Wczytuję...

ZAGRAJ W LIDZE FANÓW!

Zaczęło się! Ruszyły zapisy do Amatorskiej Ligi Szóstek - Ligi Fanów. Start rozgrywek w sezonie 2020/2021 zaplanowany jest na 27 września!

DLACZEGO MY!

Jako że nie jesteśmy jedyni w tym co robimy, a nie chcielibyśmy być jednymi z wielu, przedstawiamy wam poniżej kilka argumentów, dla których warto zagrać w LIDZE FANÓW!

ROZDANIE NAGRÓD!

Znamy już termin i miejsce uroczystej gali zakończenie sezonu w Lidze Fanów. Liczymy że 27 września na pierwszą kolejkę rudny jesiennej wybierzecie się w szerokim składzie odebrać cenne …

REPREZENTACJA LIGI FANÓW!

Wiele miesięcy planowania i przygotowań, wnikliwa obserwacja i staranna selekcja kandydatów do gry i wreszcie pierwszy mecz!

ZAGRAJ W LIDZE FANÓW!
DLACZEGO MY!
ROZDANIE NAGRÓD!
REPREZENTACJA LIGI FANÓW!

RAPORT MECZOWY - LATO 2020 - KOLEJKA 9.

02
Wrz

To był weekend wielkich emocji! Za nami mnóstwo rozstrzygnięć. Godzina po godzinie poznawaliśmy kolejnych wielkich zwycięzców i przegranych sezonu Letniego. Nowym mistrzem Ligi Fanów zostali AnonyMMous! a podium uzupełniają FC Kebavita oraz FC Hazard 86. Pozostałe ligi wygrały zespoły Narodowego Śródmieścia, Bękartów Warszawy, Mikstury, Awantury Warszawa i wreszcie Olimpik. Przed nami już tylko szczegółowe podsumowania każdego z poziomów, Gala Rozdania Nagród i oczekiwanie na star ligi sezonowej. Póki co zapraszamy na opis wydarzeń z ostatniej 9 kolejki.

RAPORT MECZOWY - LATO 2020 - KOLEJKA 9.


LIGA 1

Niesamowitych emocji dostarczyło nam spotkanie Contry z Anonymmous!. Obie drużyny miały o co walczyć, bo gospodarze nadal byli w grze o trzecią lokatę, a goście musieli wygrać i to najlepiej dość wysoko, bo wiadomo było, że o mistrzowskim tytule zdecyduje bilans bramkowy. Jeszcze spotkanie na dobre się nie rozpoczęło, a już oglądaliśmy kilka efektownych akcji i sporo bramek. Najpierw Contra szybko strzeliła dwie bramki, by po chwili łatwo stracić prowadzenie i po niespełna 5 minutach było 2:2. Świetnie grał Dawid Biela, który zaskakiwał obrońców niekonwencjonalnymi zagraniami i do tego był niezwykle skuteczny. Gdy znowu gospodarze wychodzą na prowadzenie 4:2 i Maciek Miękina nerwowo pokrzykuje na swoich zawodników, by wzięli się wreszcie do roboty. Do przerwy udaje się jedynie zremisować i mamy 5:5 po pierwszej odsłonie. Anonimowi, jak zdążyliśmy już zauważyć w czasie letniej ligi, mają zdecydowanie lepsze drugie połowy i w tym przypadku było podobnie. Po zmianie stron nie wiemy co się stało z Contrą. Pierwsza połowa była w ich wykonaniu fenomenalna, a w drugiej jakby zupełnie inna drużyna wyszła na plac. Anonimowi dominowali i rozkręcali się z każdą minutą. Ekipa Michała Raciborskiego rzuciła się do odrabiania strat, ale była skutecznie kontrowana. W pewnym momencie wydawało się, że może się tutaj skończyć wynikiem, który osiągnęła Karmelicka w poprzedniej kolejce, bo w odstępie paru minut piłka kilkakrotnie lądowała w bramce gospodarzy. Szczególnie aktywny był Damian Patoka, który pracował także na własne statystyki indywidualne. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 6:14 i to oznaczało brak szans dla Contry na medale, a Anonimowym pozostało czekanie na wieczorne starcie Kebavity z Górką.

W jedynym meczu 1 ligi rozgrywanym na Arenie Strumykowa FC Karmelicka podejmowała drużynę Cykaczy. Wynik tego spotkania w żaden sposób nie decydował o układzie podium, ale mimo, że to spotkanie nie miało większego wpływu na końcowe rozstrzygnięcia, to drużyny zebrały się dość licznie. Obie ekipy chciały zakończyć swoje zmagania w lidze letniej zwycięstwem, ale od początku meczu to Cykacze przejęli inicjatywę. Karmelicka cofnięta do defensywy, liczyła na błędy rywali, ale to zespół Krzyśka Gołosa wykreował więcej groźnych sytuacji. Cykacze wykorzystali fakt, że Karmelicka grała z wysoko wysuniętym bramkarzem i Patryk Gmurczyk dał prowadzenie swojej drużynie. Ten sam zawodnik podwyższył na 0:2 i od tego momentu Cykacze zaczęli popełniać coraz więcej błędów podczas konstruowania akcji, co bez skrupułów wykorzystali gospodarze doprowadzając do wyrównania. Najpierw bramkę kontaktową zanotował Mikołaj Kozłowicz, a po przejęciu piłki od obrońcy rywala wyrównał Albert Białkowski. W drugiej części Cykacze znów odzyskali kontrolę nad spotkaniem, to oni prowadzili grę, jednak nie popełnili tych samych błędów co w pierwszych 25 minutach. Na 2:3 trafił Piotr Amermajster, ale ponowne prowadzenie nie uśpiło gości, którzy grali czujnie w obronie i nie dali już rywalowi strzelić żadnej bramki. Sami za to pokonali golkipera Karmelickiej jeszcze dwukrotnie ustalając wynik meczu na 2:5.

Dla Hazardu 86 i Chłopców z Bródna bezpośrednie spotkanie było walką o trzecie miejsce w tabeli I ligi. Od pierwszego gwizdka goście próbowali budować przewagę w środku pola grą z wysoko wysuniętym bramkarzem, ale w 8 minucie błąd w rozegraniu spowodował, że Kamil Bassa oddał strzał z połowy boiska na pustą bramkę i wyprowadził Hazard na prowadzenie. Goście kontynuowali przyjętą wcześniej taktykę, ale grali bardzo statycznie i nie przekładało się to na zagrożenie pod bramką Hazardu. Długo nikt nie był w stanie przeważyć szali na swoją stronę. Dopiero w 22 minucie błąd w rozegraniu piłki wykorzystał Kamil Bassa, a dwie minuty później ten sam zawodnik wyszedł sam na sam z bramkarzem i pięknym lobem pokonał golkipera gości. Hazard schodził na przerwę z bezpiecznym prowadzeniem 3:0. Druga połowa rozpoczęła się od szybkiego gola Chłopców, a strzelcem bramki był Maciej Frąckiewicz. Podopieczni Sebastiana Ulewicza nie poszli jednak za ciosem. Hazard konsekwentnie szukał okazji do strzelenia bramki, aż w końcu Krzysztof Skrzypczak podwyższył prowadzenie gospodarzy. Chwilę później Krzysztof strzeli kolejnego gola i przy stanie 5:1 i kwadransie do końca spotkania, drużyna Michała Malińskiego rzuciła wszystkie siły do bronienia wyniku. Zagęszczona obrona i czujna postawa defensorów Hazardu spowodowała, że Chłopcy z Bródna nie byli w stanie tego dnia już nic ugrać. Rosnąca frustracja w drużynie gości nie pomagała, a czas uciekał nieubłaganie. Nawet żółta kartka dla Kamila Bassy nie pomogła, bo goście nie byli w stanie wykorzystać przewagi liczebnej i przebić się przez świetnie ustawiony blok obronny. Dopiero w 48 minucie Jakubowi Dalbie udało się pokonać Antoine'a Brethome, ale była to ostatnia bramka w tym meczu i FC Hazard wygrywając 5:2 zdobył brązowy medal 1 ligi wakacyjnej.

W cieniu meczu FC Kebavity z FC Górką mimo, że to na boisku obok długo nie mogły rozbłysnąć jupitery, odbywał się równolegle pojedynek pomiędzy Papadensami, a LTM Warsaw. Mimo że obie ekipy nie przystępowały do rywalizacji w swoich najlepszych składach, to na placu pojawiło się kilku uznanych zawodników. Bardzo długo utrzymywał się wynik 0:0, raczej żadna z drużyn nie potrafiła osiągnąć znaczącej przewagi nad oponentem, do tego dogodnych sytuacji do strzelenia bramki było jak na lekarstwo. Można spokojnie stwierdzić, że był to raczej futbol dla koneserów, gdzie taktyka i ustawienie bierze górę nad emocjami i gradem bramek. Jeszcze przed końcem pierwszej części zespoły nieco się odblokowały i zaliczyły po jednym trafieniu. Do przerwy zatem utrzymał się remis i zawodnicy schodzili na odpoczynek przy stanie 1:1. Po zmianie stron mecz nabrał rumieńców, a co za tym idzie obie ekipy mocno się rozstrzelały. Na bezpieczne prowadzenie wyszli gracze LTM-u, głównie dzięki dobrej dyspozycji Kamila Kuczewskiego, który w drugiej połowie był najjaśniejszą postacią swojego zespołu i do tego zdobył 2 bramki i zaliczył 2 asysty. Niestety ofensywny tercet gospodarzy: Kuźniewski-Białorudzki-Wójcik mimo kilku niezłych sytuacji nie byli w stanie odwrócić losów spotkania, które kończy się wygraną LTM-u 4:7. Znamienne jest też to, że w obliczu nadciągającej burzy, w samej końcówce zawodnikom nie zależało już tak bardzo na wyniku, który i tak nic nie zmieniał w układzie w tabeli. Jedynie zespół Irka Webera kończy sezon pozytywnym akcentem, bo ambicje na lato były znacznie większe.

Ostatnie spotkanie rozgrywane na arenie Grenady było jednocześnie jednym z tych, które na długo zapadną w naszej pamięci. Pełne dramaturgii zwieńczenie sezonu letniego, czyli mecz FC Górki z FC Kebavitą, które było dla gości batalią o mistrzostwo I ligi. Ekipa Buraka Cana wiedziała, że Anonymmous wysoko ograli Contrę i mając na uwadze, że muszą wygrać różnicą przynajmniej 9 bramek, rzucili się na bramkę Konrada Litwiniuka już od pierwszych minut. Drużyna gospodarzy bardzo dzielnie broniła się przed zmasowanym atakiem Kebavity i golkiper Górki skapitulował pierwszy raz dopiero w 12 minucie meczu. Od tego momentu Kebavita metodycznie i konsekwentnie budowała wynik, a każda bramka uskrzydlała chłopaków przybliżając ich do końcowego triumfu. Mecz ten przyjął niemal teatralny kształt widowiska, w którym było jasne, że Kebavita wygra, ale widzowie w napięciu zadawali sobie pytanie, czy drużynie Buraka Cana wystarczy czasu na strzelenie odpowiedniej ilości bramek. Przy stanie 0:4 udało się Górce wyprowadzić dobry kontratak i bramka Michała Rydza dodała trochę dramaturgii temu spotkaniu. Ostatnie trafienie w pierwszej połowie zaliczył Kamil Majorek i przy stanie 1:5 drużyny udały się na odpoczynek. Po wznowieniu gry piłkarze Kebavity podwoili napór na bramkę Górki i co chwilę dokładali kolejne trafienia. Potknęli się tylko raz w 32 minucie, kiedy rzut karny na gola dla Górki zamienił Konrad Litwiniuk. Goście niezrażeni tym trafieniem kontynuowali marsz ku zwycięstwu, aż w końcu w 45 minucie Kamil Majorek strzela bramkę na 2:11, a wynik ten gwarantuje Kebavicie tytuł mistrza. Chwilę później Kamil dokłada jeszcze jedno trafienie i zawodnicy Buraka Cana powoli przygotowywali się do świętowania ostatecznego sukcesu. Być może zabrakło koncentracji, a może zwyczajnego szczęścia, ale pozostałe dwie minuty meczu stały się dla zawodników Kebavity prawdziwym horrorem. Najpierw kontratak Górki wykorzystuje Michał Rydz, a w niemalże ostatniej akcji meczu Marcin Godlewski strzela dla Górki bramkę na 4:12. Goście rzucają się do rozpaczliwego ataku, mają jeszcze rzut karny na wagę mistrzostwa, ale jedenastkę świetnie obronił Konrad Litwiniuk. Pomimo dramatycznej pogoni i wysokiego zwycięstwa nie udało się im dogonić ekipy Maćka Miękiny i w końcówce meczu stracili tytuł mistrza na rzecz Anonymmous.

LIGA 2

Mecz pomiędzy Kanonierami, a Złączonymi właściwie był już tylko o to, by godnie pożegnać się z Ligą Wakacyjną. I trzeba przyznać, że obie ekipy zaprezentowały się bardzo przyzwoicie w swoim ostatnim występie. Zebrały solidne składy, z szeroką ławką rezerwowych, więc zapowiadał nam się całkiem dobry mecz. Jako pierwsi prowadzenie objęli zawodnicy Złączonych za sprawą Krzysztofa Milczarka. Długo taki stan rzeczy się utrzymywał, pomimo kilku dogodnych okazji z jednej i z drugiej strony. Dopiero w końcówce pierwszej części gracze nieco nastawili celowniki i Kanonierzy doprowadzili do wyrównania. Jeszcze przed przerwą obie ekipy trafiły po razie i do przerwy mieliśmy 2:2. Po zmianie stron nieco więcej z gry mieli Złączeni, co przełożyło się na bramki. Gdy zespół z Grodziska wygrywał już 2:4 wydawało się, że powinni to prowadzenie dowieźć do końca, ale stało się inaczej. Gospodarze wykorzystali swój lepszy okres gry i stopniowo odrabiali straty, aż w końcu wyszli nawet na prowadzenie 5:4. Złączeni nie zamierzali odpuszczać i próbowali odwrócić losy meczu ponownie na swoją korzyść. Pomimo wielu ataków z jednej i drugiej strony więcej bramek już nie padło. Kanonierzy przełamali serię porażek i zakończyli sezon długo wyczekiwanym zwycięstwem. Przed większość czasu wydawało się, że Złączeni zdobędą w meczu punkty, ale słabsza skuteczność przeważyła. To był naprawdę niezły mecz w wykonaniu obu zespołów i pozostaje pytanie, gdzie by zakończyli rozgrywki, gdyby przez cały sezon tak się prezentowali.

W kolejnym meczu 2 ligi naprzeciw siebie stanęli zawodnicy Truskawki na Torcie i Warszawskiej Ferajny. Zespołowi Tomka Cymermana udało się tym razem zebrać meczową szóstkę, ale grając bez zmian, z zawodnikiem z pola między słupkami, z zespołem, który wciąż liczył się w walce o podium, raczej trudno było sądzić, że gospodarzom uda się odnieść sukces. Jednak początek spotkania był bardzo obiecujący dla Truskawki. Gospodarze umiejętnie się bronili i przez prawie 15 minut utrzymywał się wynik 0:0. Duża była w tym zasługa broniącego w tym meczu Adriana Pomaskiego. Pierwsza połowa była wyrównana, dopiero po kilkunastu minutach wynik meczu otworzył Kacper Domański strzałem z rzutu wolnego. Później ten sam zawodnik podwyższył na 0:2, ale Truskawka nie odpuszczała i w końcówce pierwszej części Michał Mech zdobył bramkę kontaktową. Do przerwy 1:2 i wcale nie było widać różnicy w tabeli która dzieliła obie ekipy. Po zmianie stron bramkę na 1:3 zdobył mocnym strzałem Kacper Galan. Trukawka nie była dłużna i gdy Kamil Zagrodzki wywalczył piłkę w środku pola i po indywidualnym rajdzie wyłożył piłkę Michałowi Mech znów złapała kontakt (2:3). Wśród gospodarzy może istniała jeszcze wtedy wiara w korzystny rezultat, ale chyba zgasła, gdy zaliczyli trafienie samobójcze na 2:4. Od tej pory nie trafili już do bramki rywala, Ferajna natomiast po kolei punktowała przeciwnika, a brylowali w tym Kacper Domański i Patryk Miśtal. Zwłaszcza w ostatnich 5 minutach udało im się nastrzelać gole znacznie podmęczonemu rywalowi. Ostatecznie zawody kończą się wynikiem 2:9. Truskawce należą się brawa za ambitną grę, może gdyby mieli ze 2 solidne zmiany, mogliby powalczyć o coś więcej. Ferajna wykonała zadanie i musiała czekać na wynik Niezłomnych z Lujwaffe.

Absolutny hit ostatniej kolejki, czyli bezpośredni pojedynek Narodowego Śródmieścia z Mixamatorem o mistrzostwo I ligi zapowiadał się niezwykle emocjonująco. Dla ekipy Marka Szklennika ewentualne zwycięstwo byłoby również 18 z rzędu wygranym spotkaniem w Lidze Fanów. Stawka szalenie wysoka i od pierwszych minut dało się wyczuć, jak bardzo graczom ze Śródmieścia zależało na tej wygranej. Bardzo szybko złapali przewagę i rozpoczęli ostrzeliwanie bramki Grzegorza Augustyniaka, który musiał się tego dnia solidnie napracować. Mixamator atakował rzadko i nieskutecznie. W 10 minucie pięknym strzałem na długi róg Damian Talarek otworzył wynik. Od tego momentu Narodowe było zdecydowanie drużyną przeważającą. Kompletnie „usiadło" na drużynie Mixów i team Michała Fijołka nie mógł przebić się nawet przez środek boiska, często tracił piłki i nie był w stanie realnie zagrozić bramce Marka Reszczyńskiego. Szalone tempo spotkania utrzymało się do gwizdka kończącego pierwszą połowę, a na tablicy utrzymał się wynik 1:0. W drugiej połowie przewaga Narodowego stała się jeszcze bardziej widoczna i momentami Mixamator miał wręcz problemy z rozegraniem piłki od własnej bramki. W 35 minucie Oskar Kalicki podwyższył na 2:0. Goście wyglądali na kompletnie zagubionych, ale chwilę później nadzieję Mixamatorowi przywrócił Bartosz Nowodworski strzelając bramkę kontaktową. Przy stanie 2:1 Narodowe poczuło, że jest to moment rozstrzygnięcia i nie można pozwolić Mixom na zdobycie nawet chwilowej przewagi. Zmasowany atak na bramkę Grzegorza Augustyniaka przyniósł efekt w postaci trafienia Damana Talarka, a chwilę później Damian wykorzystał fatalny błąd w rozegraniu piłki i w 43 minucie Narodowe Śródmieście prowadziło 4:1 i wiadomo było, że mistrzostwo jest już na wyciągnięcie ręki. Podopieczni Marka Szklennika ostatnie minuty zagrali bardzo rozważnie i nie dali Mixamatorowi dogonić wyniku, a gdy rozległ się końcowy gwizdek radość ekipy gospodarzy dało się słyszeć z daleka. Był to niewątpliwie jeden z najlepszych, najbardziej emocjonujących i widowiskowych meczy jakie oglądaliśmy w tym sezonie.

Pojedynek Lufwaffe Tarchomin z Niezłomnymi był dla obu ekip szansą na zdobycie trzeciego miejsca w drugiej lidze. Jak wiele dla zespołu z Ukrainy znaczy Taras Kobliuk, tego nie trzeba nikomu przypominać i należy przyznać, że powrót w końcówce sezonu wyszedł snajperowi Niezłomnych imponująco. Początek meczu to pech bramkarza Lujwaffe Marcina Konopki, który w 2 minucie obronił strzał właśnie Tarasa Kobliuka, ale doznał kontuzji, która wykluczyła go z dalszej gry. Na jego miejsce wszedł Aleks Janicki i musiał się solidnie napracować, bo Niezłomni raz po raz ostrzeliwali bramkę gospodarzy. W 6 minucie Taras Kobliuk otworzył wynik spotkania, ale Lujwaffe odpowiedziało trafieniem Piotra Dobrzenieckiego. Luje długo nie nacieszyli się z remisu, bo już chwilę później Andrii Koroliyk podwyższył na 1:2. Tempo meczu nieco się uspokoiło i do końca pierwszej połowy oglądaliśmy dość wyrównane zawody. Aleks Janicki kilkukrotnie popisał się świetnymi interwencjami, ale w ostatniej minucie zaskoczył go Andrii Kolorliyk, który potężnym strzałem z dystansu trafił w samo okno. W drugiej połowie Niezłomni kompletnie zdominowali grę i nie dali Lujwaffe żadnych szans. Błyskawiczny gol Tarasa Kobliuka podciął skrzydła ekipie z Tarchomina, a Andrii Koroliyk, Liubomyr Bonk i Mykola Melnyk dokładali kolejne trafienia. Niezłomni pewnie wygrywając 1:9 uplasowali się na trzecim miejscu II ligi.

W dość okrojonych składach i bez największych gwiazd na swoje pojedynki przyszli zawodnicy Drunk Teamu i Wiernego Służewca. Obie drużyny jeszcze do niedawna miały szansę na zajęcie podium, ale ostatecznie jeszcze przed tym pojedynkiem wiadomo było, że sezon zakończą w środkowej części tabeli. Dość długo utrzymywał się wynik 0:0 i żadna z ekip nie była w stanie zaznaczyć w sposób znaczący swojej przewagi. W końcu do siatki trafił Piotr Gratkowski, wyprowadzając Wiernego na prowadzenie 0:1 i potwierdzając całkiem niezłą dyspozycję w premierowych 25 minutach. Drunk Team wyrównał jeszcze w pierwszej połowie.Tomasz Redas oddał strzał z dystansu i przy interwencji nie popisał się Grzegorz Łapacz, który przepuścił piłkę do bramki. Do przerwy 1:1 po wyrównanej walce. Po zmianie stron coraz większą przewagę posiadali Drunkersi. Jeszcze przy wyniku remisowym i niewielkiej przewadze gospodarzy wydawało się, że wynik będzie niewiadomą do samego końca, jednak błędy w formacji defensywnej Wiernego sprawiły, że Drunk Team odskoczył z wynikiem, a zespół ze Służewca nie był w stanie odrobić tych start. Tomasz Redas stosunkowo szybko ustrzelił hattricka trafiając na 2:1 i 3:1, i gospodarzom grało się już znacznie łatwiej. Ostatecznie Drunk Team wygrywa aż 7:1, dominując rywala w drugiej części.

LIGA 3

Rywalizację w 3 lidze zaczęliśmy od starcia Junaka z Orzełami Stolicy. Orzeły wciąż miały szansę na zajęcie 3 miejsca, ale oprócz wygranej, musiały liczyć na korzystny wynik w starciu Deportivo z FC Nova Group. Mecz zaczął się po myśli gości. Już jedna z pierwszych akcji zakończyła się golem dla ekipy Jana Wnorowskiego. Antonii Gola próbując utrzymać jeszcze piłkę w boisku, zagrał po ziemi z boku boiska w pole karne. Większość osób myślała, że piłka przejdzie obok bramki i wyjdzie na aut po drugiej stronie boiska, a tymczasem, ku zaskoczeniu wszystkich, ta odbiła się od słupka i wpadła do siatki. Junak próbował odrobić straty, ale do czego nas przyzwyczaił już w tym sezonie – brakowało skuteczności i pewnego wykończenia akcji ofensywnych. Mimo kilku naprawdę niezłych okazji, nie udało się zespołowi Krzyśka Krzewińskiego ani razu trafić do siatki w przeciągu pierwszych 25 minut, natomiast przeciwnicy praktycznie większość swoich akcji kończyli bramką. Do przerwy było 0:4 dla Orzełów i wydawało się, że w drugiej części goście będą tylko powiększać swój stan posiadania. Jak się okazało, Junak po przerwie miał już nieco lepiej nastawione celowniki i dzięki zwiększonej skuteczności, udało im się doprowadzić do stanu 3:4. To już nieco krzyżowało plany Orzełom, dla których liczyło się tylko zwycięstwo. Sprawy w swoje ręce wziął Antonii Gola, który swoimi dwoma bramkami nieco uspokoił mecz. Junaka stać było już tylko na trafienie ustalające wynik spotkania na 4:6. Dla gospodarzy to było dobre podsumowanie całego sezonu: dobra gra, ale słaba skuteczność towarzyszyła Junakowi przez większość ligi letniej. Orzeły natomiast swoje zadanie wykonały i czekały na to, co zrobią inni kandydaci do brązowych medali.

Pewny drugiej lokaty ALPAN na spotkanie z Argentyńczykami przyszedł w troszkę słabszym składzie niż zwykle, ale i tak ci, którzy stawili się na Grenady, mieli dać zwycięstwo na zakończenie ligi. Jednak na początku spotkania proste błędy w obronie powodowały, że gospodarze wyszli szybko na dwubramkowe prowadzenie. Goście po przeprowadzonych zmianach zaczęli lepiej grać i konstruować składniejsze akcje, ale na drodze stanął im Mateo Pegoraro. Bramkarz Un Mate Team świetnie interweniował i wybronił kilka groźnych strzałów. Nie miał natomiast szans przy atomowym strzale Patryka Dębskiego i Alpan łapie kontakt na 2:1. Niestety szybko ponownie traci dwie bramki po koszmarnych błędach w defensywie i na przerwę schodzi z trzy bramkowym deficytem. Po zmianie stron goście decydują się zmienić ustawienie na dwóch obrońców i trzech napastników. Jednak już w pierwszej akcji drugiej połowy mamy kontrę Argentyńczyków i jest 5:1. Goście jednak konsekwentnie grają ustaloną taktyką. Udaje się zmniejszyć przewagę i być może kluczowy moment w meczu, to karny którego nie wykorzystuje Damian Borowski. To ostatecznie sprawia, że mimo dużych chęci, nie udaje się odwrócić losów spotkania. Un Mate Team zasłużenie wygrywa 7:4 i to jest dobry prognostyk na nowy sezon. ALPAN zajmuje drugą pozycję mimo porażki, ale w nowej kampanii musi poprawić kilka elementów, jeżeli myśli o mistrzostwie w swojej lidze na jesieni.

Mający już zapewniony mistrzowski tytuł zespół Bękartów Warszawy podejmował prawdopodobnie grający ostatni mecz w tej formule team Riversów. Od początku spotkania widać było, że mistrzowie będą tutaj stroną dominującą i kilku zawodników chciało jeszcze poprawić statystyki indywidualne. Po szybko strzelonej przez Bękarty bramce wydawało się, że kolejne będą padały w szybkim tempie, ale goście starali się odgryzać i też mieli kilka swoich okazji. Jednak niezawodny Konrad Dzięcioł zrobił kapitalną robotę w ofensywie, dzięki czemu dość szybko Bękarty wyszły na bezpieczne prowadzenie i przez cały czas starały się osiągnąć jak najlepszy wynik. Skład gości, można powiedzieć że był eksperymentalny i mimo że niektórzy zawodnicy prezentowali niezłe umiejętności indywidualne, to bardzo widoczny był brak zgrania w zespole. Do przerwy 8:3 i wynik spotkania wskazywał, że gospodarze tego meczu nie mogli przegrać. Po zmianie stron obraz gry był podobny. Bękarty strzelały bramki głównie po akcjach zespołowych, gdzie Konrad Dzięcioł był głównym egzekutorem, a przecież jeszcze kilka razy nie trafił w wybornych sytuacjach. Riversi próbowali choć trochę zmniejszyć rozmiar porażki, ale obrona przeciwnika i bramkarz Michał Staniszewski nie pozwalali na zbyt wiele w ofensywie zespołowi z Mokotowa. Gospodarze wygrywają zdecydowanie spotkanie 16:4 i chwilę po spotkaniu mogli się w końcu cieszyć gdy korki od szampana strzeliły w górę. Dla Riversów było to chyba ostatnie spotkanie w Lidze Fanów, choć zawodników zobaczymy u nas w lidze, ale już w innych drużynach.

Mecz Zakonu Bonifratrów z Joga Bonito był spotkaniem zespołów z dolnej części tabeli i trudno było przed tą rywalizacją wskazać wyraźnego faworyta. Na korzyść gospodarzy mógł przemawiać fakt, że do bramki powrócił Adam Kolanowski, dla którego było to pierwsze spotkanie w lidze letniej. Znacznie lepiej w spotkanie wszedł Zakon, który tuż po pierwszym gwizdku objął prowadzenie za sprawą Jerzego Kurowickiego. Jednak nie spowodowało to spadku morale u rywali. Z czasem Joga Bonito coraz dłużej utrzymywała się przy piłce, wymieniając podania po obwodzie, cierpliwie szukając swojej szansy. Ważną postacią dla zespołu gości był Mateusz Bubrzyk, który grał w środku pola i nadawał tempo rozgrywanym akcjom. Jego umiejętności były kluczowe dla przebiegu tej rywalizacji. Dobra technika i łatwość w mijaniu rywali tworzyła dużą przestrzeń dla jego kolegów z zespołu. Dzięki temu Joga w końcu wyrównała, a jeszcze przed przerwą Mateusz Bubrzyk dwukrotnie pokonał bramkarza rywali, dzięki czemu Joga schodziła po pierwszej połowie z prowadzeniem 1:3. Zakon też miał swoje szanse, ale do czego nas przyzwyczaił podczas letnich rozgrywek, brakowało wykończenia lub ostatniego podania. Druga odsłona spotkania przyniosła nam tylko jedno trafienie. Wynik na 1:4 ustalił Grzegorz Szostak po podaniu od grającego bardzo dobre zawody Mateusza Bubrzyka. W samej końcówce spotkania Zakon wywalczył jeszcze rzut karny, którego nie wykorzystał Marcin Stachacz, niejako podsumowując występ Zakonu w całej lidze letniej.

Ostatni mecz w 3 lidze miał zadecydować o tym, kto wywalczy brązowe medale. Deportivo La Chickeno miało szansę na 3 miejsce tylko w przypadku wygranej, FC Nova Group do stanięcia na najniższym stopniu podium wystarczał remis.Widać było, że gościom bardziej zależy na wygranej, bo przy dość licznej ekipie Novych, Czikeny na początku mieli do dyspozycji jedynie 3 zawodników z pola i bramkarza. Pomimo zdecydowanie osłabionej kadry, Deportivo ruszyło śmiało do ataku, co naraziło ich na groźne i skuteczne kontry przeciwnika. FC Nova Group bezlitośnie wykorzystywała każdy błąd rywali, na domiar złego zaczął intensywnie padać deszcz, co znacznie utrudniało grę. Dopiero tuż przed końcem pierwszej części dojechał 5 zawodnik Deportivo i w takim zestawieniu gospodarze musieli dokończyć spotkanie, bo nikt więcej się nie pojawił, mimo że Czikeny według zapowiedzi miały mieć meczową szóstkę. Pomimo wyniku 2:9 do przerwy, ogromnej ulewy oraz braku jednego zawodnika, gospodarze kontynuowali grę i śmiało nacierali na rywali. Mimo że FC Nova Group miała dużą przewagę nad rywalem, również cały czas grała ofensywnie, aby nastrzelać jak największą liczbę goli. Wesoły futbol musiał się zakończyć wysokim wynikiem, ale należy zaznaczyć, że Deportivo wiedząc, że nie ma szans na wygranie tego spotkania, grało już tylko na indywidualne statystyki swoich zawodników. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 8:17 zapewniając podium na poziomie trzeciej ligi FC Nova Group.

 LIGA 4

Na pewno nie tak wyobrażali sobie ten sezon zawodnicy Virtualnego Ń. Drużyna Marka Giełczewskiego znalazła się w „strefie spadkowej", a w ostatnim meczu podejmowała ekipę Saskiej Kępy, która końcówkę sezonu rozgrywała piorunująco dobrze. Tym razem team Korneliusza Troszczyńskiego miał potężne problemy kadrowe, ale gdy udało się skompletować sześciu zawodników, rozległ się gwizdek rozpoczynający mecz. Piłkarzom przyszło grać w bardzo trudnych warunkach. Strugi deszczu lejącego się z nieba spowodowały, że całe spotkanie rozgrywało się w dość spokojnym tempie. Saska stosunkowo szybko złapała przewagę i już w 4 minucie bramkę zdobył Sebastian Sitek. Chwilę później trafia Mariusz Zgórzak, a akcję później Sebastian dokłada kolejne trafienie. Saska zupełnie rozmontowała obronę Virtualnych i dopiero w 18 minucie Szymon Kolasa zdołał pokonać bramkarza Saskiej, ale wynik przed przerwą 1:7 dość wyraźnie pokazywał, kto rozdaje karty w tym meczu. W drugiej części spotkania Saska przewagi nie oddała, a Sebastian Sitek po raz kolejny w tym sezonie rozegrał bardzo dobre spotkanie i zakończył rywalizację z pięcioma bramkami i czterema asystami. W końcówce udało się Virtualnym nieco zmniejszyć rozmiary porażki, ale ostateczny wynik 6:13 nie pozostawia złudzeń, kto był w tym meczu lepszy.

Zarówno Playboys jak i Mikstura wiedziały już, że Munja zgarnęła 3 pkt dzięki walkowerowi Przypadkowych Grajków, więc dla obu zespołów liczyło się tylko zwycięstwo. Goście przyszli na najważniejszy mecz sezonu bez Damiana Patoki, Filipa Junowicza, czy Mateusza Jochemskiego, więc gospodarze mogli upatrywać w tym swojej szansy. Pierwsza połowa nie ułożyła się jednak po myśli Playboys i dopingujących ich Brazylijczyków. Już na początku meczu Mikstura mogła grać w przewadze. Po faulu przed polem karnym sędzia już wyciągał żółtą kartkę dla gracza Playboys, ale gorąca głowa zawodnika Mikstury sprawiła, że za odepchnięcie rywala też został upomniany i obie ekipy grały po pięciu. Pierwsza bramka padła parę sekund później, właśnie z tego rzutu wolnego. Stałe fragmenty to była mocna strona Mikstury, bo w pierwszej części padł jeszcze jeden gol z rzutu wolnego, tym razem po bezpośrednim strzale. Playboys mieli też swoje sytuacje, ale strzały były bardzo niecelne, albo brakowało lepszego wykończenia. Rywale natomiast mając dosłownie kilka sytuacji, pięć razy skierowali piłkę do siatki. Mimo że mecz był dość wyrównany, Mikstura prowadziła wysoko 0:5. W drugiej części od razu gospodarze strzelili swoją pierwszą bramkę, ale musieli się zmierzyć z szybką ripostą Mikstury. Mimo prób odrobienia strat przez gospodarzy, zespół Mateusza Jochemskiego utrzymywał bezpieczną przewagę praktycznie do końca spotkania i powoli stawało się jasne, że lider przypieczętuje tytuł mistrzowski. Przy wyniku 3:7 w jednej z ostatniej akcji bramkarz Playboysów wszedł w pole karne i po dośrodkowaniu z rzutu rożnego trafił do siatki ustalając wynik meczu na 4:7. Radość gospodarzy z bramki golkipera była tak duża, że po końcowym gwizdku który rozbrzmiał chwilę później trudno było rozpoznać, kto tak naprawdę wygrał to spotkanie. Mikstura nie powtórzyła wyczynu z 2018 r. i tym razem sięgnęła po złoto.

Wiedząc, że Mikstura i Munja wygrały swoje mecze, piłkarze Furduncio Brasil podchodzili do rywalizacji z Diabła Trzeci Róg ze świadomością, że ewentualne zwycięstwo da im drugie miejsce w tabeli. Przeciwnik nieco ułatwił im to zadanie, bo początek spotkania gracze Maćka Biernackiego rozgrywali jedynie w pięciu i dopiero w 23 minucie składy się wyrównały, ale wtedy było już 3:0 dla Brazylii po bramkach Rafaela Andrade i Raphaela Xaviera. Goście grali bardzo ambitnie i nie ograniczali się tylko do defensywy, próbowali atakować bramkę Adama Czerwińskiego, ale brak jednego zawodnika i świetna dyspozycja Brazylijczyków sprawiła, że te wysiłki nie przyniosły efektu. Bardzo dobre spotkanie rozgrywał Mikołaj Grzelak, który popisał się kilkoma świetnymi paradami i tylko dzięki niemu wynik po pierwszej połowie nie był dla DTR jeszcze bardziej katastrofalny. W drugiej części spotkania goście nieco się ożywili i śmielej atakowali bramkę Furduncio. W 36 minucie Marcinowi Ostrowskiego udało się w końcu pokonać golkipera Canarinhos, ale niewiele zmieniło to w obrazie całego meczu. Brazylijczycy zagrali bardzo rozważnie i spokojnie, nie forsowali tempa i konsekwentnie budowali akcje w ofensywie. Był to zdecydowanie mecz Rafaela Andrade, który strzelił cztery bramki oraz Bruno Martinsa, który asystował przy trzech. Ostatecznie Furduncio wygrywa 8:2 i zajmuje drugie miejsce na podium IV ligi.

Mecz FC Po Nalewce z BRD Young Warriors okazał się być spotkaniem otwartym, pełnym emocji i licznych bramek. Strzelaninę przy Strumykowej rozpoczął już w czwartej minucie Radosław Jankiewicz, który skutecznie zakończył kontratak gospodarzy. Po chwili było już 2:0, kiedy to podanie piętką Macieja Łady wykorzystał Dominik Wojciechowski. Grający o pierwszą wygraną w sezonie zespół gości nie planował jednak składać broni i już 11' minucie ważną bramkę po zespołowej akcji zdobył Arkadiusz Bieniek – 2:1. Młodzi wojownicy poczuli krew i poszli za ciosem. Adrian Kłoskowski w 17' minucie przechwycił piłkę i wyrównał wynik spotkania - 2:2. Ostatnie minuty pierwszej połowy były wyjątkowo obfitujące w wydarzenia – BRD dwukrotnie pokonało Przemysława Białego, ale jeszcze przed przerwą FC Po Nalewce odnotowało jedno trafienie, więc pierwsza odsłona zakończyła się ostatecznie wynikiem 3:4 dla gości. Druga połowa spotkania była jeszcze bardziej emocjonująca! Arkadiusz Bieniek, aspirujący do roli bohatera spotkania, szybko zdobył dwie bramki, dzięki czemu BRD Young Warriors w 31' minucie prowadziło aż 3:6 i wydawało się, że będzie kontrolować sytuację. Wtedy jednak znikąd dwie bramki zdobył Mariusz Mórawski – przewagę dalej mieli goście, jednak wynik 5:6 na 13 minut przed końcem był z pewnością w zasięgu gospodarzy. Jednak pomimo inicjatywy, którą zyskali zawodnicy FC Po Nalewce, wynik nie ulegał zmianie aż do 46' minuty. Wtedy też rzut karny podyktowany za zagranie ręką na linii bramkowej, z zimną krwią zamienił na bramkę Radosław Jankiewicz – 6:6. Bohater spotkania poszedł za ciosem i po chwili wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie strzałem sprzed pola karnego 7:6. Goście w ostatnich sekundach spotkania mieli jeszcze szansę wyrównać, ale w pojedynku z Marcinem Adamcem górą był bramkarz FC Po Nalewce, Przemysław Biały.

LIGA 5

Spotkanie Vikersonna z Awanturą Warszawa miało istotne znacznie dla gości, bo ewentualna porażka mogła pozbawić drużynę Alberta Zimocha miejsca na podium, natomiast wygrana dawała jeszcze szansę na mistrzostwo. Początek spotkania to szybka bramka dla gospodarzy i nastąpiła lekka konsternacja u kapitana Awantury, który nie tak wyobrażał sobie pierwsze minuty tego spotkania. Vikersonn dwukrotnie wychodził na prowadzenie (1:0 i 2:1) jednak goście wzięli się do roboty i po 10 minutach spotkania mieliśmy już remis. Napór na bramkę Vikersoona nie ustawał, a w rolę egzekutora wcielił się Sebastian Dominiak. Od stanu 2:5 gospodarze potrafili jeszcze przed przerwą zdobyć trzeciego gola i po 25 minutach mamy wynik 3:5. Po zmianie stron na dobre zaczęło się strzelanie. Gospodarze opadli z sił i ich akcje nie były już tak dokładne, jak w pierwszej części. Awantura świetnie czytała grę i była niezwykle skuteczna. Wyróżniał się szczególnie Sebastian Dominiak, który wykańczał akcje całej drużyny i w całym spotkaniu zaliczył łącznie dziewięć bramek. Po kilku straconych golach ekipa z Ukrainy nie była już tak zdeterminowana jak na początku spotkania i pozwoliło to spokojnie dowieźć korzystny wysoki wynik Awanturze. Ostatecznie skończyło się 3:13 i to oznaczało, że drużyna Alberta Zimocha będzie miała medale, tylko nie wiadomo jeszcze jakiego koloru. Vikersonn kończy zmagania z jednym zwycięstwem i na pewno w nowym sezonie powalczą o dużo lepsze wyniki i miejsce w tabeli.

Ostatni mecz sezonu był dla Vistuli Varsovia ostatnią szansą, na zdobycie pierwszych punktów w Lidze Fanów. Na nieszczęście zawodników Bartłomieja Pawluczuka Ekipa Remonotwa, z którą przyszło im się zmierzyć, była tego dnia w świetnej formie. Początek spotkania był dość wyrównany, w 3 minucie wynik otworzył Rafał Sałasiński, a chwilę później Vistula odpowiedziała trafieniem Aleksandra Goebela. Po tej bramce Ekipa Remontowa złapała swój rytm i zaczęła zdecydowanie dominować. Dwa szybkie trafienia Norberta Bilskiego i Zbigniewa Brzezińskiego uskrzydliły piłkarzy Patryka Barchwica, którzy od tego momentu kompletnie rozmontowali obronę Vistuli i do przerwy prowadzili już 2:8. Po zmianie stron kontynuowali dzieło zniszczenia i dołożyli jeszcze 7 goli. Vistula odpowiedziała tylko jednym trafieniem Mariusza Jaskóły, ale mimo szczerych chęci i zaangażowania, nie byli w stanie nawiązać wyrównanej walki z drużyną gości. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 3:15, a na wyrazy uznania zasłużyli Rafał Sałasińki i Zbigniew Brzeziński, którym udało się strzelić po 5 bramek. Dla Vistuli debiutancki sezon w Lidze Fanów nie należał do udanych, ale doświadczenie zdobyte przez zawodników Bartka Pawluczuka na pewno zaprocentuje w przyszłości.

Początek meczu Dental Doctor i Landtechu należał do gospodarzy. Tyle, ile mieli niewykorzystanych sytuacji, to mogliby obdzielić ze 2 spotkania. Sam Marek Sanecki w pierwszych minutach 2 razy trafił w poprzeczkę. Rywale byli bardziej konkretni i właściwie dwie pierwsze akcje zakończyły się od razu trafieniem do sieci. Chwilę później było już 0:3 i Dental nie mógł uwierzyć w taki obrót spraw. W końcu do siatki trafił Piotr Jaskłowski, ale to tylko zmobilizowało Techów do jeszcze lepszej gry. Świetną klepkę rozegrał tercet Kuśmierz –Załuski – Domidowicz, którą ten ostatni sfinalizował. Chwilę później Adam Domidowicz popisał się świetną asystą do Aleksandra Kuśmierza który świetnie uderzył z woleja. Do przerwy mieliśmy wynik 2:6 i Dental mógł żałować niewykorzystanych szans, szczególnie z początku spotkania. W drugiej części obie ekipy nie rezygnowały z ataków, tyle tylko, że Dental wciąż powinien być skuteczniejszy, natomiast Landtech mając korzystny wynik i nawet spore prowadzenie, już nie grał z taką determinacją jak w pierwszej połowie i momentami zachowywał się zbyt nonszalancko. Widać było jednak znacznie lepsze wyszkolenie technicznie Techów i to, że byli bardziej wybiegani od rywali, co wystarczyło na to, by nie dać przeciwnikowi nawet zbliżyć się w okolice remisu. W drugiej części obie ekipy po cztery razy trafiły do siatki i ostateczny wynik to 6:10. Gdyby doliczyć wszystkie niewykorzystane okazje Dental to wydaje się, że przy lepszej skuteczności mogliby osiągnąć znacznie lepszy rezultat. Z drugiej strony Techy byli w takiej formie, że gdyby trzeba było, to również wbiliby więcej bramek.

W starciu Oldboys Derby z KS Iglica Warszawa to goście byli faworytami, szczególnie że zwycięstwo w tym meczu zapewniało im tytuł mistrza 5 ligi. Obie ekipy zebrały się dość licznie na ten mecz, więc siły na boisku nie mogło zabraknąć. Od pierwszego gwizdka byliśmy świadkami szybkiej i zdecydowanej gry. Oldboys Derby tworzyło wiele znakomitych okazji do objęcia prowadzenia, co w dużej mierze było zasługą Jacka Pryjomskiego, który grę tyłem do bramki ma opanowaną do perfekcji. Niestety gorzej było z celnością, ponieważ trzy razy piłka po jego strzałach odbijała się od poprzeczki rywala. Od razu nasuwa się popularne powiedzenie: „niewykorzystane sytuacje lubią się mścić". I tak było w tym przypadku, kiedy to Robert Kędzierski dał prowadzenie Iglicy po mocnym strzale z prawego sektora boiska.Jeszcze przed przerwą Oldboysom udało się odwrócić przebieg meczu na swoją korzyść i schodzili z jednobramkową przewagą wygrywając 2:1. Druga odsłona spotkania przynosiła wiele sytuacji pod jedną, jak również pod drugą bramką. Bramkarze obu ekip mieli sporo roboty, z której świetnie się z niej wywiązywali. Stan meczu był wyrównany, ale rosnąca presja po stronie gości spowodowała, że to gospodarze wyszli na dwubramkowe prowadzenie. Iglica musiała gonić wynik, a uciekający czas zdecydowanie nie był jej sprzymierzeńcem. Goście jeszcze nie wiedzieli, że mistrzostwo da im nawet remis, więc celowali tylko w zwycięstwo. Przy stanie 5:3 jeszcze nadzieję na odwrócenie losu tego spotkania dał Michał Wszeborowski wykorzystując rzut karny, ale na zmianę rezultatu zabrakło już czasu. KS Iglica Warszawa przegrała 5:4 i ostatecznie zakończyła sezon na drugim miejscu.

Niezwykle ciekawie zapowiadało się spotkanie Tartaku z Albatrosem. Drużyna Luca Kończala walczyła w tym meczu o trzecie miejsce, a po niespodziewanej porażce Iglicy Albatros mógł zdobyć nawet tytuł mistrza. Tym bardziej dziwi sytuacja drużyny Albatrosów, której nie udało się zebrać optymalnego składu na tak ważny mecz. Dość szybko zemściło się to na ekipie gości, bo już w 1 minucie spotkania wynik dla Tartaku otworzył Tomasz Chys. Chwilę później trafienie dołożył Aleksander Peszko, a dwa błyskawiczne ciosy wyprowadził Karol Grudniewski i po 10 minutach gry mieliśmy już 4:0 dla gospodarzy. Wynik dość zaskakujący, biorąc pod uwagę, że spodziewaliśmy się wyrównanego spotkania. Wprawdzie Michał Kowalczyk strzelił na 4:1, ale przewaga Tartaku w pierwszej połowie była niezaprzeczalna i poza tym jednym trafieniem Albatros nie był w stanie specjalnie zagrozić bramce Konrada Dudka. W drugiej części meczu goście obudzili się z początkowego letargu i w 31 minucie Cezary Małecki strzelił bramkę, a dosłownie w kolejnej akcji dołożył drugie trafienie. Spotkanie wyrównało się i nabrało tempa, a Karol Grudniewski walcząc o tytuł króla strzelców raz po raz ostrzeliwał bramkę Macieja Dyjewskiego, ale nie był w stanie pokonać golkipera gości. Zawodnicy Tartaka poczuli, że początkowa kontrola spotkania zaczyna im uciekać, więc zacieśnili obronę i skupili się na bronieniu wyniku i kontrach. Konrad Dudek popisał się kilkoma dobrymi interwencjami, aż w końcu Filip Czerniszewski przełamał niemoc Tartaka i podwyższył na 5:3. Albatros rzucił się w szaleńcza pogoń i w ostatniej minucie meczu Bartłomiej Łaciak zdobył bramkę na 5:4, ale na nieszczęście gości, sędzia odgwizdał koniec spotkania i tym sposobem FC Tartak rzutem na taśmę zdobywa trzecie miejsce V ligi.

LIGA 6

Do spotkania z A.D.S. Scorpions gracze FC Alfa podchodzili wiedząc już, że nie dogonią Furduncio w walce o trzecie miejsce w tabeli. Być może brak motywacji spowodował rozluźnienie w ekipie niebieskich, bo już w 3 minucie Adam Wierzbicki zabrał piłkę obrońcom Alfy i pięknym lobem pokonał Adama Tomaszewskiego. Chwilę później Paweł Poniatowski i Paweł Pytko dołożyli po jednym trafieniu i przy stanie 3:0 dało się odczuć, że jest to dzień Skorpionów. Goście atakowali, ale Bartek Marciniak wciąż pozostawał niepokonany. Krzysiek Porębski kilkukrotnie obił poprzeczkę bramki i zasadniczo było to wszystko, na co mogli sobie pozwolić w pierwszej połowie gracze Alfy. Czwarte trafienie dla Scorpionsów dołożył Paweł Poniatowski i na przerwę drużyny schodziły z wynikiem 4:0. Po wznowieniu gry Skorpiony dokonały ciekawej zmiany, bo na pozycji bramkarza pojawił się Jakub Rudnik, a Bartek Marciniak przeszedł do pola, co okazało się rewelacyjnym posunięciem taktycznym. Bartek stworzył z Pawłem Poniatowskim zabójczy duet - ten drugi trzykrotnie asystował, a pierwszy skompletował imponującego hat-tricka, czym zupełnie pogrzebał wszelkie nadzieje Alfy na dogonienie wyniku. Pod koniec meczu Krzysztof Wędroch i Paweł Bąbel zmniejszyli nieco rozmiary porażki i ostatecznie Scorpions wygrało z FC Alfa 8:2.

Do szlagieru rozgrywanego pomiędzy dwoma popularnymi drużynami, rezerwy Oldboysów podchodziły z nożem na gardle – w wypadku porażki goście zakończyliby sezon na ostatnim miejscu w tabeli. Zmotywowani goście już w drugiej minucie spotkania wyszli na prowadzenie 0:1, kiedy to Tomasz Ciesielski wykorzystał podanie Patrycjusza Kurka. Kolejne minuty nie przynosiły zmian – reprezentanci Białołęki za wszelką cenę chcieli się wykazać i tworzyli coraz to nowe okazje, jednakże górą pozostawał Rafał Klimiuk. Pomimo starań, ostoja Pogromców Poprzeczek musiała skapitulować po raz kolejny w 11' minucie, kiedy to z najbliższej możliwej odległości piłkę do bramki wpakował Piotr Cieślak. Zespół z Białołęki dalej napierał, ale świetnym szarżom Jana Domidowskiego brakowało wykończenia: strzelał za wysoko, lub piłka odbijała się od obramowania bramki. Nieskuteczność ta zemściła się w 19' minucie, kiedy to Bartosz Kusio zamienił na trafienie podanie Norberta Plaka – 1:2. Pod koniec połowy do głosu doszli ponownie goście i jeszcze przed przerwą ujrzeliśmy bramkę na 1:3 – Marcin Drożdż zagrał świetną piłkę na dobieg, natomiast Adam Maj minął bramkarza i z ostrego kąta trafił do bramki. Druga część spotkania przez długi czas nie przynosiła ostatecznego rozwiązania – nawet w tym sezonie wielokrotnie byliśmy świadkami, jak krucha bywa dwubramkowa przewaga. Dlatego też kwestia wyniku była otwarta praktycznie do końcowych minut, a Pogromcy nie składali broni. W 39' minucie gospodarze odpowiedzieli na trafienie gości – Grzegorz Darłak popisał się fantastycznym uderzeniem z rzutu wolnego, zmniejszając straty do wyniku 2:4. Ostatnie 6 minut spotkania okazało się być okresem, w którym Oldboys przypieczętowali swoje zwycięstwo, a zadecydowały o tym trafienia Michała Węża oraz Adama Maja. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 2:6, dzięki czemu Oldboys podskoczyli aż o trzy pozycje w tabeli, kończąc zmagania ze szczęśliwym numerem 7.

Od pierwszych sekund spotkania z Polskim Drewnem, Gastro Sparta grała bardzo dobrze. Nie minęła jeszcze minuta, a już dwa bardzo niebezpieczne strzały oddał Ivan Markovych. Później kolejni zawodnicy mieli swoje okazje, jednak za każdym razem coś stawało im na drodze. Słupki, poprzeczki oraz interwencje bramkarza wydawały się być zaporą nie do pokonania przez zawodników gości. Na ich szczęście, gospodarze nie byli w stanie wykorzystać ich nieskuteczności. Przez pierwsze 15 minut Polskie Drewno co prawa rzadko, ale za to konkretnie atakowało bramkę rywala i akcje przez nich kreowane wymagały pokazu umiejętności ze strony Serhiiego Orenchuka. Robinsonady bramkarza Gastro Sparty nie poszły na marne i w 17' minucie goście wyszli na upragnione prowadzenie po bramce autorstwa Michała Opińskiego – 0:1. W jednej z ostatnich akcji pierwszej odsłony goście podwyższyli przewagę na 0:2, gdy Karol Rodak przechwycił piłkę i pokonał bramkarza gospodarzy. Druga połowa przebiegała pod znakiem intensywnych opadów deszczu. Obie drużyny dobrze odnalazły się w niełatwych warunkach i aż do 45' minuty byliśmy świadkami bardzo wyrównanego spotkania. Już w 29' minucie Michał Wróbel zdobył bramkę kontaktową na 1:2 i mecz nabrał rumieńców. Kiedy Gastro Sparta odskoczyła w 35' minucie na 1:3 to po chwili byliśmy już świadkami bramki Polskiego Drewna na 2:3. Wynik nie zmieniał się aż do 46' minuty, kiedy to padł decydujący cios – Eduard Vakhidov urwał się obrońcy i został w polu karnym sfaulowany przez Bartosza Granata, a jedenastkę pewnie wykonał sam poszkodowany – 2:4. Zawodnik Polskiego Drewna za wspomniany wcześniej faul został ukarany żółtą kartką, przez co praktycznie do ostatnich sekund spotkania gospodarze grali w osłabieniu. Korzystając z okazji, Gastro Sparta dobiła przeciwnika jeszcze dwoma szybkimi trafieniami, by zakończyć ostatni mecz letniego sezonu Ligi Fanów zwycięstwem 2:6..

Mimo niezłej postawy Tylko Zwycięstwo wciąż pozostawało bez punktów na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Ich rywalem była FC Kebavita, więc było wiadomo, że o pierwsze punkty będzie ciężko. Miało to odzwierciedlenie na boisku, bowiem od początku zaatakowała drużyna gości, ale parokrotnie bardzo dobrze bronił Sergiusz Bienias. Z czasem do głosu zaczęła dochodzić ekipa braci Jałkowskich, lecz z kolei w bramce Kabavity na posterunku był Piotr Kalbarczyk. Taktyka zespołu Buraka Cana była prosta i okazała się skuteczna. Zawodnicy grający w białych koszulkach szukali w polu karnym prostopadłego podania do Barisa Kazkondu, a ten z obrońcą na plecach próbował się obrócić i oddać strzał lub zgrać futbolówkę do partnera. W ten właśnie sposób Kebavita objęła prowadzenie, a po bliźniaczej akcji mogło być 0-2, ale Baris trafił w słupek. Do przerwy mieliśmy wynik 0-1. Rezultat nie taki zły dla gospodarzy, więc jeszcze sporo mogło się wydarzyć w drugiej części. Po zmianie stron mieliśmy okres, w którym więcej działo się pod bramką Kebavity. Dobrze jednak spisywał się bramkarz, a ponad to brakowało nieco precyzji przy konstruowaniu akcji Tylko Zwycięstwo. To się zemściło, bowiem później goście podwyższyli prowadzenie do 0-3. Dopiero po trzeciej bramce gospodarze się przełamali i Szymon Jałkowski trafia dla TZ. W odpowiedzi mamy bramkę na 1-4 dla Kebavity. Następnie mieliśmy do czynienia z groźnymi rożnymi z obu stron. Skuteczniejsi  byli gospodarze, bowiem szczupakiem piłkę do siatki skierował Andrzej Morawski (bramka na 2-4), a z drugiej strony Obem Brain trafił jedynie w słupek. W dalszej części meczu był dokładniejszy, bowiem trafił w końcu do bramki TZ, hattricka ustrzelił Christian Namani i mecz kończy się wynikiem 2-6

Będąca w dobrej formie Contra podejmowała Moczymordy ,które po porażce z East Windem chciały jak najszybciej zapunktować, aby nie tracić kontaktu z liderem. Do składu powrócili Zbyszek Obłuski i Norbert Petasz ,ale brakowało Dominika Skorży ,który nabawił się kontuzji. Pierwsze minuty to szybkie dwie bramki. Dawida Bieli dla Contry i Zbyszka Obłuskiego dla Moczymord. Później mieliśmy żółtą kartkę dla Piotra Szurmińskiego, który niczym Jan Furtok chciał zdobyć bramkę ręką, jednak arbiter był czujny oraz  dobrze ustawion, więc zamiast gola mieliśmy żółtą kartkę. Contra jednak tej przewagi nie potrafiła wykorzystać. Gospodarze mieli kilka wybornych okazji ,ale tak jakby wystrzelali się w poprzednich dwóch kolejkach i nie byli już tak skuteczni. Niemoc przerwał Paweł Pająk strzelając w 22 minucie na 2:1. Taki wynik utrzymuje się do przerwy. Po zmianie stron niezawodny Zbyszek Obłuski doprowadza w 28 minucie do remisu. Mecz w tym momencie wyrównuje się i każda ze stron ma swoje okazje ,ale wynik 2:2 cały czas się utrzymuje. Widać było że każdy chce walczyć o pełną pulę i remis nikogo tutaj nie zadowoli. Gdy wydaje się że podział punktów jest realnym scenariuszem ponownie daje o sobie znać Zbyszek. Znowu piłka go szuka i w 46 minucie kompletuje hattricka w tym meczu. Rozpaczliwe ataki ekipy Michała Raciborskiego nie przynoszą efektu i po raz kolejny napastnik Moczymord daje tej drużynie cenne punkty. Z perspektywy meczu lepszym zespołem była Contra ,ale punkty pojechały w komplecie na Mokotów.

Tymczasem na drugim boisku East Wind walczył o utrzymanie się na szczycie tabeli Ekstraklasy, a przy korzystnych rezultatach, na powiększenie przewagi nad najgroźniejszymi rywalami. Ich przeciwnikiem był zespół Wawalions, którzy przystąpili do zawodów osłabieni brakiem nominalnego bramkarza oraz ich najlepszego zawodnika obecnego sezonu Volodymyra Humeniuka. Mimo takich osłabień goście nie prezentowali się źle na tle obecnego lidera rozgrywek. Co więcej, na początku mieli lepsze sytuacje do strzelenia bramki. Najpierw dali sygnał ostrzegawczy gospodarzom, kiedy to po źle rozegranym rożnym East Windu wyszli z kontrą, ale trafili jedynie w słupek. W końcu dopięli swego i Yurii Naidyshak otwiera wynik spotkania. To obudziło zawodników Sebastiana Dąbrowskiego. Najpierw Michał Nowak wyrównuje, a później dwukrotnie do bramki trafia Filip Junowicz i East Wind wygrywa już 3-1. Wawalions nie składali broni i złapali kontakt z przeciwnikiem po bramce Bohdana Mereshuka, który wstrzelił piłkę w pole karne, ta odbiła się po drodze od zawodnika i trafiła do siaki. Wynik na 4-2 do przerwy ustalił Sebastian Dąbrowski. Po zmianie stron lepiej prezentowali się zawodnicy Wawalions, mieli parę sytuacji, ale bez finalizacji. Skuteczniejsi byli rywale i na 5-2 trafił Damian Patoka. W późniejszej fazie meczu w grze obu drużyn wkradł się mały chaos, Wawalions nie wykorzystali swoich kontr, a East Wind grał nieco niedokładnie i nie potrafił wykorzystać  faktu, że rywal grał z lotnym bramkarzem. Obie drużyny strzeliły jeszcze po jednej bramce i wynik końcowy tego spotkania brzmiał 6-3.

Zarówno Anonymmous  jak i Chemik Bemowo przed spotkaniem miały na swoim koncie zaledwie po jednym punkcie. Stawialiśmy na Anonimowych wierząc, że zmobilizują się na ten mecz, wszakże obie drużyny dobrze się znają, bo rywalizowały często ze sobą w lidze bemowskiej. To co charakteryzuje obie ekipy to duża rotacja składu, co na poziomie Ligi Fanów nie pozwala na wymierne sukcesy. Lepiej w mecz weszli gospodarze i w 9 minucie objęli prowadzenie. W 19 minucie wyrównał Maciek Skurzyński i pierwsza połowa zakończyła się remisem 1:1. Żadna z drużyn nie osiągnęła znaczącej przewagi i widać było, że oba teamy nie chciały przegrać kolejnego meczu, co determinowało koncentrowanie się na defensywie. Po zmianie stron bramka Tomasza Łokietka otworzyła spotkanie. Chemik musiał zaatakować, ale gospodarze skutecznie się bronili. W 39 minucie Mariusz Sochań strzela na 2:2, a po chwili goście już prowadzą za sprawą Piotra Dzisiowa. Ekipa z Bemowa idzie za ciosem i na listę strzelców wpisują się Piotr Urbański oraz Maciek Skurzyński ,a drużyna Macka Miękiny ponownie w tym sezonie grałą jakby bez wiary w końcowy sukces. Tomasz Łokietek  w końcówce zmniejsza rozmiary porażki na 3:5. Anonimowi fatalnie zaczęli sezon i patrząc na poziom drużyn w Ekstraklasie, o utrzymanie będzie z taką grą ciężko. Chemik ma potencjał, ale nam wydaję się że potrzeba tej ekipie stabilizacji, aby Ci sami zawodnicy pojawiali się na meczach co tydzień, a wtedy jest szansa powalczyć być może nawet o podium.

Mistrz Tur Ochota podejmował FC Wilanów, który nareszcie zebrał solidny skład i miał podstawy do tego, by myśleć o zwycięstwie. Pierwsza połowa to rezultat, który zmieniał się dynamicznie. Gdy jedna drużyna strzelała, natychmiast druga odpowiadała i mieliśmy cały czas wynik na styku. Świetnie prezentował się Rafał Polakowski wspierany przez Łukasza Rostowskiego, który bardzo dobrze prezentował się na tle zawodników z Ochoty. Kapitalnie też bronił Jacek Żołnierski wielokrotnie ratując swój zespół przed stratą bramki. Do przerwy mamy wynik 3:4. Po zmianie stron za sprawą Rafała Polakowskiego mamy dwubramkową przewagę Wilanowa. Tur jednak cały czas atakuje i niweluje straty do jednego trafienia. Taka sytuacja utrzymuje się przez całą drugą połowę. Drużyna Konrada Kowalskiego nie jest w stanie osiągnąć jednak  remisu. Zaczynają się nerwy i niepotrzebne uszczypliwości. Sędzia jednak najbardziej aktywnych zawodników szukających zwarcia napomina kartkami. Sama końcówka to bramki Macieja Pawlickiego i Roberta Hankiewicza. Dwubramkowa przewaga na korzyść Wilanowa zostaje dowieziona do końca. Tur przegrywa po raz pierwszy i teraz będzie gonił lidera, a Wilanów pokazuje, że jeżeli się zbierze, to jest mocny. Szkoda że na początku sezonu ta drużyna miała takie problemy organizacyjne, bo przez to straciła kilka cennych punktów, które mogą zaważyć na pozycji tej ekipy na koniec sezonu.

 

 

 

 

 

 

 

 

dodaj komentarz

 
Wybierz kolejkę:
0 0

EKSTRAKLASA

Kolejka 1
Wybierz kolejkę:
0 0

1 LIGA

Kolejka 1
Wybierz kolejkę:
0 0

3 LIGA

Kolejka 2
Wybierz kolejkę:
0 0

2 LIGA

Kolejka 3
Wybierz kolejkę:
0 0

5 LIGA

Kolejka 2
Wybierz kolejkę:
0 0

4 LIGA

Kolejka 2
Wybierz kolejkę:
0 0

7 LIGA

Kolejka 2
Wybierz kolejkę:
0 0

6 LIGA

Kolejka 2
Wybierz kolejkę:
0 0

8 LIGA

Kolejka 2
Wybierz kolejkę:
0 0

9 LIGA

Kolejka 2

Statystyki kolejki

     

    Ankieta

    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Aby zagłosować musisz wybrać jedną z odpowiedzi