Wczytuję...

OBOSTRZENIA, ZASADY!

100% powagi - o to na samym wstępie chcemy Was poprosić. Poniższe punkty są WARUNKIEM KONIECZNYM do wzięcia udziału w meczach Ligi Fanów.

POLÓWKI LIGI FANÓW!

Stylowe koszulki LIGI FANÓW dostępne dla wszystkich uczestników i sympatyków naszych rozgrywek.

PROFIL NA FACEBOOKU!

Na facebooku doszło do dużych zmian. Jedną z ich konsekwencji może być to, że przestaniecie widzieć nasze posty. Sprawdźcie jak się do tego przygotować, aby być z LIGĄ FANÓW na bieżąco!…

LIGA FANÓW NA INSTAGRAMIE

Masz Instagram? Obserwuj nas i bądź na bieżąco! Zobacz co tam znajdziesz z życia Ligi Fanów.

OBOSTRZENIA, ZASADY!
POLÓWKI LIGI FANÓW!
PROFIL NA FACEBOOKU!
LIGA FANÓW NA INSTAGRAMIE

RAPORT MECZOWY - KOLEJKA 5.

12
Lis

Ciężko racjonalnie wytłumaczyć niektóre rzeczy, które działy się w ramach 5 kolejki Ligi Fanów. Mogliśmy co prawda oglądać kilka zwycięstw faworytów, jednak mimo wszystko rozmiary niektórych z nich są pewnym zaskoczeniem. Nie zabrakło również niespodziewanych wygranych czy remisów drużyn, które nie były typowane do zdobycia jakichkolwiek punktów. Dodatkowo, zapraszamy na krótkie podsumowanie, co działo się w spotkaniach, które miały status zaległych i zostały rozegrane tydzień temu. Odpalamy monitory i czytamy, co zespół redakcyjny ma nam do powiedzenia o tych spotkaniach!

RAPORT MECZOWY - KOLEJKA 5.


EKSTRAKLASA

Spotkanie Narodowego Śródmieścia z FC Kebavitą zapowiadało się niezwykle emocjonująco. Już od pierwszych minut było widać, że obie ekipy chciały narzucić własny styl gry. Gospodarze jak zawsze agresywnie starali się doskakiwać do rywali i to na początku kompletnie wybijało przeciwnika z rytmu. Goście mieli problemy w ataku pozycyjnym i w pierwszej fazie spotkania nie potrafili zagrozić bramce przeciwników. Strzelanie rozpoczął Marek Reszczyński, który kapitalnym strzałem z dystansu pokonał Piotra Kalbarczyka. Chwilę później Kebavita wyrównała po rzucie wolnym. Tuż przed przerwą mieliśmy jeszcze dwa gole. Na trafienie ekipy Marka Szklennika odpowiedział Kamil Majorek i po 25 minutach mieliśmy remis. Po zmianie stron szybko świetną okazję miała Kebavita. Najpierw Azamat Qutpiddinov nie trafił do pustej bramki, a chwilę później Baris Kazkondu zmarnował stuprocentową sytuację. Jak mawia stare piłkarskie porzekadło niewykorzystane sytuacje lubią się mścić. Narodowe po dwóch kontrach i znakomitych przechwytach Tomka Terpiłowskiego wyszło na dwubramkową przewagę. Goście mieli jeszcze okazję po karze dla Pawła Orzechowskiego, ale zamiast odrabiać straty, to jeszcze po kontrze tracą piątą bramkę. Po końcowym gwizdku mieliśmy wynik 2:5. Narodowe po raz kolejny pokazało, że ma drużynę, która będzie walczyć o najwyższe cele. Kebavita niestety nie miała swojego dnia i musi szukać punktów w kolejnych meczach, bo ta porażka może oznaczać, że strata do czołówki będzie już spora.

Spotkanie na szczycie, czyli mecz Contry z TURem Ochota nie rozczarował zarówno pod względem emocji jak i piłkarskiego spektaklu. Stawka wyjątkowo wysoka, bo ewentualny zwycięzca zameldowałby się na pierwszym miejscu w tabeli, więc obie ekipy przystąpiły do rywalizacji z maksymalną koncentracją, choć w ekipie Tura zabrakło nominalnego bramkarza i rolę golkipera musiał przyjąć Michał Jeliński. Lepiej weszli w mecz gracze Konrada Kowalskiego. Już w 3 minucie na prowadzenie wyprowadził swój zespół Piotr Leśniewicz. Contra błyskawicznie odpowiedziała strzałem Michała Raciborskiego, ale bramkarz Tura nie pozwolił piłce wpaść do siatki. Drużyna z Ochoty wyraźnie przeważała w pierwszych minutach i nie dawała dojść do głosu gospodarzom. Wymieniając dużą ilość podań długo utrzymywali się przy piłce, a dodatkowo grad strzałów posypał się na bramkę Contry i tylko świetna postawa Macieja Antczaka uchroniła jego zespół przed utratą większej ilości goli. Dopiero w drugiej części pierwszej połowy Zawodnicy Michała Raciborskiego znaleźli swoje tempo i nieco przycisnęli w ataku, ale w 21 minucie Michał Bruździak podwyższył na 0:2. Contra już w następnej akcji odpowiedziała trafieniem Dawida Bieli, ale Tur równie szybko podwyższył na 1:3. Potężnym strzałem ze skrzydła popisał się Adrian Bartkiewicz, a wynik utrzymał się do gwizdka kończącego pierwszą połowę. Po wznowieniu gry Contra rzuciła się do ataku i po jednym ze strzałów Dawida Bieli Michał Jeliński popisał się nie lada paradą bramkarską. Tur popełniał dużo błędów w rozegraniu, jakby zawodnicy stracili koncentrację, ale gospodarze nie byli w stanie tego wykorzystać i rażąc koszmarną nieskutecznością w napadzie nie byli w stanie pokonać bramkarza gości. W 34 minucie Robert Hankiewicz podwyższył prowadzenie Tura, i dopiero ta bramka odblokowała napastników Contry, którym po chwili udało się końcu strzelić na 2:4. Błyskawiczna odpowiedzieć teamu z Ochoty w postaci gola Konrada Kowalskiego nie podłamała zawodników Michała Raciborskiego, którzy wciąż szukali okazji do pokonania bramkarza Tura, ale goście od tego momentu zaczęli kontrolować spotkanie i przewaga, którą wypracowali okazała się dla gospodarzy nie do dogonienia. Kropkę nad i postawił w ostatniej minucie meczu Konrad Kowalski i Contra uległa Turowi 3:6. W efekcie Tur zrzucił zespół Contry z pierwszego miejsca i uplasował się na szczycie tabeli ekstraklasy.

Faworytem spotkania Bulbezu z AnonyMMous! była ekipa Maćka Miękiny. Od początku spotkania goście przejęli inicjatywę i szybko wyszli na prowadzenie. Patryk Ułasiuk po składnej akcji całego zespołu nie dał szans Marcinowi Osowskiemu. Gospodarze jednak grali konsekwentnie swoją taktyką szczelnie się broniąc i czyhając na kontry. W jedenastej minucie Marcin Taras wyrównał, a po chwili Grzegorz Kowerski wyprowadził ekipę z Bemowa na prowadzenie. Anonimowi próbowali odrabiać straty, ale byli nieskuteczni i widać było, że brakowało im napastnika, który potrafiłby wykończyć akcje, które stwarzali pomocnicy. Do przerwy mieliśmy wynik 2:1. Po zmianie stron widać było mobilizację w obozie gości i dość szybko zaczęli odrabiać straty. Najpierw Damian Borowski wyrównał, a po chwili po kapitalnej indywidualnej akcji Eryk Stoch dał prowadzenie. Bulbez nie poddawał się i Marcin Taras ponownie strzelił bramkę i mieliśmy wynik na styku. Gdy do bramki trafił Michał Głębocki wydawało się że Anonimowi dowiozą korzystny dla siebie wynik do końca. Jednak ekipa z Bemowa grała do końca i po rzucie rożnym Piotr Wardzyński idealnie zagrał do Marcina Tarasa, a ten kryty przez zawodnika niższego o co najmniej głowę nie dał szans bramkarzowi rywali i na tablicy wyników remis 4:4. Ostatnie dwie minuty nie dały zmiany rezultatu. Gospodarze zasłużyli na ten punkt walcząc całe spotkanie. Goście mimo że byli piłkarsko lepsi, to nie potrafili tego przełożyć na wynik i muszą poszukać napastnika, który zagwarantuje większą skuteczność pod bramką przeciwnika.

Bez niespodzianek przebiegło spotkanie Cykaczy z East Windem. Team Sebastiana Dąbrowskiego chcąc włączyć się do walki o mistrzostwo nie może już sobie pozwolić na stratę punktów i w obozie gości dało się zauważyć mobilizację. Wprawdzie East Wind grał tego dnia bez swojego nominalnego bramkarza, ale rolę te przyjął właśnie kapitan zespołu i trzeba przyznać, że Sebastian zaliczył bardzo ciekawy występ, bo poza kilkoma paradami, udało mu się nawet strzelić dwie bramki. Sam mecz rozpoczął się dość zaskakująco, bo już w 1 minucie Piotr Płatek potężny strzałem z dystansu zdobył dla Cykaczy bramkę otwierającą wynik spotkania, ale zaskoczenie nie potrwało zbyt długo, bo już akcję później Damian Patoka wyrównał, w 3 minucie gola dołożył Kamil Wypych, a po 5 minutach było już 1:3 po kolejnym trafieniu Damiana Patoki. Kanonada na bramkę Huberta Kałuckiego nie ustawała i gospodarze skupili się raczej na próbie nie tracenia bramek, bo wszelkie ataki były bardzo szybko zatrzymywane przez defensorów East Windu. Obie drużyny trafiły po jednym golu przed przerwą i wynik 2:4 raczej nie wskazywał na przewagę gości. W drugiej części spotkania zawodnicy Sebastiana Dąbrowskiego praktycznie zamknęli zespół Cykaczy na ich połowie boiska i konstruowali ataki z wykorzystaniem wysuniętego bramkarza. Lekka nonszalancja wkradła się w szeregi gości i przy stanie 4:5 zawodnicy East Windu stwierdzili, że zabawa się skończyła i golami Damiana Patoki, Bartosza Fornala i Dawida Brewczyka szybko wypracowali przewagę, której team Krzyśka Gołosa nie był już w stanie dogonić. Kiedy na tablicy mieliśmy wynik 4:8 było już jasne, kto był zdecydowanym faworytem tego spotkania, ale rozpędzeni goście bezlitośnie ostrzeliwali bramkę Huberta Kałuckiego i zaaplikowali jeszcze trzy trafienia. Ostatnie słowo należało do Krzyśka Gołosa, który ustalił wynik na 5:11. Nie można Cykaczom odmówić ambicji i woli walki, ale zespół East Windu był tego dnia po prostu lepszy. Dzięki temu zwycięstwu team Sebastiana Dąbrowskiego traci do podium już tylko 3 punkty i na pewno zmobilizuje to go do kolejnych występów na wysokim poziomie.

LIGA 1

Niezwykle zacięte spotkanie oglądaliśmy w wykonaniu Hazardu i Niezłomnych. Obie ekipy liczyły na kolejne punkty, które były potrzebne, by nie stracić kontaktu z czołówką. Gospodarze pierwszą połowę zagrali nie na swoim poziomie. Brak było składnych akcji i szczególnie pierwsze fragmenty meczu nie były miłe dla oka, bo obie ekipy często faulowały i na boisku panował chaos. Zespół z Ukrainy pierwszy pokusił się o składną akcję i od razu wyszedł na prowadzenie. Gdy wydawało się że goście ze skromnym prowadzeniem zejdą na przerwę Bogdan Horynevskii podwyższył na 0:2 i mieliśmy małą niespodziankę. Niezłomni nie mieli na meczu swojego najlepszego zawodnika Tarasa Kobliuka, ale trzeba przyznać że radzili sobie bardzo dobrze i zasłużenie prowadzili po 25 minutach. W przerwie w obozie Michała Malińskiego padło kilka męskich słów i od razu to podziałało. W przeciągu siedmiu minut drugiej połowy mieliśmy trzy szybkie trafienia gospodarzy i wynik na tablicy brzmiał już 3:2. Niezłomni jakby przespali pierwsze minuty drugiej połowy i musieli gonić wynik. Na dziesięć minut przed końcem udało się wyrównać. Mieliśmy zatem pasjonującą końcówkę spotkania. Obie ekipy miały swoje okazje i gdy wydawało się, że mecz skończy się podziałem punktów, zawodnik z Ukrainy faulował Adriana Bartkiewicza za co został ukarany wykluczeniem. W przewadze Hazardowi udało się strzelić zwycięskiego gola i ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 4:3. Ekipa Michała Malińskiego po raz kolejny pokazała, że potrafi przechylić szalę na swoją korzyść i zgarnęła niezwykle cenne trzy punkty. Niezłomni mogą czuć niedosyt, bo mimo braków kadrowych zagrali naprawdę niezłe spotkanie i na remis chociażby z przebiegu spotkania zasłużyli.

Przebieg meczu Deportivo la Chickeno z Drunk Teamem zmieniał się niczym w kalejdoskopie. Mimo, że Drunk Team nie był faworytem tego spotkania, to bez kompleksów podszedł do tej rywalizacji, co przełożyło się na ich dyspozycję w pierwszych minutach meczu. Wynik otworzył Witek Bartnik, który przejął piłkę od obrońcy i pewnie wykorzystał sytuację sam na sam z bramkarzem. Chociaż Drunk Team był w natarciu i mógł strzelić kolejną bramkę, to dość niespodziewanie wyrównał Konrad Szkopiński. To spotkało się z szybką ripostą gości i wyjściem na ponowne prowadzenie. Dalsze minuty należały do Deportivo, które zdobyło trzy bramki pod rząd, doprowadzając do stanu 4:2. A warto podkreślić, że to wszystko działo się w początkowej fazie meczu. Po tej kanonadzie mieliśmy okres względnego spokoju i raczej nic nie wskazywało na to, że Deportivo utraci przewagę. A tymczasem Witek Bartnik dał sygnał do ataku swojemu zespołowi trafiając na 4:3. Później Łukasz Walo wyrównał, a Rafał Siwiński dał nieoczekiwane prowadzenie do przerwy 4:5. Po zmianie stron mieliśmy nie mniej emocji niż w pierwszej części, a wręcz rosły one z każdą upływającą minutą. W drugiej połowie Deportivo rzuciło się do odrabiania strat, co ponownie im się udało, w dodatku z nawiązką, gdyż wyszli na prowadzenie 7:5. Jednak i tej przewagi nie udało im się utrzymać. Dzięki dwóm trafieniom Łukasza Walo ponownie mieliśmy remis 7:7 i końcówka meczu była niezwykle emocjonująca. Oba zespoły miały świadomość, że o wyniku może zadecydować jedna bramka, ale nie rezygnowały z ofensywnej gry. Lepiej na tym wyszło Deportivo, które trafiło dwukrotnie, ustalając wynik meczu na 9:7. Drunk Team mimo niekorzystnego wyniku walczył do ostatniej sekundy tego spotkania i może żałować, że nie udało im się zdobyć choćby punktu. Miał przecież swoje świetne okazje, ale brakowało szczęścia w kluczowych momentach, kiedy mógł dobić rywala. Naszym zdaniem remis nie krzywdziłby tu żadnej ze stron, ale przeważyły indywidualności Deportivo.

Grad bramek oglądaliśmy w rywalizacji Chłopców z Bielan z ekipą PGU. Gospodarze świetnie weszli w to spotkanie i po kwadransie było już 3:0 po golach Bartka Tuli, Damiana Kowalewskiego i Michała Kielaka, a gdyby nie lekka nonszalancja ze strony napastników CHZB mogło być nawet wyżej. PGU atakowało raczej nieśmiało, ale każda akcja pod bramką Adama Domidowicza była groźna i w końcu udało się Konradowi Pisarskiemu zdobyć bramkę kontaktową. PGU popełniło po tym fatalnym w skutkach błąd w rozegraniu piłki w obronie i Damian Kowalewski podwyższył na 4:1. Goście zapunktowali jeszcze raz przed przerwą i przy stanie 4:2 drużyny udały się na odpoczynek. W drugiej części mecz nabrał kolorów. Blok ofensywny PGU w końcu rozkręcił się i po chwili było już 4:3. W obliczu wymykającego się zwycięstwa Chlopcy dokonali ciekawej zmiany, bo zdjęty został nominalny bramkarz, a na jego miejsce w charakterze golkipera lotnego pojawił się Tomek Terpiłowski. Taktyka przyniosła szybki efekt w postaci dwóch bramek Michała Kielaka, ale PGU równie błyskawicznie odpowiedziało trafieniem Pawła Błociszewskiego. Obie ekipy nastawiły się na atak i raczej nie próbowały zamurować swojej bramki i kolejne gole sypały się jak polska służba zdrowia w czasie pandemii z rękawa. W 40 minucie było 7:6, a jak wiadomo jedna bramka przewagi w szóstkach piłkarskich to żadna przewaga. Ostateczny wynik wciąż był otwarty, PGU twardo walczyło, aby doprowadzić do remisu i potem zadać ostateczny cios, ale końcówka zdecydowanie należała do drużyny Chłopców z Bielan. Najpierw Damian Gałecki trafił na 8:6, a potem Damian Kowalewski postanowił rozstrzygnąć spotkanie na korzyść swojego teamu. W przeciągu 5 minut Damian zdobył aż 5 goli, przy czym dwa trafienia zaaplikował niemalże przed samym gwizdkiem kończącym mecz. Ostatecznie Chłopcy z Bielan pokonując PGU 13:8 uplasowali się na drugim miejscu w tabeli I ligi. PGU znajduje się w strefie spadkowej, ale zupełnie nie oddaje to poziomu gry i zaangażowania, jakim co mecz wykazuje się ekipa Adriana Gajosa. Sądzimy, że chłopakom brakowało do tej pory minimum szczęścia i dobre wyniki przyjdą w niekrótkim czasie.

Na Arenie Picassa spotkały się dwie drużyny, które przed tym spotkaniem znajdowały się w dolnej części tabeli 1 ligi. Dodatkowo spotkanie Bękartów Warszawy z Alpanem w sezonie letnim było bardzo zacięte i zakończyło się minimalnym zwycięstwem Bękartów. Alpan marzył o rewanżu i przesunięciu się w tabeli w bezpieczniejsze rewiry. Początek spotkania należał jednak w 100% do gospodarzy, którzy rozegrali niemal perfekcyjne 25 minut. Wynik spotkania otworzył Marcin Górkiewicz, a kilka minut później podwyższył go Dmitriy Kravchenko. Jakby tego było mało Piotr Parol obejrzał żółty kartonik, a Bękarty nie zmarnowały tego i zdobyły 2 kolejne bramki autorstwa Volodymira Frantyka. Musimy jednak wspomnieć, że tej 4-bramkowej przewagi nie byłoby, gdyby nie świetna postawa Michała Staniszewskiego w bramce Bękartów. Michał bronił niemal perfekcyjnie i skapitulował dopiero 2 minuty przed końcem pierwszej połowy po strzale Kacpra Stępnia. Do przerwy były 4;1 i zanosiło się, że marzenia Alpanu o 3 punktach odleciały jak Adam Małysz w Sapporo w siną dal. Druga połowa to jakaś cudowna reinkarnacja drużyny gości, która nagle sobie przypomniała, że w piłkę grać potrafią na naprawdę wysokim poziomie. Sygnał do ataku dał ponownie Kacper Stępień, który strzelił swoją drugą bramkę w tym meczu. Chwilę później odblokował się Bartek Podobas i Bękarty prowadziły już tylko 1 bramką. Wtedy grający świetnie do tej pory bramkarz Bekartów obejrzał żółty kartonik i Alpan nie mógł tego nie wykorzystać. Krzysztof Sobolewski doprowadził do wyrównania, a Karol Trzciński wyprowadził Alpan na prowadzenie 4:5! Mecz zrobił się naprawdę ciekawe, a Bękarty robiły co mogły, żeby odrobić straty. Na kilka minut przed końcem ponownie trafił Bartek Podobas i wszystko stało się jasne. Alpan miał podwójne powody do radości, bo tuż przed końcem meczu gruchnęła informacja, że Lopes trafił do siatki Lecha, a Legia wygrała mecz 2:1. Goście wygrywają mecz 4:6 i notują awans w tabeli na 6 miejsce. Bękarty nadal są w strefie spadkowej, ale ich gra szczególnie w pierwszej połowie pokazała, że na pewno to nie jest ich ostatnie słowo.

W meczu kończącym zmagania w rozgrywkach 1 ligi, FC Górka podejmowała Mixamator. Goście byli murowanym faworytem do zwycięstwa, ponieważ w dotychczasowych meczach nie odnotowali żadnej straty punktów, a ich gra naprawdę mogła się podobać. O dziwo prezes Ligi miał inne spojrzenie na to spotkanie i znalazł powody, dlaczego to Górka miała wygrać w tym spotkaniu. Już pierwsza połowa pokazała, że przedmeczowe przewidywania organizatora były błędne. Mixamator nie na darmo znajduje się na pozycji lidera i pewnie zmierza po awans. Świetne zawody grał Mikołaj Prybiński, który zanotował bramkę i asystę. Mixamator miał dobrą sytuację kadrową, ponieważ na meczu stawiło się aż 10 zawodników. Niezależnie kto pojawiał się na boisku, to jakości gościom nie brakowało. Górka miała znowu problem ze składem i przyjazd na mecz tylko z jedną zmianą na pewno nie ułatwiał im zadań. Do przerwy wynik brzmiał 0:4. Chwilę po gwizdku rozpoczynającym drugą połowę gra trochę się wyrównała, ale na nieszczęście gospodarzy, żółtą kartką ukarany został bramkarz – Przemek Dolega. Na bramce stanął Piotr Wardzyński i zaliczył kilka niezłych interwencji. Nie miał jednak nic do powiedzenia przy golu Kamila Kamińskiego na 0:5. Ta bramka otworzyła wynik w drugiej połowie i odblokowała gości. Świetnie zagrał Kamil Krupa, a wtórował mu Bartosz Nowodworski. Gospodarze strzelili honorową bramkę za sprawą Marcina Włodarczyka, ale wynik 1:10 na pewno jest daleki od ich oczekiwań. Mixy pozostają liderem ligi i spokojnie czekają na kolejne wyzwania, gospodarze zaś muszą się spiąć, bo grać w piłkę potrafią, a pozycja w ligowej tabeli nie jest najlepsza, wszak znajdują się w niej tylko 1 miejsce nad strefą spadkową.

LIGA 2

Zmagania na poziomie drugiej ligi rozpoczynało spotkanie pomiędzy Orzełami Stolicy, a Warszawską Ferajną. Spora ilość podobieństw obu drużyn zapowiadała bardzo zacięty pojedynek. Nie było możliwości wyklarować zdecydowanego faworyta przez co wiele osób stawiało na podział punktów w tym spotkaniu. Przedmeczowe przewidywania w pewien sposób miały swoje odzwierciedlenie na boisku. Pierwsze minuty spotkania były bardzo wyrównane, a gra bardzo szybka. Jednak przewaga gospodarzy zaczynała rosnąć, a szczególnie poziom gry Mikołaja Kiełpsza zwiększał się z minuty na minuty. Mikołaj na początku wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie, a następnie podwyższył wynik. Goście próbowali odpowiedzieć, ale między słupkami Orzełów fenomenalnie spisywał się Arkadiusz Ciołek murując tym samym dostęp do bramki. Jednak ostatecznie musiał skapitulować na rzecz Przemysława Bella. Przed gwizdkiem na przerwę gospodarze podwyższyli wynik na 4:1 po akcji dwóch Kiełpszów. Maciej zagrał piłkę to Mikołaja, który umieścił futbolówkę w siatce. Podczas przerwy kapitan gości zebrał kolegów i motywował ich do walki w drugiej części spotkania. Po wznowieniu gry obie ekipy grały bardzo ofensywnie. Taka gra poskutkowała wywalczeniem rzutu karnego przez gości, którego wykorzystał Kacper Domański i dał tym samym drużynie sygnał do ataku. Spotkanie stało się bardzo zacięte i towarzyszyło mu dużo emocji. Po kilku minutach Przemysław Bella zdobył bramkę kontaktową. Pozwoliła ona na jeszcze większe podbudowanie kolegów z drużyny i zmniejszenie morali u rywali. W pewnym momencie Bella wypatrzył Domańskiego, który doprowadził do wyrównania stanu meczu. Mecz zaczął się od nowa. Jednak gospodarze zdążyli się obudzić w ostatnim momencie i w ostatnich minutach wyprowadzili dwa groźne ciosy, które znokautowały gości. Ostatecznie to Orzeły zdobyły komplet punktów, ale takich meczy chcemy oglądać więcej.

W ramach 5 kolejki FC Popalone Styki podejmowały FC Melange na arenie Picassa. Zdecydowanym faworytem tego spotkania była drużyna gości. Mecz rozpoczął się dosyć spokojnie bez żadnego forsowania tempa przez obie ekipy. Punktem zwrotnym był rzut wolny wywalczony przez gości. Został on wykorzystany przez Kamila Sadowskiego, który od początku sezonu zachwyca swoją formą i jest pewnym punktem swojej drużyny. Kilka minut później znów miał udział przy bramce, ale tym razem w roli asystenta, a egzekutorem był Łukasz Słowik. Drużyna gospodarzy nie zamierzała jednak poddać się tak łatwo i próbowała przedrzeć się w pole karne rywali, ale pewnie na straży stał popularny „Sadek", który czytał grę przeciwnika jak dobrą książkę. Z minuty na minuty rosła przewaga FC Melange. W pewnym momencie Słowik zdecydował się zagrać górną piłkę do niekrytego Adriana Zegara, który sprytnym strzałem z pierwszej piłki umieścił futbolówkę w siatce. Wtedy w ekipie gości doszło do lekkiego rozluźnienia, które wykorzystał zawodnik Popalonych Styków. Mateusz Kostylev najpierw przejął piłkę od jednego z defensorów gości, aby następnie pokonać Bartosza Jakubiela. Gospodarze nabrali trochę pewności siebie, co pozwoliło im na ponowne pokonanie bramkarza gości jeszcze przed końcem pierwszej połowy. Druga część spotkania była już pod kontrolą FC Melange i nic nie zapowiadało na zmianę scenariusza. Wynik na 2:7 ustalił „profesor" Grzegorz Mac oddając techniczny strzał z połowy boiska, w którym piłka jeszcze odbiła się od prawego słupka nie dając szans bramkarzowi gospodarzy. Wygrana pozwoliła ekipie „melanżowiczów" wskoczyć na fotel lidera drugiej ligi.

Zielone Latarnie po ostatniej porażce z FC Melange potrzebowały zwycięstwa, żeby cały czas mieć kontakt z czołówką, natomiast Argentyńczycy te czołówkę muszą gonić, więc mecz zapowiadał się wyśmienicie. Początek meczu to optyczna przewaga Green Lantern, ale posiadanie piłki i próby strzałów z dystansu na wiele się nie zdały. Po 10 minutach meczu do głosu zaczął dochodzić Un Mate Team i gospodarze zrobili to raz, a konkretnie. Po szybko wyprowadzonej kontrze i sprytnym uderzeniem piłki w długi róg bramki, gola zdobył Fernando Ramos. Do przerwy wynik już nie uległ zmianie. Druga połowa to niemal kopia tego co widzieliśmy w pierwszej odsłonie. Ataki gości i kontry wyprowadzane przez Argentyńczyków. Widowisko stało się jeszcze ciekawe, kiedy to Mikołaj Wysocki podał dokładnie do Kuby Kublika, a ten mocnym strzałem zdobył bramkę. Gdy wszystkim się już wydawało, że spotkanie zakończy się podziałem punktów, Argentyńczycy postanowili, wyjść z jeszcze jednym atakiem. Fernando Ramos do bramki dorzucił asystę przy golu Jonego Kraajenbinka i na 3 Minuty przed końcem spotkania zrobiło się 2:1. Green Lantern tydzień temu jak i w ostatnią niedzielę w końcówce musieli gonić wynik. W obu przypadkach to się nie udało i czołówka powoli zaczyna odjeżdżać. Argentyńczycy z kolei oddalili się trochę od strefy spadkowej i mogą spokojniej patrzeć w przyszłość.

W jedynym meczu 2 ligi rozgrywanym na Arenie Grenady mierzyły się ze sobą drużyny Olimpiku i Wiernego Służewca. W tej rywalizacji zdecydowanym faworytem byli gospodarze, ale pierwsze słowo należało do zespołu ze Służewca, który od początku ambitnie grał przeciwko wyżej notowanemu rywalowi. Pierwsza bramka padła po rajdzie przy linii bocznej Bartosza Konckiego, który obsłużył dokładnym podaniem Wojtka Zabosta. Po utracie bramki do ofensywy przeszedł Olimpik. Coraz mocniejsze ataki dały sygnał, że bramka wyrównująca jest tylko kwestią czasu. W końcu stało się to faktem za sprawą Ihora Puzenko i maszyna Olimpiku nabrała rozpędu. Następnie Ivan Shevtsov popisał się świetnym uderzeniem z dystansu, trafiając na 2:1, a gdy do siatki ponownie trafił Puzenko wydawało się, że Olimpik zgodnie z planem zgarnie komplet punktów. Tymczasem gol na 3:2 dał jeszcze Wiernemu nadzieję, że można coś w tym meczu ugrać. Po zmianie stron ekipa ze Służewca miała nawet szansę na wyrównanie, ale ich próby spaliły na panewce. Za to pod bramką Grzegorza Łapacza nie pomylił się napastnik Olimpiku i znów gospodarze wyszli na dwubramkowe prowadzenie. Wierny nie spuścił głów i rozpoczęli pogoń za wynikiem. Najpierw gola kontaktowego zdobył Piotr Gratkowski, potem sędzia podyktował rzut karny, który obronił bramkarz Olimpiku, ale przy dobitce nie miał już szans. Już remis nie zadowalał gospodarzy, a chwilę później byli w jeszcze gorszej sytuacji, gdy Hubert Wolak przejął piłkę w środku boiska, podał do Przemka Turalskiego, a ten wyprowadził Wiernego na prowadzenie 4:5! Nie udało się jednak dowieźć tego rezultatu do końcowego gwizdka i po bramce dla Olimpiku w końcówce, mieliśmy podział punktów. To był naprawdę dobry mecz, zwłaszcza w wykonaniu Wiernego, bo sami zawodnicy Olimpiku po tym spotkaniu nie byli zadowoleni ze swojej gry, a już na pewno końcowego wyniku.

FC Nova Group podejmowała ostatnią w tabeli Truskawkę na Torcie. Goście liczyli na przełamanie, które może pomóc im w znacznie lepszym występie w drugiej części rundy. Ku zaskoczeniu większości to właśnie goście wyszli szybko na prowadzenie. Dwa mocne strzały Tomasza Cymermanna spowodowały, że Truskawka Na Torcie w przeciągu kilku minut od pierwszego gwizdka prowadziła z FC Nova Group już 0:2. Gospodarze nie zdążyli jeszcze mentalnie dojechać na swój mecz, a już dostali dwa szybkie ciosy. Na 0:3 podwyższył Marcin Piórkowski kończąc strzelanie gości w pierwszej części spotkania. Po utracie trzeciej bramki drużyna FC Nova Group złapała swój odpowiedni rytm meczowy, a w szczególności uczyniło to dwóch zawodników gospodarzy - Daniel Makus i Łukasz Wirski. Przy bardzo dobrej dyspozycji obu tych graczy gospodarze zdołali odwrócić losy meczu. Na początku doprowadzili do wyrównania stanu gry, aby następnie wypracować przewagę dwóch bramek do przerwy. Truskawka na Torcie była powoli zjadana przez gospodarzy, którzy robili z nią co tylko chcieli. FC Nova Group narzuciła swój styl gry i nie zamierzała ani na chwilę zwalniać tempa przy łapiącej zadyszkę drużynie gości. Początek drugiej części spotkania był już bardziej wyrównany, ale to gospodarze zdołali pierwsi pokonać bramkarza. Kilka chwil później Adam Żurawik przejął piłkę i umieścił piłkę w siatce. Na tablicy wyniku było już tylko 6:4. Kolejne minuty to jednak całkowita deklasacja rywala przez Wirskiego, który trzykrotnie pod rząd wpisywał się na listę strzelców. Gospodarze mieli już ten mecz pod kontrolą. Jednak w końcówce, gdy zostawili więcej miejsca rywalom to stracili dwie bramki. Niestety Truskawka na Torcie musiała obejść się smakiem i wciąż czeka na pierwsze punkty. Gospodarze wygrali cały mecz 12:6 i mogą być naprawdę zadowoleni ze swojej gry.

 LIGA 3

5 kolejkę Ligi Fanów rozpoczęliśmy od starcia Junaka z Saską Kępą. Od samego początku mecz ułożył się dobrze dla gości. Szybkie dwie bramki autorstwa Sebastiana Sitka i Bartosza Krajewskiego sprawiły, że Saska mogła spokojne kontrolować przebieg spotkania. To goście przeważali, w pierwszych minutach ciężar gry wziął na siebie Sebastian Sitek, który był reżyserem ataków swojej drużyny. Jednak niespodziewanie bramkę kontaktową zdobył Junak. Był to gol dość dyskusyjny, bo jeżeli Patryk Pawłowski dotknął piłkę zagraną z „piątki", to to dotknięcie było bardzo minimalne. Saska nie zraziła się i szybko odpowiedziała trafieniem z rzutu wolnego, a następnie podwyższyła na 1:4. Przed przerwą ładną bramką popisał się jeszcze Aleksy Sałajczyk który ustalił wynik na 2:4. Od razu po zmianie stron goście rozpoczęli strzelanie i uciekli z rezultatem do stanu 2:7. Był to okres otwartej gry, gdzie na nudę nie można było narzekać, a bramki padały seriami. Junak próbował się odkuć, ale udało im się zdobyć jedynie 2 bramki. Na 10 minut przed końcem mieliśmy już wynik 4:9 i po okresie intensywnego strzelania, mecz nieco się uspokoił. Wynik ustalił na 5 minut przed końcem Sebastian Borkowski i Saska pewnie wygrała 4:10. Zespół Kornela Troszczyńskiego zaprezentował się z bardzo dobrej strony, nie dając rozwinąć się w tym spotkaniu Junakowi. Goście potrafili przeprowadzić więcej składnych akcji i ich zwycięstwo nie podlega dyskusji.

Chwilę później na boisko wyszły zespoły Izby Wytrzeźwień i Energii. Wbrew naszym zapowiedziom nie był to wyrównany pojedynek, a jednostronny mecz, gdzie zwycięstwo gości nie było ani przez chwilę zagrożone. Już w pierwszych sekundach błąd bramkarza wykorzystał Ivan Polianskyi i błyskawicznie wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Ivan był też autorem drugiego gola, a w 8 minucie Taras Levytskyi przejął piłkę od obrońcy i wykorzystał pewnie sam na sam trafiając na 0:3. Po takim początku spodziewaliśmy się istnej kanonady w wykonaniu Energii, ale o dziwo w pierwszej części więcej bramek nie zobaczyliśmy. Nieco lepiej zaczęła grać Izba, ale nie na tyle, by choć przez chwilę osiągnąć przewagę nad rywalem. W końcówce pierwszej części Izba miała szansę na bramkę, ale karnego przestrzelił Hubert Wilk, niejako podsumowując występ całej drużyny w pierwszej części. W drugiej połowie w obu ekipach był okres, w którym zawodnicy notowali sporo strat, ale szybciej grę uspokoili gracze Energii. Goście z zimną krwią wykorzystywali błędy rywali, po raz kolejny trafiając trzy razy do bramki i na 10 minut przed końcem było już 0:6. W końcu Izbie udało się zdobyć honorowego gola, ale na to trafienie rywale odpowiedzieli w najlepszy możliwy sposób. Na trzy minuty przed końcem trafili trzy razy ustalając wynik meczu na 1:9. Izbie znacząco nie wyszedł ten mecz, za to Energia zagrała bardzo dobrze, ataki nie były przypadkowe, miały swoje tempo, a na duże brawa zasłużyli Taras Levytskyi i Ivan Polianskyi, których współpraca na boisku układała się wręcz wzorowo.

Lider vs Vice-lider, najlepszy atak ligi, kontra drugi najlepszy atak w lidze. Starcie Chacarity z Graczami Gorszego Sortu zapowiadało się bardzo ciekawie. Już w 3 minucie błąd obrony GGSu wykorzystał Kamil Wędzyński, który odebrał piłkę w środku pola i ruszył w kierunku bramki strzelając gola obok bezradnego bramkarza gości. Na odpowiedź nie musieliśmy długo czekać, najskuteczniejszy w szeregach Graczy Gorszego Sortu Łukasz Kulesza po dwójkowej akcji z Kubą Mydłowieckim doprowadził do wyrównania. O tym, że obie drużyny dobrze sobie radzą w grze ofensywnej mogliśmy się przekonać już po 10 minutach tego meczu, akcje w jedną i drugą stronę, strzały, i najważniejsze -bramki. Jakub Mydłowiecki strzelił ładnego gola głową po podaniu z własnego pola karnego od bramkarza. Chwile później odpowiedziała Chacarita, zdobywając kolejne bramki i odskakuje na dwubramkowe prowadzenie które utrzymuje już do końca pierwszej polowy. Druga połowa niewiele się różniła od pierwszej, niezwykle ofensywne to było spotkanie. Problemem GGSu była w tym meczu skuteczność, bo okazji do strzelenia bramki mieli dużo, jednak nic nie chciało wpaść do sieci. W odróżnieniu od gości, Chacarita tą skuteczność miała na wysokim poziomie, szybko w drugiej połowie zrobiło się 6-2. Na 6-3 bramkę „stadiony świata" zdobył Arkadiusz Plechowski. Piłkę po rzucie rożnym zdołali wybić obrońcy, jednak wprost pod nogi Arka, który wiele się nie zastanawiał, huknął z woleja z pierwszej piłki w samo okienko bramki. Kapitalna bramka. Nie podłamało to jednak gospodarzy, którzy dalej byli skuteczniejsi pod bramką rywala i cały mecz zakończył się przekonującym zwycięstwem 11-7. Walka o mistrzostwo w 3 lidze zapowiada się niesamowicie emocjonująco.

Dla jednych i drugich był to mecz o pierwsze punkty w tych rozgrywkach. Mikstura nie mogła się przełamać od początku sezonu, zawodnicy w czerwonych strojach mieli nadzieję, że w końcu zaczną zdobywać punkty. Łatwego zadania nie mieli, bo Wiecznie Drudzy mają duży potencjał i kwestią czasu jest, kiedy los się uśmiechnie w ich kierunku. Mecz lepiej zaczęła Mikstura, Dariusz Jochemski podaje do Mikołaja Jochemskiego, a ten strzałem po ziemi pokonał bramkarza gospodarzy. Krótko po wyjściu na prowadzenie bramkę wyrównującą zdobył Oskar Krajewski. Klan Jochemskich z Mikołajem na czele był bardzo zmotywowany do tego, żeby to spotkanie wygrać i szybko ruszył z kolejnymi atakami, na 1-2 bramkę znów zdobył Mikołaj, podawał mu Rafał. Wiecznie Drudzy wydawali się być nieco ospali, goniąc wynik nie wychodzili zbyt wysoko, żeby przeszkadzać grać piłką Miksturze, a goście to skutecznie wykorzystywali. Kolejne bramki Mikołaja i Rafała wprowadziły zbyt wiele spokoju w szeregach gości. Duży błąd Adriana Sosnowskiego wykorzystał Piotr Kawka, chwilę później za sprawą tego samego zawodnika zrobiło się 3-5 i z takim wynikiem obie drużyny schodziły na przerwę. Druga połowa należała już całkowicie do Mikstury, a dokładnie do zabójczego tego dnia duetu Mikołaj – Rafał. Jeden skończył spotkanie z pięcioma bramkami, drugi z trzema i dwoma asystami. Mikstura w końcu wygrywa, Wiecznie Drudzy wciąż muszą czekać na swoje premierowe 3 punkty. Mamy nadzieję, że szybko je zdobędą, bo długimi fragmentami ich gra może się podobać. Niestety, często hurtowo tracą bramki w krótkich odstępach czasu i wyniki są dalekie od ich oczekiwań.

W ramach 5 kolejki Furduncio Brasil F.C. podejmowało Lujwaffe Tarchomin na arenie Picassa. Było to spotkanie, które kończyło zmagania 8 listopada w 3 lidze. Zdecydowanym faworytem tego spotkania był zespół gospodarzy, który plasował się na podium. Na dodatek w bramce gości musiał stanąć gracz z pola – Kuba Kublik. Pierwsza połowa spotkania było bardzo wyrównana. W sytuacji, gdy jedna drużyna wychodziła na prowadzenie, druga momentalnie odpowiadała. Jako pierwsi gola zdołali strzelić goście. Następnie trzykrotnie na prowadzenie wychodzili gospodarze. Gra Furduncio Brasil F.C. charakteryzowała się dużą ilością zwodów oraz kombinacyjną grą. Niestety w większości przypadków zawodnicy gospodarzy holowali piłkę zbyt długo, pomimo dobrego ustawienia kolegi z drużyny. Następną rzeczą był zbyt skomplikowany sposób rozgrywania akcji, który powodował wiele strat piłki w środku polu. Przechodząc do drużyny gości to ich gra była ułożona i pewna, ale w momencie dobrego rozegrania akcji przez rywali popełniali zbyt dużo błędów, które zamieniły się na stracone bramki. Dzięki temu Brazylijczycy na przerwę schodzili z jednobramkową przewagą. Druga część spotkania to już koncert w wykonaniu drużyny gospodarzy, których dyrygentem był Luciano Sant'Ana. Długie holowanie piłki zostało zamienione na krótkie i szybkie podania. Natomiast zbyt mocno kombinacyjna gra na proste rozwiązania oraz wystawianie piłki do pustej bramki. Zgodnie z przewidywaniami to drużyna gospodarzy wygrała spotkanie i pewnie utrzymuje się w czołówce trzeciej ligi. Lujwaffe walczyło ambitnie, ale nie po raz pierwszy w tym sezonie rozegrało słabszą drugą połowę i straciło szansę na punkty.

LIGA 4

Przed meczem KS Iglica Warszawa z Joga Bonito ciężko było wyłonić faworyta tego spotkania. Obie drużyny rozpoczęły sezon raczej przeciętnie i plasowały się w dolnej części tabeli. Zwycięstwo w tej rywalizacji dawałoby szansę na walkę o podium, było więc jasne, że zawodnicy obu drużyn nie będą się oszczędzać. W 10 minucie wynik otworzył Robert Kędzierski, a w odpowiedzi Joga postraszyła strzałem z dystansu. Po chwili Robert podwyższył na 2:0, a kolejną szansę strzelecką zmarnował Mateusz Pietrusiński. Jak mówi przysłowie niewykorzystane sytuacje lubią się mścić i Joga wyprowadziła skuteczną kontrę wykorzystaną przez Sebastiana Kluczyka. Akcję później Mateusz Pietrusiński zrehabilitował się za niewykorzystaną sytuację i pokonał Kubę Kapronia doprowadzając do stanu 3:1. Wynik utrzymał się do przerwy, ale okazję strzelecką miał jeszcze Robert Kędzierski, który huknął z wolnego z niemalże połowy boiska i golkiper Jogi cudem wybił piłkę lecąco prosto w okno swojej bramki. W drugiej połowie obie ekipy grały twardo i sędzia często sięgał po gwizdek. Po jednym z fauli Mateusz Pietrusiński doznał kontuzji, która prawie wykluczyła go z reszty spotkania, co przy braku dodatkowych rezerwowych nie wróżyło zbyt optymistycznie. Na szczęście koledzy wykorzystali rzut wolny i Michał Wszeborowski umieścił piłkę w siatce. Joga odwinęła się 3 minuty później i znów Sebastian Kluczek pokonał Jakuba Zielińskiego. Skromne prowadzenie gospodarze dowieźli do końca meczu i choć goście do ostatniego gwizdka stwarzali zagrożenie pod bramką Iglicy, nie udało się im zmienić wyniku. Dzięki wygranej 4:2 Iglica wydostała się ze strefy spadkowej i zrównała się punktami z Jogą Bonito co wróży ciekawą rywalizację między tymi drużynami w przyszłości.

Po bardzo dobrych ostatnich występach Kanonierów, można było się spodziewać, że w starciu z Awanturą Warszawa nie będą stali na straconej pozycji i będą w stanie powalczyć o pełną pulę. Początek nie był jednak zbyt udany w wykonaniu gospodarzy, bo już na samym początku prezent od golkipera Kanonierów wykorzystał Sebastian Dominiak. Awantura dążyła do podwyższenia, Grzesiek Himkowski parokrotnie szukał swoimi podaniami Sebastiana Dominiaka, ale dopiero po paru minutach ta sztuka mu się w pełni udała i napastnik gości podwyższył na 0:2. Po tym trafieniu obudzili się gospodarze i najpierw zdobyli gola kontaktowego, a potem kapitalnym uderzeniem z dystansu wyrównał Adam Domidowicz. To z kolei spotkało się z błyskawiczną reakcją Dominiaka, który szybko skompletował hat-tricka, a potem kontynuował swój koncert i po odbiorze piłki bramkarzowi podwyższył na 2:4. Ta bramka nieco podłamała Kanonierów, a Awantura złapała wiatr w żagle odskakując z wynikiem na 2:7. Przed przerwą dystans zmniejszył Dawid Chudź i po 25 minutach mieliśmy 3:7. W drugiej części Awantura nawet przez chwilę nie dała nadziei rywalowi na to, że może on uzyskać korzystny rezultat w tym meczu. Szczególnie we znaki obronie Kanonierów dał się duet Grzesiek Himkowski – Sebastian Dominiak, którzy cały mecz szukali się na boisku, co i rusz stwarzając zagrożenie pod bramką oponenta. Na domiar złego żółtą kartką został upomniany Artur Baradziej- Szczęśniak i w końcówce między słupki wszedł Mateusz Nejman. Całkiem przyzwoicie sobie poradził tracąc tylko 3 gole. Awantura wygrała pewnie i zasłużenie 3:13, dając koncert w drugiej części spotkania. Kanonierom ten mecz zdecydowanie nie wyszedł, ale liczymy, że to tylko słabsza dyspozycja dnia.

Munja przystępowała do tego spotkania z pozycji lidera tabeli, po naprawdę dobrym początku sezonu. Playboys Warszawa zajmowali miejsce w środku tabeli, więc w teorii wiele wskazywało na zwycięstwo gospodarzy. Nas jednak bukmacherski nos nie zawiódł, bo przewidywaliśmy w tym meczu niespodziankę i Playboysi spełnili nasze oczekiwania. Gracze w różowych strojach rozpoczęli strzelanie od pierwszych minut, a bramkarza gospodarzy pokonał Kacper Włodarczyk. Chwilę później goście wbili 2 kolejne bramki i mieliśmy wrażenie, że Munja w pierwszej połowie już nic ciekawego nie pokaże. Sygnał do ataku dla Munjy dał jednak Michał Konopka, który sam wywalczył sobie piłkę i skierował ją do bramki. Playboysi odpowiedzieli na bramkę kontaktową, golem autorstwa Michała Wasilewskiego, ale to do Munjy należały ostatnie minuty pierwszej połowy, bo Andrzej Moisuk ustrzelił dublet i przedłużył ich nadzieje na ugranie czegoś w tym meczu. Playboysi w tym meczu dysponowali jednak składem, w którym z łatwością mogliśmy odnaleźć wielu jakościowych zawodników, a odpowiedzialność za wynik rozkładała się na kilku graczach. Kacper Włodarczyk i Piotr Sadowski strzelili po bramce, a goście wyszli na prowadzenie 3:6. Chwilę później nadzieje Munjy po raz kolejny próbował przedłużyć Michał Sztajerwald, strzelając na 4:6. Tym razem końcówka należała do „różowych", którzy wyprowadzili jeszcze dwa mocne ciosy i pokonali Munję 4:8. Wartym odnotowania wydaje się fakt, że u Playboysów z 9-osobowej kadry, aż 8 piłkarzy zanotowało gola lub asystę. To pokazuje, że grając drużynowo, można osiągnąć naprawdę sporo.

Dla zespołu Diabła Trzeci Róg mecz z Old Eagles Koło mógł być w końcu przełamaniem po serii niezbyt dobrych występów. Drużyna Pawła Szydziaka bardzo dobrze rozpoczęła rywalizację, już od pierwszych minut Diabły atakowały bramkę Sebastiana Nowakowskiego. Piotr Kruszyński najpierw trafił w słupek, a po chwili mocnym strzałem z dystansu prawie pokonał golkipera gości. W 6 minucie napór na defensywę Old Eagles w końcu przyniósł efekt i Paweł Szydziak zdobył gola na 1:0. Piłkarze z Koła nie mogli się odnaleźć w pierwszych minutach spotkania, ale kiedy do drużyny dołączył spóźniony Piotr Parol obraz gry zmienił się diametralnie. W 9 minucie Piotr zdobył bramkę wyrównującą, a już po chwili wyprowadził swój zespół na prowadzenie. W 14 minucie było już 1:3 po golu Pawła Lewandowskiego i początkowa przewaga Diabłów zupełnie się rozmyła. Piotr Ryszawa dołożył kolejne trafienie i Old Eagles złapali komfortową przewagę. Gospodarze nie poddawali się i przed przerwą Filip Olender miał okazję na pokonanie bramkarza przeciwników, ale mocny strzał z rzutu wolnego trafił w słupek. Po przerwie DTR wykorzystał brak skupienia w bloku obronnym gości i Filip strzelił na 2:4. Obie ekipy skupiły się na szukaniu sytuacji bramkowych, ale zdecydowanie częściej pod bramkę przeciwnika zapuszczali się zawodnicy z Koła i nowy golkiper DTRu Aleksander Klimkiewicz miał kilka okazji do pokazania swoich umiejętności w swoim pierwszym spotkaniu w Lidze Fanów. Długo opierał się atakom napastników Old Eagles, ale przy strzale Kamila Lubańskiego musiał skapitulować. Dwa kolejne trafienia w krótkim odstępie czasu dołożyli Piotr Parol i Paweł Lewandowski i końcówka zdecydowanie należała do zespołu gości. Diabła Trzeci Róg nie złożyli jeszcze broni i po świetnej wrzutce Rafała Sajeckiego piękną bramkę strzelił Piotr Kruszyński, ale było to za mało, żeby dogonić wynik. Kropkę nad i w ostatniej minucie spotkania postawił Paweł Lewandowski i po całkiem dobrym spotkaniu Diabła Trzeci Róg przegrali z Old Eagles 4:8.

W starciu Virtualnego Ń z OKS-em Nowy Raków faworytem wydawali się gospodarze. I dość szybko chcieli potwierdzić, że taka opinia przed meczem nie była na wyrost. Już na początku meczu duet Brzozowski – Kolasa miał dwie dobre okazje do otwarcia wyniku, ale obie zostały zaprzepaszczone. Powiedzenie do trzech razy sztuka nie wzięło się znikąd i kolejna próba zakończyła się sukcesem, kiedy to po asyście Szymona Kolasy do siatki trafił Patryk Brzozowski. Ten duet był bardzo ciężki do upilnowania i obrońcy OKS-u mieli z nim niemały problem. Mimo widocznej przewagi Virtualni długo nie mogli strzelić drugiej bramki – albo dobrze bronił Artur Macek, albo obrońcy skutecznie blokowali strzały rywali. Po początkowym zepchnięciu do defensywy, nieco śmielej zaczynali poczynać sobie zawodnicy Nowego Rakowa, ale zamiast wyrównać, stracili drugą bramkę. Jednak chwilę później Łukasz Peszuk po indywidualnym rajdzie trafił na 2:1 i takim wynikiem zakończyła się pierwsza część. W drugiej połowie znów Virtualni wyszli na dwubramkową przewagę i ponownie OKS wykazał się szybką ripostą strzelając gola na 3:2. W tym okresie mecz był już wyrównany, goście nie oddali pola rywalowi jak w pierwszych minutach i mogli się pokusić o dobry wynik. Tak się jednak nie stało, bo znów o sobie przypomnieli Patryk Brzozowski i Szymon Kolasa, którzy po dwójkowych akcjach, łącznie aż trzykrotnie trafili do siatki w dość krótkim odstępie czasu. To zupełnie odebrało nadzieję OKS-owi na choćby remis. Obie ekipy jeszcze po razie trafiły do siatki i mecz kończy się wynikiem 7:3. Virtualne Ń potwierdziło, że w tym sezonie jest w świetnej formie, Nowy Raków natomiast miał momenty dobrej gry, ale to było za mało, by coś w tym meczu wywalczyć.

LIGA 5

Świadomie Gorsi nie byli raczej stawiani w roli faworyta w starciu z Margerita Team, a już na pewno ich notowań nie podwyższał fakt, że między słupkami musiał stanąć zawodnik z pola, dla którego był to absolutny debiut w roli golkipera. Tymczasem to gospodarze jako pierwsi objęli prowadzenie w tym spotkaniu, za sprawą Michała Nawrockiego. Po tej bramce Świadomie Gorsi nieco cofnęli się do obrony, oddając pole Margericie, która próbowała konstruować atak pozycyjny, ale bez większego powodzenia. Przez długi czas nie zobaczyliśmy jakichś 100% okazji z jednej czy drugiej strony. Gospodarze czyhali na kontry, mieli ze dwa dobrze zapowiadające się ataki, ale również nie zakończyły się sukcesem. Dopiero po około 15 minutach goście podkręcili tempo, co zaowocowało w końcu dobrą, szybką akcją, w której parę podań otworzyło drogę do bramki Świadomie Gorszych. Pod koniec pierwszej połowy goście zostali ukarani żółtą kartką, co wykorzystali gospodarze trafiając na 2:1. Takim wynikiem kończy się pierwsza część, a na drugą połowę Margerita wyszła jeszcze w osłabieniu. W drugiej części obie ekipy prezentowały się już znacznie lepiej niż w premierowych 25 minutach, co przełożyło się też na więcej sytuacji bramkowych. Świadomie Gorsi trafili na 3:1 po dobrze rozegranym rzucie wolnym, co też było zwieńczeniem dobrego okresu ich gry. Goście nie rezygnowali i zdobyli bramkę kontaktową, ale w tym meczu górą okazali się gospodarze, którzy za sprawą Kamila Ruty ustalili wynik meczu na 4:2. Z pewnością była to mała niespodzianka w 5 lidze, bo Świadomie Gorsi nie wygrali wcześniej żadnego meczu, a Margerita wydawała się zdecydowanym faworytem.

Na Arenie Picassa zmagania w 5 lidze otworzyło spotkanie FC Internationale z Tartakiem. W naszej opinii faworytem był zespół gospodarzy, gdyż docierały do nas słuchy o małych problemach kadrowych Drwali. Przewidywania potwierdziły się połowicznie, bo o ile Tartak rzeczywiście pojawił się w skąpym składzie, to Drwale pokazali swój twardy charakter i udowodnili, że pozycja w tabeli nie jest przypadkowa. Strzelanie rozpoczął Aleksander Peszko, który w polu karnym zachował najwięcej zimnej krwi i otworzył wynik spotkania. Minęło kilka minut, a Internationale wyrównało stan meczu. W ciągu kolejnych 5 minut obejrzeliśmy ten sam scenariusz – Tartak wychodzi na prowadzenie, Internationale znów wyrównuje. Przy wyniku 2:2 obudził się w pełni duet Grudniewski – Łukasiewicz, który znacząco przyczynił się do zwycięstwa Tartaku. Przed przerwą wbili 2 bramki i ustalili wynik na 2:4, a kilka minut po przerwie jeszcze podwyższyli prowadzenie na 2:5. Przez kolejne 20 minut oglądaliśmy oblężenie bramki strzeżonej przez Konrada Dudka, ponieważ gospodarze ze wszystkich sił próbowali dogonić Drwali. Tymczasem gracze w złoto-czarnych strojach ograniczyli się w ofensywie do kontrataków i w ten sposób próbowali zagrozić bramce rywali. Gdy wydawało się, że wynik meczu już się nie zmieni, Drwale po rykoszecie strzelili gola do własnej bramki. Widać było, że na 2 minuty przed końcem gospodarze dojrzeli na horyzoncie szansę na zmianę wyniku. Na ich nieszczęście zapomnieli zupełnie o obronie... Łukasiewicz rozpoczynając grę od środka boiska przerzucił piłkę nad obrońcami, do niej dopadł Jakub Kawecki, popędził prawym skrzydłem i zdobył bramkę, która przesądziła, że tego meczu Tartak już nie przegra. W ostatniej minucie spotkania Internationale zdobyło jeszcze bramkę, ale cały mecz zakończył się wynikiem 4:6. Internationale spada tuż nad strefę spadkową, a goście rozsiadają się na pozycji vice-lidera ligi.

W ramach 5 kolejki FC Albatros podejmowało OldBoys Derby na arenie Picassa. Był to mecz bezpośrednich sąsiadów w tabeli, więc liczyliśmy na zacięty i pełny zwrotów akcji spektakl. Ku naszemu zadowoleniu nie było inaczej. Na początku spotkania to drużyna gości tworzyła groźniejsze sytuacje pod polem karnym rywali. Jedną z nich wykorzystał etatowy strzelec OldBoys Jacek Pryjomski, dając tym samym swojej drużynie prowadzenie. Jednak radość z przewagi długo nie trwała, bo do bramki Michała Piątkowskiego piłkę skierował Michał Kowalczyk. Oldboysi nie podłamali się tą sytuacją i po strzale Wojciecha Nowaka ponownie wyszli na prowadzenie. Po zejściu Pryjomskiego gra gości zaczęła się sypać i FC Albatros wyczuło swoją okazję. Najpierw do wyrównania stanu meczu doprowadził Cezary Małecki. Następnie dwa trafienia dołożył od siebie Artiom Pastushyk. I ponownie na listę strzelców dopisał się Małecki. Ponowne wejście Pryjomskiego na plac gry dało impuls gościom, którzy od razu ruszyli do ataku. Po podaniu od Pryjomskiego piłkę w siatce umieścił Tomasz Ciesielski i było już tylko 5:3. Tuż przed końcem pierwszej połowy bramkę kontaktową strzelił Andrzej Garman, co zapowiadało bardzo interesującą drugą połowę. Po przerwie, to goście narzucili swój styl gry rywalom. W pewnym momencie Valentyn Boiko wypatrzył niepilnowanego Wojciecha Nowaka i na tablicy wyników ponownie był remis. OldBoys nacierali coraz bardziej. Bramka dla gości wisiała w powietrzu, a sygnałem ostrzegawczym było uderzenie w poprzeczkę Pryjomskiego. Niestety zawodnikowi nie udało się strzelić w tym meczu więcej bramek, ale za to zagrał piłkę do Tomasza Ciesielskiego, który zapewnił komplet punktów gościom, po bardzo zaciętym meczu.

W meczu Dental Doctor z Byczkami Stare Babice już w pierwszych minutach zobaczyliśmy kilka bramek młodej ekipy z Babic. Od początku goście rzucili się do ataku, a Doktorzy jakby zaskoczeni całą sytuacją popełniali proste błędy w obronie. Po dziesięciu minutach było już 4:0 i widać było, że goście byli zdeterminowani, by wygrać jak najwyżej to spotkanie. W międzyczasie do zespołu gospodarzy dołączyli spóźnieni zawodnicy i po ich wejściu na boisko gra ekipy Marka Saneckiego zaczęła lepiej wyglądać. Kilka okazji do strzelenia bramek zmarnowali Doktorzy, aż w końcu kapitan Marek Sanecki zdobył gola, który dawał nadzieję, że jeszcze da się odwrócić losy spotkania. Do przerwy wynik brzmiał 1:5. Po zmianie stron Byczki nie zamierzali zwalniać tempa. W ofensywie duet Oskar Kania - Adam Trybus nie dawał spokoju rywalom i tylko dobra postawa Adriana Kłoskowskiego powodowała, że na tablicy wyników wynik nie był dwucyfrowy. Gospodarze starali się zmniejszyć rozmiary porażki, ale nadziewali się na kontry, które śrubowały statystyki indywidualne rywali. Dopiero w końcówce młodzi zawodnicy z Babic, mając korzystny wynik, spuścili trochę z intensywności gry i Dental Doctor potrafił strzałami z dystansu zaskoczyć golkipera Byczków. Ostatecznie goście wygrywają 6:11 będąc w tym dniu znacznie lepszym zespołem. Byczki oddaliły się od strefy spadkowej, za to Doktorzy mają nad czym myśleć, bo po 5 meczach mają zerowy dorobek punktowy i widmo gry w 6 lidze zbliża się do nich wielkimi krokami.

Dla Miejskich Ziemniaczków mecz z FC Freedom zaczął się katastrofalnie, bo już w pierwszej akcji meczu Serhii Sarabyn urwał się obrońcom i wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Drużyna z Ukrainy od początku sezonu imponuje zaangażowaniem. Po raz kolejny chłopakom udało się zebrać tylu zawodników na ławkę rezerwowych, że mogliby wystawić dwie drużyny, co wobec zaledwie dwóch zmian w teamie Ziemniaczków budowało naturalną przewagę. Goście znani są ze świetnej kondycji i twardej walki o każdą piłkę, więc postawili gospodarzom ciężkie warunki już od samego początku meczu i praktycznie zamknęli przeciwników na ich połowie. Wszelkie próby kontrataków były szybko kasowane przez obrońców, ale warto zwrócić uwagę na to, że cały zespół Freedomu wracał się do obrony, kiedy sytuacja tego wymagała. Kolejne gole dołożyli Serhii Sarabyn i Oleh Shevtsov, ale Ziemniaczkom udało się wykorzystać rozluźnienie w bloku obronnym przeciwnika i Jędrzej Miś pokonał Artema Bohatikova. Gospodarze złapali kontakt, ale bardzo szybko sytaucję uspokoił Serhii Sarabyn, który skompletował hat-tricka jeszcze przed przerwą. Drugą bramkę dla MZu trafił Paweł Żurek i na przerwę drużyny udały się z wynikiem 2:4. Skromna przewaga nie odzwierciedlała przebiegu meczu, bo przewaga Freedomu była praktycznie bezdyskusyjna. W drugiej części meczu Ukraińcy zasadniczo zabiegali przeciwników, a Seweryn Tkacz miał mnóstwo pracy między słupkami swojej bramki. W 30 minucie na 2:5 podwyższył Oleh Shetvtsov, a kolejna bramka padła dopiero po 10 minutach. Miejskie Ziemniaczki zostały przyparte do muru i nie mogąc nawet wyprowadzić kontry skupiły się na zamurowaniu dostępu do bramki. Napastnicy Freedom jeszcze dwukrotnie pokonali bramkarza gospodarzy i przy stanie 2:8 sędzia zagwizdał koniec meczu.

LIGA 6

W ramach 5 kolejki Bad Boys podejmowało FC Po Nalewce na arenie Picassa. Mecz zapowiadał się bardzo interesująco. Obie drużyny w tabeli miały po 9 punktów, więc nie było zdecydowanego faworyta. Szczególnie, że na meczu nieobecny był Radosław Jankiewicz, który dawał gościom ogromną przewagę w poprzednich spotkaniach. W mecz o wiele lepiej weszła drużyna FC Po Nalewce, która szybko wyszła na prowadzenie. Ich gra na początku była ułożona i dobrze sprawdzała się na tle rywala. Natomiast gospodarze bardzo długo szukali swojego rytmu meczowego. Przykładem może być sytuacja, w której bramkarz Bad Boys wybijając piłkę nabił Mateusza Rudnika w taki sposób, że futbolówka wpadła do siatki. W grze gospodarzy utrzymywał Bartek Podobas, który dwukrotnie wpisał się na listę strzelców w pierwszej połowie. Drugą część spotkania goście zaczęli bardzo pewnie, ale zdobycie piątej bramki spowodowało spore rozluźnienie w ich szeregach. Przyczyniło się to do słabszej i bardziej chaotycznej gry. Gospodarze widząc błędy u rywali zaczęli grać bardziej ofensywnie. Dzięki temu zdołali doprowadzić do remisu. W obu drużynach robiło się bardzo nerwowo. Każdy wiedział, że do zdobycia trzech punktów brakuje tylko jednej bramki, ale do przegranej również. W tej całej sytuacji najpierw goście wyszli na prowadzenie, ale po chwili gospodarze znów wyrównali stan meczu. Decydujący okazał się rzut wolny w ostatniej minucie spotkania. Podczas jego wykonywania bramkarz gospodarzy nie widział dobrze piłki, a Łukasz Gaba oddał mocny strzał po ziemi prawie z połowy boiska i dał tym samym swojej drużynie zwycięstwo.

Mecz Zakonu Bonifratrów z Przypadkowymi Grajkami zapowiadał się interesująco, bo wydawało się, że forma Zakonu idzie powoli w górę. Z tego też powodu stwierdziliśmy, że w tym meczu w zapowiedziach wskażemy zespół gospodarzy jako potencjalnego zwycięzcę. Początek rzeczywiście należał do Zakonników, bo na prowadzenie wyprowadził ich Marcin Stachacz. Jak się okazało, były to dobre „złego" początki. Przypadkowe Grajki za sprawą Mateusza Adamowicza wyrównali, a kolejne bramki dołożyli Maciek Krupiński i Mateusz Adamowicz. Przed przerwą piłkę do bramki wpakował po raz kolejny Krupiński i goście schodzili na przerwę przy prowadzenie 1:4. W pierwszej akcji po rozpoczęciu drugiej połowy goście po raz kolejny udowodnili, że w tym meczu walczą tylko o 3 punkty. Adamowicz podał do Krupińskiego, a ten skierował piłkę do bramki. Zakonnicy odpowiedzieli bramką Marka Konopko i wydawało się nam, że w tej drugiej połowie w końcu odpalą. Tego dnia nie było jednak mocnych na duet Krupiński – Adamowicz. Panowie przełamywali obronę przeciwników raz za razem i zakończyli mecz strzelając łącznie 8 bramek. Zakonnicy walczyli dzielnie do końca, ale wynik 5:11 mówi sam za siebie. Zakon musi się wziąć do roboty, bo tak słabego początku sezonu nikt się nie spodziewał. Goście z kolei uplasowali się na spokojnie w środku tabeli i przed nimi decyzja, o co grają w tym sezonie.

Na zakończenie kolejki w 6 lidze zmierzyły się dwa ofensywnie grające zespoły, LTM który depcze po piętach FC po Nalewce oraz LandTech który musi gonić czołówkę, która powoli zaczęła odjeżdżać. Spotkanie lepiej rozpoczęły Techy, którzy po indywidualnej akcji Damiana Gałeckiego wyszli na prowadzenie. Nie nacieszyli się nim zbyt długo, bo kilka akcji później zespół gości doprowadził do wyrównania. Denis Jugas trafił po asyście najlepszego tego dnia na boisku Krzyśka Kulibskiego. I tak ten mecz wyglądał, jedni wychodzili na prowadzenie, drudzy gonili i później zmiana. Typowy mecz w którym miał królować futbol ofensywny, a defensywa... nie zawsze bywa najważniejsza. Pod koniec pierwszej połowy rzut karny na bramkę zamienił Krzysiek Kulibski, a w odpowiedzi padły jeszcze dwie bramki dla LandTechu i pierwsza połowa zakończyła się remisem 4-4. Druga połowa rozpoczęła się identycznie jak pierwsza. Ataki w jedną i drugą stronę. Po jednej stronie barykady duet Gałecki – Ciszek, z drugiej strony Kulibski – Bogdański. Ten ostatni wyprowadził swój zespół na prowadzenie 7-5 po bardzo ładnym strzale z woleja po dalekim rzucie z autu. Gospodarze cały czas walczyli i tanio skóry nie sprzedali, LTM nie miał nawet chwili wytchnienia w tym spotkaniu, a wynik był cały czas na styku. O tym jak intensywny był to mecz i jak oba zespoły walczyły w tym spotkaniu niech świadczy fakt, że sędzia główny tego spotkania podyktował aż cztery rzuty karne! Zawodnicy wszystkie te karne zamienili na bramki, a wynik ostateczny spotkania brzmiał 8:11. LTM zadomowił się na miejscach medalowych w tabeli, natomiast przed Damianem Gałeckim i spółką ciężkie zadanie, żeby włączyć się do walki o podium.

 LIGA 7

Rozgrywki 7 ligi rozpoczęły się od spotkania Gastro Sparty z drużyną Slavic Warszawa. Mecz dwóch drużyn sąsiadujących ze sobą w tabeli zapowiadał się wyśmienicie. Jak się okazało, nie wszyscy mogli cieszyć się w pełni z tego spotkania, bo zawodnik Slavicu – Arek Zarzycki zakończył swój udział w meczu w 3 minucie spotkania. Mamy jednak nadzieję, że kontuzja nie okaże się poważna, a zawodnik grający na co dzień z numerem 8, szybko wróci do gry. Wróćmy jednak do wydarzeń boiskowych, a tam działo się sporo. Obie drużyny próbowały sprawdzać czujność bramkarzy, ale Serhii Orenchuk w bramce Gastronomików i Mateusz Gołębiewski w bramce Slavicu, byli wyjątkowo czujni. Strzelecki impas został jednak przełamany za sprawą Tomasza Markowicza i Przemka Harciarka. Ten pierwszy podawał, a Przemek pokonał świetnie dysponowanego Orenchuka. Slavic objął prowadzenie, którego nie oddał do końca pierwszej połowy. Sporo się działo, ale wynik 0:1 jasno wskazuje, że został zachwiany balans między ofensywą, a defensywą na rzecz tej drugiej. Męskie słowa padły w przerwie meczu w zespole Gastro Sparty, która znowu ruszyła do ataku. Tymczasem bramka wyrównująca padła dość niespodziewanie, bo w naszej ocenie Ivan Khomyn... chyba próbował dogrywać w pole karne. Zrobił to jednak z taką gracją, że trafił do bramki i Gastronomicy osiągnęli remis 1:1. Wydawać by się mogło, że doświadczenie w tym momencie powinno przeważyć na korzyść gospodarzy, ale wyraźnie inne zdanie miał Maciej Beręsewicz. Piekielnie mocne i precyzyjne uderzenie z dystansu i... szał radości na ławce Slavicu. Drugą asystę zanotował Tomek Markowicz, a my nie mogliśmy obok tego przejść obojętnie i sprawdziliśmy co ma do powiedzenia po meczu (wywiad do obejrzenia na naszym FanPejdżu). Układ sił zmieniła trochę żółta kartka otrzymana przez Patryka Mentela i wydawało się, że Gastronomicy w końcu dopną swego. Zabrzmiał jednak końcowy gwizdek, a wraz z nim uleciały wszystkie marzenia gospodarzy o dobrym wyniku w tym meczu. Slavic wygrywa i zbliża się do czołówki.

„Aż nas swędzi klawiatura, kiedy ma grać Awantura". Widząc jak w tym sezonie radzą sobie rezerwy Awantury byliśmy przekonani, że ich mecz z Mikrostrzelbami ma zadatki na wyjątkowo ciekawe widowisko, a my będziemy mieli co opisywać w pomeczowej relacji. Goście potrzebowali punktów, ale Awanturnicy to trudny rywal, który ma ogromną ochotę na awans w tym sezonie. Spotkanie otworzył bezpośrednim trafieniem z rzutu wolnego Daniel Pyza, który po raz kolejny udowadnia, że przerasta rywali na tym poziomie rozgrywkowym. W ciągu kolejnych 5 minut zanotował asystę i strzelił jeszcze jedną bramkę wyprowadzając swój zespół na 3 bramkowe prowadzenie. W końcu obudziły się jednak Mikrostrzelby, które za sprawą Marka Jasińskiego i Tomka Kowalczyka złapały kontakt z rywalem. Wynik do przerwy ustalił Grzesiek Himkowski i obie drużyny poszły myśleć nad tym, co można poprawić w swojej grze. Wynik – 4:2. Po przerwie Dość szybko wszystko stało się jasne, bo Awanturnicy strzelili w krótkim czasie 5 bramek, samemu tracąc tylko 1. Znów pokazał się Pyza, który do spółki z Himkowskim byli odpowiedzialni za większość bramek dla zespołu gospodarzy w tym meczu. Goście walczyli jednak ambitnie do końca i końcowy fragment spotkania należał do nich. Niestety wynikało to bardziej z faktu, że wynik był już bardzo bezpieczny dla Awantury i ich zwycięstwo nie było w jakimkolwiek stopniu zagrożone. Awantura II wygrywa 10:5 i ląduje w czubie tabeli, a goście muszą zacząć punktować, bo czerwona strefa to nie jest miejsce, w którym chcieliby się znaleźć na koniec sezonu.

Przed tym spotkaniem, zastanawialiśmy się, w jakim składzie pojawią się gospodarze. Jak się okazało, przez pierwszy kwadrans FFK tego składu nie miał nawet kompletnego, mecz rozpoczął się więc od gestu Fair Play Elitarnych i na boisko wyszło łącznie 10 zawodników, a nie jak to zazwyczaj bywa 12. Gościom taki obrót sprawy nie robił większej różnicy, dominowali od początku gry. Szybkie bramki Mateusza Zalewskiego i Adama Długołęckiego ustawiły to spotkanie, a później to była już czysta zabawa. Po kwadransie gry, gdy do gospodarzy dołączył szósty zawodnik, wynik brzmiał 0-4. Niestety dla gospodarzy, im dalej w mecz, tym bardziej nakręcał się zespół Elitarnych. Od momentu gry w pełnych składach, do przerwy do siatki trafiał tylko zespół Elitarnych za sprawą Mateusza Zalewskiego. Drugą połowę lepiej zaczęli zawodnicy FFK Oldboys, najlepszy wśród gospodarzy Przemysław Szabat zagrał idealnie pod nogi Darka Filipka, a ten zdobył bramkę dającą nadzieję na korzystny wynik. Te nadzieje szybko legły w gruzach, ponieważ 6 następnych bramek było udziałem graczy z Gocławia. Dopiero przy wyniku 1-11 spotkanie trochę się wyrównało, 2 bramki zdobył Przemek Szabat. To było jednak za mało, żeby powalczyć z duetem: Zalewski – Loks. Obaj panowie zdobyli łącznie 10 z 13 bramek, którego tego dnia padły łupem gości. Elitarni łapią kontakt z czołówką, FFK OLDBOYS musi wziąć się w garść, bo widmo spadku zaczyna zerkać w ich stronę.

Łączna ilość bramek – 22. Odnotowana dominacja którejkolwiek z ekip – brak. Przedmeczowe przewidywania – do śmieci. Tak moglibyśmy w skrócie podsumować mecz, który został rozegrany pomiędzy zespołami Laissez Faire United, a CompatibLem. Gospodarzy przed tym spotkaniem nie mieli na swoim koncie żadnych punktów, goście zaś byli niepokonanym liderem, z kompletem zwycięstw. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że przecież faworyt jest jeden. I tu do gry wkracza znane i lubiane powiedzenie, że w piłce nożnej nie istnieją „pewniaczki", a przykładowo Legia też gubiła punkty w meczach z Odrą Wodzisław. Przechodząc jednak do meczu, pierwsza połowa to istna wojna dwóch gladiatorów. 1:0,1:1,1:2,2:2,3:2,3:3,4:3,4:4,4:5.... Ciężko było nadążyć za tak szybko zmieniającym się wynikiem. O ile po stronie gospodarzy strzelców bramek było kilku, o tyle w drużynie gości prawdziwym killerem pod bramką przeciwnika był Volodymyr Bindas, który skompletował do przerwy hat-tricka. Po przerwie jednak coś się w drużynie Laissez Faire zacięło, a inicjatywę przejęli goście, którzy raz za razem punktowali i doprowadzili do wyniku 5:9. Przez ten czas jedyny gol dla gospodarzy padł po rzucie karnym i wydawało się, że faworyt doszedł w końcu do głosu. Ha,ha,ha mogli zaśmiać nam się w twarz gracze Laissez Faire, bo dosłownie w kilka minut doprowadzili do remisu 9:9! Architektem tego comebacku był z całą pewnością ich kapitan – Tomek Kołodziejczuk, który dwukrotnie pokonał Edvarda Radkevicha. Obraz gry nie uległ zmianie, bo na każdy atak CompatibLu, atakiem odpowiadali gospodarze! Organizatorom skończyła się kartka, gdy sędzia zagwizdał po raz ostatni. Wynik 11:11 mówi sam za siebie. Obu drużynom gratulujemy cudownego widowiska i jesteśmy przekonani, że rewanż będzie równie emocjonujący. Gospodarze w naszych oczach urośli niesamowicie i w takiej formie długo nie zagrzeją miejsca w strefie spadkowej.

W meczu FC Albatros kontra NAF Genduś dość długo musieliśmy czekać na pierwszą bramkę, mimo że było parę okazji do otwarcia wyniku. Pierwszy gol padł dopiero po około 10 minutach gry, kiedy to Rafał Złotnik po podaniu Yaroslava Udota dał prowadzenie Albatrosom, na co Genduś odpowiedział trafieniem z rzutu wolnego autorstwa Pawła Madeja. Mecz wciąż był wyrównany i żadna z drużyn nie osiągnęła widocznej przewagi. Yaroslav Udot ponownie wyprowadził swój zespół na prowadzenie, ale szybką odpowiedzią popisał się Paweł Madej. Następnie ten zawodnik skompletował hat-tricka ustalając wynik do przerwy na 2:3. Na samym początku drugiej połowy do wyrównania doprowadził Konrad Kostrzewa i mecz rozpoczął się na nowo. Dobre tempo i nieustępliwość w walce o piłkę sprawiła, że dobrze oglądało się rywalizację tych zespołów. W dalszej fazie meczu nieco większą przewagę osiągnął Genduś. Najpierw Piotr Lempkowski wyprowadził swój zespół na ponowne prowadzenie 3:4, a później goście mieli parę okazji do podwyższenia, ale piłka nie mogła znaleźć drogi do siatki. Gdy sędzia podyktował rzut karny dla gości, Paweł Madej już się nie pomylił, pewnie wykorzystując „jedenastkę". Albatrosy grały ambitnie do końca, udało się zdobyć bramkę kontaktową, a w dodatku w samej końcówce szansę na remis miał Konrad Kostrzewa, ale zamiast do bramki, trafił w słupek. I w ten sposób zamiast remisu, Genduś wraz z końcowym gwizdkiem przypieczętował swoje zwycięstwo ustalając wynik spotkania na 4:6.

LIGA 8

W ramach 5 kolejki Orły Białe Auuu podejmowały zespół Mobilis na arenie Picassa. Patrząc na dotychczasowy dorobek punktowy obu zespołów, to goście byli stawiani jako faworyci. Jednak przed tym meczem przewidywaliśmy sprawienie niespodzianki i zwycięstwo Orłów. Przewagę kadrową w tym spotkaniu miała drużyna gospodarzy przy jedynie jednej zmianie po stronie gości. Początek spotkania był bardzo wyrównany. Zarówno jedna jak i druga drużyna tworzyła sporo sytuacji pod bramką rywala. W pierwszej połowie spotkania największy wpływ na wynik miał bramkarz Mobilisu – Łukasz Kulesza, który niejednokrotnie ratował swoją drużynę od utraty bramki. Jego postawa w bramce i skuteczna gra jego kolegów w ataku pozwoliła na wypracowanie czterobramkowej przewagi nad rywalem i późniejszą kontrolą gry. Honorowe trafienie dla swojego zespołu w pierwszej połowie zanotował Marcin Tomczak, który został obsłużony przez Daniela Trzaskoma. Jeszcze przed gwizdkiem na przerwę Mobilis zdobył dwie bramki, którymi autorami byli Marcin Chyża oraz Mateusz Socha. Obaj zawodnicy mieli ogromny wkład przy reszcie trafień z pierwszej części gry. Po wznowieniu gry gospodarze chcieli jak najszybciej odrobić straty i od razu ruszyli do ataku. Po chwili jedną z akcji udało się zamienić na bramkę, a jej autorem ponownie był Marcin Tomczak. Drużyna gości widząc motywacje u rywali ponownie przyspieszyła grę. I szybko wyprowadziła dwa skuteczne ciosy za sprawą Mateusza Socha. Pewna przewaga gości spowodowała rozluźnienie w jej szeregach. Natomiast Orły jeszcze miały nadzieję na odwrócenie losów spotkania. Ostatnie minuty zdecydowanie należały do gospodarzy, a duet Szarkowski – Tomczak zniwelował przewagę gości tylko do dwóch bramek. Nie mamy pojęcia co mogłoby się wydarzyć jeśli mecz trwałby jeszcze z pięć minut, ale to ostatecznie goście inkasują trzy punkty i meldują się na fotelu lidera 8 ligi.

Ekipa Remontowa z meczu na mecz wygląda coraz lepiej, a gdy jeszcze przyjdzie cały ich skład to będą groźni dla każdego rywala w tej lidze. Tekton Capital po dwóch tygodniach przerwy od gry w lidze wyszedł głodny zwycięstwa w tym spotkaniu. Bramkę już w pierwszych minutach spotkania dla gości zdobył Paweł Portacha. Na odpowiedź Ekipy nie czekaliśmy długo, bardzo ładną akcję Kacpra Pękały wykorzystał najlepszy tego dnia u gospodarzy Zbigniew Brzeziński, a kilka minut później znów asysta Kacpra, tym razem przy bramce Darka Pocztowskiego. Mało w tym meczu było Sebastiana Dominiaka, był jakby przygaszony i nie był w stanie pomóc swojemu zespołowi tak, jak to robi zazwyczaj, w jego buty próbował wejść Portacha, jednak nie wyszło to najlepiej. Do przerwy wynik 3-3 co zapowiadało dużo emocji w drugiej części gry. Tak się jednak nie stało, bo Zawodnicy Patryka Barchwica weszli na tak wysokie obroty, że Tekton nie zdołał nic zrobić. Świetnie spisywało się trio Bilski – Pękała – Brzeziński. Pierwszy trzymał w ryzach całą defensywę, drugi napędzał ataki i asystował. Najczęściej przy bramkach Brzezińskiego, który w całym spotkaniu strzelił aż 5 bramek. Drużyna Tektonu w drugiej połowie zdołała zdobyć tylko jedną bramkę, co przy siedmiu ekipy gospodarzy musiało się skończyć wysoką porażką. Ekipa coraz pewniej sobie radzi w lidze, będąc już na miejscach medalowych, natomiast Tekton zajmuje miejsce w srodku tabeli, ale mają potencjał, żeby namieszać w górnej części klasyfikacji.

W ramach 5 kolejki LA Fortuna FC podejmowało Oldboys Derby II na arenie Picassa. Mecz zapowiadał się dosyć jednostronnie. Drużyna LA Fortuna FC na pewno miała więcej argumentów w ofensywie, co stawiało ją w roli faworyta tego spotkania. Od początku spotkania było widać przewagę drużyny gospodarzy. Goście próbowali grać, ale zawsze ich tempo było o jeden stopień za wolne i nie zaskoczyli rywali niczym szczególnym. Na pewno nie można zabrać im jednak chęci do walki o każdą piłkę. Gospodarze kompletnie urządzili sobie z boiska strzelnicę, a za tarczę wzięli rywali. Na nieszczęście gości ich celowniki były bardzo dobrze ustawione i rzadko pudłowali. Pod tym względem mecz był bardzo jednostronny. Pomimo tego trzeba pochwalić dwóch zawodników z drużyny LA Fortuna FC: Ivana Khomyna i Arsena Oleksiva, którzy prowadzili grę swojej drużyny. Uczestniczyli oni przy prawie wszystkich trafieniach. Pomimo ogromnej przewagi nie składali broni i dalej dobijali zmęczonego rywala, co pokazało, że ani przez moment ich nie zlekceważyli. Niestety w ten weekend tylko pierwszy zespół OldBoys Derby miał powody do radości, ale czujemy, że drugi zespół jeszcze nie raz nas zaskoczy. Natomiast gratulujemy wygranej LA Fortuna FC. Widać, że po trudnym początku ich gra wygląda coraz lepiej i jeżeli forma Fortuny będzie wzrastać, to mogą się pokusić o medal w tym sezonie.

Ten mecz opisaliśmy króciutko w plusach i minusach, ale przyszedł czas na opowieść, jak to Tsubasa Ozora swój drugi punkt w historii ligi zdobywała. Przeciwnikiem był bardzo mocny zespół Szukamy Sponsora, który w ostatnich kolejkach zanotował 3 kolejne wygrane. Wynik zgodnie z oczekiwaniami otworzył Marcin Sojczyński, który wykorzystał podanie Krzyska Westenholza. Tsubasa odpowiedziała akcją Niemirskiego z Ledzińskim i bramką tego pierwszego. Przed przerwą dla Poszukujących gola zdołał zdobyć Piotr Maciuk i na przerwę obie drużyny schodziły przy stanie 1:2. Druga połowa rozpoczęła się od ataków gości, ale to gospodarze otworzyli konto bramkowe w drugiej części gry. Wszystko za sprawą Bartosza Pawlaka, który pięknie trafił z rzutu wolnego i doprowadził do remisu. Gdy po chwili do siatki rywali trafił Marcin Piłka, ławka Tsubasy oszalała ze szczęścia, a w drużynie Poszukujących rozpoczęły się nerwy. Sędzia szybko uspokoił zawodników, a żółtą kartkę obejrzał Kamil Anczewski. Chwilę później sytuacja uległa zmianie, bo to Tsubasa grała w osłabieniu, a bramkę zdobył Kamil Anczewski. Remis 3:3! Tsubasa Ozora tego dnia była jednak potwornie zmotywowana, wszak na meczu pojawiło się aż 14 zawodników. Po raz kolejny mogli krzyczeć z radości, gdy Paweł Niemirski trafił po podaniu Pawlaka. 4:3 dla Tsubasy! Musimy jednak oddać gościom, że szybciutko udowodnili, że miejsce w tabeli w czołówce to nie jest przypadek. Najpierw ładna bramka Figury, a chwilę później cudowne podanie z własnej połowy Filipa Rostkowskiego, które z najbliższej odległości na bramkę zamienił Marcin Sojczyński! 4:5! Tego dnia gościom nie było dane jednak zwyciężyć, bo za faul z boiska wyleciał Daniel Lasota. Gospodarze wykorzystali grę w przewadze i za sprawą Andrzeja Barcińskiego wyrównali stan meczu. Tsubasa do końca próbowała, ale zabrzmiał gwizdek sędziego i obie drużyny podzieliły się punktami. Mimo to, takich meczów nam trzeba drodzy państwo, więc obyśmy częściej mogli oglądać tak wyrównane spotkania!

Spotkanie kończące zmagania w 8 lidze to pojedynek „starych znajomych" Green Teamu i FC Alfy. W dotychczasowych spotkaniach dwukrotnie wygrywał Green Team, a Alfa wygrała jedno spotkanie. Tym razem goście zrobili wszystko, żeby wyrównać niekorzystny bilans. Gospodarze pojawili się na meczu bez nominalnego bramkarza, a miejsce między słupkami zajął Marcin Szatkowski. Nie mamy pewności, czy Marcin nie żałował swojej decyzji, bo Paweł Bąbel tego dnia był w wyjątkowo wybornej formie i na wszystkie sposoby starał się trafiać do bramki rywali. Niech podsumowaniem występu Bąbla będzie fakt, że Paweł strzelił 6 bramek i dołożył do tego 1 asystę. Czapeczka z głowy i respekcik się należy. Wracając do meczu, to pierwsza połowa nie zapowiadała tak wysokiego zwycięstwa Alfy. Dość powiedzieć, że to Rafał Drążek otworzył wynik meczu i wyprowadził Zielonych na prowadzenie. Alfa odpowiedziała 3 trafieniami, ale Green Team ma od czegoś Daniela Kurowskiego w składzie. SuperSnajper Zielonych zaliczył asystę i bramkę i doprowadził do wyrównania. Jednakże, Paweł Bąbel jeszcze przed przerwą trafił ponownie i było 3:4. Druga połowa to całkowita dominacja graczy drużyny FC Alfa. Zawodnicy gości pokazali, że w takim składzie, mogą uchodzić za faworytów na poziomie 8 ligi. Druga część spotkania została przez nich wygrana 9:3, a wynik całego meczu brzmiał 6:13. W szeregach gospodarzy należy wyróżnić Daniela Kurowskiego i Rafała Drążka, którzy próbowali dotrzymać kroku Alfie. Końcowy rezultat sprawił, że Alfa dogoniła czołówkę, A Green Team znalazł się niebezpiecznie blisko strefy spadkowej, co przy rosnącej formie drużyn z dołu tabeli...może mieć dla Zielonych opłakane skutki.

LIGA 9

Poranki bywają czasem ciężkie, ale w tym wypadku mogło chodzić tylko o jedno... Pojedynek na szczycie, którego ciężar gatunkowy był nie do opisania. Naprzeciwko siebie stanęły zespoły Decco Team i Borowików. Gospodarze zachwycali nas w ostatnich kolejkach swoją grą i mieli szansę stworzyć niesamowite widowisko w tym meczu oraz upatrywaliśmy nawet ich szansę na pokonanie Grzybków. Niestety 6-osobowa ekipa walczyła dzielnie, ale w dłuższej perspektywie wygrała szersza kadra. Wynik meczu otworzył niezawodny Mykola Senkiv, który trafił po podaniu Macieja Kucharskiego. Decco Team odpowiedziało mocno, bo najpierw trafił Stasiek Tymiński, a chwilę później to samo uczynił Stasiek Korba. 2:1 i biorąc pod uwagę okoliczności, mamy małą sensację. Przed przerwą w polu karnym odnalazł się... a jakże! Mykola Senkiv i strzałem po długim rogu umieścił piłkę w siatce. 2:2 do przerwy! Druga połowa rozpoczęła się znów od trafienia Staśka Korby. Młody gracz pechowo jednak umieścił piłkę we własnej bramce i Borowiki wyszły na prowadzenie. Kilka minut później nie najlepiej zachował się Adam Kolanowski, który sfaulował przeciwnika w polu karnym. Do piłki podszedł Stasiek Korba, który miał okazję zrehabilitować się za tego samobója... niestety... piłka poszybowała niczym Noriaki Kasai w Planicy daleko za bramkę. Bardzo współczujemy młodemu zawodnikowi, ale jesteśmy spokojni o to, że za tydzień się „odkuje" i znajdzie drogę do bramki. Tymczasem stara prawda piłkarska o niewykorzystanych sytuacjach znowu znalazła swoje odzwierciedlenie. Do bramki Decco Team trafił dwukrotnie Mykola Senkiv, przekraczając magiczną granicę 20 bramek po 5 kolejkach. Aktualnie Mykola ma na swoim koncie 22 bramki i jest... dwukrotnie lepszy od następnego rywala w klasyfikacji. Coś niesamowitego. Nikt więcej nie trafił do bramki, a całe spotkanie zakończyło się wynikiem 2:5. Borowiki nadal na czele, pewnie zmierzają po złote medale, a Decco Team notuje stratę punktów i w ligowej tabeli rywale zaczynają młodzieżowców powoli doganiać.

W ramach piątej kolejki A.D.S. Scorpion's podejmował Vistule Varsovia. Pomimo kontuzji dwóch bramkarzy ekipa gospodarzy miała jeszcze trzeci wybór, którym był Filip Rostkowski. W roli faworyta była stawiana drużyna Skorpionów, którzy prezentują się naprawdę wyśmienicie w tym sezonie. Od początku meczu to ekipa A.D.S. Scorpion's prowadziła grę i często gościła pod polem karnym rywali. Widać, że okres przygotowawczy do nowego sezonu nie poszedł na marne. W porównaniu do poprzedniego sezonu znacznie poprawiła się gra gospodarzy, którzy w tym momencie tworzą zgrany kolektyw. A.D.S. Scorpion's grało prosto i schematycznie w tym spotkaniu. Nie potrzebowali więcej, aby bramkarz rywali musiał niejednokrotnie wyjmować piłkę z bramki. Natomiast jeśli chodzi o drużynę Vistuli to mieli zdecydowanie mniej piłkarskich argumentów niż zespół gospodarzy. Ich gra była przewidywalna. Nieraz zostawiali bardzo dużo wolnej przestrzeni w środku pola, co stwarzało kolejne szanse dla gospodarzy. Najbardziej wyróżniającym się graczem gości był Mateusz Czekaj, który swoją grą trochę postraszył defensywę rywali oraz nieraz zmuszał Rostkowskiego do interwencji. Przez cały mecz ciągnął swoją drużynę, ale na takiego przeciwnika jakim byli A.D.S. Scorpion's to było zdecydowanie za mało. Jedynie czego nie można odebrać gościom to chęci do gry, która była ogromna. Skorpiony wbiły rywalom 10 bramek, samemu tracąc 5. Dzięki temu zwycięstwu, zostali samodzielnym vice-liderem i do samego końca będą gonić Borowików. Z kolei Vistula musi czekać na kolejne mecze, bo aktualnie znaleźli się w strefie spadkowej, a jak wiadomo nie jest to szczyt marzeń żadnej z ekip.

Na zakończenie zmagań 9 ligi mistrzów, gdy grzeczne dzieci poszły już spać, na boisku zameldowały się drużyny Phoenix Warsaw FC i Pogromców Poprzeczek. Pojedynek w dolinie tabeli, jak żartował sobie jeden z zawodników, miał dość nieoczekiwany przebieg. Nieoczekiwany, ponieważ spodziewaliśmy się zaciętego meczu i walka do ostatniego gwizdka. Zamiast tego obejrzeliśmy rzeź niewiniątek, którą zgotowały rywalom Feniksy. W pierwszej połowie niekwestionowanym liderem swojej drużyny był Artur Trojanowski, który rozprowadzał ataki i dobrze rozgrywał piłkę, będąc samemu groźnym pod bramką Rafała Klimiuka. Pogromcy w pierwszej połowie nie mieli zbyt wielu argumentów, brakowało drużynowej gry, a jedyne okazje były tworzone raczej przez indywidualności, niż po składnych akcjach. W drugiej połowie nic się nie zmieniło i Feniksy kontynuowały rozbiór drużyny Pogromców, która może i próbowała, ale skuteczność wołała o pomstę do nieba. „Na kierownicy" w zespole Phoenixa Artura Trojanowskiego zastąpił Michał Kurowski i to właśnie gracz z 8 na plecach został wybrany MVP całego spotkania. Przy stanie 11:0, Feniksy w końcu spuściły z tonu, a Mateusz Niewiadomy ustrzelił dublet. Najpierw asystował mu Maciej Kędzielski, a później Mateusz sam wywalczył piłkę i wbił ją do bramki strzeżonej przez Andrzeja Gorzkowskiego, któremu życzymy 100 lat i samych czystych kont, gdyż w niedzielę obchodził urodziny. Końcowy wynik 11:2 mówi wszystko. Feniksy rozpoczynają marsz w górę tabeli, a Pogromców czeka starcie z dwoma drużynami z czołówki i mamy nadzieję, że idąc śladem niespodzianek z tego tygodnia... też taką sprawią w następnych spotkaniach.

Zaległe Mecze

Mecz Bulbezu z East Windem miał jednego faworyta i była nim ekipa gości. Bulbez tego dnia przyszedł w dość wąskiej kadrze, tymczasem East Wind stawił się w naprawdę mocnym zestawieniu. Już w pierwszych minutach meczu Damian Patoka udowodnił, że nie na darmo zgarnia kolejne tytuły króla strzelców. W 2 minucie spotkania otworzył wynik, a przed przerwą zdołał jeszcze trafić raz do bramki, oraz wypracował gola koledze. Na przerwę oba zespoły schodziły przy stanie 0:3. Zaraz po przerwie trafił w końcu Bulbez, a konkretnie Maciek Paluchowski, który wykorzystał podanie Bartka Łachowskiego. To tylko podrażniło East Wind, który rozpoczął prawdziwą kanonadę na bramkę strzeżoną przez Marcina Osowskiego. Świetny mecz rozegrał Maks Himel, który w drugiej połowie skompletował hat-tricka i cały mecz zakończył z 4 bramkami na koncie. Tyle samo bramek zdobył Damian Patoka, który umocnił się na pozycji lidera strzelców w rozgrywkach Ekstraklasy. Damian nie dość, że zaimponował wszystkim formą strzelecką, to jeszcze asystował , między innymi przy bramce Bartosza Fornala na 1:10. Ostatnie słowo w tym meczu należało jednak do Bulbezu. Podyktowany został rzut karny za faul na Wiktorze Polonsky'm, a z „wapna" do siatki trafił niezawodny Marcin Osowski, którego docenili rywale, wybierając go graczem meczu po stronie drużyny Bulbezu. Ostateczny wynik 2:10, odzwierciedla przebieg spotkania. East Wind od początku do końca kontrolował spotkanie i udowodnił, że w tegorocznych rozgrywkach chce powalczyć o „pudło" Bulbez musi skupić się raczej na walce o utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Zaległy mecz w 1 lidze pomiędzy Chłopcami z Bielan i Drunk Teamem zapowiadał się dość ciekawie, ponieważ gospodarze aspirują do walki o podium, a goście to drużyna, która lubi zaskoczyć i choć nie wygrali jeszcze w tym sezonie, to w każdym meczu prezentowali się bardzo dobrze. Tym razem zaskoczenia nie było, Chłopcy zebrali solidny skład pozwalający na zmianę całej drużyny w polu, za to Drunk Team grał tylko z jedną zmianą. Gospodarze grając wysoki pressing praktycznie zamknęli Drunkersów na ich połowie i grad strzałów posypał się na bramkę Michała Sujowskiego. DT odpowiadał kontrami, a w jednej z nich Damian Wolski wyszedł sam na sam z golkiperem Chłopców, ale Adrian Sosnowski nie dał się pokonać. Przewaga gości rosła i w 13 minucie worek z bramkami rozerwał Paweł Pająk. Po chwili strzałem z rzutu wolnego podwyższył Dawid Pigiel, a trzecią bramkę dołożył Damian Kowalewski. Drunk Team bronił się jak umiał, ale przewaga CHZB była niezaprzeczalna. Blok defensywny nie pozwalał rozpędzić się Łukaszowi Walo, a napad działał jak dobrze naoliwiona maszyna i goście schodzili na przerwę z wysokim prowadzeniem 5:0 i było już raczej jasne, kto zwycięży w tym spotkaniu. W drugiej części meczu obraz gry nie zmienił się, Chłopcy szybko zdobyli bramkę na 6:0, ale w 33 minucie Drunk Team w końcu się przełamał, a pięknego gola z rzutu wolnego zdobył Damian Wolski. Damianowi udało się po chwili zdobyć drugie trafienie, ale defensywa gospodarzy szybko uspokoiła grę i Chłopcy kontrolowali spotkanie już niemal do samego końca. W końcówce obie drużyny trafiły jeszcze po razie i z wynikiem 7:3 Chłopcy zdobywają 3 punkty i meldują się na drugim miejscu w tabeli.

W 2 lidze zaległości postanowili nadrobić piłkarze FC Melange i Green Lantern. Mecz rozpoczął się z opóźnieniem, ale wszystkie niedogodności poszły w niepamięć, gdy zabrzmiał pierwszy gwizdek sędziego. W mecz lepiej weszli Melanżowicze, którzy w tegorocznym sezonie są w wybornej formie. Szczególnie warto zwrócić uwagę na współprace Łukasza Słowika z Kamilem Sadowskim. Ten duet dwukrotnie udowodnił, że rozumie się na boisku bez słów. Kamil Sadowski niczym najlepszy Szef Sali obsłużył dwukrotnie Słowika, a ten zrewanżował mu się 2 bramkami, dzięki czemu na przerwę Melange schodził w doskonałych humorach przy stanie 2:0. Po przerwie obudzili się Latarnicy, ale szybciutko skarcił ich ponownie Łukasz Słowik, który skompletował hat-tricka. Jeżeli snajper Melanżowiczów utrzyma formę, to nie minie wiele czasu, jak zaczną się po niego zgłaszać kluby naszej rodzimej PKO BP Ekstraklasy. Na 4:0 podwyższył Kamil Sadowski, pięknym uderzeniem z dystansu, a asystował mu... Słowik! Nadszedł jednak moment, że Melanżowicze chyba rozpłynęli się z zachwytu, jak masełko na patelni, patrząc na swoją grę i... prawie dali się dogonić gościom. Filip Czepło i Kuba Kublik zmniejszyli stratę do dwóch oczek! Kiedy na 3 minuty przed końcem trafił jeszcze Patryk Podgórski po podaniu Kubliku, zrobiło się naprawdę gorąco! Melange jednak wytrzymał do końca i dowiózł zwycięstwo. Melanżowicze zdobywając 3 punkty znaleźli się w czubie tabeli i kto wie, dokąd doprowadzi ich tegoroczna forma. Goście mają nad czym myśleć, bo w drugiej połowie zagrali o niebo lepiej, niż w pierwszej, którą kompletnie przespali.

Grad bramek oglądaliśmy w zaległym spotkaniu Chacarity z Miksturą. Drużyna braci Jochemskich fatalnie rozpoczęła obecny sezon, nie wygrała jeszcze ani jednego meczu, a na dodatek kontuzjowany Patryk Zych nie może wspomóc swojej drużyny. Na drugim biegunie znajdowali się zawodnicy Sebastiana Orłowskiego, którzy z meczu na mecz grają coraz lepiej i w obecnej formie na pewno będą walczyli o podium 3 ligi. Niezależnie od nastrojów obie drużyny weszły w mecz bardzo skupione, ale stroną wyraźnie przeważającą byli gospodarze, którzy atakowali częściej i wyprowadzali groźniejsze ataki. Bartosz Czarnecki był bliski zdobycia bramki, ale po jego strzale piłka odbiła się od poprzeczki. Wynik otworzył w 9 minucie Michał Dąbrowski, minutę później podwyższył Kamil Wędzyński, a Mikstura odpowiedziała trafieniem Rafała Jochemskiego. Chacarita zdecydowanie nastawiła się na ofensywę w tym meczu i kolejne bramki padały co chwilę. Na przerwę obie drużyny udały się przy wyniku 6:2. W drugiej części spotkania Chacarita utrzymywała prowadzenie, choć Mikstura goniła wynik golami Damiana Patoki i Jacka Orłowskiego. W 35 minucie przy wyniku 9:5 mecz był wciąż otwarty i przewaga czterech bramek wcale nie wydawała się wystarczająca. Zawodnicy obu drużyn grali twardy, szybki i zdecydowany futbol. Nikt nie zamierzał odpuszczać, ale sędzia ani razu nie był zmuszony do wyciągnięcia żółtego kartonika. Jednym z powodów, dla których ostateczny triumf przypadł zespołowi Sebastiana Orłowskiego jest niewątpliwie świetne, drużynowe rozegranie od bramki. W 45 minucie przy stanie 9:7 zawodnicy Chacarity mądrze szanowali posiadanie piłki i nie pchali się w szaleńcze ataki, co pozwoliło na utrzymanie przewagi, choć walka trwała do ostatniego gwizdka. Rozpędzony Damian Patoka w ostatniej minucie meczu ustalił wynik na 11:9 i Chacarita wygrywając swój mecz melduje się na podium 3 ligi.

Zaległe spotkanie Diabła Trzeci Róg z OKS Nowy Raków było dla ekipy Artura Macka szansą na zdobycie pierwszych punktów w sezonie. Diabły zmobilizowały się po ostatniej wysokiej porażce z Virtualnym Ń i choć wciąż brakowało kilku podstawowych zawodników, to drużynie czerwonych udało się zebrać solidny skład. Oba teamy od pierwszych minut były wyjątkowo zdeterminowane i pracowały na zwycięstwo, a rywalizacja nie wyglądała jak mecz drużyn z dolnej części tabeli. DTR od początku przycisnął zespół gości i wyprowadzał atak za atakiem, ale paradoksalnie to Nowy Raków wyszedł na prowadzenie po golu Bartka Małachowskiego. Diabły potraktowały tego gola jako wypadek przy pracy i kontynuowały napór na bramkę Artura Macka i już po chwili Filip Olender oddał celny strzał i tylko słupek uchronił OKS przed stratą gola. Piotr Kruszyński postraszył strzałem z dystansu, a zespół gości odpowiedział kilkoma groźnymi kontrami. Diabła Trzeci Róg ciężko pracowali na strzelenie gola jeszcze w pierwszej połowie, ale trochę zabrakło szczęścia. Za to Nowy Raków dwoma golami Piotra Czaji podwyższył prowadzenie i schodził na przerwę z wynikiem 0:3. W drugiej części spotkania napór Diabłów nieco zelżał, choć wciąż szukali okazji do strzelenia bramki. Dalekie wyrzuty golkipera próbował wykorzystać Patryk Marciniak, ale nie był w stanie pokonać rozgrywającego rewelacyjnie dobre spotkania Artura Macka. Michał Sidor strzelił bramkę na 0:4 i widmo kolejnej porażki zaczęło zaglądać gospodarzom w oczy. W 38 minucie żółty kartonik obejrzał Michał Sidor, a DTR grając w przewadze najpierw nie wykorzystał nie wykorzystał rzutu wolnego, a chwilę potem rajd Piotra Czaji zakończył się piątką bramką dla OKSu. DTRowi zupełnie podcięło to skrzydła, ale Filip Olender podrażniony wynikiem zaczął mocniej atakować defensywę Nowego Rakowa i w końcu zdobył dla gospodarzy bramkę honorową. Kropkę nad i w ostatniej minucie meczu postawił Szymon Borek i Diabła Trzeci Róg wyraźnie uległ OKS Nowy Raków 1:6.

W spotkaniu drużyn, które przystąpiły do naszej ligi w drugiej kolejce, spotkały się zespoły Ekipy Remontowej i Orły Białe AUUU. Sami byliśmy ciekawi jak zaprezentują się zawodnicy, którzy najwyraźniej postanowili mieć dłuższy okres przygotowawczy od pozostałych ekip i nie zagrały ze sobą w pierwszej kolejce. Zgodnie z przewidywaniami to Ekipa Remontowa wyszła na prowadzenie jako pierwsza. Ernest Szewczykowski wykorzystał podanie Norberta Bilskiego i otworzył wynik spotkania. Goście odpowiedzieli bramką Marcina Tomczaka. Na nieszczęście gości, ten mecz można opisać trochę jako pojedynek Remontowców ze wspomnianym Marcinem. Dość powiedzieć, że Marcin strzelił wszystkie bramki dla Białych Orłów AUUU. Wracając jednak do pierwszej połowy, to Norbert Bilski był dyrygentem wśród Remontowców, a zdobyte przez niego bramki i asysta świadczą o tym bez cienia wątpliwości. Do przerwy wynik brzmiał 5:3 i goście mieli jeszcze nadzieję na dobry wynik. Po przerwie wszystkie pomysły gości zostały zgaszone w zarodku, bo do głosu doszli Tomek Otłog i Zbyszek Brzeziński. Obaj panowie zagrali na niesamowitym poziomie i wspólnie z kolegami „rozstrzelali" drużynę gości. Mimo to najładniejsze trafienie tego dnia zaliczył Mateusz Jochemski, który na lewym skrzydle nawinął rywala jak makaron na widelec i z całej siły kropnął prosto w okienko bramki gości. Ach jaka szkoda, że państwo tego nie widzieli! Gdy wydawało się, że wynik jest już zamknięty, to trafił po raz kolejny Marcin Tomczak po podaniu Maćka Strzyczkowskiego. Końcowy rezultat 15:4 nie pozostawia złudzeń kto był w tym meczu lepszy. Ekipa Remontowa może spokojnie szykować się do walki o medale, a Orły Białe AUUU, mają do „pudła" nieco dalej.

 

 

 

 

 

 

 

dodaj komentarz

 
Wybierz kolejkę:
1 0

EKSTRAKLASA

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
0 0

1 LIGA

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
0 0

2 LIGA

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
0 0

3 LIGA

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
3 0

4 LIGA

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
0 0

5 LIGA

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
0 0

6 LIGA

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
1 0

7 LIGA

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
1 0

8 LIGA

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
0 0

9 LIGA

Kolejka 8

Statystyki kolejki

     

    Ankieta

    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Aby zagłosować musisz wybrać jedną z odpowiedzi