Wczytuję...

UDOSTĘPNIAJ MATERIAŁY LF!

Ligowicze potrzebujemy waszej pomocy, wsparcia w udostępnianiu materiałów ligowych, bo Liga Fanów to przede wszystkim WY! Jak można nas wesprzeć dowiecie się w załączonym artykule.

FORTUNA Z LIGA FANÓW!

Do grona naszych Partnerów dołączyły Zakłady Bukmacherskie FORTUNA! Jakie profity z tym są związane, co Wy jako uczestnicy, sympatycy zyskacie?

LIGA FANÓW TV - POWIADOMIENIA…

Masz Telefon, Tablet i aktywne konto Google ? Sprawdź jak łatwo skonfigurować powiadomienia dla materiałów Video z kanału Liga Fanów TV.

LIGA FANÓW NA INSTAGRAMIE

Masz Instagram? Obserwuj nas i bądź na bieżąco! Zobacz co tam znajdziesz z życia Ligi Fanów.

UDOSTĘPNIAJ MATERIAŁY LF!
FORTUNA Z LIGA FANÓW!
LIGA FANÓW TV - POWIADOMIENIA NA YOUTUBE
LIGA FANÓW NA INSTAGRAMIE

RAPORT MECZOWY - LATO 2020 - KOLEJKA 3.

09
Lip

Ciężko racjonalnie wytłumaczyć niektóre rzeczy, które się działy w ramach 3 kolejki Lig Fanów. Mogliśmy co prawda oglądać kilka zwycięstw faworytów, jednak mimo wszystko rozmiary niektórych z nich są pewnym szokiem. Nie zabrakło również niespodziewanych wygranych drużyn, które nie były typowane do zdobycia trzech punktów. Zapraszamy na podsumowanie minionego weekendu!

RAPORT MECZOWY - LATO 2020 - KOLEJKA 3.


LIGA 1

Po pojedynku LTM-u Warsaw z Chłopcami z Bródna spodziewaliśmy się dużo więcej emocji. Niestety, już na początku spotkania okazało się, że ekipa Sebastiana Ulewicza, dysponując chyba optymalnym składem, kompletnie zdominowała mecz. Bartosz Januszewski szybko otworzył wynik, a chwilę później perfekcyjnie obsłużył podaniem Macieja Frąckiewicza i zrobiło się 0:2 po niespełna 5 minutach gry. LTM dążył do zdobycia kontaktowej bramki i gol Kamila Kuczewskiego dawał jeszcze nadzieję na nawiązanie walki. Goście jednak tego dnia byli nie do ugryzienia. Dwie wyrównane piątki zmieniały się rotacyjnie i ciężko było znaleźć jakiś słaby punkt w ich grze. Do przerwy mamy wynik 1:4. Po zmianie stron niebiescy grali konsekwentnie, stwarzali mnóstwo sytuacji pod bramką Andrzeja Gronosza . Gospodarze starali się jak mogli, ale wobec świetnie dysponowanego rywala nie mieli za dużo do powiedzenia i szybko zeszło z nich powietrze. Irek Weber widząc, że mecz jest już rozstrzygnięty, dał więcej minut na boisku zmiennikom. Ostatecznie Chłopcy z Bródna pewnie i wysoko pokonali rywala i z kompletem punktów po trzech kolejkach są jednym z kandydatów do mistrzostwa. Skutecznie w tym meczu zagrali przede wszystkim Bartosz Januszewski i Damian Sawicki, ale trzeba oddać, że cała drużyna zagrała na wysokim poziomie. LTM po drugiej porażce z rzędu komplikuje sobie sprawę walki o medale, a przecież ambicje i potencjał tej drużyny wskazywał, że będzie to liczący się gracz w walce o podium.

Świetne i emocjonujące widowisko dostarczyli nam za to gracze Karmelickiej i Papadensów. Obie drużyny nie wygrały jeszcze żadnego spotkania i niedzielny mecz był okazją do przełamania dla jednej z ekip. Początkowo Papadensy grali bez zmiany, ale mądrze utrzymywali spokojne tempo wiedząc, że zaraz dołączą spóźnieni koledzy. Taktyka okazała się nad wyraz skuteczna i kiedy pojawiły się dodatkowe siły, drużyna Dominika Podlewskiego rozpoczęła śmielsze ataki na bramkę przeciwnika. Paradoksalnie po jednej z kontr otwierającego gola dla Karmelickiej strzelił Kuba De Stefano, ale już minutę później wyrównał Kamil Kuźniewski. Papadensy objęli prowadzenie w 19 minucie po trafieniu Macieja Kurpiasa, ale w 120 sekund Karmelicka przeprowadziła dwie skuteczne akcje zakończone golami Daniela Purchalaka I Karola Trzcińskiego. Przed przerwą Maciej Kurpias miał okazję wyrównać, ale piłka po jego strzale odbiła się od słupka. Do przerwy 3:2 dla gospodarzy. Po gwizdku wznawiającym grę tempo meczu rosło z każdą minutą. Piłkarze obu ekip nie oszczędzali zdrowia, ale gra była czysta i sędzia rzadko sięgał po gwizdek. Goście trafiają dwukrotnie dzięki czemu wychodzą na prowadzenie 3:4. Już minutę później Karmelicka wyrównuje, a po kolejnych czterech ponownie odzyskuje prowadzenie. Ostatnie minuty meczu to już prawdziwy horror i wojna nerwów. Ze stanu 5:4 dla gospodarzy robi się 5:5 a minutę później. 6:5. Mija chwila i Karmelicka trafia na 7:5. W 49 minucie Papadensy przyciskają, a do akcji ofensywnych włącza się nawet bramkarz. W efekcie Kamil Kuźniewski trafia na 7:6. Remis wydaje się w zasięgu ręki, ale w ostatniej minucie meczu Daniel Purchalak ustala wynik na 8:6 i Karmelicka cieszy się ze zwycięstwa! To był mecz, który zapamiętamy długo i takich spotkań chcielibyśmy w naszej lidze jak najwięcej.

O spotkaniu FC Kebavity z Anonymmous mogliście już przeczytać w artykule „Plusy i minusy" i według nas będzie to spotkanie kandydujące do meczu sezonu Ligi Wakacyjnej. Przebieg spotkania był niezwykle emocjonujący. Goście atakowali, ale nie mogli przebić się przez szczelną obronę gospodarzy. Ci kontratakowali i po jednej z nich Maciej Banasek mijając dwóch rywali perfekcyjnie umieścił piłkę w siatce. Chwilę później ten sam zawodnik perfekcyjnie obsłużył podaniem Barisa Kazkondu, ale ten spudłował. Takich zmarnowanych sytuacji miał niestety więcej w tym spotkaniu. Kebavita grała konsekwentnie i wypunktowała przeciwników niczym rasowy bokser. 5:0 po 25 minutach wydawało się nokautem Anonimowych. Wiele drużyn rzuciłoby w tym momencie ręcznik i czekała, aż skończy się mecz. Maciek Miękina mobilizował swoich graczy do walki, a Burak Can przestrzegał swoich zawodników przed lekceważeniem przeciwnika. Początek drugiej połowy to świetna szansa dla Kebavity, ale znowu szczęścia nie ma Baris Kazkondu. Chwilę później mamy pierwszego gola dla gości. Ponownie gospodarze mają setkę, ale Maciek Miękina broni kilka razy dobitki rywali. Anonimowi mozolnie gonią wynik, szczególnie ładna była bramka Eryka Stocha, który główką lobuje bramkarza. Końcówka to kolejna szansa dla Kebavity na zamknięcie meczu, ale po raz kolejny zmarnowana przez gospodarzy. Ostatecznie mamy remis po fantastycznym meczu i trzeba podkreślić, że wszyscy Ci którzy w miniony weekend przeskrobali coś swoim zachowaniem na Grenady powinni przyjść i obejrzeć takie właśnie piłkarskie spotkanie na wysokim poziomie. Faule w piłce to rzecz normalna, ale powinno się grać fair play bez niepotrzebnych spinek, prowokacji i negatywnych emocji. Brawo dla obu drużyn za ten mecz!

W zupełnie innych nastrojach do swojego spotkania podchodziły ekipy Cykaczy oraz Hazardu 86. Gospodarzom nie udało się jeszcze wygrać spotkania w Lidze Fanów, za to Hazard świetnie rozpoczął sezon od dwóch zwycięstw. Od początku było widać, że team Krzyśka Gołosa ma ochotę się przełamać i już po pierwszym gwizdku zaczął napierać na bramkę Franciszka Teodorczyka. Goście nie mogli znaleźć swojego rytmu i w 7 minucie Patryk Żuber wyprowadził Cykaczy na prowadzenie. Hazard odpowiedział trafieniem Kamila Bassy w 14 minucie i z każdą kolejną minutą na boisku robiło się coraz bardziej emocjonująco. Nie wszyscy wytrzymywali ciśnienie, pojawiły się faule, a żółtą kartkę jednocześnie obejrzeli Piotr Płatek i Michał Maliński. W 23 minucie Marcin Sojczyński podwyższył wynik na 2:1 i Cykacze schodzili na przerwę z jednobramkową przewagą. Chwilę po rozpoczęciu drugiej połowy Krzysiek Gołos strzelił trzeciego gola dla Cykaczy i drużyna gości złapała wygodną przewagę. Po tej bramce zrobiło się coraz bardziej nerwowo, a gracze gospodarzy zamiast dokładać kolejne trafienia skupiali się bardziej na dyskusjach z sędzią, co oddalało ich od konsekwentnego budowania przewagi. Damian Bedynek po kolejnym złośliwym faulu obejrzał drugi kartonik i w efekcie musiał opuścić boisko. Hazard grał 3 minuty w przewadze, ale nie był w stanie zamienić jej na bramkę. Dopiero w 45 minucie Paweł Borkowski strzelił kontaktowego gola dla Hazardu i drużyna Michała Malińskiego poczuła, że remis, jest w zasięgu ręki. Cykacze bronili się dzielnie, a w 48 minucie Damian Budzaj obronił nawet strzał, który powinien znaleźć się w siatce. Goście atakowali do ostatniego gwizdka, ale nie udało się pokonać bramkarza Cykaczy, którzy wygrali 3:2 i w końcu zdobyli 3 punkty.

Na zakończenie zmagań na Arenie Grenady spotkali się zawodnicy FC Górki i Contry Gospodarze nie mają łatwego sezonu, ale starają się zaprezentować z jak najlepszej strony. Podobnie było i tym razem. Jeszcze w pierwszej części, mimo przewagi Contry, wynik nie był najgorszy. Górka zawdzięczała to w dużej mierze swojemu bramkarzowi Damianowi Karczmarczykowi, który robił co mógł, by zatrzymać napastników rywala. Z kolei golkiper Contry nie był aż tak często zatrudniany jak jego kolega po fachu z przeciwnej drużyny, co może też przekładało się na jego koncentrację. De facto Contra sama sobie strzelała bramki. Najpierw dosłownie trafienie samobójcze zaliczył Wojciech Osobliński, a potem dwukrotnie mógł lepiej zachować się bramkarz gości. Dzięki temu Górka dwa razy łapała kontakt z rywalem – najpierw na 2-3 trafił Przemysław Dolega, a potem na 3-4 Arkadiusz Świątek. Do przerwy prowadziła jednak Contra 3-5. Po zmianie stron mecz bardzo się otworzył. Contra prowadziła grę, Górka liczyła na kontrataki, ale mimo iż kilkukrotnie wychodzili z przewagą 2 na 1 czy 3 na 2 nie potrafili skutecznie wykończyć swoich akcji. To z kolei otwierało szansę przez Contrą, która w dużej mierze była o wiele bardziej skuteczniejsza. A dokładniej jeden jej zawodnik – Daniel Ciechański. To on znalazł sposób na Damiana Karczmarczyka i zakończył mecz z 8 bramkami i 2 asystami na koncie. Jego koledzy mimo dogodnych sytuacji mieli sporo trudności by pokonać golkipera Górki, który dwoił się i troił między słupkami. Ostatecznie mecz kończy się wynikiem 4-11, ale tak naprawdę rezultat po obu stronach powinien być znacznie wyższy.

LIGA 2

Do spotkania z Drunk Teamem ekipa Lujwaffe Tarchomin przystąpiła bez bohatera poprzedniego spotkania czyli Kuby Kublika. Pisaliśmy, że tydzień temu Kuba był bardzo istotnym filarem swojej drużyny i jego brak w starciu z zespołem Łukasza Walo był zauważalny. Lujwaffe cały mecz grało bardzo chaotycznie i nie było w stanie złapać rytmu, który zagwarantowałby chłopakom z Tarchomina wyraźną przewagę. Wprawdzie atakowali od samego początku i już w 1 minucie obili słupek bramki Marka Łukaszewicza, ale brakło precyzyjnego wykończenia. Dopiero w 14 minucie Maciek Benda otworzył wynik spotkania. Chwilę później Wojtek Chajdys został ukarany żółtą kartką, ale Drunk Team nie tylko nie kwapił się do wykorzystania przewagi , to jeszcze prawie stracił bramkę po jednej z kontr Lujów. Ostatecznie w 19 minucie wyrównał Łukasz Walo, a po kilku minutach było już 3:1 dla gospodarzy. Lujwaffe odpowiedziało drugim trafieniem Maćka Bendy i przy stanie 3:2 rozległ się gwizdek kończący pierwszą połowę. Po gwizdku wznawiającym grę Lujwaffe zabrało się do odrabiania straty, ale brak konsekwencji w konstruowaniu akcji i pogłębiający się chaos powodował, że ich ataki były zupełnie nieskuteczne. Rosnąca z każdą minutą frustracja gości nie pomogła w odwróceniu losów spotkania i w 46 minucie wynik na 4:2 ustalił Łukasz Walo.

Złączeni na pewno będą chcieli szybko zapomnieć o swoim spotkaniu z Narodowym Śródmieściem. Ekipa z Grodziska przyszła w zaledwie sześć osób na mecz z drużyną, która co spotkanie mogłaby spokojnie wystawić dwa osobne składy i taka dysproporcja ostatecznie okazała się zabójcza dla gospodarzy. Wprawdzie w pierwszej połowie oglądaliśmy w miarę wyrównane zawody jednak skuteczność Śródmieścia, zwłaszcza w na początku meczu, pozostawiała wiele do życzenia. Mimo ostrzeliwania bramki rywala, piłka zazwyczaj mijała cel w sposób znaczący i Narodowe zapunktowało tylko trzykrotnie po bramkach Pawła Orzechowskiego, Damiana Talarka i Grzegorza Grabowskiego. W drugiej połowie bardzo szybko stało się jasne, że opadający z sił Złączeni mogą co najwyżej bronić tego dnia honoru, co czynili z godnością i poświęceniem. Piłkarze Marla Szklennika nie zlekceważyli przeciwnika i mimo dużej ilości możliwych zmian grali bardzo zachowawczo nie pozwalając Złączonym zbliżać się pod bramkę Marka Reszczyńskiego. Chwila rozluźnienia w 46 minucie dała honorowego gola Złączonym autorstwa Dominika Kostrzewy. Kropkę nad i w 50 minucie postawił Damian Talarek i ostatecznie Narodowe Śródmiescie wygrało 1:11 i zgarnęło ważne 3 punkty. O tak okazałym zwycięstwie gości złożyło się kilka czynników. Spore braki kadrowe w zespole Złączonych, gra bez zmian zespołu z Grodziska, a także znaczna poprawa skuteczności w drugiej części. Walka o mistrzostwo 2 ligi z pewnością będzie bardzo pasjonująca, a Narodowe Śródmieście będzie jednym z głównych aktorów.

Na spotkanie z Truskawką Na Torcie ekipa Kanonierów stawiła się w zaledwie sześć osób. Nie zwiastowało to niczego dobrego – brak zmian na tak doświadczoną i zorganizowaną drużynę jaką jest team Tomka Cymermana zapowiadał bolesną porażkę i przypuszczenia te okazały się niestety dla gości słuszne. Wprawdzie kilka pierwszych akcji Kanonierów w postaci rajdów Mateusza Nejmana mogły przynieść szybką bramkę, ale zabrakło zarówno celności jak i kogoś do zamknięcia akcji. Truskawka za to spokojnie konstruowała grę od swojej bramki aż w końcu po podaniu Karola Gorczycy niezawodny Ashot Galstyan pakuje piłkę do siatki rozpoczynając pochód gospodarzy do zwycięstwa. W pierwszej połowie Kanonierzy atakowali tylko kontrami, ale nie przynosiły one spodziewanych efektów. W pewnym momencie Mateusz Nejman urwał się obrońcom Truskawki i wyszedł jeden na jednego z bramkarzem, ale Maciek Kuciński świetnie wyczuł jego intencje i uchronił swój zespół od utraty bramki. Na przerwę Truskawka schodziła z bezpiecznym prowadzeniem 3:0, a w drugiej połowie to prowadzenie tylko podwyższała. Wprawdzie Kanonierzy nie poddali się, atakowali bramkę Maćka Kucińskiego i w 29 minucie Marcel Mich zdobył bramkę kontaktową, ale ich kolejnym atakom brakowało szczęścia lub wykończenia. Za to gospodarze rozkręcali się z każdą minutą i dokładali kolejne oczka. Przy stanie 9:2 rozległa się finałowy gwizdek i Truskawka Na Torcie zgarnia 3 punkty. Zdecydowanie łatwiejsze niż mogła się spodziewać przed meczem.

Patrząc na skład Wiernego Służewca jaki pojawił się na Grenady, można było przypuszczać że w starciu z Niezłomnymi są w stanie zdobyć pierwsze punkty. Zapewnić to mieli m.in. wracający po dłuższej przerwie do ligi Adrian Krzyżański czy Michał Komorowski. Pierwszy strzał padł właśnie po stronie Wiernego z rzutu wolnego. W odpowiedzi Niezłomni przeprowadzili groźną akcję, ale czujnie zachował się bramkarz gospodarzy. Mecz od początku był bardzo twardy, nikt nie odstawiał nogi, mnożyły się faule, widać było, że każdemu zależy na zwycięstwie. Wynik otworzył w końcu Michał Komorowski do którego trafiła piłka przed polem karnym i mocnym uderzeniem z dystansu wyprowadził swój zespół na prowadzenie 1-0. Na 2-0 podwyższył Adrian Krzyżański który dostał piłkę z autu, obrócił się z obrońcą na plecach i posłał piłkę obok bramkarza. Wierny w pierwszej części miał jeszcze parę okazji, ale dobrze bronił Vitaliy Yashchuk. W drugiej części nasilił się napór Niezłomnych, czym zepchnęli Wiernych do głębokiej defensywy. Dobrze jednak między słupkami spisywał się Grzegorz Łapacz. Ataki zespołu z Ukrainy nie przyniosły skutku, na domiar złego stracili kolejną bramkę. Michał Komorowski z własnej połowy posyła piłkę w pole karne rywala, ale nikt jej nie sięgnął i ta wpada do bramki. Chwilę później mamy już 4-0 po golu Wojtka Zabosta. Na ok 15 minut przed końcem Niezłomni decydują się na grę z lotnym bramkarzem. Przyniosło to połowiczny sukces, bowiem w końcu dwukrotnie pokonali Grześka Łapacza, ale ostatecznie i tak przegrali spotkanie 5-2. Bardzo dobra gra zespołu ze Służewca, który nie wykorzystał też wszystkich sytuacji w tym meczu, oraz 3 pkt dają nadzieję, że jeszcze mogą coś w tej lidze osiągnąć.

Ostatnim spotkaniem na Estadio de Grenady był pojedynek Warszawskiej Ferajny i Mixamatora. Drużyna Michała Fijołka idzie jak burza w tym sezonie demolując kolejnych przeciwników, ale spodziewaliśmy się, że Ferajna nie tylko nawiąże walkę, ale może nawet sprawi niespodziankę pokonując faworyzowanego rywala. Od początkowego gwizdka dało się zauważyć, że obie drużyny czuły wobec siebie wzajemny respekt i nikt nie rwał się do szaleńczych ataków. Zamiast tego oglądaliśmy dużo walki w środkowej części boiska i rozważnej gry defensywnej z jednej i drugiej strony. Tempo nie było powalające, jakby zawodnicy trzymali siły na oszałamiającą końcówkę. Pierwsza połowa upłynęła pod znakiem wielu niewykorzystanych sytuacji. W 7 minucie Grzegorz Augustyniak popisał się umiejętnościami dwukrotnie zatrzymując napastników Ferajny w sytuacjach, po których widzieliśmy już piłkę w siatce. Pierwszą bramkę zobaczyliśmy dopiero w 17 minucie, kiedy to udało się pokonać świetnie poukładaną obronę gospodarzy i Kamil Kamiński wyprowadził Mixamatora na prowadzenie. Chwilę później Michał Fijołek otrzymuje żółty kartonik za niebezpieczne zagranie przed polem karnym i tylko słupek uchronił gości od utraty gola. Wynik 0:1 utrzymał się do przerwy. Druga połowa nie zmieni dużo w obrazie gry – obie drużyny mądrze broniły dostępu do swojej bramki, zarówno Grzegorz Augustyniak jak i Marcin Gawryczewski popisali się kilkoma dobrymi interwencjami, ale tylko Mixamator trafiał tego dnia. Kamil Krupa i Bartosz Nowodworski dołożyli swoje pięć groszy i po bardzo wyrównanej batalii Warszawska Ferajna uległa Mixamatorowi 0:3.

LIGA 3

Spotkaniem rozpoczynającym trzecią kolejkę zmagań w wakacyjnej Lidze Fanów był mecz Un Mate Teamu i Junaka. Obie ekipy podeszły do siebie dość zachowawczo i pierwsza połowa toczyła się głównie w środku pola. Junak atakował częściej i sprawdzał dyspozycję Bruno Romanuttiego i musimy oddać bramkarzowi Un Mate Teamu, że wywiązywał się ze swojego zadania wręcz wzorowo. Po niepotrzebnym faulu żółty kartonik obejrzał zawodnik gości, ale gospodarze nie byli w stanie wykorzystać przewagi. Bezbramkowy remis utrzymał się do gwizdka kończącego pierwsze 25 minut. Przełamanie wyniku przyszło w 29 minucie kiedy pięknym strzałem Jony Kraajebrink trafia w samo okienko bramki Junaka. Mecz ożywił się i chwilę później Jacek Rakowski wyrównał. W 39 minucie Andrzej Groszkowski obronił potężny strzał z dystansu, ale dobitki Matiasa Pinto wyjąć już nie zdołał. I w tym momencie wydarzenia przybrały przykry obrót, bo zamiast emocjonującej, sportowej końcówki mieliśmy skandaliczne zachowanie zawodników jednej i drugiej drużyny. Sędzia podyktował rzut karny dla Junaka, a z jego decyzją gracze Un Mate nie mogli się pogodzić, co skończyło się żółtym kartonikiem i jeszcze większymi pretensjami do sędziego. Wprawdzie Bruno Romanutti obronił strzał Jacka Rakowskiego, ale chwilę później gospodarze zbyt wcześnie wprowadzili zawodnika do gry i przez chwilę grali bez dwóch graczy. Junak wykorzystał to i Paweł Groszkowski zdołał wyrównać, a atmosfera zrobiła się bardzo gorąca i piłkarzom obu drużyn zaczęły puszczać nerwy, czego efektem były niepotrzebne przepychanki, a także czerwone kartki, o czym pisaliśmy w osobnym artykule. Mecz zakończył się remisem 2:2, ale taki finał pozostawił ogromny niesmak, a szkoda, bo dopóki obie ekipy skupiały się na kopaniu piłki, całkiem dobrze oglądało się to spotkanie.

Początek spotkania Zakonu Bonifratrów z Deportivo La Chickeno nie zapowiadał, że będzie to emocjonująca batalia. Obie drużyny grały dość ospale i sprawiały wrażenie, jakby bały się otworzyć w obawie przed skuteczną kontrą przeciwników. Dopiero w 10 minucie strzelec wyborowy Deportivo Konrad Szkopiński wpisał się na listę strzelców. W kolejnych akcjach obie drużyny sprawdzały dyspozycję bramkarzy, ale goście byli w tym nieco bardziej przekonujący. Złapali swój rytm i cisnęli ekipę Zakonu, ale paradoksalnie w 18 minucie Marek Konopko pięknym strzałem pokonuje Łukasza Gumulę i mamy remis. Wynik nie zmienił się do gwizdka kończącego pierwszą połowę i z remisem 1:1 obie ekipy udały się na odpoczynek. Po gwizdku wznawiającym drużyna Zakonu przeszła zupełną przemianę. Ich akcje były coraz bardziej składne, nie dawali Deportivo się rozpędzić, a przede wszystkim świetnie zablokowali Konrada Szkopińskiego. W efekcie Marek Konopko i następnie dwa razy Krzysztof Kurowicki pokonali bramkarza Deportivo i na 10 minut przed końcem spotkania Zakonnicy prowadzili 4:1. Moglibyśmy w tym momencie powiedzieć, że jest już po meczu, gdyby nie to, że Deportivo jest absolutnie zabójcze, jeśli chodzi końcówki i tym razem również to udowodnili. Najpierw drugiego gola dokłada Konrad Szkopińki, a następnie w 46 minucie trafia Damian Warmiak. Zakon cofa się do głębokiej defensywy i stara się dowieźć jednobramkową przewagę, ale w dosłownie ostatniej akcji meczu nie upilnowali supersnajpera Deportivo, który strzela swoją trzecią bramkę i ustala wynik meczu na 4:4.

W hicie III ligi Bękarty Warszawy podejmowały Orzeły Stolicy. Spodziewaliśmy się, że będzie to mecz, w którym każda bramka może być na wagę złota i obie drużyny zdawały się podzielać nasze zdanie. Choć już w 4 minucie Adam Józefowski wyprowadził gospodarzy na prowadzenie, to na kolejną bramkę trzeba było czekać do drugiej połowy. Spotkanie przebiegało w raczej sennej atmosferze i nie oglądaliśmy zbyt dużo dynamicznych akcji. Obie drużyny zabunkrowały się w defensywie i atakowały raczej niechętnie. Wynik 1:0 utrzymał się do przerwy i dopiero w 28 minucie na 2:0 podwyższył Konrad Dzięcioł. Orzeły odpowiedziały trafieniem Jana Wnorowskiego, ale już 2 minuty później Adam Józefowski dołożył kolejne trafienie i zrobiło się 3:1. W tym momencie mieliśmy nadzieję, że rywalizacja nabierze rumieńców. Niestety coś się w ekipie Orzełów popsuło, zabrakło piłkarzom gości pomysłu na grę tego dnia i reszta spotkania była już tylko jednostronnym popisem Bękartów, którzy nękali Jarosława Boliboka kolejnymi bramkami i zakończyli mecz z wynikiem aż 6:1. Zdaje nam się, że Orzeły nie wytrzymały presji tego spotkania i zbyt szybko poddały się przy relatywnie niskim wyniku. Za to w obozie Bękartów nastroje na pewno dobre – 3 spotkania i 9 punktów to świetna podkładka pod walkę o mistrzostwo.

Niezwykle istotne spotkanie rozegrał ALPAN z Joga Bonito. Gospodarze w tygodniu przemeblowali nieco skład, a w zasadzie zredukowali kadrę i ciekawi byliśmy jak zagra po tej przebudowie. Joga na tym meczu miała już etatowego golkipera, który miał sporo pracy w swoim pierwszym meczu w tym sezonie. Lepiej zaczął ALPAN, bo po błędzie golkipera gości Michał Podobas otwiera wynik. Szybko strzelona druga bramka miała dać spokój. Jednak po raz kolejny nastąpił przestój w grze, który wykorzystali podopieczni Grzegorza Szostaka. Po błędzie w obronie gospodarzy strzelają bramkę kontaktową i mamy 2:1. Szybko Damian Borowski podwyższa po rzucie wolnym na 3:1 i takim wynikiem kończy się pierwsza połowa. Po zmianie stron gospodarze przysnęli w obronie i szybko Joga strzela na 3:2. Demony ekipy Rafała Dębskiego powracają. Mecz jest cały czas na styku, gdy ALPAN odskakuje na dwie bramki od razu Joga niweluje straty. Pogoda nie sprzyjała szybkiemu rozgrywaniu spotkania, stąd mieliśmy stateczny mecz, gdzie ani jedna ani druga drużyna nie forsowała tempa. Sama końcówka była emocjonująca, bo przed polem karnym faulowany był zawodnik Jogi, a w tamtym momencie wynik na tablicy brzmiał 5:4. Sędzia dyktuje rzut wolny, ale piłka po uderzeniu gracza Jogi trafia tylko w mur i goście po raz kolejny nie mają szczęścia, bo zasługują na punkty, ale po raz kolejny minimalnie przegrywają. ALPAN zagrał trochę lepiej, ale jeszcze sporo pracy przed tą drużyną.

Spotkania 3. kolejki na Estadio Picassa rozpieszczały w tej kolejce pięknymi bramkami i nie inaczej było w kolejnym meczu – już w jednej z pierwszych akcji, niezawodny kapitan FC Rivers Leszek Parzniewski przepięknym wolejem pokonał bramkarza FC Nova Group. Trzeba jednak przyznać, że mało który bramkarz byłby w stanie obronić tak potężne uderzenie. W kolejnych minutach jednak FC Nova Group otrząsnęło się i rozpoczęło pościg. Już kilka minut później byliśmy świadkami remisu 1:1, kiedy to Daniel Makus z bliska pokonał Jarosława Dusińskiego. Gości nie zadowalał tylko remis i w dalszym ciągu atakowali bramkę gospodarzy. Bramkę na 1:2 zdobyli już w 14' minucie. FC Rivers nie odpuszczało i nawet wyrównało na 2:2, jednakże końcówka pierwszej odsłony należała do przeciwników. Dwie bramki Łukasza Wirskiego pozwoliły gościom odskoczyć na spokojne prowadzenia 2:4, którego jak się później okazało, nie oddali aż do końca spotkania. Przez piętnaście minut od wznowienia spotkania byliśmy świadkami walki w środku pola oraz kilku okazji, jednakże wynik pozostawał niezmieniony aż do 37' minuty. Wtedy też Łukasz Wirski skompletował hattricka świetnym uderzeniem z rzutu wolnego. Goście poszli za ciosem i z rozegranego rzutu rożnego podwyższyli na 2:6. W późniejszych minutach FC Rivers próbowało zmniejszyć rozmiary porażki, jednakże na trafienie Leszka Parzeniewskiego odpowiedział Mateusz Materna. Mecz zakończył się wynikiem 3:7 dla FC Nova Group, pozwalając im na przypisanie pierwszych trzech punktów do swojego konta.

 LIGA 4

Mecz BRD Young Warriors z Virtualnym Ń zaczął się od bramki strzelonej dla gości. Mimo że to gospodarze od początku atakowali i stworzyli kilka dogodnych sytuacji, to po błędzie w obronie Tomasz Łapinski dobija piłkę do pustej bramki i mamy wynik 0:1. Ekipa Adriana Kłoskowskiego gra swoją piłkę i dość szybko strzela na remis. Bramka wyrównująca dodaje wiatru w żagle BRD i jeszcze przed przerwą udaje im się dwa razy pokonać bramkarza rywali. Virtualni nie dysponowali optymalnym składem i szczególnie w ofensywie widać było brak Szymona Kolasy ,który zawsze potrafi zrobić różnicę na boisku. Do przerwy mamy rezultat 3:1. Po zmianie stron team Marka Giełczewskiego jak to ma w zwyczaju walczy o odwrócenie wyniku. W końcu udaje się strzelić bramkę kontaktową i mamy już tylko 3:2. BRD wie, że wynik jest niepewny i dąży do strzelenia kolejnej bramki. Ma okazje ku temu, ale szczęście sprzyja gościom, bo ratuje ich poprzeczka, a w kilku sytuacjach bramkarz staje na wysokości zadania. Niewykorzystane sytuacje często się mszczą i tak staje się w tym spotkaniu, kiedy to Robert Zając strzela bramkę na remis. Młodzi Wojownicy ponownie starają się zdobyć gola na wagę trzech punków, ale mimo świetnej okazji, gdzie obrońca Virtualnych dwa razy głową wybija piłkę z linii bramkowej, nie udaje się im ta sztuka i po końcowym gwizdku mamy remis 3:3.

Spotkanie Mikstury i Munji zapowiadaliśmy jako zacięty mecz, bo obie ekipy znane są z walecznego podejścia do piłki i było pewne, że nikt nie będzie się oszczędzał w tej rywalizacji. Gospodarze już w pierwszej minucie objęli prowadzenie po strzale niezawodnego Damiana Patoki, który już cztery minuty później podwyższył prowadzenie. Chwilę później trafiają Filip Junowicz i Patryk Zych. Po niespełna dziesięciu minutach mamy 4:0 i wynik zdecydowanie pokazuje, kto będzie rozdawał karty w tym meczu. Munja znana jest z tego, że się nie poddaje i walczy do końca, ale ze świetnie zorganizowaną obroną Mikstury nie byli w stanie sobie poradzić. Wprawdzie w 24 minucie Michał Sztajerwald pięknym strzałem z wolnego zdobywa pierwszego gola, ale już akcję później Damian Patoka po raz kolejny umieszcza piłkę w siatce gości. Wynik 5:1 utrzymał się do gwizdka kończącego pierwszą połowę. Początek drugiej to pech bramkarza Munji Mateusza Kryckiego, który po jednej z parad doznał dość poważnej kontuzji palca i nie był w stanie dokończyć meczu. Karol Rusak zajął jego miejsce, a Munja wciąż się nie poddawała. Michał Sztajerwald po raz kolejny oddaje strzał z wolnego, ale trafia w słupek. Za trzecim razem nie myli się i zdobywa swojego drugiego gola, ale niewiele zmieniło to w ogólnym obrazie spotkania. Mikstura przeważała przez cały mecz i choć straciła jeszcze jedną bramkę zdołała zaaplikować cztery i ostatecznie pewnie pokonała zespół Macieja Affeka wynikiem 9:3.

Dobry, twardy mecz rozegrały ekipy Furduncio Brasil FC i Przypadkowe Grajki. W pierwszej części aż do 20 minuty utrzymywał się wynik 0:0 i żadna ze stron nie mogła przełamać strzeleckiego impasu. W głównej mierze to Brazylijczycy atakowali i prowadzili grę, ale brakowało im wykończenia, a i obrona gości jak i bramkarz Grajków spisywali się bez zarzutu. Ekipa Czarka Klimkowskiego starała się kontratakować, ale niestety żadna z akcji zaczepnych nie przyniosła skutku. Dopiero ostatnie minuty pierwszej połowy były zabójcze ze strony Furduncio. W ciągu niespełna 5 minut trafili do bramki Mateusza Tuzina aż trzykrotnie, co mogło podłamać nieźle się spisujących do tej pory gości,Na drugą część gracze z Ameryki Południowej przystępowali więc z solidną zaliczką. Obraz gry w drugiej połowie był podobny do pierwszej i szkoda, że gościom nie udało się zdobyć bramki kontaktowej, bo to na pewno dałoby impuls i wiarę w uzyskanie korzystnego wyniku. Furduncio raczej kontrolowało przebieg gry nie pozwalając rywalowi na odrobienie strat. Niestety w końcówce spotkania kiedy mecz praktycznie był już rozstrzygnięty, miał miejsce nieprzyjemny incydent, o którym pisaliśmy już w osobnym artykule. Kapitan Brazylijczyków musiał zejść z boiska, w niepotrzebny sposób osłabiając swój zespół. Na szczęście dla jego drużyny, jego koledzy z zespołu nie roztrwonili ciężko wypracowanej przewagi skutecznie broniąc korzystnego wyniku. Ostatecznie mecz kończy się wynikiem 6:1 i Furduncio razem z Miksturą może się pochwalić kompletem zwycięstw w swojej lidze.

Jednorundowe rozgrywki Ligi Fanów z pewnością są niełatwym orzechem do zgryzienia dla weteranów – zaledwie 9 kolejek sprawia, że już od pierwszego spotkania zespoły chcące walczyć o mistrzostwo, muszą być przygotowane na 100%. Saska Kępa znalazła się w sytuacji, w której grając w zaledwie trzeciej kolejce z niespodzianką rozgrywek – Playboys Warszawa, już można było określić to spotkanie mianem meczu o wszystko. Pojedynek rozpoczął się pod dyktando Saskiej Kępy i dość szybko gospodarze wyszli na prowadzenie 1:0. Potężne uderzenie sprzed pola karnego autorstwa Pawła Szymańczuka była ozdobą tej kolejki przy ul. Picassa, a ręce same się składały do oklasków. Idąc za ciosem, Saska Kępa szybko podwyższyła na 2:0, dzięki skuteczności Sebastiana Sitka. Goście, podrażnieni wynikiem rozpoczęli zdecydowane ataki na bramkę Daniela Piecyka, jednakże golkiper był w świetnej formie. Jednakże w 16 minucie bramkarz Saskiej Kępy musiał kapitulować po strzale autorstwa Michała Wasilewskiego. Nikt nie zdążył się nacieszyć wynikiem 2:1, ponieważ tuż po wznowieniu Damian Ostrowski podwyższył prowadzenie gospodarzy na 3:1. Tuż przed końcowym gwizdkiem sędziego, Piotr Sadowski strzelił bramkę kontaktową na 3:2.Obie drużyny z impetem wpadły w drugą połowę spotkania. Do zdecydowanych ataków jako pierwsi przeszli goście, którzy szybko wyrównali na 3:3 i dążyli do przeciążenia szali zwycięstwa na ich stronę. Zostali jednak szybko skarceni przez Sebastiana Sitka, który najpierw pokonał obrońcę, a później bramkarza Playboys Warszawa – 4:3. W 39' minucie Piotr Sadowski doprowadził do remisu, kompletując hattricka. Ostatnie 10 minut było dzięki temu bardzo pasjonujące i pełne twardej, lecz czystej walki w środku pola. Impas przełamał ostatecznie zawodnik Saskiej Kępy, Damian Ostrowski w 45'. Jak się później okazało była to ostatnia bramka tych zawodów, dzięki której gospodarze zdobyli pierwsze 3 punkty.

Zarówno dla Diabła Trzeci Róg jak i FC Po Nalewce ich bezpośrednia rywalizacja była ostatnią szansą, by się przebudzić i zawalczyć o miejsce na podium w tym sezonie. W spotkanie lepiej weszła drużyna gości, która od początku próbowała zaskoczyć stojącego między słupkami bramki gospodarzy Mikołaja Grzelaka. Jednak żadna z tych akcji nie została uwieńczona trafieniem do siatki i dość szybko się to zemściło na drużynie FC Po Nalewce. Już po kilku minutach Patryk Marciniak otworzył wynik na 1:0. To nie zniechęciło jednak gości, którzy dalej starali się pokonać golkipera gospodarzy. Ostatecznie ta sztuka udała się w 18' minucie, kiedy to Maciej Łada na raty strzelił bramkę na 1:1. Pomimo późniejszych prób Macieja Biernackiego, wynik do przerwy nie uległ zmianie. Druga połowa w niczym nie przypominała wyrównanego spotkania z pierwszej połowy. Dość szybko goście wyszli na prowadzenie 2:1, po czym show skradł Filip Olender, który w 5 minut rozstrzelał drużynę FC Po Nalewce. Zawodnik, który wzmocnił drużynę gospodarzy na początku tego sezonu skompletował hattricka w niecałe 300 sekund i w 37' minucie byliśmy już świadkami wyniku 5:1. Diabła Trzeci Róg nie zdejmował nogi z gazu i z każdą minutą odjeżdżali zmęczonym gościom coraz dalej. Ostateczny wynik w 49' minucie ustanowił Filip Olender. Łącznie drużyna Diabła Trzeci Róg rozbiła przeciwnika w drugiej połowie aż 8:0, wygrywając ostatecznie 9:1. Pierwsze punkty pozwoliły drużynie Macieja Biernackiego wskoczyć do środka tabeli, skąd mają już zaledwie 3 oczka straty do strefy medalowej, ponieważ dotychczas niepokonane zespoły Playboys Warszawa oraz Munja odniosły pierwsze porażki w tym sezonie.

LIGA 5

Mecz KS Iglicy Warszawa z FC Vikersonn rozpoczął się z małym opóźnieniem. Iglica na początku miała jedynie 5 osób gotowych do gry i z przedmeczowych rozmów wynikało, że w takiej sytuacji rozważają nawet oddanie walkowera. W końcu jednak pojawiał się bramkarz gospodarzy i mogliśmy rozpocząć spotkanie w pełnych składach. Po momencie gry, w którym obie ekipy wzajemnie się badały, wynik na 1-0 otworzył Maciej Dąbrowski. Vikersoon zdołał wyrównać, ale po pierwszej połowie to Iglica schodziła z prowadzeniem 2-1. Zastanawialiśmy się czy zawodnicy Radka Sówki będą w stanie wytrzymać tempo meczu przez pełnie 50 minut, bo w pierwszej połowie prezentowali się całkiem nieźle. Vikersonn na początku drugiej części ponownie wyrównał, choć musieli parokrotnie oddawać strzały na bramkę rywala, by piłka w końcu trafiła do siatki. Dość kuriozalny gol padł na 3-2 dla Iglicy. Radek Sówka posłał długą piłkę z obrony w pole karne, futbolówkę głową strącił zawodnik Vikersonna czym zmylił bramkarza i zaliczył bramkę samobójczą. Bramka na 4-2 padła po ładnej składnej akcji gospodarzy. Przerzut z prawej strony, zgranie głową do środka, przyjęcie piłki przez napastnika rywala i strzał z przewrotki. Akcja naprawdę ładna dla oka. Na 5-2 podwyższa po rzucie karnym Maciej Dąbrowski i goście powoli godzą się z porażką. Mecz ostatecznie kończy się wynikiem 6-2 dla Iglicy, która z pewnością jest zadowolona, że jednak przystąpiła do spotkania.

Ekipa Remontowa aby włączyć się do gry o podium, w starciu z Dental Doctor musiała zmazać plamę po ubiegłotygodniowej porażce. Na ich szczęście mieli już do dyspozycji swojego nominalnego bramkarza, którego brakowało w ubiegłej kolejce. Z kolei zdziesiątkowani goście, nie zważając na okoliczności przed meczem, liczyli na korzystny rezultat. Pomijając jedną groźną sytuację podbramkową jaką stworzyli zawodnicy Marka Saneckiego, to Ekipa Remontowa po strzeleniu bramki na 1:0 narzuciła swój rytm od pierwszych minut i utrzymała go do końca. Swoboda z jaką konstruowali ataki napawały optymizmem, że wreszcie nadszedł ich dzień. To się potwierdziło, co chwilę gospodarze bombardowali bramkę Dental Doctor, którym z kolei brakowało dynamiki i pomysłów na akcje rywali. Siłą Ekipy było to, że każdy z zawodników stwarzał zagrożenie, co walnie wpłynęło na wynik do przerwy czyli prowadzenie aż 7:0. Po zmianie stron gospodarze ruszyli ponownie do ataku, w trzech strzałach piłka cztery razy odbijała się od słupków bramki Artura Hermanna. Czwarte uderzenie było już skuteczne, na listę strzelców wpisał się Norbert Bilski. Doskonałe zawody rozgrywał Kornel Jonaszek, który bez kompleksów odnajdywał się na boisku, nie bał się dryblingów, stwarzał zagrożenie pod bramką czy inicjował pressing na rywalu, co skutecznie wykorzystywali jego koledzy. Goście strzelili tylko bramkę honorową, której autorem był Marek Sanecki. Ostatecznie Ekipa Remontowa zwyciężyła 9:1 i wydaje się, że gdyby nie bardzo dobra dyspozycja bramkarza gości, to wynik mógłby być znacznie wyższy.

Spodziewaliśmy się dobrego meczu w rywalizacji FC Tartaka z LandTechem i nie przeliczyliśmy się, choć nie obyło się bez incydentów. Zaczęło się od tego, do czego zdążyli nas już przyzwyczaić Drwale czyli groźnych ataków zespołu Lucu Kończala. Nie przyniosły one jednak oczekiwanych skutków, co więcej, prowadzenie w tym meczu objęły „Techy". To zmotywowało zawodników Tartaku do jeszcze większego wysiłku, ale świetnie bronił Michał Kalinowski. To dzięki niemu Drwale nie odskoczyli z wynikiem już w pierwszych minutach, mało tego, bramkarz gości wybronił „jedenastkę" wykonywaną przez Karola Grudniewskiego. Nie mogło to jednak wiecznie trwać i chwilę później na 1-1 trafia Rafał Smolik. To obudziło graczy z pola Landtechu. Najpierw przepiękną bramką popisał się Oskar Zakrzewski, potem w zamieszaniu w polu karnym do siatki trafia Patryk Nowicki i mieliśmy już 1-3. W międzyczasie doszło do pierwszego poważniejszego starcia pomiędzy dwoma zawodnikami obu drużyn, za co zostali ukarani po żółtej kartce. Jeszcze przed przerwą Łukasz Łukasiewicz zmniejszył straty do stanu 2-3, imponująco przedzierając się przez obronę przeciwnika. Po zmianie stron wpadkę zaliczył dobrze spisujący się do tej pory Michał Kalinowski przepuszczając piłkę na samym początku drugiej części. Starty odrobione mecz zaczyna się na nowo. Niestety nerwy ponownie puszczają zawodnikom obu drużyn, o czym już pisaliśmy w Plusach i Minusach, więc nie będziemy się powtarzać. W konsekwencji Tartak przez 3 minuty gra w osłabieniu, a Landtech przez 10 minut. Od tej pory wynik zmienia się jak w kalejdoskopie. Jeszcze gdy drużyny grają po pięciu Landtech strzela na 3-4. Następnie Drwale grając już w przewadze trafiają trzykrotnie doprowadzając do stanu 6-4. Jeszcze w osłabieniu goście łapią kontakt po bramce Damiana Gałeckiego na 6-5. Dzięki temu, gdy kończy się kara, Techy wciąż mają szansę na dogonienie rywala. Staje się tak chwilę po wyrównaniu składów. Żadna z drużyn ani myśli odpuścić, ale losy pojedynku przeważa bramka Patryka Nowickiego w końcówce meczu. To było szalone spotkanie, o którym pisalibyśmy tylko w pozytywnym aspekcie, gdyby nie pozasportowe zachowanie niektórych zawodników.

Kolejne, bardzo ciekawie zapowiadające się spotkanie w ramach 3. kolejki V ligi to mecz, w którym naprzeciw siebie stanęli Awantura Warszawa I z FC Albatros. Oba zespoły przed tym meczem zainkasowały po cztery punkty, więc zwycięstwo było na wagę złota. Już na samym początku spotkania doskonałą okazję na otworzenie wyniku miała Awantura, jednak ich zawodnik przestrzelił rzut karny. Mnóstwo fizycznych starć, intensywne tempo spotkania, wiele sytuacji podbramkowych, tak moglibyśmy scharakteryzować pierwsze minuty meczu Awantury z Albatrosami. W końcu goście wyszli na prowadzenie po dobrze wykonanym rzucie rożnym. Widać było, że gospodarze mają problemy z kryciem rywali przy stałych fragmentach gry i to mógł być pomysł Albatrosów na pokonanie przeciwnika. Mimo to gospodarze wytrzymali presję i potrafili doprowadzić do korzystnego dla siebie wyniku 3:2 jeszcze przed gwizdkiem na przerwę. Po zmianie stron spotkanie było nadal na obiecującym emocje do końca poziomie, na pewno kibice nie narzekali na nudy. Doskonałe zawody rozgrywali kolejno Grzegorz Himkowski, bracia Dominiak, a także Mateusz Rozkres, którzy w każdej akcji będąc przy piłce stwarzali ogromne kłopoty formacji obronnej Albatrosów. Ostatecznie mecz zakończył się sprawiedliwym wynikiem patrząc na przebieg całego spotkania i choć gra obu drużyn w końcówce drugiej połowy nie była już tak składna, to mecz mógł się podobać. Zwycięstwo Awantury 6:3 wywindowało tę drużynę na pierwszą pozycję w tabeli.

Wydaje się, że Vistula Varsovia z meczu na mecz staje się coraz groźniejsza, jednak naprzeciw nich stanęli zawodnicy Oldboys Derby, którzy mieli jasny cel – zwycięstwo, więc o przełamanie mogło być bardzo trudno. Goście od pierwszych minut mieli ofensywne usposobienie, co przerodziło się na kreowanie kolejnych sytuacji bramkowych. Pierwszą z nich miał Marcin Wiktoruk, jednak strzał był niecelny. W kolejnej akcji przechwycił piłkę, znalazł Jacka Pryjomskiego w dogodnej pozycji i duet z Zielonej Białołęki otworzył wynik spotkania na 0:1. Oldboys od zdobycia bramki wciąż utrzymywali inicjatywę. Jednak gospodarze wcale nie oddawali pola gry, widzieliśmy dużo walki i ataków z obydwu stron. Różnica polegała na tym, że goście byli znaczniej skuteczniejsi i posiadali w swoich szeregach Jacka Pryjomskiego, którego piłka „szukała", a on potrafił to wykorzystać. Pozytywnym akcentem w Vistuli była debiutancka bramka Darka Bąka, jednak z perspektywy wyniku to byłby jedyny plus do przerwy. Wynik 2:6 po pierwszych 25 minutach był rezultatem sprawiedliwym. Po zmianie stron uwidoczniła się jeszcze bardziej przewaga gości. Chwilę po pierwszym gwizdku, po krótkim podaniu od kolegi, bramkę strzelił bezbłędny w tej kolejce Jacek Pryjomski. Gospodarze nawet przez chwilę nie potrafili przekuć swoich pojedynczych sytuacji na gola, przez co wynik wydawał się przesądzony. Bramkę ustalającą rezultat na 2:11 strzelił Valentyn Boiko. Oldboysi są na fali wznoszącej i mogą realnie powalczyć o medale, ale już w następnej kolejce czeka ich ciężki mecz z Tartakiem.

LIGA 6

Choć w starciu z Furduncio Brasil FC, Pogromcy Porzeczek nie byli faworytami, to bez kompleksów podeszli do tej rywalizacji. Co więcej jako pierwsi mieli dogodną sytuację i już w pierwszych minutach spotkania mogło dojść do małej sensacji. Zespół Tomka Mazurka dobrze się bronił w początkowej fazie meczu, Brazylijczycy nie bardzo mieli pomysł na rozmontowanie defensywy rywala, ale wszyscy zdawali sobie sprawę, że bramki dla gospodarzy były kwestią czasu. Po strzeleniu pierwszego gola gracze Furduncio osiągali coraz większą przewagę, przy okazji łapiąc spory luz w grze. Potwierdzeniem tego może być wykonanie rzutu karnego przy stanie 3:0 przez Caio Franca w dość ekwilibrystyczny sposób. Nie ważne jak, najważniejsze że piłka trafiła do siatki. Do przerwy mieliśmy bezpieczne prowadzenie Brazylijczyków 5:0. W drugiej części gospodarzy jakby ta przewaga nieco uśpiła, co próbowali wykorzystać Pogromcy. Mateusz Niewiadomy dostał w ataku nieco więcej miejsca, ale mając dwie niezłe sytuacje pod bramką rywala posłał piłkę raz nad poprzeczką, a raz obok słupka. Niewykorzystane sytuację się zemściły i to Furduncio podwyższyło na 6:0. Napastnik Pogromców w końcu się przełamał i po rzucie rożnym głową skierował piłkę do siatki. Może to był jakiś pomysł na ten mecz, bowiem Mateusz Niewiadomy znów pokonał bramkarza strzałem głową, tym razem po długim przerzucie od Tomka Mazurka. Nie zmienia to faktu że Brazylijczycy wygrywają pewnie to spotkanie 9:2 i zrobili kolejny krok do końcowego triumfu.

Już w zapowiedziach przedmeczowych stwierdziliśmy, że spotkanie pomiędzy Gastro Spartą a A.D.S Scorpions może być nadspodziewanie interesujące i tak też się stało. Gospodarze otworzyli wynik już w drugiej minucie, jednak ku ich zaskoczeniu Paweł Poniatowski po 120 sekundach wyrównał. Długo utrzymywał się wynik 1:1, aż w końcu to drużyna gości przełamała impas i wyszła na prowadzenie 1:2 za sprawą Bartka Filipa. Skorpiony zwęszyły krew i poszły za ciosem – tym razem piłka trafiła do siatki po świetnym uderzeniu z rzutu wolnego. W ostatnich minutach pierwszej odsłony do głosu ponownie doszła Gastro Sparta. W 21. Minucie Eduard Vakhidov pokonał Jakuba Rudnika celnym uderzeniem z rzutu wolnego. Pomimo długich okresów dominacji gospodarzy do przerwy było 2:3. Druga połowa przysporzyła nam jeszcze więcej emocji niż pierwsza odsłona. Z pewnością pierwsze minuty tej części gry były rollercoasterem dla zawodników Gastro Sparty. Najpierw Mariusz Naczke nie wykorzystał sytuacji sam na sam z bramkarzem gości, a po chwili Kacper Kochański obejrzał czerwony kartonik za odbicie ręką piłki zmierzającej do bramki. Na domiar złego oznaczało to jedenastkę i 10 minut kary dla zawodnika gości. Serhii Orenchuk obronił jednak rzut karny wykonywany przez Pawła Poniatowskiego. Pomimo grania o zawodnika mniej, Gastro Sparcie udało się wyrównać po świetnej akcji indywidualnej Ivana Khomyna – 3:3. W kolejnych minutach byliśmy świadkami bramki Pawła Poniatowskiego na 3:4 oraz kilku dobrych prób z dystansu autorstwa Bartka Filipa – był to prawdziwy okres dominacji drużyny gości. Udało się go ostatecznie skapitalizować w 39' minucie, kiedy to Aleksander Wawrowski podwyższył na 3:5. Ostatnie 10 minut spotkania należało jednak do Gastro Sparty. Bohaterem gospodarzy okazał się być Mariusz Naczke, który przełamał się i zdobył hattricka. Ostatecznie, po szalonym pościgu w drugiej połowie, Gastro Sparta wygrała z A.D.S Scorpions 6:5.

Pheonix Warsaw FC przystępowało do meczu z Polskim Drewnem jako faworyt. Początek spotkania nie był powalający, to przede wszystkim fragment twardej gry, gdzie było sporo niedokładności z pojedynczymi akcjami podbramkowymi, po których zawodnicy obydwu drużyn obijali słupki bramki rywala. Bramka jednak wisiała w powietrzu i w końcu przypadkowe trafienie na 0:1 zaliczył zawodnik Polskiego Drewna. W odpowiedzi po akcji Łukasz Wiącek – Michał Gogół gospodarze doprowadzili do remisu 1:1. Presja gości pod koniec pierwszej połowy spowodowała, że Feniksy musieli bardzo głęboko cofnąć się do defensywy, by bronić się przed utratą bramki. Ta sztuka im się udała, a jako że sami też gola nie zdobyli, to do przerwy wynik nie uległ zmianie - 1:1. Po zmianie stron inicjatywa nadal była po stronie gości, strzelili bramkę na 1:2, byli o włos od strzelenia gola na 1:3 po akcji Urbańczyka, jednak zabrakło trochę szczęścia. Gospodarze jakby w końcu się otrząsnęli z letargu i z minuty na minutę coraz skuteczniej realizowali swoje ataki, co przełożyło się na kolejne bramki. Natomiast w ekipie Polskiego Drewna coś się kompletnie zacięło i gdy zaczęli przegrywać nie potrafili odmienić już losów meczu. Brakowało im też szczęścia w tym spotkaniu, ponieważ po przerwie raz trafili w słupek, raz w poprzeczkę. Pheonix Warsaw ostatecznie zwyciężyło 5:2, oczywiście zwycięzców się nie sądzi, jednak wynik spotkania nie oddaje w pełni przebiegu tej rywalizacji.

Do niedzielnego spotkania Olimpik i FC Alfa podchodziły z kompletem punktów, a w tabeli dzieliła je wyłącznie różnica jednej bramki. Liczyliśmy więc na spotkanie, które będzie pasowało do niezwykle wyrównanej sytuacji w tabeli VI ligi. Od pierwszych minut dominowali gospodarze, którzy od razu rozpoczęli nękanie Adama Tomaszewskiego niebezpiecznymi uderzeniami z dystansu. Bramkarz gości jednak doskonale wszedł w spotkanie, dwukrotnie ratując swoją drużynę. Zawodnicy Olimpiku dowiedli jednak, że przysłowie do trzech razy sztuka nie wzięło się z powietrza. Wynik otworzył Stanisław Oseledchenko – 1:0. Kiedy po chwili na 1:1 wyrównał Adam Domidowicz, mogliśmy mieć nadzieję, że spotkanie będzie emocjonujące przynajmniej przez najbliższe kilkanaście minut. Niestety, gospodarze jednak za nic mieli sobie życzenia o wyrównanym spotkaniu i do gwizdka kończącego pierwszą odsłonę pokonali bramkarza gości pięciokrotnie. Już w 16' minucie mecz był praktycznie rozstrzygnięty, ponieważ Olimpik prowadził aż 5:1. Ostatecznie na przerwę drużyny schodziły z wynikiem 6:1. Druga połowa obfitowała w jeszcze więcej bramek, niż pierwsze 25 minut. Dość szybko przewaga gospodarzy urosła do 9:1, po dublecie Antona Shevchenki oraz pojedynczemu trafieniu Oleksandra Yakubiaka. Wtedy też rozpoczął się niezwykle owocny zryw FC Alfa, w czasie którego goście zdobyli aż 4 bramki, zmniejszając stratę do stanu 10:5. Zawodników w niebieskich koszulkach do boju wiódł Adam Domidowicz, który w tym ciężkim spotkaniu zdobył łącznie 3 bramki. Niestety było to wszystko na co było stać FC Alfa w tym meczu, a Olimpik dość szybko odnotował kolejne trafienia. W kolejnych minutach gospodarze znowu odjechali, a strzelaninę zakończył ostatecznie Andrii Plekh golem na 14:5 w 46' minucie spotkania.

Na koniec 3 kolejki naprzeciw siebie stanęły zespoły Oldboys Derby II z Orłami Zabraniecka. Początki drugiego zespołu Oldboys nie należą do udanych. W dwóch pierwszych meczach widać było, że nie są jeszcze zgrani. Sytuacja u Orłów również nie napawała optymizmem, ponieważ podobnie jak rywale nie zdobyli nawet punktu w pierwszych dwóch kolejkach. Goście z dużym pokładem sił intensywnie rozpoczęli spotkanie, narzucali presję, stwarzali zagrożenie pod bramką Rafała Wieczorka i gdyby nie słupek, to Orły szybko wyszłyby na prowadzenie. Głęboka gra obronna i pojedyncze ataki z kontrataku Oldboys'ów miały być odpowiedzią na styl gry gości, jednak zakończyło się bez finalizacji. Przed przerwą widzieliśmy tylko jedną bramkę, ale za to jaką! Po podaniu Marcina Mielcarczyka strzałem z woleja gola na 0:1 dla Orłów zdobył Grzegorz Giler. Po zmianie stron goście stosunkowo szybko podwyższyli wynik spotkania, tym razem to Grzegorz Giler asystował, a na listę strzelców wpisał się Marcin Mielcarczyk, który bardzo dobrze potrafił ustawić się na boisku w tym spotkaniu. Mimo niesprzyjających okoliczności i przestrzelonego karnego przez zawodnika Oldboys'ów, to gospodarze z olbrzymim zapałem ruszyli do odrabiania strat i ta sztuka im się udała za sprawą Marcina Wiktoruka i Michała Bugajskiego. Jednak w końcówce zabrakło im trochę szczęścia, ponieważ stracili bramkę wstrzeloną bezpośrednio z rzutu rożnego, gdzie po delikatnym rykoszecie bramkarz był bez szans. Tym samym Orły Zabraniecka przełamali złą serię wygrywając 2:3, a druga drużyna Oldboys wciąż musi czekać na swoje premierowe punkty.

 

Mimo niezłej postawy Tylko Zwycięstwo wciąż pozostawało bez punktów na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Ich rywalem była FC Kebavita, więc było wiadomo, że o pierwsze punkty będzie ciężko. Miało to odzwierciedlenie na boisku, bowiem od początku zaatakowała drużyna gości, ale parokrotnie bardzo dobrze bronił Sergiusz Bienias. Z czasem do głosu zaczęła dochodzić ekipa braci Jałkowskich, lecz z kolei w bramce Kabavity na posterunku był Piotr Kalbarczyk. Taktyka zespołu Buraka Cana była prosta i okazała się skuteczna. Zawodnicy grający w białych koszulkach szukali w polu karnym prostopadłego podania do Barisa Kazkondu, a ten z obrońcą na plecach próbował się obrócić i oddać strzał lub zgrać futbolówkę do partnera. W ten właśnie sposób Kebavita objęła prowadzenie, a po bliźniaczej akcji mogło być 0-2, ale Baris trafił w słupek. Do przerwy mieliśmy wynik 0-1. Rezultat nie taki zły dla gospodarzy, więc jeszcze sporo mogło się wydarzyć w drugiej części. Po zmianie stron mieliśmy okres, w którym więcej działo się pod bramką Kebavity. Dobrze jednak spisywał się bramkarz, a ponad to brakowało nieco precyzji przy konstruowaniu akcji Tylko Zwycięstwo. To się zemściło, bowiem później goście podwyższyli prowadzenie do 0-3. Dopiero po trzeciej bramce gospodarze się przełamali i Szymon Jałkowski trafia dla TZ. W odpowiedzi mamy bramkę na 1-4 dla Kebavity. Następnie mieliśmy do czynienia z groźnymi rożnymi z obu stron. Skuteczniejsi  byli gospodarze, bowiem szczupakiem piłkę do siatki skierował Andrzej Morawski (bramka na 2-4), a z drugiej strony Obem Brain trafił jedynie w słupek. W dalszej części meczu był dokładniejszy, bowiem trafił w końcu do bramki TZ, hattricka ustrzelił Christian Namani i mecz kończy się wynikiem 2-6

Będąca w dobrej formie Contra podejmowała Moczymordy ,które po porażce z East Windem chciały jak najszybciej zapunktować, aby nie tracić kontaktu z liderem. Do składu powrócili Zbyszek Obłuski i Norbert Petasz ,ale brakowało Dominika Skorży ,który nabawił się kontuzji. Pierwsze minuty to szybkie dwie bramki. Dawida Bieli dla Contry i Zbyszka Obłuskiego dla Moczymord. Później mieliśmy żółtą kartkę dla Piotra Szurmińskiego, który niczym Jan Furtok chciał zdobyć bramkę ręką, jednak arbiter był czujny oraz  dobrze ustawion, więc zamiast gola mieliśmy żółtą kartkę. Contra jednak tej przewagi nie potrafiła wykorzystać. Gospodarze mieli kilka wybornych okazji ,ale tak jakby wystrzelali się w poprzednich dwóch kolejkach i nie byli już tak skuteczni. Niemoc przerwał Paweł Pająk strzelając w 22 minucie na 2:1. Taki wynik utrzymuje się do przerwy. Po zmianie stron niezawodny Zbyszek Obłuski doprowadza w 28 minucie do remisu. Mecz w tym momencie wyrównuje się i każda ze stron ma swoje okazje ,ale wynik 2:2 cały czas się utrzymuje. Widać było że każdy chce walczyć o pełną pulę i remis nikogo tutaj nie zadowoli. Gdy wydaje się że podział punktów jest realnym scenariuszem ponownie daje o sobie znać Zbyszek. Znowu piłka go szuka i w 46 minucie kompletuje hattricka w tym meczu. Rozpaczliwe ataki ekipy Michała Raciborskiego nie przynoszą efektu i po raz kolejny napastnik Moczymord daje tej drużynie cenne punkty. Z perspektywy meczu lepszym zespołem była Contra ,ale punkty pojechały w komplecie na Mokotów.

Tymczasem na drugim boisku East Wind walczył o utrzymanie się na szczycie tabeli Ekstraklasy, a przy korzystnych rezultatach, na powiększenie przewagi nad najgroźniejszymi rywalami. Ich przeciwnikiem był zespół Wawalions, którzy przystąpili do zawodów osłabieni brakiem nominalnego bramkarza oraz ich najlepszego zawodnika obecnego sezonu Volodymyra Humeniuka. Mimo takich osłabień goście nie prezentowali się źle na tle obecnego lidera rozgrywek. Co więcej, na początku mieli lepsze sytuacje do strzelenia bramki. Najpierw dali sygnał ostrzegawczy gospodarzom, kiedy to po źle rozegranym rożnym East Windu wyszli z kontrą, ale trafili jedynie w słupek. W końcu dopięli swego i Yurii Naidyshak otwiera wynik spotkania. To obudziło zawodników Sebastiana Dąbrowskiego. Najpierw Michał Nowak wyrównuje, a później dwukrotnie do bramki trafia Filip Junowicz i East Wind wygrywa już 3-1. Wawalions nie składali broni i złapali kontakt z przeciwnikiem po bramce Bohdana Mereshuka, który wstrzelił piłkę w pole karne, ta odbiła się po drodze od zawodnika i trafiła do siaki. Wynik na 4-2 do przerwy ustalił Sebastian Dąbrowski. Po zmianie stron lepiej prezentowali się zawodnicy Wawalions, mieli parę sytuacji, ale bez finalizacji. Skuteczniejsi byli rywale i na 5-2 trafił Damian Patoka. W późniejszej fazie meczu w grze obu drużyn wkradł się mały chaos, Wawalions nie wykorzystali swoich kontr, a East Wind grał nieco niedokładnie i nie potrafił wykorzystać  faktu, że rywal grał z lotnym bramkarzem. Obie drużyny strzeliły jeszcze po jednej bramce i wynik końcowy tego spotkania brzmiał 6-3.

Zarówno Anonymmous  jak i Chemik Bemowo przed spotkaniem miały na swoim koncie zaledwie po jednym punkcie. Stawialiśmy na Anonimowych wierząc, że zmobilizują się na ten mecz, wszakże obie drużyny dobrze się znają, bo rywalizowały często ze sobą w lidze bemowskiej. To co charakteryzuje obie ekipy to duża rotacja składu, co na poziomie Ligi Fanów nie pozwala na wymierne sukcesy. Lepiej w mecz weszli gospodarze i w 9 minucie objęli prowadzenie. W 19 minucie wyrównał Maciek Skurzyński i pierwsza połowa zakończyła się remisem 1:1. Żadna z drużyn nie osiągnęła znaczącej przewagi i widać było, że oba teamy nie chciały przegrać kolejnego meczu, co determinowało koncentrowanie się na defensywie. Po zmianie stron bramka Tomasza Łokietka otworzyła spotkanie. Chemik musiał zaatakować, ale gospodarze skutecznie się bronili. W 39 minucie Mariusz Sochań strzela na 2:2, a po chwili goście już prowadzą za sprawą Piotra Dzisiowa. Ekipa z Bemowa idzie za ciosem i na listę strzelców wpisują się Piotr Urbański oraz Maciek Skurzyński ,a drużyna Macka Miękiny ponownie w tym sezonie grałą jakby bez wiary w końcowy sukces. Tomasz Łokietek  w końcówce zmniejsza rozmiary porażki na 3:5. Anonimowi fatalnie zaczęli sezon i patrząc na poziom drużyn w Ekstraklasie, o utrzymanie będzie z taką grą ciężko. Chemik ma potencjał, ale nam wydaję się że potrzeba tej ekipie stabilizacji, aby Ci sami zawodnicy pojawiali się na meczach co tydzień, a wtedy jest szansa powalczyć być może nawet o podium.

Mistrz Tur Ochota podejmował FC Wilanów, który nareszcie zebrał solidny skład i miał podstawy do tego, by myśleć o zwycięstwie. Pierwsza połowa to rezultat, który zmieniał się dynamicznie. Gdy jedna drużyna strzelała, natychmiast druga odpowiadała i mieliśmy cały czas wynik na styku. Świetnie prezentował się Rafał Polakowski wspierany przez Łukasza Rostowskiego, który bardzo dobrze prezentował się na tle zawodników z Ochoty. Kapitalnie też bronił Jacek Żołnierski wielokrotnie ratując swój zespół przed stratą bramki. Do przerwy mamy wynik 3:4. Po zmianie stron za sprawą Rafała Polakowskiego mamy dwubramkową przewagę Wilanowa. Tur jednak cały czas atakuje i niweluje straty do jednego trafienia. Taka sytuacja utrzymuje się przez całą drugą połowę. Drużyna Konrada Kowalskiego nie jest w stanie osiągnąć jednak  remisu. Zaczynają się nerwy i niepotrzebne uszczypliwości. Sędzia jednak najbardziej aktywnych zawodników szukających zwarcia napomina kartkami. Sama końcówka to bramki Macieja Pawlickiego i Roberta Hankiewicza. Dwubramkowa przewaga na korzyść Wilanowa zostaje dowieziona do końca. Tur przegrywa po raz pierwszy i teraz będzie gonił lidera, a Wilanów pokazuje, że jeżeli się zbierze, to jest mocny. Szkoda że na początku sezonu ta drużyna miała takie problemy organizacyjne, bo przez to straciła kilka cennych punktów, które mogą zaważyć na pozycji tej ekipy na koniec sezonu.

 

 

dodaj komentarz

 
Wybierz kolejkę:
0 0

1 LIGA

Kolejka 6
Wybierz kolejkę:
2 0

2 LIGA

Kolejka 6
Wybierz kolejkę:
2 0

3 LIGA

Kolejka 6
Wybierz kolejkę:
4 0

4 LIGA

Kolejka 6
Wybierz kolejkę:
4 0

5 LIGA

Kolejka 6
Wybierz kolejkę:
4 0

6 LIGA

Kolejka 6

Statystyki kolejki

     

    Ankieta

    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Aby zagłosować musisz wybrać jedną z odpowiedzi