Wczytuję...

UDOSTĘPNIAJ MATERIAŁY LF!

Ligowicze potrzebujemy waszej pomocy, wsparcia w udostępnianiu materiałów ligowych, bo Liga Fanów to przede wszystkim WY! Jak można nas wesprzeć dowiecie się w załączonym artykule.

FORTUNA Z LIGA FANÓW!

Do grona naszych Partnerów dołączyły Zakłady Bukmacherskie FORTUNA! Jakie profity z tym są związane, co Wy jako uczestnicy, sympatycy zyskacie?

LIGA FANÓW TV - POWIADOMIENIA…

Masz Telefon, Tablet i aktywne konto Google ? Sprawdź jak łatwo skonfigurować powiadomienia dla materiałów Video z kanału Liga Fanów TV.

LIGA FANÓW NA INSTAGRAMIE

Masz Instagram? Obserwuj nas i bądź na bieżąco! Zobacz co tam znajdziesz z życia Ligi Fanów.

UDOSTĘPNIAJ MATERIAŁY LF!
FORTUNA Z LIGA FANÓW!
LIGA FANÓW TV - POWIADOMIENIA NA YOUTUBE
LIGA FANÓW NA INSTAGRAMIE

RAPORT MECZOWY - LATO 2020 - KOLEJKA 5.

29
Lip

Sezon nabiera rumieńców! Przetasowania to już norma, a w telegraficznym skrócie wygląda to tak – Anonimowi i Kebavita są wciąż rozpędzone, Warszawska Ferajna awansuje na podium, w obozie Bękartów Warszawy fiesta trwa w najlepsze, a Mikstura i Olimpik kroczą po złote medale. Co jeszcze nas spotkało w 5 kolejce Ligi Fanów ? Zapraszamy na podsumowanie weekendu!

RAPORT MECZOWY - LATO 2020 - KOLEJKA 5.


LIGA 1

W meczu FC Karmelickiej z Contrą zapowiadaliśmy grad bramek, ale tylko jedna drużyna dostosowała się do naszych przewidywań. Nieco osłabieni gospodarze nie byli w stanie nawiązać równorzędnej walki z zespołem Michała Raciborskiego. Jeszcze przez pierwsze minuty mecz był nawet wyrównany, Contra szukała swoich okazji z ataku pozycyjnym, cofnięty do obrony rywal wypatrywał swoich szans w kontrach. Wynik remisowy utrzymywał się przez około 10 minut i musiał na boisku pojawić się spóźniony Paweł Pająk, by w końcu otworzyć wynik spotkania. Bramkę na 0:2 można opisać wyrażeniem stadiony świata. Adrian Bucki przerzucił piłkę do Michała Raciborskiego, a ten uderzył nie do obrony nożycami. W pierwszej połowie Contra strzeliła jeszcze jedną bramkę, przy której z kolei nie popisał się bramkarz Karmelickiej. Po przerwie goście na dobre się rozkręcili. Gospodarze nie mieli tego dnia zbyt wiele atutów po swojej stronie i w drugiej połowie byli tłem dla coraz lepiej grającej Contry. Goście długo utrzymywali się przy piłce, wymieniali dużo podań rozpracowując defensywę przeciwnika. Nawet rzut karny rozegrali w nietypowy sposób, zamiast bezpośredniego strzału, zobaczyliśmy podanie które zdezorientowało rywala. Karmelicka zdobyła tylko bramkę honorową za sprawą Kuby de Stefano. Contra wygrywa ostatecznie 1-12, a głównym motorem napędowym był wspomniany wcześniej Michał Raciborski. Goście imponują formą i z pewnością będą do ostatniej kolejki bili się o medale.

Widowiskowy mecz rozegrały ekipy LTM-u Warsaw i FC Hazard 86. Tym razem Irek Weber zebrał solidny skład, ale i ekipa Michała Malińskiego stawiła się w mocnym zestawieniu, więc mogliśmy spodziewać się ciekawego spotkania. Już od pierwszych minut zawodnicy obu drużyn narzucili sobie szybkie tempo, które nie spadało do ostatniego gwizdka. Początek spotkania to napór na bramkę LTM-u zakończony golem Pawła Borkowskiego. Chwilę później Maks Himel przedarł się przez obronę niebieskich i strzelił bramkę wyrównującą. Trzy minuty później fatalny błąd bramkarza Hazardu wykorzystuje Michał Dryński i LTM cieszy się z jednobramkowego prowadzenia. Początkowa przewaga gości zaczęła gwałtownie topnieć i piłkarze LTM-u zupełnie zdominowali pierwszą część rywalizacji. Kolejne bramki strzelali Maks Himel, Enoch Szymocha oraz Andrzej Gronosz.. Gospodarze schodzili na przerwę w dobrych nastrojach, bo wynik 5:2 na tym poziomie rozgrywek to przewaga, którą ciężko roztrwonić. Nie wiemy co Michał Maliński powiedział swoim piłkarzom w przerwie, ale musiała być to bardzo motywująca przemowa, bo obraz meczu w drugiej połowie totalnie się zmienił. Zawodnicy Hazardu momentalnie zabrali się do odebrania strat i już po 6 minutach był remis, minutę później Adrian Bartkiewicz wyprowadza Hazard na prowadzenie, którego ekipa gości nie oddała już do końca meczu. Zawodnicy Irka Webera robili co mogli, ale wobec zabójczej skuteczności przeciwników byli bezsilni. Warto również wspomnieć o tym, że niemały wpływ na zwycięstwo swojej drużyny miał Przemysław Alberski, który aż czterokrotnie wypracował kolegom sytuacje zakończone golem. Hazard wygrywa ostatecznie 6:9 i inkasuje bardzo ważne 3 punkty, które mogą okazać się kluczowe w końcowej rywalizacji o najwyższy stopień podium.

W meczu FC Kebavity z Papadensami faworytem byli gospodarze, ale początek spotkania należał do gości. To oni groźniej atakowali i wypracowywali sobie lepsze sytuacje, ale koniec końców to podopieczni Buraka Cana jako pierwsi trafili do bramki. Azamat przejął piłkę na własnej połowie, pognał przed siebie, obrońcy rywala nie byli w stanie go zatrzymać, podał do Barisa Kazkondu, a ten technicznym strzałem pokonał Dominika Podlewskiego. Papadensy ruszyły do odrabiania strat, mieli sporo okazji, ale albo brakowało skuteczności, albo dobrze bronił Yevhenii Kost. W końcu bramkę wyrównującą zdobył Maciej Kurpias, ale wciąż dyspozycja napastników Papadensów pozostawiała wiele do życzenia. Tak więc goście tworzyli sobie więcej sytuacji, a gospodarze strzelali gole. Dwie bramki z dystansu Maćka Banaszka i Eryka Beckera ustaliły wynik pierwszej części na 3:1. Po zmianie stron ponownie trafił Banaszek dla Kebavity i chwilę później Kurpias dla Papadensów. Goście nie mając nic do stracenia grali w wysuniętym bramkarzem, który miał tworzyć przewagę w rozegraniu piłki, ale na niewiele to się zdało, a dodatkowo narażało na kolejne straty bramki. I tak też się stało, dwukrotnie piłkę od rywala przejmował Azamat, który oddawał ją Barisowi Kazkondu, a ten nie zwykł marnować takich dogodnych sytuacji. Bramkami na 5:2 i 6:2 skompletował hat-tricka, ustalając przy okazji wynik tego spotkania. Papadensy rozegrały dobre spotkanie, do pewnego momentu były nawet lepsze niż rywal, ale zawiodła przede wszystkim skuteczność pod bramką. Kebavita jak na klasową drużynę przystało, przetrwała okres naporu przeciwnika, sama wyprowadzając nieliczne, choć zabójcze ataki.

Spotkanie Anonymmous! z Chłopcami z Bródna miało być kolejną szlagierową potyczką w lidze wakacyjnej. Niestety, wobec znaczących braków kadrowych po stronie gości oglądaliśmy jednostronne widowisko, gdzie tak naprawdę ekipa Maćka Miękiny nie musiała znacząco się wysilać, by zgarnąć komplet punktów. Początek to szybkie dwie bramki Damiana Patoki który szybko pokazał, kto tu będzie dominował na boisku. Team Sebastiana Ulewicza starał się robić przewagę grając z lotnym bramkarzem, ale wobec dobrze grającej defensywy nie byli w stanie za wiele zdziałać. Do przerwy mamy wynik 3:0. Do tego kontuzji doznał jeden z zawodników z Bródna, a jako że goście grali bez zmian, żeby kontynuować grę w kompletnych składach musiał stanąć między słupkami. Po zmianie stron szybkie dwa trafienia dorzucił Michał Głębocki i przy stanie 5:0 gospodarze spokojnie kontrolowali przebieg gry. Mieli też kilka okazji na podwyższenie wyniku, ale niemoc z tej części przełamał dopiero Konrad Kozłowski strzelając bramkę z rzutu wolnego. Gdy na tablicy wyników było już 8:0 honorowe trafienie dla ekipy z Bródna zdobył Robert Bajdała. Widać było, że mimo chęci i zaangażowania brakuje Chłopcom jakości, by nawiązać równorzędną walkę z Anonimowymi. Ostatecznie spotkanie kończy się wynikiem 8:1 i oznacza to, że Chłopcy z Bródna o mistrzostwie mogą raczej zapomnieć. Anonimowi po raz kolejny pokazali że są mocni i celują w mistrzowski tytuł. Patrząc na skład jakim dysponują jest to według nas bardzo realne.

Bardzo ciekawe spotkanie na koniec 5. kolejki w 1 lidze mogliśmy obejrzeć na Arenie Picassa, gdzie naprzeciw siebie stanęli Cykacze oraz FC Górka. Goście przed tym meczem jako jedyni w lidze pozostawali bez punktów, natomiast gospodarze mimo dobrej gry w poprzednich kolejkach, również zbyt wielu punktów nie nazbierali. W pierwszej części spotkania Cykacze kreowali więcej akcji podbramkowych, często wymieniali się pozycjami, nie obawiali się dryblingu, starć bark w bark oraz wysokiego pressingu. Początek spotkania mieli bardzo optymistyczny, szybko strzelili bramkę po akcji duetu Piotr Płatek-Filip Woźnica. Kolejna akcja podbramkowa, tym razem zaprzepaszczona, zmobilizowała FC Górkę do lepszej gry. Bramki w pierwszej części padały głównie z pola karnego, oba zespoły miały problem z oddaleniem niebezpieczeństw od własnych bramek. Większa skuteczność, ale przede wszystkim chłodna głowa zawodników gospodarzy, przełożyła się na wynik, do przerwy Cykacze prowadzili 4:2. Po zmianie stron FC Górka z większym przekonaniem starała się odmienić losy tego spotkania i mimo kilku nerwowych sytuacji, potrafili osiągnąć swój cel. Zdarzało się, że los im trochę pomógł, jednak potrafili to wykorzystać. Mimo kolejnych trafień rywali, grali ambitnie do końca i za każdym razem wracali do go gry. Udźwignęli presję i z wyniku 6:4 doprowadzili do remisu na 6:6. W Cykaczach na wyróżnienie zasługuje Piotr Płatek, a także Filip Woźnica, natomiast u rywali duży wpływ na dyspozycję całej drużyny mieli kolejno Marcin Godlewski, strzelec trzech bramek, jak również Michał Racieniewski. Ostatecznie remisowy wynik 6:6 z przebiegu całego spotkania trzeba określić jako sprawiedliwy i oddający to, co miało miejsce na placu gry.

LIGA 2

Spotkanie Drunk Teamu z Kanonierami było niezwykle istotne dla obu drużyn. Porażka w tym spotkaniu praktycznie pozbawiała szans na odegranie znaczącej roli w lidze wakacyjnej. Zespół Łukasza Walo przystępował do rywalizacji bez zmian, za to Kanonierzy mieli dwie piątki, które systematycznie zmieniały się na boisku. W początkowej fazie spotkania Drunk Team szybko zdobył dwie bramki i starał się ograniczać do defensywy czyhając na kontry. Goście próbowali atakować, ale skuteczność zawodziła. Dopiero pod koniec pierwszej połowy udało się dosłownie w przeciągu kilku minut wyrównać. Jeszcze przed zmianą stron gospodarze ponownie wychodzą na prowadzenie, by w ostatniej akcji, po błędzie obrony, stracić gola na remis. Mamy 3:3 po 25 minutach. Początek drugiej połowy to szybkie dwie bramki dla Drunkersów. Świetna współpraca Witka Bartnika z Łukaszem Walo daje ponowne prowadzenie. Tak naprawdę ilość sytuacji, którą miał Witek w tym spotkaniu powinna już wcześniej zamknąć mecz. Kanonierzy próbują gonić wynik, ale gdy tylko strzelają gola dającego kontakt, od razu tracą bramki. Momentem zwrotnym spotkania jest rzut karny wykorzystany przez Kamila Wróbla dający bezpieczną, trzybramkową przewagę i mimo że ekipa Artura Baradzieja- Szczęśniaka walczy do końca, to udaje się tylko zmniejszyć rozmiary porażki. Ostatecznie mecz kończy się wynikiem 8:6 i gospodarze nadal mogą myśleć o walce o podium. Goście muszą skoncentrować się na lepszym zgraniu, a doświadczenie zebrane z kolejnych pojedynków będzie w przyszłości bezcenne.

Batalii z Warszawską Ferajną nie będę miło wspominać piłkarze Wiernego Służewca. Początek zapowiadał się wprawdzie dość obiecująco. 7 minuta i trafienie Tomasza Krzyżańskiego wyprowadza gości na prowadzenie, a dwie minuty później podwyższa na 0:2 Paweł Nguyen. Ferajna początek spotkania zagrała ospale, ale dość szybko złapała swój rytm i zaczęła dominować nad przeciwnikami. W 14 minucie żółtym kartonikiem zostaje ukarany zawodnik ze Służewca i był to moment przełomowy dla przebiegu spotkania. Sędzia podyktował rzut wolny, do piłki podchodzi Kacper Domański, który od tej chwili stał się architektem zwycięstwa Ferajny. Silnym strzałem pokonuje Grzegorza Łapacza, a dosłownie po minucie wykorzystuje rzut karny i mamy remis 2:2, który utrzymał się do końca pierwszej połowy. Początek drugiej części spotkania wyglądał jeszcze dość wyrównanie, ale trzy bramki Kacpra Domańskiego strzelone w przeciągu dwóch minut kompletnie podcięły skrzydła zawodnikom Wiernego. Wprawdzie Adrian Krzyżanowski odpowiedział trafieniem w 38 minucie, ale chwilę później kolejną bramkę dla gospodarzy dołożył Krzysztof Kowalczyk i przy stanie 6:3 Ferajna dominowała już zupełnie. Franciszek Pogłód trafił na 7:3, a chwile rozpędzony Kacper Domański dołożył swoją szóstą bramkę. Wynik na 8:4 w ostatniej minucie meczu ustalił Marcin Kowalski. Dla Ferajny było to bardzo ważne zwycięstwo, dzięki któremu wskoczyła na podium, przy okazji znacznie ograniczając szanse dla Wiernego na medale.

Nie jest to udany sezon dla Truskawki Na Torcie. Głównym przeciwnikiem ekipy Tomka Cymermana jest słaba frekwencja, która przyczyniła się do niezbyt udanego występu przeciwko Niezłomnym. Przede wszystkim zabrakło Truskawce rozgrywającego i było widać, że nie mają za bardzo pomysłu, na przedarcie się przez ukraińską obronę w inny sposób, jak strzałem z dystansu. Pierwsza bramka dla gości padła dopiero po 11 minutach, a trafienie zaliczył Pavel Shelyk. W 17 minucie podwyższył Roma Starykh, ale szybkie trafienie Dariusza Piwowarskiego dało gospodarzom bramkę kontaktową. Choć gra Truskawki odbiegała od wysokich standardów do jakich przyzwyczaiła nas ekipa w czerwonych strojach, nawiązali oni walkę i piłkarze Niezomnych nie mieli łatwo. Wprawdzie jeszcze przed przerwą ponownie zapunktował Pavel Shelyk, ale przy stanie 1:3 Niezłomni zacięli się w ofensywie, czego główną przyczyną była świetna postawa Michała Mikołajczuja. Powrócił on do roli golkipera Truskawki i ku niedowierzaniu napastników z Ukrainy bronił strzały, które powinny znaleźć się w siatce. Dodatkowo w 40 minucie Tomek Cymerman pokonał Vitaliya Yashchuka i zrobiło się 2:3. W końcówce Truskawka zwiększyła natężenie ataków na bramkę Niezłomnych, a Michał Mikołajczuk dwoił się i troił, aby jego zespół nie stracił bramki z kontry. Niestety kontuzji nabawił się Ashot Galstyan i gospodarze musieli kończyć mecz z zaledwie jedną zmianą. W 47 minucie na 2:4 podwyższył Anton Lysyuk, ale Truskawka nie złożyła jeszcze broni. Minutę później po faulu przed polem karnym mocnym strzałem z wolnego bramkarzowi nie daje szans Tomek Cymerman i przy stanie 3:4 gospodarze zachowują cień szansy na wyrównanie. Ostatecznie zabrakło czasu i Truskawka Na Torcie po zaciętym spotkaniu przegrywa z Niezłomnymi .

W ostatnim meczu 2 ligi na Arenie Picassa Narodowe Śródmieście podejmowało Lujwaffe Tarchomin. Gospodarze chcieli podtrzymać dobrą passę oraz serię zwycięstw, dla gości był to mecz, od którego zależało czy utrzymają się w walce o mistrzostwo. Mecz na początku był bardzo wyrównany, obie ekipy przez całe spotkania utrzymywały szybkie tempo gry, nie dając sobie nawzajem chwili na odpoczynek. Wynik spotkania otworzyły Luje. W 7 minucie spotkania Aleks Janicki zagrał piłkę do Mikołaja Wysockiego, który minął bramkarza i skierował piłkę z ostrego kąta do bramki. Na odpowiedź Narodowego nie trzeba było długo czekać. Zaledwie dwie minuty później do wyrównania doprowadził Tomek Terpiłowski po podaniu od Damiana Brzezińskiego. Następnie Damian Talarek wykorzystał chwilę nieuwagi w szeregach rywali i wyprowadził swój zespół po raz pierwszy na prowadzenie. Gdy wydawało się że obie ekipy zejdą na przerwę przy wyniku 2:1 w końcówce pierwszej części do remisu doprowadził Mikołaj Wysocki. Po zmianie stron drużyny ruszyły do ataku, ale bardziej skuteczni okazali się zawodnicy Śródmieścia. Najpierw na 3:2 strzelił Bartosz Kierszak, a później wynik podwyższył Damian Talarek, który dostał niesamowite podanie od Marka Reszczyńskiego, które idealnie minęło linię obrońców rywali. Lujwaffe nie składało broni i w 39 minucie bramkę kontaktową strzelił Piotr Dobrzeniecki. Niestety dla gości trzy kolejne gole Narodowego zabrało im nadzieje na zwycięstwo. Kolejno dla NŚ trafiali: Łukasz Wiśniewski, Damian Talarek, Oskar Kalicki. W 46 minucie Mikołaj Wysocki wykonał indywidualną akcję po której strzelił bramkę na 7:4, a minutę później wynik spotkania na 8:4 ustalił Oskar Kalicki.

LIGA 3

Do zaciętego pojedynku doszło pomiędzy Junakiem a Zakonem Bonifratrów. Goście grając bez nominalnego bramkarza, musieli wystawić miedzy słupkami Krzysztofa Kurowickiego, osłabiając tym samym swój potencjał ofensywny, a trzeba odnotować, że i tak absencji w Zakonie było sporo. Przez dłuższy czas żadna z drużyn nie potrafiła osiągnąć przewagi, niejako badając, na co stać rywala. Z czasem nieco lepiej zaczął grać Junak, który często wykorzystywał do rozegrania bramkarza, i to właśnie gospodarze jako pierwsi trafili do siatki. Do rzutu wolnego podszedł Krzysztof Krzewiński, podał do środka do Jacka Rakowskiego, a ten mocnym strzałem pokonał bramkarza Zakonu. W pierwszej części była to jedyna bramka jaką zobaczyliśmy, gdyż obie drużyny nie stworzyły sobie zbyt wiele okazji do zmiany wyniku. Po zmianie stron na 2:0 podwyższył Paweł Groszkowski i wydało się, że Junak mając korzystny wynik, będzie kontrolował to spotkanie. Widać było niemoc w ataku Zakonników, tak że nawet Krzysztof Kurowicki zdecydował się na rajd z akcją ofensywną od własnej bramki. W końcu gościom udało się zdobyć gola kontaktowego za sprawą Jacka Ledera, co dodało sił i otuchy drużynie, że jeszcze nie wszystko stracone. Na 2:2 strzelił Marcin Stachacz i mecz na nowo nabrał tempa. Junak w końcówce opadał z sił co starał się wykorzystać zespół Adama Artypowicza sunąc na bramkę rywala z kolejnymi atakami. Sam kapitan w końcówce miał swoją okazję, ale z ostrego kąta trafił obok bramki. Ostatecznie padł remis i podział punktów wydaje się z przebiegu całego spotkania wynikiem sprawiedliwym.

Mecz Jogi Bonito z Orzełami Stolicy był jednym z najbardziej kuriozalnych spotkań jakie mieliśmy okazję ostatnio oglądać. Wszystko zaczęło się dość spokojnie, obie ekipy nie forsowały tempa, a w 8 minucie Mateusz Hnatio wyprowadził Jogę na prowadzenie. Kolejny atak gospodarzy mógł przynieść podniesienie prowadzenia, ale strzał rywala świetnie wyczuł bramkarz Orzełów Jarosław Bolibok. Przez dłuższą część pierwszej połowy obie drużyny nie bardzo miały pomysł na przełamanie obrony przeciwnika, ale w 17 minucie obraz spotkania zmienił się zupełnie. Wyprowadzając kontrę Damian Długosz zdecydował się przelobować bramkarza gospodarzy, który odruchowo sięgnął po piłkę, a że znajdował się za polem karnym, za swoją nieprzepisową interwencję musiał obejrzeć czerwony kartonik. 3 minuty później Arkadiusz Ciołek wyrównuje i myśleliśmy, że będzie po meczu, ale ku zaskoczeniu wszystkich obecnych to piłkarze Jogi przejęli widoczną inicjatywę. Nie tylko nie pozwolili Orzełom wykorzystać przewagi, to jeszcze dwoma golami Patryka Wąsowskiego i jednym Sebastiana Jarego doprowadzili do tego, że po skończeniu kary było już 4:2 dla ekipy gospodarzy! Chyba jeszcze nie spotkaliśmy się z sytuacją w której zespół grający przez 10 minut w osłabieniu osiągnął taką przewagę.Zawodnicy Jogi inicjatywy nie oddali do końca meczu i wyraźnie przeważając w tym spotkaniu wygrali wysoko, bo aż 8:3 . Zwycięstwo to nabiera jeszcze większej klasy, kiedy zauważymy, że są to pierwsze punkty, które udało się w tym sezonie wywalczyć jogersom. Naprawdę sami zastanawiamy się, czym była spowodowana taka dyspozycja Orzełów w tym meczu, którzy byli wskazywani jako faworyci.

Szybko rozpoczęło się strzelanie w meczu FC Rivers z Deportivo la Chickeno. Już w pierwszych minutach wynik otworzyli goście, co postawiło ich w komfortowej sytuacji. Mając szybkich zawodników, idealnych do gry z kontry, mogli czekać na błąd rywala, który od początku musiał gonić wynik. Było jednak nieco inaczej, niedługo po stracie bramki Riversi wyrównali za sprawą Łukasza Komara. Taki obrót sprawy nie zadowalał zawodników gości, którzy mieli świadomość, że muszą ten mecz wygrać, by wciąż liczyć się w walce o mistrzostwo. Dwie kolejne bramki dały dość komfortowe prowadzenie 1:3 biorąc pod uwagę fakt, że upał panujący w czasie tego spotkania szybko odbierał siły zawodnikom. Riversi nie składali jednak broni i Andrzej Milewski trafił na 2:3 dając nadzieję drużynie, że nie wszystko jeszcze stracone. Może gdyby udało się utrzymać ten rezultat do przerwy druga połowa wyglądałaby inaczej, ale Czikeny jeszcze w pierwszej części zdobyły gola na 2:4. Już w premierowych 25 minutach odległości między obroną a atakiem były spore, a tempo gry siadało z każdą minutą. Obie ekipy miały po jedną osobę na zmianę, ale to Deportivo lepiej wyglądało kondycyjnie, co było kluczowe w tym spotkaniu. Gospodarze w drugiej połowie nie byli w stanie już zagrozić bramce Tomasza Januszkiewicza, a Czikeny sukcesywnie powiększali swoją przewagę. Szczególnie aktywny w ofensywie był duet Konrad Szkopiński – Maks Grabowicz, choć ten pierwszy w dalszej fazie meczu podchodził już nonszalancko do gry, marnując dwie sytuacje sam na sam. Deportivo wygrało ostatecznie mecz 2:7. Należy odnotować, że Riversi mieli tego dnia dobry skład, ale zabiła ich upalna pogoda i znacznie lepsza kondycja przeciwnika.

Spotkanie ALPAN-a z FC Nova Group miało niezwykle istotne znaczenie dla obu drużyn. Obie miały po 6 punktów i porażka praktycznie zamykała szanse na podium. ALPAN ma jeszcze do rozegrania mecz zaległy, ale i tak musiał myśleć tylko o komplecie punktów. Gospodarze dysponowali praktycznie najlepszym składem w tym sezonie i wobec znaczących braków kadrowych u gości byli faworytami. Jednak długo się męczyli zanim otworzyli wynik spotkania. Nova Group mimo braku kilku liderów swojej drużyny grała bez kompleksów, starała się bronić i kontratakować. Pod koniec pierwszej połowy udało się teamowi Rafała Dębskiego dwa razy rozmontować obronę przeciwnika. Do przerwy mamy wynik 2:0 i raczej nikt nie spodziewał się, że przed nami będą jeszcze duże emocje. Druga połowa niemrawie zaczęta przez ALPAN skutkuje tym, że Michał Sałaciński wykorzystuje błąd w obrońców i mamy gola kontaktowego na 2:1. Gospodarze biorą się do roboty, ale na boisku panuje chaos. Nikt już nie trzyma swoich pozycji tak jak w pierwszych 25 minutach i zaczyna to źle wyglądać, co wykorzystuje przeciwnik. Na pięć minut do końca mamy sensacyjne prowadzenie gości 4:5. Gospodarze atakują bo wiedzą, że strata punktów może sporo ich kosztować. Najpierw po jednej z akcji świetnie broniącego tego dnia bramkarza Rafała Michalaka pokonuje Piotr Myszkiewicz, a chwilę później w polu karnym spóźniony obrońca fauluje napastnika ALPAN-a. Damian Borowski pewnie strzela jedenastkę i mamy 6:5 dla gospodarzy. Do końca meczu zostaje jeszcze minuta, ale szalona pogoń ekipy Piotra Radelczyka nie dochodzi do skutku, bo brakuje już czasu na wyrównanie. Po niezwykle zaciętym boju cenne punkty wędrują na konto teamu Rafała Dębskiego.

„Witamy w piekle" – tak można opisać warunki przy nasłonecznionym boisku przy ul. Picassa. Był to kolejny atut na korzyść faworyzowanych zawodników drużyny Bękartów Warszawy, którzy mogli pochwalić się zdecydowanie szerszą ławką rezerwowych. Zawodnicy Un Mate Team za nic jednak mieli niekorzystne warunki i już w drugiej minucie spotkania Andres Carmona oczarował wszystkich swoimi umiejętnościami na lewym skrzydle. Argentyńczyk zwodem minął obrońcę i strzelił po ziemi z okolic linii bocznej na 1:0. Tą świetną akcją zmotywował drużynę gości do działania. Zawodnicy przewodzący w III lidze zyskiwali coraz większą przewagę na boisku i dość szybko wyrównali na 1:1. Największe spustoszenie na boisku siał Adam Józefowski, który raz za razem szukał sposobu na pokonanie bramkarza Un Mate Team. Po jednej z jego prób bramkarz gospodarzy wypluł przed siebie piłkę, co wykorzystał czujny Marcin Górkiewicz trafiając na 1:2. Nieznaczna przewaga nie zadowalała jednak Bękarty, które nie spuszczały nogi z gazu. W 23' było już 1:3, kiedy to podanie Sebastiana Domańskiego wykorzystał wspomniany wcześniej Adam Józefowski. Po wznowieniu gospodarze tak szybko zdobyli bramkę kontaktową na 2:3, że goście mieli jeszcze kilkadziesiąt sekund na przeprowadzenie ostatniej akcji przed przerwą. W niej, rozpędzony Adam Józefowski uderzył z główki w poprzeczkę, by w dalszym biegu odbić piłkę nogą ... trafiając w słupek. Gwizdek kończący pierwszą część spotkania nie wybił z rytmu gości, którzy po wznowieniu szybko odskoczyli na 2:4. Wtedy też do bardziej zdecydowanych ataków przeszli zawodnicy Un Mate Team, jednak Michał Staniszewski popisywał się świetnymi interwencjami. Ataki goniących wynik Argentyńczyków sprawiły, że zawodnicy Bękartów Warszawy dostali więcej swobody w polu, co skrzętnie wykorzystali. Kilkominutowy epizod radosnej wymiany ciosów z obu stron zdecydowanie wygrali obecni liderzy III ligi, dzięki czemu odskoczyli na komfortowe prowadzenie 3:7. W ostatnich minutach spotkania Bękarty Warszawy postawili kropkę nad i, zdobywając kolejne dwie bramki, dzięki czemu ostatecznie wygrali aż 3:9.

 LIGA 4

49 minut dobrego meczu i jedna minuta skandalicznego zachowania. Tak w skrócie zapamiętamy spotkanie Furduncio z Munją. Brazylijczyków trapi fala kontuzji, na dodatek wciąż pauzuje lider drużyny Rafael Andrade i Furduncio stawiło się z zaledwie jedną zmianą. W obozie przeciwników sytuacja odwrotna – Maciejowi Affekowi udało się pozbierać solidną ekipę i dość szybko dało się to zauważyć. Początek meczu to pressing ze strony Canarinhos, ale to Munja strzela pierwszego gola. Zamieszanie pod bramką Adama Czerwińskiego wykorzystuje snajper gości Michał Sztajerwald i od 5 minuty goście prowadzą 0:1. Dalsza część pierwszej połowy przebiegała w atmosferze twardej i nieustępliwej walki z obu stron. Zawodnicy Munji skutecznie blokowali wszelkie rajdy przeciwników, często uciekając się do taktycznych fauli. Na swoje nieszczęście Brazylijczycy byli tego dnia koszmarnie nieskuteczni, bo ani strzały z wolnych, ani z dystansu nie przynosiły efektu, a zagęszczenie obrony uniemożliwiało przedarcie się pod bramkę Marka Traczyka. Na dodatek w 24 minucie na 0:2 podwyższył Andrzej Denysov. W drugiej połowie obraz meczu nie zmienił się i Munja twardo broniła swojej bramki, skutecznie paraliżując każdy atak przeciwników.Kiedy już zawodnikowi Furduncio udało się skierować piłkę do siatki, sędzia słusznie nie uznał bramki strzelonej z rzutu wolnego. Canarinhos rzucili się do dramatycznego ataku i w końcu w 48 minucie Bruno Martins zdobył bramkę kontaktową. Niestety, w końcówce głowach zawodników obu drużyn zawrzało o czym pisaliśmy już w osobnym artykule. W dosłownie ostatniej akcji meczu po rzucie z autu upragnioną bramkę wyrównującą strzela Luciano Sant'Ana. Euforia po golu wśród gospodarzy sięgnęła zenitu, tak że niektórzy znacznie przesadzili z ekspresyjnością. Rozumiemy, że czasami emocje na boisku potrafią ponieść, ale są pewne granice, których ze zwyczajnej przyzwoitości nie wolno przekraczać, a niesmak po nerwowej końcówce przyćmił nam całkiem dobry mecz.

Mikstura do meczu z Saską Kępą przystępowała z kompletem punktów i chęcią podtrzymania świetnej passy. Początek meczu był nieco szarpany z obydwu stron, aż do momentu, w którym Damian Patoka strzałami zza pola karnego dwukrotnie niemal zerwał siatkę. Sami koledzy Damiana dziwili się, jak dobrze dwukrotnie potrafił przyłożyć nogę do piłki – Daniel Piecyk był przy tych golach bez szans. Jak dobrze wiemy zawodnicy Saskiej charakteryzują się determinacją i ambicją, więc niezwłocznie zabrali się do odrabiania strat. Najpierw z rzutu wolnego bramkę na 2:1 strzelił Marek Kwiatkowski, a po chwili stan meczu wyrównał Sebastian Sitek, strzałem z ostrego kąta.Ostatnie słowo w premierowych 25 minutach należało jednak do Mikstury. Doskonałą pierwszą połowę w swoim wykonaniu miał Patryk Zych, który był liderem gospodarzy, wziął ciężar gry na swoje barki i po udanym dryblingu wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Mimo dużych starań Daniela Piecyka, Mikstura prowadziła do przerwy 3:2. Po zmianie stron doskonałym refleksem przy dwóch pierwszych akcjach Saskiej Kępy popisał się Czarek Kubalski, który podtrzymywał korzystny rezultat dla swojego zespołu. To pozytywnie wpłynęło na jego kolegów. Gospodarze wyszli już na prowadzenie 5:3, jednak na 10 minut przed końcem spotkania goście znów odrobili straty. Końcówka meczu należała do Mikstury, która dzięki dużym umiejętnościom indywidualnym swoich zawodników zdobyła jeszcze cztery bramki. Tym samym mecz zakończył się wynikiem 9:5. Sam przebieg spotkania był emocjonujący, a zawodnicy obu ekip zostawili sporo zdrowia na boisku.

W kolejnym meczu w ramach 5 kolejki FC Po Nalewce podejmowało Przypadkowych Grajków. Drużynie gospodarzy jeszcze w tym sezonie nie udało się zdobyć żadnych punktów, co na pewno było dla nich dodatkową motywacją w nadchodzącym spotkaniu. FC Po Nalewce weszło bardzo dobrze w mecz. Tuż po pierwszym gwizdku mieli okazję na pierwsze trafienie, ale piłka obiła tylko poprzeczkę rywali. Natomiast już w 3 minucie gry wyszli na prowadzenie. Po podaniu od Macieja Łady Dominik Wojciechowski precyzyjnym strzałem po ziemi skierował futbolówkę do siatki. Ta sytuacja nie zraziła gości, którzy również tworzyli sobie kolejne okazje do wyrównania. W 12 minucie Mateusz Adamowicz zdecydował się na mocny strzał sprzed pola karnego i bramkarz gospodarzy po raz pierwszy w tym meczu musiał wyciągać piłkę z bramki. FC Po Nalewce nieco zwolniło tempo gry, co szybko wykorzystał przeciwnik trafiając trzykrotnie w odstępie 5 minut. Stratę do rywali w 21 minucie zmniejszył Darek Czopek ustalając tym samym wynik do przerwy na 2:4. Na początku drugiej połowy Maciej Krupiński podwyższył wynik na 2:5. W kolejnych minutach doszło do wymiany, podczas której padała bramka za bramkę. Siedem minut przed końcem meczu Przypadkowe Grajki prowadziły 4:7 po trafieniu Mateusza Adamowicza. Taki stan meczu utrzymywał się do 47 minuty, kiedy Łukasza Gaba skierował piłkę do bramki przedłużając nadzieję swojego zespołu na choćby punkt. Minutę później bramkę kontaktową strzelił Sławek Ogorzelski i robiło się coraz ciekawiej. Przypadkowe Grajki mogły zapewnić sobie zwycięstwo, ale piłka zamiast do siatki trafiła w słupek. Minutę przed końcem spotkania Radosław Jankiewicz podał prostopadle do Sławka Ogorzelskiego, który piętką skierował piłkę do bramki zapewniając tym samym swojej drużynie pierwszy punkt w lidze wakacyjnej!

Patrząc na składy jakimi dysponowały drużyny w starciu BRD Young Warriors z Playboys Warszawa zadawaliśmy sobie pytanie czy goście wytrzymają kondycyjnie tę potyczkę. Mieli oni zaledwie meczową szóstkę i musieli, mimo młodego wieku i pewnie sporej wydolności, racjonalnie rozłożyć siły, by w panującym na obiekcie upale wytrzymać pełne 50 minut. Gospodarze mieli wielu rezerwowych, ale mimo to nie potrafili narzucić jakiegoś szalonego tempa, by potocznie mówiąc, zabiegać rywali. Pierwsza połowa była dosyć wyrównana. Obie ekipy miały sporo okazji, ale to Playboys Warszawa byli skuteczniejsi i potrafili z zimną krwią wykorzystywać błędy w defensywie rywali. Do przerwy mamy wynik 1:3. Jedyną bramkę, o dziwo, dla BRD wypracował bramkarz ,który perfekcyjnym podaniem obsłużył swojego kolegę z drużyny. Po zmianie stron momentem zwrotnym był rzut karny dla gospodarzy, który mógł dać bramkę kontaktową i odwrócić losy spotkania. Niestety fatalne pudło jakby podłamało w dalszej części team BRD, a goście złapali drugi oddech i zaczęli ponownie strzelać bramki . Szczególnie aktywny był Piotr Sadowski, który strzelił dwie bramki i zaliczył dwie asysty. Ostatecznie zasłużenie wygrała drużyna Playboys Warszawa dając sygnał, że będzie się liczyć w walce o medale. BRD na pewno musi poprawić skuteczność, bo mieli kilka okazji, ale pudłowali w bardzo dobrych sytuacjach, nie wspominając już o przestrzelonym karnym.

Musimy przyznać, że spodziewaliśmy się bardziej wyrównanego pojedynku w meczu Virtualnego Ń z Diabła Trzeci Róg. Takie zawody obejrzeliśmy jeszcze w pierwszej części. Szybko wynik spotkania otworzył Michał Trzciński, ale gospodarze nie byli dłużni i najpierw Szymon Kolasa wyrównał po podaniu Bartosza Kacy, a następnie asystent zamienił się w egzekutora i Virtualni wyszli na prowadzenie 2:1. Co więcej, zespół Marka Giełczewskiego mógł jeszcze podwyższyć wynik, ale z rzutu wolnego Szymon Kolasa trafił jedynie w słupek. Przez dłuższy czas utrzymywało się jednobramkowe prowadzenie zawodników w zielonych strojach. Gdy wydawało się, że z takim rezultatem zejdziemy na przerwę, na około 5 minut przed końcem Diabły zakasały rękawy i zaczęły odrabiać straty, a tuż przed zakończeniem pierwszej połowy nawet wyszli na prowadzenie! Po 25 minutach mieliśmy więc wynik 2:3. Po zmianie stron na 2:4 podwyższył Patryk Marciniak, niedługo potem sędzia podyktował rzut karny dla Diabłów, który pewnie wykorzystał Maciej Biernacki. Powoli stawało się jasne, że to goście sięgną po komplet punktów. Przewaga Diabła Trzeci Róg była coraz widoczniejsza, do tego Virtualni po żółtej kartce musieli grać przez 3 minuty w osłabieniu. Bramka na 2:6 Michała Trzcińskiego raczej zamknęła mecz, zawodnicy w czerwonych koszulkach nieco spuścili z tonu, co wykorzystali rywale i okres lepszej gry zwieńczając bramką Bartosza Kacy. Wynik spotkania na 3:7 ustalił Patryk Marciniak kończąc indywidualną akcję Michała Trzcińskiego. Zasłużona wygrana Diabłów, którzy po lepszym początku przeciwnika, przejęli inicjatywę w dalszej części meczu.

LIGA 5

W pierwszym spotkaniu V ligi Landtech F.C. podejmował niepokonaną do tej pory Iglicę Warszawa. Ekipa gospodarzy zagrała w dość eksperymentalnym składzie i od początku spotkania dało się zauważyć, że nie jest on tak zgrany, jak trzon drużyny gości. Iglica za to od pierwszych minut śmiało zapuszczała się pod bramkę Michała Kalinowskiego i już w 7 minucie Robert Kędzierski wyprowadził gości na prowadzenie. Chwilę później mogło być 0:2 po kontrze Iglicy, ale napastnik gości zdecydował się na strzał z dystansu, zamiast podania do niekrytego kolegi. W 15 minucie dzięki bramce Daniela Mikołajczyka Landtech włącza się ponownie do rywalizacji, ale przewaga Iglicy rosła z każdą minutą, czego zwieńczeniem były dwa gole w ostatniej minucie pierwszej połowy. W drugiej części spotkania goście zupełnie zdominowali mecz i drużyna „Techów" mimo że bramki strzelała, to ani razu nie zagroziła przewadze wypracowanej przez zawodników Radka Sówki. Landtech grał długie piłki na napastników, ale nie przynosiło to oczekiwanych efektów, za to ekipa Iglicy konstruowała akcje od własnej bramki i golami Mateusza Pietrusińskiego i Mateusza Fejchera zbudowała sobie przewagę nie do dogonienia. Kropkę nad i postawił w ostatniej minucie meczu Maciej Dąbrowski i mecz zakończył się pewnym zwycięstwem Iglicy 4:8. Warto odnotować, że wynik mógłby być nawet dwucyfrowy, gdyby nie świetne interwencje Michała Kalinowskiego. Dzięki wygranej Iglica wciąż może nosić tytuł drużyny niepokonanej w 5 lidze, natomiast jak się okazało Landtech mimo straty punktów wciąż liczy się w walce o podium.

W kolejnym spotkaniu w 5 lidze Awantura Warszawa podejmowała Ekipę Remontową. Drużyna gości nazwę ma adekwatną do tego, co widzieliśmy w tym spotkaniu i będzie musiała się pozbierać po demontażu, który zaserwowała ekipa Alberta Zimocha. Już w 1 minucie wynik otworzył Patryk Królak, a dwie minuty później podwyższył Sebastian Dominiak. Po tak szybko wyprowadzonych ciosach ciężko było się gościom pozbierać, ale udało się im strzelić bramkę kontaktową za sprawą Kacpra Pękali. Przed przerwą wynik na 3:1 podwyższył Mateusz Rozkres i Awantura schodziła na odpoczynek z bezpieczną przewagą. Na początku drugiej części spotkania Ekipa Remontowa próbowała jeszcze nawiązać równorzędną walkę i w 33 minucie na 3:2 trafił Jakub Plata, ale od tego momentu w grze remontowców zabrakło konsekwencji i pewności co wykorzystali rywale. Najpierw Sebastian Dominiak dosłownie przedarł się przez cały blok obronny i podwyższył na 4:2, a chwilę później po jego strzale piłka odbiła się od obu słupków, a do pustej bramki dobił ją Mateusz Rozkres. Po tym Ekipa Remontowa nie zdołała się już podnieść. Wprawdzie Tomasz Aleksiejuk na trzy minuty przed końcem strzelił trzecią bramkę dla gości, ale nie zdołali oni już zagrozić bramce Marcina Kabańskiego, który swoją drogą walnie przyczynił się do zwycięstwa swojej drużyny, pewnie broniąc przez całe spotkanie grad strzałów Ekipy Remontowej. W ostatniej akcji meczu wynik na 6:3 ustalił Sebastian Dominiak.

FC Tartak, ciągle walczący o najwyższe cele w V lidze, przed spotkaniem z Vistula Varsovia pochwalił się bardzo ważnym wzmocnieniem – do składu powrócił Lucu Kończal. Kapitan drużyny gospodarzy ostatnie półtora roku pauzował z powodu kontuzji kolana, więc wszyscy byli ciekawi, w jakiej formie powróci on na ligowe boiska. Zanim jednak wyszedł na plac, zawodnicy FC Tartak zdjęli z niego presję zdobywania bramek, ponieważ ten ciężar na siebie wziął duet Karol Grudniewski – Łukasz Łukaszewicz. W jednostronnym spotkaniu zdobyli oni łącznie imponujące 16 trafień, dorzucając do tego garść asyst. Samą strzelaninę rozpoczął już w drugiej minucie Aleksander Peszko, po czym gospodarze nie tracili ani chwili, aby zdobywać kolejne gole. Sam Luc Kończal zdobył swoją pierwszą bramkę po powrocie wykorzystując podanie Piotra Kawki. Goście nie mieli atutów przeciwko liczniejszym i bardziej atletycznym przeciwnikom, dlatego też próby zagrożenia bramce gospodarzy były sporadyczne. Pierwsza odsłona zakończyła się wynikiem 9-0.Zgodnie z oczekiwaniami druga połowa nie różniła się niczym od pierwszej części spotkania. Ataki gospodarzy nasiliły się, ponieważ gościom brakowało już sił, żeby stawiać jakiekolwiek warunki kapitulacji. Świetnie zgrana drużyna gospodarzy wykorzystywała swoją przewagę fizyczną wygrywając wszystkie pojedynki biegowe i powietrzne. W kolejnych minutach na tablice wpisywali się zawodnicy FC Tartak, często przechwytując piłkę po niedokładnych podaniach zawodników Vistuli. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 26-0.

Mecz pomiędzy FC Albatros, a FC Vikersonn miał być pojedynkiem do jednej bramki. Rzeczywiście, statystyki i wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że to gospodarze są murowanym faworytem do zdobycia kompletu punktów. Dyspozycja Albatrosów na początku meczu jakby temu przeczyła przewidywaniom, że to będzie dla gospodarzy spacerek. Już w pierwszych minutach goście mogli cieszyć się z prowadzenia, kiedy to przeciwnik stracił gola po błędzie obrońcy. Ta sytuacja nieco otrzeźwiła Albatrosów, którzy przejęli kontrolę nad spotkaniem. Od stanu 0:1 Cezary Małecki zapisał się na listę strzelców trzy razy z rzędu, biorąc ciężar gry i odpowiedzialność za wynik na swoje barki. Wydawało się, że gdy gospodarze wejdą na swój solidny poziom, to Vikersonn nie będzie miał czego szukać, ale nic bardziej mylnego. Najpierw kapitalny rajd zakończony golem przeprowadził kapitan Yevhenii Kyrii, by kilka akcji później Volodymyr Yuhai strzałem z woleja ustalił wynik do przerwy na 3:3. Po zmianie stron byliśmy jednak świadkami pełnej dominacji ze strony Albatrosów. Budowanie ataku pozycyjnego z wykorzystaniem wszystkich zawodników, prostopadłe podania i przytomne decyzje, wszystkie te czynniki doprowadziły do tego, że goście nie potrafili znaleźć recepty na rywali. Nie warto wypominać bramkarzowi gości liczby straconych bramek w tej części, jednak błędy zdarzyły również jemu. Ostateczny wynik spotkania ustalił, po wyrzucie piłki z autu przez Michała Rzeczkowskiego, Michał Karaś, który główką strzelił na 11:4.

W zapowiedzi meczu Oldboys DerbyDental Doctor stawialiśmy na tych pierwszych zaznaczając, że nie mogą zlekceważyć rywala, który potrafi sprawić niespodziankę. Na pewno gospodarze podeszli do spotkania odpowiednio zmotywowani, ale już od początku przewagę osiągnęli „Dentyści". Przełożyło się to na bramkę, wynik spotkania otworzył Piotr Jaskłowski. Goście mieli więcej sytuacji strzeleckich, rzadko kiedy dopuszczali rywali do swojej bramki, ogólnie w pierwszych minutach wyglądali na boisku zdecydowanie lepiej. Piłka nożna jest jednak przewrotna i choć Dental miał przewagę, to bramkę strzelili Oldboysi. Łukasz Gaba obsłużył dobrym podaniem Piotra Jastrzębskiego i ten wyrównał stan posiadania. Co więcej niedługo potem asystent zamienił się w egzekutora i gospodarze wyszli na prowadzenie! Ten gol tylko rozzłościł zespół Marka Saneckiego i to skutecznie. Najpierw Dentyści wyrównali, a później sam kapitan strzelił bramkę na 2:3. Takim wynikiem kończy się pierwsza część, a to dopiero początek emocji w tym meczu. Po zmianie stron byliśmy świadkami szybkiego wyrównania Oldboysów, i wymiany ciosów pomiędzy zespołami. W dalszej części meczu Dental wychodził na jednobramkowe prowadzenie, a rywal wyrównywał (wynik kształtował się następująco: 3:4, 4:4, 4:5). Oldboys nie wykorzystało szansy na ponowny remis i to był kluczowy moment meczu. Sędzia podyktował rzut karny, ale z pojedynku Adrian Kłoskowski vs Jacek Pryjomski zwycięsko wyszedł bramkarz Dental. Goście cofnięci do obrony nie dawali rywalowi podejść pod swoje pole karne, umiejętnie się broniąc. Co więcej, trafiając na 4:6 ustalili wynik tej rywalizacji. Było to spotkanie dwóch równorzędnych ekip, ale tego dnia lepsi byli zawodnicy Marka Saneckiego.

LIGA 6

Większość osób poproszona o wskazanie zwycięzcy meczu A.D.S Scorpion's z Furduncio Brasil II bez wahania wskazałaby tych drugich. Jak się okazało, gospodarze bez większego respektu podeszli do wyżej notowanego rywala, co zaowocowało szybko strzeloną bramką po składnej akcji. W pierwszych minutach niebyło widać tej przepaści, która dzieliła oba zespoły w tabeli, Scorpionsi bardzo mądrze ustawiali się w defensywie, broniąc korzystnego wyniku. Z czasem napór Brazylijczyków rósł i kwestią czasu było, kiedy w końcu przebiją się przez obronę rywala. W końcu po rzucie rożnym Ismiley Maia na raty, po dwukrotnym uderzeniu piłki głową, wyrównał stan meczu. Chwilę później Furduncio podwyższyło na 2:1, a jeszcze przed przerwą z rzutu wolnego trafił Pietro Zanella. Po pierwszej połowie było 3:1, choć Scorpionsi mieli momenty naprawdę dobrej gry. Po zmianie stron ponownie gola zdobyli Brazylijczycy po strzale Ismileya. Odpowiedź Scorpionsów nastąpiła niedługo po stracie bramki. Aleksander Wawrowski dostał podanie z boku boiska i choć pierwszy strzał obronił bramkarz, przy dobitce nie miał już szans. Brazylijczycy nieco pomogli przeciwnikowi, gdyż w wydawało się niegroźnej sytuacji doszło do nieporozumienia między golkiperem a obrońcą, który głową skierował piłkę do siatki, zaliczając trafienie samobójcze. Mecz rozpoczął się na nowo, jedna bramka nie była już taką bezpieczną przewagą. Mając tego świadomość zawodnicy Furduncio zepchnęli Scorpionów do głębokiej defensywy. Ci dzielnie się bronili, ale też mieli sporo szczęścia – Brazylijczycy kilkukrotnie w tym meczu obijali słupki i poprzeczkę bramki strzeżonej przez Jakuba Rudnickiego. Na dosłownie sekundy przed końcem obrońca gości nieco przysnął i w pojedynku biegowym dał się wyprzedzić Pawłowi Poniatowskiemu, który wyszedł sam na sam z bramkarzem i pewnie skierował piłkę do siatki dając swojej drużynie remis. Niedługo potem rozległ się końcowy gwizdek sędziego. Podział punktów w tym meczu to duża niespodzianka, ale Scorpionsi mocno zapracowali sobie na ten punkt.

Spotkanie „być albo nie być" na ligowym podium pomiędzy Gastro Spartą a FC Alfą było hitem piątej kolejki VI Ligi Fanów. W związku z odniesioną na wakacjach kontuzją ręki, podstawowy golkiper FC Alfa, Adam Tomaszewski został zastąpiony w bramce przez Adama Domidowicza, podczas gdy ten pierwszy wystąpił jako obrońca. Nasze przedmeczowe wskazania wydawały się być trafne i już w pierwszej minucie drużyna gości wyszła na prowadzenie. Daniel Żuk wykorzystał świetne podanie od Piotra Jankowskiego i już po kilkudziesięciu sekundach na tablicy widniał wynik 0:1. Mecz po kilku minutach do status quo przywrócił niezawodny Eduard Vakhidov, pewnie wykonując rzut karny – 1:1. Po kilku próbach i dobrych interwencjach Adama Domidowicza, Michałowi Opińskiemu udało się pokonać bramkarza gości, a kilka chwil później Eduard Vakhidov przechwycił niecelne podanie i około 20' minuty gospodarze prowadzili 3:1. Wtedy też ponownie o sobie dał znać duet Daniel Żuk / Piotr Jankowski, dzięki czemu FC Alfa ponownie nawiązała kontakt – 3:2. Kiedy już zawodnicy myślami schodzili na przerwę, bramkarz Gastro Sparty w ostatniej akcji I połowy złapał piłkę zagraną do napastnika gości, jednak dokonując interwencji przekroczył z piłką linię pola karnego. Za swój błąd ukarany żółtą kartką, a pozornie błahe wydarzenie okazało się być tragiczne. FC Alfa najpierw strzeliła bramkę z rzutu wolnego na 3:3, a po zmianie stron Piotr Jankowski zdobył bramkę na 3:4. Kiedy Serhii Orenchuk wrócił na boisko w 28' minucie z miejsca został zaskoczony potężnym strzałem Daniela Żuka i ku zaskoczeniu wszystkich, w 185 sekund FC Alfa wyszła z 3:2 na 3:5 – imponujący powerplay. Bramka w 30' minucie Karola Rodaka na 4:5 sprawiła, że każdy błąd mógł zadecydować o końcowym wyniku. Goście, szukając nowych pokładów energii, zmienili bramkarza – między słupki stanął podstawowy golkiper, kontuzjowany Adam Tomaszewski. „Jednoręki bandyta" przez ostatnie 15 minut spotkania pokazał, że można bronić nawet z kontuzjowaną ręką, świetnie wyciągając ciężkie strzały przez ponad 13 minut. W jednej z ostatnich akcji meczu Eduard Vakhidov wyrównał na 5:5.

Tuż po meczu „jedynki" na boisko wyszła druga drużyna Oldboys Derby. Zadanie nie było łatwe: naprzeciw stanęła drużyna Olimpiku, która wygrała wszystkie dotychczasowe spotkania, do tego strzelała średnio ponad 10 bramek na mecz, więc przed zamykającymi tabelę Oldboysami była trudna przeprawa. Goście przyszli zaledwie z 7 osób, do tego bez nominalnego bramkarza, więc w tym zawodnicy z osiedla Derby mogli upatrywać swoją szansę. Olimpik jednak dość szybko objął prowadzenie, co zwiastowało kolejne wysokie zwycięstwo. O dziwo, po tej bramce wynik długo się nie zmieniał, Oldboys nawet nieźle się bronili, dzięki czemu stosunkowo długo utrzymywała się jednobramkowa przewaga rywala. Nie mogło to jednak trwać wiecznie. Za zagranie ręką w polu karnym przez zawodnika gospodarzy sędzia podyktował rzut karny, który został pewnie wykorzystany. Na 0:3 podwyższył Ihor Puzenko. Chwilę nieuwagi zawodników Olimpiku w pierwszej części wykorzystał Marcin Drożdż ustalając wynik do przerwy na 1:3. Rezultat z pierwszej połowy wyglądał całkiem nieźle jak na rywalizację drużyny zamykającej tabelę z liderem. W drugiej części Olimpik zabrał się do roboty. Na 1:4 podwyższył Ihor Puzenko wyłuskując piłkę od przeciwnika i kierując piłkę do bramki obok bezradnego bramkarza. Goście coraz mocniej napierali na coraz bardziej opadającego z sił rywala i tylko dobra postawa bramkarza Oldboys, który dwoił się i troił między słupkami sprawiła, że wynik nie był jeszcze wyższy. Olimpik skutecznie punktował przeciwnika, ostatecznie wygrywając 2:10 i dzięki zgubieniu punktów przez Brazylijczyków, obecnie samodzielnie liderują w VI lidze.

Każda z drużyn w meczu Orły Zabraniecka vs Pheonix Warsaw miała swoje cele która chciała zrealizować. Gospodarze chcieli zmazać złe wrażenie po oddanym w poprzedniej kolejce walkowerze, natomiast goście musieli wygrać, by wciąż być poważnym graczem w walce o medale. Obie ekipy przyszły na spotkanie w okrojonych składach, co mogło znacznie utrudnić realizację przedmeczowych założeń. Już na rozgrzewce można było dostrzec, że może to być ciekawie wyglądające spotkanie z perspektywy gospodarzy. Czujne oko naszych obserwatorów nie zawiodło. Duet graczy Anas Chakir – Mina Eshak od pierwszego gwizdka świetnie się uzupełniał, a umiejętnościami technicznymi zdecydowanie przeważał obrońców Feniksów, co miało bezpośrednie przełożenie na wynik. Anas Chakir już w pierwszej połowie zanotował hattricka, znacząco przyczyniając się do wysokiego prowadzenia swojego zespołu już w premierowych 25 minutach. Do tego szczelnie grająca obrona nie pozwoliła Feniksom na zdobycie żadnej bramki i na przerwę drużyny schodziły przy prowadzeniu Orłów aż 5:0. W obozie Pheonix musiało paść kilka mocnych słów, bo po zmianie stron goście prezentowali się zdecydowanie lepiej, aniżeli w pierwszych 25 minutach, jednak nadal można było mieć wiele słów krytyki do ich skuteczności. Mimo problemów potrafili ambicją stworzyć kilka składnych akcji, co przełożyło się za niebezpieczeństwo pod polem karnym Piotrka Janowskiego, który w drugiej części musiał trzykrotnie wyciągać piłkę z siatki. Mimo to Feniksy nie zagroziły przewadze Orłów które tego dnia miały w składzie swojego asa. Anas Chakir powtórzył wynik z pierwszej połowy i do swojego wyniku strzeleckiego dołożył kolejne trzy trafienia. Ostatecznie gospodarze pewnie zwyciężyli 8:3 i pokazali że jeszcze niejednej drużynie są w stanie zagrozić w tym sezonie.

W ostatnim meczu w ramach 5 kolejki Pogromcy Poprzeczek podejmowali Polskie Drewno. Od początku spotkania dało się zauważyć przewagę Pogromców. Już w 3 minucie meczu piłkę do bramki skierował Norbert Plak, po podaniu od Mateusza Niewiadomego. Kolejne minuty to konsekwentna gra gospodarzy, która nie pozwalała rywalom rozwinąć skrzydeł. W 14 minucie spotkania o swoich umiejętnościach przypomniał wracający do składu Pogromców Bartłomiej Rafał który obsłużył podaniem Mateusza Niewiadomego a ten podwyższył na 2:0. Trzy minuty później na listę strzelców wpisał się ponownie Norbert Plak, natomiast w 20 minucie gry na 4:0 podwyższył Aleksander Sulej. Każdemu kto oglądał to spotkanie mogło się wydawać, że już jest po meczu, ponieważ ciężko jest odrobić tak dużą przewagę. Polskie Drewno jednak nie zamierzało składać broni i oddać tego tak łatwo punktów. Podczas gdy rywale jeszcze świętowali ostatnie trafienie, pierwszą bramkę dla gości zanotował Karol Urbańczyk. Już niecałą minutę później na tablicy wyników było 4:2 co dawało nadzieję na odwrócenie losów meczu w drugiej części.Na drugą połowę gospodarze chyba wyszli rozkojarzeni. Szybko bramkę kontaktową strzelił Mateusz Jastrząb po podaniu od Błażeja Kowalskiego, a do wyrównania w 34 minucie doprowadził Peter Nemec. Na własne oczy mogliśmy się przekonać, że nawet czterobramkowa przewaga nie jest bezpiecznym wynikiem. Pogromcy próbowali wrócić do gry, ale brakowało im ostatniego podania. Warto zaznaczyć, że Rafał Klimiuk utrzymywał swój zespół w grze, przez bardzo solidną grę między słupkami. W 39 minucie spotkania po mocnym strzale Karol Urbańczyk wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie. Pogromcy nie zdążyli się jeszcze podnieść po straconej bramce, a minutę później piłkę do siatki skierował Błażej Kowalski. Dwie minuty przed końcem spotkania bramkę kontaktową na 5:6 strzelił Aleksander Sulej. Pogromcy walczyli do samego końca, ale z prawie wygranego spotkania nie udało im się wywieźć ani jednego punktu.

 

Mimo niezłej postawy Tylko Zwycięstwo wciąż pozostawało bez punktów na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Ich rywalem była FC Kebavita, więc było wiadomo, że o pierwsze punkty będzie ciężko. Miało to odzwierciedlenie na boisku, bowiem od początku zaatakowała drużyna gości, ale parokrotnie bardzo dobrze bronił Sergiusz Bienias. Z czasem do głosu zaczęła dochodzić ekipa braci Jałkowskich, lecz z kolei w bramce Kabavity na posterunku był Piotr Kalbarczyk. Taktyka zespołu Buraka Cana była prosta i okazała się skuteczna. Zawodnicy grający w białych koszulkach szukali w polu karnym prostopadłego podania do Barisa Kazkondu, a ten z obrońcą na plecach próbował się obrócić i oddać strzał lub zgrać futbolówkę do partnera. W ten właśnie sposób Kebavita objęła prowadzenie, a po bliźniaczej akcji mogło być 0-2, ale Baris trafił w słupek. Do przerwy mieliśmy wynik 0-1. Rezultat nie taki zły dla gospodarzy, więc jeszcze sporo mogło się wydarzyć w drugiej części. Po zmianie stron mieliśmy okres, w którym więcej działo się pod bramką Kebavity. Dobrze jednak spisywał się bramkarz, a ponad to brakowało nieco precyzji przy konstruowaniu akcji Tylko Zwycięstwo. To się zemściło, bowiem później goście podwyższyli prowadzenie do 0-3. Dopiero po trzeciej bramce gospodarze się przełamali i Szymon Jałkowski trafia dla TZ. W odpowiedzi mamy bramkę na 1-4 dla Kebavity. Następnie mieliśmy do czynienia z groźnymi rożnymi z obu stron. Skuteczniejsi  byli gospodarze, bowiem szczupakiem piłkę do siatki skierował Andrzej Morawski (bramka na 2-4), a z drugiej strony Obem Brain trafił jedynie w słupek. W dalszej części meczu był dokładniejszy, bowiem trafił w końcu do bramki TZ, hattricka ustrzelił Christian Namani i mecz kończy się wynikiem 2-6

Będąca w dobrej formie Contra podejmowała Moczymordy ,które po porażce z East Windem chciały jak najszybciej zapunktować, aby nie tracić kontaktu z liderem. Do składu powrócili Zbyszek Obłuski i Norbert Petasz ,ale brakowało Dominika Skorży ,który nabawił się kontuzji. Pierwsze minuty to szybkie dwie bramki. Dawida Bieli dla Contry i Zbyszka Obłuskiego dla Moczymord. Później mieliśmy żółtą kartkę dla Piotra Szurmińskiego, który niczym Jan Furtok chciał zdobyć bramkę ręką, jednak arbiter był czujny oraz  dobrze ustawion, więc zamiast gola mieliśmy żółtą kartkę. Contra jednak tej przewagi nie potrafiła wykorzystać. Gospodarze mieli kilka wybornych okazji ,ale tak jakby wystrzelali się w poprzednich dwóch kolejkach i nie byli już tak skuteczni. Niemoc przerwał Paweł Pająk strzelając w 22 minucie na 2:1. Taki wynik utrzymuje się do przerwy. Po zmianie stron niezawodny Zbyszek Obłuski doprowadza w 28 minucie do remisu. Mecz w tym momencie wyrównuje się i każda ze stron ma swoje okazje ,ale wynik 2:2 cały czas się utrzymuje. Widać było że każdy chce walczyć o pełną pulę i remis nikogo tutaj nie zadowoli. Gdy wydaje się że podział punktów jest realnym scenariuszem ponownie daje o sobie znać Zbyszek. Znowu piłka go szuka i w 46 minucie kompletuje hattricka w tym meczu. Rozpaczliwe ataki ekipy Michała Raciborskiego nie przynoszą efektu i po raz kolejny napastnik Moczymord daje tej drużynie cenne punkty. Z perspektywy meczu lepszym zespołem była Contra ,ale punkty pojechały w komplecie na Mokotów.

Tymczasem na drugim boisku East Wind walczył o utrzymanie się na szczycie tabeli Ekstraklasy, a przy korzystnych rezultatach, na powiększenie przewagi nad najgroźniejszymi rywalami. Ich przeciwnikiem był zespół Wawalions, którzy przystąpili do zawodów osłabieni brakiem nominalnego bramkarza oraz ich najlepszego zawodnika obecnego sezonu Volodymyra Humeniuka. Mimo takich osłabień goście nie prezentowali się źle na tle obecnego lidera rozgrywek. Co więcej, na początku mieli lepsze sytuacje do strzelenia bramki. Najpierw dali sygnał ostrzegawczy gospodarzom, kiedy to po źle rozegranym rożnym East Windu wyszli z kontrą, ale trafili jedynie w słupek. W końcu dopięli swego i Yurii Naidyshak otwiera wynik spotkania. To obudziło zawodników Sebastiana Dąbrowskiego. Najpierw Michał Nowak wyrównuje, a później dwukrotnie do bramki trafia Filip Junowicz i East Wind wygrywa już 3-1. Wawalions nie składali broni i złapali kontakt z przeciwnikiem po bramce Bohdana Mereshuka, który wstrzelił piłkę w pole karne, ta odbiła się po drodze od zawodnika i trafiła do siaki. Wynik na 4-2 do przerwy ustalił Sebastian Dąbrowski. Po zmianie stron lepiej prezentowali się zawodnicy Wawalions, mieli parę sytuacji, ale bez finalizacji. Skuteczniejsi byli rywale i na 5-2 trafił Damian Patoka. W późniejszej fazie meczu w grze obu drużyn wkradł się mały chaos, Wawalions nie wykorzystali swoich kontr, a East Wind grał nieco niedokładnie i nie potrafił wykorzystać  faktu, że rywal grał z lotnym bramkarzem. Obie drużyny strzeliły jeszcze po jednej bramce i wynik końcowy tego spotkania brzmiał 6-3.

Zarówno Anonymmous  jak i Chemik Bemowo przed spotkaniem miały na swoim koncie zaledwie po jednym punkcie. Stawialiśmy na Anonimowych wierząc, że zmobilizują się na ten mecz, wszakże obie drużyny dobrze się znają, bo rywalizowały często ze sobą w lidze bemowskiej. To co charakteryzuje obie ekipy to duża rotacja składu, co na poziomie Ligi Fanów nie pozwala na wymierne sukcesy. Lepiej w mecz weszli gospodarze i w 9 minucie objęli prowadzenie. W 19 minucie wyrównał Maciek Skurzyński i pierwsza połowa zakończyła się remisem 1:1. Żadna z drużyn nie osiągnęła znaczącej przewagi i widać było, że oba teamy nie chciały przegrać kolejnego meczu, co determinowało koncentrowanie się na defensywie. Po zmianie stron bramka Tomasza Łokietka otworzyła spotkanie. Chemik musiał zaatakować, ale gospodarze skutecznie się bronili. W 39 minucie Mariusz Sochań strzela na 2:2, a po chwili goście już prowadzą za sprawą Piotra Dzisiowa. Ekipa z Bemowa idzie za ciosem i na listę strzelców wpisują się Piotr Urbański oraz Maciek Skurzyński ,a drużyna Macka Miękiny ponownie w tym sezonie grałą jakby bez wiary w końcowy sukces. Tomasz Łokietek  w końcówce zmniejsza rozmiary porażki na 3:5. Anonimowi fatalnie zaczęli sezon i patrząc na poziom drużyn w Ekstraklasie, o utrzymanie będzie z taką grą ciężko. Chemik ma potencjał, ale nam wydaję się że potrzeba tej ekipie stabilizacji, aby Ci sami zawodnicy pojawiali się na meczach co tydzień, a wtedy jest szansa powalczyć być może nawet o podium.

Mistrz Tur Ochota podejmował FC Wilanów, który nareszcie zebrał solidny skład i miał podstawy do tego, by myśleć o zwycięstwie. Pierwsza połowa to rezultat, który zmieniał się dynamicznie. Gdy jedna drużyna strzelała, natychmiast druga odpowiadała i mieliśmy cały czas wynik na styku. Świetnie prezentował się Rafał Polakowski wspierany przez Łukasza Rostowskiego, który bardzo dobrze prezentował się na tle zawodników z Ochoty. Kapitalnie też bronił Jacek Żołnierski wielokrotnie ratując swój zespół przed stratą bramki. Do przerwy mamy wynik 3:4. Po zmianie stron za sprawą Rafała Polakowskiego mamy dwubramkową przewagę Wilanowa. Tur jednak cały czas atakuje i niweluje straty do jednego trafienia. Taka sytuacja utrzymuje się przez całą drugą połowę. Drużyna Konrada Kowalskiego nie jest w stanie osiągnąć jednak  remisu. Zaczynają się nerwy i niepotrzebne uszczypliwości. Sędzia jednak najbardziej aktywnych zawodników szukających zwarcia napomina kartkami. Sama końcówka to bramki Macieja Pawlickiego i Roberta Hankiewicza. Dwubramkowa przewaga na korzyść Wilanowa zostaje dowieziona do końca. Tur przegrywa po raz pierwszy i teraz będzie gonił lidera, a Wilanów pokazuje, że jeżeli się zbierze, to jest mocny. Szkoda że na początku sezonu ta drużyna miała takie problemy organizacyjne, bo przez to straciła kilka cennych punktów, które mogą zaważyć na pozycji tej ekipy na koniec sezonu.

 

 

 

 

dodaj komentarz

 
Wybierz kolejkę:
0 0

1 LIGA

Kolejka 6
Wybierz kolejkę:
2 0

2 LIGA

Kolejka 6
Wybierz kolejkę:
2 0

3 LIGA

Kolejka 6
Wybierz kolejkę:
4 0

4 LIGA

Kolejka 6
Wybierz kolejkę:
4 0

5 LIGA

Kolejka 6
Wybierz kolejkę:
4 0

6 LIGA

Kolejka 6

Statystyki kolejki

     

    Ankieta

    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Aby zagłosować musisz wybrać jedną z odpowiedzi