Wczytuję...

UDOSTĘPNIAJ MATERIAŁY LF!

Ligowicze potrzebujemy waszej pomocy, wsparcia w udostępnianiu materiałów ligowych, bo Liga Fanów to przede wszystkim WY! Jak można nas wesprzeć dowiecie się w załączonym artykule.

FORTUNA Z LIGA FANÓW!

Do grona naszych Partnerów dołączyły Zakłady Bukmacherskie FORTUNA! Jakie profity z tym są związane, co Wy jako uczestnicy, sympatycy zyskacie?

LIGA FANÓW TV - POWIADOMIENIA…

Masz Telefon, Tablet i aktywne konto Google ? Sprawdź jak łatwo skonfigurować powiadomienia dla materiałów Video z kanału Liga Fanów TV.

LIGA FANÓW NA INSTAGRAMIE

Masz Instagram? Obserwuj nas i bądź na bieżąco! Zobacz co tam znajdziesz z życia Ligi Fanów.

UDOSTĘPNIAJ MATERIAŁY LF!
FORTUNA Z LIGA FANÓW!
LIGA FANÓW TV - POWIADOMIENIA NA YOUTUBE
LIGA FANÓW NA INSTAGRAMIE

RAPORT MECZOWY - LATO 2020 - KOLEJKA 4.

15
Lip

Na długo zapamiętamy mecze 4 kolejki Ligi Fanów. Powroty z dalekiej podróży, pościgi, zwroty akcji i strzelaniny - to nie zapowiedź filmu akcji, a krótki rys tego co działo się w niedzielę na Arenie Grenady i Picassa. W dodatku ligowcy zagrali bardzo bezkompromisowo i żadne spotkanie w tej kolejce nie zakończyło się podziałem punktów. Cała liga wyraźnie wrzuciła wyższy bieg, ale my wierzymy, że nie jest to jeszcze maksymalny osiąg naszej maszyny. W końcu dobijamy dopiero do połowy dystansu. Zapraszamy na szczegółową relację z boiska.

RAPORT MECZOWY - LATO 2020 - KOLEJKA 4.


LIGA 1

Po spotkaniu Contry z LTMem spodziewaliśmy się nie lada emocji. Niestety obie ekipy stawiły się w dość okrojonych składach. Szczególnie zawiedli goście, którzy mecz zaczynali bez żadnej zmiany i dopiero kiedy Dawid Pigiel dotarł na boisko, ekipa Irka Webera zaczęła nieco śmielej zapuszczać się na połowę Contry. Brak takich nazwisk jak Dryński, Kuczewski czy Himel nie zwiastował zbyt dobrze i od pierwszych minut gospodarze napierali na bramkę LTM-u. Najpierw Rafał Osiński trafia w słupek, a już po chwili Patryk Kwiatkowski wyprowadza Contrę na prowadzenie. Trzy minuty później Damian Sulej strzela gola wyrównującego, ale od tego momentu drużyna Michała Raciborskiego zaczyna kontrolować spotkanie. W ciągu jednej minuty Adrian Bucki dwa razy umieszcza piłkę w siatce i Contra łapie bezpieczną przewagę. Wynik 3:1 utrzymał się do przerwy, choć mógł się kilkukrotnie zmienić. Nie był to dobry dzień dla Pawła Pająka, który wiele razy próbował, ale Kuba Kaproń świetnie spisywał się między słupkami bramki LTMu. W drugiej połowie Contra spokojnie budowała przewagę i kontrolowała przebieg spotkania już do samego końca. Bramki Michała Raciborskiego i Łukasza Matyśkiewicza sprawiły, że w 39 minucie było już 6:1 i można powiedzieć, że było praktycznie po meczu. Na dodatek po strzeleniu swojej drugiej bramki Dominik Sulej nabawił się bardzo poważnej kontuzji kostki i musiał schodzić z boisko z pomocą kolegów. Ostatecznie Contra łatwo pokonuje LTM 8:3, a Irek Weber musi poważnie popracować nad frekwencją swojej drużyny, jeśli chce się jeszcze włączyć do walki o środek tabeli I ligi.

Spotkanie Chłopców z Bródna z FC Kebavitą miało szalenie istotny wpływ na sytuację w tabeli I ligi. Obie ekipy mają aspiracje do zdobycia tytułu mistrza lata, więc spodziewaliśmy się wyjątkowo emocjonującego widowiska piłkarskiego. Początek spotkania to błyskawiczny cios ze strony Kebavity – pierwsza minuta i Baris Kazkondu wyprowadza swój zespół na prowadzenie. Goście nie spuszczają z tonu i oddają strzał za strzałem, ale bez skutku. Dopiero w 8 minucie Azamat Quitpiddinov podwyższa na 0:2. Gospodarze do tej pory onieśmieleni, biorą się do odrabiania strat i przejmują inicjatywę sunąc z kolejnymi atakami na bramkę Piotra Kalbarczyka. W 15 minucie Damian Sawicki obija słupek, a cztery minuty później w końcu pokonuje bramkarza gości i Chłopcy z Bródna łapią kontakt. W tym momencie przebieg spotkania był bardzo wyrównany, wydarzyć się mogło wszystko, a wydarzyło się to, czego nikt się nie spodziewał. Na 1,5 minuty przed końcem pierwszej połowy kapitanowi Chłopców Sebastianowi Ulewiczowi puściły nerwy i będąc na rezerwie zaczął, delikatnie mówiąc, podważać decyzje sędziego, a ostatecznie za ostatnie słowo rzucone w stronę arbitra obejrzał czerwony kartonik, skazując swoją drużynę na 10 minut gry w osłabieniu. Sytuacja ta kompletnie zabiła zawody, bo Kebavita z zimną krwią wykorzystała przewagę i gdy zawodnik Chłopców mógł w końcu wyrównać składy było już 3:9. Wprawdzie reszta ekipy gospodarzy nie poddała się i szukała bramek do ostatniego gwizdka. Gole Bartosza Januszewskiego oraz Roberta Bajdały nieco zmniejszyły rozmiar porażki, ale dogonić Kebavity zespół z Bródna już nie zdołał i ostateczne uległ 6:10. Jesteśmy szczerze zawiedzeni postawą Sebastiana, który jako kapitan swojej ekipy powinien świecić przykładem, a zamiast tego zachował się bardzo egoistycznie i widmo tej porażki może ciągnąć się za jego drużyną do końca sezonu.

Mecz pomiędzy Annonymous!, a Cykaczami zapamiętamy z dwóch powodów. Przede wszystkim – tego piłkarskiego. Mimo gry w pełnym słońcu, tempo spotkania było naprawdę szybkie, a oba zespoły bardzo solidnie prezentowały się w defensywie. Mnóstwo gry na jeden kontakt, precyzja, mądre rozgrywanie, głownie po ziemi, czyli wszystko to, co cechuje najwyższy poziom rozgrywek. O przełamanie strzeleckiego impasu było niezwykle ciężko, głównie za sprawą dobrze zorganizowanej obrony, ale trzeba docenić postawę obu bramkarzy. Zarówno Maciek Miękina, jak i grający na co dzień w polu Adam Ziółkowski, dawali popis między słupkami. Szczególnie drugi z wymienionych Panów zrobił na nas wrażenie, gdyż jako osoba, która awaryjnie wcieliła się w rolę golkipera, radził sobie doskonale. Jego szczęście skończyło się jednak po kwadransie gry, kiedy to po bardzo ładnej, indywidualnej akcji, silnym strzałem w długi róg Michał Głębocki otworzył wynik spotkania. Drugim aspektem, przez który zapamiętamy ten mecz, to intensywność. Momentami zawodników obu zespołów nieco ponosiły emocje, zarówno słownie, jak i fizycznie, czego efektem była kartka dla gospodarzy. Na ich szczęście, gry w przewadze nie wykorzystali Cykacze, a co więcej, wynik spotkania podwyższył na 2:0 Damian Patoka, który wykorzystał dokładnie podanie od Konrada Kozłowskiego. Końcówka była bardzo nerwowa, jednak "Anonimowym" udało się zachować więcej zimnej krwi i korzystny wynik dowieźli do końca, inkasując zasłużenie komplet punktów.

Trzeba przyznać, że tego dnia 1-ligowi bramkarze imponowali formą. Również w starciu FC Hazard 86 z FC Karmelicką oglądaliśmy bardzo efektowne parady oraz świetnie ustawianie się golkiperów. To właśnie dzięki postawie Franciszka Teodorczyka i Mateusza Godlewskiego w pierwszej części spotkania nie obejrzeliśmy żadnych bramek. Trzeba jednak podkreślić, że okazji nie brakowało, zwłaszcza dla ekipy gości, jednak duża część strzałów, mimo iż celna, nie była zbyt mocna. Kiedy jednak strzał okazywał się groźniejszy, na wysokości zadania stawał bramkarz. Po zmianie stron Hazard włączył wyższy bieg, czego efektem były szybko strzelone dwie bramki. Najpierw po podaniu od swojego bramkarza gola zdobył Bartek Iwanowski, a dosłownie dwie minuty później wynik na 2:0 podwyższył Przemek Alberski, który wykorzystał celne podanie Kamila Bassy. Kamil wykreował także sytuację, po której na 3:0 podwyższył Paweł Jędrzejewski i wydawało się, że jest po zawodach. Za odrabianie strat wzięli się goście, czego efektem było trafienie Karola Trzcińskiego - przy tej bramce asystował golkiper Karmelickiej. Kontaktowy gol autorstwa Alberta Białkowskiego na 3:2 dawał nadzieję, że końcówka spotkania będzie bardzo emocjonująca, jednak zwycięstwo postanowili przypieczętować gospodarze. Najpierw oglądaliśmy trafienie Kamila Ancypa, a na trzy minuty przed końcowym gwizdkiem wynik na 5:2 ustalił Przemek Alberski, dla którego było to drugie trafienie w tym spotkaniu.

Pojedynek zamykający rywalizację w 1 lidze pomiędzy Papadensami, a FC Górką był jednym z ostatnich meczów rozgrywanych na arenie Picassa. Dla obu drużyn był to mecz niezwykle istotny, gdyż nie zdobyły jeszcze punktu i była to świetna okazja, by przełamać swoją niemoc. Mecz zaczął się od szybkiej wymiany ciosów z której zwycięsko wyszli zawodnicy Górki, którzy już w 4 minucie objęli prowadzenie. Rywale nie pozostawali dłużni i niedługo później doprowadzili do wyrównania. Choć okazji do zdobycia bramki zarówno z jednej jak i z drugiej strony nie brakowało, to przez długi czas nikt nie potrafił przełamać strzeleckiego impasu. W pierwszej części pokonać golkipera rywali zdołał tylko Przemysław Dolega i dzięki jego trafieniu Górka schodziła na przerwę przy prowadzeniu 1:2. Po zmianie stron ogólny obraz meczu nie uległ zmianie, nadal oba zespoły prowadziły otwartą grę, co przełożyło się na wiele sytuacji podbramkowych. Znacznie skuteczniejsi w ich wykorzystywaniu byli zawodnicy Dominika Podlewskiego. Najpierw Papadensy wyrównały, a później sukcesywnie powiększali swoją przewagę nad rywalem. Duża była w tym zasługa Norberta Tymińskiego, który trzy razy w tym meczu pokonał bramkarza rywali tym samym kompletując hattricka. Przy stanie 5:2 dla Papadensów próbę odwrócenia przebiegu meczu podjął Piotr Wardzyński, ale jego bramka na 5:3 jedynie ustaliła wynik spotkania. Wiemy już, że Górka pozostaje jedyną drużyną w 1 lidze bez choćby punktu, natomiast Papadensy, jeśli wygrają zaległy mecz, mogą się jeszcze włączyć do walki o górną część tabeli.

LIGA 2

W meczu otwierającym zmagania w 2 lidze spotkały się ekipy Niezłomnych i Narodowego Śródmieścia. Drużyna prowadzona przez Marka Szklennika świetnie radzi sobie w tym sezonie i upatrujemy ją jako kandydata do walki o najwyższy stopień podium, ale najpierw trzeba było pokonać niewygodnego przeciwnika jakim jest niewątpliwie ekipa z Ukrainy. Wprawdzie w leniej lidze nie zobaczymy Tarasa Kobliuka , ale i bez niego Ukraińcy tworzą team, do którego trzeba podchodzić bez lekceważenia. Dało się to odczuć po grze Narodowego, które na początku spotkania nie rzuciło się na bramkę przeciwnika. Zamiast tego goście skupiali się na szukaniu wyrwy w obronie Niezłomnych konstruując ataki skrzydłami i oddając strzały z dystansu. Goście, przyciśnięci na własnej połowie, dość rzadko odwiedzali bramkę Marka Reszczyńskiego. Przełamanie wyniku nastąpiło dopiero w 13 minucie, kiedy Damian Talarek ustrzelił pierwszego gola dla Narodowego. Uskrzydliło to gości, którzy coraz mocniej napierali na bramkę Vitaliya Yashchuka i w 22 minucie Damian Talarek ponownie pokonał bramkarza Niezłomnych. Wynik do przerwy 0:2 zapowiadał emocje w drugiej części spotkania. W 29 minucie żółtym kartonikiem zostaje ukarany zawodnik gospodarzy, a Adam Biegaj podwyższa na 0:3. Po kilku minutach Niezłomni w końcu punktują, a przepięknego gola strzela Dmytro Mischenko, który zdecydował się na strzał z niemalże połowy boiska. Piłka trącona przez obrońcę minęła zaskoczonego bramkarza Narodowego. Sądziliśmy, że gospodarze pójdą za ciosem, ale piłkarze Marka Szklennika szybko wybili im ten pomysł z głowy i golami Arkadiusza Kiblera, Oskara Kalickiego i Łukasza Wiśniewskiego zbudowali sobie solidną przewagę, które nie oddali do końca. Ostateczny wynik brzmi 3:7 i Narodowe Śródmieście zdobywa niezwykle cenne trzy punkty.

Pamiętając zeszłotygodniową porażkę z Drunk Teamem, Lujwaffe Tarchomin stawiło się na mecz ze Złączonymi w jednym celu – wygrać. Szeroka ławka rezerwowych była na pewno ważnym punktem tej idei, bo gościom niestety znów nie udało się zebrać solidnego składu i choć ekipa Michała Olejnika miała tym razem dwie zmiany, to niestety okazało się to niewystarczające. Lujwaffe od pierwszych minut mocno napierało na bramkę gości i nadało spotkaniu tempo, które ostatecznie okazało się dla Złączonych zabójcze. Pierwsza połowa nie zwiastowała takiego obrotu spraw, ponieważ przewaga Lujwaffe nie była aż tak widoczna i dopiero w 12 minucie Piotr Dobrzeniecki pokonał Pawła Jadczaka i wyprowadził gospodarzy na prowadzenie. Złączeni dość szybko pozbierali się po tym ciosie i Tomasz Kowalczyk w 16 minucie wyrównał. Wynik remisowy utrzymał się do gwizdka kończącego pierwszą połowę. W drugiej Lujwaffe szybko złapało przewagę. Najpierw drugi gol Piotra Dobrzenieckiego, a potem dwie błyskawiczne bramki Mikołaja Wysockiego sprawiło że stało się jasne, iż to Lujwaffe będzie rozdawało karty w tym spotkaniu. Na domiar złego w 34 minucie bramkarz Złączonych odnowił kontuzję kolana i niestety musiał opuścić boisko. Piłkarze Michała Olejnika szybko opadali z sił i choć udało im się ustrzelić jeszcze dwie bramki autorstwa Tomasza Kowalczyka i Kuby Marchwińskiego, to nie byli w stanie dogonić rozpędzonych Lujów, którzy z kolei dołożyli jeszcze cztery trafienia i ostatecznie wygrali 8:3.

W starciu Warszawskiej Ferajny z Kanonierami liczyliśmy na mecz pełen walki i nie zawiedliśmy się, choć gospodarze ewidentnie dali lekcję futbolu ekipie Artura Baradzieja-Szczęśniaka. Jedyne czego nie można odmówić gościom to ambicji i zaangażowania, ale piłkarsko team Kacpra Domańskiego był tego dnia o co najmniej klasę lepszy. Już od samego początku widać było większą kulturę gry po stronie Ferajny i kwestią czasu było otwarcie przez nich wyniku w tym spotkaniu. Zarówno w ofensywie jak i defensywie gra wyglądała perfekcyjnie i praktycznie każda stykowa piłka była na korzyść gospodarzy. Bramkarz Marcin Gawryszewski zagrał znakomite zawody i gdy Kanonierzy zdołali już sobie wypracować dogodną pozycję, to golkiper Warszawskiej Ferajny bronił w nieprawdopodobnych sytuacjach i w całym spotkaniu tylko raz dał się pokonać. Wynik do przerwy brzmiał 3:1. Druga połowa była jeszcze bardziej intensywna w wykonaniu gospodarzy, którzy ani na chwilę nie tracili koncentracji i sukcesywnie powiększali swoją przewagę. Doszło nawet do sytuacji, gdzie rezerwowi Kanonierów widząc, że tego dnia przeciwnik jest zdecydowanie poza zasięgiem, nie garnęli się na boisko. Szybkością i techniką brylował Patryk Gregorczuk, który sprawiał olbrzymie problemy obrońcom rywali. Mecz kończy się wynikiem 8:1 i to tak naprawdę najniższy wymiar kary. Warszawska Ferajna pokazuje, że potrafi grać na najwyższym poziomie i oczekujemy, że w kolejnych meczach z mocniejszymi rywalami zagrają na podobnym poziomie. Kanonierzy muszą wyciągnąć wnioski z ostatnich porażek, bo zapewne nie tak wyobrażali sobie start w Lidze Fanów.

Wygrana lub przegrana w meczu Wiernego Służewca z Truskawką na Torcie mogła przesądzić, o co te zespoły będą walczyły w dalszej części sezonu. Stawka była wysoka, więc i determinacja po obu stronach była na najwyższym poziomie. Po okresie wyrównanej gry, wynik spotkania otworzył Michał Komorowski mocnym, zaskakującym strzałem z dystansu. W pierwszej części zobaczyliśmy jeszcze tylko jednego gola, kiedy to Paweł Nguyen podwyższył na 2-0 dla Wiernego po podaniu Huberta Wolaka. Gospodarze zasłużenie prowadzili w meczu, widać że po falstarcie w lidze, gra wygląda już znacznie lepiej. Zespół ze Służewca cierpliwie rozgrywali piłkę od tyłu, nie pchał się bez pomysłu z akcjami ofensywnymi. Zawodnicy potrafili wymienić ze sobą kilkanaście podań, szukając luki w defensywie Truskawki. W drugiej części Wierny mógł znacznie wcześniej zamknąć mecz. Tuż po rozpoczęciu Maciek Kuciński popisał się dwoma interwencjami na refleks, w tym jedna obrona była jakby żywcem wyciągnięta z piłki ręcznej. Choć gospodarze wciąż mieli lekką przewagę, nie potrafili jej przekuć na kolejne bramki. Utrzymujące się długo dwubramowe prowadzenie wcale nie było takie bezpieczne jakby się mogło wydawać, a jedna bramka Truskawki mogłaby nadać temu spotkaniu dramaturgii. I tak się właśnie stało. Gol Karola Gorczycy na 2-1 dał nadzieję gościom na choćby remis. Zintensyfikowały się również ataki zespołu Tomka Cymermana, a Wierny sam był sobie winien, że nie zamknął wcześniej tego spotkania i do końcowego gwizdka musiała drżeć o wynik. Skarcić rywali mógł Ashot Galstyan, ale w ostatnich minutach meczu w dogodnej sytuacji przeniósł piłkę nad bramką. Ostatecznie Wierni wygrywają 2-1.

W jedynym meczu 2 ligi rozgrywanym na arenie Picassa, Mixamator podejmował Drunk Team. Gospodarze, z kompletem punktów na koncie, powinni być faworytami tego spotkania, ale dotychczasowe bezpośrednie starcia wychodziły minimalnie na korzyść Drunkersów. I to właśnie goście pewniej ruszyli do ataku i jako pierwsi mieli doskonałą okazję do objęcia prowadzenia, ale po strzale piłka obiła tylko słupek Miksów. W końcu wynik otworzyli gospodarze. Wywalczyli rzut wolny, do którego podszedł Kamil Gadomski, jednak zamiast bezpośrednio strzelać, wypatrzył niepilnowanego Yurii'ego Suliatytskyi, który precyzyjnym strzałem skierował piłkę do bramki, dając tym samym prowadzenie swojej drużynie. W pierwszej części więcej goli nie zobaczyliśmy i na przerwę drużyna Mixamatora schodziła z jednobramkową zaliczką. Po wznowieniu gry częściej do głosu dochodzili gospodarze. Na 2:0 podanie od Daniela Szmita na gola zamienił Kamil Gadomski. Kilka minut później Mateusz Pracz przechwycił piłkę od rywali i po raz kolejny bramkarz gości musiał kapitulować. Następnie po składnej akcji Kamil Gadomski zagrał piłkę do Kamila Kamińskiego, który podwyższył na 4:0 dla Mixamatora. Od tego momentu mecz był praktycznie rozstrzygnięty. Dzięki chwili braku koncentracji u gospodarzy Łukasz Walo zdobył honorową bramkę dla swojej drużyny. Ostatecznie mecz zakończył się zwycięstwem Mixamatora 4:1, który przedłużył tym samym swoją serię zwycięstw.

LIGA 3

Duże znaczenie dla środkowej części tabeli III ligi miała batalia Junaka z FC Nova Group. Obie ekipy znane są z ambitnego podejścia do swoich meczy i było jasne, że nikt tu nogi zabierał nie będzie. Początek spotkania to błyskawiczny cios ze strony Nova Group i bramka Piotra Goryszewskiego już w 4 minucie. Junak obawiając się kontry, często rozgrywał piłkę przez bramkarza i zamiast dynamicznie atakować, wolał spokojnie wycofywać piłkę do tyłu i szukać strzału z dystansu. Jeden z takich strzałów został pięknie obroniony przez Rafała Michalaka i zabrakło jedynie kogoś do dobicia, by doszło do wyrównania. Ekipa Piotra Radelczyka nie kwapiła się do opuszczenia niskiej obrony i zawodnicy Junaka nie mogąc przebić się przez dobrze ustawiony blok defensywny gości, stosowali swoją taktykę praktycznie przez całą pierwszą połowę spotkania. Natomiast ciągu dwóch minut Nova Group dwa razy miała okazję do podwyższenia wyniku, ale pierwszy strzał z wolnego okazał się niecelny, a drugi fantastyczną paradą obronił Andrzej Groszkowski. Wynik 0:1 utrzymał się do gwizdka kończącego premierowe 25 minut. W drugiej połowie niewiele zmieniło się w obrazie gry. Junak próbował ataku pozycyjnego, a Novi grali z kontry. W 35 minucie na 0:2 podwyższył Kamil Filipek i gospodarze zmienili taktykę na bardziej dzdecydowane ataki. W efekcie 39 minuta rozpoczęła się od faulu w polu karnym Novy, ale Paweł Groszkowski nie zdołał pokonać Rafała Michalaka. Trzy minuty później żółty kartonik ogląda Jacek Rakowski i sytuacja Junaka zdaje się pogarszać z minuty na minutę. Paradoksalnie grając w osłabieniu gospodarze dwukrotnie wyprowadzili świetne kontry i tylko genialna postawa bramkarza Nova Group uchroniła jego zespół od straty bramki. W 49 minucie wynik spotkania ustalił Daniel Makus. Choć Junak po bardzo dobrym spotkaniu przegrywa z Nova Group 0:3, chłopakom nie można było odmówić walki do samego końca.

Spotkanie Un Mate Team z FC Rivers zaczęło się od mocnego uderzenia Argentyńczyków, a konkretnie od mocnego strzału w ostrego kąta Jony Kraajenbrinka przy którym bramkarz nie miał żadnych szans. Później mieliśmy parę akcji z jednej i drugiej strony, ale na wysokości zadania stanęli obaj golkiperzy. W dalszej fazie meczu obie ekipy nastawiły się na atak pozycyjny jednak, zwłaszcza Riversom, brakowało odpowiedniego tempa. Gracze z Mokotowa zbyt długo holowali piłkę, przez co akcje były zbyt wolne, a w ten sposób nie można było zaskoczyć szczelnie broniącej drużyny Un Mate. W konstruowaniu ataków lepiej radzili sobie Argentyńczycy, co przyniosło spodziewany efekt w postaci drugiej bramki. Riversi przy stanie 2-0 nieco przyśpieszyli, ale wciąż zbyt długie przetrzymywanie piłki znacznie spowalniało akcje ofensywne gości oraz narażało na straty i kontrataki Un Mate. Wynik do przerwy nie uległ zmianie. W drugiej części nieco lepiej wyglądał FC Rivers, na pewno pomogła też obecność na boisku spóźnionego Leszka Parzniewskiego. To właśnie on sprawiał najwięcej problemów obrońcom rywala. Bramka na 2-1 padła właśnie po jego zastawianiu się w polu karym i odegraniu na strzał Jackowi Grześkowiakowi. Wydawało się że jest to metoda której Riversi powinni się trzymać. Gdy goście zaczęli osiągać przewagę po jednym z ich ataków odbita piłka wróciła na ich połowę, tę zgarnął niepilnowany Kraajenbrink i wykorzystał sam na sam trafiając na 3-1. Nadzieję swojej drużynie na korzystny wynik dał jeszcze Łukasz Komar, ale na odrobienie strat zabrakło już czasu. Argentyńczycy, po pełnej emocji końcówce, zasłużenie wygrywają spotkanie 3-2.

Przenosimy się już na arenę Picassa, gdzie Deportivo La Chickeno podejmowało Jogę Bonito, której w tym sezonie nie udało się jeszcze zdobyć żadnego punktu. Obie drużyny od początku narzuciły sobie dosyć szybkie tempo gry. Pierwszą groźną sytuację mieli goście, ale obrońca gospodarzy w porę interweniował. Następnie golkiper Jogi Bonito daleko wyszedł z bramki, co zauważył jeden z graczy Deportivo. Chciał zaskoczyć bramkarza i prawie mu się udało, ale piłka tylko obiła poprzeczkę. Po tej akcji Joga próbowała swoich sił w kontrataku, ale solidną interwencją wykazał się bramkarz gospodarzy Łukasz Gumula. Pomimo dużej różnicy w tabeli gra obu drużyn mogła się podobać. Większość z podań była grana po ziemi oraz często zmieniano stronę, przenosząc ciężar gry. Prowadzenie Deportivo dał niespodziewanie zawodnik Jogi Kuba Zduńczyk, który zaskoczył własnego bramkarza wycofaniem piłki w światło bramki. Przy bramce na 2:0 nie popisał się tym razem golkiper gości. Wybił on źle piłkę, a sytuację wykorzystał Dominik Warmiak oddając precyzyjny strzał po ziemi. Pomimo dwubramkowej straty do rywala Joga nie zmieniała taktyki. Bramkę kontaktową strzelił Mateusz Bubrzyk, który wykorzystał podanie od Łukasza Stysia. Tuż przed przerwą do wyrównania doprowadził Mateusz Hnatio po podaniu od Patryka Wąsowskiego. Druga połowa pod względem skuteczności należała już tylko do Deportivo. Po bramce Warmiaka gospodarze ponownie wyszli na prowadzenie. Następnie na 4:2 podanie Sebastiana Koska na bramkę zamienił Ernest Woźniak. Joga Bonito zdecydowała się w tym momencie na zmianę bramkarza. Nie zdało to zbyt dobrze egzaminu, bo do siatki jeszcze trafił dwukrotnie Sebastian Kosek i raz Łukasz Gumula. Spotkanie zakończyło się zasłużonym wynikiem 7:2 dla Deportivo.

W ostatnim meczu 3 ligi Bękarty Warszawy podejmowały Zakon Bonifratrów. Gospodarze z kompletem punktów byli zdecydowanymi faworytami tego spotkania. Już w 8 minucie bramkę na 1:0 strzelił Konrad Dzięcioł, który mocnym strzałem przełamał ręce bramkarza gości. Następnie w 11 minucie Kirill Tsvirko wypatrzył Konrada Dzięcioła, który minął bramkarza i ponownie trafił do siatki. Kolejne minuty to kolejne próby zawodnika Bękartów, ale tym razem bramkarz gości sparował piłkę na poprzeczkę. W 15 minucie na listę strzelców wpisał się za to Adam Józefowski. Na przerwę gospodarze schodzili z bezpiecznym prowadzeniem. Po wznowieniu gry znowu można było dostrzec przewagę Bękartów nad Zakonem. W 28 minucie Dzięcioł zanotował hattricka, a w 33 minucie było już 6:0 dla Bękartów. Z każdą minutą pewność siebie gospodarzy rosła, a goście powoli godzili się z kolejną porażką. Nie do zatrzymania był duet Dzięcioł – Józefowski, gdzie głównie ten pierwszy był zmorą dla defensorów Zakonu . W 40 minucie spotkania bramkarz gospodarzy Michał Staniszewski źle stanął i nie był w stanie dalej kontynuować spotkania. Między słupkami zastąpił go Szymon Giza. Być może dzięki temu bramkę honorową dla Zakonu strzelił Marcin Stachacz w 44 minucie gry. Choć był to gol na otarcie łez, to Bękarty nie zamierzały tego tak zostawić. Trafili jeszcze dwukrotnie, a wynik końcowy to 10-1 dla gospodarzy. To była deklasacja Bonifratrów, którzy przecież już swoją renomę w Lidze Fanów mają.

 LIGA 4

Dosłownie parę sekund minęło od gwizdka rozpoczynającego mecz pomiędzy Munją a Playboys Warszawa i już bramkarz gości musiał wyciągać piłkę z siatki. Andrzej Mojsuk tuż po rozpoczęciu gry z połowy boiska posłał piłkę obok słupka, a golkiper Playboys nawet się nie ruszył. Po 10 minutach już mieliśmy 3-0, po dwóch bramkach Michała Sztajerwalda. Zawodnicy gości w niczym nie przypominali zespołu z poprzednich kolejek, pierwszą połowę właściwie przeszli obok meczu, co bezlitośnie wykorzystywała Munja. Na tle rywala, zespół Maćka Affeka wyglądał bardzo dobrze. Gdy trzeba było, grali spokojny atak pozycyjny z wykorzystaniem bramkarza, gdy nadarzała się okazja do kontrataku to kontrowali. W obronie byli niezwykle skuteczni, dzięki czemu do przerwy prowadzili aż 5-0. Hat-tricka już w pierwszych 25 minutach ustrzelił Michał Sztajerwald, po precyzyjnym trafieniu z rzutu wolnego. Po zmianie stron Munja podwyższa jeszcze na 6-0, po czym chwilę nieuwagi wykorzystali coraz lepiej grający Playboysi strzelając w krótkim odstępie czasu dwie bramki. Nie byliśmy jednak świadkami cudownego comebacku tej młodej drużyny. Mecz po prostu w drugiej części się wyrównał, goście częściej zmuszali do wysiłku bramkarza Munji niż w premierowych 25 minutach. W dalszej fazie meczu raz jedna raz druga ekipa trafiały do bramki rywala, a ostatecznie wynik brzmi 8-4. Munja zaprezentowała się na tle przeciwnika bardzo dobrze, Playboys natomiast, gdyby zagrał cały mecz podobnie jak w drugą część, może mógłby pomyśleć o jakimś punkcie. Niestety słaba pierwsza połowa ustawiła całe spotkanie.

W kolejnym spotkaniu 4 ligi Virtualne Ń podejmowało Miksturę. Ekipa braci Jochemskich idzie jak burza w tym sezonie i demoluje wszystkich na swojej drodze. Przed tym spotkaniem bilans bramkowy gości wynosił 25:7 i Marek Giełczewski miał nie lada orzech do zgryzienia, jaką taktykę przyjąć na świetnie dysponowaną drużynę gości.W początkowej fazie spotkania snajperzy obu drużyn sprawdzali bramkarzy przeciwników. Tradycyjnie wynik otworzył Damian Patoka, który w 8 minucie pewnym strzałem pokonał Piotra Arendta. Chwilę później Szymon Kolasa wyprowadził szybką kontrę, zdecydował się na strzał z daleka ale jedynie obił słupek. W 14 minucie drugą bramkę dla Mikstury zdobył Rafał Molski, ale dość szybko Virtualni odpowiedzieli trafieniem Szymona Kolasy. Niestety dla ekipy gospodarzy była to ostatnia bramka, jaką udało się zdobyć tego dnia. Od tego momentu Mikstura kontrolowała przebieg całego meczu . Chłopaki oparli swoją grę na wyprowadzaniu ataków pozycyjnych i wymianie dużej ilości podań i mądrej grze w obronie. W 22 minucie po faulu w polu karnym Damian Patoka pokonuje bramkarza Virtualnych i pierwsza połowa kończy się wynikiem 1:3. W drugiej goście kontynuowali swój plan taktyczny i dołożyli trzy trafienia autorstwa Patryka Stefaniaka, Patryka Zycha i Piotra Stefaniaka. Virtualnym możemy oddać, że walczyli do końca, ale ostatecznie nie zdążyli zagrozić Miksturze, która tym zwycięstwem umocniła swoją pozycję na górze tabeli 4 ligi.

Początek spotkania Przypadkowych Grajków z Diabła Trzeci Róg był, jak się okazało, kluczowy w kontekście całego meczu. Szybki gol Filipa Rosteckiego już w 5 minucie ustalił taktykę Diabłów na dalszą część spotkania.Ci nie mając żadnych zmian cofnęli się na swoją połowę, czekając na kontry. Gospodarze starali się atakować , ale w tym dniu gra nie kleiła się tak, jak w poprzednich spotkaniach. Kontry ekipy Maćka Biernackiego też nie były za skuteczne i tak właściwie jedynym poważnym zagrożeniem dla bramki Mateusza Tuzina był rzut wolny Piotra Kruszyńskiego w końcówce pierwszej części. Do przerwy mamy wynik 0:1. Po zmianie stron na boisku działo się nieco więcej. Przypadkowe Grajki za wszelką cenę starały się doprowadzić do wyrównania, ale brakowało wykończenia akcji. Diabły koncentrowały się na defensywie i cierpliwie czekały na swoje okazje. W końcu Piotr Kruszyński podwyższa na 2:0 i wydaje się że jest po meczu. Gospodarze jednak po dobrze rozegranym rzucie wolnym i golu Macieja Krupińskiego łapią kontakt i w ostatnich minutach meczu brakuje niewiele by zremisować. Grajki już niemal wchodzą z piłką do bramki, ale wciąż brakowało postawienia kropki nad i. Na połowie Diabłów trwała „obrona Częstochowy" ale szczęście pozostaje przy gościach i to oni wygrywają spotkanie zdobywając cenne trzy punkty. Ekipa Czarka Klimkowskiego musi poprawić skuteczność, bo to kolejny już mecz w którym stwarza 100 % sytuacje , ale nie potrafi ich wykorzystać. Być może tygodniowa przerwa da czas na poprawienie kilku mankamentów w grze i po przerwie chłopaki wrócą z wyostrzonymi celownikami

BRD Young Warriors nie miało łatwego początku sezonu. Jeden remis i dwie porażki uplasował ekipę Adrianka Kłoskowskiego w dole tabeli, a kolejny przeciwnik czyli Furduncio Brasil do najłatwiejszych zdecydowanie nie należał. Już w pierwszej minucie spotkania nieuwagę obrońców BRD wykorzystał Bruno Martins i Furduncio objęło prowadzenie. 5 minut później Bruno podwyższył na 0:2 i można było odnieść wrażenie, że Brazylijczycy kompletnie zdominują to spotkanie. O dziwo, zimny prysznic w postaci tak szybko straconych bramek podziałał na gospodarzy mobilizująco. W dalszej części spotkania Young Warriors atakowało coraz śmielej, a Adrian Kłoskowski świetnie blokował strzały Canarinhos. W 12 minucie BRD było bliskie zdobycia gola, ale strzał z wolnego minimalnie minął słupek bramki Adam Czerwińskiego. Pomimo heroicznej walki z obu stron wynik nie zmienił się do przerwy i obie drużyny zeszły odpocząć z wynikiem 0:2. Druga połowa toczyła się pod dyktando ekipy Brazylijskiej, która podwyższyła wynik w 28 minucie. Strzelcem bramki był Ismiley Maia. Young Warriors próbowali ile sił w nogach, ale nie byli w stanie przebić się przez świetnie poukładany blok obronny Furduncio. Najbliżej złapania kontaktu byli w 44 minucie, kiedy po faulu przed polem karnym żółty kartonik obejrzał Raphael Xavier. Strzał z wolnego trafił w mur, a Brazylijczycy zamurowali swoją bramkę. Ostatecznym ciosem dla BRD była czerwona kartka dla Adriana Kłoskowskiego, który w sytuacji 1 na 1 wybiegł przed pole karne i sfaulował gracza gości. Wprawdzie Furduncio nie wykorzystało przewagi , ale ostatecznie wygrało 0:3 i zainkasowało komplet punktów.

W ostatnim meczu 4 ligi Saska Kępa, która delikatnie mówiąc, nie zaliczyła najlepszego startu w lidze letniej, podejmowała FC Po Nalewce, któremu w tym sezonie nie udało się jeszcze zgromadzić żadnego punktu. Mecz nie miał swojego zdecydowanego faworyta, gdyż obie drużyny po 3 kolejkach zajmowały dolne lokaty w tabeli. Po pierwszym gwizdku można było dojrzeć przewagę gospodarzy, która rosła z każdą kolejną minutą, co nie znaczy, że goście nie mieli swoich okazji. Przez dłuższy czas nie obejrzeliśmy żadnej bramki i dopiero w 15 minucie spotkania Karol Mroczkowski dograł futbolówkę do Sebastiana Sitka, a on pewnym strzałem pokonał bramkarza rywali i dał drużynie upragnione prowadzenie. Dwie minuty później na 2:0 do siatki rywala trafił Sebastian Borkowski po podaniu od autora pierwszego trafienia. Taki wynik utrzymał się do przerwy. Po wznowieniu gry w 29 minucie na 3:0 podwyższył Paweł Szymańczuk. 30 minuta spotkania przyniosła w końcu trafienie dla drużyny gości. Po zagraniu od Andrzeja Garmana fenomenalnym strzałem popisał się Marcin Wiktoruk. Niestety, jak się później okazało, była to tylko bramka honorowa dla FC Po Nalewce. Goście dobrze nie nacieszyli się ze swojej bramki, a już minutę później na 4:1 do siatki trafił Sebastian Sitek po podaniu od Pawła Szymańczuka. Saska Kępa pewnie utrzymywała się przy piłce, a goście chyba powoli godzili się z kolejną porażką. Wynik spotkania na 5:1 w 47 minucie ustalił Karol Mroczkowski dobijając odbitą piłkę po jego pierwszym, mocnym uderzeniu. Saska Kępa w końcu zagrała tak, jak od niej oczekiwaliśmy od początku sezonu i jeśli utrzyma podobną dyspozycję po przerwie, to liga letnia nie musi jeszcze być stracona.

LIGA 5

Patrząc na tabelę, przed meczem Dental Doctor z Awanturą Warszawa zdecydowanym faworytem mógł się wydawać zespół gości. Początek meczu jakby tylko potwierdzał to przekonanie. Pierwsza bramka to błąd bramkarza Dentystów, który podał piłkę do rywala, a że Mateusz Rozkres nie zwykł marnować takich prezentów, pewnie umieścił piłkę w siatce. Parę minut później podwyższył Grzesiek Himkowski i wydawało się, że Awantura zmierza po kolejne 3 pkt. Tymczasem gospodarze, po pierwszych minutach w których walnie przyczynili się do straconych bramek, ustabilizowali swoją grę, która zaczęła wyglądać coraz lepiej. Przełożyło się to na gole w dobrą stronę. Najpierw Łukasz Olejniczak strzela na 1-2, a potem Cezary Piekarczyk doprowadza do wyrównania. Awantura z czasem stanęła, oprócz pojedynczych zrywów Rozkresa czy Himkowskiego nie za wiele pokazała w dalszej części pierwszej połowy. Za to gospodarze jeszcze przed przerwą wyszli na prowadzenie po golu Marka Saneckiego. Po zmianie stron Awantura ruszyła do ataku, parę razy dobrze bronił Adrian Kłoskowski, ale nie za wiele miał do powiedzenia przy dwóch bramkach Sebastiana Dominiaka, który w końcu się odnalazł w tym spotkaniu, bo wcześniej nie przypominał zawodnika z poprzednich kolejek. Wynik zmieniał się jak w kalejdoskopie. Przy stanie 3-4 znów dwukrotnie do siatki trafiają gospodarze i mamy 5-4. Na parę minut przed końcem ponowny błąd w obronie rywala wykorzystuje Grzesiek Himkowski. Dostał on podanie od obrońcy rywala i pokonał golkipera Dentystów. Gdy wydawało się, że zespoły podzielą się punktami, Łukasz Olejniczak trafia na 6-5 dając swojemu zespołowi ważne zwycięstwo. Awantura zagrała poniżej poziomu do jakiego nas przyzwyczaiła, ale też trzeba odnotować dobrą dyspozycję Dental Doctors.

Zdecydowanym faworytem w spotkaniu Iglicy Warszawy z Vistulą Varsovia byli gospodarze. I już od pierwszej minuty starali się narzucić własny styl gry. Agresywny odbiór piłki i szybki pressing zakładany już na połowie rywali dał szybki efekt w postaci bramek. Po niespełna 10 minutach gry było już 2:0 i na tym ekipa Radka Sówki nie zaprzestała. Vistula próbowała kontratakować, jednak brakowało jej akcjom wykończenia. Gospodarze jeszcze przed przerwą strzelili trzeciego gola, a w zasadzie powinni zaliczyć jeszcze więcej trafień, tyle że Kuba Rebryk kilkukrotnie świetnie bronił. Do przerwy mamy wynik 3:0. Po zmianie stron Iglica jeszcze mocniej przycisnęła, czego efektem były kolejne gole. Wyróżniającymi zawodnikami byli szczególnie aktywni Mateusz Pietrusiński i Maciej Dąbrowski. Ten duet w ataku był niezwykle skuteczny.Ich indywidualne akcje często kończyły się bramkami i było to kolejne spotkanie, w którym pokazują swoje nieprzeciętne możliwości. Goście wreszcie po jednej z akcji strzelili gola honorowego. Później mieli jeszcze kilka okazji, głównie po strzałach z dystansu, ale nic więcej do sieci Iglicy nie wpadło. Po dość jednostronnym meczu gospodarze pewnie pokonują Vistulę 8:1 i umacniają się w czubie tabeli. Goście czekają na pierwsze punkty i być może tygodniowa przerwa w rozgrywkach pozwoli na wyciągnięcie odpowiednich wniosków z dotychczasowych spotkań.

W kolejnym meczu Ekipa Remontowa podejmowała FC Vikersonn na Arenie Picassa. Drużyna gości podchodząc do tego meczu miała wielki apetyt na pierwsze punkty w tym sezonie. Jednak od początku meczu można było zauważyć przewagę Ekipy Remontowej, która prezentowała dojrzały futbol. Wynik spotkania otworzył Norbert Bilski po podaniu Patryka Barchwica wyprowadzając swoją drużyną na prowadzenie. Bramka na 2:0 padła po rzucie wolnym. Do piłki podszedł Ernest Szewczykowski, który nie zdecydował się na bezpośrednie uderzenie. Zamiast tego podał on do dobrze ustawionego Norberta Bilskiego, który strzałem po ziemi pokonał bramkarza gości. Więcej goli w tej części nie zobaczyliśmy i gospodarze na przerwę schodzili z dwubramkową przewagą. Po wznowieniu gry do siatki trafił nowy nabytek Ekipy Remontowej Tomasz Otłog oddając mocny strzał pod poprzeczkę. Po kilku minutach gry ponownie pokonał bramkarza gości i na tablicy wyników było już 4:0. Pomimo niekorzystnego wysokiego wyniku gościom nie można odmówić woli walki i determinacji. W końcu i oni doczekali się swojego trafienia kiedy do Oleksandr Andriichuk po raz pierwszy zmusił bramkarza Ekipy do kapitulacji. W kolejnych minutach FC Vikersonn wywalczył rzut wolny, który na bramkę zamienił debiutujący zawodnik Yuhai Volodymyr. Wynik 4:2 nie był już tak bezpieczny i gospodarze widząc coraz pewniej grających rywali postanowili jak najszybciej pozbawić ich nadziei na choćby remis. Bramkę na 5:2 strzelił Kacper Pękała, ale trafienie Yevheniego Kyrii dało sygnał że drużyna Vikersonna nie wywiesiła jeszcze białej flagi. Niestety dla zespołu z Ukrainy ostatnie dwa trafienia to pokaz gry dwóch zawodników gospodarzy: Ernesta Szewczykowskiego i Kacpra Pękały. W końcówce spotkania Ekipa Remontowa wywalczyła rzut karny, ale Illia Lohosha go przestrzelił. Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 7:3. Dzięki tym 3 punktom Ekipa Remontowa wciąż ma szanse na medale.

W najciekawszym meczu w 5 lidze spotkały się drużyny FC Tartak i OldBoys Derby. Było to swego rodzaju spotkanie z podtekstem, bowiem obie drużyny rywalizowały ze sobą o mistrzostwo w przedwcześnie zakończonym sezonie. Dla Drwali była to idealna okazja do rewanżu i pokazania, że to im należał się tytuł. Lepiej z spotkanie weszli gospodarze, co przełożyło się na bramkę Rafała Smolika w 6 minucie meczu. Radość na ławce Tartaka nie trwała długo, bowiem już minutę później znów mieliśmy remis. Podopiecznych Lucu Kończala stracona bramka tylko zmobilizowała do jeszcze intensywniejszych ataków i już 2 minuty później gospodarze prowadzili 3:1 po dwóch golach Łukasza Łukasiewicza. Poddawanie się w trudnych sytuacjach nie należy do natury Oldboysów, którzy zakasali rękawy i zabrali się do odrabiania strat. Sygnał do tego dał w 12 minucie Marcin Wiktoruk, a następnie po bramce Michała Węża znów stan posiadania obu ekip się wyrównał. W tym momencie do akcji wkroczył Jacek Pryjomski, który w 4 minuty aż trzykrotnie pokonał bramkarza Drwali. Zawodnik Oldboysów wykazał się nienaganną techniką i skutecznym wykończeniem, dzięki któremu wyprowadził swój zespół od stanu 3:3 na 3:6. Myśleliśmy że na pierwsze 25 minut wystarczy już emocji, ale Karol Grudniewski jeszcze w pierwszej połowie strzelił bramkę na 4:6 pokazując, że Tartak w drugiej części nie będzie miał zamiaru odpuścić. Po zmianie stron to zespół z Zielonej Białołęki podwyższył prowadzenie, ale po odpowiedzi Karola Grudniewskiego Drwalom znów brakowało 2 bramek do remisu. Na około 10 minut obie ekipy zaprzestały strzelania, dobrze broniąc dostępu do własnej bramki. Na 6 minut przed końcem meczu ponownie dał o sobie znać Jacek Pryjomski strzelając gola na 5:8. W końcówce rywalizacji ciężar gry Tartaka na swoje barki wziął Karol Grudniewski dwukrotnie pokonując bramkarza OldBoys Derby, ale na choćby remis zabrakło już czasu. Obie ekipy zafundowały nam świetny, emocjonujący mecz i takie spotkania chcielibyśmy oglądać co tydzień na naszych boiskach.

Niezwykłe emocje mieliśmy w spotkaniu Landtechu z Albatrosami. Gospodarze już na początku spotkania strzelili bramkę pokazując, że są nastawieni na kolejne zwycięstwo. Jednak szybko pada wyrównanie i od tego momentu Landtech praktycznie przestał istnieć na boisku. Goście wręcz przeciwnie, poszli za ciosem strzelając kolejne bramki. Szczególnie wyróżniał się Cezary Małecki, który wchodził w obronę rywali niczym w masło. Niespodziewanie, patrząc na pierwsze minuty meczu, mamy wynik 1:4. Jedynym zawodnikiem, który trzymał poziom u gospodarzy był Patryk Nowicki, który jeszcze przed przerwą zdobył drugiego gola dla swojej drużyny. Po zmianie stron trwała pogoń za wynikiem. Ponownie trafił Patryk Nowicki i mamy już tylko jedną bramkę przewagi Albatrosów. Dosłownie chwilę później Aleksander Kuśmierz strzela na remis i wydaje się, że Landtech ponownie na finiszu będzie lepszy od przeciwnika. Po jednej z akcji mecz zostaje na chwilę przerwany. Bartłomiej Łaciak niefortunnie upadł na murawę i długo się nie podnosił. Wydawało się, że potrzebna będzie interwencja pogotowia, jednak na szczęście zawodnik z pomocą kolegów zszedł z boiska i gra toczyła się dalej. Od tego momentu to Albatrosy strzelają trzy gole w niespełna pięć minut i wygrywają całe spotkanie 4:7. Mamy nadzieję że ze zdrowiem Bartłomieja wszystko w porządku, bo naprawdę cała sytuacja wyglądała bardzo źle i mamy nadzieję, że zobaczymy go za dwa tygodnie w kolejnym meczu Albatrosów.

LIGA 6

Niedzielne popołudnie na Picassa rozpoczęło się od VI-ligowego starcia pomiędzy Gastro Spartą, a grającym w dość skromnym tego dnia składzie Phoenix Warsaw. Pierwszych kilka minut to próba wyczucie sił rywala, aczkolwiek widać było, że to gospodarze mają nieco lepszy pomysł na grę. Pierwsze efekty zobaczyliśmy po niespełna dziesięciu minutach, kiedy indywidualna akcję skutecznie wykończył Mariusz Naczke, otwierając wynik spotkania. Kilka minut później zmysłem rozgrywającego popisał się Ivan Kutsyk, którego ładne podanie dotarło do Karola Rodaka, a ten z zimną krwią dokończył dzieła podwyższając na 2:0. Kiedy wydawało się, że "Spartanie" zdominowali mecz, do odrabiania strat zabrali się goście. Najpierw pięknym strzałem w okienko popisał się Dominik Kliczek, a trzy minuty później ten sam zawodnik doprowadził do wyrównania. Ostanie zdanie w pierwszych 25 minutach należało do Gastro Sparty. Po ładnej akcji zespołowej duetu Eduard Vakhidov / Michał Opiński piłkę w bramce umieścił drugi z panów i pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 3:2. W pierwszych minutach drugiej części spotkania gra było bardzo wyrównana i obfitowała w bramki. W tej części meczu "Feniksy" nie pozwoliły na to, by rywale uciekli z wynikiem, wciąż utrzymując rezultat na styku. Oglądaliśmy dwa rzuty karne, po jednym dla każdej z ekip - oba skutecznie wykonane. Kiedy wydawało się, że spotkanie do końca będzie wyrównane, przy stanie 6:5 goście zaczęli się nieco gubić i pozwolili odjechać Sparcie na kilka bramek. Świetnie w ataku prezentował się duet Karol Rodak i Michał Opiński. Pierwszy z nich ustrzelił cztery oczka, a drugi z wymienionych skompletował hat-tricka oraz dołożył asystę. Ekipa Phoenix ewidentnie opadła z sił i nie zdołała gonić rezultatu, a ostateczny wynik 11:6 zdaje się być sprawiedliwy.

Rollercoaster, jaki zafundowali nam zawodnicy OldBoys Derby II oraz A.D.S. Scorpion's był godny przyjścia na Arenę Picassa w roli kibica. Tych akurat, jak zawsze nie brakowało po stronie gospodarzy i zawodnicy mogli liczyć na gorący doping. Nie pomogło to za bardzo w pierwszych kilkunastu minutach spotkania, po których było już 0:3 dla Scorpionsów! Taki zimy prysznic "Oldbojom" zafundował Paweł Poniatowski, który dwa razy pokonywał Rafała Wieczorka. Jedno z tych trafień było autorstwa Bartka Filipa i wydawało się, że będzie to mecz do jednej bramki. Z ofensywnego letargu gospodarzy wyciągnął Marcin Wiktoruk, który najpierw świetnie dograł do Michała Piątkowskiego, otwierając mu drogę do bramki, a następnie sam, po podaniu Przemka Białego, wpisał się na listę strzelców. Jeszcze przed przerwą o swoim kunszcie strzeleckim przypomniał Paweł Poniatowski, który bramką na 4:2 ustalił wynik pierwszej odsłony, a sam zawodnik mógł się cieszyć z hat-tricka. "Siła i ogień" - takie hasło zawisło na płocie, a jego autorem byli fani gospodarzy. Ewidentnie zagrzało to zawodników Derby do boju, gdyż w ich grze zauważyliśmy znaczną poprawę. Świetnie w bramce spisywał się Rafał Wieczorek, który popisywał się naprawdę imponującymi paradami. Dobra postawa Oldboysów zaowocowała wywalczeniem rzutu karnego, którego pewnie na bramkę zamienił Przemek Biały. Dosłownie dwie minuty później doskonałym przeglądem pola popisał się Marcin Wiktoruk, który dokładanie dograł do Piotrka Cieślaka, a ten okazji nie zmarnował i pewnym strzałem doprowadził do wyrównania na 4:4.Nie sposób określić radości, jaka wybuchła w szeregach ekipy OldBoys, kiedy na siedem minut przed końcem mecz, swój zespół na prowadzenie wyprowadził Tomek Ciesielski. Popularny "Tango" sprytnie wyłuskał piłkę od obrońcy, a piłka po jego strzale zatrzepotała w siatce. Zabrakło niestety koncentracji w końcówce, co skrzętnie wykorzystał Bartek Filip, który w ciągu dwóch ostatnich minut dwukrotnie pokonał bramkarza rywala, ustalając wynik spotkania na 5:6.

Mecz Olimpik kontra Pogromcy Poprzeczek można było zapowiedzieć jako pojedynek najlepszej ofensywy z najweselszą obroną w 6 lidze i już pierwsze minuty pokazały, jak niewiele taka zapowiedź mija się z prawdą. Olimpik już od pierwszych minut atakował rywala i co najważniejsze robił to bardzo skutecznie. Pogromcy póki jeszcze starczyło sił, próbowali się odgrywać, ale defensywa gospodarzy działała bez zarzutu. W bramce Pogromców robił co mógł Rafał Klimiuk, parokrotnie dobrze interweniując, ale wynik i tak zdawał się przesądzony. Do przerwy Olimpik prowadził aż 14-0. Po zmianie stron obraz gry się nie zmienił, Ukraińcy nie zamierzali odpuszczać i przeprowadzali kolejne ataki na bramkę Pogromców. Przy stanie 20-0 w końcu udało się zespołowi Tomka Mazurka strzelić upragnionego gola, kiedy to Grzegorz Darłak popisał się indywidualnym rajdem. Drugą bramkę strzelił Mateusz Niewiadomy i to głównie dzięki temu, że obrońca Olimpiku był bardziej zajęty oddawaniem piłki na drugie boisko. To tyle na co stać było Pogromców. Olimpik zagrał bez taryfy ulgowej, ostatecznie trafił do sitki aż 24 razy. Zdecydowanie jest to główny kandydat do tytułu. Najskuteczniejszym w drużynie gospodarzy był Stanisław Oseledczenko, który w tym spotkaniu 8 razy pokonał bramkarza rywali, dodatkowo trzykrotnie asystując. W tym spotkaniu zobaczyliśmy takich Pogromców, jakich pamiętamy z początku ich przygody z Ligą Fanów. Był wysoki wynik, podania od bramkarza do napastników rywali i znaczny udział w rozstrzyganiu o tym, w czyje ręce wpadnie statuetka dla najlepszego strzelca w lidze.

Rywalizację w szóstej lidze na Grenady kończyły drużyny Furduncio Brasil FC II i Polskiego Drewna. Faworyt w tym spotkaniu był jeden i właściwie od pierwszej do ostatniej minuty zawodnicy z Brazylii potwierdzali to na boisku. Wiedząc, że w tym sezonie ofensywa Polskiego Drewna nie jest najmocniejszą stroną tej drużyny, o dobrym wyniku mogła zadecydować szczelna gra defensywna. Niestety, już na początku meczu taki plan spalił na panewce, gdyż właśnie po błędzie w obronie, Furduncio objęło prowadzenie. Kilka minut później jeden z Brazylijczyków obejrzał żółtą kartkę za pociągnięcie rywala za koszulkę, ale Polskie Drewno nie potrafiło wykorzystać trzyminutowej przewagi. Co gorsza grając o jednego więcej stracili bramkę na 2-0. Trzecie trafienie dołożył Bruno Martins, który popisał się świetnym uderzeniem z dystansu. Strzał był tak precyzyjny, że bramkarz rywali nawet się nie ruszył. Już wtedy właściwie było wiadomo, że w tym meczu niespodzianki nie będzie. Do przerwy Brazylijczycy prowadzili 5-0. W drugiej części obraz gry się nie zmienił. Furduncio kontrolowało przebieg spotkania, kasując akcje zaczepne przeciwnika w bezpieczniej odległości od swojej bramki. W czasie meczu doszło też do incydentu po którym jeden z Brazylijczyków na znak protestu zszedł z boiska, a o którym pisaliśmy już osobno w Plusach i Minusach. Ostatecznie gospodarze w drugiej części dołożyli jeszcze trzy bramki, nie tracąc przy tym żadnej, zasłużenie sięgając po kolejne 3 pkt. Co warte podkreślenia, zdobywanie bramek rozłożyło się na kilku zawodników Furduncio, co tylko potwierdza jak wyrównana jest kadra tego zespołu.

 

Mimo niezłej postawy Tylko Zwycięstwo wciąż pozostawało bez punktów na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Ich rywalem była FC Kebavita, więc było wiadomo, że o pierwsze punkty będzie ciężko. Miało to odzwierciedlenie na boisku, bowiem od początku zaatakowała drużyna gości, ale parokrotnie bardzo dobrze bronił Sergiusz Bienias. Z czasem do głosu zaczęła dochodzić ekipa braci Jałkowskich, lecz z kolei w bramce Kabavity na posterunku był Piotr Kalbarczyk. Taktyka zespołu Buraka Cana była prosta i okazała się skuteczna. Zawodnicy grający w białych koszulkach szukali w polu karnym prostopadłego podania do Barisa Kazkondu, a ten z obrońcą na plecach próbował się obrócić i oddać strzał lub zgrać futbolówkę do partnera. W ten właśnie sposób Kebavita objęła prowadzenie, a po bliźniaczej akcji mogło być 0-2, ale Baris trafił w słupek. Do przerwy mieliśmy wynik 0-1. Rezultat nie taki zły dla gospodarzy, więc jeszcze sporo mogło się wydarzyć w drugiej części. Po zmianie stron mieliśmy okres, w którym więcej działo się pod bramką Kebavity. Dobrze jednak spisywał się bramkarz, a ponad to brakowało nieco precyzji przy konstruowaniu akcji Tylko Zwycięstwo. To się zemściło, bowiem później goście podwyższyli prowadzenie do 0-3. Dopiero po trzeciej bramce gospodarze się przełamali i Szymon Jałkowski trafia dla TZ. W odpowiedzi mamy bramkę na 1-4 dla Kebavity. Następnie mieliśmy do czynienia z groźnymi rożnymi z obu stron. Skuteczniejsi  byli gospodarze, bowiem szczupakiem piłkę do siatki skierował Andrzej Morawski (bramka na 2-4), a z drugiej strony Obem Brain trafił jedynie w słupek. W dalszej części meczu był dokładniejszy, bowiem trafił w końcu do bramki TZ, hattricka ustrzelił Christian Namani i mecz kończy się wynikiem 2-6

Będąca w dobrej formie Contra podejmowała Moczymordy ,które po porażce z East Windem chciały jak najszybciej zapunktować, aby nie tracić kontaktu z liderem. Do składu powrócili Zbyszek Obłuski i Norbert Petasz ,ale brakowało Dominika Skorży ,który nabawił się kontuzji. Pierwsze minuty to szybkie dwie bramki. Dawida Bieli dla Contry i Zbyszka Obłuskiego dla Moczymord. Później mieliśmy żółtą kartkę dla Piotra Szurmińskiego, który niczym Jan Furtok chciał zdobyć bramkę ręką, jednak arbiter był czujny oraz  dobrze ustawion, więc zamiast gola mieliśmy żółtą kartkę. Contra jednak tej przewagi nie potrafiła wykorzystać. Gospodarze mieli kilka wybornych okazji ,ale tak jakby wystrzelali się w poprzednich dwóch kolejkach i nie byli już tak skuteczni. Niemoc przerwał Paweł Pająk strzelając w 22 minucie na 2:1. Taki wynik utrzymuje się do przerwy. Po zmianie stron niezawodny Zbyszek Obłuski doprowadza w 28 minucie do remisu. Mecz w tym momencie wyrównuje się i każda ze stron ma swoje okazje ,ale wynik 2:2 cały czas się utrzymuje. Widać było że każdy chce walczyć o pełną pulę i remis nikogo tutaj nie zadowoli. Gdy wydaje się że podział punktów jest realnym scenariuszem ponownie daje o sobie znać Zbyszek. Znowu piłka go szuka i w 46 minucie kompletuje hattricka w tym meczu. Rozpaczliwe ataki ekipy Michała Raciborskiego nie przynoszą efektu i po raz kolejny napastnik Moczymord daje tej drużynie cenne punkty. Z perspektywy meczu lepszym zespołem była Contra ,ale punkty pojechały w komplecie na Mokotów.

Tymczasem na drugim boisku East Wind walczył o utrzymanie się na szczycie tabeli Ekstraklasy, a przy korzystnych rezultatach, na powiększenie przewagi nad najgroźniejszymi rywalami. Ich przeciwnikiem był zespół Wawalions, którzy przystąpili do zawodów osłabieni brakiem nominalnego bramkarza oraz ich najlepszego zawodnika obecnego sezonu Volodymyra Humeniuka. Mimo takich osłabień goście nie prezentowali się źle na tle obecnego lidera rozgrywek. Co więcej, na początku mieli lepsze sytuacje do strzelenia bramki. Najpierw dali sygnał ostrzegawczy gospodarzom, kiedy to po źle rozegranym rożnym East Windu wyszli z kontrą, ale trafili jedynie w słupek. W końcu dopięli swego i Yurii Naidyshak otwiera wynik spotkania. To obudziło zawodników Sebastiana Dąbrowskiego. Najpierw Michał Nowak wyrównuje, a później dwukrotnie do bramki trafia Filip Junowicz i East Wind wygrywa już 3-1. Wawalions nie składali broni i złapali kontakt z przeciwnikiem po bramce Bohdana Mereshuka, który wstrzelił piłkę w pole karne, ta odbiła się po drodze od zawodnika i trafiła do siaki. Wynik na 4-2 do przerwy ustalił Sebastian Dąbrowski. Po zmianie stron lepiej prezentowali się zawodnicy Wawalions, mieli parę sytuacji, ale bez finalizacji. Skuteczniejsi byli rywale i na 5-2 trafił Damian Patoka. W późniejszej fazie meczu w grze obu drużyn wkradł się mały chaos, Wawalions nie wykorzystali swoich kontr, a East Wind grał nieco niedokładnie i nie potrafił wykorzystać  faktu, że rywal grał z lotnym bramkarzem. Obie drużyny strzeliły jeszcze po jednej bramce i wynik końcowy tego spotkania brzmiał 6-3.

Zarówno Anonymmous  jak i Chemik Bemowo przed spotkaniem miały na swoim koncie zaledwie po jednym punkcie. Stawialiśmy na Anonimowych wierząc, że zmobilizują się na ten mecz, wszakże obie drużyny dobrze się znają, bo rywalizowały często ze sobą w lidze bemowskiej. To co charakteryzuje obie ekipy to duża rotacja składu, co na poziomie Ligi Fanów nie pozwala na wymierne sukcesy. Lepiej w mecz weszli gospodarze i w 9 minucie objęli prowadzenie. W 19 minucie wyrównał Maciek Skurzyński i pierwsza połowa zakończyła się remisem 1:1. Żadna z drużyn nie osiągnęła znaczącej przewagi i widać było, że oba teamy nie chciały przegrać kolejnego meczu, co determinowało koncentrowanie się na defensywie. Po zmianie stron bramka Tomasza Łokietka otworzyła spotkanie. Chemik musiał zaatakować, ale gospodarze skutecznie się bronili. W 39 minucie Mariusz Sochań strzela na 2:2, a po chwili goście już prowadzą za sprawą Piotra Dzisiowa. Ekipa z Bemowa idzie za ciosem i na listę strzelców wpisują się Piotr Urbański oraz Maciek Skurzyński ,a drużyna Macka Miękiny ponownie w tym sezonie grałą jakby bez wiary w końcowy sukces. Tomasz Łokietek  w końcówce zmniejsza rozmiary porażki na 3:5. Anonimowi fatalnie zaczęli sezon i patrząc na poziom drużyn w Ekstraklasie, o utrzymanie będzie z taką grą ciężko. Chemik ma potencjał, ale nam wydaję się że potrzeba tej ekipie stabilizacji, aby Ci sami zawodnicy pojawiali się na meczach co tydzień, a wtedy jest szansa powalczyć być może nawet o podium.

Mistrz Tur Ochota podejmował FC Wilanów, który nareszcie zebrał solidny skład i miał podstawy do tego, by myśleć o zwycięstwie. Pierwsza połowa to rezultat, który zmieniał się dynamicznie. Gdy jedna drużyna strzelała, natychmiast druga odpowiadała i mieliśmy cały czas wynik na styku. Świetnie prezentował się Rafał Polakowski wspierany przez Łukasza Rostowskiego, który bardzo dobrze prezentował się na tle zawodników z Ochoty. Kapitalnie też bronił Jacek Żołnierski wielokrotnie ratując swój zespół przed stratą bramki. Do przerwy mamy wynik 3:4. Po zmianie stron za sprawą Rafała Polakowskiego mamy dwubramkową przewagę Wilanowa. Tur jednak cały czas atakuje i niweluje straty do jednego trafienia. Taka sytuacja utrzymuje się przez całą drugą połowę. Drużyna Konrada Kowalskiego nie jest w stanie osiągnąć jednak  remisu. Zaczynają się nerwy i niepotrzebne uszczypliwości. Sędzia jednak najbardziej aktywnych zawodników szukających zwarcia napomina kartkami. Sama końcówka to bramki Macieja Pawlickiego i Roberta Hankiewicza. Dwubramkowa przewaga na korzyść Wilanowa zostaje dowieziona do końca. Tur przegrywa po raz pierwszy i teraz będzie gonił lidera, a Wilanów pokazuje, że jeżeli się zbierze, to jest mocny. Szkoda że na początku sezonu ta drużyna miała takie problemy organizacyjne, bo przez to straciła kilka cennych punktów, które mogą zaważyć na pozycji tej ekipy na koniec sezonu.

 

 

 

dodaj komentarz

 
Wybierz kolejkę:
0 0

1 LIGA

Kolejka 6
Wybierz kolejkę:
2 0

2 LIGA

Kolejka 6
Wybierz kolejkę:
2 0

3 LIGA

Kolejka 6
Wybierz kolejkę:
4 0

4 LIGA

Kolejka 6
Wybierz kolejkę:
4 0

5 LIGA

Kolejka 6
Wybierz kolejkę:
4 0

6 LIGA

Kolejka 6

Statystyki kolejki

     

    Ankieta

    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Aby zagłosować musisz wybrać jedną z odpowiedzi