Wczytuję...

OBOSTRZENIA, ZASADY!

100% powagi - o to na samym wstępie chcemy Was poprosić. Poniższe punkty są WARUNKIEM KONIECZNYM do wzięcia udziału w meczach Ligi Fanów.

POLÓWKI LIGI FANÓW!

Stylowe koszulki LIGI FANÓW dostępne dla wszystkich uczestników i sympatyków naszych rozgrywek.

PROFIL NA FACEBOOKU!

Na facebooku doszło do dużych zmian. Jedną z ich konsekwencji może być to, że przestaniecie widzieć nasze posty. Sprawdźcie jak się do tego przygotować, aby być z LIGĄ FANÓW na bieżąco!…

LIGA FANÓW NA INSTAGRAMIE

Masz Instagram? Obserwuj nas i bądź na bieżąco! Zobacz co tam znajdziesz z życia Ligi Fanów.

OBOSTRZENIA, ZASADY!
POLÓWKI LIGI FANÓW!
PROFIL NA FACEBOOKU!
LIGA FANÓW NA INSTAGRAMIE

RAPORT MECZOWY - KOLEJKA 1.

08
Paź

Aż chciałoby się krzyknąć: "Nareszcie!". Zwykle koniec wakacji nie jest momentem, który wywołuje radość na twarzach dzieci i rodziców. Jednak... dla organizatorów, kibiców
i uczestników najlepszych rozgrywek w Warszawie czas, w którym dzieciaki wracają do szkoły oznacza, że swój „comeback" na boisko notuje także Liga Fanów. Co działo się w pierwszej kolejce sezonu 2020/2021? Zapraszamy na cotygodniowe podsumowanie piłkarskich wydarzeń w stolicy.

RAPORT MECZOWY - KOLEJKA 1.


EKSTRAKLASA

Początek 1.kolejki Ekstraklasy zapowiadał się bardzo emocjonująco. Na pierwszy ogień miały trafić na siebie zespoły Tura Ochota z Wawalions. Pierwsze minuty przebiegały ze wskazaniem na gospodarzy, którzy poprzez atak pozycyjny starali się zepchnąć rywali do głębokiej defensywy. Zawodnicy Wawalions szukali swoich szans w kontratakach, ale pierwszy strzał oddali dopiero w szóstej minucie, bo bardzo dobrze prezentowała się defensywa Tura. Presja i wiele prób prostopadłych podań przyniosły efekt dla drużyny z Ochoty, ponieważ na listę strzelców po pięknej bramce wpisał się Piotr Leśniewicz. Tur jeszcze bardziej starał się przygnieść rywali, jednak byli o włos od stracenia bramki. Po błędzie bramkarza gości strzał zza połowy oddał Ananchenko, jednak na jego nieszczęście trafił w poprzeczkę. Kolejny gol padł przed końcem pierwszej połowy i gospodarze pewnie zmierzali do zwycięstwa mimo, że groźne ataki w końcówce przeprowadzali rywale. Do przerwy 2:0. Po zmianie stron Wawalions trochę stracili koncentrację, a piękną dwójkową akcję pewnie skończył Alek Stolarz. Sytuacja od tego momentu diametralnie się zmieniła. W trzy minuty kontakt złapali goście, strzelając bramki po bardzo ładnym golu z rzutu wolnego i po efektownym przechwycie. Gospodarze wzajemnie przez siebie motywowani wrócili na odpowiednie tory. Kontrola tempa gry, wymiana pozycji i odpowiednie decyzje sprawiły, że to oni wyszli z tarczą z tego spotkania, wygrywając ostatecznie 5:2. Warto wyróżnić w tych spotkaniach Bartka Osolińskiego, Roberta Hankiewicza, a u rywali Ihora Linchenko, który mimo kilku błędnych decyzji był najbardziej aktywny w szeregach swojej drużyny

Mecz pomiędzy dwoma mistrzami lig wakacyjnych, czyli Anonimowych z Narodowym Śródmieściem zapowiadał nam nie lada emocje. W pierwszych minutach pojedynki między piłkarzami obu drużyn były bardzo zacięte, często na pograniczu faulu, jednak sędzia kontrolował przebieg spotkania. Wynik spotkania otworzył Damian Talarek, który skutecznie wykorzystał podanie bramkarza i strzelił pierwszą bramkę Narodowego w Ekstraklasie. Gospodarze dokonali zmian w składzie i szybko zaczęli wywierać presję na rywalach. Bramkę wyrównującą zdobył Stoch, który bardzo dobrze czuł się w środkowej strefie boiska. Szeroka kadra gości była zdecydowanie atutem zespołu ze Śródmieścia w tym spotkaniu. Liczne zmiany i gra na maksimum umiejętności powodowały, że Maciej Miękina miał mnóstwo pracy. Jeszcze przed przerwą goście trafili do siatki rywali i prowadzili 1:2. Po zmianie stron gospodarze znowu byli w stanie odrobić straty, jednak zabrakło im sił na prowadzenie równorzędnej walki na boisku w dalszej części spotkania. Liczba wykreowanych szans, ale przede wszystkim nieustępliwość w szeregach Narodowego spowodowała, że osiągnęli swoje pierwsze zwycięstwo w nowej dla nich lidze – 2:4. Jak doskonale wiemy, to zwycięstwa budują atmosferę, więc można się spodziewać, że Śródmieście będzie chciało namieszać w kolejnych meczach. Natomiast Anonimowi z meczu na mecz powinni wyglądać coraz lepiej, bo jednak aspekt zgrania jest niezwykle istotny, szczególnie w lidze szóstek.

FC Kebavita na pewno będzie walczyła o podium w tym sezonie i pierwszy krok wykonała wysoko pokonując Tylko Zwycięstwo. Już od pierwszych akcji dało się zauważyć świetne zgranie ekipy Buraka Cana. Wynik w 3 minucie otworzył Maciej Banasek, potem kolejne trafienia dołożyli Kamil Majorek i nowy nabytek Kebavity czyli Vladyslav Budz. Zawodnicy TZu nie dawali się nudzić stojącemu między słupkami Kebavity Piotrowi Kalbarczykowi, ale ich ataki były mało groźne i źle skoordynowane w porównaniu do akcji gospodarzy. Po raz kolejny tytaniczną pracą w rozegraniu piłki wykazał się Azamat Qutpiddinov, który przez cały mecz harował na boisku. Menadżer Kebavity wykorzystywał długą ławkę rezerwowych i dokonując częstych zmian nie dawał gościom dostosować się do stylu gry swojej drużyny. 
W efekcie Tylko Zwycięstwo ani razu realnie nie zagroziło wynikowi tego meczu. Dopiero przy stanie 6:0 udało się Andrzejowi Morawskiemu zdobyć bramkę honorową. Wynik na 7:1 ustalił Baris Kazkondu i Kebavita wywiozła 3 łatwe punkty. Tylko Zwycięstwo ma o czym myśleć po tym meczu, ale jesteśmy przekonani, że dokonają korekt w swoim sposobie gry
i w następnych meczach zaprezentują się o niebo lepiej.

Ostatni pojedynek tego dnia w rozgrywkach Ekstraklasy stoczyły ze sobą ekipy Contry i Cykaczy. Obie ekipy wystawiły solidne składy, ale już od pierwszych minut dało się zauważyć, że gospodarze będą w tym meczu drużyną przeważającą. Aleksander Szyszka napierał na obrońców Cykaczy i w 6 minucie wypracował Dawidowi Bieli sytuację bramkową. Bramki padały w szybkim tempie, bo chwilę później Dawid potężnym strzałem z dystansu nie dał szans Dominikowi Pajdzie. W kolejnej akcji Dawid dołożył kolejne trafienie i po 10 minutach było już 3:0 dla Contry. W 20 minucie zamieszanie przed bramką gości wykorzystał Karol Kuzimiński i wynik do przerwy 4:0 nie wróżył zbyt dobrze ekipie Krzyśka Gołosa. W drugiej połowie Cykacze poukładali grę w środku pola i wyprowadzili kilka groźnych ataków, aż w końcu Patryk Gmurczyk trafił bramkę kontaktową. Nie wpłynęło to specjalnie na dalsze losy spotkania, bo już po chwili strzał Dawida Bieli dobił Aleksander Szyszka, a swoje pięć groszy do wyniku dołożyli Rafał Osiński i Paweł Pająk i przy stanie 7:1 mecz był już praktycznie rozstrzygnięty. Przy takim wyniku lekkie rozluźnienie wdarło się do bloku defensywnego gospodarzy i Piotr Płatek dwukrotnie trafił do bramki Macieja Antczaka. Kropkę nad i postawił w ostatniej minucie meczu Aleksander Szyszka ustalając wynik na 9:3. Piłkarze Michała Raciborskiego byli tego dnia po prostu lepsi i to Contra wywozi z tego spotkania 3 punkty.

LIGA 1

Ekipy Hazardu i Deportivo La Chickeno przyzwyczaiły już nas do wysokiego poziomu swoich występów, ale bezpośrednie spotkanie tych drużyn okazało się być piłkarską ucztą. Początek meczu to napór i przewaga Deportivo, które skończyło się... bramką dla Hazardu. Michał Maliński wykorzystał gapiostwo obrońców i pięknym strzałem pokonał Tomasza Januszkiewicza. Chwilę później było już 2:0, a wynik podwyższył Bartosz Iwanowski. Konrad Szkopiński co i rusz ostrzeliwał bramkę Franciszka Teodorczyka, ale nie od dziś wiadomo, że bramkarza Hazardu ciężko zaskoczyć nawet strzałem z niedużej odległości. W końcu akcja Deportivo przyniosła efekt i nowy nabytek Chickenów Patryk Zych strzelił bramkę kontaktową. Obie ekipy nie odpuszczały i do przerwy wynik na tablicy 5:2 zwiastował jeszcze ciekawszą rywalizację w drugiej odsłonie. Chwilę po wznowieniu gry Deportivo wzięło się do odrabiania strat i Patryk Zych zmniejszył przewagę Hazardu do dwóch oczek. Nikt nie spodziewał się, że kiedy w 36 minucie Adrian Bartkiewicz strzeli na 6:3 mecz nabierze jeszcze tempa i dramaturgii. Deportivo już kilka razy pokazało, że jest drużyną, która zaciekle walczy do samego końca i jest mistrzem zabójczych końcówek. Tak było i tym razem. Ze stanu 6:3 trafieniami Patryka Zycha i dwoma Konrada Szkopińskiego Deportivo wyrównało i na dwie minuty przed końcem ekipa Ernesta Woźniaka poczuła, że może doprowadzić do niemałej sensacji. Nadzieje gości zostały pogrzebane przez Adriana Bartkiewicza, który piękną indywidualną akcją minął obrońców Deportivo i nie dał szans Tomaszowi Januszkiewiczowi. Deportivo zabrakło czasu na wyprowadzenie groźnego ataku i ostatecznie FC Hazard po bardzo dobrym, emocjonującym spotkaniu pokonuje Deportivo La Chickeno 7:6.

Mecz Mixamatora z Alpanem zapowiadał się bardzo ciekawie. Z jednej strony doświadczona drużyna Michała Fijołka, a z drugiej napędzona sukcesem w lidze letniej drużyna Alpanu. Początek spotkania to wzajemne badanie się drużyn. Do 10 minuty działo się niewiele, wtedy jednak kapitan Miksów - Michał Fijołek, wyprowadził swoja drużynę na prowadzenie. Ta bramka jednak nie zmieniła za bardzo obrazu gry, Mixamator skutecznie przeciwstawiał się atakom Alpanu, a sam jeszcze dwukrotnie znalazł drogę do bramki Sebastiana Figlewicza. Do przerwy było więc 3-0. W przerwie zawodnicy Alpana przeprowadzili ze sobą poważną rozmowę chcąc się dodatkowo zmobilizować, przygotowali specjalny plan taktyczny, który... w 5 minut drugiej części meczu legł w gruzach. Goście zdążyli stracić w tym czasie 3 bramki. Trio Fijołek - Kamiński - Prybiński zaczęło swój spektakl, czego dowodem jest imponujący dorobek strzelecki tego ostatniego, który skończył mecz z czterema trafieniami na koncie. Przy stanie 7-0 groźniej zaatakowali goście i w końcu udało im się zdobyć bramkę. Po podaniu Bartka Podobasa piłkę do siatki skierował Patryk Dębski. Dalsza cześć spotkania wyglądała podobnie do tego co się działo w pierwszej połowie, z tą różnicą, że Miksy mieli lepiej nastawione celowniki i zdobywali kolejne bramki. Alpan starał się zmniejszać rozmiary porażki, ale na tak dysponowanych Miksów to było za mało, i mecz skończył się wynikiem 12-3.

PGU w pierwszej kolejce nowego sezonu zmierzyli się z ekipą FC Niezłomnych. Goście od pierwszych minut wykazywali się większą inicjatywą i mimo, że część graczy nowo utworzonej ekipy PGU występowała nawet w Ekstraklasie, to pierwsze minuty były dla nich naprawdę ciężką przeprawą. Na szczęście dla PGU między słupkami stał Artur Kopiejek, który wyręczał swoich obrońców w trudnych sytuacjach. Nie mogło to trwać w nieskończoność i w końcu wynik spotkania otworzył Dmytro Onufrak, który spokojnym strzałem do pustej bramki wyprowadził na prowadzenie Niezłomnych. Na boisku obserwowaliśmy wiele szarpanej gry, co chwilę oba zespoły atakowały bramkę rywala, jednak sporo było niedokładności po obu stronach boiska. Gospodarze po technicznym strzale Błociszewskiego odrobili straty, ale niezawodny Kobliuk w ostatniej minucie pierwszej połowy strzelił bramkę na 1:2. Po zmianie stron sytuacja się powtórzyła, ale na szczęście więcej akcji bramkowych zostało zamienionych na bramki, przez co można zauważyć, że obie drużyny mają jeszcze problemy w skutecznej grze obronnej. Kiedy goście wyszli na prowadzenie 2:5 wydawało się, że klamka zapadła i PGU mogą myśleć o kolejnym meczu. Jednak nic z tego! Przy wyniku 4:6 wszystkie siły na boisko rzucili gospodarze i grali z lotnym bramkarzem. Mimo kilku sytuacji nie potrafili postawić „kropki nad i", z kolei Niezłomnym brakowało uspokojenia gry, ponieważ będąc w przewadze spokojnie mogli strzelić 2-3 bramki. Ostatecznie zabrakło gospodarzom czasu i z perspektywy całego spotkania 5:6 to uczciwy rezultat.

Jednostronnie wyglądał pojedynek miedzy Bękartami Warszawy, a FC Górka. Zawodnicy z Tarchomina stawili się na meczu jedynie w 7 osób, co mogło mieć spory wpływ na przebieg spotkania szczególnie, że gospodarze przyjechali na mecz w znacznie większej liczbie. Dodatkowo gracze Bękartów byli bardzo dobrze dysponowani tego dnia. Świetne zawody rozegrał Aleksander Bendkowski, który już po kilku minutach wykorzystał fakt, ze Górka zazwyczaj gra wysuniętym bramkarzem i po podaniu od swojego bramkarza precyzyjnym strzałem z własnej połowy wyprowadził na prowadzenie swój zespół. Mateusz Leszczyński to kolejny zawodnik, który zaprezentował się z bardzo dobrej strony, rozprowadzał większość ofensywnych akcji gospodarzy i to właśnie on zaliczył asystę przy drugiej bramce, którą strzelił Dmitri Krachenko. Do przerwy wynik na tablicy wyników wynosił 4:1. Po zmianie stron obraz meczu się nie zmienił, ponieważ Bękarty prowadziły grę, a Górka jedynie pojedynczymi atakami próbowała zagrozić bramce rywali, głównie za sprawa Kuby Jóźwiaka, który swoimi dynamicznymi wejściami stwarzał największe niebezpieczeństwo, czego efektem była asysta przy golu Piotra Wardzyńskiego. Spotkanie zakończyło się wynikiem 8-2, a Górka musi się wziąć mocno do roboty, żeby nie być kandydatem do spadku.

LIGA 2

Rozgrywki 2 ligi rozpoczęliśmy od meczu Orzełów Stolicy z Truskawką na Torcie. Początkowo wydawało się, że pierwsza połowa będzie wyjątkowo wyrównana, ponieważ obie drużyny niczym doświadczeni bokserzy „badały" swoje możliwości. Po kilku minutach na prowadzenie wyszły jednak Orzeły za sprawą bramki Maćka Kiełpsza. Na kolejną bramkę Orzełów odpowiedział bardzo szybko najlepszy tego dnia w ekipie Truskawki – Kuba Żmijewski. Wydawało się, że ta bramka, to taki promyczek nadziei dla Truskawki na Torcie. Nic bardziej mylnego... Najpierw z dystansu w samo okienko bramki trafił ponownie Maciej Kiełpsz, a chwilę później świetne podanie od bramkarza wykorzystał Jan Wnorowski. Wynik brzmiał 4:1 i Truskawka na Torcie znalazła się w nie lada opałach. W drugiej połowie Orzeły szybko strzeliły bramkę i... coś się w ich grze zepsuło. Do głosu doszli goście, którzy za sprawą braci Cymermanów wrócili na właściwe tory. Tomek z Karolem sprawili, że z wyniku 5:1 Truskawka wyciągnęła się na 5:4. Gospodarze mogli jednak odetchnąć, bo gościom zabrakło czasu na odrobienie wszystkich strat. Orzeły zaczęły więc sezon od 3 punktów, ale Truskawka na Torcie też ma powody do optymizmu. Gra z ostatnich 10 minut drugiej połowy daje nadzieję na dobry wynik w niejednym meczu w tym sezonie.

FC Popalone Styki, nowa drużyna w Lidze Fanów, już w inauguracyjnym meczu mierzyła się
z niezwykle wymagającym rywalem. Na Arenie Grenady musieli stawić czoła Warszawskiej Ferajnie, która jest dobrze poukładanym zespołem, więc gospodarzy już na starcie czekało trudne zadanie. Przez pierwsze minuty obie ekipy nie mogły wypracować sobie klarownej sytuacji, ale bardziej wynikało to z dobrze zorganizowanej gry, niż nieskuteczności w ataku. W całym meczu było dużo walki, nikt nogi nie odstawiał, a determinacja w odbiorze piłki była tak duża, jakby ten mecz miał decydować o mistrzostwie. Długo utrzymywał się bezbramkowy remis, aż w końcu z kontrą 3 na 2 wyszli zawodnicy Ferajny i po podaniu Patryka Stefaniaka wynik otworzył Kacper Domański. Jeszcze przed przerwą gościom udało się podwyższyć prowadzenie i bramka do szatni na 0:2 stawiała graczy w czerwonych strojach w komfortowej sytuacji. Jeszcze lepiej zrobiło się po przerwie, kiedy to po pierwszych minutach drugiej części Ferajna prowadziła już 0:3. Mimo że Popalone Styki na boisku prezentowały się całkiem nieźle i znacząco nie odstawały od rywala, długo nie mogli znaleźć drogi do siatki przeciwnika. Z małą pomocą przyszli im oponenci, którzy wykonali złą zmianę, przez co musieli przez chwilę grać w osłabieniu. Filip Targowski wykorzystał liczebną przewagę swojej ekipy i trafił na 1:3. Ostatnie słowo należało jednak do Ferajny, a konkretnie Kacpra Domańskiego, który ustalił wynik spotkania na 1:4. Gospodarze mimo porażki zaprezentowali się dobrze, widać, że są ułożoną drużyną i zapewne wkrótce zdobędą swoje pierwsze punkty.

Od błyskawicznego ciosu ze strony gości rozpoczął się mecz Wiernego Służewiec z FC Melange. Już w pierwszej minucie Filip Junowicz pokonał Grzegorza Łapacza i wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Ataki na bramkę gospodarzy nie ustawały i chwilę później Filip wyprowadził kontrę, a następnie podał piłkę Łukaszowi Słowikowi, ale ten nieczysto uderzył w piłkę i trafił jedynie w słupek. Wyraźna przewaga Melanżowników rosła z każdą minutą
i po golach Kamila Marciniaka, Łukasza Słowika i Tomasza Kałuna było już raczej jasne, kto wywiezie 3 punkty ze stadionu przy ulicy Grenady. Dopiero w drugiej połowie przy stanie 0:7 udało się w końcu nawiązać walkę zawodnikom Wiernego, a bramkę dla gospodarzy strzelił Przemysław Turalski. Chwilowa przewaga gospodarzy nie utrzymała się długo, bo już minutę później Melange dołożył kolejne trafienie. Goście byli tego dnia nie do zatrzymania, grali rozważnie i zespołowo, zabójczy duet stworzyli Kamil Sadowski oraz Łukasz Słowik, którzy we dwójkę strzelili aż 5 goli i zaliczyli 6 asyst. Blok defensywny Melanżu nie pozwalał napastnikom Wiernego na zbyt dużo okazji do oddania strzału na bramkę. Na dodatek między słupkami czujną postawę zachowywał Bartosz Jakubiel i wobec takiej formy Melanżowników, ekipa gospodarzy nie miała zbyt dużo argumentów. Przewaga gości była niezaprzeczalna co oddaje ostateczny wynik 4:10.

Kolejny mecz na stadionie przy ulicy Strumykowej zapowiadał się bardzo ciekawie, bo naprzeciwko siebie stanąć miały zespoły Olimpiku i Green Lantern. Pierwsi na prowadzenie wyszli gospodarze za sprawą Ihora Puzenko. Goście zdołali jednak dość szybko odpowiedzieć, a chwilę później na prowadzenie „Zielonych" wyprowadził Kuba Kublik, który w tym meczu grał swój własny koncert. Gospodarze zdołali jednak wyrównać i wydawać by się mogło, że pójdą za ciosem. Ten mecz był jednak dość szczególny, ponieważ obu drużynom w osiągnięciu odpowiedniego tempa przeszkadzały żółte kartki. Nie wynikały one jednak z chęci zrobienia krzywdy przeciwnikowi, a walki do końca o każdą piłkę. To spowodowało, że na boisku mogliśmy obserwować prawdziwą futbolową wojnę, w której nikt nie chciał dać za wygraną. Więcej argumentów mieli jednak zawodnicy Green Lantern, którzy umiejętnie puntkowali przeciwnika i wygrali mecz 5:2. Wiadomo, że zawsze lubimy gdybać, więc możemy tylko sobie wyobrażać jak wyglądałby ten mecz, gdyby zespół Olimpiku nie otrzymał 3 żółtych kartoników. Z drugiej strony „Zieloni" mieli jeszcze okazję z rzutu karnego, ale nie udało się go wykorzystać, co na szczęście dla strzelca nie miało żadnych konsekwencji. Niesamowity występ zaliczył również Michał Dąbrowski, który w bramce Green Lantern wyczyniał istne cuda i doprowadzał przeciwników do łez. W takiej formie gracze w zielonych koszulkach mogą walczyć do końca o czołowe lokaty w 2 lidze.

Mecz FC Nova Group i Un Mate Teamu miał dwóch bohaterów. Mowa tutaj o bramkarzu Novy Rafale Michalaku i napastniku Danielu Makusie. Rafał długo nie dawał się pokonać zawodnikom gości, a Daniel jeszcze w pierwszej połowie skompletował hat-tricka. Od początku spotkania przewaga Novy była wyraźna, już w 2 minucie Daniel potężnym strzałem obił spojenie bramki Mohameda Labraikiego, a w 6 minucie wynik meczu otworzył Łukasz Wirski. Nova strzelała kolejne bramki, ale tuż przed przerwą Andres Carmona strzelił gola do szatni i pierwsza połowa skończyła się wynikiem 4:1. W drugiej odsłonie spotkania przewaga Novy była jeszcze bardziej widoczna. Napastnicy Mariano Konopki nie byli w stanie przebić się przez świetnie poukładany blok obronny, a Rafał Michalak był tego dnia bezbłędny. Frustracja gości przekładała się na niedokładne podania i mało finezyjne rozgrywanie piłki, za to zawodnicy gospodarzy śmiało poczynali sobie na połowie przeciwnika. Prowadzenie podwyższył Michał Tomaszczyk, chwilę później kolejne trafienie dołożył Łukasz Wirski, a wyjątkowo piękną bramkę ustrzelił w 42 minucie Daniel Makus, który trącił z wyskoku piłkę wyrzuconą przez całe boisko przez golkipera Novy. Nova kontrolowała przebieg reszty spotkania i dopiero pod koniec udało się Mariano Konopce wreszcie przełamać obronę i zmniejszyć nieco rozmiar porażki. Ostateczne słowo należało jednak do Kamila Filipka, który ustalił wynik na 8:2. FC Nova Group łatwo pokonuje Un Mate i zgarnia 3 punkty.

 LIGA 3

Starcie Junaka z Chacaritą było początkowo bardzo wyrównane. Obie drużyny raz po raz atakowały bramkę przeciwnika, ale nieco bardziej przekonujący w tej sztuce byli zawodnicy Krzyśka Krzewińskiego. Goście wyprowadzali coraz śmielsze ataki, ale doświadczeni obrońcy Junaka zachowywali spokój i wyprowadzali groźne kontrataki. Do akcji ofensywnych dołączał się nawet bramkarz gospodarzy Andrzej Groszkowski, któremu w 9 minucie meczu niewiele zabrakło, żeby strzałem z dystansu pokonać golkipera gości, ale piłka obiła słupek. Minutę później po strzale Łukasza Wesołowskiego piłka odbiła się od obrońcy Chacarity i Konrad Waś nie zdążył uchronić swojego zespołu przed utratą bramki. Stracony gol zmotywował gości do ataku i chwilę później po ładnej zespołowej akcji wyrównał Kamil Wędzyński. Chacarita nie nacieszyła się z remisu, bo już w następnej akcji Aleksy Sałajczyk ponownie wyprowadził Junaka na prowadzenie. Pod koniec pierwszej połowy obrońcy Chacarity trochę przysnęli, bo najpierw po samodzielnym rajdzie Aleksy zdobył swoją drugą bramkę, a już minutę później po strzale Patryka Pawłowskiego zrobiło się 4:1 i z takim wynikiem drużyny schodziły na przerwę. Druga połowa rozpoczęła się od szybkiego ciosu ze strony Junaka, a gola zdobył kapitan drużyny Krzysztof Krzewiński. Mecz zaostrzył się, ale oglądaliśmy więcej piłkarskiej walki niż rzutów wolnych. Chacarita złapała kontakt w postaci bramki na 5:2, ale gospodarze nie stracili czujności i już po chwili wykorzystując nieporozumienie w defensywie Chacarity strzelili na 6:2. Goście próbowali nawiązać walkę, ale Junak nie roztrwonił przewagi
i ostatecznie wygrał 7:4. 

Pojedynek Izby Wytrzeźwień z Furduncio Brasil FC zapowiadał się interesująco. W końcu Izba Wytrzeźwień debiutowała w rozgrywkach Ligi Fanów, a przeciwników trafili nie byle jakich. Brazylijczycy, których możemy oglądać już u nas od kilku sezonów to nie jest rywal, z którym gra się łatwo. Reprezentanci Kraju Kawy tego dnia świętowali powrót na boisko Luciano San'tany, który wyleczył kontuzję ręki. Jak się później okazało, to on otworzył wynik meczu strzelając bramkę głową. Skoro rekonwalescent prezentował się tak znakomicie, koledzy nie chcieli być gorsi. Swój dzień miał również Vincent Docent, który został wybrany graczem meczu. Nie mogło być jednak inaczej, ponieważ tego dnia sprawiał mnóstwo problemów Izbie Wytrzeźwień, a jego bramka z woleja na 2:0 była ozdobą spotkania. Brazylijczycy dołożyli pod koniec meczu jeszcze 4 bramkę i wygrali z Izbą Wytrzeźwień nie tracąc gola. A gospodarze? Widać, że jest to zespół z potencjałem na naprawdę dobre wyniki. Wiemy jednak nie od dzisiaj, że nasze rozgrywki wymagają od zespołów dobrej organizacji gry, a tego czasem jeszcze u debiutantów brakowało. Mając jednak w pamięci, że wiele drużyn płaci swoiste „frycowe" w pierwszych meczach jesteśmy przekonani, że to tylko trudny początek, a dalsza część sezonu będzie przebiegała po myśli Izby.

Wczesnym popołudniem na boisku pojawiły się drużyny Energii i Wiecznie Drugich. Obie ekipy to tegoroczni debiutanci, chociaż w ich składach możemy odnaleźć zawodników, dla których nie jest to pierwszy raz w Lidze Fanów. Zespół Energii bardzo dobrze zaprezentował się w Lidze Sparingowej, gdzie spokojnie wygrał swój mecz. Z kolei Wiecznie Drudzy trafili tam na rywala z wyższej ligi, więc byliśmy ciekawi jaka jest ich prawdziwa siła. W pierwszej połowie przecieraliśmy jednak oczy ze zdumienia. Energia zagrała tak, jakby w naszej lidze grała już kilka lat. Niekwestionowanym liderem był Taras Levytskyi, który jeszcze w pierwszej połowie skompletował hat-tricka. Bramki z akcji i wykorzystany rzut karny oraz asysta przy bramce, którą strzelił Andrii Kholodenko mówią same za siebie. Wiecznie Drudzy starali się budować akcje, ale w kilku przypadkach zabrakło zrozumienia. Do przerwy 5 bramkami prowadziła Energia. W przerwie piłkarze Krzyśka Wawrzynkiewicza odbyli chyba męską rozmowę i na drugą połowę wyszli już z innym pomysłem na grę. To spowodowało, że w końcu udało im się znaleźć drogę do bramki rywali, a strzelcem pierwszej bramki dla Wiecznie Drugich w Lidze Fanów został Oskar Krajewski. Jak się później okazało, było to jedyne trafienie „Drugich" w tym meczu. Energia dołożyła 2 kolejne i końcowy wynik na tablicy wyników brzmiał 7:1. „Energetycy" świetnie zaczynają sezon i mogą oczekiwać w spokoju na kolejne wyzwania. Z kolei Wiecznie Drudzy muszą odrobinę poprawić grę, bo w drugiej połowie było widać, że mają kilku graczy, którzy mogą poprowadzić ich do sukcesów w 3 lidze.

Zawodnicy Mikstury na pewno będą chcieli o tym spotkaniu jak najprędzej zapomnieć. Strzelanie, jakie sobie urządzili Gracze Gorszego Sortu było istną rzezią, której chyba się nikt nie spodziewał. O ile pierwszy kwadrans spotkania to bardzo wyrównana walka, o tyle pozostała cześć to gra do jednej bramki. Pierwsze minuty to szok bojowy ekipy rodziny Jochemskich i szybkie dwie bramki autorstwa Łukasza Kuleszy oraz Karola Wierzchonia. Na szczęście dla gospodarzy do akcji wkroczył Damian Patoka. "Pato" najpierw sam umieścił piłkę w siatce, a następnie obsłużył podaniem Filipa Junowicza, który dokładnym uderzeniem wyrównał stan na 2:2. To dodało skrzydeł Miksturze, a szczególnie Rafałowi Jochemskiemu, który po świetnej akcji wykreował sytuację strzelecką Rafałowi Molskiemu, a ten okazji nie zmarnował i strzelił bramkę na 3:2. Co się od tego momentu stało z gospodarzami? Nie wiemy. Pewne jest natomiast, że zawodnicy "GGS" złapali wiatr żagle, a wręcz napędzał ich huragan. Jeszcze przed przerwą trzykrotnie pokonywali Adriana Sosnowskiego, a w ataku szalał duet Jakub Mydłowiecki i Łukasz Kulesza. To głownie Ci dwaj Panowie sprawili, że spotkanie nabrało przebiegu przypominającego potyczkę Dawida z Goliatem. Popularny "Mydło" w całym spotkaniu skompletował 4 asysty oraz hat-tricka, a jego kolega z ataku, Łukasz Kulesza, wpakował rywalom aż 6 bramek i dorzucił do tego dwie asysty. W szeregach gospodarzy było widać frustrację i momentami bezradność, która wręcz zaskakiwała. Świetnie w bramce gości spisywał się Eryk Saniewski, który popisywał się świetnymi interwencjami, a do tego doskonale komunikował się z blokiem defensywnym. Końcowy wynik to prawdziwy pogrom - 4:14! Jak się później okazało, była to najwyższa porażka tego dnia w meczach 1 kolejki rundy jesiennej.

Bardzo ciekawie zapowiadało się ostatnie spotkanie 3 ligi miedzy Saską Kępą a Lujwaffe Tarchomin. Jedni i drudzy w tym sezonie mają w planach włączyć się do gry o mistrzostwo ligi. Mecz lepiej rozpoczęli zawodnicy Saskiej którzy po dalekim podaniu od bramkarza, Marcina Osowskiego, małym zamieszaniu w polu karnym zdobyli bramkę na 1-0 za sprawą Sebastiana Sitka. Chwilę później rezultat podwyższył Łukasz Kryczka. W tym momencie każdy zgromadzony na Arenie Strumykowej myślał, ze jak to Luje mają w zwyczaju, zaczną grać na swoim najwyższym poziomie i będą gonić wynik spotkania. Niestety dla zawodników z Tarchomina tak się nie stało, a każdy ich atak szybko był przerywany przez obronę Saskiej pod batutą Marcina Osowskiego, od którego zresztą zaczynał się praktycznie każdy atak gospodarzy. Marcin sprawnie rozrzucał piłkę na oba skrzydła boiska, notując w całym spotkaniu dwie asysty, co jak na bramkarza, jest wynikiem godnym uwagi. Jeszcze przed przerwą wynik podwyższył Mariusz Zagorzak i przed zmianą stron wynik był 3-0. Lujwaffe jak zwykle mocno się mobilizowało w przerwie i widać to było na początku drugiej odsłony meczu, kiedy po akcji Wojciecha Hajdysa piłkę do bramki skierował Damian Dobrowolski. Na tym jednak skończyły się popisy strzeleckie gości, a z każdą kolejną minutą meczu narastała frustracja, co wykorzystali zawodnicy Saskiej i punktowali rywali po bramkach Krajewskiego i Borkowskiego. W międzyczasie czerwoną kartkę za dyskusje z arbitrem dostał strzelec jedynej bramki dla Lujwaffe Damian Dobrowolski i stało się jasne, kto wygra to spotkanie. Mecz był prowadzony w wysokim tempie i obie ekipy stworzyły ciekawe widowisko, jednak to gracze Saskiej Kępy potwierdzili swoje mistrzowskie aspiracje, a Lujwaffe po porażce musi wziąć się w garść i w drugiej kolejce udowodnić, ze to był wypadek przy pracy, a ich potencjał jest dużo większy.

LIGA 4

W dość eksperymentalnym składzie rozpoczęła nowy sezon ekipa Munji. Plaga kontuzji trapiąca bramkarzy tej drużyny zmusiła do wystawienia na pozycji golkipera Piotra Skwarczyńskiego nominalnie grającego na pozycji napastnika. Nie przeszkodziło to w nawiązaniu wyrównanej walki z ekipą Iglicy, której na mecz inaugurujący udało się zebrać całkiem solidny skład. W 7 minucie dalekie wyjście bramkarza Munji wykorzystał Patryk Cyranowski i pięknym lobem posłał piłkę do siatki. Iglica nie poszła za ciosem i chwilę później podanie Michała Sztajerwalda na gola zamienił Andrzej Denysov. Goście mimo większej ilości zmian grali bez pomysłu, a niepewność obrońców w 23 minucie wykorzystał Michał Konopka i zrobiło się 2:1 dla Munji. Blok obronny gości przeżywał tego dnia widoczny kryzys w komunikacji, bo chwilę przed końcem pierwszej połowy sędzia podyktował rzut wolny przed polem karnym Jakuba Zielińskiego, a defensorów Iglicy zaskoczył Michał Sztajerwald, który nie czekając na gwizdek sędziego precyzyjnym strzałem posłał piłkę do bramki. Przy stanie 3:1 skończyła się pierwsza połowa i ekipa Radka Sówki miała sobie co nieco do powiedzenia. W drugiej odsłonie długo czekaliśmy na kolejnego gola, bo dopiero w 40 minucie Andrzej Moisuk minął obrońców Iglicy i nie dał szans golkiperowi. Przy wyniku 4:1 goście zabrali się do odrabiania strat. Dwukrotnie zapunktował Michał Wszędoborski, który najpierw potężnym strzałem z rzutu wolnego pokonał Piotra Skwarczyńskiego, a chwilę później wykorzystał podanie Jakuba Kamaszewskiego i na 5 minut przed końcem Munja prowadziła już tylko 4:3. Iglica atakowała, ale ostatnie słowo należało do Andrzeja Moisuka, który w 47 minucie strzelił bramkę na 5:3 dającą zwycięstwo ekipie gospodarzy.

W kolejnym meczu naprzeciw siebie stanęły ekipy Kanonierów i Old Eagles Koło. Patrząc na składy obu zespołów wiedzieliśmy, że spotkanie będzie bardzo wyrównane i nie myliliśmy się. Orzełki wzmocnione kilkoma nowymi - starymi zawodnikami, wcale nie odstawali od młodszych rywali i bez problemu dotrzymywali im tempa. Jednak pierwszy akcent należał do Kanonierów, którzy jako pierwsi objęli w tym meczu prowadzenie. W niedługim czasie wyrównał Mariusz Żywek i spotkanie rozpoczęło się na nowo. Gospodarze próbowali ataków pozycyjnych, natomiast Orzełki czyhały na kontry. Więcej klarownych okazji mieli Kanonierzy, ale na posterunku zawsze był Sebastian Nowakowski, który dobrze bronił mocne strzały rywali, jak również był górą w sytuacji sam na sam, przez co utrzymywał swój zespół w grze. Skuteczniejsze były Orły, które po bramce Piotra Parola schodziły na przerwę przy prowadzeniu 1:2. Po zmianie stron Old Eagles przejęło nieco inicjatywę. Mieli ze dwie dobre okazje do strzelenia bramki, ale dobrze interweniował golkiper gospodarzy. Musiał on jednak w końcu skapitulować po strzale, będącego w dobrej tego dnia formie, Grześka Bieńkowskiego. Wynik 1:3 wydawał się dość bezpiecznym rezultatem, ale bramka kontaktowa dla Kanonierów po rzucie wolnym sprawiła, że do końcowego gwizdka wynik pozostawał sprawą otwartą. Orzełkom udało się jednak dowieźć do końca prowadzenie, dzięki czemu zgarniają pierwszy w tym sezonie komplet punktów.

Ciekawy pojedynek zaserwowali nam gracze OKS Nowy Raków i Awantury Warszawa. Gospodarze już w pierwszej minucie wyprowadzili błyskawiczny cios. Łukasz Półchłopek oddał strzał niemal z połowy boiska, a bramkarz Awantury nie sięgnął piłki, która wpadła do siatki. Zaskoczeni goście od razu wzięli się do odrabiania strat. Patryk Królak urwał się obrońcom i podał do Sebastiana Dominiaka, ale bramkarz Rakowa nie dał się zaskoczyć i sparował mocny strzał napastnika Awantury. Chwilę później duet Królak-Dominiak zamienił się miejscami i Patryk zdobył bramkę wyrównującą. W 14 minucie Grzegorz Himkowski wykorzystał dekoncentrację obrońców Rakowa i oddał strzał z wolnego, a Artur Macek nie zdążył się nawet ruszyć zanim piłka minęła linię bramkową. Do końca pierwszej połowy nikt już bramki nie zdobył, ale przewaga Awantury robiła się coraz widoczniejsza. Goście atakowali coraz śmielej, a Artur Macek miał w bramce Rakowa mnóstwo roboty. Przewagi Awanturnicy nie byli w stanie przekuć na bramkę, a jak mówi piłkarskie porzekadło niewykorzystane sytuacje lubią się mścić. Druga połowa rozpoczęła się szybkim golem Szymona Borka i Raków wyrównał do stanu 2:2. Po tej bramce w ekipie Czarka Dudka coś się zacięło, a goście ruszyli do ataku. W 35 minucie potężny strzał oddał Mateusz Rozkres, a nogę dołożył Sebastian Dominiak i Awantura wyszła na prowadzenie, którego nie oddała już do końca meczu. Sebastian złapał swój rytm i jeszcze trzykrotnie wpisał się na listę strzelców. Do tego Paweł Portacha i Grzegorz Himkowski dołożyli po trafieniu i przy stanie 2:8 było już po meczu. W ostatniej minucie wynik na 3:8 ustalił Cezary Dudek.

Na mokrej murawie i przy sztucznym oświetleniu na boisku zameldowały się ekipy Diabła Trzeci Róg i Playboys Warszawa. Trzeba przyznać, że obie drużyny postanowiły skupić się głównie na ofensywie, bo na boisku mogliśmy oglądać mnóstwo akcji ofensywnych, które na nasze szczęście niejednokrotnie kończyły się bramkami. Pierwszą bramkę w meczu zdobył Patryk Marciniak i gospodarze wyszli na prowadzenie. Goście dość szybko odpowiedzieli i mecz do stanu 2:2 był naprawdę wyrównany. Pierwsza połowa zakończyła cię co prawda wynikiem 2:4, ale gospodarze mogli mieć jeszcze nadzieję na korzystny rezultat. Diabły nie mogły nic jednak poradzić na duet złożony z Michała Wasilewskiego i Piotrka Sadowskiego. Panowie swoim występem pokazali, że mając w składzie 2 piłkarzy, którzy łącznie do statystyk dopisali 7 bramek i 6 asyst, można ograć nawet najbardziej ambitnych rywali. Diabły w swoich szeregach mieli dobrze dysponowanego Patryka Marciniaka, który popisał się hat-trickiem. To jednak było za mało, na tak dysponowanych Playboys'ów. Drużyny te rozegrały w Lidze Fanów drugi mecz między sobą i po raz drugi wygrywają goście, tym razem w stosunku 10:5. Jeżeli gracze w różowych strojach utrzymają taką formę to wyrosną na faworytów 4 ligi. Z kolei Diabły mają nad czym myśleć, ale na boisku było widać, że pomysł jest! Tylko ta „defensywka"...

Późnym wieczorem, gdy grzeczne dzieci poszły już spać po obejrzeniu „Dobranocki", na boisko wybiegły zespoły Virtualne Ń i Joga Bonito. Patrząc na historię spotkań obu zespołów, ciężko było wskazać faworyta tego spotkania. Po nieudanych rozgrywkach letnich jedni i drudzy chcieli zwyciężyć na inaugurację nowego sezonu. Lepiej zaczęli gospodarze, którzy za sprawą najlepszego tego dnia Szymona Kolasy wyszli na prowadzenie. Chwilę później padł kolejny gol dla Virtualnych po uderzeniu z rzutu wolnego Szymona. Od tego momentu zawodnicy Joga Bonito ruszyli do ataku, ale tym samym zostawili zbyt dużo miejsca w swoich szeregach obronnych co bezlitośnie wykorzystał Kolasa kompletując hat-tricka. Ostatnie słowo w 1 połowie należało do gości którzy zdobyli bramkę na 4:1 po uderzeniu Sebastiana Kluczka. Podopieczni Marka Giełczewskiego słabo rozpoczęli drugą część spotkania i po dwóch asystach Kamila Sali, który jeśli skupi się tylko na grze w piłkę potrafi dać bardzo dużo swojemu zespołowi, bramki strzelali Sebastianowie Jary i Kluczek. Do remisu w dość niecodziennych okolicznościach doprowadził Bramkarz gości, który strzałem z dystansu zaskoczył cały zespół Virtualnych. Od tego momentu Kolasa i spółka znowu weszli na obroty z pierwszej połowy i szybko odskoczyli rywalom na trzy bramki. Ostatnie słowo w meczu należało do Grzegorza Szostaka który ustalił wynik na 7:5. Virtualne Ń dobrze weszli w sezon, ale jesteśmy pewni, ze jeśli tylko Joga Bonito rozegra całe spotkanie na takim poziomie jak na początku drugiej połowy, to zaczną seryjnie zdobywać punkty.

LIGA 5

Nie do końca wiedzieliśmy czego można było się spodziewać po Freedom w tym spotkaniu, bo z jednej strony zagrali bardzo dobry mecz sparingowy, a z drugiej w niedzielę przyszło im się mierzyć z bardzo niewygodnym i dużo bardziej doświadczonym zespołem Dental Doctor. Pierwsze 10 minut spotkania już dało nam trochę odpowiedzi, bo po bramkach najlepszego na placu gry Serhiego Sarabyna i Oleksandra Kalenskyiego było 2-0. Od tego momentu spotkanie się wyrównało, jeszcze jedną doskonałą okazję mieli gospodarze, ale w sytuacji 3 na 1 zmarnowali szansę. Do przerwy wynik brzmiał 2:0. Początek drugiej części spotkania to podwyższenie prowadzenia przez Kruhila i gdy wydawało się, ze będziemy świadkami jednostronnego widowiska do głosu zaczęli dochodzić goście tego spotkania. Pogoń za wynikiem rozpoczął Marcin Binka. Od tego momentu sama gra Doktorów wyglądała znacznie lepiej, natomiast raziła bardzo słaba skuteczność. Gdyby lepiej nastawili celowniki mogliby powalczyć o znacznie lepszy wynik, a tak mimo, że udało się zbliżyć na jedna bramkę, to
w samej końcówce zabrakło sił i dobrze przygotowani gospodarze zdobyli jeszcze dwie bramki kończąc spotkanie zwycięstwem 6-3. Udana inauguracja Freedomu zasługuje na uznanie i pokazuje, że rozgrywki 5 ligi w tym sezonie będą bardzo wyrównane.

W spotkaniu Byczków Stare Babice z FC Internationale działo się chyba wszystko, co w piłce orlikowej wydarzyć się może. Tempo narzucone przez oba zespoły było piorunujące, a wraz z nim, Panowie postanowili zadbać o spore emocje. Było czuć sportowe napięcie na murawie oraz wrzącą w żyłach krew, czego efektem była między innymi żółta kartka za faul, którą zobaczył Ihar Bakun. Nie zabrakło również gradu bramek - tych padło aż 14! Obie połowy było bardzo wyrównane - w pierwszej skromnym prowadzeniem mogli się cieszyć goście - 2:3. Przełomowym momentem było wskoczenie na właściwe obroty Serhieja Antonenko. To ten zawodnik wyprowadził swoją drużynę na trzybramkowe prowadzenie strzelając hat-tricka w kilka minut! W całym spotkaniu trafiał aż czterokrotnie i był zdecydowanie najjaśniejszym punktem "Miedzynarodowców", za co trafił do 6-ki kolejki. Gospodarze nie zamierzalii jednak się poddawać i ruszyli do pościgu. Udało im się doprowadzić do stanu 5:6, a później 6:7. Emocje sięgały zenitu, ale goście postawili kropkę nad "i", kiedy bramkę na 6:8 zdobył Yurii Sukharuchkin. Świetnie w szeregach "Byków" spisywał się Oskar Kania – zdobywca 2 bramek i asysty oraz Maciek Piasecki – zdobywca 2 trafień. To głównie dzięki nim widowisko zrobiło się znów ciekawe w drugiej odsłownie. Komplet punktów trafił jednak do ekipy z Ukrainy po bardzo intensywnej walce.

Bardzo byliśmy ciekawi, jak w starciu z FC Albatros zaprezentuje się nam nowy zespół w Lidze Fanów, o imprezowo brzmiącej nazwie Margerita Team. Oczywiście pochodzenie ich nazwy może wiązać się ze smakowitym, włoskim przysmakiem prosto z pieca, ale coś nam podpowiada, że bliżej im chyba do pysznego drinka wyskokowego. Na pewno o to dopytamy ! Samo spotkanie przebiegało bardzo ciekawie, a zaczęło się od mocnego akcentu, gdy po incydencie w polu karnym zostało podyktowane "wapno" dla gości. Taką okazję pewnie wykorzystał Patryk Czajkowski otwierając worek z bramkami w tym starciu. Następnie przez kilka minut oglądaliśmy sporo walki w środku boiska, aż do momentu, gdy po akcji ofensywnej gospodarzy, do piłki odbitej przez bramkarza Margerity dopadł Cezary Małecki i wyrównał stan gry. Ten sam zawodnik był kreatorem następnej akcji, po której na listę strzelców wpisał się Michał Kowalczyk ustalając wynik pierwszej odsłony na 2:1. Po zmianie stron jako pierwsi do bramki przeciwników trafili goście, którzy po ciekawie rozegranym rzucie wolnym wyrównali na 2:2, a autorem trafienia był Kamil Goszczyński. Kolejna akcja ofensywna przyniosła drugi już w tym spotkaniu rzut karny dla gości. Tym razem, mocnym i skutecznym uderzeniem popisał się Mateusz Baka, wyprowadzając swój zespół na jednobramkowe prowadzenie. Od tego momentu widzieliśmy zdecydowaną poprawę w grze Margerity i nagły brak wiary w sukces gospodarzy. Stan ten wykorzystał Mateusz Kordos, który dwukrotnie wpisywał się na listę strzelców. W odpowiedzi obejrzeliśmy jeszcze jedno trafienie Czarka Małeckiego, ale to nie wystarczyło do nawiązania walki o punkty. Ostateczny wynik 3:6.

Naturalnie zroszona trawa zapowiadała szybką, dynamiczną i pełną emocji grę w meczu pomiędzy Świadomie Gorszymi, a Miejskimi Ziemniaczkami. Początkowa faza meczu nie wyglądała jednak tak jak sądziliśmy, bo gra skupiła się w większości w środkowej części boiska. Festiwal niedokładnych zagrać spowodował, że bramkarze przez pewien czas właściwie mogliby usiąść na bramce i spokojnie przyglądać się rozwojowi wypadków. Ta sielanka nie trwała jednak długo, bo do roboty wzięli się napastnicy Świadomie Gorszych, którzy wyprowadzili swój zespół na dwubramkowe prowadzenie. Ziemniaczki odpowiedziały 1 trafieniem i na przerwę schodzili przy stanie 2:1 dla gospodarzy. Na początku drugiej połowy Maciej Stojek trafił na 3:1 i wydawało się, że Gorsi pójdą za ciosem i wygrają ten mecz. Miejskie Ziemniaczki po raz kolejny potwierdziły, że są bardzo waleczni i grają do końca. Prowadzeni przez Kamila Saifa, który najpierw asystował przy trafieniu kolegi, a później samemu trafił do siatki, doprowadzili do remisu. Do końca meczu wynik nie uległ zmianie, a obie drużyny rozpoczynają rozgrywki 5 ligi od podziału punktów.

Ostatni mecz nosił miano szlagieru. Naprzeciw siebie stanęły zespoły FC Tartak i OldBoys Derby. Dotychczasowe mecze były do ostatniej minuty bardzo zacięte, więc i tym razem nie mogło być inaczej. Lepiej w mecz weszli Drwale, którzy konstruowali ciekawe ataki wykorzystując swoich szybkich skrzydłowych. W obronie dzielił i rządził Egor Golubkov, który wyrasta na lidera formacji defensywnej Tartaku. Za strzelanie bramek wziął się w końcu Karol Grudniewski, który najpierw po indywidualnej akcji otworzył wynik spotkania, a kilka minut później został trafiony strzałem z rzutu wolnego przez Łukasza Łukasiewicza i w ten sposób wyprowadził Drwali na prowadzenie 2:0. Jeszcze przed przerwą błąd popełnił obrońca OldBoyów i Luc Kończal precyzyjnym strzałem z 15 metrów umieścił piłkę w bramce. Po przerwie gra nie zmieniła swojego oblicza, bo Drwale dobrze bronili, a dodatkowo na 4:0 trafił Łukasz Łukasiewicz. Spytacie, gdzie są te emocje? Spokojnie, gracze z Derbów o to zadbali i rozpoczęli odrabianie strat. Bramkę zdobył Marcin Wiktoruk, kolejną dołożył Piotrek Jastrzembski, a później Tartak wbił sobie sam gola i zrobiło się bardzo gorąco. Końcówka meczu, to prawdziwa obrona Częstochowy, ale Drwale nie dopuścili już rywali do sytuacji stuprocentowych i cały mecz skończył się wynikiem 4:3. Obie drużyny przyznały po meczu, że te pojedynki mają „coś w sobie" i zarówno OldBoye jak i Tartak lubią grać ze sobą.

LIGA 6

Rywalizację w 6 lidze zainaugurowały zespoły Przypadkowych Grajków i LTM-u Warsaw. Od pierwszych minut byliśmy świadkami ciekawego, bardzo zaciętego meczu, w którym żadna
z drużyn nie była w stanie osiągnąć znaczącej przewagi nad rywalem. Pomimo kilku naprawdę niezłych akcji z jednej i z drugiej strony, dość długo utrzymywał się wynik bezbramkowy. Duża w tym zasługa bramkarzy obu ekip, którzy, gdy było trzeba, stawali na wysokości zadania i nie pozwalali przeciwnikowi objąć prowadzenia. W pierwszej części strzelecki impas przerwał dopiero Daniek Siwek z Przypadkowych Grajków, który otworzył wynik spotkania. Była to jedyna bramka w premierowych 25 minutach. W pierwszej fazie drugiej połowy obraz gry znacząco się nie zmienił. Było dużo walki, choć byliśmy też świadkami paru niezłych akcji. Z czasem LTM się rozkręcił, dzięki czemu zaczął nieco przeważać w meczu. W końcu do wyrównania doprowadził Krzysiek Kulibski i od tego momentu więcej z gry miał zespół Irka Webera. W niedługim czasie na 1:2 mógł strzelić Andrzej Gronosz, ale po świetnie rozegranej akcji jedynie mocno uderzył w poprzeczkę. Co nie udało się Andrzejowi, udało się Adamowi Wielowiejskiemu, choć i on musiał strzelać na raty, bo za pierwszym razem świetnym refleksem popisał się Piotr Pieńkowski. Więcej bramek już nie padło, choć szansę miał jeszcze Krzysiek Kulibski, jednak z połowy boiska, próbując lobować wysuniętego golkipera, trafił w poprzeczkę. LTM wygrywa, choć Przypadkowe Grajki na boisku nie odstawały od rywali.

Bad Boysi wrócili do Ligi Fanów po długiej przerwie, Sparta z kolei odpuściła sezon letni, a oprócz tego nieprzerwanie gra od kilku lat w naszych rozgrywkach. Na papierze gospodarze wyglądali na faworytów, ale wiadomo było, ze Sparta tanio skóry nie sprzeda. Na początku spotkania zespół Bad Boys był chyba zbyt mocno przejęty powrotem na ligowe boiska co bez żadnych skrupułów wykorzystała ekipa Patryka Lange, która szybko objęła prowadzenie, a następnie odskoczyła na dwie bramki przewagi. Sparta do tego momentu wyglądała bardzo dobrze, a Marcin Rakowski dwoił się i troił na boisku z bardzo dobrymi efektami, w pierwszej połowie zaliczył asystę i samemu zdobył dwie bramki. Od stanu 0-3 Bad Boys wzięli się w garść, zaczęli grać efektowną piłkę i strzelając coraz to ładniejsze bramki autorstwa Bartka Podobasa, czy Kacpra Gwiazdowskiego zaczęli gonić wynik. Przed przerwą gospodarzom udało się złapać kontakt i do przerwy wynik brzmiał 3-4. Druga połowa, to powracające problemy ze składem Sparty, na meczu obecnych było 7 zawodników, a to było za mało na rozpędzającą się drużynę Michała Buczka. Gospodarze w drugiej połowie zdominowali rywala, zdobywając kolejne bramki i nie pozwalając zbliżyć się rywalom przez długie fragmenty nawet do swojego pola karnego. Ostatecznie Bad Boys wygrał 9-6, pozostawiając po sobie dobre wrażenie. Z kolei Sparta jeśli tylko będzie przychodzić większą ilością zawodników, na pewno namiesza w ligowej tabeli.

Pojedynku Landtechu z Radlerem Świętokrzyskim byliśmy ciekawi ze względu na to, że mieliśmy do czynienia z zespołem ogranym już w Lidze Fanów z absolutnym debiutantem. Szybko okazało się, że zderzenie z naszymi rozgrywkami nawet na 7 poziomie rozgrywkowym może być bolesne. Strzelanie rozpoczął Patryk Nowicki wykorzystując podanie Damiana Gałeckiego. Kilka minut później MVP kolejki – Aleksander Kuśmierz rozpoczął swój popis strzelając bramkę bezpośrednio z rzutu wolnego. Przed końcem pierwszej połowy z rzutu karnego trafił Mateusz Repczyński i do przerwy Landtech prowadził trzema bramkami. Goście nie składali jednak broni, ale nie mogli nic poradzić na niesamowitą postawę Sebastiana Bichty, który przed meczem chyba postanowił przejść szybki kurs murarski i zamknął zupełnie dostęp do bramki Landtechu. W drugiej połowie Radler zaczął grać trochę uważniej, ale Techy znów wyciągnęły swoje asy z rękawa. Ponownie trafił Nowicki, chwilę później bramki zdobyli Repczyński i Kuśmierz, a Landtech podwoił swoją przewagę. Gracze Radleru nie ustawili w staraniach i znaleźli w końcu sposób na defensywę Landtechu, bo Adrian Romanczyk trafił do bramki przejmując piłkę niedaleko pola karnego rywali. Niestety, było to jedyne trafienie Radlera. Chwilę później bardzo mocnym strzałem popisał się „Olek" i ustalił wynik meczu na 7:1. Landtech może świętować i w dobrych humorach szykuje się do kolejnego meczu. Z kolei Radler ma o czym myśleć, bo wynik jest dużo gorszy niż gra, ale skuteczność zdecydowanie do poprawy.

Po iście "kwietniowej" aurze wyszło słońce i można było spokojnie rozgrywać kolejne spotkania. Nadchodzący mecz zapowiadał się arcyciekawie, bo w poprzednim starciu drużyny te dzieliła tylko 1 bramka. Na boisko wybiegły zespoły FC Po Nalewce i BRD Young Warriors. Spotkanie toczyło się w niezłym tempie, a pierwsi na prowadzenie wyszli miłośnicy napojów serwowanych przez miłe babcie dla zdrowotności. Młodzi wojownicy nie pozostali jednak dłużni i szybko odpowiedzieli dwoma trafieniami. Gospodarzom udało się przed przerwą doprowadzić jednak do remisu, więc przed kolejnymi 25 minutami na tablicy wyników wynik brzmiał – 2:2. Druga połowa była równie zacięta, a drużyny do samego końca próbowały przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Swoją drugą i trzecią bramkę w tym meczu zdobył Radosław Jankiewicz, a goście odpowiedzieli tylko bramką Mateusza Adamca. To wszystko spowodowało, że ostatecznie Fc Po Nalewce wygrało to spotkanie 4:3. Odnieśliśmy jednak takie wrażenie, że obie drużyny nie pokazały jeszcze pełni swoich umiejętności, a spotkanie rewanżowe, które zostanie rozegrane między nimi na wiosnę może należeć do najciekawszych spotkań rundy w tej lidze.

Zakon borykał się w ostatnim czasie ze spadkiem formy i zastanawialiśmy się, co nam zaproponują po przerwie od ligi. Na przeciw nich stanęli NieDzielni, którzy musieli zwerbować do bramki gracza z pola. Okazało się, że to był strzał w dziesiątkę. Bardziej-Szcześniak przewidywał podania rywali, potrafił odpowiednio ustawić się na linii, a także pomóc w wyprowadzaniu piłki. Gospodarze mimo zacięcia i woli walki, nie mieli wielu fragmentów, w których mogli toczyć wyrównany pojedynek. Duet Nejman-Lenart dużo lepiej potrafili stworzyć szansę na strzał, aniżeli gospodarze, którzy nie potrafili znaleźć recepty na skuteczną akcję ofensywną. Do przerwy goście prowadzili pewnie 0:3. Gospodarze po zmianie stron nabrali wiatru w żagle Stachacz, Konopko i Kurowicki wreszcie się odblokowali, jednak i tym razem ich szanse na zdobycie choćby punktu w rywalizacji zaprzepaściły pojedyncze błędy w ustawieniu. Kolejną bramkę zdobył Mateusz Nejman, który trafił dzięki hat-trickowi do najlepszej „szóstki" kolejki w VI lidze. Spotkanie zakończyło się wynikiem 3:5. NieDzielni są dobrze przygotowani do ligi, natomiast Zakon Bonifratów wyraźnie musi się wziąć do pracy i ustabilizować grę na poziomie, który prezentowali na początku drugiej części spotkania.

 LIGA 7

Sezon 2020/2021 zaczęliśmy od starcia NAF Genduś z Elitarnymi Gocław. Widać było, że te zespoły miały spory rozbrat z rozgrywkami, ponieważ długo nie mogły trafić do siatki. Dość powiedzieć, że przez całe 25 minut nie zobaczyliśmy ani jednego gola, choć z drugiej strony ciężko o bramki, jeśli nawet nie oddaje się zbyt wiele celnych strzałów. Bramkarze obu ekip nie mieli zbyt wiele pracy i raczej nie musieli popisywać się swoimi umiejętnościami. Elitarni próbowali rozgrywać akcje od tyłu, starali się grać w pierwszej piłki, ale gdy dochodzili pod pole karne, zawsze brakowało tego ostatniego podania, by stworzyć groźną akcję. Do przerwy utrzymał się wynik 0:0. Po zmianie stron, właściwie już w pierwszej akcji, Konrad Czarnomski otworzył wynik trafiając na 1:0. Chwile później Genduś miał szansę na podwyższenie, ale dobrze interweniował bramkarz rywali. Dwie kolejne bramki były autorstwa Pawła Madeja. Najpierw trafił na 2:0 po podaniu Konrada Czarnomskiego, a następnie na 3:0 po dobrze wykonanym rzucie wolnym. Elitarni wiedząc, że nie mają już nic do stracenia, zaczęli grać z lotnym bramkarzem i przyniosło to oczekiwany skutek. Chwilę po trzeciej straconej bramce popisali się składną akcją zakończoną golem na 3:1. Potem Marcin Branowski trafił na 3:2 i końcówka zapowiadała się bardzo ciekawie. Elitarni próbowali z całych sił wyrównać, ale gospodarzom udało się przetrwać i dowieźć korzystny rezultat do końca. Choć pierwsza połowa była dość senna, to druga zrekompensowała to emocjami w końcówce.

Chwilę później na boisko wyszły zespoły Slavic Warszawa i FC Albatros. Tutaj od samego początku tempo meczu było wysokie, oba teamy bez kompleksów podeszły do rywala. Pierwsze minuty należały do zespołu Konrada Kostrzewy, przeprowadzili dwa szybkie ataki, jednak piłka lądowała obok bramki. Slavic nie dał się stłamsić i w dalszej fazie meczu rywalizacja się wyrównała. Akcje przenosiły się raz pod jedną, raz pod drugą bramkę, ale brakowało dokładności i skutecznej finalizacji tych ataków, i nie przekładało się to na realne zagrożenie. Slavic nie potrafił też wykorzystać przewagi po tym, jak żółtą kartką został ukarany gracz Albatrosów. Nawet grając o jednego zawodnika więcej, nie zdecydowali się na ostrzejszy pressing. Dopiero w końcówce pierwszej części gospodarze wyprowadzili koronkową akcję, zakończoną golem Arka Zarzyckiego. Do przerwy 1:0. W drugiej części ponownie długo nie zobaczyliśmy kolejnej bramki, ale lekką przewagę osiągnął Slavic, który oddawał groźniejsze strzały. Bardzo dobrze bronił jednak Marcin Letki, dzięki któremu Albatrosy wciąż pozostawały w grze o korzystny rezultat. Dopiero w końcówce musiał skapitulować po bramce Artura Hammermaistera, który podwyższył na 2:0. Albatrosy próbowały jeszcze odrobić straty, ale nadziały się na kontrę, kiedy to po indywidualnym rajdzie Antek Nuszkiewicz ustalił wynik spotkania. Chociaż mecz sam w sobie był wyrównany, to Slavic jednak zasłużenie wygrywa 3:0 i tym samym w debiucie zgarnia komplet punktów.

Laissez Faire United to nowa ekipa w Lidze Fanów. Nazwa bardzo enigmatyczna, ale szybka konsultacja językowa pozwoliła nam zrozumieć, że Panowie grający w tym zespole to entuzjaści wolnościowego podejścia do życia. Ich rywale, Awantura Warszawa II w naszych rozgrywkach są dobrze znani, głównie ze swojej bardzo nieprzewidywalnej formy, zapowiadało się zatem ciekawe starcie. Mecz zaczął się raczej spokojnie i nie obfitował w fajerwerki. Dużo gry przez środek, czego efektem była spora ilość strat po obu stronach. Strzelecki impas przełamał Daniel Pyza, który po indywidualnej akcji pokonał Marcina Skrzetuskiego. Odrobienie strat okazało się kwestią kilku minut, kiedy to do piłki dopadł Andrzej Gniadkowski, a jego strzał znalazł drogę do siatki. Była to bramka na 1:1 i takim wynikiem zakończyła się pierwsza odsłona. Warto dodać, że "Awanturnicy" mieli dużo szczęścia, gdyż rywale nie wykorzystali rzutu karnego. Tutaj świetną interwencją popisał się Bartek Siedlecki. Po zmianie stron oglądaliśmy wymianę ciosów. Jako pierwsi do bramki trafił wspomniany wcześniej Andrzej Gniadkowski, który wykorzystał dogranie Adama Mierzejewskiego. Po raz drugi i ostatni stan gry się zrównał, kiedy Damian Pyza dostrzegł Pawła Listewnika, a ten pewnie pokonał golkipera rywali. Akcja zwieńczająca wynik należała do Marcina Janczerewicza, który celnym podaniem obsłużył najlepszego gracza meczu, Damiana Pyzę, a ten ustalił wynik spotkania na 2:3 i po bardzo ciekawej końcówce spotkania zapewnił swojej ekipie cenne 3 punkty!

Kolejne starcie w 7 lidze to pojedynek Mikrostrzelb z FFK Oldboys. Mikrostrzelby to zespół, który bardzo dobrze zaprezentował się w jednorundowym sezonie 2019, gdzie zasłynęli przede wszystkim dobrą organizacją gry w obronie. FFK Oldboys to zespół nowy, ambitny i również całkiem nieźle poukładany z tyłu. Nic więc dziwnego, że pierwsza połowa to wzajemne szachy. Sytuacji stuprocentowych było jak na lekarstwo, a jak już zostały stworzone, to albo bramkarze bronili w niewiarygodny sposób, albo piłka lądowała... daleko za boiskiem. Strzelecki impas przełamał w końcu Tomek Kowalczyk, który po podaniu Andrzeja Połatyńskiego trafił do bramki gości. Była to jedyna bramka w pierwszej części meczu. Jednobramkowa przewaga okazała się niewystarczająca, aby spokojnie prowadzić grę, bo zespół FFK Oldboys za sprawą Piotra Kasprzyckiego doprowadził dość szybko do wyrównania. W dalszej części meczu żadna z drużyn nie chciała się otworzyć, więc po raz kolejny zbyt wielu okazji do zdobycia bramki nie obejrzeliśmy. Lepsze wrażenie zaczęli sprawiać Oldboye, którzy mieli bardzo obszerną ławkę rezerwowych, ale Daniel Kosiński bronił niewiarygodnie. W końcu szok, bo o to Mikrostrzelby wyprowadziły groźną kontrę, a piłkę do bramki skierował Przemek Duda. Oldboye nie mieli już szans na odrobienie strat, więc całe spotkanie, które było ucztą dla taktycznych koneserów futbolu zakończyło się wynikiem 2:1 dla Strzelb.

CompatibL w spotkaniu z Gastro Spartą faworyzowaliśmy wraz z Lucem w co tygodniowych zapowiedziach, jednak byliśmy świadomi tego, że bramki rywali będzie strzegł Serhii Orenchuk, a więc solidna firma. Początek spotkania to zdecydowanie przejęta kontrola przez gospodarzy, duża wymiana pozycji, lekkość w pojedynkach 1vs1 u Vlada Yarmolenko stwarzała obraz jednostronnej gry. Mimo zrywów, drużyna Gastro Sparty nie wiedziała jak może się przebić przez obronę gospodarzy, brakowało im koncepcji, musieli improwizować, na ich nieszczęście – nieskutecznie. CompatibL przekuł swoją przewagę na bramki, gdzie po pierwszej połowie prowadzili 3:0 i pewnie kroczyli po inaugurujące zwycięstwo. Po zmianie stron drużyny nas nie rozpieszczały, dużo walki w środku pola, niedokładne podania, braki w komunikacji, pojedyncze strzały. Ale żeby nie być surowym, to plusem było to, że goście strzelili honorową bramkę, autorstwa Dawida Kiliszka, który na tle kolegów zagrał poprawny mecz. Tym samym wynik pozostał bez zmian, więc rezultat 3:1 stanowił miłe ukoronowanie niedzieli dla CompatiBL. Miejmy nadzieję, że w przyszłym tygodniu obie drużyny poprawię swoją grę, a ich zagrania będą stanowiły ucztę na ligowym stole.

LIGA 8

Rozgrywki 8 ligi rozpoczęliśmy od meczu Green Teamu z FC Fortuna. Green Team przystąpił do tego meczu w swoim najlepszym ustawieniu, z superstrzelcem Danielem Kurowski z przodu i obroną złożoną z Sebastiana Szeleszczuka i Marcina Walczaka. Mimo to na początku przecieraliśmy oczy ze zdumienia, bo w pierwszej połowie to Fortuna prowadziła grę, a przede wszystkim była zabójczo skuteczna. Bracia Mys i bracia Klymczuk pokazali, że rodzinne duety naprawdę bywają bardzo niebezpieczne dla rywali. Na szczęście dla Green Teamu końcówka pierwszej połowy była dla nich lepsza i po pierwszym wstrząsie i 3 bramkach Fortuny, udało im się doprowadzić do wyniku 2:3 przed gwizdkiem kończącym pierwszą połowę. Druga połowa rozpoczęła się od bramki Daniela Kurowskiego, który postanowił w końcu odblokować swoje umiejętności. Fortuna ponownie wyszła na prowadzenie, ale Daniel korzystając ze swojego arsenału ciekawych zagrań ponownie doprowadził do remisu. Gdy wydawało się, że gra znów będzie wyrównana, sprawy w swoje ręce wziął Sebastian Szeleszczuk, który pięknym lobem z własnej połowy pokonał bramkarza Fortuny. To podcięło skrzydła ambitnym graczom z Ukrainy, a odblokowało Green Team. Do końca meczu „Zieloni" nie dali sobie już wyrwać zwycięstwa, a cały mecz skończył się wynikiem 8:5. MVP spotkania został Daniel Kurowski, ale wybór ten nie może dziwić, bo na jego koncie znalazły się 4 bramki i 1 asysta.

Chwilę później na boisku pojawiły się zespoły Szukamy Sponsora i Mobilisu. Gospodarze zapowiadali twardą walkę, bo chcieliby w końcu znaleźć firmę, która wesprze ich klub, a do tego potrzeba wyników. Początek spotkania był bardzo wyrównany, a gospodarze mieli swoje szanse. Dobrze bronił jednak bramkarz Mobilisu. Kilka minut po rozpoczęciu spotkania długie podanie spod własnego pola karnego na bramkę zamienił Szymon Januła. Ale w jaki sposób!!! Błyskawicznie złożył się do przewrotki i pokonał Patryka Kowalczyka. To chyba trochę podłamało „Poszukujących", bo do przerwy dali sobie wbić jeszcze 2 bramki i przegrywali 3:0. Druga część meczu wyglądała podobnie, ponieważ to Mobilis tworzył więcej groźnych sytuacji, a akcje gospodarzy często kończyły się jeszcze przed bramką rywali, ponieważ brakowało tego ostatniego podania. W końcowym rozrachunku Mobilis wygrał wysoko, Szymon Januła skompletował hat-tricka i został MVP 1 kolejki w 8 Lidze. Tymczasem gospodarze strzelili tylko jedną bramkę, autorstwa Łukasza Figury. To było jednak stanowczo za mało i „Poszukujący" muszą się wziąć porządnie do roboty. Mobilis zaś może oczekiwać kolejnych spotkań z pozycji lidera 8 ligi.

Meczem kończącym zmagania na Arenie Grenady był pojedynek OldBoys Derby II i nowej ekipy w Lidze Fanów – Tsubasy Ozora. „Dwójka" oldbojów wyszła na boisko chwilę po pierwszej drużynie, która zagrała emocjonujący mecz z Tartakiem, liczyliśmy więc, że obejrzymy równie ciekawe widowisko. Jeszcze pierwsza połowa była w miarę wyrównana, co prawda OldBoys wyszło na prowadzenie 2:0, ale Tsubasa nie składał broni i chwilę później strzelił bramkę kontaktową. Swój dzień miał jednak Jan Dominiewski. To on był autorem pierwszych dwóch trafień, a gol numer trzy tylko potwierdził jego kunszt piłkarski, kiedy to przerzucał sobie piłkę nad rywalami i pewnie pokonał bramkarza. Po pierwszych 25 minutach mieliśmy wynik 3:2, bo jeszcze przed przerwą Artur Jacyniewicz zdobył drugą bramkę dla swojego zespołu. Druga część to już coraz większa dominacja zespołu z Białołęki. Kluczowa była bramka Piotra Cieślaka, która sprawiła, że OldBoys złapali duży luz w grze. Chwilę później z indywidualną akcją ruszył Michał Wąż, który mijał rywali z wielką swobodą i wychodząc sam na sam podwyższył rezultat na 5:2. Wynik meczu ustalił Piotr Jastrzembski, który zagrał świetną klepkę ze Sławkiem Ogorzelskim. Mimo, że gospodarze mieli widoczną przewagę i to oni głównie atakowali, to Rafał Wieczorek też musiał parę razy popisać się swoimi umiejętnościami. OldBoys II pewnie wygrywają swój pierwszy mecz, choć wynik powinien być nieco wyższy, bo przy bezpiecznym wyniku wkradła się do zespołu zbyt wielka nonszalancja w ataku.

Zespół niby nowy, ale twarze bardzo znajome. Mowa o Tekton Capital, którego kapitan, Albert Zimoch, jest nam dobrze znany. Ich rywalami byli zawodnicy jednej z weselszych ekip w Lidze Fanów - mowa o FC Alfa. Przed meczem obstawialiśmy, ze będzie to pojedynek dość wyrównany z lekkim wskazaniem na gości i nie pomyliliśmy się za bardzo. Po obu stronach widać było głód gry, a lepiej w spotkanie weszli zawodnicy Alfy, którzy otworzyli wynik spotkania po golu Krzyśka Porębskiego. Na odpowiedź nie czekaliśmy zbyt długo i po składnej akcji Pawła Listewnika oraz Sebastiana Dominiaka, bramkarzy gości pokonał ten ostatni, wyrównując na 1:1. Przez kilka minut na boisku panował chaos, a najlepiej w nim odnalazł się Piotrek Jankowski, który celnym podaniem obsłużył Łukasza Wronę, a ten pewnie zapakował piłkę do siatki. Po raz kolejny w 1-szej połowie byliśmy świadkami wyrównującego gola, gdy po indywidualnej akcji bramkę na 2:2 strzelił wspomniany wcześniej Sebastian Dominiak. Od tego momentu jednak przewaga ekipy Artura Jurka zaczęła się coraz mocniej rysować. Świetnie radził sobie Piotrek Jankowski który miał udział przy dwóch kolejnych bramkach, a wynik do przerwy brzmiał 3:5. Po zmianie stron gospodarze rzucili się do pogoni, doprowadzając w pewnym momencie do stanu 5:6 po bramce Filipa Ciborowskiego, jednak potem trzy ciosy zadali zawodnicy Alfy, a tym, który ustalił wynik spotkania na 5:9 był Łukasz Wrona, który skutecznie wykorzystał podanie Rafała Mataka. Na wyróżnienie zasługuje golkiper gości, który mimo 5-ciu wpuszczonych bramek, radził sobie między słupkami naprawdę dobrze!

LIGA 9

Przed spotkaniem, tradycyjnie, zamieniliśmy kilka zdań z trenerem ADS Scorpion's, Arturem Kałuskim. Wspomniał nam o zmianach kadrowych, więc byliśmy ciekawi ich występu W starciu z debiutującymi w Lidze Fanów zawodnikami Decco Team. Goście to zespół młodziutkich zawodników, nastolatków, którzy po raz pierwszy zaprezentowali się nam na noworocznym turnieju w Strefie Sportu. Niestety, mają bardzo wąską kadrę, a i na ten mecz stawili się w zaledwie sześciu, co naszym zdaniem wpłynęło na wynik końcowy. Od razu Z dobrej strony pokazuje się Ignacy Berse, który jak na tak młodego gracza widzi bardzo dużo na boisku. Efektem tego są dwie bardzo ładne asysty jego autorstwa, po których do bramki "Skorpionów" trafiali kolejno: Staszek Tymiński oraz Tomek Lipka. Goście nieco w szoku bojowym, bo chyba nie spodziewali się rozpocząć nowego sezonu od dwubramkowego deficytu, jednak po kilku minutach niecelnego ostrzeliwania bramki się ocknęli i jeszcze przed przerwą wyszli na skromne prowadzenie 3:2. Z bardzo dobrej strony w tym okresie pokazał się duet: Paweł Poniatowski / Mateusz Łuczak. Pierwszy z panów dwukrotnie dogrywał, a drugi z nich skutecznie egzekwował podania. Jedną bramkę dołożył Paweł Pytko. O sporym pechu może mówić bramkarz gości, który po jednej z interwencji doznał urazu nadgarstka. Na szczęście szybko doszedł do siebie i dzielnie dokończył spotkanie. W drugiej połowie oglądaliśmy festiwal nieskuteczności. Piłki po strzałach obu ekip często lądowały za linią końcową. Na szczęście dla atrakcyjności tej potyczki, po ładnym podaniu Pawła Pytko piłkę do bramki skierował jeszcze Adam Wierzbicki, ustalając wynik spotkania na 4:2. Wierzymy, że gracze Decco w trakcie sezonu poszerzą kadrę, gdyż 7-osobowy zespół może nie wystarczyć na cały sezon.

Pojedynek między FC Vikersonn, a Borowikami zapowiadał się smakowicie. Dość powiedzieć, że gospodarze mają pierwsze mecze w Lidze Fanów już za sobą, a Borowiki są po sporych zmianach kadrowych. Od początku meczu nikt nie chciał odpuszczać, a lepiej w mecz weszli gospodarze, którzy wyszli na prowadzenie po trafieniu Vitalija Kyrii. Borowiki nie chciały składać broni, a duet Zawistowski-Senkiv dwukrotnie doprowadzał do wyrównania. Dzięki temu do przerwy mieliśmy remis 2:2. Nie sposób nie wspomnieć jednak o fatalnej kontuzji strzelca pierwszej bramki, który po wyskoku do piłki źle spadł na murawę i poważnie uszkodził nogę. Mamy nadzieję, że Vitalii szybko wróci do zdrowia i będzie mógł pomóc „pomarańczowym" w kolejnych meczach. Druga połowa rozpoczęła się od mocnego uderzenia Vikersonna, który wyszedł na prowadzenie 4:2. Być może część drużyn stwierdziłaby, że czas rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady, ale nie Borowiki. Za strzelanie wziął się piekielnie szybki Mykola Senkiv, który do wcześniej strzelonych 2 bramek dołożył 3 kolejne. Mykola wyprowadził swój zespół na prowadzenie, którego Borowiki nie oddały już do końca i do swojego ligowego konta dopisują 3 punkty. Wynik 4:5 pokazuje jednak, że spotkanie było bardzo wyrównane, a oba zespoły są na zbliżonym poziomie, więc rewanż zapowiada się fascynująco.

Gospodarze tego spotkania, czyli Vistula Varsovia, na pewno niezbyt miło wspominają letnie zmagania w Lidze Fanów. Tam nie udało im się zdobyć choćby jednego punktu. Ta okazja nadarzyła się wraz z pierwszym, jesiennym meczem z Phoenix Warsaw. Byliśmy bardzo ciekawi tego starcia i dość zdumieni początkowym przebiegiem. Pierwszych kilkanaście minut to dominacja gospodarzy, którzy po dwóch bramkach Wojtka Podgórskiego, a także trafieniach Arka Pawluczuka oraz Mariusza Jaskóły wyszli na prowadzenie aż 4:0! Tak dobrego rozpoczęcia chyba nie spodziewali się oni sami, a jedyną chwilą nieuwagi w pierwszej odsłownie był moment, w którym po podaniu Przemka Adama, bramkę na 4:1 zdobył Marek Rakowski. Po premierowych 25 minutach wszystko wskazywało na to, że będzie to dość jednostronny pojedynek. Nic bardziej mylnego! Po zmianie połów, jako pierwsi do bramki rywali trafiły "Feniksy", a autorem trafienia był wspomniany wcześniej Przemek Adam. Gospodarze po tym trafieniu zwarli szeregi i po strzałach Mariusza Jaskóły i ponownie Wojtka Podgórskiego wyszli na, mogło by się zdawać, komfortowe prowadzenie 6:2. Wtedy pościg za wynikiem rozpoczęli goście. Dwa trafienia Krystiana Miszkurki, a także skuteczny strzał Tomka Gruszki i mamy kontakt (6:5)! Końcówka spotkania to istny batalia i desperackie próby zdobycia bramki przez zespół Phoenix. Na ich nieszczęście dobrze między słupkami spisywał się Kuba Rebryk i więcej bramek w tej potyczce nie padło. Wynik 6:5 daje upragnione 3 punkty ekipie Vistuli, a Ci postanowili radośnie to celebrować w strugach deszczu po końcowym gwizdku!

Ostatni mecz niedzielnego wieczoru zapowiadał się bardzo spokojnie. Po jakże ciekawym i pełnym emocji dniu przy praktycznie pustych trybunach naprzeciw siebie wyszli zawodnicy Pogromców Poprzeczek i Polskiego Drewna. Już na samym początku zarysowała się przewaga gości, którzy szybko wyszli na prowadzenie i do przerwy schodzili z boiska z cztero-bramkową przewagą, ponieważ gospodarze nie byli w stanie wykończyć akcji golem. Druga połowa to dalsza kontynuacja dominacji gości i świetna postawa strzelca sześciu bramek. Maciej Zarod zmusił bramkarza do wyjęcia "Sześciopaka" z siatki i nawet Lewandowski nie mógł pochwalić się tyloma trafieniami tego dnia. Wtórował mu Karol Urbanczyk, który napędzał ataki „Drewniaków". Na uwagę zasługują dwa honorowe trafienia Luca, który wpisał się dwukrotnie na listę strzelców. Ciekawostką było to również, że bramkarz Oskar Orzełoski miał aż 2 asysty, choć mało brakowało, a mógł mieć ich nawet 4. Gospodarze mają tydzień na głębokie przemyślenia w temacie swojej gry. Chęci były, ale widać było, że chyba wstali tego dnia i coś im nie „przeskoczyło", co było powodem tak wyraźnej porażki. Pogromcy muszą przełożyć plany ogrania Polskiego Drewna minimum, na kolejny rok.

 

Mimo niezłej postawy Tylko Zwycięstwo wciąż pozostawało bez punktów na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Ich rywalem była FC Kebavita, więc było wiadomo, że o pierwsze punkty będzie ciężko. Miało to odzwierciedlenie na boisku, bowiem od początku zaatakowała drużyna gości, ale parokrotnie bardzo dobrze bronił Sergiusz Bienias. Z czasem do głosu zaczęła dochodzić ekipa braci Jałkowskich, lecz z kolei w bramce Kabavity na posterunku był Piotr Kalbarczyk. Taktyka zespołu Buraka Cana była prosta i okazała się skuteczna. Zawodnicy grający w białych koszulkach szukali w polu karnym prostopadłego podania do Barisa Kazkondu, a ten z obrońcą na plecach próbował się obrócić i oddać strzał lub zgrać futbolówkę do partnera. W ten właśnie sposób Kebavita objęła prowadzenie, a po bliźniaczej akcji mogło być 0-2, ale Baris trafił w słupek. Do przerwy mieliśmy wynik 0-1. Rezultat nie taki zły dla gospodarzy, więc jeszcze sporo mogło się wydarzyć w drugiej części. Po zmianie stron mieliśmy okres, w którym więcej działo się pod bramką Kebavity. Dobrze jednak spisywał się bramkarz, a ponad to brakowało nieco precyzji przy konstruowaniu akcji Tylko Zwycięstwo. To się zemściło, bowiem później goście podwyższyli prowadzenie do 0-3. Dopiero po trzeciej bramce gospodarze się przełamali i Szymon Jałkowski trafia dla TZ. W odpowiedzi mamy bramkę na 1-4 dla Kebavity. Następnie mieliśmy do czynienia z groźnymi rożnymi z obu stron. Skuteczniejsi  byli gospodarze, bowiem szczupakiem piłkę do siatki skierował Andrzej Morawski (bramka na 2-4), a z drugiej strony Obem Brain trafił jedynie w słupek. W dalszej części meczu był dokładniejszy, bowiem trafił w końcu do bramki TZ, hattricka ustrzelił Christian Namani i mecz kończy się wynikiem 2-6

Będąca w dobrej formie Contra podejmowała Moczymordy ,które po porażce z East Windem chciały jak najszybciej zapunktować, aby nie tracić kontaktu z liderem. Do składu powrócili Zbyszek Obłuski i Norbert Petasz ,ale brakowało Dominika Skorży ,który nabawił się kontuzji. Pierwsze minuty to szybkie dwie bramki. Dawida Bieli dla Contry i Zbyszka Obłuskiego dla Moczymord. Później mieliśmy żółtą kartkę dla Piotra Szurmińskiego, który niczym Jan Furtok chciał zdobyć bramkę ręką, jednak arbiter był czujny oraz  dobrze ustawion, więc zamiast gola mieliśmy żółtą kartkę. Contra jednak tej przewagi nie potrafiła wykorzystać. Gospodarze mieli kilka wybornych okazji ,ale tak jakby wystrzelali się w poprzednich dwóch kolejkach i nie byli już tak skuteczni. Niemoc przerwał Paweł Pająk strzelając w 22 minucie na 2:1. Taki wynik utrzymuje się do przerwy. Po zmianie stron niezawodny Zbyszek Obłuski doprowadza w 28 minucie do remisu. Mecz w tym momencie wyrównuje się i każda ze stron ma swoje okazje ,ale wynik 2:2 cały czas się utrzymuje. Widać było że każdy chce walczyć o pełną pulę i remis nikogo tutaj nie zadowoli. Gdy wydaje się że podział punktów jest realnym scenariuszem ponownie daje o sobie znać Zbyszek. Znowu piłka go szuka i w 46 minucie kompletuje hattricka w tym meczu. Rozpaczliwe ataki ekipy Michała Raciborskiego nie przynoszą efektu i po raz kolejny napastnik Moczymord daje tej drużynie cenne punkty. Z perspektywy meczu lepszym zespołem była Contra ,ale punkty pojechały w komplecie na Mokotów.

Tymczasem na drugim boisku East Wind walczył o utrzymanie się na szczycie tabeli Ekstraklasy, a przy korzystnych rezultatach, na powiększenie przewagi nad najgroźniejszymi rywalami. Ich przeciwnikiem był zespół Wawalions, którzy przystąpili do zawodów osłabieni brakiem nominalnego bramkarza oraz ich najlepszego zawodnika obecnego sezonu Volodymyra Humeniuka. Mimo takich osłabień goście nie prezentowali się źle na tle obecnego lidera rozgrywek. Co więcej, na początku mieli lepsze sytuacje do strzelenia bramki. Najpierw dali sygnał ostrzegawczy gospodarzom, kiedy to po źle rozegranym rożnym East Windu wyszli z kontrą, ale trafili jedynie w słupek. W końcu dopięli swego i Yurii Naidyshak otwiera wynik spotkania. To obudziło zawodników Sebastiana Dąbrowskiego. Najpierw Michał Nowak wyrównuje, a później dwukrotnie do bramki trafia Filip Junowicz i East Wind wygrywa już 3-1. Wawalions nie składali broni i złapali kontakt z przeciwnikiem po bramce Bohdana Mereshuka, który wstrzelił piłkę w pole karne, ta odbiła się po drodze od zawodnika i trafiła do siaki. Wynik na 4-2 do przerwy ustalił Sebastian Dąbrowski. Po zmianie stron lepiej prezentowali się zawodnicy Wawalions, mieli parę sytuacji, ale bez finalizacji. Skuteczniejsi byli rywale i na 5-2 trafił Damian Patoka. W późniejszej fazie meczu w grze obu drużyn wkradł się mały chaos, Wawalions nie wykorzystali swoich kontr, a East Wind grał nieco niedokładnie i nie potrafił wykorzystać  faktu, że rywal grał z lotnym bramkarzem. Obie drużyny strzeliły jeszcze po jednej bramce i wynik końcowy tego spotkania brzmiał 6-3.

Zarówno Anonymmous  jak i Chemik Bemowo przed spotkaniem miały na swoim koncie zaledwie po jednym punkcie. Stawialiśmy na Anonimowych wierząc, że zmobilizują się na ten mecz, wszakże obie drużyny dobrze się znają, bo rywalizowały często ze sobą w lidze bemowskiej. To co charakteryzuje obie ekipy to duża rotacja składu, co na poziomie Ligi Fanów nie pozwala na wymierne sukcesy. Lepiej w mecz weszli gospodarze i w 9 minucie objęli prowadzenie. W 19 minucie wyrównał Maciek Skurzyński i pierwsza połowa zakończyła się remisem 1:1. Żadna z drużyn nie osiągnęła znaczącej przewagi i widać było, że oba teamy nie chciały przegrać kolejnego meczu, co determinowało koncentrowanie się na defensywie. Po zmianie stron bramka Tomasza Łokietka otworzyła spotkanie. Chemik musiał zaatakować, ale gospodarze skutecznie się bronili. W 39 minucie Mariusz Sochań strzela na 2:2, a po chwili goście już prowadzą za sprawą Piotra Dzisiowa. Ekipa z Bemowa idzie za ciosem i na listę strzelców wpisują się Piotr Urbański oraz Maciek Skurzyński ,a drużyna Macka Miękiny ponownie w tym sezonie grałą jakby bez wiary w końcowy sukces. Tomasz Łokietek  w końcówce zmniejsza rozmiary porażki na 3:5. Anonimowi fatalnie zaczęli sezon i patrząc na poziom drużyn w Ekstraklasie, o utrzymanie będzie z taką grą ciężko. Chemik ma potencjał, ale nam wydaję się że potrzeba tej ekipie stabilizacji, aby Ci sami zawodnicy pojawiali się na meczach co tydzień, a wtedy jest szansa powalczyć być może nawet o podium.

Mistrz Tur Ochota podejmował FC Wilanów, który nareszcie zebrał solidny skład i miał podstawy do tego, by myśleć o zwycięstwie. Pierwsza połowa to rezultat, który zmieniał się dynamicznie. Gdy jedna drużyna strzelała, natychmiast druga odpowiadała i mieliśmy cały czas wynik na styku. Świetnie prezentował się Rafał Polakowski wspierany przez Łukasza Rostowskiego, który bardzo dobrze prezentował się na tle zawodników z Ochoty. Kapitalnie też bronił Jacek Żołnierski wielokrotnie ratując swój zespół przed stratą bramki. Do przerwy mamy wynik 3:4. Po zmianie stron za sprawą Rafała Polakowskiego mamy dwubramkową przewagę Wilanowa. Tur jednak cały czas atakuje i niweluje straty do jednego trafienia. Taka sytuacja utrzymuje się przez całą drugą połowę. Drużyna Konrada Kowalskiego nie jest w stanie osiągnąć jednak  remisu. Zaczynają się nerwy i niepotrzebne uszczypliwości. Sędzia jednak najbardziej aktywnych zawodników szukających zwarcia napomina kartkami. Sama końcówka to bramki Macieja Pawlickiego i Roberta Hankiewicza. Dwubramkowa przewaga na korzyść Wilanowa zostaje dowieziona do końca. Tur przegrywa po raz pierwszy i teraz będzie gonił lidera, a Wilanów pokazuje, że jeżeli się zbierze, to jest mocny. Szkoda że na początku sezonu ta drużyna miała takie problemy organizacyjne, bo przez to straciła kilka cennych punktów, które mogą zaważyć na pozycji tej ekipy na koniec sezonu.

 

 

 

 

 

dodaj komentarz

 
Wybierz kolejkę:
3 0

EKSTRAKLASA

Kolejka 3
Wybierz kolejkę:
0 0

1 LIGA

Kolejka 3
Wybierz kolejkę:
0 0

2 LIGA

Kolejka 3
Wybierz kolejkę:
3 0

3 LIGA

Kolejka 3
Wybierz kolejkę:
1 0

4 LIGA

Kolejka 3
Wybierz kolejkę:
5 0

5 LIGA

Kolejka 3
Wybierz kolejkę:
2 0

6 LIGA

Kolejka 3
Wybierz kolejkę:
1 0

7 LIGA

Kolejka 3
Wybierz kolejkę:
2 0

8 LIGA

Kolejka 3
Wybierz kolejkę:
1 0

9 LIGA

Kolejka 3

Statystyki kolejki

     

    Ankieta

    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Aby zagłosować musisz wybrać jedną z odpowiedzi