedynek wieloletniego boiskowego doświadczenia z młodzieńczą fantazją. Wprawdzie to dopiero szósta kolejka, ale w tabeli 4 ligi już teraz robi się ciasno i każda strata punktów może odbić się negatywnie w przyszłości. Obie ekipy przystąpiły do tego spotkania maksymalnie skoncentrowane i praktycznie przez cały mecz nikt nie złapał wyraźnej przewagi. Wynik już w 2 minucie otworzył Sylwester Madej, ale po tym golu obie drużyny bały się wyraźnie otworzyć w ataku i dopiero w 14 minucie wyrównał Michał Wszeborowski, a tempo spotkania przyspieszyło. Po chwili na prowadzenie wyprowadził Iglicę Robert Kędzierski, ale Old Eagles szybko odpowiedzieli trafieniem Piotra Parola. Obie drużyny nie oszczędzały się nawzajem, grały twardo, sędzia często odgwizdywał faule i dwa raz był zmuszony wyciągnąć żółty kartonik. Nerwowa atmosfera remisu udzieliła się zawodnikom obu teamów, ale Old Eagles zdołali otrząsnąć się z niepotrzebnych emocji i w ostatniej akcji pierwszej połowy Piotr Parol zdobył bramkę na 3:2. Druga połowa rozpoczęła się od błyskawicznej bramki Iglicy autorstwa Roberta Kędzierskiego i przy stanie 3:3 mecz nabrał jeszcze więcej kolorów, choć niestety brzydkich zagrywek również nie zabrakło. Sebastian Nowakowski popisał się kilkoma świetnymi interwencjami, a napastnicy Old Eagles odzyskali prowadzenie – na 4:3 trafił Sylwester Madej. Spotkanie nabrało szalonego tempa, choć do końca zostało prawie 20 minut. Obie drużyny długo szukały sytuacji do zdobycia bramki, ale w pewnym momencie Iglica wyraźnie „usiadła" na Old Eagles i nie dając gospodarzom podejść pod własną bramkę skupiła się na atakowaniu bramki przeciwników. W końcu w 40 minucie po ślicznej akcji Patryk Cyranowski urwał się obrońcom i zdobył gola wyrównującego. Zawodnicy Radka Sówki poczuli, że zwycięstwo jest na wyciągnięcie ręki i zamknęli Old Eagles na ich połowie, ale końcówka meczu należała do gospodarzy. Bramka dla Iglicy wisiała w powietrzu i goście rzucili wszystkie siły do ataku, ale w niemalże ostatniej akcji meczu kontratak wyprowadził Piotr Parol, a obrońcy Iglicy zamiast rzucić się w szaleńczą pogoń do obrony zareagowali zbyt ospale i Piotr podał do Przemka Długokęckiego, który zdobył zwycięską dla Old Eagles bramkę i mecz skończył się wynikiem 5:4.

Początkowo wydawało się, że mecz z Kanonierami, zespół Diabła Trzeci Róg rozpocznie jedynie w czterech, ale na szczęście po paru minutach dojechali kolejni zawodnicy i z małym opóźnieniem mogliśmy rozpocząć mecz w równych składach. Szybka bramka Adama Domidowicza dodała wiatru w żagle Kanonierom, którzy w pierwszych minutach zagrali wręcz koncertowo. Piłka chodziła jak po sznurku, akcje miały dobre tempo i DRT nie bardzo mógł się odnaleźć na boisku przy tak grającym rywalu. Przy stanie 4:0 coś jakby się zacięło w zespole gospodarzy. Filip Olender trafił na 4:1 na co jeszcze szybko odpowiedział Mateusz Nejman, ale ogólnie mecz od tego momentu się wyrównał. Pozostaje pytanie czy to Diabły zaczęły lepiej grać, czy też Kanonierzy nieco spuścili z tonu? Nie mniej jednak do przerwy mieliśmy wynik 5:2, gdyż jeszcze w pierwszej części do siatki trafił Maciej Frąc. Po zmianie stron Diabły postanowiły zagrać mocniejszym pressingiem i przyniosło to nadspodziewanie dobry efekt. Maciej Biernacki już w pierwszej akcji po przerwie zdobył gola na 5:3. Diabły dążyły do dalszych bramek, ale nadziały się na kontrę i Mateusz Nejman znów dał trzybramkową przewagę. Po tym jednak oglądaliśmy popis Diabłów, które rozpoczęły pogoń za wynikiem, czego zwieńczeniem była bramka na 6:6 Filipa Olendera. Chyba nikt po pierwszych minutach nie spodziewał się, że taki przebieg będzie miało to spotkanie. Zostało już tylko 10 minut do końca i mecz rozpoczął się na nowo. Końcówka należała jednak do Kanonierów. Najpierw Adam Domidowicz wykorzystał karnego, znów wyprowadzając swoją drużynę na prowadzenie, a potem Mateusz Nejman dobił rywala dwukrotnie kierując piłkę do siatki. Ostatecznie mecz kończy się zwycięstwem Kanonierów 9:6, ale Diabły zasługują na słowa uznania za swoją ambitną postawę.

Niezwykle wyrównany mecz rozegrały ze sobą ekipy OKSu Nowy Raków oraz Munji. Drużyna Czarka Dudka słabo radzi sobie w tym sezonie i po pięciu meczach znajduje się na przedostatnim miejscu w tabeli. Munja po świetnym początku sezonu złapała zadyszkę i dwa ostatnie spotkania przegrała, więc jeśli chce zachować realną szansę na walkę o podium musi wrócić do wygrywania swoich meczy. Zespołowi Macieja Affeka na pewno nie można odmówić ambicji, ale gra OKSu wyraźnie mu nie leży. Przez cały mecz dało się zauważyć, że napastnicy gości mieli ogromne problemy żeby przebić się przez blok defensywny Rakowa, a na dodatek Artur Macek rozgrywał kolejne świetne spotkanie i rewelacyjne interwencje bramkarza gospodarzy miały ogromny wpływ na końcowy wynik. Gra skupiła się w środku pola i na pierwszą bramkę musieliśmy czekać aż 17 minut, kiedy to Munja wyszła na prowadzenie po golu Roberta Rzący. Nowy Raków odpowiedział bardzo szybko strzałem Rafała Włodarskiego i wynikiem remisowym 1:1 skończyła się pierwsza połowa spotkania. Po wznowieniu gry Munja miała kilka dobrych sytuacji strzeleckich, ale snajper gości Michał Sztajerwald nie zdołał pokonać bramkarza gospodarzy. Nowy Raków dłużny nie pozostawał i sprawdzał co chwilę dyspozycję Piotra Skwarczyńskiego, ale to w końcu gościom udało się przerwać niemoc strzelecką i Michał Konopka wyprowadził swój zespół na prowadzenie 1:2. Stracony gol nie podłamał zawodników Czarka Dudka, którzy wciąż stwarzali zagrożenie pod bramką Munji. Mecz utrzymywał dość szybkie tempo i tylko chwila roztargnienia w obronie spowodowała, że w 46 minucie wyrównującego gola strzelił kapitan Rakowa Cezary Dudek. Żadna z drużyn nie próbowała już szaleńczych ataków i sędzia odgwizdał koniec meczu przy wyniku 2:2.

Przed rozpoczęciem tego spotkania Playboysów z Virtualnym Ń, jednego mogliśmy być pewni. Wiadomym było, że zobaczymy dużo bramek, jednak to co się wydarzyło na początku meczu przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Na zegarze widniała 6 minuta meczu, a my już zdążyliśmy odnotować Hat-tricka Patryka Brzozowskiego, w tym jedną bardzo ładną bramkę z główki po dokładnie rozegranym rzucie rożnym. Mieliśmy też bramki dla Playboysów autorstwa Michała Wasilewskiego, i dodatkowo błąd bramkarza gospodarzy, który jak zawsze z zimną krwią wykorzystał Szymon Kolasa. Bramki sypały się jedna po drugiej, prawie jak w pamiętnym meczu Legii Warszawa w Dortmundzie z tamtejszą Borussią. Nie można było na chwilę oderwać wzroku od boiska, bo można było przegapić coś ważnego dla losów tego widowiska. W pierwszej części gry nie udało się żadnej z drużyn odskoczyć na więcej jak 3 bramki przewagi, blisko byli goście, którzy prowadzili już w pewnym momencie 4:7 i na chwilę uspokoili grę. Gospodarze nie podłamali się takim obrotem spraw. Bramkę na 5:7 pięknym strzałem z dystansu w lewy górny róg bramki zdobył Mateusz Szymczak, następnie pewnie wykorzystany rzut karny przez Kacpra Włodarczyka i chwile później kolejne trafienie tego zawodnika. Do przerwy więc obejrzeliśmy aż 14 bramek! A to pozwalało wierzyć, że emocji nam nie zabraknie w dalszej części spotkania. Niestety te emocje zakończyły się równo z upłynięciem 25 minut spotkania. Virtualni niby wyszli na boisko w takim samym zestawieniu jak na początku meczu, a wyglądało to jakby zamienili się koszulkami z jakąś dużo słabszą drużyną. Gra się kompletnie nie kleiła, co z łatwością wykorzystywali gospodarze z Kacprem Włodarczykiem na czele. Znowu na szczególną uwagę zasłużyła bramka Mateusza Szymczaka, który tym razem zakręcił rogala z rzutu wolnego podyktowanego niemal z połowy boiska tym samym podwyższając prowadzenie swojej drużyny. Virtualni w drugiej połowie zdobyli tylko jedną bramkę, co przy 7 trafieniach zawodników gospodarzy nie mogło się dobrze skończyć. Ostatecznie mecz zakończył się rezultatem 14:8 i szkoda, że Szymon Kolasa i spółka w drugiej połowie obniżyli loty, bo mógł to być mecz na miano Meczu Sezonu.

LIGA 5

Chwile musieliśmy poczekać zanim spotkanie Świadomie Gorszych z Dental Doctor się na dobre rozkręci, ale z czasem wyglądało to coraz lepiej. Nieco większą przewagę mieli „Doktorzy", stwarzali sobie więcej sytuacji, ale rywal nie był dłużny i próbował zaskoczyć oponenta kontratakami. Świadomie Gorsi powinni je jednak lepiej wykańczać, niestety w tym meczu zazwyczaj podejmowali zbyt pochopne i złe decyzje, oddając nieprzygotowane strzały, zamiast poszukać jeszcze lepiej ustawionego kolegi. Dopiero po 15 minutach zobaczyliśmy pierwszą bramkę. Gospodarze myśląc, że będzie odgwizdany faul, stanęli, a w tym czasie Dental wyszedł we dwóch na bramkarza i taka sytuacja nie mogła zostać niewykorzystana. Od tej bramki, do przodu zdecydowanie ruszyli Świadomie Gorsi. Chwilę po stracie gola trafili w poprzeczkę, potem podwójną interwencją popisał się Adrian Kłoskowski, ale jak mówi przysłowie: do trzech razy sztuka. Na 1:1 trafił, w końcu po dobrze przeprowadzonej kontrze, Piotr Giełażyn. Wydawało się, że takim rezultatem zakończy się pierwsza część, ale niepotrzebnie w polu karnym faulował zawodnik gospodarzy i Marek Sanecki, po pewnie wykorzystanej jedenastce, ustalił wynik do przerwy na 1:2 dla Doktorów. Po zmianie stron Dental powiększał swoją przewagę, po 10 minutach drugiej części mieliśmy już 1:5. Świadomie Gorsi zaczęli się gubić i ich gra nieco siadła w porównaniu z premierowymi 25 minutami. Próbowali strzałów z dystansu, ale pewnie radził z nimi sobie bramkarz Dentalu. W końcówce goście dołożyli jeszcze dwa trafienia, choć przy jednym pomogli rywale, pakując piłkę do swojej bramki. Pewna wygrana Dental Doctor 1:7 raczej nie podlegała dyskusji.

Rywalizacja ligowców w trakcie meczu FC Freedom z FC Internationale stała na bardzo wysokim poziomie. To na czym nam zależy, by był możliwie najbardziej wyrównany poziom w ramach jednej ligi, mogliśmy obejrzeć właśnie na przykładzie tego pojedynku. Od pierwszych minut oba zespoły przeprowadzały akcje na bardzo dużej intensywności, z dużą liczbą starć, ale i konstruktywnych pomysłów na grę. Wynik spotkania otworzył duet Bakun – Vakhidov, mimo że prym wiedli gospodarze, którzy kreowali więcej groźniejszych akcji podbramkowych. Kolejne dwie bramki bardzo aktywnego Sarabyna, który doskonale „szukał" piłki w obrębie pola karnego doprowadził do tego, że z kolei goście musieli gonić. Do przerwy 3:2. Po zmianie doszło do kuriozalnej sytuacji, gdzie gospodarze strzelili bramkę po kilkunastu sekundach od rozpoczęcia drugiej połowy. Pomimo twardych pojedynków, to ligowcy obu drużyn zachowywali się wobec siebie fair play. Internationale próbowali nawiązać walkę, ale bez większego skutku, Oleh Shevtsov przy wyniku 5:2 miał dwie kapitalne okazje, jednak okazały się niecelne. Od tego momentu goście z jeszcze większym zacięciem starali się odwrócić losy spotkania. Przy wyniku 5:4 gospodarze mieli karnego, jednak refleksem popisał się Leonid Isayenia. Końcówka należała już do gości, najpierw Ihar Bakun precyzyjnie strzelił przy słupku, by po chwili MVP spotkania Eduard Vakhidov dobił FC Freedom, którzy ostatecznie ulegli 5:6. Gospodarze stracili punkty po raz pierwszy w sezonie, a goście udowodnili, że z całą pewnością nie zakończyli jeszcze walki o czołowe lokaty w V lidze.

Spotkanie Tartaku z Byczkami Stare Babice zapowiadało się bardzo ciekawie. Byczki tydzień wcześniej pokazały, że nie należy ich lekceważyć i mają umiejętności, aby powalczyć z każdym. Tartak do meczu przystąpił osłabiony brakiem Karola Grudniewskiego. Mimo to Drwale lepiej weszli w to spotkanie, a gola bezpośrednio z rzutu wolnego zdobył Łukasz Łukasiewicz. Kilka minut później po „rodzinnej" akcji ojciec-syn, bramkę zdobył ponownie Łukasz, wykorzystując podanie od Jacka Łukasiewicza. Byczki pokazały jednak swoją waleczność, a Adam Trybus zdobył bramkę kontaktową. Chwilę później rzut karny za zagranie ręką wykorzystał Maciej Piasecki i drużyny wróciły do punktu wyjścia – 2:2. Dobrze rozegrany rzut z autu pomógł Drwalom wyjść na prowadzenie, a klasycznego hat-tricka skompletował Łukasz Łukasiewicz. Goście odpowiedzieli szybko bramką Mateusza Kaczyńskiego. Wydawało się, że do przerwy utrzyma się wynik remisowy, ale wtedy żółtą kartkę za ostre wejście otrzymał Miłosz Paradowski. Tartak idealnie wykorzystał tą sytuację, bo najpierw podanie Łukasiewicza na bramkę zamienił Egor Golubkov, a chwilę później centrostrzał Luca Kończala do bramki skierował Jakub Kawecki. Do przerwy wynik brzmiał 5:3, a to zapowiadało spore emocje. Mecz zmienił swoje oblicze, bo Tartak skupił się na kontrach, a goście próbowali gonić wynik. Zniknęła gdzieś super skuteczność Drwali, bo nie wykorzystali rzutu karnego, a także 2 razy obili obramowanie bramki. Z kolei młodzi gracze ze Starych Babic ruszyli do ataku i ponownie trafił duet Trybus – Piasecki, który doprowadził do wyrównania. Warto odnotować, że szczególnie ten drugi zapadł obrońcom Tartaku w pamięć, bo widać, że dryblingu to uczył się chyba w Brazylii, a nie na polskich kartofliskach. Świetna forma Piaseckiego nie pomogła jednak w zwycięstwie, bo minutę później Tartak przypomniał dlaczego zajmuje tak wysokie miejsce w tabeli. Po raz kolejny obrońcy nie upilnowali Łukasza Łukasiewicza, który odebrał do Tomka Chysa, a ten przerzucił piłkę nad interweniującym bramkarzem i wyprowadził Drwali na prowadzenie 6:5. Do końca meczu nic się nie zmieniło, Drwale dzięki zwycięstwo zachowali 2 miejsce i zrównali się punktami z Freedomem. Byczki zaś znalazły się tuż nad strefą spadkową i w kolejnych meczach muszą się skupić na walce o utrzymanie.

Późnym popołudniem na Arenie Picassa spotkały się zespoły Margerita Team i OldBoys Derby. Początek spotkania w wykonaniu obu drużyn był bardzo nerwowy. Próby przedostania się pod pole karne niweczyły błędy i chaotyczna gra, jakby piłkarze nie wykorzystali czasu na dobrą rozgrzewkę. Spotkanie na dobre rozpoczął Jacek Pryjomski, który po podaniu Andrzeja Kalinowskiego pokonał bramkarza celnym i dokładnym strzałem. Niewiele później bramkarz Radosław Rogaliński wyjmował piłkę z siatki, gdy po jego interwencji piłka trafiła pod nogi Tomasza Owczarskiego, który spokojnie wpakował piłkę do bramki. Dzięki tym bramkom gracze Margerity zaczęli grać odważniej i po jednej z akcji Mateusz Baka zmienił lot piłki i oszukał bramkarza. Na ławce rozległy się oklaski i zagrzewanie do walki, ale nie brakowało też uszczypliwości w kierunku Mateusza Baki, ponieważ twierdzili, że to Andrzej Cieślik strzelał a Mateusz dostał po prostu piłką, ale niezależni obserwatorzy ani nie potwierdzają, ani nie zaprzeczają tym wydarzeniom. W tym przypadku akurat system VAR był na sąsiednim boisku. W dobrych nastrojach piłkarze Margerity ruszyli na bramkę Oldboys i po świetnym podaniu Radosława Rogalińskiego bramkę wyrównującą strzelił Michał Mystkowski. Mecz rozpoczął się na nowo i dzięki temu oglądaliśmy dużo otwartej gry, ale to powodowało również okazję do szybkich kontr. Po błędzie obrony i świetnym podaniu do Pryjomskiego przez Cieślaka gracze Oldboys ponownie wyszli na prowadzenie. Dwie kolejne bramki zdobyte przez drużynę Oldboys po świetnej akcji Pryjomski - Wiktoruk i po rzucie karnym wykorzystanym przez Jacka Pryjomskiego zakończyły spotkanie wynikiem 2-5. Tej wygranej mogłoby jednak nie być, gdyby nie niesamowita obrona rzutu karnego przez Michała Piątkowskiego, przy stanie 2:2. Mimo to gracze gospodarzy zdecydowali, że za to spotkanie należy uhonorować mianem MVP – Jacka Pryjomskiego, zdobywcę 3 bramek i 1 asysty.

Pojedynek Albatrosów z Miejskimi Ziemniaczkami zapowiadał się niezwykle interesująco, bo obie ekipy w poprzedniej kolejce przegrały swoje spotkania i koniecznie chciały zapunktować. Mieliśmy nadzieję, że potencjał jaki drzemie w ekipie gości w końcu się uwolni i to właśnie w tym zespole upatrywaliśmy zwycięzcę tego spotkania. Szybko jednak okazało się, że doświadczona drużyna Albatrosów potrafi szybko się zmobilizować i już w początkowej fazie meczu widać było, że Ziemniaczki mają problemy, szczególnie w grze defensywnej. Napastnicy gospodarzy dochodzili do łatwych pozycji i tylko ich nieskuteczność powodowała, że po pierwszej połowie wynik brzmiał 3:0. Nic nie zapowiadało, że będziemy świadkami takich emocji w drugiej połowie. Po dziesięciu minutach drugiej odsłony było już 5:1 i wydawało się, że nic tutaj nie może zagrozić wygranej Albatrosów. Jednak szybko strzelone dwie bramki przez Ziemniaczki spowodowały nerwowość i niepewność u gospodarzy. Na domiar złego żółtą kartkę dostał Czarek Małecki i goście grali w przewadze. Nie udało się jednak pokonać bramkarza rywali. Końcówka spotkania to akcje obu drużyn, ale brakowało zawodnikom skuteczności i ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 5:3. Widać, że obie drużyny mają spory potencjał i stworzyły bardzo dobre, prowadzone w szybkim tempie widowisko. Albatrosy dzięki zwycięstwu awansowały na czwartą pozycję i tracą już tylko dwa punkty do podium. Miejskie Ziemniaczki muszą szukać punktów w kolejnych meczach i jeżeli zagrają tak jak drugą połowę w tym spotkaniu, to kolejne punkty są według nas kwestią czasu.

LIGA 6

Zmagania w 6 lidze rozpoczęliśmy od starcia BRD Young Warriors z Przypadkowymi Grajkami. Goście mieli spory problem z zebraniem składu, kilka osób zawiodło Czarka Klimkowskiego i przez to ci, którzy stawili się na Grenady, musieli przez cały mecz grać o jednego zawodnika mniej. Czasem drużyna grająca w przewadze ma z tyłu głowy, że czeka ich łatwiejszy mecz niż zazwyczaj, co przekłada się na obniżoną mobilizację na boisku. Tak było w przypadku BRD, gdzie szybko strzelona bramka jeszcze bardziej rozluźniła Młodych Wojowników. I tak zamiast kanonady bramek, długo utrzymywał się wynik 1:0. Gospodarze zamiast próbować długimi akcjami „klepać" obronę rywala, zbyt często decydowali się na strzały z dystansu, z którymi dobrze radził sobie Mateusz Tuzin. Takie podejście do meczu się zemściło i nieoczekiwanie to Przypadkowe Grajki strzeliły bramkę wyrównującą! To podziałało jak zimny prysznic na BRD, którzy jeszcze przed przerwą ponownie wyszli na prowadzenie 2:1. Po zmianie stron Grajki widząc, że jednak mają szansę w tym starciu, nieco odważniej zaatakowali i mieli szansę na remis. Z czasem jednak przewagę osiągali gracze gospodarzy, którzy wyciągnęli wnioski z pierwszej części i starali się przedostać pod bramkę rywala szybkimi podaniami. Udało się im wyjść na prowadzenie 4:1 i wydawało się, że to już na dobre rozwiąże worek z bramkami. Nic bardziej mylnego. To Grajki nie mając już nic do stracenia, ruszyli do ataku i najpierw trafili na 4:2, potem na 4 minuty przed końcem zdobyli bramkę kontaktową i mieli szansę, by nawet zremisować. A to wszystko grając przez cały mecz o jednego mniej! Niestety dla gości, nie udało się zremisować, a kropkę nad i postawił Adrian Kłoskowski ustalając wynik na 5:3. Wydaje się, że BRD zbyt pewnie podeszło do tego meczu i to mogło mieć swoje konsekwencje. Na pochwałę zasługują Przypadkowe Grajki, które pokazały w tym meczu charakter i wolę walki. Pozostanie zagadką jak by się skończył ten mecz, gdyby udało się zebrać meczową szóstkę...

Słońce jeszcze dobrze nie zaszło, gdy rozległ się pierwszy gwizdek sędziego w spotkaniu między LTM a Bad Boys. Można w zasadzie powiedzieć, że w 2 minuty nie powinno wydarzyć się zbyt wiele, ale zanim zawodnicy na dobre zdążyli się rozgrzać, to bramkarz Mateusz Karpiński wyjmował już trzeci raz piłkę z siatki. Nawet nie udało się porządnie nakrzyczeć na obrońców, bo zawodnik Bartek Podobas zdobył klasycznego hat-tricka w niecałe 3 minuty. Trzeba od razu zaznaczyć, że nie były to ani zwykłe, ani przypadkowe trafienia. Pierwszy strzał był inteligentny i precyzyjny, ale zdecydowanie bramka dnia, to strzał i przelobowanie bramkarza. Podobno agent Lewandowskiego zadzwonił, aby zszedł i ochłonął, ponieważ rekord 5 goli w 9 minut był zagrożony. Zawodnicy LTM obudzili się a w polu zmianowym można powiedzieć, że się nawet zagotowało, mimo coraz chłodniejszej aury. Bardzo nerwowa gra spowodowała brak skuteczności oraz stratę kolejnych bramek. Brakowało odrobiny szczęścia, gdy zawodnik Boys wybił przewrotką piłkę z linii bramkowej, co jeszcze zwiększyło temperaturę w drużynie gospodarzy. Przy stanie 0-5 nastąpiło przełamanie i dwie zdobyte bramki przez drużynę LTM dały nadzieję na lepszą drugą połowę. Początek drugiej połowy to wymiana cios za cios, ale skuteczniejszy był LTM, któremu udało się zbliżyć na różnicę jednej bramki i tu zaczęły się prawdziwe emocje. Z biegiem czasu zawodnicy LTM nerwowo spoglądali na zegarek ponaglając przeciwników o szybsze rozgrywanie, rozpoczynanie akcji. Dramatyczna końcówka, brak VAR w sytuacji, gdy jeden z zawodników gości wykonał wślizg blisko pola karnego. Zawodnicy LTM byli przekonani, że wślizg był w obrębie „szesnastki", ale sędzia podyktował rzut wolny. Nie zatrzymało i nie zniechęciło to zawodników LTM i w ostatniej akcji meczu doprowadzili do remisu po strzale Kulibskiego, który został wybrany na zawodnika drużyny LTM. Na uwagę zasługuje również wspomniany na początku Bartek Podobas strzelec 4 bramek i zawodnik meczu w drużynie Bad Boys.

Meczem bez większych emocji było spotkanie NieDzielnych z FC Po Nalewce. Marcin Aksamitowski skupił się ostatnio na przebudowie swojego zespołu, a wobec braku bramkarza musiał sam stanąć między słupkami, co z uwagi na niedoleczoną kontuzję dłoni można uznać za odważne posunięcie. A napastnicy FC Po Nalewce golkiperowi gospodarzy nudzić się nie pozwolili. W drużynie gości wielki powrót po ośmiomiesięcznej przerwie od grania zaliczył Marcin Król i koledzy obiecywali, że będą stwarzać dużo sytuacji strzeleckich, żeby Marcin mógł jak najlepiej wspominać ten powrót. Co ciekawe to NieDzielni nieco lepiej weszli w mecz. Dwie groźne akcje wyprowadził Artur Jaszczak, ale najpierw nie trafił w bramkę, a potem Michał Piątkowski popisał się dobrą paradą bramkarską. Od tego momentu to drużyna gości była w natarciu i już w 5 minucie Łukasz Gaba wykorzystał niezdecydowanie obrońców gospodarzy i wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Na kolejną bramkę musieliśmy długo czekać. Gospodarze atakowali dość niemrawo i brakowało zgrania w napadzie, za to Marcin Aksamitowski popisał się kilkukrotnie bardzo dobrą interwencją i tylko jego świetna dyspozycja uchroniła zespół Niedzielnych przed utratą dużej ilości bramek. Pod koniec pierwszej połowy rozluźnienie w bloku obronnym gospodarzy wykorzystał Łukasz Gaba i chwilę później Marcin Wiktoruk i goście schodzili na przerwę z wygodnym prowadzeniem 0:3. W drugiej części spotkania obraz gry nie zmienił się. NieDzielnym brakowało pomysłu na przełamanie obrony Nalewek, a gościom brakowało skuteczności w wykończeniu. Dwa trafienia dla FC Po Nalewce dołożyli Grzegorz Wojtecki i Marcin Wiktoruk, a pod koniec meczu gola honorowego dla NieDzielnych zdobył Artur Jaszczak i spotkanie skończyło się przegraną gospodarzy 1:5.

Starcie Landtechu z ADP Wolską Ferajną zapowiadało się niezwykle interesująco. Gospodarze w tym sezonie grają w kratkę i widać, że znów mają problemy ze skompletowaniem najmocniejszego zestawienia. Na spotkanie z ekipą Kamila Jagiełły przynajmniej wyjściowa szóstka była mocna i to dawało nadzieję na korzystny wynik. Goście jednak lepiej zaczęli to spotkanie. Dość szybko wyszli na dwubramkowe prowadzenie i wydawało się, że mają mecz pod kontrolą. Okres, w którym oglądaliśmy dużo walki na boisku i mało klarownych sytuacji przerwał Daniel Mikołajczyk, strzelając bramkę kontaktową. Jeszcze przed przerwą ADP dało się po raz drugi zaskoczyć. Tym razem Damian Ciszek pokonał bramkarza rywali i na przerwę ekipy schodziły z wynikiem 2:2. Po zmianie stron długo czekaliśmy na kolejne bramki w tym spotkaniu. Obie ekipy konstruowały akcje, lecz strzały na bramkę były niecelne, a bramkarze nie mieli zbyt wielu okazji do interwencji. Szwankowało szczególnie ostatnie podanie, stąd sytuacje pod obiema bramkami nie były klarowne. Końcówka spotkania była natomiast niezwykle emocjonująca. Najpierw kapitalne dwie akcje przeprowadził Daniel Guba, który indywidualnie minął, praktycznie w identyczny sposób, obrońcę Landtechu i pokonał bramkarza rywali dając prowadzenie 2:4. Gospodarze rozpaczliwie rzucili się do odrabiania strat, ale gol Patryka Nowickiego zmniejszył tylko rozmiary porażki Landtechu. Powrót zawodników ADP Wolskiej Ferajny na boiska Ligi Fanów można uznać za udany i z taką formą zobaczymy ich szybko w górze tabeli.

Na zakończenie zmagań na Arenie Grenady na boisko wyszły ekipy Zakonu Bonifratrów i Radlera Świętokrzyskiego. Początek dość niespodziewanie należał do Zakonu, który wyprowadził szybkie ciosy i już w pierwszych minutach wyszedł na prowadzenie za sprawą dubletu Mateusza Legackiego. Do tego trzecie trafienie dołożył Piotr Wdowiński i gospodarze szybko objęli prowadzenie 3:0. Musimy przyznać, że tak dobrze grającego Zakonu już dawno nie widzieliśmy i byliśmy w nie mniejszym szoku niż ich rywale. Z czasem Radler dochodził do siebie i po początkowych trudnościach zaczął lepiej grać, co przełożyło się na wyrównanie meczu. Jeszcze na bramkę Adriana Romańczyka na 3:1, odpowiedział Marek Konopko, ale Radlerowi udało się odrobić nieco straty i na przerwę oba zespoły schodziły przy wyniku 4:3. Po zmianie stron goście doprowadzili do remisu, kiedy to Damian Wroński wykorzystał dobre podanie za plecy obrońców od Marcina Mateuszka. Następnie Adrian Romańczyk po raz pierwszy w tym spotkaniu wprowadził swój zespół na prowadzenie. Gdy wydawało się, że Radler będzie zmierzał ku zwycięstwu, dwie bramki w krótkim odstępie czasu strzelił Wojciech Furtak i wynik w końcówce meczu zmieniał się jak w kalejdoskopie. Gdy goście jeszcze raz wyrównali na 6:6 byliśmy przekonani, że mecz zakończy się podziałem punktów, ale tuż przed końcem spotkania sędzia po faulu w polu karnym Radlera wskazał na wapno. Zawodnik Zakonu pewnie wykorzystał jedenastkę, dając tym samym Bonifratrom pierwsze punkty w tym sezonie, choć z przebiegu meczu remis by tutaj nikogo znacząco nie skrzywdził. Zwycięstwo Zakonników sprawiło, że awansowali na 9 miejsce i znajdują się tuż za Radlerem w tabeli.

LIGA 7

Jak powszechnie wiadomo, stawianie się na meczu Ligi Fanów w pięcioosobowym składzie to bardzo dobry pomysł, pod warunkiem, że jako hobby ma się rzucanie kłód pod własne nogi. Niestety, ale boleśnie się o tym przekonali gracze Awantury Warszawa II w starciu z Elitarnymi Gocław. Trzy szybkie bramki zaaplikowane w pierwszych minutach przez Łukasza Eljasiaka niemal wybiły z głowy gospodarzom walkę o punkty. Na całe szczęście ich spóźnialscy zawodnicy zdołali ostatecznie dotrzeć na mecz przy stanie 0:3. Obraz gry się znacznie zmienił i spotkanie z każdą minutą było coraz bardziej wyrównane. Sygnał do pogoni za wynikiem dał Grzesiek Himkowski, który po podaniu Alberta Zimocha dał nadzieję na pościg za wynikiem. Goście jednak nie zamierzali łatwo oddawać wypracowanej przewagi i po kolejnych dwóch trafieniach Łukasza Eljasiaka wyszli na komfortowe prowadzenie 1:5. Wtedy o swoim talencie strzeleckim przypomniał Patryk Dominiak, którego dwie bramki zmniejszyły dystans dzielący oba zespoły do dwóch goli, a pierwsza część spotkania zakończyła się wynikiem 3:5. W drugiej połowie świetnie funkcjonował ofensywny duet: Łukasz Eljasiak oraz Adam Długołęcki. Pierwszy z Panów zanotował swoje szóste trafienie, natomiast Adam dołożył do tego dwie bramki i mieliśmy stan 3:8. Na osłodę, bramkę na 4:8 strzelił Patryk Dominiak, dzięki czemu mógł zapisać na swoim koncie hat-tricka. Niestety nie pomogło to w walce o punkty. Tego dnia ekipa z Gocławia była zdecydowanie lepsza, a przede wszystkim, między innymi za sprawą szerszego składu, dużo bardziej zdyscyplinowana. Komplet punktów ląduje na koncie Elitarnych dzięki czemu przeskoczyli w tabeli swojego niedzielnego rywala i zameldowali się na najniższym stopniu podium.

Zawodnicy Laissez Faire United po zeszłotygodniowej strzelaninie, w której zdobyli jedenaście bramek, podchodzili do starcia ze Slavic Warszawa w bardzo dobrych humorach. My ze swojej strony musimy przyznać, że poczynania ekipy gospodarzy wydają się z każdą kolejką być coraz bardziej poukładane. Oba zespoły stawiły się w bardzo licznych składach, więc mogliśmy liczyć na wysokie tempo meczu i nie pomyliliśmy się. Już po czterech minutach od pierwszego gwizdka oglądaliśmy premierowe trafienie autorstwa Alexa Milińskiego, który dobił piłkę sparowaną przez bramkarza na słupek. Los uśmiechnął się do gospodarzy jeszcze raz w pierwszej odsłonie. Po nieczystej interwencji w polu karnym, "wapno" na bramkę zamienił Bartek Gilewski i do przerwy mieliśmy rezultat 2:0. Początek drugiej połowy to sporo gry w środku pola bez fajerwerków, a także bardzo dobra dyspozycja Andrzeja Gniadkowskiego, który dzielnie wspierał zarówno formację ofensywną jak i defensywną. O sporym pechu mógł natomiast mówić golkiper "Słowian". Po jego niefrasobliwym zagraniu piłka trafiła pod nogi Adama Mierzejewskiego, a ten bezlitośnie ów pomyłkę wykorzystał, podwyższając stan meczu na 3:0. Gościom udało się przełamać strzelecki impas dopiero na dwie minuty przed końcem spotkania, kiedy po podaniu Mariusza Słapka, bramkę na 3:1 zdobył Jacek Wojtala. Niestety, goście ocknęli się zbyt późno, minimalizując w ten sposób swoje szanse na pogoń za wynikiem. LFU mogło świętować bezcenne, pierwsze zwycięstwo w Lidze Fanów i tym samym promyk nadziei na wyjście ze strefy spadkowej w rundzie jesiennej w końcu się zatlił. Slavic natomiast po porażce spadli do dolnej części tabeli i będą musieli mocno się napracować, aby znów włączyć się do walki o strefę premiowaną awansem.

Początek meczu Gastro Sparty z FC Albatros należał do gospodarzy. To oni mogli jako pierwsi otworzyć wynik tego spotkania, ale piłka zamiast do siatki trafiła w poprzeczkę. Dość szybko to się zemściło i to FC Albatros za sprawą Bartka Kapsy wyszedł na prowadzenie. Gospodarze próbowali wyrównać, ale na przeszkodzie stał Marcin Letki, który pewnie interweniował. Z czasem ataki Gastro Sparty słabły i właściwie obie ekipy pozostawały bez dobrych okazji do zmiany wyniku. Po tym okresie lepiej zaczęli grać zawodnicy Albatrosów, rozsądnie rozgrywali między sobą piłkę, choć wydaje się, że czasem decydowali się na zbyt szybkie podanie do przodu, które kończyło się stratą. W zespole Gastro próbował szarpać w ofensywie Eduard Vakhidov, ale był skutecznie powstrzymywany przez obrońców rywala. Skromne prowadzenie gości utrzymało do się do przerwy. W dalszej części Albatrosy podwyższyły wynik do stanu 0:3 i wydawało się, że już zbyt wielu emocji w tym spotkaniu nie będzie. Jeśli już piłka leciała w światło bramki to dobrze spisywali się obaj bramkarze, a w Gastro Sparcie nie było widać wiary w odwrócenie losów meczu. Tymczasem wystarczyły trzy szybkie i celne podania, by Ivan Markovych w końcu trafił dla gospodarzy. Chwilę później Eduard Vakhidov zdobył bramkę kontaktową i Gastro mogła tylko żałować, że tak późno zaczęła gonić wynik, bo zabrakło czasu, by choćby zremisować. Być może gdyby mecz trwał nieco dłużej, wynik byłby inny, bo w końcówce Albatrosy nieco odpuściły i mogły zaprzepaścić wysiłek z całego meczu.

Początek meczu zdecydowanie należał do graczy NAF Genduś, którzy mieli przewagę w posiadaniu piłki i weszli w to spotkanie bardzo skoncentrowani. Po dwóch bardzo składnych akcjach duetu Paweł Madej - Piotr Lempkowski bramkarz FFK Oldboys musiał wyjmować piłkę z siatki. Nerwowość i błędy Oldboys spowodowały utratę kolejnej bramki po strzale Adama Królaka. Wydawało się, że nic nie zmieni obrazu gry, ale gracze NAF wzięli się do pracy i doprowadzili do stanu 3-2 po dwóch bramkach Bartka Sosnówki. Na szczególną uwagę zasłużyła druga bramka, która została zdobyta z bardzo daleka. Jeszcze przed przerwą po rzucie wolnym bramkarz Przemysław Szabat doprowadził do remisu i na drugą połowę obie drużyny wchodziły z zupełnie innymi nastrojami, niż na początku. Początek drugiej partii spotkania, to fantastyczny gol Szczepana Wrońskiego, gdy po jego strzale piłka odbiła się od dwóch słupków i następnie wpadła do bramki. Od tego momentu do stanu 5-5 wymiana była cios za cios a bramkarz Przemysław Szabat chyba pomylił pola karne, gdyż kilka razy odważył się na samotny rajd pod bramkę przeciwników i niewiele brakowało, aby wpisał się kolejny raz na listę strzelców. Niestety po błędzie obrony drużyny FFK Oldboys Paweł Madej wyprowadził zespół gości na prowadzenie a spotkanie zamknął Krzysztof Niewierkiewicz ustalając wynik spotkania na 5-7. NAF Genduś wygrał i w tabeli awansował na 2 miejsce. Gospodarze po zwycięstwie Laissez Faire United, znaleźli się na ostatnim miejscu w tabeli, jednak to spotkanie pokazało, że pewne rzeczy w FFK zaczynają się zazębiać, a gra zaczyna wyglądać coraz lepiej.

LIGA 8

Starcie Szukamy Sponsora z La Fortuną FC, z całą pewnością można by określić jako hit 8 ligi. Musimy przyznać, że byliśmy trochę zaskoczeni, gdy okazało się, że gospodarze w początkowej fazie meczu myślami znajdowali się prawdopodobnie gdzieś daleko... Inaczej nie da się wytłumaczyć tego, że do przerwy dali sobie strzelić 4 bramki, a sami trafili tylko raz do siatki rywali. Tymczasem La Fortuna udowodniła po raz kolejny, że po niepowodzeniach na początku sezonu, teraz złapała formę i wspina się w ligowej drabince coraz wyżej i wyżej. Świetną partię w pierwszych 25 minutach rozgrywali Arsen Oleksiv i Borys Klymchuk, którzy zdobyli po 2 bramki i prowadzili Fortunę do zwycięstwa. Druga połowa to mocna pobudka Poszukujących, którzy przeprowadzili w końcu składną akcję, a podanie Filipa Rostkowskiego zamienił na gola Marcin Sojczyński. La Fortuna nie chciała jednak przegrać tego meczu, a hat-tricka skompletował Arsen Oleksiv. Gdy trafił Igor Taranov i zrobiło się 2:6 wydawało się, że już jest pozamiatane. Na szczęście obudzili się Poszukujący, ponownie trafił Sojczyński i chwilę później Anczewski, a przewaga Fortuny zmniejszyła się do 2 bramek. Gospodarze rzucili wszystkie siły do ataku, ale nadziali się na kontrę, którą wykończył Ivan Melko. Takiej straty gospodarze nie zdołali już odrobić, chociaż to Daniel Lasota zdobył ostatnią bramkę w tym meczu. Wynik 5:7 sprawiedliwie oddaje przebieg spotkania, chociaż drużyna Patryka Kowalczyka ma nad czym myśleć, jak wyglądałoby spotkanie, gdyby nie ta pierwsza, kompletnie nieudana połowa.

Gdyby zawodnicy Tekton Capital stawili się na mecz z Orłami Białymi AUUU w liczbie większej, niż pięciu, może ten mecz wyglądałby nieco inaczej. Niestety, od pierwszych minut pech nie opuszczał ekipy Alberta Zimocha. Pierwsze trafienie należało co prawda do zawodnika gospodarzy, jednak zostało zapisane na konto rywali - mówiąc krótko, był to przysłowiowy "swojaczek". Jakby tego było mało, "samobój" był najskuteczniejszym strzelcem w szeregach Tektonu, gdyż zawodnicy tej drużyny jeszcze w pierwszej połowie dwa razy powiększyli wynik na swoją niekorzyść. Niektórzy pokusili się o tezę, że jest to wewnętrzny spisek, gdyż chyba był to pierwszy przypadek w historii Ligi Fanów, aby w jednej połowie padły aż trzy trafienia do własnej bramki. Ponadto na listę strzelców wpisywali się także Marcin Tomczak oraz Maciej Strzyczkowski i do przerwy, po dość jednostronnych zawodach mieliśmy wynik 0:5. W drugiej połowie oba zespoły grały już w komplecie, jednak obraz sportowy niespecjalnie uległ zmianie. Orły grały swobodnie, bez presji i mogły sobie pozwolić na nieco luzu w ofensywie. Nie dotyczyło to jednak wspomnianego wcześniej Marcina Tomczaka, który w drugiej odsłonie aż trzykrotnie pokonywał golkipera rywali, w całym spotkaniu zaliczając cztery trafienia, do których dołożył trzy asysty. W drużynie gospodarzy robił co mógł etatowy snajper Tektonu, Sebastian Dominiak, jednak jego trzy trafienia nie wystarczyły chyba nawet na otarcie bardzo gorzkich łez. Tuż przed końcowym gwizdkiem oglądaliśmy jeszcze ciekawy obrazek. Do rzutu karnego podbiegł bramkarz Orłów, Bartek Wojeciechowski, który celnym i mocnym strzałem zamienił "wapno" na bramkę. Ostateczny wynik 3:14 nie wymaga raczej dodatkowego komentarza.

Mecz Oldboys Derby II z Ekipą Remontową miał bardzo jednostronny przebieg. Już przed meczem z szeregów gospodarzy można było usłyszeć, że najbliższy rywal gra co najmniej dwie ligi za nisko. Cóż, głosy te okazały się prorocze, bo zawodnicy Patryka Barchwica od samego początku znacząco przeważali, udowadniając różnicę klas. W jednej z pierwszych akcji meczu silnym strzałem w długi róg Przemek Długokęcki dał gościom prowadzenie. Chwilę później Kacper Pękala asystuje przy bramce Mateusza Jochemskiego, następnie obaj panowie zamienili się miejscami i zrobiło się szybko 0-3. Dużym wyzwaniem dla organizatorów było znalezienie miejsca na wszystkie zdobycze Kacpra, na szczęście ten zawodnik w końcu trochę zwolnił, a w jego miejsce zaczęli wchodzić inni zawodnicy w czarnych strojach. Drużyna gospodarzy była lekko podirytowana tym co się dzieję na boisku i zaczęła lekko podostrzać grę. Goście nie pozostawali dłużni, niestety zawodnicy ekipy nie tyle co lekko podostrzyli, co zaczęli grać brutalnie. Nie często w jednym spotkaniu oglądamy dwie żółte kartki, a w tym meczu sam kapitan Ekipy Remontowej obejrzał żółtko właśnie dwa razy, do tego po jednej Kacper Pękała i Paweł Laskowski. Wracając do wydarzeń czysto sportowych, bramkę w końcu udało się zdobyć zawodnikom z osiedla Derby, czym udało się uratować honor w pierwszej połowie. Zawodnicy Ekipy Remontowej zdecydowali, że drugą połowę zagrają podzieleni na dwa składy. Pierwszy, w którym występował choćby Mateusz Jochemski, wydawał się być zbyt rozluźniony wynikiem osiągniętym w pierwszych 25 minutach i zaczął popełniać proste błędy. Jeden z nich pewnie wykorzystał Michał Bugajski, chwilę później trzecią bramkę zdobył Łukasz Lik. W okolicach 37 minuty meczu zmieniła się piątka zawodników z pola, a druzyna Remontowców wróciła do gry z początku meczu. Szybkie akcje, ładne bramki, i coraz wyższe prowadzenie. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 4 do 17 i wynik ten całkowicie oddaję różnicę klas na boisku.

Pojedynek Mobilisu z Green Teamem zapowiadał się wyśmienicie, bo oba zespoły znają się z lat ubiegłych. Mamy jednak wrażenie, że Mobilis nie znajdzie się po tym spotkaniu na liście ulubionych drużyn zespołu Zielonych. Początek meczu należał zdecydowanie do graczy w niebieskich strojach, a pierwsze skrzypce na boisku grali Marcin Derkowski i Dariusz Papież. Ich trafienia sprawiły, ze Mobilis objął prowadzenie 3:0. Wtedy nastąpiło przebudzenie Sebastiana Szeleszczuka, który w tym sezonie jest niesamowicie skuteczny. Najpierw obsłużył go Grzegorz Komisarczyk, chwilę później Daniel Kurowski i Sebastian doprowadził do wyniku 3:2. Od tego momentu spotkanie w ostatnich minutach stało się jeszcze bardziej otwarte, a na przerwę drużyny zeszły przy stanie 5:3. Druga połowa to kolejny akord pogoni za wynikiem, którą uskuteczniał Green Team. Najpierw trafił Kurowski, chwilę później odpowiedział Paweł Janiszewski, ale znów dla Green Teamu trafił Szeleszczuk i zrobiło się 6:5. Wtedy jednak na wyższe obroty weszło trio Derkowski – Papież – Janiszewski, którzy doprowadzili do strzelenia 4 kolejnych bramek. Niesamowite wrażenie robiło to, jak dobrze poukładany był zespół Mobilis, który raz za razem napędzał ataki na bramkę gości. Gospodarze nie zostawiali luk w defensywie i to znacząco utrudniło zadanie gościom. Przy stanie 10:5, dwa trafienia zanotował Green Team, ale to już było stanowczo zbyt późno. Mimo dobrej gry Szeleszczuka i Kurowskiego, Zieloni przegrywają ten mecz 11:7 i w tabeli ich sytuacja nie jest zbyt ciekawa. Gospodarze natomiast po raz kolejny udowodnili, że miejsce w tabeli nie jest zdobyte na loterii, a ich umiejętności są na naprawdę wysokim poziomie.

Ostatnie spotkanie tego wieczoru, to mecz między FC Alfa i Tsubasa Ozora. Nie wiemy, czy zawodnicy nie byli dobrze rozgrzani, ale pierwsza bramka pojawiła się dopiero po piętnastu minutach gry. Niestety początek był festiwalem nieskuteczności obu drużyn. Wiele błędów w środku pola i brak zimnej krwi przy sytuacjach bramkowych spowodowały to, że trzeba było czekać długo na pierwsze trafienie. Paweł Niemirski przełamał się i po szybkiej kontrze i podaniu Bartosza Pawlaka otworzyli wynik tego meczu. Jeszcze przed przerwą podwyższył Mateusz Wodnicki po niezłym, kolejnym podaniu Bartosza Pawlaka. Zaraz po przerwie drużyna Tsubasa przypieczętowała swoją przewagę podwyższając wynik i na listę strzelców tym razem wpisał się Bartosz Pawlak, który bardzo mocnym strzałem pokonał bramkarza Alfy. Zawodnicy Alfy próbowali strzelić kontaktową bramkę, ale ich akcje były przerywane i przy otwartej grze musieli się liczyć z tym, że mogą nadziać się na kontry. Po jednej z takich akcji Damian Dąbrowski podwyższył na 0:4 po podaniu Marcina Piłki. Kolejna bramka, to zabawa pod polem karnym miedzy trzema zawodnikami Tsubasy i ponownie Damian Dąbrowski podwyższa wynik po podaniu Mateusz Wodnickiego. Wynik zamknęli Niemirski i Pawlak podwyższając wynik spotkania na 0:7. Mimo wielu bramek na uwagę zasługuje postawa bramkarza drużyny Alfa Norberta Skórskiego, który wieloma interwencjami uratował swoją drużynę przez wynikiem dwucyfrowym. Dzięki temu został wybrany zawodnikiem drużyny.

LIGA 9

O wczesnej porze zawitała na Grenady 9 liga, której pojedynek A.D.S. ScorpionsFC Vikersonn rozpoczynał rywalizację na tym poziomie. Początek spotkania należał do Vikersonna, który oddał parę strzałów na bramkę rywala, ale golkiper odbijał wszystkie te próby. Z czasem lepiej zaczęli grać młodzi zawodnicy Scorpionsów, mieli swoje dobre okazje, ale brakowało im tego dnia skuteczności w wykańczaniu akcji. Pierwszą bramkę zobaczyliśmy dopiero w 15 minucie, kiedy to wynik otworzył Eduard Horokhov i była to jedyna bramka w tej części spotkania. Co prawda Scorpions mieli możliwość przynajmniej wyrównania, kiedy to żółtą kartę dostał zawodnik Vikersonna, ale nie wykorzystali tego okresu przewagi. Gdy rozpoczęła się druga część meczu, trener Scorpionsów upewniał swoich zawodników w przekonaniu, że pierwsze minuty będą należały do nich. Niestety dla jego drużyny nieco pomylił się w tej ocenie, bo na początku drugiej połowy to Vikersonn podwyższył na 0:2, a co więcej, goście poszli za ciosem i jeszcze dwukrotnie pokonali golkipera rywala. 0:4 – taki wynik był dość niespodziewany i dopiero od tego momentu gospodarze ruszyli do odrabiania strat. Najpierw na 1:4 trafił Mateusz Łuczak, potem ładnym uderzeniem z dystansu popisał się Adam Wierzbicki, choć nieco pomógł bramkarz, od którego odbiła się piłka, zanim wpadła do bramki. Zostało jeszcze 10 minut do końca i wydawało się, że gospodarze jeszcze mają czas na to, by odrobić straty i coś w tym meczu ugrać. Jednak nadzieję tę zgasił Eduard Horokhov trafiając na 2:5 i de facto zamykając mecz. Wynik ustalił Bartek Filip, ale już było za mało czasu by choćby zremisować. Młoda drużyna z warszawskich Włoch zagrała chyba poniżej swoich możliwości, ale trzeba też oddać że rywal postawił jej trudne warunki.

Niepokonane w 9 lidze Borowiki przed rozpoczęciem tego spotkania mieli tak naprawdę tylko jedno zadanie: nie zlekceważyć piłkarzy Vistuli. Strzelanie dla gospodarzy rozpoczął Leonid Tkachenko, który wykończył ładną akcję zespołową. Druga bramka dla Borowików to już 9 liga mistrzów w pełnej krasie. Broniący tego dnia dostępu do własnej bramki Damian Boryczko przeprowadził cudowną akcję której zwieńczeniem było zdobycie swojej pierwszej(!) tego dnia bramki. Gospodarze po tym wyczynie lekko spuścili z tonu, dając się zaskoczyć zawodnikom Vistuli, a konkretnie Mateusz Czekaj zdobył bramkę kontaktową. W dalszym etapie pierwszej połowy zawodnicy obu drużyn wyprowadzili jeszcze po jednym ciosie. Po chwili spokoju na boisku dwie kolejne bramki zdobyły Borowiki, dokładniej zrobił to najlepszy zawodnik gospodarzy, supersnajper Mykola Senkiv. Do przerwy w protokołach meczowych widniał wynik 5:2, co wydawało się, że jest niskim prowadzeniem faworyzowanej drużyny. Druga połowa to już jednak popis lidera 9 ligi. Kolejne bramki Mykoli dały spokój drużynie. Największe wrażenie robiły tego dnia jednak indywidualne popisy Damiana Boryczki. Ofensywnie usposobiony bramkarz mecz zakończył z taką samą liczbą bramek zdobytych, co straconych. Warto podkreślić, że mecz zakończył się wynikiem 11:3. Hat-Trick bramkarza nie zdarza się często i już jesteśmy ciekawi, co jeszcze ten chłopak nam pokaże w kolejnych spotkaniach. Vistula spadła na 7 miejsce w tabeli, a Grzybki powoli mogą się szykować na starcie z Pogromcami Poprzeczek.

Piłka nożna bywa czasem przewrotna. Przeżywamy więc czasem romantyczne historie, kiedy drużyna kompletnych outsiderów wygrywa niespodziewanie mecz z faworytem i zabiera mu punkty, których później brakuje tym drugim do mistrzostwa. Wybaczcie ten dość poetycki wstęp, ale Pogromcy Poprzeczek niezbyt często potrafią tak bardzo zdominować rywala, że po kilku minutach meczu prowadzą 3:0, a mają okazję na więcej! Zawodnicy Decco Team wyraźnie nie spodziewali się takiego obrotu sprawy, bo podejmując Pogromców na Arenie Picassa wydawało im się, że nic złego nie może się stać, w końcu sympatyczni zawodnicy lubiący poprzeczki mieli przed tym meczem na koncie punktów 0. Trzy bramki, które zdobyli Mateusz Niewiadomy – dwie i Patryk Rejmiś -1, obudziły skutecznie młodych zawodników Decco, którzy zaczęli stwarzać sobie niebezpieczne sytuacje. Na ich szczęście, role na boisku pomylił Luc Kończal, który stojąc na linii bramkowej odbił piłkę ręką. Nie było w tym zagranie specjalnie winy Luca, ale kara musi być, więc obrońca gości wyleciał na 3 minuty, a Decco Team trafiło z rzutu karnego. 1:3. Kilka minut później Pogromcy po raz kolejny zaskoczyli rywali, a Rejmiś ustrzelił „dubelka" i Pogromcy sensację, wychodząc na prowadzenie 1:4. Nic nie trwa jednak wiecznie, a jak mawia trener Pogromców – „4:1 to bardzo niebezpieczny wynik" Przed przerwą więc Decco Team zdążyło ukłuć dwukrotnie i Pogromcy prowadzili już tylko 1 bramką. Po przerwie... wszystko wróciło do normy. Pogromcy Poprzeczek zaprosili wręcz przeciwników do strzelenia goli, wpuszczając ich środkiem boiska w swoje linie obronne. Ozdobą meczu był gol na 5:4, kiedy młody zawodnik gospodarzy po podaniu z głębi pola strzelił z powietrza w samo okienko. Gospodarze w końcu uciekli na trzybramkową przewagę 7:4. Kilka minut przed końcem spotkania, piłkę do siatki skierował ponownie Mateusz Niewiadomy – kompletując hat-tricka, ale to była tylko bramka na otarcie łez. Wynik 7:5 pokazuje jednak, że Pogromcy w tym sezonie może i nie wygrywają, ale walczą do końca w każdym meczu. Czekamy na dzień, kiedy ta walka skończy się 3 punktami. W zespole gospodarzy prawdziwą gwiazdą został Stasiek Korba, który tydzień temu miał trudny dzień, ale tym razem został katem Pogromców – strzelił 2 bramki i asystował przy 2! Brawo!

Mecz między Phoenix Warsaw FC a Polskim Drewnem rozpoczął się bardzo spokojnie. Na samym początku obie drużyny próbowały przebić się pod pole karne przeciwnika. Wynik otworzyła drużyna Phoenix po akcji Adama Trojanowskiego i strzale z ostrego kąta. Chwilę po tym podwyższył na 2-0 Michał Kurowski po podaniu Przemysława Prusarczyka. Po tych bramkach rozpoczął się ciekawszy fragment meczu i drużyny otworzyły się bardziej na ofensywną grę. Dzięki temu udało się gościom strzelić bramkę kontaktową z rzutu rożnego, której autorem był Paweł Szydziak. Piłkarze Phoenix bardzo szybko odpowiedzieli i po koronkowej sytuacji i bardzo ładnym podaniu od Trojanowskiego do bramki trafił Przemysław Prusarczyk. Drewniakom udało się zdobyć kontaktową bramkę chwilę przed zakończeniem pierwszej połowy, po kolejnej koronkowej akcji między Maciejem Zarodem i Pawłem Szydziakiem. Początek drugiej połowy to szybkie podwyższenie przez Mateusza Popowskiego na 4-2, ale to tylko rozwścieczyło drużynę przeciwną i błysk piłkarskich umiejętności zaprezentował Maciej Zarod strzelając dwie piękne bramki. Pierwsza po odbiorze piłki i sprytnym strzale, a druga została zdobyta w pełnym biegu i po mocnym strzale z ostrego kąta. W taki sposób doprowadził do remisu otwierając na nowo mecz. Do samego końca obie drużyny próbowały przechylić szalę na swoją stronę i w ostatniej akcji meczu i faulu bramkarza poza polem karnym, podyktowany został rzut wolny. Do piłki podszedł Przemysław Prusarczyk i mocnym strzałem pokonał bramkarza dając zwycięstwo drużynie Phoenix.

dodaj komentarz

 
Wybierz kolejkę:
1 0

EKSTRAKLASA

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
0 0

1 LIGA

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
0 0

2 LIGA

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
0 0

3 LIGA

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
3 0

4 LIGA

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
0 0

5 LIGA

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
0 0

6 LIGA

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
1 0

7 LIGA

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
1 0

8 LIGA

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
0 0

9 LIGA

Kolejka 8

Statystyki kolejki

     

    Ankieta

    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Aby zagłosować musisz wybrać jedną z odpowiedzi